Człowiek to świnia, czyli o jesiennym żarciu (i piciu)

Kupiłam sobie paczuszkę słodyczy, a na tej paczuszce ozdobnymi, wesołymi literkami stoi napisane: “SugarLand”. SUGAR LAND! I lecę do małżonka, cała uchachana, żeby mu to pokazać, no bo wiecie, to się doskonale wpisuje w poczet tych wszystkich “Krain Mięsa” i “Światów Drobiu”, a małżonek tak patrzy (a ja się tak śmieję), patrzy na torebkę cukierków, potem na mnie, i mówi: “taak, Kanionek. Ty się możesz śmiać ile zechcesz, ale mnie nie oszukasz. Ty się nie śmiejesz z tej torebki. Ty się śmiejesz DO NIEJ”. “Że jak?” – pytam. “Ano tak, że ja dobrze wiem, że ty byś chciała tam zamieszkać”. “W tej torebce?”. “Nie, nie w torebce. W ŚWIECIE CUKRU”.

No w sumie racja, taka torebka to ledwie jak ciasna kawalerka z aneksem kuchennym i prysznicem w szafie, wynajęta na jedną godzinę, a w PRAWDZIWYM Świecie Cukru według Kanionka to byłoby tak: błoto na podwórku nie składałoby się z ziemi, gliny i wody, a z najpyszniejszej, mlecznej czekolady. Kamienie byłyby orzeszkami (przeróżnymi, bo kocham wszystkie), wszelkie budynki robiłoby się z ciasta (Sernikowe Przedszkole, Pierniczkowa Szkoła Podstawowa, Dom Spokojnej Starości “KEKS”, osiedle mieszkaniowe “Tiramisu”, przychodnia lekarska “Szarlotka” i dyskont spożywczy “Murzynek”, obowiązkowo z czekoladowym pokryciem dachowym – opcje są nieskończone), poduszki formowane z masy marcepanowej, a kołdry z marschmallows… Na drzewach, których korony byłyby watą cukrową, rosłyby owoce od razu kandyzowane (a wiśnie obowiązkowo w alkoholu, z czekoladową pestką), a zimą staw wypełniony syropem klonowym pokrywałaby puszysta kołderka lodów śmietankowych…

– I wtedy przyszedłby Kanionek i zeżarł cały świat.

Jezu, w tym domu to sobie nawet pomarzyć na głos nie można.

(A wiecie, że w Teksasie jest miasto, które się właśnie Sugar Land nazywa? Może ktoś ma wtyki w ambasadzie i wie, jak szybko zdobyć wizę do USA?)

A tymczasem na zwykłej ziemi…

No znowu, znowu. Ale były też bułki, bo nie samym chlebem człowiek żyje:

Nawet dobre, najlepsze ze wszystkich dotychczasowych, ale to wciąż nie ten smak, co go pamiętam z dzieciństwa. Mała piekarenka u Szuty, w starej, węglem opalanej kamienicy na gdańskiej Oruni, vis a vis dworca kolejowego, ustawiła bułczaną poprzeczkę tak wysoko, że ja mogę pod nią tylko przejść. A może takiej mąki jak wtedy już nie ma? Może drożdże jakieś inne…? A może przyjdzie mi upiec dwa wagony bułek, zanim osiągnę upragniony cel? Prosta, biała bułka z przedziałkiem. Ciężka, nie taka nadmuchana. Oprószona mąką, jeszcze gorąca, posmarowana suto śmietankowym masłem i…

Dobra, wiem że przynudzam, ale sami powiedzcie: gdzie są bułki z tamtych lat? Gdzie te dziewczyny, gdzie tamten świat? Za moich czasów to były czasy. Teraz nie ma czasów. Ech. Za to u nas znowu były placki ziemniaczane, tym razem z sosem pieczarkowym. Wyglądają jak najtańsze, odgrzewane danie z podłej knajpy, ale były całkiem niezłe, a to zawsze o dwie godziny roboty mniej niż przy plackach po cygańsku:

A teraz wiadomości z bagienka. Nie wiem czy wspominałam, ale kurierzy i listonosz się poddali, i nikt już do nas nie dojeżdża.

W związku z tym przesyłki pocztowe odbieramy u Żozefin (AŁA!), paczki z serami transportujemy “do mostu”, czyli miejsca, gdzie nasza droga gruntowa zalicza awans i przeistacza się w drogę asfaltową, a z worków pełnych śmieci budujemy małe miasteczko (no dobra, dzisiaj, po kilkutygodniowej przerwie w świadczeniu usług, przyjechała śmieciarka i zabrała miasteczko, ale panowie obsługujący śmieciarkę mieli takie miny, jakby zgubili silnik w którymś z głębszych bajorek po drodze i musieli tę śmieciarkę do nas pchać. Niewykluczone zresztą, że tak właśnie było).

No i tak sobie niedawno pojechałam, rowerem na randkę z kurierem, oddałam paczki i wracam do domu. Dzień chłodny, bo to listopad już, ale humor mi dopisuje. Jadę. Lekko zdyszana, bo właśnie pokonałam spory kawałek pod błotnistą górkę, ale zadowolona, bo krew wreszcie zaczęła docierać do zmarzniętych koniuszków palców. Podziwiam zwartą konstrukcję lasu, głęboką zieleń świerkowych igieł i błyszczące po deszczu pnie młodych buków. Wdycham grzybowy zapach leśnej ziemi i butwiejących liści, i myślę: “JAK CUDOWNIE. To niesamowite, że tu jestem, bo przecież przez bardzo długie lata, praktycznie od dziecka o czymś takim marzyłam, ale nigdy do końca nie wierzyłam, że się stanie”. Jadę, lewą ręką trzymając kierownicę, a prawą, uzbrojoną w chusteczkę, ocieram spod nosa gile. Jadę i podziwiam. Wdycham i kontempluję. Napawam się krótkotrwałą chwilą i filozuję o życia meandrach. Nagle – JEBS! Cały las wywalił się na prawy bok, obraz odwrócił o 90 stopni. “Tak, DOKŁADNIE o tym marzyłam”.

Leżę. Podziwiam stalowoszare niebo, które leniwym lotem przecina kruk. “Rozdziobią nas kruki i wrony” – myślę. “Albo kurczaki” – chichoczę sama do siebie, gramoląc się niezdarnie na kolana, w samym środku obfitej, zimnej kałuży. “Ecce homo”, myślę na głos, “choć teraz to raczej zwykła świnia w błocie”.

No każdy ma jakieś tam przemyślenia na temat życia, i czasem chce się nimi z kimś podzielić, jak na przykład ostatnio pani Żozefin, która nadal chodzi na grzyby, i przez całą drogę powrotną snuje przemyślenia na temat tych dziwnych tworów, które właśnie zebrała i niesie do domu, i te przemyślenia to w sumie zawężają się do jednego, jedynego pytania: czy to jest jadalne? I gdy tak niedawno wracała, z koszem pełnym butelki z wodą do picia, nożyka, chusteczki, telefonu, siateczki, oraz kilku sztuk zmarzniętych do sinej szarości grzybów, i zauważyła mnie na podwórku (a ja zauważyłam, że ona zauważyła, i już nie mogłam udawać, że zostawiłam żelazko na kurczaku i muszę lecieć zakręcić kran z makaronem), to natychmiast chciała się ze mną tymi przemyśleniami podzielić.

– Pani Aniu! Pani Aniu! Ma pani chwilkę? – woła już z daleka, machając wylewnie koszem i wolną ręką, jakby chciała naprowadzić samolot na właściwy pas startowy.
– No nie bardzo! – odwrzaskuję mało uprzejmie, próbując przekrzyczeć pięć psich gardeł, które już od kilku dni czekały w nerwowym napięciu, żeby kogoś solidnie opierniczyć, i właśnie nadarzyła się okazja.
– Bo ja grzyby mam!

(Mój dobry Boże. Dlaczego?)

– Nie słyszę pani, bo psy szczekają!

(NIE CHCĘ oglądać twoich grzybów. Jestem zła jak pies, mam PMS, zaczyna siąpić deszcz, a jeszcze musimy nanieść wody i siana do koziarni, zanim zapadnie zmierzch)

– Poczeka pani! – i już leci, choć w jej przypadku to określenie jest mocno na wyrost, w kierunku naszej bramy.

Wlokę się jej naprzeciw, przedzieram przez kłębowisko psów pod bramą i przechodzę na drugą stronę. Pasztefon szarpie zębami stalowe pręty dzielące go od wroga odzianego w nieśmiertelny ortalion w perski wzorek.

– O takie – sapie nasz wspólny, ortalionowy wróg, pokazując mi tkwiącą w koszyku kupkę nieszczęścia składającą się z szarawo-zielonkawych grzybów blaszkowych. – To dobre?
– Nie wiem, pani Żozefin. Nie znam się. Blaszkowych nie zbieram, kijem nie dotknę, tego jest milion gatunków i wszystkie do siebie podobne.
– To myśli pani, że niedobre?

Patrzę w niebo i czuję, jak rosnące ciśnienie wewnątrzczaszkowe wypycha mi gałki oczne, które teraz zapewne wyglądają jak dwie piłeczki do golfa ustawione na słupkach.

– NIE WIEM, pani Żozefin, bo się NIE ZNAM na grzybach blaszkowych i ich NIE ZBIERAM.
– Nawet kurek? – teraz to ona ma oczy jak piłeczki do golfa.
– Nie no, kurki zbieram, ale kurki to ciężko z czymś innym pomylić.
– Ja myślę, że to są boczniaki, co? Pani Aniu?
– NIE WIEM, ponieważ się NIE ZNAM – powtarzam i czuję, że zaraz się rozpłaczę.
– A ja myślałam, że będzie pani wiedzieć.

(A ja myślę, że zaraz mi odpadną zgrabiałe z zimna ręce. A jeszcze pięć minut temu myślałam, że zaraz pójdę do domu. A prawie czterdzieści lat temu myślałam, że jak sobie zrobię skrzydła z tektury, to będę latać jak Piotruś Pan. Się okazuje, że co sobie człowiek w życiu pomyśli, to prawie zawsze źle)

– No ale nie wiem i szczerze mówiąc, ja bym tych grzybów nie jadła. Ma pani tego jakieś dwie garście, to ani najadł, ani polizał, a jeśli okażą się trujące, to chyba nie warto, co?
– No to chyba wyrzucę – powiada Żozefin, patrząc tępo w koszyk.

I tu robi mi się jej trochę żal, bo wiem, że co najmniej cztery godziny łaziła po tym mokrym i zimnym lesie, a oprócz smętnej kupki rzekomych boczniaków ma w koszyku jeszcze tylko trzy garście kurek. Które, nota bene, też wyglądają na przemarznięte. Co ona w ogóle ma z tymi grzybami? Nie zbiera ich z głodu, tyle wiem na pewno. Fiksacja jakaś. Rok w rok nabija na licznik dziesiątki kilometrów w pogoni za grzybami, a że teraz ktoś jej powiedział, że gąski rosną nawet pod śniegiem, to pewnie będzie ich szukać do końca stycznia.

– No ja bym wyrzuciła, pani Żozefin, bo szkoda zdrowia. Jedna pomyłka może się okazać tragiczna w skutkach.
– A pani Aniu? A taki biały kotek, co ja go tu często w lesie widuję, to pani?
– Cały biały? To tak, to nasz. On się lubi szwendać po lesie, ale zbyt daleko nie odchodzi. A co?
– No bo ja go często tu widuję i się tak zastanawiałam, czy to pani. Ale tak sobie właśnie myślałam, że chyba tak, bo on taki ładny, taki czysty, i widać, że nie głodny. Bo te u moich sąsiadów to takie jakieś brudne chodzą, żebra im widać, nic te ludzie nie dbają. A ten to taki ładny, aż miło popatrzeć.

AŻ MIŁO POPATRZEĆ! Całkiem zapomniałam o żelazku i makaronie, grzybach w śniegu, tudzież rękach zmarzniętych, peemesie, latającym Piotrusiu i wszystkich świętych, i nawet na chwilę udało mi się odizolować moje myśli od tego psiego jazgotu, który nadal trwał po drugiej stronie bramy. Bo wiecie, ROZUMIECIE, że stał się cud? Żozefin, która nie lubi psów ani kotów, ta sama Żozefin, która zawsze nam truła, że “po co to tyle tego wszystkiego, toż to żreć musi” (a Majka wypić całą wodę ze studni), no więc ta właśnie Żozefin powiedziała, że miło popatrzeć na naszego kota.

– I w ogóle wszystkie te u pani zwierzęta takie zadbane i czyste. Te kozy. I nawet te psy takie błyszczące. Ładne.

Padłam. I do tej pory nie wiem, czy ktoś tu zapomniał wziąć z rana swoje tabletki, czy może ja zaczynam mieć zaburzenia słuchu. W końcu akomodacja oka mi się sypie, co jest podobno normalne po czterdziestce, więc czemu nie miałoby mi się rzucić na uszy?

Kilka dni później zaczęłam mieć podejrzenia, że jednak chodzi o coś zupełnie innego, bo się okazało, że pani Żozefin ma do mnie tak zwany interes, a nawet dwa, a ten drugi to taki całkiem gruby. Tak gruby, że normalnie to bym jej powiedziała, żeby poszła w gąski i leśne pierony, no ale teraz to już nie mogę, prawda? A z drugiej strony, sobie pomyślałam, gdyby te komplementy były w ramach przygotowania gruntu pod prośbę o przysługę, to przecież ona mogła nie sprzeniewierzać się swoim poglądom dotyczącym zwierząt ogółem, nie opowiadać mi głodnych bajeczek o ładnych kotkach, tylko zwyczajnie zasunąć kurtuazyjnym poglądem, że to JA ostatnio ładnie wyglądam. No ale później sobie pomyślałam, że bez sensu, bo nawet ona rozumie, że to już byłoby zbyt grubymi nićmi szyte.

A propos niedomagań wieku starczego – czy Wy też tak macie jesienią i zimą, że w głowie zalega Wam jakaś magma, albo kula surowego, drożdżowego ciasta, albo taki ciasno upchany między uszami kłąb waty gęstej jak mgła? (Zauważcie, że choć bardzo chciałam, to nie napisałam: “kłąb mgły gęstej jak wata”, bo kto, do licha, gładko i bezboleśnie wymówi “kłąb mgły”? Wiem, że to docenicie). Bo ja tak mam. Przez ten magmokulokłąb chodzę taka ospała i otępiała, a każda myśl jedna, co by się chciała z kulokłębu wydostać, musiałaby sobie drogę torować maczetą, albo wypalać w wacie ścieżki płomyczkiem zapałki, a że ani jednego ani drugiego te moje myśli nie mają, to one brną, bidulki, przez gęstą i lepką materię magmowaty, zębami i pazurami się wspomóc próbują, a i tak nigdzie nie docierają, tylko padają gdzieś wyczerpane, w nieprzebytej gęstwie kulokłębu uwięzione, i tam już zostają, jak larwy włośnicy, na zawsze, w otoczce niemocy i zniechęcenia. I nie mogę już zostawiać pisania na wieczór, ani nawet przeglądania fotek do wpisu, bo po zapadnięciu zmierzchu gapię się w monitor jak zombie w porcję brukselki i zupełnie nie wiem, co ja mam z tym wszystkim zrobić.

A skoro już tak ciągle o tym żarciu…

Nie wiem czy też tak macie, ale jesienią zwykle nachodzi mnie nieposkromiony apetyt na okropne, ociekające tłuszczem kalorie z rodzaju fastfud. Przychodzi taki dzień, gdy w głowie zapala mi się lampka w kształcie cheeseburgera, a każdy mój krok śledzi cień wielkiego hot-doga ze stacji benzynowej, i naprawdę ciężko od nich uciec. Czizburger to, czizburger tamto, a może by tak hot-doga…? Koniecznie z trzema sosami – czosnkowym, musztardowym i keczupem. Najbliższa stacja serwująca olej napędowy i podobne w smaku hotdogi znajduje się 17 kilometrów stąd. Najbliższa knajpa starego McDonalda – 27 km. Co zrobić, żeby nie płacić za bułkę z kotletem kilkudziesięciu złotych, spędziwszy na dodatek godzinę w podróży? Trzeba ją sobie zrobić. Koniecznie. Trzeba sobie zrobić czizburgera znienacka w listopadzie, TYM BARDZIEJ, że oto po trzynastu latach małżeństwa ja się dowiedziałam, że Mały Żonek nigdy, NIGDY w życiu nie jadł czizburgera! Ani hamburgera. Ani żadnego innego burgera w ogóle i wcale. Nie zna tego smaku, nie wie o co chodzi, i w ogóle na co to komu. Rozumiecie? Ja wiem, że większość z nas umrze nie wspiąwszy się na ani jeden ośmiotysięcznik. Są ludzie, którzy nigdy nie zrozumieją, czym jest prąd. Ba, są tacy, co nie potrafią czytać i pisać, i ja to wszystko szanuję, ale – na litość boską – żeby nie wiedzieć jak smakuje hamburger?!

Przepis wzięłam stąd: http://www.slodkastrona.com/2015/01/domowy-big-mac.html

I wyszło mi to:

Ja wiem, że ten czizburger wygląda trochę tak, jakby ktoś go na ulicy zapytał, czy ma jakiś problem, no i się okazało, że on niestety miał. Ale uwierzcie mi, że w smaku był wyśmienity. Prawdę powiedziawszy, gdyby nie brak posmaku kartonu i plastikowej folii, to można by dać się nabrać, że jest prawdziwy. Znaczy – kupiony w knajpie specjalizującej się w składaniu bułek i kotletów do kupy. Aha, wołowinę kupiłam najtańszą, 400 g mielonej z Lidla, i jeśli zawierała krowę wraz z psem, który jej pilnował, to nie chcę o tym wiedzieć. Po prostu MUSIAŁAM zeżreć czizburgera, OK? I wciąż muszę kupować mięso w sklepie, bo przecież własnego psa nie zjem. Do sosu nie dodałam sosu Worcestershire, bo takiego nie mam i nie zamierzam kupować, musztarda była sarepska, a majonez “Kielecki”. Ogórki z piwnicy, czosnek świeży, a zmieloną gorczycę pominęłam, bo mam tylko jeden młynek i on jest do kawy. Mimo tego sos wyszedł łudząco podobny do oryginalnego. Koszt wykonania sześciu sporych i bardzo sycących czizburgerów zamknął się w kwocie lekko poniżej 20 zł, a najedliśmy się z małżonkiem na dwa dni.

Mały Żonek miał wersję bez ogórka i bez sosu, bo sos zawierał ogórka konserwowego i musztardę, czyli rzeczy według niego niejadalne, więc w sumie to miał bułkę z kotletem i majonezem, ale twierdzi, że mu smakowało, że nawet nienajgorsze było, tylko “wiesz, Kanionek, wołowina mi chyba nie służy, bo jakoś tak długo na żołądku leży”. Wyjaśniłam mu, że to dlatego, że nigdy nie jadamy wołowiny, więc jego żołądek był po prostu lekko zaskoczony, a poza tym najważniejsze, że mu smakowało, prawda? PRAWDA?

Gdyby ktoś się zdecydował na te domowe burgery, to niech weźmie sobie do serca przestrogę autorki o tym, że kotlety na patelni się kurczą. Bo to nie jest tak, że one się “trochę jakby kurczą”, tylko one się kurczą z rozmiaru paletki do ping-ponga do rozmiaru kapsla od butelki. A kurcząc się, robią się jednocześnie grubsze. Coś jakby zbierały się w sobie, żeby komuś wp… znaczy pomóc w rozwiązaniu problemu. Aha, ja swoje rozpłaszczyłam na desce do krojenia posmarowanej olejem, a ponieważ placek mięsa o grubości pół centymetra i średnicy 12 cm nijak się nie pozwoli przenieść na patelnię w całości, to zrobilam jak radzi autorka przepisu i deskę z surowymi kotletami wsadziłam do zamrażarki na jakieś 10 lub 15 minut. I po wyjęciu podważałam cienką, szeroką, drewnianą łopatką.

No ale to było DAWNO, a teraz nic mi nie smakuje, na nic nie mam ochoty, łykam pantoprazol i czekam na lepsze jutro. Przy okazji promocji śmieciożarcia – co Wam to przypomina?

Tanią konserwę turystyczną, prawda? A nieprawda, bo to jest zupełnie nietani ser Pijany Ziokołek w przekroju. Wyszedł chyba taki, jaki miał wyjść: bardzo zwarty, dość twardy, zalatujący lekko winem, choć w smaku – o dziwo – łagodny. Zrobiłam tego sera tylko tę jedną, próbną partię, z której zostały mi dwa krążki o wadze około 400 g, więc jeśli ktoś dawno temu zaklepywał ten ser i nadal go pragnie, niech się przypomni. Jeśli w przyszłym roku znów zapragnę stać pół nocy nad serowym garem, to zamiast kilku małych krążków zrobię jeden duży i będzie można sobie zamawiać po kawałeczku na spróbowanie.

Z najnowszych zaś wieści to mogę Wam powiedzieć tyle, że nie tylko Kanionek się psuje na jesień, bo właśnie przedwczoraj padła nam pompa w piwnicy i nie da się jej rozkręcić, bo jest bardzo, bardzo chińska. Padł również komputer Małego Żonka, i to nie dlatego, że jest chiński, tylko dlatego, że ktoś do niego nasikał, o czym gdyby Mały Żonek wiedział, to nie próbowałby go uruchomić, no ale kto przy zdrowych zmysłach i we własnym domu sprawdza przed uruchomieniem, czy nie nasikano mu do komputera? Po krótkim śledztwie obejmującym analizę “wysokości nasiku” oraz innych okoliczności towarzyszących, krąg podejrzanych skurczył się do jednego osobnika:

Mimo rozkręcenia sprzętu do ostatniej śrubki i dokładnego osuszenia wszystkich podzespołów nie udało się reanimować pacjenta, a gdyby Pasztefon nie skrył się zachowawczo pod moim opiekuńczym łokciem, to jego być może też już nie dałoby się nigdy uruchomić, bo ten komputer to Mały Żonek sobie długo składał, i to było takie jego dziecko, stanowiące jednocześnie jaskinię, przytułek, schron przed całym złem tego świata (czyli głównie Kanionkiem), do którego to schronu Mały Żonek uciekał się wieczorami, by tam, w nieobmierzłej rzeczywistości dalekich, wirtualnych światów, stawać się na przykład Wiedźminem, i na wiernej Płotce gnać gdzieś hen, daleko stąd, a zwłaszcza jak najdalej od Kanionka i jego fantastycznych przyjaciół, co szczają ludziom do kompów. No i jak trzeba było coś naprawić ze skryptem komentarzy na blogu, albo poprowadzić kogoś przez zawiłe ścieżki stawania się pełnoprawnym użytkownikiem Forum Obory Kanionka, to też na tym kompie się odbywało, więc w związku z tym…

Jest u mnie jeszcze granat w świątecznym ubraniu i nie zawaham się go użyć:

Ja nie mówię, że sprzedaję tegoroczną nalewkę na kwiatach czarnego bzu, po dwajścia pińć złotych za butelkę 250 ml, ani że sprzedaję wysoce alkoholizowaną galaretkę porzeczkową, nazywaną roboczo “czarnoporzeczkowym likierem”, która jest doskonała jako sos do lodów śmietankowo-czekoladowych, albo jako zimowy wsad do herbaty (uwaga: ilość towaru mocno ograniczona. Dokładnie do trzech butelek po 250 ml, po 30 zł za sztukę), ani że mam jeszcze w piwnicy mocno już dojrzałą tarninówkę sprzed dwóch lat, z miodem, goździkiem i jałowcem, albo trzyletnią (!) staroświecką wiśniówkę, czy cytrynówkę z imbirem, miętą i melisą z roku 2015, lub równie starą jeżynówkę z leśnych jeżyn, za które, gdybym je sprzedawała, chciałabym jakieś co łaska, jednak nie mniej niż czterdzieści złotych per buteleczkę 250 ml. No więc ja nie mówię, i jeśli ktoś nie chce kupić, niech pisze maila na info@kanionek.pl.

Uroczy zaś słoiczek na tem zdjęciu powyższem zawiera spektakularnie wyjątkowy, przewyborny i odlotowy, dżemor jarzębinowo-jabłkowy. Polecany przez Polskie Stowarzyszenie Amatorów Konfitur, dżemor ten może być spożywany nie tylko przez osoby cierpiące na hemoroidy, czy inne problemy z naczyniami krwionośnymi. Nie. On jest dla wszystkich. Dla Ciebie i dla mnie. Prawdziwie polski, wykonany prawilnie z niepryskanych, niegiemonizowanych owoców TEJ ZIEMI, zamknięty czułą ręką Kanionka w dizajnersko skromnym słoiczku wydmuchanym w polskiej hucie szkła usteczkami małych, polskich dzieci… A nie, wróć. No w każdym razie – polecam na zdrowie, za jedyne 15 zł łamane przez sztukę, a w wielkiej, czarnozimowej promocji Kanionka nawet po 12 zł, pod warunkiem, że bierzecie dla siebie i babci, czyli minimum 5 sztuk. I nie żebym Wam chciała coś wcisnąć, ale może babcia napiłaby się herbaty z syropem z kwiatów czarnego bzu? Bo też mam, prawie darmo rozdaję, mój Porze, bo tylko po 15 zł/200ml.

(Weźcie coś zamówcie, bo gdzie ja z Pasztetem zamieszkam? W ŚRODKU ZIMY?).

Aha, zostały mi jeszcze resztki, resztunie, dosłownie ze dwa kilogramy, mojego autorskiego sera dojrzewającego (pisałam Wam, chyba w sierpniu, że robię eksperyment z nową, własną recepturą), który roboczo nazwałam “jogurtowym”. Jest mięciusi i milusi, o zalotnych, małych oczkach, powstałych dzięki niewielkiemu dodatkowi bakterii jogurtowych; mnie akurat smakuje najbardziej ze wszystkich dotychczasowych dojrzewających:

No. Całkiem udany eksperyment, choć zdjęcie takie sobie, i teraz tylko muszę sobie przypomnieć, GDZIE ZAPISAŁAM TAJNĄ RECEPTURĘ.

Na koniec mam dla Was kilka jesiennych ujęć kozich osobistości, a na początek tego końca fotka Małgosi (zwanej też Pocztówką) z końca listopada ubiegłego roku:

I tej samej Małgosi obecnie:

Niewiarygodne? Niemożliwe? A jednak. Rodzona córka Lucka, co chyba wszystko tłumaczy.

PS. A może babcia lubi napar z melisy? Ekologicznie czystej, zielonej nawet po ususzeniu?

Albo Herbatkę Leśnego Dziadka? Ja mam wszystkie niezbędne materiały! Oprócz kwiatów lipy, bo zapomniałam zebrać, i suszonych jabłek, bo jabłka niedobre w tym roku, ale to przecież drobiazg, prawda?

153 thoughts on “Człowiek to świnia, czyli o jesiennym żarciu (i piciu)

  1. mitenki 01/12/2017 at 02:08

    Pierwsza!

    Eeee, Kanionku, przyznaj się, że tę kózkę Małgosię to wyszprejowałaś! Trzeba to zgłosić do TOZ!

    (polecę Ciocinym sposobem, bo on dobry jest…)
    1. Czy Laserek jest zatrudniony w tym zakładzie gastronomicznym na etacie “kontroler jakości”? Słuszna decyzja, bo placki wyprodukowane pod jego czujnym okiem były PYSZNE! Tak trzymaj Laserku!

    2. Wiedziałam, no WIEDZIAŁAM, że Mały Żonek jest blondynem! :P (dla tych, co nie wiedzą o co kaman – wyśniło mi się :D)

    3. Czy można zamówić hamburgera z dostawą? Wyglądają pysznie, i chizburger i bigmak (nie wiem co się dzieje, ale ostatnio ciągle jem. Ciężka zima będzie, wojna?)

    4. Moje idealne bułki były owalne. Niedaleko mojego liceum była prywatna piekarnia, gdzie prawie codziennie na długiej przerwie kupowaliśmy takie pyszne, chrupiące i jeszcze gorące bułeczki (zwykle nie byłam rano głodna i nie jadłam śniadania ani nie brałam kanapek). Pamiętam, że jak była kolejka do kasy, to wszyscy przepuszczali nas przodem. A, i jak się taką bułkę zgniotło, to wracała do swojego kształtu.

    5. Jak się nazywają te krówkowe piękności? Chodzi mię ofkors o te łaciate biało-czarne kózki, a nie krówki z Milanówka ;)

    6. Moje kubeczki smakowe powiedziały, że “pijany serek” ma smak bardziej ostry, wytrawny. Znajomi też tak ocenili i bardzo, bardzo smakował :)

    7. Proszę o nienaśmiewanie się z ciasnych kawalerek z aneksem i prysznicem w szafie, gdyż niektórzy w takich mieszkają. A kota trzymają w pudełku po butach :]

    8. Na trzecim zdjęciu od góry – chodzi o “gruby sznur kiełbasy”? :D

    9. Zapisuję się na:
    – kilogram jogurtowego sera,
    – pudełko meliski
    – czarnoporzeczkowy likier
    – złotą nalewkę na pigwowcu

    i tę żółtą bombkę, jeśli jej dotąd nie zdetonowałaś (gdyż czasem bardzo nie lubię ludzi, niektórych ofkors).

    • wy/raz 01/12/2017 at 11:35

      Mietnki, ta bombka na Święta, czy do STOLYCY się wybierasz?

      • Iza 01/12/2017 at 21:06

        @ wy/raz: A to nie można połączyć pięknego z pożytecznym??? Już jest zakaz?

      • mitenki 02/12/2017 at 00:23

        Hmmm. a czemu do stolycy z bombką?

    • ciociasamozło 01/12/2017 at 12:17

      Ale ja wcześniej przeczytałam! O! Bo wczoraj o 23:58. Tylko nie miałam siły już komentować :(
      A Tobie, Mitenki, kot nie daje spać?

      • mitenki 04/12/2017 at 03:45

        Ciocia, a wiesz ile razy ja pierwsza przeczytałam (bo Ałtorka bloga nocnym markiem jest jako i ja), ale zanim zebrałam myśli, zrobiłam herbatkę i nabrałam sił do pisania, okazywało się, że w międzyczasie pisiąt komciów powstało i wszystko, co chciałam napisać ktoś już napisał przede mną? :(
        Także ten… raz Ciocia pierwsza będzie, raz insza Koza, a czasem Mitenki, ok?

        Nie kot, kłopoty zdrowotne i życiowe nie dają…

    • kanionek 01/12/2017 at 21:12

      Czo Ty, Mitenki – szkoda szpreju na te kozy, bo co którąś pomalujesz, to reszta wygryzie jej farbowane kłaki, z czystej zazdrości. Małgośka poszła w ślady ojca, czyli przedstawiła się światu jako puszysty aniołek, a później, chyłkiem, cichcem i ukradkiem, przeobraziła w małego demonka. Jeszcze dwa miesiące temu trzymała się maminej spódnicy, a teraz wdaje się w walki z dwa razy od niej większym (i cięższym) Taboretem. Poprzednie córki Bożeny, Pippi i Betonik, to łagodne stworzenia, a Pocztówa vel Małgośka rośnie chyba na następczynię tronu ;)

      1. Taa, w tym zakładzie jest jeden producent, a kontrolerów to jest na pęczki. Rano przy stole siedzą zazwyczaj trzy psy: Laser na jednym krześle, Pusiołak z Pasztetem na drugim. I wszyscy chcą kontrolować jakość mojej kawy. Ja w tym domu używam więcej alkoholu izopropylowego (dezynfekcja, między innymi stołowego blatu), niż mleka do kawy!
      2. No tak. Ty o nim śnisz, on Ci wysyła własnoręcznie wykonaną biżuterię, i ja nie wiem jak to się skończy, ale Twój kot może nie docnić faktu, że być może będzie musiał z kimś dzielić swoje pudełko po butach!
      3. Gdyby miała być wojna na każdą taką okoliczność, że ja mam ochotę na tłuste, smażone, ciężkie i DUŻO, to z tej planety już dawno zostałyby tylko dymiące zgliszcza. Więc tak, pewnie zima będzie ciężka :D
      4. Jeśli przez owalne masz na myśli podłużne, to ja właśnie o takich bułkach pisałam! Moje przed upieczeniem też miały podłużny kształt i były bardziej płaskie, tylko się roztyły w piekarniku ;)
      5. Oprócz Krówko, którą raczej kojarzycie, no i Ireny, której nie trzeba przedstawiać, “łaciate” są jeszcze: Miki (córka Krychy), na pierwszym planie tego zdjęcia, o które – jak mniemam – pytasz, no i Czesio, na planie dalszym. Mikulec to się Kryśce naprawdę udał z tym popierniczonym wzorkiem (z każdej strony inny) i białą plamką, jak niezlizane mleko, pod nosem :) Miki ma też jedną z lepszych jakościowo kurtek na zimę – jej futerko jest dość długie, bardzo gęste i puszyste.
      6. O, to moje kubki naprawdę muszą być zdegenerowane (co by tłumaczyło, dlaczego każdą potrawę muszę “dopikantniać”, bo mi się wydaje mdła i bez wyrazu). Najważniejsze, że ten ser wyszedł jadalny :)
      7. Ja się nie naśmiewam! A Pasztet mówi, że w kartoniku mieszkało mu się wybornie, i w ogóle pozdro dla kota :)
      8. Tak, gruby sznur kiełbasy z dzika. PASZTEdzika. Małżonek mówi, że to w sumie dobrze, że ja tak ciągle coś w kuchni przestawiam i on nigdy nie wie, gdzie akurat znajduje się maszynka do mielenia mięsa, bo po tej akcji z komputerem mógłby niechcący jej użyć ;)
      9. Zaklepane.

      Bombki jeszcze nie zdetonowałam, bo tak: to jest jedynia dynia, która w ogóle odrosła od ziemi w tym roku, i nie wiem co z nią zrobić. Kozom dać bez sensu, bo taka piłeczka na prawie 30 pysków to jak żart. Dałabym kurczakom, ale czego nie dojedzą, to Mając potem wciągnie razem z błotem. No i tak sobie leży ta dyńka, w ciemnym i chłodnym, i na nic nie narzeka.

      • mitenki 04/12/2017 at 05:16

        A ja myślałam, że Kanionek komu jak komu, ale kozom NICZEGO nie żałuje. Nawet szpreju! ;) Jakbyś chciała sprawić kozom świąteczny look, to mam szprej z brokatem. Tylko szybko się decyduj zanim poczta się zakorkuje :D

        ad.2. Przypominam, że sen był o Kanionkowie ogólnie ;) I Ty mi się śniłaś, i Mały Żonek i zamek z wieloma wieżyczkami na wysokiej skale, w którym mieszkaliście. I kozy ofkors.
        Temat BIŻU jeszcze zostanie poruszony.

        ad.3. Protestuję! Nie chcę ciężkiej zimy, nie mam butów! Poza czymś w rodzaju balerinek.

        ad.4. Podłużne właśnie. Do tych smaków, których już nie ma chciałam dorzucić jeszcze… ser żółty z mojego dzieciństwa. Było wtedy pewnie z 5 smaków sera na krzyż, u nas w domu się nie przelewało, więc to był jakiś zwykły ser, żaden delikates. Nie wiem jak się nazywał, ale jego smak pamiętam do dziś.

        ad.5. Wszystkie Twoje kózki są piękne, rację miała pani Żozefin :)

        ad.6. Najbardziej “dopikantniłaś” serek z jalapeno (dziewczyny polecam, jeśli nie boicie się buchać ogniem z ust) :D Pyszny i już nikt mi nie będzie mógł zarzucić, że mam gębę niewyparzoną :D

        ad.7. Mój koteł przesyła noski-noski, czółko-czółko :)

        ad.9. Wysłać zamówienie mailem?

        Z bombki, jeśli uważasz że dla zwierzów ma za małe gabaryty, możesz zrobić zupę dyniową, i “dopikantnić” ją ile Ci serce dyktuje (a raczej kubki smakowe ;), gdyż ona sama ma neutralny smak. Kiedyś taką zrobiłam i bardzo, bardzo polecam.

        • kanionek 04/12/2017 at 19:27

          No jasne, Mitenki, ja wierzę, że też byłam w tym śnie – zamknięta w jednej z owych wieżyczek, podczas gdy WY TAM NA DOLE, szprejowaliście się brokatem i wyczynialiście jakieś bezeceństwa, a moje biedne kozy musiały na to patrzeć!

          Ja też nie mam butów. To znaczy myślałam, że nie mam, ale się okazuje, że już mam, bo Ciotka B. mi swoje oddała i Mama w środę wysyła mi paczkę :D

          O w pyszczek, właśnie mi przypomniałaś, że ja mam jeszcze w piwnicy tego zawoskowanego już szwajcara! Niedługo powinien być dobry. O ILE będzie dobry, bo to też eksperyment – nie wiem, czy ktoś poza mną zrobił ser szwajcarski z koziego mleka.

          Moje koteły podtrzymują zaproszenie dla Twojego koteła, wiesz na co :)

          Nie no, jaka zupa. Toć dopiero co zrobiłam pomidorową, a we wrześniu był barszcz, i limit zup na ten rok został wyczerpany. Ale spoko, domieszam kozom dynię do jabłek. To będzie bomba witaminowa ;)

          A ja Ci nie wysłałam maila potwierdzającego? Żesz. Myślałam, że już wszystkim. W każdym razie masz zaklepane, co sobie zaklepałaś :)

  2. mitenki 01/12/2017 at 02:12

    Druga!

  3. mitenki 01/12/2017 at 02:15

    I trzecia!

    Podium całe moje :D

  4. mitenki 01/12/2017 at 03:45

    A u mnie na całej połaci śnieg… jest tak biało i cicho…
    Rano pewnie będzie chlapa, ale teraz jest pięknie :)

  5. sunsette 01/12/2017 at 06:22

    Mitenki, u mnie też biało wszędzie, głucho wszędzie, chlapa kurde będzie.
    Przyznaję dobrowolnie, że nigdy nie jadłam żadnego burgera, ani ham, ani chees, ani innego bigmaca czy kebaba. I nie zamierzam. Z nastoletnich lat jeno smak zapiekanek i hotdogów pamiętam ale nie tęsknię, natomiast na widok kanionkowych chlebów, a na dodatek buł ślina mi cieknie i w takich momentach bezglutenowa dieta mi ciąży;)
    Żozefin z kolei mnie przeraża i podziwiam Kanionku Twoją odwagę.
    Chciałabym zaklepać sobie choć ćwierć kilo sera jogurtowego:)
    A w Małgosię nie wierzę, to niemożliwe, nienienienienie;)))

    • kanionek 01/12/2017 at 21:18

      Zaklepuję :)
      A długo już jesteś bezglutenowa? I jak wrażenia ogólne?

      A oprócz Małgosi, to zapomniałam powiedzieć, że Ida (to ta, co ma każdy róg w innym kolorze) też się ładnie przepoczwarzyła. Była praktycznie biała, z czarną krechą na karku, a teraz łaciata prawie jak matka :) Jak nie zapomnę, to zrobię fotkę.

      • sunsette 07/12/2017 at 20:27

        Już setka komentarzy pod spodem i pewnie nie dopatrzysz się tej odpowiedzi, ale i tak napiszę:)
        Bezglutenowa jestem prawie 3 lata, 2 lata bez mleka krowiego i pochodnych, podobnie bez cukru rafinowanego, rok bez mięsa. I sobie bardzo chwalę. Hashimoto zastopowane bez hormonów, przeszły bóle reumatyczno – zwyrodnieniowe i częste katary, okres jest bezbolesny (a był bardzo), bóle głowy to wieeelka rzadkość i dużo słabsze niż dawniej. Tabletek przeciwbólowych i antybotyków nie używam od ponad 2 lat, z wyjątkiem tegorocznego usunięcia ósemki (żaliłam się tu już na ten temat:))

        • kanionek 07/12/2017 at 21:56

          Słodki jeżu z zębami na wierzchu, jeszcze mnie ta ósemka czeka…

          Hej, no brzmi to pięknie! Ale gdy próbuję sobie wyobrazić, jak Ty musisz kombinować z posiłkami, żeby uniknąć tego i owego (a w większości półproduktów jest albo gluten, albo cukier, albo tłuszcz palmowy, albo inne syropy glukozowo-fruktozowe), to już wiem, że nie znalazłabym na to czasu, ani chyba psychicznej siły. Jedyne czym się mogę obecnie pochwalić, to że antybiotyków nie żarłam już ho, ho, ho, nie pamiętam jak długo. Odkąd się “odludniłam”, to ani się nie przeziębiam, ani zapalenia oskrzeli nie łapię. Dobre i to :)

  6. Teatralna 01/12/2017 at 10:24

    no nie wiem, nie wiem ja jestem trzecia tym razem, chyba??
    oraz i ja tak mam od dziecka z tym cukrem światem ze słodkości ))) nawet mi się to śniło latami, że wszystko z czekolady.
    U nas leje deszcz i całkiem ciepło nie ma śniegu i dobrze ale rowy powypełniane po brzegi i chyba tu zgnijemy. Jestem na diecie już osiem miesięcy i dlatego, na razie!!!
    ser Twój nie dla mnie (((((((( ale to przejściowe jest. uściskuję.

    • kanionek 01/12/2017 at 21:23

      U nas wczorajszy śnieg już się zamienił w JESZCZE WIĘCEJ BŁOTA. Całkiem nieczekoladowego :-/
      No to może ulgę przyniesie Ci wiadomość, że mój ser to już nie tylko nie dla Ciebie, ale w ogóle dla nikogo, bo koniec seoznu, koniec zapasów, koniec końców i kropka. Ale można stawać w kolejce na kwiecień :D

      • Teatralna 02/12/2017 at 11:51

        owszem STAJĘ w kolejce na kwiecień))) mam bowiem nadzieje, że mi się w kwietniu dieta skończy wreszcie, nareszcie)

  7. Anomin 01/12/2017 at 10:31

    Kanionku, Twoja slownosc jest porazajaco niedzisiejsza!
    Dzieki za wpis – od razu jasniej (i wcale nie dlatego, ze bialo za oknem).
    I jesli TAKIE teksty wychodza z ‘magmokulokłąbu’ to ja na miejscu wszystkich potencjalnych pismakow modlilabym sie by w Kanionkowie nigdy nie nastala wiosna.

    A’propos wizualizacji Zonka ;-) moj kolega mawial z kolei: moja zona poradzi gotowac, ale ja nie poradze tego jesc…
    Qrcze, tez bym zjadla takiego burgera (nie wazne czy ham czy chees)

    Cuda jak z Malgosia to tylko w Kanionkowie.

    • kanionek 01/12/2017 at 21:37

      A nie, nie, nie. Jeśli chodzi o ten wpis, to ja się uciekłam do prostej sztuczki: napisałam go za dnia jasnego, a tylko na serwer wrzuciłam nocą, gdy ruch w internetach mniejszy i zdjęcia się łatwiej przez kabel przeciska ;)
      Dowodem na to, że magmokulokłąb istnieje, nich będzie fakt, że przez dobre pięć minut zastanawiałam się, jakiej to ja obietnicy dotrzymałam, żeby zasłużyć na komplement słowności. Domyśliłam się w końcu, ale mam wrażenie, że co najmniej jedna półkula mózgowa zgniła mi od tego myślenia doszczętnie!

  8. wy/raz 01/12/2017 at 11:29

    No macie, Mitenki tak poleciała, że co ja tu mogę….

    U nas śnieg i właśnie ciężko myślę co by tu wchłonąć takiego zimowego. Grochówka, w której stoi łyżka, fasolkę po bretońsku, czy dopłynąć do Kanionka na placki.

    Na burgera/hot-doga to miewam takie napady, że po prostu MUSZĘ i nie ma zmiłuj się, na szczęście tylko ze 2 razy do roku. Ale siła taka, że rozkłada na łopatki i pozbawia instynktu samozachowawczego ;-))

    Serek pijany śliczny, myślałam, że zostałaś producentką białej czekolady marki SugarLand , albo mieliłaś słoninę na smalec.

    A i Kanionku, co tam akomodacja oka. Pomyśl co u Żozefin ze słuchem!!! A tak jak już o niedomaganiu to kłebomózgowie się chyba zawija z braku światła, przynajmniej u mnie takie objawy. Chodziłabym spać z kurami a wstała tak na koniec marca. Choć u mnie myśli nie przebijają się kilofem, tylko zaczynają skakać jak pchły i ciężko je połapać. I pamiętaj nie samym żywokostem człowiek żyje, kleik polecany na forum próbowałaś? Też słyszałam, że na żołądek świetny.

    Te dziewczyny co to nie wiadomo gdzie są meldują się posłusznie na forum. I jeśli jeszcze ten reglamentowany towar jest dostępny to proszą o: czarnoporzeczkowy likier, dżemik x2 i biały syrop czarnobzowy. No i meliskę DLA MNIE (kurczę, jestem już babcią), bo jak widzę jak coraz częściej w szeroko pojętej polityce czarne jest białe a białe czarne, to potrzebuję coś na uspokojenie. Patrz wyżej post Mitenki.

    Pasztefon tak godnie się prezentuje… Jakie części do komputera by się przydały?

    • kanionek 01/12/2017 at 21:49

      Kleik? To już wolę nic nie jeść! Marchewa z ryżolem, takie gołe, bez niczego, brr…

      Ale mam (chyba) dobre wieści. Dziś po południu poczułam chęć na coś do jedzenia. Nie na cokolwiek, tylko akurat i dokładnie na… zupę pomidorową. Może nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że pomidorowej unikam od dziecka jak diabeł święconej wody, i NIGDY tej zupy nie gotowałam. A dziś proszę: pomidorowa i pomidorowa, natychmiast i koniecznie! Z marakonem, oczywiście, bo ja ryż to tylko po chińsku oraz w gołąbkach.

      I teraz tak trochę siedzę, a trochę leżę na łóżku, pełna po brzegi pomidorowej zupy i bardzo z siebie zadowolona, i myślę sobie, że to jednak prawda – na starość człowiek dziwaczeje.

      Zamówienie zapisałam :)
      A jakie części to jeszcze nie wiadomo, bo Mały Żonek chce najpierw spróbować z wymianą procesora na jakiś najtańszy pasujący, dzięki czemu będzie wiedział, czy całą płytę główną szlag trafił, oraz czy trafił te wszystkie karty graficzne, dźwiękowe, jakieś tam… Ja się nie znam. W każdym razie małżonek żywi jeszcze nadzieję, że może tylko procesor oberwał w wyniku zwarcia.

    • mitenki 04/12/2017 at 05:26

      Żebym to ja się poważnymi tematami Wy/razku tak denerwowała jak polityka, i bombką chciała z tego powodu rzucać… Ale mnie już zaczynają wnerwiać zwykłe rzeczy, jak wtedy gdy autobus w który mam się przesiąść z innego, nie raczy się zatrzymać, jest ciemna noc, sypie śnieg, a następny za pół godziny. Ach ty podły kierowco, masz szczęście, że bombki przy sobie nie miałam!

  9. diabel-w-buraczkach 01/12/2017 at 12:03

    Do Zozefin to trzeba miec tony cierpliwosci…

    SLÓWKO O DZEMIKU czyli CZAS NA REKLAME:
    Dzemik ów nadaje sie wybornie do konsumpcji razem z serami, albowiem nie jest typowo slodki, tylko taki lekko gorzkawy, ze mozna go jak zurawine wcinac do serów, kotletów itp. albo jako równowazacy dodatek do bardzo slodkich deserów.

    Ze sery sa pyszne, to pisac nie trzeba, wszyscy juz wiedza ze KANIONEK TO NOWY WYMIAR JAKOSCI.
    Howgh. Pisalam to w pelni mocy umyslowych i podpisuje sie wszystkimi czterema kopytami.

    • kanionek 01/12/2017 at 21:58

      Ooo, dziękuję, Diable kochany, za reklamę dżemora, z którą ja się całkowicie zgadzam. Ta jego lekkogorzkawość czyni go wyjątkowym!
      (a czy ktoś w końcu spróbował dodać go do herbaty?! Bo ja go głównie do herbaty używam, i on w tym zastosowaniu wyparł nawet sok malinowy, który był dotąd moim numerem jeden)

      “KANIONEK TO NOWY WYMIAR JAKOSCI” – mój Porze, ja to sobie muszę wytatuować, najlepiej na czole, żebym codziennie w lustrze widziała :)

    • mitenki 04/12/2017 at 05:29

      O,o,o! Oscypek w plasterki, na patelenkę, podsmażyć i do tego dżemor z jarzębinki!
      Można też tak Kanionkowy serek wędzony, jeśli ktoś jeszcze ma…

  10. ciociasamozło 01/12/2017 at 12:16

    No Kanionek, faktycznie w listopadzie zdążyłaś :)
    Jeeeść, ciągle jeść w stronę słońcaa! A nie, to jakoś inaczej było… No jeść to ja bardzo. Chętnie, tłusto i słodko. Jak wczoraj nie byłam głodna to się zastanawiałam czy nie jestem już baardzo chora. Ale to chyba było tylko wzmożenie magmokulokłębu (może się przesunął i przestał uciskać ośrodek głodu. Albo zaczął). Nie dość, że myślałam przez mgłę to jeszcze miałam wrażenie, że moja twarz podlega grawitacji 5x silniejszej niż cała reszta otoczenia. Bardzo głupie uczucie, że czoło zasłania oczy i zaraz potknę się o własne policzki (shar pei?)

    Czy mnie się wydaje, czy Pasztedzik to wyrasta na Lasera-bis? Ten błysk, ta mina…
    A z tym kompem, to skąd wiesz, a może zgasił tlący się pożar?! A może Małemużonkowi komp się zawirusował i dzielny piesek to wyczuł? A może odreagował wizytę Żozefin?

    Kanionku, doskonale Cię rozumiem, że przy takiej Żozefin wszelkie pokłady miłości bliźniego, cierpliwości i ciekawości dla meandrów ludzkiej natury mogą się baardzo szybko wyczerpać! Aczkolwiek docenieniem zwierzątek zaskoczyła i zaplusowała bardzo.

    Małgosia-Pocztówka po prostu zmienna jest. A Wy, Kozy, co? Nigdy się nie farbowałyście?

    Bardzo reflektuję na tarninówkę i wiśniówkę! I kawałek Pijanego Ziokołka! I 3 słoiczki J-J. Już piszę maila!

    • kanionek 01/12/2017 at 22:09

      “Jeeeść, ciągle jeść w stronę słońcaa!” – coś pięknego. Od dzisiaj do końca kwietnia to mój hymn dnia codziennego.

      Pasztedzik trzyma się z Pusiołakiem, który jest mu wujkiem, bratem, jackiem do placka, spowiednikiem i odpowiednikiem, a przede wszystkim – oficerem pokładowym w tej wielkiej powodzi wrażeń, jaką jest życie małego psa na dużym, wiejskim podwórku ;) Laser nam trochę zdziadział, poza tym nigdy nie umiał się bawić! Nerwica po mamusi ;) Ale zawzięty to Pasztefon jest faktycznie jak Laser za młodu.

      Już zapisuję. Ja wiedziałam, że tarninówki mam tak z pięć razy za mało, a w tym i ubiegłym roku tak mi się jej nie chciało robić, bo jest najgorsza do filtrowania ze wszystkich chyba nalewek…

      • mitenki 04/12/2017 at 05:31

        Jaki ona ma smak? Ta tarninówka? Jak sok z tarniny? Czyli najśliwkowszy smak na świecie?

        • kanionek 04/12/2017 at 19:34

          Nie smakuje jak tarninowy kompocik, jest bardziej, hm… wytrawna. Nie wiem jak określić ten smak, bo jest dość oryginalny, ale prawie dam sobie rękę uciąć, że nie pogardzisz. Ja tarninówkę zrobiłam inaczej, niż podaje większość przepisów, żeby wydobyć z owoców więcej sensu. Ludzie zalewają całe śliweczki wódą lub spirytusem i czekają miesiącami, aż alkohol coś z tych owoców wyciągnie, a ja zrobiłam nalewce dobrze, a sobie pod górkę, i owoce lekko zgniotłam. Górka była stroma i wysoka, tak na milion dwieście soczystych przekleństw, bo filtrowało się to prawie tak samo długo, jak naciągało – tarnina ma dużo pektyn, o czym oczywiście należało się przekonać na własnej krzywdzie ;)
          Ale efekt jest, moim skromnym zdaniem, wyborny.

  11. becia 01/12/2017 at 13:11

    Kilogram jogurtowego syra rezerwuję i tarninówki butlę. I leca.. odezwę się w pon. bo mnie odcinają od neta.

    • kanionek 01/12/2017 at 22:15

      Syra się powinno jeszcze tyle znaleźć, ale ostatnią tarninówkę to Ci Ciocia sprzątnęła sprzed nosa. Może jeżynówkę? Ma głęboki, choć łagodny, aksamitny smak. Tak aksamitny, jak aksamitna jest czerń leśnych jeżyn… Oj tam, no smaczna jest. A jeśli wolisz coś z pazurem i charakterem, to cytrynówa z imbirem – dość konkrrrretna mi wyszła :)

      • becia 01/12/2017 at 22:22

        Szkoda :( jeżynówke wtedy wezme chyba że mocno slodka to wtedy sama mi wybierz cos nie mocno słodkie.

  12. becia 01/12/2017 at 13:41

    Kanionku a trochę twarożku dałoby się wyczarować jeszcze czy już kozy mleko tak ograniczyły że nic nie będzie nowego?

    • wy/raz 01/12/2017 at 20:58

      Oj jakby się dało…..

      • kanionek 01/12/2017 at 22:20

        Becia i wy/raz – nikła szansa jest, ale gwarancji brak. Robię ostatnie zamówienie w tym roku, cztery kozy już w ogóle wyłączyłam z dojenia, bo nie ma sensu po te pół szklanki mleka, i jeśli się z tym zamówieniem wyrobię do 10 grudnia, to może… A o jakiej ilości myślicie? Może powinnam zapytać o jak NIEWIELKIEJ ilości twarożku myślicie :D

        • becia 01/12/2017 at 22:23

          Choć pudełeczko. Po 0.5 kg chyba wcześniej było..

          • wy/raz 02/12/2017 at 08:50

            Oj tak. Ale namolne nie będziemy, prawda Becia? Staniemy grzecznie do wiosennej kolejki.

  13. Iza 01/12/2017 at 21:17

    Znaczy, że zima to nie jest dobra pora dla sprzętu. :( Powiedz Małemu Żonkowi, że moja młoda od wczoraj gorzko opłakuje swój dysk zewnętrzny – 20 cm do podłogi, ostre hamowanie autobusu i wszystkie posiadane filmy oraz całość posiadanej muzyki poszły się paść… Tak, że ten… jako współ-uzależniona współodczuwam na dwa fronty. :( Pomyślę, co z tym zrobić.

    • kanionek 01/12/2017 at 22:26

      Zima nie jest dobrą porą, KROPKA. Nikomu nie służy i wszystko psuje.
      A te dyski zewnętrzne to faktycznie delikatne zwierzątka są, bardzo współczuję. Kiedyś człek trzymał filmy na kasetach, a muzykę na płytach, i stracić całą kolekcję to można było co najwyżej w pożarze, a dzisiaj wszystko w małym pudełeczku…

      (Mały Żonek tymczasem “siedzi” na moim, obecnie nieużywanym, pececie. To jest taki smok, co to wiecie, zanim otworzy kartę w przeglądarce, to już trzeba zrywać kartę z kalendarza :D Zresztą – z czego ja się śmieję? Mój klaptop sam się wyłącza tak ze trzy razy podczas jednej sesji, nie ma klawiatury, i ogólnie jest na ostatnim zakręcie swojego życia).

  14. Ola 01/12/2017 at 23:20

    Kanionku, wysłałam zamówienie na email. I tu czytam teraz, że jeżynowki już brak?
    To ja poproszę ten dżemik gorzkawy i plis potwierdź emaila, czy doszedł

    • kanionek 03/12/2017 at 18:18

      Nie, czekaj, jeżynówka chyba jeszcze będzie, za to tarninówka się skończyła. Ale ja to wszystko jeszcze sprawdzę i dam znać.

  15. Ola 01/12/2017 at 23:21

    Dżemik dodatkowo of kors, do tego co w emailu.

  16. Jagoda 02/12/2017 at 08:20

    Pieski faktycznie lśniące jakbyś je Kanionku, sadłem smarowała.
    Tak sobie skontemplowałam, że mam coś z kozy ( oprócz tego, że Koziorożec) bo dziecięciem będąc włosy miałam białe jak
    Małgośka, nie przymierzając. A teraz mam jak fragment boczku Małgosi, ten siwy.
    Postanowiłam w tym roku cieszyć się każdym dniem, jaki by nie był, więc nie przyłączę się do chóru narzekających na pierwszy śnieg. Co prawda ciemną nocą musiałam odśnieżyć podjazd, bo nie mogłam wjechać lekutko pod górkę a nie chciałam zostawić auta za bramą. A, i jeszcze musiałam czymś posypać, więc do kompletu w międzyczasie wybrałam popiół z kominka. A wszystko dlatego, że nie było czasu na wymianę opon…
    Jak tak patrzę na te wszystkie delicje, to najbardziej chce mi się kanionkowego chleba, czy mogę prosić? Pliiizzzzz… do dżemu z jarzębiną. A do tego nalewka z pigwą i cytrynóweczka. Oraz opakowanie melisy. Co prawda suszyłam swoją, ale nie mam tak magicznych rąk jak Kanionek i moja jest szara. Dżem z jarzębiną również robiłam i chcę porównać, dlatego zamawiam tylko 1 słoiczek.
    Pozdrawiam wszystkich gorąco.

    • kanionek 03/12/2017 at 18:22

      Hm… Chleb wysyłkowo? Można spróbować. Ale ten dżem (w sumie to bardziej powidła) się raczej na chleb nie nadaje, no chyba że akurat podejdzie Ci takie awangardowe połączenie. Muszę ogarnąć zmaltretowanym wczorajszą migreną umysłem Wasze zamówienia i każdemu odpiszę mailem, OK?

  17. hanka 02/12/2017 at 09:42

    Z magmą w głowie i bułkami (tylko u mnie to były rogale z piekarni za rogiem) mam tak samo jak Kanionek.
    Z hamburgerem i czizburgerem mam tak samo jak Mały Żonek.
    Ze zmianą barwy okrywy włosowej mam tak samo jak koza Małgośka (tylko, że po trzydziestce mnie to spotkało). Obecnie zaczyna się zmiana w przeciwnym kierunku, więc niedługo znów będę blondynką (taką posrebrzaną bardziej) co mnie wcale a wcale nie cieszy.
    Do następnego wpisu zamawiam zdjęcia wszystkich kotów – w Oborze się karygodna dyskryminacja odbywa, ciągle tylko występują gadające psy i kozy, a koty nie mają głosu.

    • kanionek 03/12/2017 at 18:28

      Koty MAJĄ głos, ale to już nie moja wina, że nie chcą go używać! Chodzą gdzie chcą, wszystkich w kupie to tylko przy śniadaniu można zobaczyć, a i to nie każdego dnia, bo taki na przykład Panter lubi zaspać w ptasim karmniku na podwórkowej lipie, i o śniadaniu przypomina sobie w porze obiadu. Jałowiec “drze koty” z Kupą (czasem mam wrażenie, że one specjalnie chodzą jedna za drugą, żeby szukać zwady), a panowie wolą się nie wtrącać. Ale oczywiście, jak najbardziej, gdy mi się któryś pod obiektyw nawinie, to pstryknę, specjalnie dla Ciebie :)

      • mitenki 04/12/2017 at 05:44

        Jak to nie chcą? Mój koteł gada bez przerwy :D Czasem się domyślam o co mu chodzi (miska, kuweta lub dostęp do spacerniaka), ale niekiedy to mam wrażenie, że chce się ze mną podzielić przemyśleniami na różne tematy. A jak nie rozumiem, wzdycha biedulek ciężko nad moją głupotą i odchodzi :D

        • kanionek 04/12/2017 at 19:38

          No tak, bo Twój ma tylko Ciebie i ograniczony areał do zniszcz… znaczy rozrywki. A moje mają zabaw i uciech sto (jak na przykład wkurzanie psa i spieprzanie przed nim na drzewo, żeby mu potem z wyżyn ptasiego karmnika zagrać na wąsatym nosie), tudzież zajęć i spraw do załatwienia. Odkryciami natury filozoficznej wymieniają się między sobą. No może za wyjątkiem Kotka. On ma mi zawsze coś do powiedzenia i też, tak jak Twój, denerwuje się niepomiernie, gdy sprawiam wrażenie odpornej na wiedzę :)

          • ciociasamozło 05/12/2017 at 11:45

            Wczoraj w charytatywnym kocim kalendarzu widziałam hasło: “Kot składa się z materii, antymaterii i fanaberii” :)

            Mitenki, a mówi do Ciebie, żebyś go podsadziła do muchy na ścianie? Bo nasza całe przemowy uskutecznia, że tam, ło, coś jest i ona nie dosięga i chodźcie głupie ludzie podsadzić, bo ile kot może czekać!

  18. Baba Aga 02/12/2017 at 13:10

    Taaaak to coś w głowie to ja też mam, a dodatkowo czasem się rozrasta i wypełnia całe ciało i chce mnie wybuchnąć. Trochę się pogubiłam, czy można prosić o aktualizację zapasów? Naleweczkę to ja bym jakąś chciała, pigwa, cytryna, imbir i cos korzennego, tak w tych klimatach. A czy jest może lawenda? Bo ja ostatnio melisę z lawendą pijam i bardzo mnie to smakuje, ale bez lawendy to i tak chce meliskę. No gdyby był jeszcze ser to ja też chcę. U nas dzisiaj złota polska jesień, na szczęście, bo wczoraj padało cały dzień, a nawet była ulewa, oczywiście podczas zmieniania koła, bo jak złapać kapcia to z hukiem, w centrum Gdyni i podczas ulewy.

    • kanionek 03/12/2017 at 18:34

      Ja też już się pogubiłam, a że wczoraj praktycznie nie istniałam (był tylko mój wielki gwóźdź w oku i torsje), to jeszcze nie ogarnęłam, kto był pierwszy do którego towaru, ale zaraz się za to wezmę. Lawendy to już jakieś ostatki, co kot napłakał, bo co było, to poszło do serów. Ale mogę Ci zmontować herbatkę podobną do ubiegłorocznej: liście i owoce czarnej porzeczki, liście malin, kwiat nagietka (tylko sprawdzę, jak się przechował w tym roku, bo go spakowałam próżniowo) – opcjonalnie – trochę mięty.

      • hanka 03/12/2017 at 19:18

        Jakie życie robi się piękne jak migrena przechodzi.

        • kanionek 03/12/2017 at 21:58

          Święta racja, Hanka. Podczas ataku mam myśli z rodzaju: “do dupy to życie, znowu ten ból, ja już nie mogę, cały dzień zmarnowany, ZNOWU, a gdyby tak kopnąć w kalendarz…?, niech ktoś zabierze te trzy psy z mojej głowy!”. Za to PO ATAKU jest tak, jak piszesz, czyli myśli z gatunku: “życie jest piękne, psy najukochańsze i najpiękniejsze, niech mi wskoczą na głowę to wycałuję, mogę WSZYSTKO, jutro posprzątam i pozmywam, przecież ten jeden dzień się nadrobi, będzie cudownie”, bla bla :D

  19. mały żonek 02/12/2017 at 18:49

    Kanionek ma migrenę i cały dzień właściwie nie wychodzi z łóżka, więc jeśli ktoś czeka na odpowiedź (mail…cokolwiek), niech się nie gniewa.

    • ciociasamozło 02/12/2017 at 21:55

      Pogłaszcz ją ode mnie. Bardzo delikatnie.

      • kanionek 03/12/2017 at 18:39

        Głaskanie było wczoraj surowo wzbronione. Oddychanie i mruganie też ;)
        Matko ze szmatką, jak mnie wczoraj przewlokło przez wszystkie kręgi piekielne… Ani jednej tabletki nie miałam szans wziąć, bo i tak by mi się, że tak powiem, zwróciła. 12 godzin, jak dwanaście wieków. I na koniec, gdy już TAK PO PROSTU przestaje boleć, to człek ma wrażenie, że został zmielony w przemysłowej maszynce do mielenia mięsa, i całkiem nie wie, jak ma się po tym do kupy poskładać. Poprzedni taki epizodzik miałam niespełna miesiąc temu, i nie powiem, trochę mnie martwi ta częstotliwość ataków.

        • ciociasamozło 03/12/2017 at 22:35

          W piątek wyczułam moment gdy jeszcze nic nie boli a tylko ręce delikatnie zaczynają się trząść i profilaktyczny ibuprofen zadziałał. Powtórka w sobotę rano plus odwracanie uwagi porządkami w kuchni i chyba udało mi się uniknąć Twojego losu.
          Ciśnienie? Hormony? Magmokulokłąb nie mieści się w głowie? Wszystko razem?
          Dobrze, że wróciłaś do żywych :)

          • kanionek 04/12/2017 at 19:15

            “Wszystko razem” to jest najgorsza z możliwych opcji. A może nie, może właśnie najlepsza? Bo za jednym, za przeproszeniem, zamachem, załatwia jedną migreną wszystkie inne bolączki. A po migrenie, jako się rzekło, życie staje się dwa razy piękniejsze niż przed :)

            Ja to cienias jestem, nie Sherlock Holmes, i nigdy nie zauważyłam innego związku pomiędzy moimi bólami głowy, jak ten, że boli mnie często “na wiatr”, czyli przed jakimś większym armagedonem pogodowym. Mały Żonek zaś jest typem opanowanego tropiciela zagadek Wszechświata, i to on odkrył, że łeb mnie napimpacza zawsze na okoliczność wzrostu ciśnienia. Im bardziej spektakularny, nagły, gwałtowny i duży skok ciśnienia atmosferycznego w górę, tym bardziej mnie łupie. Bo takie zwykłe wachnięcia to nie. No i stres, albo jego kumulacja po dłuższym czasie, to też gwarant wystąpienia nagłej usterki w moim oprogramowaniu i jedynym środkiem zaradczym, jak uważa mój mózg, jest tymczasowy szatdałn ;)

            Najgorsze, że nie mam żadnych objawów ostrzegawczych. To znaczy może mam, ale nie umiem ich zidentyfikować, bo np. trzęsące się ręce, z których notorycznie coś mi wypada, to raczej taka moja niezdarna codzienność. Ostatnio zresztą jest tak, że zasypiam jako człowiek normalny, w pełni władz umysłowych i cielesnych, a budzę się zasztyletowana w oko, i wiem, że jestem w dupie.

          • ciociasamozło 05/12/2017 at 11:35

            No nagły skok ciśnienia to u mnie murowana migrena. Stres też, a właściwie po stresie, jak emocje opadną. I jeszcze hormony (przez 9 mies ciąży zero migreny), niektóre pokarmy (np. za dużo sera pleśniowego) i zapachy (waniliowe perfumy, dym z papierosów!!!) . No i niedotlenienie (np. spanie w dusznym pokoju). Ale na szczęście nie zawsze to jest ból zwalający z nóg.
            Kiedyś kompletnie nie miałam (nie widziałam?) zwiastunów. Przez ostatnie 2 lata kilka razy miałam tzw. aurę. Tyle, że prawie za każdym razem inną i orientowałam się, że to była aura jak już krasnoludek w głowie walił w kowadło. Raz to było migające światło w jednym oku (jakby się świetlówka zepsuła), innym razem nie mogłam się wysłowić, bełkotałam prawie jak przy wylewie, nie mogłam znaleźć słów. Za to specyficzny niepokój plus drżenie rąk (raczej uczucie drżenia niż, żeby to było widać) pojawia się tuż przed i łatwo skojarzyć. No chyba, że przesypiam ten moment i budzę się z krasnoludzką kuźnią w szczycie aktywności :(

        • mitenki 04/12/2017 at 06:04

          Kanionku, jak Ty możesz wytrzymać bez tabletki? Tyle godzin?
          Ja mam bóle głowy trwające po kilka dni (kiedyś nawet 2 tygodnie) i wtedy ratuję się solpadeiną. Krótko działa, czasem muszę wziąć 2-3 na dobę, ale za to szybko.

          • diabel-w-buraczkach 04/12/2017 at 07:09

            Mnie zawsze dziwi, jak to kazdy reaguje na rózne leki. Takiego Ibuprofenu to sobie moge zezrec cala paczke, i nic. A za to dwie glupie aspiryny z witamina C i mocna kawa do tego pozwala powstac z pozycji embrionalnej na dwie nogi, jakos tam w miare funkcjonowac i nie reagowac na swiatlo i zapachy jak wampir na czosnek.

            No, ale 12 godzin bez niczego tak lezec, rany, Kanion, to byla droga przez meke…

          • kanionek 04/12/2017 at 19:50

            Diabeł – mam tak samo z ibuprofenem! Kilka razy się na niego skusiłam, bo wszyscy zachwyceni jak wspaniale działa, a u mnie zero reakcji, jak po landrynkach.
            Aspiryny zaś świadomie nie łykam, bo ten żołądek… No i w ten sposób zostałam narzeczoną paracetamolu, z konieczności, nie z wyboru. Na solpadeine nie narzekam, choć już nie zawsze daje radę, no i działa coraz krócej.

          • kanionek 04/12/2017 at 19:43

            Nie no, zaraz zaraz. Ja bez tabletek nie istnieję, bo łeb boli mnie nader często (dwutygodniowe “ciągi” też znam). Osiem tabsów solpy na dobę zdarzyło mi się w życiu częściej, niż chciałabym pamiętać. ALE. Podczas takiego ataku, jaki miał miejsce te dwa dni temu, nie jestem w stanie nic przyjąć doustnie, bo hafty murowane, i szoda tak tabletki, jak i organizmu (te wstrząsy nad porcelanowym spowiednikiem to nie tylko trzewia wyrywają z zawiasów, ale i we łbie dodatkowo ze dwie lokomotywy uruchamiają…).

          • Baba Aga 04/12/2017 at 22:55

            A na moją migrenę tylko aleve, jak żołądek pozwoli to szklanka coli jeszcze, ostrzeżenia mam, takie jakby zawroty głowy, lęki, mdłości i nadwrażliwość na zapachy i jeśli wyczuję ten moment, wezmę paracetamol i colę, położę się w ciemnym i zasnę to jest szansa, że ją oszukam, a jak nie to tylko aleve.

          • kanionek 05/12/2017 at 18:54

            A, naproksen. Chyba nie próbowałam. Pewnie dlatego, że to z grupy NLPZ, a gastrolog wbił mi do głowy, żeby unikać :-/ Ale gdyby jedną tableteczkę dwa razy do roku, to może by mnie szlag nie trafił…

          • ciociasamozło 05/12/2017 at 11:08

            Mnie paracetamol tylko wzburza wątrobą, a na głowę nie działa nic a nic. Aspiryna raczej też nie, chociaż dawno nie próbowałam. Solpadeiny nie łykałam bo to paracetamol z kofeiną :(, a ibuprofen jest skuteczny, ale pod warunkiem właściwego momentu przyjęcia, bo jak się migrena rozbuja to z równym skutkiem mogę brać rutinoscorbin.
            Kanionek, jak Cię tak trzącha, że tabletka się nie przyjmie to może spróbuj z paracetamolem albo pyralginą w czopku? Żołądek omija :)
            Diable a z tą wrażliwością na leki to czysta genetyka :)
            Gdzieś czytałam, że np. rudzielce inaczej reagują na narkozę. Tylko nie pamiętam czy potrzebują więcej, żeby usnąć czy odwrotnie. Czy jest na sali anestezjolog?

          • kanionek 05/12/2017 at 18:43

            Że też ja nie pomyślałam nigdy o czapkach przeciwbólowych! Dzięki, bogini oświecenia, co w ośmiu swych rękach niesiesz nie tylko psi kaganiec :)

          • Ynk 05/12/2017 at 18:42

            Chyba genetyka. Bo zupełnie nie wiem, o czym Wy, Kozy, rozmawiacie. (A nażyłam się, że hooo…)

          • kanionek 05/12/2017 at 20:32

            Ynk, no jak to o czym – o tym, że na rudych nie działa paracetamol, narkozę można sobie zaaplikować w czopkach, a ja jestem genetycznie uwarunkowana tak, że nie do twarzy mi w czapce :)
            Same poważne sprawy.

    • Anomin 02/12/2017 at 23:03

      hugs and kisses

      • kanionek 03/12/2017 at 18:40

        Muczos dziękos, dziś jestem prawie jak nowa :)

  20. mały żonek 03/12/2017 at 21:05

    @wy/raz
    Procek i płyta padły, reszta do długotrwałych testów, których nie mogę przeprowadzić z oczywistych względów, bo np. karta graficzna to też wielowarstwowy laminat i jeśli od zalania padnie jakaś przelotka po kilku dniach, to nic z tym się nie da zrobić. Masz na zbyciu? W grę wchodzą platformy 1155 i 1150. Wersja żebrak oczywiście – jak coś, pisz na adres Atosa. Ewentualnie wymienię za Paszteta.

    • kanionek 03/12/2017 at 22:11

      Jeśli za Paszteta, to tylko razem ze mną w pakiecie!
      (i szukaj teraz chętnych na wymianę, buhahaha!)

      • ciociasamozło 04/12/2017 at 11:46

        Może lepiej wyszkolić Paszteta w pracach polowych https://www.youtube.com/watch?time_continue=29&v=8hxF25FOZ8U

        • kanionek 04/12/2017 at 20:05

          Ale jajca :D
          Nasze psy do perfekcji opanowały kopanie dołków i wychodzą z założenia, że nie po to się dołek wykopuje, żeby go potem zasypywać. Logiczne. A jeśli w dołku coś leży, to trzeba to zjeść, prfrf.

          • wy/raz 05/12/2017 at 16:58

            Kanionku, popracuj nad szkoleniem, to przyjmę z Pasztetem. smile
            A dla trójki kotów jest przewidziane jakieś szkolenie u Ciocisamozło?

          • kanionek 05/12/2017 at 18:42

            “A dla trójki kotów jest przewidziane jakieś szkolenie u Ciocisamozło?” – jeśli jest, to może będzie to: “Jak podsadzać kota do muchy na ścianie, skutecznie i bez irytującej kota zwłoki” :D
            No chyba, że masz na myśli szkolenie DLA KOTÓW, czyli np.: “Jak wychować sobie człowieka, żeby podsadzał nas do muchy na ścianie, skutecznie i bez irytującej zwłoki”.

          • ciociasamozło 06/12/2017 at 16:19

            O przepraszam, od podsadzania kota jest małż. Ja z kotem rozmawiam oraz zostałam przeszkolona w temacie “jaką pozycję przyjąć na łóżku i fotelu aby kotu było wygodnie”. Niestety nie jestem wdzięcznym uczniem, za szybko drętwieją mi nogi i często zmieniam pozycję ku oburzeniu futrzaka.
            Za to kota reaguje na hasło “usiądź, proszę” (no przecież do kota nie powiem “siad!”).

          • kanionek 06/12/2017 at 21:00

            “no przecież do kota nie powiem >>siad<

          • wy/raz 06/12/2017 at 17:00

            To już wyższa szkoła jazdy. Z moich 1 uważa, że jak człowiek siada, to przecież nie po to, żeby nie mieć kota na kolanach, chyba, że nieświadomie zapraszam go telepatycznie.
            Dziewczynka, taka galanta myśli, że na łóżku w którym śpią już dwie osoby i dla niej jest miejsce, w wyniku czego ostatnio wstawałam wychodząc spod kołdry górą. Żeby broń boże nie ruszyć ni kota ni męża. Jak już wykonałam tą ekwilibrystykę kot poleciał do miski. No bo PO CO ktoś wstaje jak nie po to, żeby zająć się kotem? A ze średnim mam odwrotność muchy. Mamy na framudze takie kuleczki, po których właził jak był młodszy i lżejszy. Teraz zwisa w połowie drogi i trzeba futrzaste dupsko ściągać.
            Chyba nas dobrze te koty wychowują.
            A może Pasztet uznał, że za dużo czasu spędzacie przed komputerem, albo to zemsta za brek relokacji placków?

          • kanionek 06/12/2017 at 20:53

            A może Pasztet po prostu czuje się kotem!?
            I próbuje nas wychować, nie rozumiejąc dlaczego traktujemy go jak psa?

  21. Mila 04/12/2017 at 10:45

    Mi się też jedna koza na przestrzeni roku “wyczarniła”, nawet mnie się babcia pytała, czy mam nową kozę, bo takiej czarnej nie miałam :D

    Ja właśnie kombinuję z serem na piwie :) Jeszcze trochę mleka jest, około 5 litrów dziennie, więc przerabiam na różne sery dojrzewające, żeby jakoś do wiosny dociągnąć. Tylko, że gouda macerowana w oleju i ziołach miała być otwarta na święta, a tu już połowy nie ma :P Tak więc nie wiem, jak się skończą te plany :D

    • kanionek 04/12/2017 at 19:59

      O patrz, a ja dzisiaj Małemu Żonkowi mówiłam, że jest na cheesemaking.com przepis na ser z piwem :)
      Daj znać jaki wyszedł, co?
      Za mną wciąż chodzi Belper Knolle, ale nie wiem czy jeszcze w tym roku ulepię choć kilka kulek, a do tego temperatura w mojej piwnico-dojrzewalni spadła już do 10 stopni i z doświadczenia wiem, że jeszcze spadnie. Trzy kozy już poszły w odstawkę, czyli na zasuszenie, a reszta powoli zmierza w tym kierunku (do połowy grudnia chcę mieć już wszystkie panny na zasłużonym urlopie, choć taka na przykład Krycha, przodownica pracy, będzie przypadkiem ciężkim. Ona nadal robi dwa litry dziennie i nie zanosi się na to, żeby chciała przestać). Moją największą bolączką zimową, w kwestii mleka oczywiście, jest brak mleka do kawy.

      • Mila 06/12/2017 at 20:13

        Na razie sery powstały w ilości dwóch sztuk, piwa się opiły, przy produkcji można stwierdzić zapach gorzelni :D

        • Mila 06/12/2017 at 20:18

          A przepis to taka moja własna wariacja na temat różnych serów, dlatego też ten ser dostał roboczą nazwę Pijana Koza, bo w sumie to skrzep osuszam bardzo mocno, a potem poję go pół litrową butelką ciemnego piwa ;) A i jeszcze potem mu poleję.
          Kusi mnie też przepis z winem, ale ja raczej za winem nie przepadam, może od kogoś dostanę przy jakiejś okazji, to wtedy Koza Winna powstanie. Dzisiaj np. użyłam szklankę białego wina, które kiedyś dostałam – tzn. 50 ml poszło do krewetek, resztę szklanki wypiłam ja :P Chyba, że powstanie Biała Koza Winna, ale wtedy efekty wizualnie nie są takie fajne.

          • kanionek 06/12/2017 at 20:49

            No to proces produkcji ma przynajmniej jedną część wspólną z procesem produkcji mojego Pijanego Ziokołka (choć przepis nie jest mój) – dobrze osuszony, zwarty skrzep. Przy moim serze istotne też było to, żeby kawałki skrzepu, choć same w sobie zwarte i twarde, nie integrowały się w jedną całość – to daje efekt różowej otoczki każdemu kawałkowi skrzepu, i efekt utrzymuje się, jak widać na zdjęciu, nawet po sprasowaniu i dojrzewaniu sera. Daje to również efekt wkurzonego i sfrustrowanego serowara, ale tylko podczas wielogodzinnej produkcji ;)

            Mila, nie wiem czy mogę zapytać, ale zapytam: byłam jakiś czas temu na Twojej stronie, dzisiaj zajrzał na nią z ciekawości Mały Żonek, i pyta mnie O CO CHODZI. No to ja patrzę, a na Twojej stronie lansuje się jakowyś Kazuya Kamenashi i pisze teksty po indonezyjsku! Tak ma być, czy ktoś Ci się włamał na stronę i wrzucił tam swoje “szkeremerere”?

          • kanionek 06/12/2017 at 21:18

            Aaa, już wiem :) Zapomniałaś o myślniku.

          • Mila 07/12/2017 at 09:55

            Z tym blogiem to mój własny komputer mnie chyba sabotuje :P Bo ja raz tutaj wpisałam dane i zawsze mi się same automatycznie uzupełniają i nie sprawdzałam ich poprawności. No i jak widać sam sobie myślnik usunął :D To chyba kara za to obiecane czyszczenie dysku, które zostało przełożone na później… i później ;)
            A mój blog to wstyd, rok już prawie nic nie napisałam, ciągle sobie obiecuję, że coś napiszę o kozach, mleku kozim… ale ciągle nie mogę się za to zabrać :D

            Te sery maja więc wspólną myśl technologiczną :) Tylko w piwnej wersji efekt kolorystyczny jest mniej spektakularny, ale widać trochę jakby “marmurek”. Chociaż akurat przy Kozie Winnej myślałam o tym, żeby nie dodawać wina do skrzepu, ale żeby ser pływał w solance z winem albo w samym winie (ponoć można to sprytnie zrobić w workach strunowych, żeby nie wywalać litra wina tylko na moczenie sera). No ale ta winna wersja to być może to marca musi poczekać z realizacją. Zobaczymy co wyjdzie z piwnych cudaków, na razie podziwiam je sobie kilka razy dziennie :P

            A pisałam tutaj chyba o pakowarce próżniowej z Chin za 75 zł? Chyba tak i chyba miałam dać znać jak się sprawdza :D Doszła już jakiś czas temu, uwag nie mam, działa całkiem dobrze, namiętnie pakowałam próżniowo różne sery, więc ją przetestowałam konkretnie :) Tylko przy pierwszym użyciu miałam schizę, że mnie prąd kopnie, coś się zapali, coś wybuchnie, że jak jej dotknę to mnie ciśnienie zabije hah :P Ale ja taka panikara jestem, kiedy muszę wyjść poza moją strefę komfortu ;) Jak parafinowałam pierwsze sery to potrzebowałam dwóch godzin na trzy sery, bo bałam się parafiny :P

          • kanionek 07/12/2017 at 19:32

            Nic nie bój, ja też zawsze w strachu przed nowym. Parafina to nie żarty (taka rozgrzana do około 100 stopni), też przed pierwszym woskowaniem się naczytałam i podczas roboty zachowywałam się jak saper przy bombie. Niewykluczone, że czas wykonania miałam podobny :)
            Pakowarki się nie bałam; raczej tego, że zepsuje się po dziesięciu spakowanych serach. Dzięki za cynk z tą chińską (to znaczy moja też jest chińska, a nawet jeśli coś rzekomo i podobno nie jest chińskie, to i tak pewnie jest, bo sposobów na ukrycie kraju pochodzenia jest co najmniej kilka). Uważam, że przy tej cenie można wytrzymać długi czas oczekiwania na paczkę :)

            Ten ser, który się moczy w winie w całych krążkach, to inny przepis – smakowo może być podobny, tylko nie będzie efektu konserwy tyrolskiej w środku :D A Cacciocavallo Cię nie kusi? Niby trudny i za pierwszym, a nawet dwunastym razem, może z niego wyjść serowa pokraka, ale mnie się ten ser tak podoba, że w przyszłym roku będę musiała dla niego zarwać noc.

          • becia 07/12/2017 at 10:05

            Mila a jaki jest adres Twojego koziego bloga bo jakoś przegapiłam?

          • Mila 07/12/2017 at 19:59

            Moja koleżanka chemiczka powiedziała mi, że jak się parafinę podgrzewa w kąpieli wodnej to nie am szansy, żeby się opary wydzieliły i zapaliły. Takie ryzyko jest tylko, jak się podgrzewa bezpośrednio parafinę i osiągnie ona ponad 150 stopni. Mimo to nie ufam :P

            A sama pakowarka nawet jakoś tragicznie długo nie szła, bo 3 tygodnie. Ostatnio ponad 2 tygodnie czekałam na sprzęty do kastrowania koziołków, bo pewna firma kurierska stwierdziła, że moja wieś nie istnieje :P

            A cacciocavola mnie kusi, saint-marcellin mnie kusi i wiele innych też mnie kusi :D no ale nie mam warunków do dojrzewania wszystkich serów, piwnicy niestety nie mam, więc muszę czasami powstrzymywać swoje serowe zachcianki. Niestety, bo chętnie bym więcej kombinowała! Chociaż z drugiej strony w sezonie świeże serki kozie mają branie i nie za dużo mleka zostawało do eksperymentów dla mnie.

            becia – nie mam koziego bloga, jak klikniesz w moją nazwę to wyświetli mojego zapomnianego bloga kosmetycznego, którego chcę przerobić na bloga lifestylowego, czyli w moim przypadku o kozach (i trochę o pracy zdalnej) , ale to dopiero po nowym roku pewnie, bo mam masę roboty copywriterskiej to skończenia na teraz, zaraz :)

          • kanionek 07/12/2017 at 21:49

            No tak, w kąpieli wodnej bezpiecznie, bo woda w warunkach domowego podgrzewania nie osiągnie więcej niż 100 stopni, ale poparzyć się można i taką “chłodną” parafiną. Ja podgrzewałam bezpośrednio na palniku gazowym, powoli, cały czas mierząc temperaturę wosku. Chciałam osiągnąć 120 stopni, dla stuprocentowego efektu biobójczego (uparłam się, że na serze na pewno są niewidoczne gołym okiem zarodniki pleśni). Nie spaliłam chaty, nie poparzyłam się, ale spięta byłam tak, jak gdybym odbywała spacer po Księżycu, więc ten… Tak też sobie myślę, po lekturze wielu blogów, w których były naukowe wywody nt. temperatury jaką powinien osiągnąć wosk, że ludzie chyba jednak nie biorą jednej rzeczy pod uwagę (co do pleśni), a mianowicie: pleśń do wzrostu potrzebuje tlenu. Jeśli więc zawoskujemy ser dokładnie, kilkoma warstwami, czyli szczelnie, to pleśń i tak nie ma szans.

            No tak. Jest grudzień. Pozostaje nam snuć wizje o tym, jakie to wspaniałe sery zrobimy w przyszłym sezonie. A potem się okaże, że i tak nie będzie na to czasu :D

      • mp 07/12/2017 at 12:11

        A nie możesz sobie na zimę małych porcyjek mleka do kawy zamrozić ?

        • mp 07/12/2017 at 12:13

          A to nie wstrzeliłam się z komentarzem, miał być pod żalem Kanionka, że zimą brak mu mleka do kawy :-)

        • kanionek 07/12/2017 at 19:47

          Och, ja o tym już w ubiegłym roku myślałam, i wychodzi mi, że musiałabym zamrozić jakąś setkę małych porcyjek… Takich po 280 ml. Co daje 28 litrów w małych porcyjkach. Nie mówię, że tego się nie da zrobić; może choć połowę z tego zamrożę, o ile tyle dostanę od królewien. Do połowy grudnia wszystkie mają być zasuszone, lub na najlepszej ku temu drodze.

  22. Danuta 05/12/2017 at 01:01

    Gdzie można zakupić taki pyszny serek kozi ?

    • kanionek 05/12/2017 at 18:51

      Danusiu, zajrzyj pod ten link: https://kanionek.pl/forum/showthread.php?tid=83
      Są tam informacje nt. tego co i jak można zamówić. ZŁA wiadomość jest taka, że w tym roku to już nie ma czego zamawiać, bo kozy zamykają interes do kwietnia :(
      Może, BYĆ MOŻE, zostanie trochę sera długodojrzewającego, co będę wiedziała po 11 grudnia. Może będzie do nabycia ser typu szwajcarskiego (oczywiście z koziego mleka), ale to będę wiedziała w połowie grudnia, gdy ser w pełni dojrzeje. Zimą być może będzie kozia gorgonzola, o ile ładnie i prawidłowo dojrzeje :)
      W razie pytań, próśb lub wątpliwości: info@kanionek.pl

  23. mały żonek 05/12/2017 at 08:22

    12 grudnia od północy do 2:00 strona może nie działać – aktualizacja serwerów.

    • Anomin 05/12/2017 at 21:31

      u Was to sie dzieje: sery, serwery, serowary… :-D

      • kanionek 06/12/2017 at 21:09

        …eksperymenty i czary mary…

  24. Ania J. 06/12/2017 at 14:22

    Drogi Kanionku, przywracasz mi wiarę w… sama nie wiem w co, ale nawet nie wiesz jaką ulgę mi przyniosło, że poza mną ktoś jeszcze cierpi na jesienne dolegliwości żołądkowe. To wredne, wiem, powinnam się smucić z tego powodu, a ja się głupio cieszę! Ale ja się cieszę tylko z tego powodu, że skoro i ty tak masz to chyba znaczy, że nie umieram na jakąś tajemniczą chorobę, tylko po prostu żołądkowcy tak mają i już! Ja czekam lepszego jutra od jakichś dwóch miesięcy, czekam i czekam i czasem myślę, czy to już mi zostanie tak na zawsze???Mdłości i jadłowstręt i jednocześnie głód nie do opisania, ohyda!
    Ściskam Cię serdecznie i łączę się z Tobą w bólu!

    • kanionek 06/12/2017 at 21:07

      Aniaaa! Niech Cię uściskam równie serdecznie. Oszczędzając żołądek, oczywiście. Nie rób sobie wyrzutów – mnie też często pociesza, że “ktoś inny tak ma”, bo – tak jak Ty – myślę sobie wtedy: “NO JASNE, że nie umieram. Inni ludzie też tak mają i żyją”. Jak więc widzisz jesteśmy siebie warte :)
      A bierzesz coś? Czy swoją aktywność ograniczasz do czekania, aż samo przejdzie? Bo ja w tym roku złamałam się po raz pierwszy od dawna, i już po kilku dniach doraźnego stosowania Gelatum Aluminii Fosforici (chyba dobrze napisałam) sięgnęłam po ten pantoprazol, od razu w dawce 40 mg na dobę. Lek mam w domu już chyba rok lub dłużej, przepisany przez lekarza pobieżnego kontaktu, który pobożnie wykupiłam i on tak sobie leżał, jak 99% innych przepisanych mi w życiu i wykupionych leków.

      • Ania 07/12/2017 at 16:20

        Jestem na mesopralu prawie cały czas, chociaż pani gastrolog po obejrzeniu mnie od wewnątrz (od góry i dołu) orzekła, że nie powinnam brać żadnych leków, bo badania nie wykazały żadnych zmian. Za to mój lekarz rodzinny twierdzi, że jestem skazana na mesoprale czy pantoprazole itp. DO KOŃCA ŻYCIA! Ja wybrałam drogę pośrednią, tj. co jakiś czas robię sobie przerwę w przyjmowaniu leków, ostatnio nabyłam też probiotyk san probi ibs, który jest polecany przy refluksach i wrażliwym jelicie, pokładam wielką nadzieję w jego bakteriach:)

        • kanionek 07/12/2017 at 19:53

          No ale jak to! Gastrolog wie lepiej, przynajmniej takie jest moje zdanie, bo na własne oczy widział Twoje wnętrze. A lekarz pobieżnego kontaktu to może tylko gdybać na podstawie objawów. No chyba, że tak często odczuwasz ból, a prazole pomagają, że uznał, iż to będzie mniejsze zło.
          U mnie w każdym badaniu gastroskopowym wychodziły rzeczy paskudne: stan zapalny błony śluzowej, wrzody, nadżerki, “pstrokaty wygląd błony śluzowej żołądka”, no i w końcu też przepuklina rozworu przełykowego (“instrument mi wpadł do pani żołądka jak do studni, proszę pani”), a wraz z nią refluksy, zgagi i inne pierony.
          Probiotyk to już pod kątem jelit, tak? Bo co on może na refluks?

          • Ania 11/12/2017 at 13:06

            No tak, zdecydowanie na jelita, ale to wszystko “naczynia połączone” więc mam nadzieję, że odbije się pozytywnie i żołądku:)

          • ciociasamozło 11/12/2017 at 13:29

            hmm… skoro za przyczynę wrzodów uznaje się helicobater, znaczy bakterię, to probiotyk wcale nie taki głupi może być.

          • kanionek 11/12/2017 at 16:56

            Tylko z pozoru, coś mi się zdaje. Helicobacter pylori jest jedną z niewielu bakterii, które potrafią przeżyć w środowisku żołądka, a do jej eradykacji nadal stosuje się antybiotyki i to przez stosunkowo długi czas. Ja brałam combo składające się z dwóch bodaj antybiotykow i IPP przez trzy tygodnie, a póxniej to już chyba same IPP.
            Tylko co z tego, że na kontrolnej gastroskopii po leczeniu, i kolejnej, przeprowadzonej kilka lat później, lekarz nie wykrył heliko-szmiko, skoro nadżerki kwitły w najlepsze? Mnie to już chyba tylko te zeny i tajczi by pomogły, no chyba że też by mnie wku*wiały ;)

          • mitenki 11/12/2017 at 19:33

            Obecnie uważa się, że nie ma związku między wrzodami żołądka a helikobacter.
            Też miałam (jak 70% człowieków), też 2 antybiotyki i ipp później, ale pstrokacizna z żołądka podobno zniknęła…

          • mitenki 11/12/2017 at 19:35

            Se siedzę na poczcie w trzykilometrowej kolejce, to nadrabiam braki…

  25. wy/raz 09/12/2017 at 19:43

    Kozy, chciałam się podzielić. mojością i poprosić o radę. Chodzę na tai-chi, Ma być Mistrz Wu-Dang w Łodzi. Tak mi się nie chce, że warto iść. Bo zazwyczaj jak mi się nie chce to jest ok. Dla mnie cena zaporowa. Czy warto się spiąć? Bo jestem jak wahadło Foucaulta.

    I teraz przeczytałam co napisałam.

    • kanionek 10/12/2017 at 00:20

      Ja się tak na tym znam, że myślałam, że Wu Dang to jest imię i nazwisko.
      A co będzie na tym spotkaniu z Mistrzem? Pokazy, prelekcje, coś jakby?
      Bo jeśli cena wysoka, ale jednocześnie Cię to kręci, to musisz sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie: co ja za tę cenę dostanę?
      Jeśli masz się czegoś nauczyć, albo spodziewasz się choćby natchnienia, to może warto iść. A jeśli Mistrz ma być tylko “atrakcją” do pooglądania, jak choinka na głównym rynku, to chyba nie. Ale ja się nie znam i nie wiem o czym mówię, więc się wypowiadam. I wolę nie czytać tego, co napisałam.

    • Baba Aga 10/12/2017 at 14:29

      Wiesz co, a czego Ty oczekujesz po tym spotkaniu? Bo na spotkania z mistrzem to jeździ mój mistrz, a potem mnie uczy, ja z pozycji zwykły uczeń niewiele z takich spotkań wyniosę, to raczej poziom mistrzowski jest. Czy ten mistrz nauczy Cię coś czegoś czego nie potrafi Twój mistrz? I dlaczego to tak dużo kosztuje? Tai Chi to nie jest jakaś magia, to są ćwiczenia, które trzeba robic regularnie, więc czego może Cię nauczyc mistrz na jedym spotkaniu? To taka garść pomocniczych pytań, a decyzję i tak musisz podjąć sama.

      • wy/raz 10/12/2017 at 17:53

        Bardzo pomocny wpis. Poczekam na ew. warsztaty w przyszłym roku. Teraz ma być korekta formy, której jeszcze nie opanowałam i pewnie dlatego się wahałam. Bo żeby było co korygować, to trzeba to jednak najpierwopanować.

        • kanionek 11/12/2017 at 11:56

          Kanionek zwany też “ślepą komendą” nawet nie zauważył, że Baba Aga już Ci poradziła. No ale co dwie baby, to nie jedna ;)

          • ciociasamozło 11/12/2017 at 13:11

            I to niegłupie baby ;)
            A dylemat Wyraz mi nie obcy (chociaż nie dotyczący Tai Chi, na który poszłam kilka razy, bo taki dobry na plecy i zrezygnowałam, bo po zajęciach mi się pogorszyło ;P)

          • wy/raz 11/12/2017 at 15:48

            Oj, Kanionku, Kanionku. Po prostu chciałaś być pomocna jako Gospodyni, za co bardzo dziękuję ;-)).

            @ ciociusamozło Z bólem pleców to się jeszcze nie spotkałam. Za to zdarza się, że mnie bolą mięśnie. To chyba brak właściwego rozluźnienia. Generalnie tai-chi ma na ten kręgosłup pomagać. Szkoda, że u Ciebie się pogorszyło ;((.

          • ciociasamozło 11/12/2017 at 22:23

            No właśnie poszłam bo miało pomóc, ale jak zawsze u mnie było na odwrót i skończyło się tym, że z łóżka nie mogłam wstać. A szkoda, bo się napaliłam na te ćwiczenia jak szczerbaty na suchara :(
            Może teraz powinnam wrócić jak nic mnie nie boli, ale po pierwsze się boje a po drugie pierwsze nie mam kiedy.

          • wy/raz 12/12/2017 at 14:14

            To się nazywa stawać okoniem :-)). Jak masz okazję i po drugie pierwsze troszkę czasu, to namawiam.

          • Baba Aga 12/12/2017 at 23:04

            Tak tak namawiam, może zmień nauczyciela, nie ma prawa boleć, ale mistrz musi wiedzieć co Ci dolega, bo zawsze mogą być ćwiczenia których nie powinnaś robić. Oczywiście mięśnie jak najbardziej, bo te ćwiczenia wyrabiają też mięśnie o jakich się nam nie śniło :-D . Ciociu, masz mojego maila, możesz napisać co Ci konkretnie dolega i po jakich ćwiczeniach Cię bolało, mąż mój spróbuje pomóc :-)

          • mitenki 13/12/2017 at 00:35

            Zerknęłam na te zajęcia w moim mieście, trochę drogo…
            Dziewczyny, powiedzcie, czy mało rozwinięta ruchowo osoba da sobie radę?

          • mitenki 13/12/2017 at 00:37

            Kiedyś widziałam takie zajęcia, wyglądało to jak balet…

          • wy/raz 13/12/2017 at 10:13

            @ mitenki
            Co masz na myśli mówiąc mało rozwinięta ruchowo osoba? Bo na zajęcia w mojej grupie chodzą osoby od tak 17 do z 60 lat (może i starsze). Ja też już raczej kwiat niż kwiatek ;-)). Niektóre po poważnych operacjach i w różnym stanie zdrowia. Ćwiczenia w szkole gdzie chodzę wyglądają tak: rozgrzewka (dasz radę), układ/forma w zależności od szkoły (nauczysz się), quigong (lecznicza gimnastyka chińska) też na pewno dasz radę. Doczytaj, bo często przy takich zajęciach pierwsze próbne są darmowe. Masz wtedy szansę sama sprawdzić czy i na ile ci to odpowiada. Tylko nie zniechęcaj się, że inni już są z formą daleko do przodu. Da się nadrobić.
            A i bardzo sympatyczni ludzie trenują.

            @ Babo Ago, czytam i tak mi wychodzi, że doświadczona jesteś. Napisz proszę coś więcej jakbyś miała ochotę. Może być ma maila.

          • mitenki 13/12/2017 at 13:53

            Ano, że bliżej mi już do 60 niż do 17 ;) Siedząca praca, skrzypiące stawy, bolący kręgosłup i kolano.

          • kanionek 13/12/2017 at 21:01

            Kwiat czy kwiatek – niewielka różnica. Najgorzej to być jak kaktus. Sztywnym i najeżonym ;)
            Ja się z rana identyfikuję z kaktusem, po karmieniu drobiu i wysikaniu Atosa powoli przybieram formę sukulenta, a dopiero gdy wraz z małżonkiem zadajemy kozom siana na noc zaczynam przypominać jakiś kwiatek. Zwiędły, bo zwiędły, ale jednak. A wieczorem to już odchodzę od florystycznej formy i staję się parówką. Zwyczajną.

          • Baba Aga 13/12/2017 at 21:35

            No ja też ćwiczyłam, ale to nie ja jestem doświadczona a mój mąż, on jest mistrzem Kung-Fu i Tai-Chi, mój mistrz niestety zmarł, a z mężem to sie nie da, przecież to ja wiem wszystko najlepiej :-P Tak , tak Mitenki dasz radę, to jest jak rehabilitacja.

  26. wy/raz 12/12/2017 at 13:59

    Słuchajcie otrzymałam dziś Dzieła Sztuki od Kanionka w skrócie (D SzoK)!!! A zamawiałam dżemik i naleweczki. Teraz mi wychodzi, że żeby nie naruszyć wrażeń estetycznych muszę je oprawić w ramki i delektować się ich pięknem, na pocieszenie racząc się melisą. I już nie wspomnę, gdzie mi język ucieka…

    • kanionek 12/12/2017 at 16:30

      Ha, ha! Już któraś osoba z kolei mi to mówi, i wpadłam na taki pomysł: w przyszłym roku naleję do butelek farbowanej wody, ładnie opakuję, i będę spać spokojnie, bo i tak nigdy się nie kapniecie! Patent stulecia w krainie Januszy Biznesu :D
      A tak serio to mam nadzieję, że zawartość butelek przypadnie wszystkim do gustu; oby nawet bardziej, niż serwetka ze wstążeczką ;)

      • Ania W. 15/12/2017 at 22:30

        Przecudowne i przepycha! Syrop z czarnego bzu wymiata! Moglabys bimber pedzic i mieszac z tym, hicior murowany!

    • mitenki 13/12/2017 at 00:28

      Też chyba sobie melisy zaparzę…. chociaż ona jest tak fachowo szczelnie zapakowana, że i jej szkoda ruszyć.
      I jak tu być kwiatem lotosu, no jak? :))))))))

  27. Jagoda 12/12/2017 at 19:31

    Też dowieziono mi dzisiaj, pięknie wygląda! I z pewnością będzie wybornie smakować. Chleba spróbowałam smakuje jak wygląda, a resztę zamrożę na święta. Bo w czasie świąt nie jadam nic ze sklepu. No, może makowiec.
    Okropnie duje z tej strony Warmii, a jak u Was?

    • mitenki 13/12/2017 at 00:21

      Dałabyś kromkę tego chleba :)

      • kanionek 13/12/2017 at 20:43

        :D
        Było już w netach proszenie “na horom curke”, ale na gołębia…?

    • kanionek 13/12/2017 at 20:39

      Aby na pewno dobry ten chleb? Bo wczoraj piekłam dla nas i wyszedł trochę zbyt kwaskowy – zakwas miewa swoje humory.
      Tak, wiało u nas wczoraj, jakby miało płacone. Kilka drzew znowu padło, to znaczy mówię o zaledwie tym kawałku lasu, który widać z kuchennego okna, a w całym lesie to pewnie dużo więcej. Najdziwniejsze, że to wcale nie była jakaś ostra zawierucha, a prąd zrywało średnio co kwadrans, i to przez wiele godzin.

  28. Baba Aga 12/12/2017 at 23:08

    Ja też dołączyłam do klubu uszczęśliwionych przez Kanionka, pigwówka jest dokładnie taka jak lubię, a cytrynówka smakuje mężu, więc zgodnie z planem.

    • kanionek 13/12/2017 at 20:41

      Uff :)
      Zalecam oszczędne dawkowanie, bo w tym roku już żadnych nalewek nie zrobię (chyba że na ziemniakach, bo jeszcze mam), a w przyszłym to kto wie, czy znajdzie się czas. No i owoce. Bo w tym roku np. wiśni nie było.

      • Baba Aga 14/12/2017 at 21:36

        Właśnie chciałam spytać czy nie masz w planach może abonamentów? Bo ja bym chętnie wykupiła całoroczny abonament na pigwówkę, płatność najchętniej w lecie, bo mam wtedy piniondze. Siedzę już drugi dzień rozdarta i zastanawiam się, czy pić bo pyszna, czy nie pić bo mało.

        • kanionek 15/12/2017 at 18:58

          Pić, ale mało :)
          Abonament dobra rzecz, tylko żeby było na co go wykupić… W tym roku pigwowiec u Babci (bo to z jej ogródka owoce są, każdego roku; moje pigwowce kozy zjadły, a ja znów się zgapiłam i w tym roku nie kupiłam sadzonek) nie zaszalał – owoców mało i “takesobe”. Mam coś około kilograma, może półtora. Beczki nalewki to z tego nie będzie. Co ciekawe, tarnina w tym roku też słabiutko. Jakieś pojedyncze kulki na krzakach. Mam za to w planie nalewkę tybetańską na czosnku, z małą modyfikacją, czyli dodatkiem lokalnego miodu, bo czosnku mam kilkaset główek (z czego 3/4 takich psiunów małych) i niech mnie ręka bosa broni, żebym to wszystko wysiała na wiosnę. Jak wiecie z jednej wysianej główki wychodzi 6-8 nowych główek, więc ogrodowi groziłby czosnkowy potop. No tylko że ta nalewka to prozdrowotna ma być, a nie smaczna.

  29. mitenki 13/12/2017 at 00:25

    I ja jestem szczęśliwą posiadaczką pięknych buteleczek i serka. I pudełka meliski.
    Tzn. nie do końca szczęśliwą, bo te buteleczki są TAK PIĘKNIE zapakowane, że szkoda mi je naruszyć. I serwetki, i kukardki (każda insza), i naklejki ładne.
    No, ale kiedyś je naruszę ;)

    • kanionek 13/12/2017 at 20:46

      Kukardki najładniejsze :) Ja miewam takie “ataki sroki”, i jak zobaczyłam te tasiemki błyszczące, to od razu musiałam je mieć. Po spakowaniu wszystkich zamówień nie został mi ich nawet centymetr, ale nie szkodzi, bo zawiązać na czym też już nie mam.

  30. mitenki 13/12/2017 at 04:11

    KIEDYŚ nadeszło szybciej niż sądziłam :D

    Tradycyjnie już nie mogę spać… Poszłam do kuchni napić się wody, i myślę sobie – a może by spróbować..? Zdjęłam wszystko delikatnie, odkręciłam zakrętkę (zakrętka się nie oderwała od tej części na dole, po nałożeniu wygląda jakby było nietknięte – można zwrócić do producenta ;P) i nakapałam na jęzor.
    1. MAŁMAZJA!
    2. Czy jestem alkoholikiem, drogie Bravo?

    • kanionek 13/12/2017 at 20:52

      No nie odrywa się ta dolna część, bo nie mam specjalnej zaciskarki. Bo sobie pomyślałam, że co ja będę profesjonalny sprzęt kupować do kilku butelczyn? Ale kto wie, może kiedyś…
      Niee, no jakim alkoholikiem? Kilka kropel na język to jak waleriana, czyli lekarstwo. (Czyli wychodzi, że nie alkoholikiem, a zwyczajnie chorym człowiekiem jesteś :D).

      • wersja 14/12/2017 at 08:40

        Mitenki, ewentualnie możesz być hipochondrykiem ;) i zażywasz lekarstwa BEZ POWODU.

  31. wersja 13/12/2017 at 09:01

    Kanionek, patrz, co za naród. Jak napiszesz notkę, to marudzą, że za długa i wielowątkowa (ja), jak wyślesz delikatesy, to nieszczęśliwe, że za ładnie opakowane… no co za naród :)

    • kanionek 13/12/2017 at 20:56

      A może to nie naród, tylko JA jestem winna? Popracuję nad sobą; notki będą zwięzłe i monotematyczne jak pęczek botwiny, a Dary Lasu będę wysyłać utytłane w błocie i oblepione gęsim pierzem!

      • Iza 14/12/2017 at 19:46

        Znaczy, w tym celu będziesz skubać Meliny “na żywca”???
        Fotorelację poproszę!!! :D :D :D
        Z tym, że to i tak nie zadziała, bo pamiętam taki wątek o rozsyłaniu kamyczków z Kanionkowa, tytułem relikwii czy cuś… Więc spokojnie możesz zostawić Meliny w spokoju. :)))

      • mały żonek 14/12/2017 at 20:24

        Działa.
        Mitenki już dostała relikwie, ale za nie nie zapłaciła. Podejrzewam, że sprzedała i żyje sobie szczęśliwie na jakichś ciepłych wyspach.

        • kanionek 15/12/2017 at 19:04

          Iza – nie muszę na żywca, bo Meliny na wiosnę i tak będą się pierzyć, a że wiosną to i roztopy, więc błoto, WIĘC wszystko się zrobi za jednym turlaniem butelki po podwórku! Czysta ergonomia, nie żadne banialuki.

  32. becia 14/12/2017 at 08:45

    Noo drogie Kozy tera to ja mam całe 5 min wolnego czasu którego w dodatku nie wykorzystuję na kibelek więc się rozpiszę że hoo hoo :):):) bo nie wiadomo kiedy znów się odezwę.
    Po pierwsze, ja Cię Kanionku rozumiem. Kiedyś mi się też urodziła piękna okrąglutka wiecznie uśmiechnięta blondyneczka. Teraz mam chudą jak szczypawka smagłą brunetkę z rogami jak stąd do księżyca i wiecznym fochem. Nie trzeba było nazywać kózki Małgośka po mojej pierworodnej to miałabyś aniołka 
    I niestety ja też się cieszę że bolą Was brzuchy. Nie z czystej złośliwości, nie nie.. ale od września moja Małgośka wiecznie skarży się na bóle brzucha, paszy przyjmować nie chce, chudnie w oczach a rano na łóżku leży zwinięta w precelek. Mamy już za sobą pobyt w szpitalu, pierdylion badań a dziś przyszły wyniki histopatologii wycinka błony śluzowej żołądka. Sysko idealnie- badania krwi ok (lekko podwyższone ob. ), mocz ok, usg ok, gastroskopia ok, pasożyty brak, lamblie brak, nawet Heliobakter nie wyszedł w wycinku. Niby wszystko idealne a dziecię jak się zwijało tak zwija. .. No i jak Was ta jesień też tak doświadcza to stwierdzam, iż pierworodna ma po prostu skłonności ku wrzodom, będziemy spokojnie brać te blokery do mrozów a zacznę znów panikować jak zimą nie przejdzie..
    Iiii.. tadadam!!!.. dostałam paczkę od Kanionka! Wczoraj przyszła  Komisyjnie została rozpakowana i ..moim dzieciom najbardziej podobało się Twoje nazwisko Kanionku!! (bacz że u mnie gryzonie to ważna część rodziny.. nawet prezenty od Mikołaja dostają). Największe zaskoczenie- twarożek. Mówiłaś, że on ma mało zwartą konsystencje, spodziewałam się czegoś bardziej luźnego a on ma taką sama gęstość jak twaróg który ja robiłam w domu z krowiego mleka. No pewnie że to nie kostka ze sklepu ale jak dla mnie to jest całkiem normalnie gęsty A smak- w ogóle nie kozi! Zapachu również brak- dzieci stwierdziły że pachnie deserem  Myślę że jakbym podała go komuś „w ciemno” nigdy by nie powiedział że to kozi. Jest delikatny, leciutko kwaskowy i słonawy, gdzieś ta dodatkowa nutka „inności” się błaka na końcu języka ale w żadnym razie nie jest to kozi posmak jak w twarożkach kozich ze sklepu. Dla konesera może to wada, dla mnie zaleta bo moje dzieciaki nie lubią tego ostrego posmaku i wreszcie po raz pierwszy w życiu jadły naleśniki z twarogiem  (od urodzenia są uczulone na mleko krowie, owcze i kozie mogą jeść od 2 lat). A jeśli chodzi o ser dojrzewający.. hm.. po Twoim opisie spodziewałam się czegoś innego. Moim zdaniem jest on raczej ostry a nie delikatny. Lekko w zapachu czuć kozę ale bez przesady. Ma bardzo bogaty smak, wręcz wyrafinowany- jest w nim i słodycz i gorycz. Taki smak kojarzył mi się zawsze z bardzo starymi serami, wiesz takimi z jaskini o pomarszczonej pokrytej nalotem skórce. Mój chop, co na sam dźwięk słowa „kozi” odchodzi od stołu określił go jednym słowem- cymes  I bardzo się zdziwił, że coś takiego można samemu zrobić w domu. Oczywiście wyjaśniłam mu że takie cuda to tylko u Kanionka się udają. Z tą miękko konsystencją też przesadziłaś No łupać go nie trzeba jak parmezan ale dla mnie jest normalnie serowo twardy- bardzo ładnie daje się kroić na cieniusie, prawie przezroczyste plasterki i w tej postaci mi najbardziej smakuje  No i bardzo ładnie topi się na tostach bo dzieciaki głównie w tej postaci spożywają ser. Podsumowując- proszę mnie zapisać w kolejce na twarożek wiosenny i KONIECZNIE znajdź tą tajną recepturę na ser jogurtowy!!!
    Na nalewkę też na razie tylko paczę jak się napaczam to napiszę jak smakuje
    A te 5zł to wrzuć do skarpety Pasztedzika 

    • Baba Aga 14/12/2017 at 21:44

      Becia w tym roku spędziłam z moją córką 2 miesiące u różnych doktorów z bólem brzucha i mam trop, napisz do mnie na maila to pogadamy. szamanka.aga@gmail.com

    • kanionek 15/12/2017 at 19:24

      Droga Beciu, a KTO MI PODSUNĄŁ ten pomysł, żeby kozę Małgośkę nazwać po innej Małgośce? Hę?
      Po drugie: a Twoja Młoda to w jakim wieku jest? Ja miałam, nastolatką będąc, rozmaite bóle w jamie brzusznej, też przeszłam przez magiel róznorodnych badań, i stanęło na tym, że albo po prostu rosnę (do tej pory nie wiem co to za wytłumaczenie), albo mam bóle urojone z nerwicy :)

      Futerkowe nazwisko dostałam od Małego Żonka, bo ja z domu owocowa jestem, ale miło mi, że się dzieciom podobało.
      Hm, no tak, z twarożkiem to miałam na myśli właśnie to, że nie jest taki jak kostka ze sklepu, a jeśli chodzi o smak serów to do ich opisywania chyba będę musiala zatrudnić jakiegoś testera-konesera, bo wychodzi na to, że naprawdę mam kubki smakowe w stanie apatii, a może i agonii. Jak ostatnio zamajerankowałam barszcz czerwony, to małżonek miał łzy w oczach. Pół biedy ten majeranek, ale pieprz czarny też tam był, a jakże.
      Ale miękki ten ser to jest, naprawdę. Zwłaszcza gdy go porównać do innych moich dojrzewających z tego roku. Tajną recepturę znalazłam – nabazgraną na marginesie zeszytu zamówień, gdzieś pod koniec sierpnia :)

      Dziękuję za komplementa pod adresem serów i twarożku, i cieszę się, że dzieciaki pojadły naleśników, bo dzieciństwo bez naleśników z twarogiem to przecież byłaby jakaś lipa! Buziaki dla Was wszystkich :)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa