Gównorodek i inne polskie zwierzęta, czyli jak się suszy kurczaka

 

Wraz z nastaniem października sezon na „dobijcie mnie byle czym” uważam za otwarty. Nie dalej jak tydzień temu jesień kopnęła mnie w kolano (serio, serio; pokazałabym Wam siniak na lewym łokciu, którym próbowałam zamortyzować siłę upadku, ale siniaka nie było, bowiem natychmiast posmarowałam się cała olejkiem żywokostowym, który przysłała mi Mitenki), zaraz potem wdeptała w błoto, i z mściwą satysfakcją patrzyła, jak kurczaki lecą wydziobać mi oczy. Serio, człowiek nie może się wywrócić na własnym podwórku i poleżeć chwilkę, kontemplując zakichany los wieśniaka, bo zaraz zlatują się SĘPY (i to nie są „sępy miłości”), które tylko czekają, żeby człowiekowi obgryźć mięso do kości i rozwłóczyć wątpia po przydomowym trawniczku. No i gdy tak grzmotnęłam całym swoim jestestwem o ten skrawek betonu przed drzwiami wejściowymi, to odbiłam sobie płuca i doznałam wstrząśnienia chęci do życia, które to chęci są teraz obolałe i otacza je galaretowaty obrzęk obrzydzenia do – nie oszukujmy się – wszystkiego, a zwłaszcza tego wszechobecnego BŁOTA.

Zatem i przeto nie wiem, o czym będzie ten wpis. Najpewniej zrobi się z niego typowa zupa na winie, czyli zupa z tego, co się akurat nawinie. O, wczoraj nawinął mi się zimorodek, który czasem przylatuje nad nasz staw, i bardzo Wam to chciałam udowodnić, więc – chwyciwszy aparat leżący na kuchennym stole – wyszłam chyłkiem z domu i zgarbiona z zimna i przejęcia, jęłam się skradać w kierunku stawu. Skradanie się do zimorodka, z jednym okiem utkwionym w okienku podglądu aparatu fotograficznego, a drugim zezującym na zimorodka (czy on tam jeszcze jest, czy skradam się do pustej gałęzi, nad zimnym stawem, w oparach mżawki, przez kląskające bagno podwórka?), skończyło się tak, jak można było przewidzieć: wdepnęłam w psią kupę na podwórku, rzuciłam soczyste zaklęcie zawierające nazwę najstarszego ponoć zawodu świata, zimorodek się zląkł, i teraz musicie mi uwierzyć na słowo, że ta turkusowo-szmaragdowa plama siedząca na gałązce, to ON:

No dobra, udało mi się strzelić lepszą fotkę, gdy się odwrócił na gałązce, ale od strony popiersia nie jest tak egzotyczny:

A tu macie odrobinę tylko lepsze zdjęcie jednodniowego pisklaka zielononóżki:

I teraz chcecie ze zgrozą zapytać: „co robi pisklę kurczaka na sicie suszarki do grzybów?!”. A ja się pytam: co robił jednodniowy kurczak pod luźną deską strychu obory, w zimną, wrześniową noc, całkiem sam, i gdzie wtedy była jego matka, hę?!

Znalazłam go przypadkiem, a tak dokładniej to nadgorliwością i nerwicą, gdy wdrapałam się któregoś ranka na strych obory, żeby podrzucić matce kurce i jej świeżo wyklutym pisklakom jedzenie i wodę. Wcześniej nosiłam tylko owies, dla kwoki, a tego dnia zauważyłam, że kwoka nie jest już sama, więc nadgorliwość i nerwica kazały mi powymiatać rozsypany przez kurę owies z przeróżnych wokół gniazda zakamarków, żeby pisklaki się nie udławiły, próbując zjeść zbyt duże dla nich ziarna. I w ten sposób znalazłam tego nieboraka, wciśniętego pod luźną deskę leżącą na podłodze strychu. Był zimny jak noc, która właśnie się skończyła, i płaski jak puszka szprotów w oleju. Oczka miał zamknięte, a główka mu się luźno majtała, i tak mi się go żal zrobiło, bo reszta pisklaków wesoło ćwierkała pod napuszoną i dumną z siebie kwoką, że usiadłam na podłodze strychu, trzymając to chuchro w dłoniach i gadając do niego typowe głupoty wynikające z żalu i bezradności: coś ty tam robił, kurczaku? Po coś ty tam właził? Twoja stara się nie popisała, co?, i gdy tak głaskałam opuszką małego palca ten kurzy łepek wielkości orzeszka, orzeszek się nieznacznie poruszył! Moje serce popadło w chwilową arytmię, wydawało mi się, że mam omamy, ale nie – kurczątko żyło, choć wedle wszelkich zasad żyć nie powinno (w nocy było jakieś 11 stopni, a pisklaki w tym wieku muszą być stale ogrzewane do temperatury blisko 40 stopni).

Nakryłam biedaka drugą dłonią i zaczęłam chuchać na niego, żeby się szybciej rozgrzał, choć rozsądek mi podpowiadał, że i tak nic z tego nie będzie, a ten nieznaczny ruch głową i rozwarcie dziobka to pewnie typowe ostatnie podrygi przed wyprawą na tę drugą, podobno lepszą stronę. Siedziałam tam i chuchałam, hiperwentylując się do lekkich zawrotów głowy. Gdy pisklę otworzyło oczy wstąpił we mnie duch optymizmu, wetknęłam dłoń z kurczakiem do kieszeni polarowej bluzy i ostrożnie zeszłam po drabinie, by kontynuować reanimację umarlaka w domu. Głosy w mojej głowie szydziły, że niby co ja zrobię z jednym pisklakiem, gdzie ja go wsadzę, żeby mu było ciepło, i że dla jednego zdechlaka to chyba szkoda czasu i zachodu, ale duch optymizmu kazał im wszystkim spierdalać na drzewo i podpowiedział mi, że przecież w kuchni właśnie suszą się jakieś grzyby, czy inne zioła, na elektrycznej suszarce, i że przecież ona daje coś około czterdziestu stopni Celsjusza, czyli dokładnie tyle, ile nam trzeba!

Ja bardzo nie lubię, gdy głosy rozsądku ścierają się we mnie z głosami optymizmu i nieuzasadnionej radości, bo to trochę tak, jakby ktoś mnie głaskał po głowie i drapał pod brodą, a ktoś inny w tym samym czasie okładał kijem po żebrach, czyli trochę niekomfortowo. Wciąż niepewna sensu swoich działań umieściłam zdechlaka na najwyższym piętrze suszarki, obok niego położyłam termometr elektroniczny, żeby mieć baczenie na temperaturę, a gdy pisklak po około trzydziestu minutach zaczął się gramolić na cienkie nóżki, zabezpieczyłam sito od góry metalową siatką i wstawiłam mu do jego tymczasowego lokum miseczkę z żarciem i wodą. Wysechł, pojadł, popił, zaczął ćwierkać. Ćwierkał i skakał po sitku, zapewne w poszukiwaniu swoich pierzastych braci, a ja, oprócz tego, że puchłam z dumy, jakbym sama tego kurczaka zrobiła, gapiłam się na niego jak na Łazarza i miałam ochotę lecieć do wsi i głosić dobrą nowinę. No bo serio – ten kurczak NIE POWINIEN był przeżyć.

Gdy już byłam pewna, że nic mu nie dolega i jest gotów na największą przygodę swojego życia, to jest zostanie kurczakiem i grzebanie w ziemi przez resztę swoich dni, zaniosłam go na strych obory i ostrożnie wetknęłam pod skrzydło oburzonej matki kurki. Postałam jeszcze i popatrzyłam, czy ona go zaraz za kołnierz nie złapie i nie wyrzuci na zbity dziób, ale nie, przyjął się. Policzyłam wszystkie pisklaki, a było ich sztuk jedenaście, i do tej pory tyle zostało, tylko są teraz znacznie większe. Gdzieś w tej grupce kurzej młodzieży jest mój Zdechlak, który przez pierwszą godzinę swojego „życia po życiu” myślał, że jego stary to borowik:

 

Tak, czasem się rozdzielają i nie wszystkie latają za matką, ale na wieczór całą rodziną idą do kurnika!

A pamiętacie jeszcze tę kurę, której Pimpacy bestialsko odgryzł skrzydło? Oraz oskalpował podwozie do żywego mięsa? Ona też nie powinna była tego przeżyć, a przeżyła i ma się świetnie, o czym miałam okazję się przekonać tego wieczora, cośmy kurczaki na siłę do nowego kurnika pakowali, bo to akurat mnie ta jednoskrzydła Walkiria wpadła w ręce. Kurczaki to jest zawzięty i twardy naród – jeśli w kurczaku tli się choć iskra woli grzebania w ziemi, to on się nie da tak szybko w tej ziemi pogrzebać. A tu macie fotkę ojczyma i stryjka tego ocalałego kurczaka. W przeciwieństwie do pasierba nie ocaleli, lecz zostali poćwiartowani i zjedzeni:

 

A tu macie inne polskie zwierzęta:

Serwatka potwarożkowa, bogata w wapń i inne prozdrowotne fanaberie, cieszy się niegasnącym powodzeniem wśród absolutnie wszystkich mieszkańców podwórka.

Ci na zdjęciu poniżej też nią nie gardzą, ale nie dostają, bo niektórym nie służy (to znaczy pieski są innego zdania, ale nam wystarczyło kilka BARDZO RZADKICH przypadków, które musieliśmy ścierać z podłogi śród nocnej ciszy, by podjąć decyzję o całkowitym zakazie serwowania psom serwatki):

Ja Państwa przepraszam za tę obdrapaną ścianę, której jeszcze nie zdążyliśmy pomalować, choć farba w kolorze „czekoladowa rozkosz”, „kakaowa rozpusta”, czy jakoś tak podobnie, kupiona została już ubiegłego lata – po prostu wiecznie czasu brak, a do malowania to wiadomo, że trzeba graty odsunąć, podłogę zabezpieczyć, ścianę oskrobać ze wszystkich warstw cebulackich fantazji dekoratorskich, a najtrudniej się skrobie resztki starych tapet. Może zimą pomalujemy. Przeciwległa ściana została pomalowana w ubiegłym roku na kolor „śmietankowy zawrót głowy”, czy jakoś tak, choć na żywo okazało się, że jest to raczej „chleb nasz powszedni, wersja: miąższ pszennego z Biedry”. W tym tempie winszujemy sobie wypić szamponu (bo na szampana to nas nigdy nie będzie stać) z tytułu odmalowania całej chaty gdzieś za około dziesięć lat. Dokładnie wtedy, gdy „śmietankowy zawrót głowy” będzie już osrany przez muchy i przywdzieje oblicze „pszenno-żytniego z kminkiem”.

A teraz czas na wspomnień czar. We wrześniu gościła u nas moja kochana Mama, z którą strzeliłam sobie taką fotkę:

Tylko sobie nie myślcie – moja Mama to na co dzień elegancko ubrana kobieta, a tutaj wystąpiła w moich starych kaloszach (nawet na mnie za dużych), w mojej roboczej kurtce (wybrała się bez kurtki, a po drodze się okazało, że jednak zimno i wiało, więc oddałam jej tę różową okropność) i równie roboczych spodniach, gdyż po co miała pakować brzydkie ciuchy do walizki, skoro u mnie tego dostatek? A w ładnych to tu można co najwyżej w kuchni przy stole posiedzieć, a i to nie zawsze, bo jeśli wpuści się kochane pieski prosto z błotnistego podwórka… No nieważne.

A za plecami Małego Żonka, który robił to zdjęcie, rozciągał się taki widok:

Jeśli zastanawiacie się teraz, w którym jeziorze Polski stawia się słupki drogowe i co to za dziwna sieć na ryby, to tłumaczę, że to nie żadne jezioro, tylko droga asfaltowa, która prowadzi do drogi gruntowej, która prowadzi do nas. Taka piękna katastrofa – rzeka Bauda wskutek obfitych opadów wylała i zabrała nam drogę, zresztą nie tylko tę jedną, i nie po raz pierwszy.

W drodze powrotnej z tego spaceru sfotografowałam jeszcze kilka turkuciów podjadków, które ulewa musiała zmyć z górki, stanowiącej część drogi dojazdowej do nas, i te biedne turkucie drałowały z powrotem pod górę, a było ich sporo, w tym kilka osobników poległych.

(A wiecie, że to paskudztwo dorasta do długości 6 cm? Słownie: sześciu centymetrów? Jeszcze bardziej słownie: do długości prawie połowy przeciętnego męskiego… No nieważne. Duże jest to paskudztwo (na zdjęciach to są jeszcze młode osobniki) i dam sobie łeb obciąć, że one wszystkie wtedy były na najlepszej drodze do mojego ogródka, i zostało im już niespełna osiemset metrów do pokonania, więc niewykluczone, że teraz, gdy piszę te słowa, one się właśnie układają do snu. Pod moją ławką wierzbową).

Doszedłszy na skraj „naszego” lasu udaliśmy się we trójkę na krótki rekonesans grzybiarski (Mama się nie zna na grzybach, ale udało jej się dorwać kilka ładnych okazów borowika i koźlarza), gdzie nakręciłam kolejny filmik w kanionkowym stylu, czyli bez początku, końca, i bez szczątkowych choćby śladów sensu. Uwaga, materiał nie dla podofobów: zawiera stopy i niewiele poza tym. Dla fetyszystów stóp też nie. Nie powinny go też oglądać osoby z chorym błędnikiem, co sama zauważyłam dopiero wtedy, gdy go sobie w domu odtworzyłam. Innymi słowy: coś okropnego, więc Wam pokażę.

Na skraju lasu, zaraz tam, gdzie kończy się droga gruntowa należąca do gminy (ale nie wiadomo której; w każdym razie żadna z dwóch sąsiadujących nie poczuwa się do odpowiedzialności za stan tego bagna, nazywanego drogą tylko przez grzeczność i głupie przyzwyczajenie), no więc na skraju lasu wypatrzyłam nieco uszkodzony przez pilarzy krzak czarnego bzu. Liście mu już z lekka zżółkły, jedną gałąź miał nadłamaną, i w ogóle jakiś krzywy był i biedny, „czyli w sam raz dla mnie”, pomyślałam. Na drugi dzień udało mi się wyciągnąć Małego Żonka w to miejsce, oczywiście z łopatą, oczywiście pod pretekstem, że „chodź, Mały Żonku, pójdziemy zmeliorować trochę tę tragiczną drogę”. Melioracja metodą chłopską polega na tym, że się kopie rowki odprowadzające wodę z największych kałuż na drodze, żeby było chociaż widać jaka jest głębokość dziur, bo jeden z jeżdżących do nas kurierów już na tych bagnach utknął, źle wyznaczywszy sobie trajektorię slalomu pomiędzy kałużami. No i tak „zupełnie przy okazji” zapytałam Małego Żonka, czy dałby radę wykopać taki krzaczek, o ten tam, malutki.

Nie miałam pojęcia, że ten półnagi wiecheć zwiędłych liści ma tak rozbudowany system korzeniowy! Mały Żonek obiecał mi po raz kolejny, że zgniję w piekle, bo nie będę ukrywać – komary pod lasem cięły jak orkiestra walca, a krzak bzu rósł jakoś tak na opak, że korzenie miał całkiem gdzie indziej, niśmy się spodziewali (nie sprawdzajcie; nie ma takiego słowa jak „niśmy”), a gdy już rozgryźliśmy ten szczwany, bzowy fortel, to się okazało, że korzeń główny jest grubszy od pnia krzewu, no i tak nam jakoś długo z tym zeszło, a przecież jeszcze ta melioracja, bo trzeba było udawać do końca, że to był główny cel wyprawy, prawda.

Stopy po melioracji bagna łopatką (bo przecież pomagałam!) wyglądają tak:

To znaczy tak to one wyglądały już po tym, jak je próbowałam wypłukać w każdej napotkanej po drodze kałuży, bo wcześniej wyglądały ni mniej, ni więcej, tylko jak betonowe buty.

A krzak bzu wyglądał tak:

Miał nawet jedną lub dwie kiście owoców, ale kurczaki je opędzlowały dosłownie w piętnaście sekund, gdy poszłam do domu po rękawice. Nic im nie umknie.

A z wiadomości podpowodziowych to dodam jeszcze tyle, że nasz staw tylko na chwilę wycofał się spod furtki północnej i przez jakiś tydzień względnie ładnej, październikowej pogody mieliśmy nadzieję, że jeszcze wszystko wróci do normy, ale później ulewne i uporczywe deszcze powróciły, staw znowu zaleca się do furtki, a teren przed furtką zamienił się w upiorne grzęzawisko. Kto wyjdzie za furtkę północną musi się liczyć z tym, że zrobi ledwie dwa kroki i już na zawsze pozostanie w miejscu, w pozycji „na wiatrak”, czyli z nogami wessanymi w grunt do kolan i rozpaczliwie machającymi rękami. Ręce machają rozpaczliwie z dwóch powodów, z których pierwszy jest taki, że niełatwo utrzymać pozycję homo erectus w grzęzawisku, a drugi taki, że człowiek próbuje się opędzić od Lucka. Ten człowiek to najczęściej ja, i gdy tylko Lucek wypatrzy mnie z daleka, to zaraz leci by sobie ze mną narobić małych koziołków, „bo” – powiada – „no trudno, w sumie nie jesteś w moim typie, nawet brody nie masz, ale wiesz jak mówią – na bezrybiu to i darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby”. Założę się o stadko małych, rogatych Kanionków, że to Irena mu „sprzedała” takie przysłowie. Wszak Irena to koza oświecona, na co mamy stosowne dowody.

No więc Lucek do mnie leci, z tym rozmarzonym spojrzeniem i grzywką oszczaną, a ja drę się wniebogłosy, i małżonek musi w locie łapać jakiś kij i bieżyć mi na ratunek. NO WIEM, totalnie niedzisiejszy człowiek! Bo przecież współczesne standardy życia społecznego mówią, że jeśli, dajmy na to, wysypie nam się dziecko z wózka, to my postępujemy wg ściśle określonego protokołu: robimy smartfonem zdjęcie dziecka leżącego na betonie, natychmiast umieszczamy tę fotkę na fejsbuku, dodajemy opis: „paczcie jak mi sie Brajanek z wuska wyjebał”, czekamy na pierwsze komentarze, kopniakiem uciszamy drącego się bachora, a gdy już zbierzemy tysiąc lajków, to podnosimy gówniaka z ziemi, wsadzamy na powrót do wózka, wycieramy mu krew z twarzy i rozglądamy się bacznie, czy aby jakaś pokurwiona ludzka szmata nie wezwała na nas psów, prawda, bo ludzie to wilki i brat bratu oko dzisiaj wykole, byle tylko się wykazać, a my na tiszercie mamy „JP 100%”, a Brajanek na rączce wytatuowane: „żyj długo, umieraj młodo”.

No więc ja się drę jak opętana, a małżonek, człowiek starej daty, łapie kij zamiast aparatu, i dlatego owszem, mam dla Was filmik z zalotami Lucka, ale nie do mnie, tylko do INNYCH kóz:

Prawda, że rozkoszny? Już dwa razy zerwał drut pastucha rogami, a raz nawet mu się udało – podejrzewam, że przypadkiem, bo przecież nie pomyślunkiem – okręcić sobie drut wokół jednego rogu i wyrwać przykręconą do murowanej ściany obory deskę, w której tkwią izolatory, a co za tym idzie – wyrwał z korzeniami całe zasieki pod napięciem. I poszedł w długą. Podobnie robi z siatką leśną, którą ogrodzone jest podwórko: wtyka końcówki rogów w oczko, zahacza i ciągnie, szarpie i maltretuje, skutkiem czego teraz przez niektóre oczka siatki to i ja bym mogła łeb cały przełożyć, a kto wie, może i resztę Kanionka.

 

No więc jak już wcześniej wspomniałam – była u nas moja Mama, i przez te dwa tygodnie próbowałam ją podtuczyć, bo ona w domu to sobie chyba rzadko gotuje i wygląda jak wróbelek (taki z samego centrum Syberii), więc na stół wjeżdżały takie nietutejsze rarytasy, jak „mięsna brytfanna”:

Widok PRZED upieczeniem. Do mięsnej brytfanny, gdyby kto pytał, wrzucamy wiele kilogramów mięsa (jakie kto lubi, może być z kością, a nawet lepiej), uprzednio przez dobę marynowanego w mieszaninie oleju i octu balsamicznego (pół na pół) oraz soli i takich przypraw, jakie się komu wydają stosowne. No więc wrzucamy to mięso, a do tego: całe ziemniaczki w skórce (ja dałam takie małe wypierdki z ogrodu, wyszorowane pod bieżącą wodą, może kilogram), ćwiartki pomidorów, grube plastry cukinii, marchewkę w dowolnych kształtach, cebulę w połówkach lub ćwiartkach, całe ząbki czosnku, i co tam jeszcze mamy pod ręką, na to wszystko rzucamy całe gałęzie cząbru i tymianku, można też dać miętę, pęczek zielonej pietruszki i inne zioła. Nakładamy wieko brytfanny i pieczemy ten mięsno-warzywny kiermasz przez kilka godzin, może dwie, może cztery, w zależności od rodzaju i ilości mięsa. Wychodzi z tego PRZEPYSZNY obiad dla kilku osób na kilka dni, i to OD RAZU z ziemniakami, które się absolutnie nie rozgotowują, a są przesiąknięte aromatem mięsa i ziół. (Ja bym tam jeszcze nalała czerwonego wina przed pieczeniem, ale ze względu na Małego Żonka nie nalałam, bo on by tego nawet do sądu nie chciał pozwać).

Był też jogurcik z koziego mleka i długo się zastanawiałam, czy Wam o nim pisać, bo pewnie byście chcieli spróbować, a jest z nim jeden, albo nawet i dwa są problemy. Pierwszy jest taki, że jogurcik jest energochłonny (musi mieć ciepło, 45 stopni, przez bite dziesięć godzin. To nawet kurczak by na nim tyle nie wysiedział, więc trzeba się uciekać do standardowych, płatnych źródeł energii) i musiałby kosztować coś ze dwadzieścia złotych za litr, a poniżej litra to nawet nie byłoby sensu nastawiać, a drugi problem jest taki, że nie mam stosownych pojemników na produkty półpłynne. Mogłabym wysłać w zgrzanym woreczku foliowym odpowiedniej grubości, ale bo ja wiem? No i trzeci z tych dwóch problemów: jogurt po sporządzeniu musi być szybko schłodzony i przechowywany w niskiej temperaturze (do 5 stopni, powiedzmy), żeby nie zrobił się zbyt kwaśny, co nie wiem, czy dałoby się utrzymać w paczce transportowanej np. na drugi koniec Polski. Trwałość takiego jogurtu źródła wszelkiej mądrości opiewają na nawet dwa tygodnie, czego z Mamą nie udało nam się potwierdzić, gdyż cały litr wytrąbiłyśmy w ciągu jednego wieczoru:

Był PRZEPYCHA. Na litr jogurtu dałam prawie tyle samo borówek, bo tyle się udało Mamie nazrywać z tych moich biednych, zmasakrowanych przez sierpniową burzę krzaków. Sklepowe jogurty to temu mojemu mogłyby co najwyżej blender umyć i przeprosić, a wszystko dzięki, jak przypuszczam, sowitemu dodatkowi prawdziwych, świeżych owoców. Z mrożonymi pewnie też byłby spoko, byle było ich dużo, a nie jak w tych jogurtach ze sklepu, gdzie człowiek próżno łyżką gmera, by wyłowić strzęp truskawki, przetworzonej uprzednio na tysiąc frapujących sposobów. Aha – gdyby ktoś się uparł i chciał kozi jogurt, choćby i w reklamówce z Biedronki, to uprzedzam, że choć w smaku pyszny, to zapomnijcie o konsystencji „że łyżka stoi”. Taki jogurt powstaje z mleka krowiego, najczęściej z dodatkiem mleka w proszku (albo, jak widziałam na etykiecie: BIAŁEK MLEKA, takich wiecie, co to przechodziły obok i wskoczyły do jogurtu, bo akurat miały ochotę), a naturalny jogurt kozi jest po prostu półpłynny, o lekko kisielkowatej konsystencji.

Karmiłam więc nas wszystkich przez dwa tygodnie naleśnikami, pieczystym, tłustą zupą, plackami po cygańsku, jajecznicą z grzybami i czym tam jeszcze. Mama nic nie przytyła, za to ja i owszem, całe dwa kilogramy, ale to nic nie szkodzi, bo jak tylko Mama wyjechała, to my wróciliśmy do swojej codziennej diety składającej się z kanapek w biegu, więc cała ta pozorna inwestycja i tak się zaraz straci.

No ja wiem, kiedyś to wpisy na „kanionku” były krótkie, ale często i nawet na temat. KIEDYŚ to było KIEDYŚ, jak mi ostatnio powiedział Dziadek Miód, który – jak się okazuje – nadal żyje, choć ktoś mi w ubiegłym roku mówił, że umarł doszczętnie. No więc kiedyś to było kiedyś, a teraz jest jak jest, a na Dziadka Mioda to kiedyś dziewczyny leciały, jak się dowiedziałam, a teraz to już nie. I dowiedziałam się też, że więcej miodu to nie ma i nie będzie, więc wzięłam pięć słoików. „A JABŁKA MA?” – zapytał chytrze Dziadek Miód, a musicie wiedzieć, że w całym jego mieszkaniu czuć było świeżo robionym przecierem jabłkowym, zaś na wszystkich widocznych szafkach i kredensach pyszniły się litrowe słoiki pełne złocistego przetworu, więc Dziadek nie bez powodu o te jabłka zagaił. „Mam, mam”, odpowiedziałam, „jabłek sporo w tym roku”. No sporo, sporo, ale co z tego, skoro każde paskudne?! Jakiegoż doznałam rozczarowania, gdy zerwałam swoje pierworodne jabłko „strzelające”, a ono było całkiem bez smaku i w dodatku twarde i trociniaste, jakby z drewna wystrugane… Z początku myślałam, że zerwałam je zbyt wcześnie, ale nie – wszystkie jabłka z mojego podwórka są w tym roku drętwe jak pawlacz z płyty wiórowej i tak samo smakują. Pozbierałam, oczywiście, do piwnicy już większość zatargałam, bo kozy i kurczaki nie pogardzą, ale sama sobie nie pojem – każdy kęs, bez względu na odmianę, żuje się niczym stary wafel ryżowy, a kto to widział, żeby jabłko trzeba było wodą popijać, bo inaczej przez gardło nie przejdzie?

No więc kiedyś to było kiedyś, a teraz patrzcie, jaką mi piękną szafkę zrobił Mały Żonek:

PRAWDA? I ten stalowy zlewozmywak też jest nowy! Mały Żonek go w ubiegłym roku upolował na jakiejś aukcji. Zlewozmywak był nowy, ale w jedną komorę srogo walnięty, więc przeceniono go o milion procent wartości pierwotnej, no i Mały Żonek go kupił, wyklepał gumowym młotkiem, i dzisiaj ŻODYN NIE WIE, że ten zlew był walnięty, ŻODYN. Całość wygląda tak ładnie, że reszta gratów z kuchni chciała się z miejsca wyprowadzać, a zwłaszcza szafa ubraniowa bez drzwi, w której stoją garnki, oraz lekko zdezelowany komplet mebli z altanki mojej znajomej, w której znajoma robiła sobie zmianę wystroju, i który to komplet był do tej pory szczytem szyku i elegancji w moim domu, nawet pomimo krzywo wiszących drzwiczek z szybką („ja się tego boję naprawiać”, orzekł Mały Żonek, „bo to mi się może całe rozpaść w rękach”). Na razie jednak nikt się nigdzie nie wyprowadza, bo kolejnych ekscesów meblarskich już w tym sezonie nie będzie – Mały Żonek i jego nowa znajoma Krajzega są zajęci produkcją desek i słupów do przybudówki koziarni (chcemy wyprowadzić cały ten bałagan udojowy na zewnątrz), a za chwilę trzeba będzie ciąć gałęziówkę na opał. Mały Żonek machnął też kilka nowych paśników w obydwu połówkach koziarni, i teraz każda kozia komnata jest wyposażona w elegancki podajnik siana:

Ostatnie ogórki w tym roku zebrałam osiemnastego października, pieczarki też:

Kto chciał zobaczyć topinambury, to niech ogląda:

Są dużo, dużo wyższe ode mnie, nadal zielone, ale nie zakwitły.

Na koniec mam dla Was mocno przeterminowany film o ziemniakach (w trzech częściach), który – wiadomo – ma wszystkie rozczarowujące cechy filmów Kanionka, no ale innego nie mam, to nie dam.

Stay pruned!

PS. Aha, AHA, i dostałam od Was, między innymi na urodziny, różne takie, o których wszystko w swoim czasie, a dzisiaj jeszcze wrzucę takie coś:

To mi zrobiła taka jedna Jola, i nie wiem jak Wam się podoba, ale mnie bardzo, bo jest ładniejsze od oryginału, i może na którąś kartę kalendarza by się nadało?

O, tu jeszcze takie PRAWIE PIKASO:

PPS. No ale jak to – tak całkiem bez sera? Oto przed Państwem doskonale dojrzały ser pleśniowy z popiołem:

Po trzech tygodniach dojrzewania trzeba go koniecznie przenieść do lodówki, gdyż skórka i tak już wygląda na nieco sfatygowaną, a wnętrze jest gotowe i dalsze dojrzewanie jedynie zaostrzy już i tak wyrazisty smak tego sera. Miąższ jest lekko sprężysty, jak u camemberta, o konsystencji przypominającej serek topiony, przy skórce lubi się rozpływać w aksamitny, serowy krem. Nuta cytrusowo-pieczarkowa, zakończona mocnym akcentem koziej pikanterii. No nie tak mocnym, jak uderzenie rogów Bożeny w kość piszczelową (ja wiem, Bożena, że to było niechcący, i że nie o mnie chodziło), ale jednak. Miałam ostatnio kawałeczek dla siebie, taką próbkę z małej serii, i odrobinę dodałam do makaronu z sosem pieczarkowym – zdecydowanie podniosło to walory sosu, dodając mu głębi i intrygującego wykończenia. Czy ja polecam ten ser? Tak, ale już nie w tym roku. Teraz to Bożena zarządziła czyszczenie magazynów i sprzątanie na zakładzie, bo od grudnia zamierza tylko leżeć, odpoczywać, przeżuwać i – od czasu do czasu – walnąć kogoś w łeb.

A w tym roku można jeszcze zakupić ser długodojrzewający w wersji „Kopciuszek”, który wygląda tak:

 

89 thoughts on “Gównorodek i inne polskie zwierzęta, czyli jak się suszy kurczaka

  1. Monika 29/10/2017 at 06:43

    I już niedziela jest piękna.
    Dziękuję za piękne pisanie i kartoflane filmy.

    • kanionek 29/10/2017 at 22:00

      Ależ proszę, nie ma za co :)
      (Przypomniała mi się krótka historyjka z dzieciństwa. Mój ojciec, z zawodu tokarz, podczas którejś imprezy imieninowej, mocno już poświętowawszy, gromkim głosem i z natchnionym wyrazem twarzy, uderzył w takie słowa: „Jestem tokarz… KARTOFLANY! Jak kartofla utoczę…” – i tu zacukał się i zamarł, z palcem wskazującym uniesionym ku górze, i nigdy nie dowiedzieliśmy się, co by było, gdyby on tego kartofla. To jedno z tych wielu pytań, na które człowiek do końca życia bezskutecznie szuka odpowiedzi).

      • ciociasamozło 30/10/2017 at 11:38

        No patrz, kartoflane wyzwanie przeszło na kolejne pokolenie. Co prawda raczej utuczyłaś kartofla a nie utoczyłaś, ale kto by się czepiał literówek ;)

        • kanionek 30/10/2017 at 23:15

          No tak, obciążenie genetyczne – nie ucieknę od tego :D

  2. Ania W. 29/10/2017 at 07:29

    Ale dlaczego Lucek jest brunetem???? Blondynem dużym był???? Kanionek, czyta się Ciebie jak ma milion dolarów, dzięki !

    • kanionek 29/10/2017 at 22:05

      Droga MATKO CHRZESTNA rzeczonego, wyżej wymienionego. Dwója! Blondynem to on był przez ledwie kilka pierwszych miesięcy życia, chyba dla zmylenia nas wszystkich, a później diabelska maść zaczęła prześwitywać spod białej kurteczki, aż ostatecznie, w wieku około 9 miesięcy było już jasne, że Lucek jest posłańcem piekieł. Z czymkolwiek białym to on ma tyle wspólnego, że nas doprowadza do białej gorączki!

      • Ania W. 30/10/2017 at 14:36

        Pięknosciowo czarny jest ;)

        • kanionek 30/10/2017 at 22:50

          Widzę, że ktoś tu usilnie zaklina rzeczywistość :D
          Że on ładny jest, to Ci przyznam rację. Postawny, owłosiony, rogi pokaźne i fantazyjnie zakręcone, ale… Charakter i pomyślunek to on ma ciężki. Teraz, gdy wszystkie kozy chodzą zakochane, my się Lucka zwyczajnie boimy. Do Małego Żonka już się stawia, pochylając ten wielki łeb, i jeśli raz się zdecyduje zaatakować, to żadna broń, poza palną, Małemu Żonkowi nie pomoże. Ja Lucka unikam, bo – jak wspomniałam we wpisie – on czuje do mnie miętę („na bezrybiu lepszy rydz, niż nic!” – Irena nadal próbuje sobie przypomnieć, jak szły te wszystkie przysłowia), a gdyby zechciał z tej mięty herbatkę jaką zaparzyć, to ja skończyłabym jako fresk płaski na grucie rolnym. I co z takim zrobić? Nikt go nie weźmie, nawet za dopłatą :-/ Pacanek za to jest spoko – owszem, jest narwany, i równie jak Lucek masywny, ale ma wobec nas obojga PRZYJAZNE NASTAWIENIE. Nie nastaje na moją godność, nie próbuje stratować Małego Żonka, tylko łazi za nami i gada jakieś swoje głupoty, i czasem obetrze swój obeszczany pysk o nasze ubrania, ale to wszystko, co złego może nas z jego strony spotkać. A Lucka się boi. Ech.

  3. Jagoda 29/10/2017 at 07:50

    Zyskałam pewność, że Kanionka ręce leczą. Cudna ta akcja z kurczaczkiem.
    I ziemniaki z reklamówki zwiędłych sadzeniaków… Tylko Tobie mogły tak wyrosnąć.
    Powala mnie dizajn mebli kuchennych, na wskroś nowoczesne i bez grama płyty wiórowej, przewiewne i w pięknych, naturalnych barwach, marzenie gospodyni.
    Pozdrawiam wszystkich.

    • kanionek 29/10/2017 at 22:11

      Dziękujemy :)
      Mnie się marzą półki z desek zawieszonych na łańcuchach, na tle wapnem bielonych ścian, ale po doświadczeniach z koziarnią już wiem, że to niepraktyczne. Najbardziej praktyczne zresztą okazuje się jadanie na mieście i przerobienie kuchni na przytulną czytelnię, ale to marzenie też mi się raczej nie spełni :D

  4. Skorpion pandeMonia 29/10/2017 at 09:40

    Zafrapował mnie jogurt. Tak zafrapował, że siedzę zasępiona i myślę czy nie wetknąć słomki do USB, ale boję się, że mi się zatka borówką. No i to do pieca było dobre, oglądam jak małpa monitor z tyłu, z nadzieją, że to jednak prawdziwe.
    Generalnie uważam, że się lenisz, bo masz czas malować paznokcie u nóg!

    • kanionek 29/10/2017 at 22:15

      O nie, ja już pogłoskę o malowaniu paznokci po nocach dementowałam. Ja mam po prostu taki lakier, że raz na miesiąc wystarczy pomalować i już. Tylko na paznokciach dłoni to się nie sprawdza, bo one szybciej rosną, a dłonie więcej naczyń zmywają ;)

      A z „mięsnej brytfanny” to się wczoraj śmiałam, gdy już ją wrzuciłam do wpisu, bo dotarło do mnie, że na tym zdjęciu to ani grama mięsa nie widać :D

  5. wy/raz 29/10/2017 at 12:32

    Dziękuję za kolejny wspaniały wpis. Filmów jeszcze nie udało mi się obejrzeć, bo internet nie współpracuje. Tekst komary cięły jak orkiestra walca rozłożył mnie na łopatki.
    Tak naprawdę, to chyba powinno się przeorganizować niebo, żebyś Kanionku miała taką przestrzeń jak psi magazyn. Jak ci kwiatki zaczną wyrastać spod stóp, to zrób zdjęcie ;-)).
    Szafka wygląda naprawdę porządnie, ale co innego mógłby stworzyć Mały Żonek?

    Do kalendarza proponuję kubizm (zdjęcie przedostatnie).

    Czy ja tam jestem na tej liście serowej, bo co prawdę odpisałaś, że tak, ale czytam, że szczęściarze serki mają, a ja usycham bez nabiału…
    Ściskam, całuję, dziękuję.

    • kanionek 29/10/2017 at 22:34

      Jesteś, jesteś, i już nawet coraz bliżej celu, za tydzień albo dwa :)

      Kojarzysz piosenkę grupy Lady Pank, taką o tym, jak Panasewicz „chciał być sobą za wielką wodą” (i nawet mu się udało, bo wielka wyprawa Lady Pank za ocean, rzekomo po to, by nagrać tam płytę, skończyła się wielkim chlaniem i wykidaniem utalentowanych chłopców z hotelu)? No to tam był tekst: „Stała pod ścianą, sącząc kakao, kapela cięła walca na sześć”. I tak mi się jakoś to przypomniało, gdy komary cięły, a kałuże jak gęste kakao… Niezbadane są połączenia nerwowe w mózgu wariata :)

  6. KS 29/10/2017 at 12:51

    Wszystko we mnie cierpnie, jak patrzę na ten filmik z chodzenia boso po lesie. Ała!

    Też zwróciłam uwagę na paznokcie. Nie mam na stanie żadnej żywiny do karmienia i opiekowania się, a z paznokciami notorycznie się nie wyrabiam z malowaniem paznokci.

    Nie przejmuj się ścianami, Wy i tak odwalacie robotę za całą kompanię, a doba ma skończoną liczbę godzin. Ja ściany co prawda odmalowałam przed wprowadzeniem się tu, gdzie teraz mieszkam – inaczej by mnie codziennie oczy bolały od tego cudnego ciemnego brązu, zieleni i pomarańczu na małym metrażu – ale np. żyrandoli nie powiesiłam przez 7 lat. Wiszą gołe kable, żarówki albo resztki papierowych kloszy po poprzednich lokatorach. I nie mogę się wytłumaczyć odwaleniem takiej ilości roboty jak u Was.

    • kanionek 29/10/2017 at 22:43

      Boso po lesie jest bosko, ale tylko po odbyciu odpowiednio długiego bosostażu! Na pierwszy spacer nikomu nie polecam, no chyba że tylko po mchu. Po mięciutkich wyspach sprężystego mchu chodzi się wspaniale.

      Ja wiem, jak to jest z remontami. A najgorsze, że gdy już odnowimy ściany, to wszystko inne na ich tle będzie wyglądać JESZCZE GORZEJ niż teraz, i czasem myślę sobie, że jeśli efektem włożonego w malowanie wysiłku ma być „jeszcze gorzej”, to może lepiej wcale nie zaczynać :D

      • ciociasamozło 30/10/2017 at 11:35

        ewętualnie granat w puszce z farbą a’la Jaś Fasola ;)

        • kanionek 30/10/2017 at 23:13

          Ha, ha. Czyli wersja „zdecydowanie gorzej, ale przynajmniej oryginalnie”?
          Omatko, ja Wam zapomniałam napisać, co ostatnio powiedziała Żozefin, a powiedziała coś takiego, że ja myślałam, że umarłam i znalazłam się w jakiejś innej rzeczywistości! Muszę sobie zapisać, że muszę Wam to opowiedzieć.
          (Przypomniało mi się na hasło „oryginalnie”. Mózg to dziwne zwierzę).

  7. jolancia 29/10/2017 at 14:44

    Jola to ja:))) uhaaa.

  8. jolancia 29/10/2017 at 14:45

    Bardzo się cieszę:)), na wpis.

    • kanionek 29/10/2017 at 22:44

      Potwierdzam, że Ty to Ty! I też się cieszę (że trochę nadrobiłam zaległości tym wpisem) :)

  9. ciociasamozło 30/10/2017 at 11:34

    I love Kanionek!
    Obolałe chęci z obrzękiem obrzydzenia, drapanie pod brodą przez duch optymizmu z jednoczesnym waleniem kijem po żebrach przez głos rozsądku – Kanionku, jak Ty trafnie opisujesz trudne do zdefiniowania stany emocjonalne :)

    Kilka dni temu zadzwoniła jakaś pani z pytaniem, czy uważam, że człowiek może wstać z martwych…. No, teraz mogłabym jej powiedzieć, że człowiek to nie wiem, ale kurczak Kanionka na pewno!
    Kanionku, jakbyś odwiedzała jakiś cmentarz to nie chuchaj za bardzo. Wyobrażasz sobie to zamieszanie? Te żądania zwrotów spadków, mieszkań po babci i zastawy stołowej rozdzielonej po rodzinie… ;)

    Borowiki R.I.P. …

    Niezła imprezka przy tej serwatce. Czy gęsi wycierały dzioby w trawę czy dawały kotom do wylizania?

    https://koszulkowo.com/pieseczki#type=82&gender=52&color=4 (sama spędziłam pół niedzieli z okładem z psa i kota ;))

    Ucałowania dla Mamy

    Bauda chyba filmów o Amazonce się naoglądała :/
    Na widok bosych stóp Kanionka naszła mnie ochota, żeby założyć drugą parę skarpetek. Ale maseczka błotna w pytkę :)

    Lucek – DEMONISZCZE!

    Koleżanka robi jogurt ze sklepowego mleka (pewnie, że nie ma porównania ze świeżym kozim) stawiając na noc na kaloryferze. Przy „samoopalaniu” węglem patent raczej nie przejdzie, ale Kozy blokowe mogą spróbować (ja się przymierzam od roku…).

    Szafka jest boska, topinambur wielki, ziemniaczki imponujące, ser pleśniowy … WOW (staję w kolejce)!

    Obrazek na okładkę kalendarza poproszę pierwszy (maziajasty) albo czwarty (kubistyczny).

    • kanionek 30/10/2017 at 23:24

      Nachuchać to ja chyba powinnam na przytłaczającą większość naszych Kóz Oborowych (gdzie, no GDZIE jesteście? Ciocia za Was odwala robotę!) :D
      A Bauda znowu wylazła na asfalt :-/ Zaraz będę Wam wysyłać maile o tym, że sery dzisiaj nie wyszły. Ale w tym tygodniu na pewno je dostaniecie, choćbym wpław miała do kuriera podążać.

      A te imprezki przy serwatce zawsze kończą się jakąś bijatyką, i to tylko na zdjęciu tak ładniepięknie wygląda, że wszyscy KURTURARNIE, z jednego wiaderka, „proszę, proszę, ja się posunę, żeby pan też mógł zamoczyć pyszczek”. Tak naprawdę to każdy z tych kritersów uważa, że to JEGO/JEJ serwatka, i jeden drugiemu daje w łeb profilaktycznie, żeby ten drugi za dużo nie wypił. Ot, polskie zwyczaje ;)

      • Ciociasamozło 31/10/2017 at 07:55

        No nie, a ja myślałam, że to taka serwatka peace and love ;-)

      • wy/raz 01/11/2017 at 11:09

        Czytam i czytam i dotarło do mnie, że ci Kanionku sery nie wyszły. Myślę, niemożliwe i co ma do tego kurier. Za chwilę trybiki mózgowe ruszyły. Chyba biometr niekorzystny ;-((

        @ciociusamozło, czemu miałaś telefon takiej treści? I jaki ten przepis na jogurt?

        • ciociasamozło 03/11/2017 at 10:46

          Telefon – chyba Świadkowie Jehowy przerzucili się na pracę stacjonarną.
          Jogurt – dokładnego przepisu nie pamiętam, to było mleko ze sklepu (ale nie uhate) + trochę „żywego” jogurtu, zostawić na noc na kaloryferze. Wypytam o szczegóły.

  10. Jolanta 30/10/2017 at 21:44

    Obrzydliwie dziś, zimno i wietrznie – nawet coś – ni to śnieg, ni grad – takie drobne, okrągłe i małe ale dużo sypało. A przeczyta się Kanionka opowieść o zmartwychwstałym kurczaku i cieplej na duszy od razu. Swoją drogą – szczęściarz z tego kuraka.
    Grzyby – zazdroszczę!
    Serial o ziemniakach fascynujący do ostatniego kadru.
    Zapisuję się w kolejkę na pleśniaka na przyszły rok. A kawałek tego kopciuszka to może już teraz do zamówienia dorzuć Kanionku, jak tam moja kolej nadejdzie.
    Robiłam jogurt z mleka krowiego sklepowego i też żadna łyżka w nim nie stała – taki kisielkowaty właśnie, inny w smaku, niż jogurt ze sklepu, ale dobry był.
    Matko! Lucek będzie mi się śnił!

    • kanionek 30/10/2017 at 23:08

      A robiłaś ten jogurt używając kupionych w tym celu bakterii, czy za starter posłużył Ci inny jogurt? Tak z ciekawości pytam, bo to i tak bez większego znaczenia. Mleko ze sklepu nie jest mlekiem, serio. To jest produkt mlekopochodny ;) Ja z naukowej ciekawości zrobiłam w tym roku kilogramowy krążek sera z mleka krowiego kupionego w sklepie, i O LUDZIE, cóż z tego za okropność wyszła, to ja nawet nie wiem jak opisać. Już na samym wstępie widać było, że coś jest nie tak, gdy skrzep serowy przypominał raczej twarożek rozmoczony w serwatce (a dodałam chlorku wapnia, jak się zaleca dodawać w przypadku mleka pasteryzowanego). Po przepisowym okresie dojrzewania otrzymałam ser kruszący się (nie da się ukroić plasterka, no nie da się!), co jeszcze nie byłoby takie straszne, ale w smaku ten „ser” był obrzydliwy. Kwaśny i gorzki zarazem. Okropność. Wiem, że ludzie robią sery z mleka „kupnego”, ale raczej korzystają z tzw. mlekomatów, w których mleko podobno jest odrobinę lepsze od tego na półkach sklepowych.

      A jogurt w którym łyżka stoi to niestety też ciężko w domu zrobić, choć jest kilka sposobów na poprawienie kondycji jogurtu, ale to już materiał na dłuższą opowieść.

      Tak, obrzydliwe jest, i to nie tylko dzisiaj. U nas wiało, parę drzew złamało, gradem sypało obficie, zwierzaki markotne, bo kolejny dzień siedzą znudzone gdzieś po kątach, bo albo leje, albo wiatr łeb urywa. Piękna jesień, nie ma co.

      A Kopciuszka mogę Ci dorzucić, ale przecież zrobiłam dla Ciebie ten ser pleśniowy :) Miałam przy Tobie zapisane: „pleśniak?”, nie wiem dlaczego ze znakiem zapytania (może pytałaś o Gorgonzolę…), i na wszelki wypadek nastawiłam małego, puchatego króliczka. Termin wysyłki jest taki, jak ostatnio podałam, o ile nie nastąpi jakaś katastrofa. Bo na przykład dzisiaj miały ode mnie wyjść paczki z serami, a nie wyszły, bo drzewa latały, a rzeka znowu wylała. No ale bądźmy dobrej myśli :)

      • Jolanta 02/11/2017 at 20:36

        Mleko od rodzinnej krowy ze wsi dostałam – prawdziwe – i „zaszczep” z jogurtu, ale kuzynka chyba zaczynała od bakterii. Z serami też trochę poeksperymentowała – całkiem udanie. Skończyło się niestety.
        Za puchatego króliczka kocham cię sercem całem, jako te wszystkie Oborowe Kozy tu obecne. Nie pytałam o Gorgonzolę . A będzie???!!! czekam cierpliwie na wiadomość :)

        • kanionek 04/11/2017 at 22:14

          Gęgozola (albo Gogęzola, albo jakoś jeszcze inaczej; nazwa Gorgonzola jest zastrzeżona i muszę sobie wymyślić swoją własną – MOŻE KTOŚ z Was MA POMYSŁ?) będzie gotowa dopiero ho, ho, za kilka miesięcy. Właśnie czytałam ciekawy przepis na ser dojrzewający z kminkiem (Kummelkase, czy jakoś tak), który dojrzewa przez pół roku. Dochodzę do wniosku, że mam za mało ziemi i za mało kóz (i chyba za mało życia przed sobą), żeby zrobić wszystkie te sery, które sobie wpisuję na listę „zrobić koniecznie!”.

  11. Teatralna 31/10/2017 at 08:33

    Kanionek muszę, no muszę Twoje wpisy na dwa razy…otóż powalił mnie Pacanek i długo się nie mogłam uspokoić ))))))))))))))))))))) i wyobraźnia też mi to zrobiła co film.
    Potem przeleciałam zdjęcia, bose nogi nooo Pani normalnie mi zaimponowałaś ))
    dzięki za topinambur, mój zakwitł tylko juz go chyba muszę wyrwać ?? no nie ogarniam… w tym roku.
    Jeszcze napiszę, ze ściana wielce oryginalna !! a pieski cudowne.
    oraz jeszcze tu wrócę. na razie ściskam jesiennie, u nas zimno jak cholera jasna.

    • kanionek 31/10/2017 at 19:06

      Ja już niczego nie muszę wyrywać, bo mi wiatr zwany Grzegorzem litościwie połamał :)

  12. becia 31/10/2017 at 10:19

    Po pierwsze- bosz.. jak ja zazdroszczę Laserowi!! Placki ziemniaczane z kwaśną śmietaną.. bosz.. jak bym zjadła.. a jak sobie przypomnę jak mi chrupiące ostatnio czyli rok temu wyszły. I takie pieprzne były i nietłuste… Rany dlaczego nie mam czasu zrobić sobie placków które kocham?? BOM głupia i tyla. Zrobię sobie w kwietniu, caaałą wannę placków sobie zrobię.. i wszystkie zjem. Od czego jest silimarol, nie ? Ale się nażrę:), tak się nażrę za cały rok czekania na placki, jak prosiak. A potem mogę umierać na wątrobę, w końcu żyje się raz, co nie :) 

    • kanionek 31/10/2017 at 19:04

      Laserowi to nie zazdrość, bo nie dostał. Podobno psy nie bardzo trawią ziemniaki, czy coś, a poz tym – nie po to sterczę godzinę przy patelni, żeby ładować placki do pieskowego magazynu. Sama większość zeżarłam (Mały Żonek nie jada niczego wieczorami, a mnie jak najdzie ochota na placki, to obowiązkowo krótko przed północą :D).

  13. becia 31/10/2017 at 10:22

    Piękny ten zimorodek:) Taki klejnocik:) Raz mi leśniczy pokazywał, jakąś norkę na brzegu że to niby jego gniazdko ale na żywca nigdy nie widziałam. W locie to pewnie jak koliber wygląda? Też taki szybki?

    • kanionek 31/10/2017 at 19:01

      Tak, szybki, zwinny, i przepiękny! Gdy go pierwszy raz ujrzałam, to właśnie koliber przyszedł mi na myśl, a później, że papuga komuś nawiała, a dopiero na końcu, że przecież my też mamy kolorowe ptaki, a nie tylko wróble, wrony i myszołowy.

      • becia 31/10/2017 at 20:23

        A kraskę kiedyś widziałaś? Też przepiękna :)

        • ciociasamozło 01/11/2017 at 18:37

          A ja dzisiaj sójkę widziałam! Na cmentarzu. Trochę się wyróżniała wśród jesiennych ptaszysk.

          • kanionek 04/11/2017 at 22:17

            My tu mamy sójek na pęczki. Na kilogramy. Na TIRY! Zimą las zamienia się w jedno wielkie sójkowisko – drą się całymi dniami, kłócą grom wie o co, latają bezczelnie nad łąką i podwórkiem i straszą kurczaki :D I jeśli tylko wywieszę coś dla sikorek, i nie dorwą tego koty, to i tak sójki wyniosą :)

        • kanionek 04/11/2017 at 22:38

          Niestety, nie widziałam, i nie wiem czy zobaczę, bo z tego co czytam, jest ich w Polsce tylko około stu par i z każdym rokiem ich ubywa :-/

          • wy/raz 05/11/2017 at 19:25

            U nas też się pojawiają, co prawda sporadycznie, ale są. Myślałam, że to kraska, ale atlas wykazał sójkę. (A że za mnie taki ornitolog jak z koziej d… trąba, to myślałam, że kraska bo dość intensywny kolor).

  14. becia 31/10/2017 at 10:29

    Kurczak szczęściarz:) Zdrowy musiał się wykluć skoro hibernację przetrwał. A wiesz że jako dziecko robiłam masaż serca chomikowi, którego wcześniej zagłodziłam na prawie śmierć (bo przecież tyle żarcia ma w norze)? I poiłam strzykawką roztworem glikozy. Reanimacja okazała się skuteczna i biedak pożył jeszcze rok. Podejrzewam że zmarł bo go prztuczyłam. Ach te wyrzuty sumienia.. Wola życia u zwierzaków, roślin też zresztą (kto widział takie stareńkie poprzewracane wierzby ten wie) jest przeogromna. I dobrze:)
    Strasznie mi się te kurczaki zielononóżki podobają z umaszczenia:) Dzikuny takie:)

    • kanionek 31/10/2017 at 18:58

      Wierzba to i z deski w podłodze wyrośnie, a chomikiem się nie przejmuj, bo one programowo żyją około dwóch lat :)
      Dzikuny śpią teraz na robinii akacjowej i sąsiadującym z nią świerku. Nie wszystkie, ale bywa, że nawet osiem sztuk.

  15. becia 31/10/2017 at 10:37

    Borowiki!!! Kocham grzybobrać! To już była jesień w tym roku?
    A jak smakuje ci topinambur? Ja lubię pieczony, choć bez rewelacji, Dzieciory wolą frytki. Wiesz, jak zabraknie wam wungla to badyle topinamburu to biomasa wysokoenergetyczna jest porównywalna do wegla brunatnego- ususzyć pociapać siekierką i do pieca. A zapomniałam spytać- Irenie zielony smakuje?

    • kanionek 31/10/2017 at 18:54

      Ale w celach opałowych to ile tego topinamburu trzeba mieć – obsiane pisiont hektarów? :D
      Zielony smakuje wszystkim kozom, ale dopiero teraz, bo latem to miały w czym wybierać i grymasiły, a teraz opędzlują i słynną miotłę ;)
      My jeszcze nawet tych bulw nie próbowaliśmy! Bo najpierw trzeba je wykopać :D

      • becia 31/10/2017 at 20:25

        Się nie przejmuj :) Jak Knionkostwo posadziło topinambur na glebie bogatej w azot to niedługo , może nie całe hektary, ale na pewno cały ogródek badyli będzie miało. Na rozpałkę wystarczy :):):)

      • dolmik 12/11/2017 at 20:39

        Ale topinambur to wiosną się wykopuje. Tak mi koleżanka mówi, która od lat go uprawia. Kwitnie jesienią, potem więdnie i czarnieje… i wiosną są wykopki. A. I nie trzeba go sadzić ponownie. Rośnie jak chwast. Ciężki do wytępienia….
        Znaczy co? Jadalny perz…?

        • kanionek 12/11/2017 at 21:46

          A to ciekawostka! Ja dostałam „bulwy” od takiej pani, co zawsze na jesień wykopuje, i odstąpiła mi wiaderko na zasiew. Powtykałam to gdzie się dało (choć wcale mi się nie chciało, bo to już końcówka listopada chyba była, czyli zimno i do dupy) wiedząc, że jeśli choć kilka roslin z tego wykiełkuje, to potem już „samo pojedzie”, tak jak piszesz.
          Projekt niegdysiejszy zakładał, że topinambur będzie rósł na koziej łące, ale nie wiem, czy dałby radę przy ich żarłoczności.

          • dolmik 12/11/2017 at 22:22

            Jak to taki niby perz… To może dałby radę…? Spróbować zawsze można :) Moja koleżanka uprawia to to na paszę dla leśnych stworzonek, może dla ludzi kopie się jesienią?? Nie wiem.

          • paryja 13/11/2017 at 06:45

            U mnie nie dał rady. Ani badylka nie wypuścił tej wiosny. Ani bulwki po sobie nie zostawił. Nic.
            Teraz dostałam torbę bulw z informacją że jeśli posadzę teraz, to mi to chomy (tutejsze nornice)zeżrą.
            Z wykopywaniem topinamburu to podobno można w dowolnym momencie.

            Dzień dobry :)

  16. becia 31/10/2017 at 10:47

    Właśnie chciałam napisać , że Lucka to tylko się bać ale już sama napisałaś. Mały Żonek ma poważny problem wychowawczo- etyczny. Bo jak Lucek wyczuje że samiec Alfa w stadzie słabowaty to bez najmniejszych oporów przy każdej okazji będzie próbował go zdetronizować. Mały żonek rogów takich okazałych nie ma, więc tylko solidny kij mu w rozgrywce zostaje. I to dość często używany :( No ale w walce o ukochaną kobietę każdy środek dobry ;) Twardym trza być :)
    Mały Żonku, szafka jest cudna, naprawdę:) Kanionku, zazdraszczam zdolności manualno- inżynierskich małżonka.

  17. becia 31/10/2017 at 10:59

    A wiesz Kanionku, że taki domowy jogurt z mleka prosto od owcy, niewirowanego, to gęsty jest? Jadłam, pyszny był nawet bez owoców. No może łyżka nie stoi ale prawie, prawie..
    Czemu te jabłka takie trocinowate w tym roku???? Wilgoci przecież miały co niemiara? A może jak poleżą to się poprawią w smaku? A szczepki dzikiej jabłonki odmiany starodawnej to się przyjęły?
    Się nie martw, że czarnego bza tak żeście poturbowali:) Przyjmie się na 100%. Tylko Małemu Żonkowi dodatkowy obowiązek przybędzie. To roślina nitrofilna jest:) Facetom łatwiej:)

    • kanionek 31/10/2017 at 19:16

      Owcze mleko zawiera więcej tłuszczu i białka, więc spodziewam się, że i jogurt na nim bardziej gęsty wychodzi.
      Szczepki się przyjęły, całe dwie. A jabłka to jest zagadka dziesięciolecia – wody im może nie brakowało, ale co to było za lato? Jeden, JEDEN upalny dzień, a w pozostałe nie za gorąco i nie zawsze słonecznie.

      No mam nadzieję, że się ten bez przyjmie i bez sikania na niego, bo w moim ogrodzie azotu nie brakuje. Latem zrobiłam sadzonki z młodych, zielonych pędów bzu, pięknie wypuściły korzonki w wazonie, potem się nawet w ziemi przyjęły, a jakiś tydzień później Majączek je wszystkie skasował zębami :) Ten krzak wetknęłam w ogród, poza zasięgiem wszystkich szubrawców.

  18. becia 31/10/2017 at 11:02

    Tak popatrzyłam- dziewczyny niektóre to chyba już w ciąży co nie? Szerokie takie..

    • kanionek 31/10/2017 at 19:18

      Niee, sianem wypchane :) Siano podajemy już od chyba dwóch miesięcy, coraz więcej i więcej, bo łąki mają coraz mniej do zaoferowania, że już nie wspomnę o tym, w ilu miejscach są zalane. A sezon na romanse oficjalnie rozpoczęliśmy bodaj trzeciego października, więc owszem, niektóre panny już mogą być przy nadziei, ale to za wcześnie, by było widać.

  19. bila 31/10/2017 at 13:25

    Łomatko, Becia, żeś się rozkręciła… I co ja teraz mam napisać? Może to, że Kanionek już nie tylko blogerkom modowom jest, ale i modelkom. Tylko patrzeć, jak się jaki Andy Warchoł przypałęta. Też obstawiam czwórkę do kalendarza.
    Wreszcie na zdjęciu uśmiechnięta owca! Zawsze są jakieś takie złowieszcze…A tu, proszę jakaś taka pańcia uśmiechnięta. Może to zasługa serwatki?
    Piesy w łóżku na jesieni i w ogóle bardzo przydatne są- cieplutkie i na pewno mają dobre biopole.Czy cuś.
    Szafka jest świetna. Zachwyca mnie wykorzystywanie różnych rzeczy drugi raz, tylko inaczej. Oboje Państwo Kanionkowie są w tym Miszczami! Szacun i podziw ślę!
    Tyle pysznego jadła w tym poście, że zgłodniałam.
    Mięsna brytfanna…mniamm…Serek… Jogurt…Echch… Zgłodniałam.
    Nazwy farb opatentuj i każ sobie za nie płacić. A co! Zobaczysz, na pewno kiedyś to będzie modny wystrój. A plamy na ścianie można uzupełniać rysunkami a la Test Rorschacha- co tu widzisz (w tej plamie). Lub innymi.
    Przesyłam uściski i wyrazy podziwu.

    • kanionek 31/10/2017 at 19:26

      Ta uśmiechnięta owca to Baśka :) Ona jest bardziej oswojona i uśmiecha się dość często, zaś Doktor Ekspert nigdy, i nadal ma nas za zło konieczne. Chyba już jej tak zostanie. Podczas strzyżenia zawsze ma taki wyraz pyska, jakbyśmy ją ZJADALI ŻYWCEM :D

      Psy w domu to jest coś okropnego! I nie mówię tu tylko o bałaganie, jaki robią. One PROWOKUJĄ do lenistwa. Człowiek patrzy na takiego pluszowego, mięciusiego, przytulnego Mająca albo Pimpacego, i już mu się odechciewa robić cokolwiek, tylko by się pieskami obłożył i spał. Coś okropnego, powtarzam. A teraz psy coraz częściej w domu, bo ciągle leje i wieje, i serca nie mamy ich na zewnątrz trzymać.

  20. becia 31/10/2017 at 13:41

    Bila :):) Specjalnie dla Kanionka bo nażekała że ostatnio moich wpisów coś nie widać :):)

  21. becia 31/10/2017 at 13:42

    Sorry za błędy:(, pociągiem jadę i palce się omykają a umysł przy tej pogodzie coś zwalnia..

    • kanionek 31/10/2017 at 19:28

      No narzekałam, ale teraz jest spoko – wyrobiłaś normę za te wszystkie Kozy, co siedzą w szafie i chyba się z krawatów wyplątać nie mogą ;)

      • ciociasamozło 31/10/2017 at 20:05

        W szafie przynajmniej nie wieje ;P

      • mitenki 31/10/2017 at 21:32

        Siedzą w szafie przemoknięte i przewiane na wylot i odliczają dni do przyjścia serów!

        • kanionek 04/11/2017 at 22:34

          Tylko niech nie robią nacięć na zimowych płaszczach, bo je w grudniu jeszcze bardziej przewieje!

      • Iza 01/11/2017 at 11:13

        „przez pierwszą godzinę swojego „życia po życiu” myślał, że jego stary to borowik” – cudności!!! :D :D Za własne skojarzenia botaniczno-polityczne odpowiadam sama…
        Tą metodą uchyliwszy na moment drzwi od szafy, melduję, że ja w tej szafie zajmuję się intensywnie działalnością naukową. Znaczy, mnie uczą, dzionek w dzionek, i ciut śmiesznie jest po niewłaściwej stronie biurka. :D Szczególnie w momentach wymiany porozumiewawczych uśmiechów między nauczycielem a uczennicą, kiedy Carlos usiłuje np. wytłumaczyć gramatykę czasowników zwrotnych, unikając jak ognia normalnej terminologii gramatycznej, bo z czym do ludzi…? Ale niezmiernie podziwiam faceta za podawanie synonimów – chińskich dla Chińczyków, arabskich dla Arabów, rosyjskich dla Rosjan, niemieckich…
        Pierwsze nieśmiałe rezultaty tego eksperymentu neurolingwistycznego na (wciąż) żywym (choć lekko stetryczałym) organizmie powinny ukazać się w styczniu w postaci wyników DELE A1. Sama jestem ciekawa… :)

        • kanionek 04/11/2017 at 22:25

          „Czasowniki zwrotne” – to brzmi strasznie. Dobrze, że nie mam takiej szafy :D (ale trzymam kciuki!)

          Tak, gdy pisałam zdanie zawierające borowika, też pomyślałam o tym drugim znaczeniu, i nawet zaczęłam sobie to wyobrażać, co wydłużyło czas produkcji wpisu, bo moja wyobraźnia poszła tak daleko w krzaki, że ocknęłam się dopiero w momencie, gdy dorosły już kurczak, syn borowika, został komandosem i go zastrzelili podczas tajnej misji w Watykanie. Nie pytajcie o szczegóły – wszystko ściśle tajne.

  22. Mila 06/11/2017 at 03:45

    Gdzieś mi mignął wyżej komentarz, że nie ma znaczenia, czy używa się innego jogurtu, czy bakterii – z tym się nie zgodzę, bo różnica jest :) Przerobiłam kilka metod, ale jak chcesz mieć profesjonalne porównanie to na stronie domowyserek.pl (to strona mojej znajomej, robi sery hobbistycznie dla siebie, więc mam nadzieję, że to nie jest żaden spam :)) jest porównanie 3 bakterii jogurtowych na kozim mleku (od moich kóz, więc nie oszukane :D). Szczepione jogurtem sklepowym mi zawsze wychodziły płynne :/
    Ja zazwyczaj jednak robię na zasadzie szczepienia wcześniejszym jogurtem, oczywiście nie w nieskończoność, ale 3 – 4 razy używam go, potem moc spada i robię na świeżych bakteriach. Tylko ja odparowuję mleko na gazówce trzymając 80 stopni mniej więcej przez pół godzinki do 40 minut, wychodzi zacna struktura. Warto pokombinować z tym odparowywaniem mleka, ja się nawet potem temepraturą już tak nie przejmuję, wrzucam gar do piekarnika, piekarnik na 50 stopni przez 2 – 3 godziny, potem wyłączam i zostawiam przez noc zazwyczaj. Wcześniej odparowywałam krótko mleko, to i bardziej płynny wychodził. Ponoć do jogurtu mleko powinno być odparowane, bo coś się tam z cukrami dzieje, nie pamiętam co :D
    A jak ktoś nie chce z mleka pasteryzowanego, to taki płynny można też odsączać na gazie, jak zostawisz go tak w lodówce trzy – cztery dni, to będzie super serek do smarowania :D
    A cena 20 zł za litr jogurtu nie jest wcale wysoka :) Do pakowania i wysyłania polecam pojemniczki do sałatek – ja kupuję takie 450 ml, bo mi się wydają bardziej wytrzymałe niż 250 ml, ale znowu te mniejsze mają mniejszą strefę zgniotu :) A pokrywki trzymają dobrze, bo przesyłam w nich też fetę w solance.

    U nas wszystkie jabłka w tym roku zjadły kozy. Jeszcze mi drzewka z kory objadły. I sąsiadowi krzaki róży. Podczas gdy na sadzie, gdzie przez cały październik wytrwale je prowadzałam, odrostów nie pozjadały, a różę tylko powąchały…

    Nie wkręcają się kolczyki kozom w taką siatkę w paśniku? Bo u mnie paśniki mają takie grube rurki, ale dwie artystki sobie już ciało zmodyfikowały poprzez wyrwanie kolczyka o nie wiem co…

    A Twoje zdjęcia sera mi uzmysłowiły, że swojego sera nie jadłam hm… z dobre dwa miesiące :P Wstyd! I ciągle nie spróbowałam zrobić camemberta, chociaż bakterie mam… ehh.. :P

    • kanionek 06/11/2017 at 22:07

      Tak, po stokroć tak – mleko, nie tylko kozie, na jogurt trzeba ogrzewać około 20 minut w temp. 80 stopni. Chodzi nie tylko o odparowanie wody, ale przede wszystkim o zmianę struktury BIAŁEK (proces zwany denaturacją). Cukier mleczny, czyli laktoza, jest przerabiany przez bakterie na kwas mlekowy, i to inna para kaloszy. Mimo jednak tego procesu (denaturacji) kozi jogurt jest inny od krowiego, bo i cząsteczki białek są inne. Dodatek mleka w proszku (kilka łyżek na litr) zrobi nam jogurt sztywny, ale nie każdy chce zaprawiać kozi jogurt krowim mlekiem w proszku. Temperatura idealna dla bakterii Lactobacillus bulgaricus (podstawowe bakterie jogurtowe, bo można też dodać tzw. probiotyczne, ale one nie „robią” jogurtu) to 43-45 stopni. Wyższa może spowodować, że przewagę nad nimi wezmą Streptococcus thermophilus (same bulgariki nie robią jogurtu, choć bez nich jogurtu nie będzie – typowy przykład współpracy), niższa spowoduje, że jogurt będzie się „robił” dłużej. Oczywiście każdy sobie może dobrać czas fermentacji wedle upodobań – im dłużej inkubujemy, tym – generalnie – bardziej kwaskowy jogurt otrzymamy.

      A te pojemniki „sałatkowe” to jak wyglądają? Bo ja w takich okrągłych, półlitrowych jednorazówkach z pokrywką wysyłam twarożek, ale dodatkowo pakuję je w woreczki i zamykam próżniowo, bo jednak serwatka jest w stanie uciec, choć pokrywka wydaje się szczelnie zamykać pojemnik.

      Że Twoje kozy wolą zjeść różę u sąsiada to mnie nie dziwi – typowe „the grass is greener…”. Nasze też uważają, że trawa na naszym podwórku jest o niebo lepsza od tej, która rośnie na ICH łące, a pokrzywy to już w ogóle mamy jakieś erste klasse, pewnie z importu ;)

      Nie, odpukać w durny, kozi łeb, jeszcze sobie kolczyków nie pozrywały o paśniki. Najgorsze są przypadki, gdy koza wetknie łepetynę w oczko siatki leśnej, dzielącej podwórko od pastwiska (Irena w tym przoduje), bo wtedy przy cofaniu łba ucho tak się akurat układa, że kolczyk haczy o drucik. Ale paśniki działają od ubiegłego roku i jeszcze żaden wypadek się nie zdarzył.

      Ja też jeszcze camemberta nie robiłam – mam listę kilkunastu serów, które MUSZĘ zrobić, ale camembert nawet się na nią nie załapał. Zbyt mało ciekawy chyba, bo mnie przyciągają przepisy typu: zrób sobie ser, który wygląda jakby przyleciał z kosmosu, wytarzał się w błocie, a potem zapisał na kurs wygibasów zwanych jogą, a gdy wracał, huligani oblali go czerwoną farbą ;) Camembert wydaje się taki grzeczny i ułożony… Może kiedyś zrobię.

      • kanionek 06/11/2017 at 22:39

        Znalazłam o który komentarz Ci chodziło: „A robiłaś ten jogurt używając kupionych w tym celu bakterii, czy za starter posłużył Ci inny jogurt? Tak z ciekawości pytam, bo to i tak bez większego znaczenia. Mleko ze sklepu nie jest mlekiem, serio.”.
        Miałam na myśli, że jeśli mleko sklepowe, to bez większego znaczenia, czy jogurt na bakteriach ze starteru, czy z innego jogurtu, bo mleko i tak do dupy. Kanionek to jak zwykle – coś powie, nie dopowie, nie wiadomo o co chodzi. A znowu innym razem pisze elaboraty tłumacząc rzeczy wszystkim znane. No co zrobisz? No nic nie zrobisz.

        Pewnie, że jest różnica, czy ze starteru, czy z innego jogurtu. Przy starterze wiemy dokładnie, ile i jakich bakterii dodajemy, oraz możemy się spodziewać, że są w dobrej kondycji (o ile dobrze je przechowujemy), czego nie sposób zgadnąć w przypadku bakterii zamieszkujących gotowy jogurt sklepowy.

        • Mila 06/11/2017 at 23:38

          Właśnie, jak trzymałam w piekarniku temp. 42 stopnie (sprawdzane termometrem) to jogurt był bardziej płynny i się dłużej robił. Więc doszłam do wniosków, że skoro wrzucam gar 5 litrowy tam, to pewnie inaczej się środek dogrzewa i przy takiej ilości 50 stopni jest miodzio :)

          A pojemniki takie mam: https://9.allegroimg.com/s400/01556c/9a3fdb5f463ca21f79ad47ba3a79
          Na pokrywka się dobrze w nie wciska i mi jeszcze żaden nie przeciekł, a w dodatkowy sposób nie zabezpieczam. Myślę więc, że taki pojemnik + pakowanie próżniowe byłoby całkiem pewną metodą wysyłki :) Jak mówiłam – wysyłałam tak fetę w solance i nigdy nic nie przeciekło. Bo ja się dopiero teraz dorobiłam pakowarki próżniowej, tzn. jeszcze nie doszła, ale wypatrzyłam sobie z Chin za 75 złotych w promocji, jak dojdzie, to będę testować, ale opinie miała bardzo dobre.

          • kanionek 07/11/2017 at 20:50

            No toż dokładniusio tensamusi pojemnik! Znaczy takich samych używam do twarogu :)
            W mordkę, za 75 polskich orenów pakowarka? Jeśli będzie się dobrze sprawowała, to wygrałaś w konkursie „łap okazję”. Ja też dopiero w tym roku zaczęłam pakować próżniowo (jak to doskonale wydłuża czas przechowywania sera! I ziół! I wszystkiego! Tylko woreczki drogie :-/), a pakowarkę kupiłam przecenioną o połowę, a i tak kosztowała trzy razy tyle, co Twoja. Ale na razie, odpukać, ma za sobą kilka miesięcy pracy i jeszcze nie wyzionęła ducha :) Chyba się Proficook nazywa, ale nie jestem pewna, w końcu tylko kilkaset razy ją widziałam. A poza tym podobno te chińskie nazywają się różnie, a z jednego hangaru wychodzą ;)

  23. mitenki 08/11/2017 at 02:53

    Też składam wniosek formalny o relokację placków do magazynu. Mojego.
    Wystarczą dwa. Liczę na pozytywne rozpatrzenie wniosku, gdyż albowiem placków nie jadłam ze 2-3 lata.
    /czytelny podpis/

    (Laser, pół placka dla ciebie piesonie!)

    • mały żonek 08/11/2017 at 11:26

      Z powodu jawnej próby skorumpowania Lasera wniosek został odrzucony.

  24. mitenki 08/11/2017 at 03:20

    Super że olejek pomógł Ci na siniaki, bo mnie na stetryczałe kolana nic a nic….

    • kanionek 10/11/2017 at 19:25

      A może im starszy uraz, tym dłużej i bardziej opornie się leczy? ja bym dalej smarowała – nie zaszkodzi wszak.
      Mnie już ten olejek pomógł nie tylko na siniaki, ale i kilka razy na tak zwany kręgosłup. Mam przepuklinę międzykręgową w odcinku szyjnym i piersiowym. Jak mi się któraś z nich zacznie przypominać, to z bólu ani głową, ani ręką ruszyć nie mogę przez kilka dni, a bywa, że i przez tydzień. No i jakies dwa tygodnie temu olejkiem rozgoniłam ból w odc. piersiowym, a dzisiaj przyszło mi testować żywokost na szyjnym – rano jakoś tak nieostrożnie kichnęłam (a wygląda na to, że w moim wieku kichać należy z rozwagą, a najlepiej to kichanie zaplanować i przed nim poćwiczyć), że coś mi „poszło” na styku dwóch odcinków kręgosłupa i ból wzmagał się z godziny na godzinę. Smarowałam się na razie dwa razy i na tym nie poprzestanę, no i zobaczymy co będzie jutro. Bo w wersji „bez olejku” to wiem, jak by było – cały jutrzejszy dzień w łóżku i sufit opluty (bo jak miotać przekleństwa, to z werwą i zapałem).

      • kanionek 11/11/2017 at 19:11

        No i mówcie co chcecie, ale ja za żywokost dam się posiekać. Dziś rano, gdy po przebudzeniu próbowałam unieść głowę nad poduszkę, zawyłam z bólu. Obowiązkowo i natychmiast się załamałam, że żywokost nie dał rady, ale poprosiłam Małego Żonka, żeby mnie wysmarował tym olejkiem na nieco większym obszarze, niż ja się wczoraj smarowałam, bo zasięg moich rąk jest ograniczony (długością rąk i bólem). Po pierwszym smarowaniu nadal bolało, ale kozy wydoiliśmy razem. Po drugim – przeszło. Było, minęło, nie ma! W półtorej doby sprawa załatwiona, czego NIGDY nie dały rady zrobić maści i żele z diklofenakiem, „dla sportowców”, „na bóle stawów” itp.
        Jestem taka zadowolona, że zagniotłam ciasto na bułki i zaraz będę je piekła.

    • ciociasamozło 09/11/2017 at 09:32

      Bo mało skuteczne egzekwowanie prawa, bo ludzie nie zgłaszają bo nie wiedzą, że są oszukiwani (nie znają nieoszukanego smaku), nie chce im się, nie wiedzą gdzie albo boją się, że zgłoszenie czkawką im się odbije :((

      Co do ostatniej możliwej przyczyny – wiem o pewnej pseudohodowli (pani bez zarejestrowanej hodowli rozmnożyła nierasową suczkę i sprzedała szczeniaki po 2 tysie; niestety planuje kolejne mioty). Co prawda kobita była tak durna, żeby sporządzić umowę kupna/sprzedaży tych nierasowych szczeniaków, ale kupującej nie namówię na zgłoszenie bo zgodnie z ustawą grozi jej grzywna!
      Pozostaje chyba tylko donos do Urzędu Skarbowego :(((

    • mały żonek 09/11/2017 at 19:30

      Cóż, jak się żyje w opresyjnym państwie, to i mało kto chce się wychylać. Dorzuć do tego tresurę za PRL. Jeśli się nie mylę, większość KPC pochodzi z tamtej epoki. Kiedyś miałem taką sytuację, że przy kasie mnie skasowali drożej niż było wywieszone przy produkcie. Oświadczono mi, że to była promocja, a ta już dobiegła końca, tylko ktoś zapomniał zmienić. Powiedziałem, że zgodnie z prawem mają mi obowiązek sprzedać po takiej cenie jaka jest wywieszona. No i zaczęli się gapić jak na kosmitę. Dałem sobie spokój.
      Kiedyś pracowałem u pewnego Janusza i o ile mnie jeszcze w miarę dobrze traktował, o tyle na niższych stołkach był dramat. W kanciapie zacząłem namawiać ludzi, by się nie dawali dymać na wszystkich frontach, tłumacząc co mogą zrobić – patrzyli w podłogę i udawali, że nie słyszą. Ludzie są zastraszeni i tyle. Zresztą po moich ostatnich przygodach z sądem (staram się odzyskać kasę) też mi ręce opadły. Where ignorance is bliss, ’tis folly to be wise.

  25. Kania 09/11/2017 at 19:29

    Dziewczyny, dzięki za info o jogurtach. Przymierzałam się do zrobienia w domu, ale widzę, że nie ma to większego sensu.
    A ser to mogłaby być caprizola, albo coś od nazwy miejscowości, tak jak gorgonznzola. A może od nazwy waszej posiadłości? Mówicie na wasz dom Kanionkowo? A może nadacie mu nazwę typu Dwanaście Dębów albo Szumiące Topole albo Śmiesznotka :)

    • kanionek 10/11/2017 at 19:14

      Śmiesznotka to będzie, jeśli ten ser, co już za młodu stał się legendą, NIE WYJDZIE. Nikt go jeszcze nie próbował, ale niektórzy już zamówili!
      Schlebia mi Wasze zaufanie; sama chciałabym takie do siebie mieć :D

      „Kanionzola” brzmi kiepsko, topoli w pobliżu nie ma, szumiąca osika złamała się za silną namową orkanu Grzegorz…
      Jeśli nie wymyślicie niczego lepszego, będę ten ser musiała nazwać Blue Brajan, jak sugerował Skorpion w Rosole!

    • mały żonek 10/11/2017 at 20:20

      Od nazwy posiadłości powiadasz. Ruderoza?

      • kanionek 10/11/2017 at 21:08

        Może przez dwa zet? Ruderozza… Ser ma, było nie było, włoskie korzenie.
        Ruinerra też brzmi nieźle.
        Ser pleśniowy „Ruinerra” z gospodarstwa rolnego „Pod spróchniałą więźbą” (nie mylić z wierzbą, choć ta przy bramie akurat też spróchniała).
        To co? Przyznajemy sobie dwa pierwsze miejsca ex aequo w konkursie na najlepszą nazwę dla koziej gorgonzoli? :D

  26. mały żonek 09/11/2017 at 19:34
    • Mila 13/11/2017 at 09:09

      „Sam wypadek drogowy okazał się jedynie niegroźną stłuczką, a zawinił – człowiek. Samodzielny bus, którego sensory wykryły samochód dostawczy, zgodnie z programem zatrzymał się, jednak sztuczna inteligencja nie przewidziała, że półciężarówka będzie jechać dalej i zderzy się z pojazdem. ”
      Typowe :P Samojezdne samochody Google też miały kilka stłuczek… wszystkie z winy człowieka :D

  27. wy/raz 10/11/2017 at 15:17

    Dostałam sery!!! Dostałam sery!!! Ha! Ha! Dostałam już wczoraj, ale nie mogłam się dopchać do komputera, żeby się pochwalić, a raczej Kanionka. Bo co to za moja zasługa, że je skonsumuję z zachwytem, lekko mlaskając. Wędzony z orzechami poszedł na pierwszy ogień, cudo. Twarożek właśnie konsumuję ze szczypiorkiem. Mam nadzieję, że zastanę po pracy w domu ser z pomidorami. Kanionek jako mistrzyni pakowania przysła mi nawet reklamówkę, żebym mogła nie po kieszeniach te sery do domu targać ;-)). Jak spróbuję długodojrzewającego, to napiszę, żebyście też mogły troszkę nawilżyć klawiaturę (hi, hi).
    Kanionku, Ja cię podziwiam i kocham <3 ,<3, <3 i twoje kozy i serki i wszystko co ma z tobą kontakt w Kanionkowie. Małego Żonka nie kocham, żeby nie było, tylko PODZIWIAM.

    • kanionek 10/11/2017 at 19:07

      „(…)i wszystko co ma z tobą kontakt w Kanionkowie” – podsunęłaś mi pomysł na biznes! Będzie to sprzedaż niewielkich kamieni z naszego podwórka.
      „Proszę, oto kamyk z Kanionkowa. PAN WIE, KTO PO NIM STĄPAŁ”. :D

      A tak całkiem serio – bardzo Ci dziękuję za takie komplementy. Nic nie cieszy mnie bardziej (poza zdrowiem, szczęściem i dolarami), niż Wasze zadowolenie z tych serów, bo to przecież wymierny i namacalny efekt pracy mojej, Małego Żonka, no i naszych kóz :) Skracając długie wyliczenia matematyczno-filozoficzne: szczęśliwa koza = szczęśliwy klyjęt. No i pośrednik, czyli ja :)

      • wy/raz 11/11/2017 at 11:15

        A te niewielkie kamienie, to przeliczaj na karaty. To może choć na dolary wystarczy…

        • kanionek 11/11/2017 at 19:15

          No ba! Ja je mogę nawet oprawić w łupinkę po orzeszku laskowym, i klejem na gorąco przytwierdzić do obrączki z tego legendarnego drutu, którego użyliśmy do budowy pastucha elektrycznego. To są już trzy ajtemy z Kanionkowa, cena rośnie, mój porze, ona już sięga sufitu i muszę zadzwonić do Luwru, czy nie chcą kilku egzemplarzy, które uświetniłyby ich kolekcję dzieł sztuki ważnej :D

  28. ciociasamozło 16/11/2017 at 11:37

    Dla tych co palą (i to niekoniecznie wyroby tytoniowe):
    https://www.youtube.com/watch?time_continue=642&v=TlmT54keGPI

    Uwaga, temat niewesoły.

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa