Mam horom koze, czyli jak zostałam blogerką modową oraz siano z kończyną i Ziokołek na bombie



„You’re a woman
I’m a man
this is more than just a game
I could make you feel complete
but you’re a woman who eats shit”

Tak, to jest sparafrazowany utwór „You’re a woman” grupy Bad Boys Blue z roku 1985. Wszyscy znają, ale mało kto pamięta autorów. Zanućcie w głowie choć raz, na cześć tej miłości niespełnionej, której na drodze do szczęścia stanęły różnice w upodobaniach kulinarnych, a jeśli nie wiecie o co chodzi, to przecież już Wam piszę:

Godziny wieczorne, ja jak zwykle tkwię w kuchni, coś tam kroję, coś tam mieszam, a nawet coś tam smażę, gdy z pokoju Małego Żonka dobiega mnie taki oto lukrowany, miodem ociekający i ciągnący się niczym krówka-ciągutka monolog:

–  Dlaczego Majączek jest taki śliczny? No dlaczego? Dlaczego ma taki słodki pyszczek, że człowiek po prostu nie wytrzymuje i musi go pogłaskać? I dlaczego Majączek tak mi teraz podaje tę futrzaną łapkę, i tak łepek przekrzywia, i wygląda jak wcielenie słodkiej niewinności?

(Ja nie widzę co się tam dzieje, ale mogę się domyślać, że Majka już wywija ogonem i przytupuje tylnymi łapami, bo Majka jest psem stworzonym do przyjmowania komplementów i pieszczot. Wchłania je jak gąbka wodę i robi się od nich jeszcze bardziej puszysta).

– Ja ci powiem, Majączku, dlaczego tak jest. Bo to jest taki majączkowy podstęp. Taka futrzana pułapka. Taka słodka zanęta, jak na karpia, wiesz? I człowiek się daje na to złapać, bo myśli sobie: mój Boże, taki śliczny Majączek, z takim mięciutkim futerkiem, taki ładny, taki grzeczny, taki kochany, no to chyba chodzące dobro jest, co nie? I bierze takiego Majączka do siebie, wiesz, przywozi go sobie do domku, i co się wtedy okazuje? No co? Że Majączek żre gówno. I że kopie dołki. Bardzo dużo dołków kopie Majączek. I morduje drzewka i krzaki. Tak właśnie jest, Majączku, gdybym sam nie widział, to bym nie uwierzył, no ale tak właśnie jest. No i co my z tym Majączkiem zrobimy? Co-my-znim-zro-bi-my?

(Sylabizowanie oznacza, że Majączek jest właśnie tarmoszony za spęczniałe od tych czułości futerko i zapewne wywija ogonem jak helikopter śmigłem i zaraz całkiem odleci, i kompletnie w nosie ma zagadnienie „co my z nim zrobimy”, byle ta chwila trwała i trwała. Ja się niestety nie dowiaduję, co my z tym Majączkiem zrobimy, bo akurat dzwoni telefon).

– – – – – – – –

–  Wyszło osiemnaście dużych placków i wujek z Kanady zmarł – anonsuję małżonkowi pół godziny później, o dwudziestej drugiej minut trzydzieści.
–  Że jak?! Możesz powtórzyć? – małżonek odwraca się od monitora.
–  No mówię, że placków osiemnaście i wujek z Kanady wziął się i umarł.
–  Od tych placków…? – pyta słabym głosem małżonek i dziwnie mruga oczami, jakby mu się zakurzyły.
–  No jak od placków, jak je dopiero usmażyłam, a zmarł podobno już miesiąc temu, tylko nikt nam o tym nie powiedział!
–  Ahaaa! – lico małżonka rozjaśnia promyk nadziei, że jeszcze nie zwariował. W przeciwieństwie do mnie, bo ja to wiadomo, że już dawno.  – Czyli ten twój wujek, co mi kiedyś o nim opowiadałaś, to zmarł, a placków ziemniaczanych zrobiłaś osiemnaście?
–  No tak. Mówiłam ci, że sporo tego wyjdzie.
–  No szkoda.
–  A nie, nic się nie martw, bo się przecież zamrozi.
–  Po miesiącu?!
–  Rany boskie, toż ja o plackach…!
–  Aaa, a ja o wujku. Wujka szkoda.
–  Ano szkoda.

Wujka Z Kanady, bo tak o nim zawsze w domu mówiliśmy, widziałam po raz pierwszy i ostatni jakieś trzydzieści lat temu, gdy przyjechał do „nowej Polski”, zobaczyć się z rodziną bez strachu, że już go stąd kochane władze nie wypuszczą. Miałam te śmieszne naście lat, w życiu człowieka z zagranicy nie widziałam, więc się z miejsca w wujku zakochałam, bo był taki inny – opalony, uśmiechnięty (wtedy w telewizji nie było jeszcze reklam i na pewno nikt się w niej nie uśmiechał, a na ulicach każdy pilnie patrzył w chodnik), spokojny jakiś taki, bez nerwowych tików i zmarszczek na czole… Miał najprawdziwsze dżinsy, takie przylegające do ciała, tiszerty z napisami po angielsku i buty jak z westernu, i miękki, ciepły głos. I żonę miał piękną, elegancką niczym księżna Diana, i córkę Patrycję – siedmioletnią, blondwłosą księżniczkę.

Koniecznie chciał się przejechać polskim tramwajem, pochodzić po ulicach, popatrzeć, powspominać. Nie pamiętam, jak długo był w Polsce, może tydzień, ale większość czasu spędził albo pijany, albo na kacu, bo rozumiecie – dawno nie widziany syn, brat, wujek, i kim tam jeszcze dla kogo był, to wymagało morza wódki i wielu kilogramów śledzi i jajek w majonezie, i pamiętam, jak na krótko przed powrotem do Kanady siedział taki wymęczony, skacowany u nas w kuchni, i płacząc przepraszał moją Mamę, że „Lilka, nie mam dla ciebie dolarów. Nie wiem, jak to się stało, ale temu dałem, owemu dałem, tamtym dałem, bo na remont potrzebowali, i już nic mi nie zostało. Ja cię tak bardzo przepraszam, ty się tyle napracowałaś przy tym całym jedzeniu, ty jesteś dobry człowiek, Lilka, a mnie jest tak okropnie wstyd…”. I pamiętam, jak moja Mama też się rozpłakała, że „co ty opowiadasz, Zbyszek, przecież ja niczego od ciebie nie oczekiwałam, masz tu chusteczkę, chcesz tabletkę od bólu głowy, a może herbaty ci jeszcze zrobić?”. I wszyscy byli w tej kuchni smutni i zasmarkani, a ja wyglądałam zza winkla, chłonąc oczami jak spodki każdy kawałek Wujka z Kanady, który był kosmitą i moją pierwszą, platoniczną miłością. I gdy mnie w końcu Wujek zauważył, zmieszał się jeszcze bardziej i rzekł: „Ania, dzieciaku, nie patrz tak na mnie, bo ja dzisiaj nawet człowieka nie przypominam”.

Przypominałeś, Wujku. Byłeś prawdziwym człowiekiem, i choć krótko Cię znałam – wiem, że miałeś dobre serce, i co do mojej Mamy też się nie pomyliłeś. Ludzie z sercem patrzą w serce, i lepiej niż oczami widzą drugiego człowieka. Śpij spokojnie, Wujku z Kanady.

————-

A tymczasem u nas: przyjechała pierwsza transza balotów siana.

Pod koniec sierpnia czterdzieści, a drugie tyle dojedzie we wrześniu. I jeszcze słomy ze dwadzieścia. W sumie sto balotów, czyli podwórko północne na dobrą sprawę przestanie istnieć, ale ja jestem szczęśliwa, i to tak szczęśliwa, że aż trzy dni z rzędu nie bolała mnie głowa, bo wiem, że kozom głód nie zajrzy w oczy w środku zimy. No więc jestem szczęśliwa, ale cośmy się znowu za tym sianem najeździli, naoglądali i namartwili, że znów będziemy się tak bawić w „znajdź dobre siano” do listopada, to nasze. A wiecie, że ludzie tutaj na koniczynę mówią KOŃCZYNA? I za każdym razem, gdy ktoś mnie pyta, czy ja chcę siano zwykłe, czy z kończyną, to ja widzę te baloty, równiutko w rzędach ustawione, a z każdego sterczy wycelowana w niebo męska noga, obowiązkowo w gumofilcu, i ja wtedy odruchowo chcę powiedzieć, że absolutnie nie, kończyny proszę sobie zostawić, ja wolę bez, no a przecież wiem, że kozy to jednak wolą z.

No to tyle śmiesznych historyjek o sianie, przejdźmy do spraw poważnych jak sam Kanionek. Pamiętacie jak obiecałam, że pokażę Wam spodnie od Ewy z Łodzi, znane szerszej grupie społecznej jako „spodnie Barbarelli”? No to ten dzień w końcu nadszedł, i był to dokładnie ostatni dzień sierpnia, a ponieważ nie mam czasu chodzić na balety, to poszłam na baloty i przy pomocy kilku wizażystów, którzy co chwilę do mnie doskakiwali, by poprawić mój makijaż lub wyprostować fałdkę na odzieży, zrobiłam sobie taką sesję zdjęciową:

W sesji udział wzięli:

  • Pasztefon, Laser, Pusiołak – wizażyści
  • Okulary przeciwsłoneczne za 20 zł i nasz jedyny, stary parasol – rekwizyty modelki
  • Odzież zachodnia, czyli dwie bluzeczki po siostrze męża mojej siostry
  • No i gwiazda wieczoru, czyli spodnie od Ewy!
  • No i niby ja, ale po co to o tym wspominać.

Fotografował Mały Żonek.

Nie wierzcie więc tym, co zgryźliwie plotą, że Kasia Tusk zrobiła karierę dzięki forsie swojego ojca, bo przecież widać wyraźnie, że karierę blogerki modowej można zacząć i zrobić z byle czego. To znaczy JA WIEM, że bez spodni od Ewy to nie byłoby to samo, bo jednak stara baba bez spodni na balocie to nie ten rodzaj mody, jaką chcielibyśmy oglądać, ale MIMO WSZYSTKO.

No i to była blogerka modowa, a teraz przed Państwem jej brzydsza siostra, Owsiana Baba, w kręgach naukowych zwana Wołem Zbożowym:

Pięć ton owsa przepakowaliśmy rurą do worków (każdy po 45 kg, zważyliśmy kilka dla porządku), z przyczepy, którą wspaniałomyślnie zostawił nam sprzedawca na kilka dni.

Na początku to ja siedziałam w przyczepie i ładowałam ziarno szufelką do lejka (lejek z butelki po wodzie mineralnej, szufelka z butelki po wodzie demineralizowanej – wiem, fascynujące), a małżonek stękał, że worki ciężkie, choć i tak było łatwiej niż w latach ubiegłych, bo skonstruował taki oto „wózek paletowy” (paletowy, bo zrobiony z połowy palety drewnianej, wyproszonej przez Kanionka w sklepie budowlanym):

No więc ja szufelkowałam do rury, małżonek ładował worek na wózek i wyładowywał w Różowym Pokoju, ale dajcie spokój, ja po trzydziestu workach miałam już zaawansowaną pylicę płuc (ziarno ZAWSZE pyli, chyba że jest mokre) i jedną parę szkieł kontaktowych w takiej panierce, że musiałam je wyrzucić, więc pozazdrościłam małżonkowi pracy na dole i zażądałam zamiany ról. Małżonek prychnął, że chyba zwariowałam, ale skoro tak bardzo chcę, to proszę bardzo, no i PROSZĘ BARDZO, pozostałe sześćdziesiąt pięć worków zrobił Kanionek i niczego nie żałuje. Wolę raz na pięć minut dźwignąć te pisiąt kilo, niż szufelką odmierzać ziarna oceany, bo to jest nie wiem nawet ile ruchów ramieniem (ale można łatwo policzyć, jeśli się przyjmie, że do szufelki wchodzi około dwóch kilogramów ziarna), że już nie wspomnę o nagarnianiu zboża „pod rękę” i atomowym grzybie pyłu.

Pierwsze trzydzieści worków zrobiłam normalnie, czyli boso, ale później zmęczenie wzięło górę nad refleksem i koordynacją ruchów, i gdy sobie po raz trzeci wjechałam obciążonym wózkiem na stopę to sięgnęłam po narzędzia robocze, czyli paskudne kalosze. Wózek fajna rzecz, ale musiał pokonywać progi, więc zdarzało się, że wózek podskoczył i przejechal, a worek już nie, bo się zsunął:

I takiego denata trzeba już było dociągnąć do celu stylem po podłodze. W ogóle worki na zboże to powinny być jakoś inaczej wymyślone, ale postęp cywilizacyjny je ominął i nadal są wiotkie i trudne w obsłudze, a ziarno jest jak woda – wleje się w każdą wolną przestrzeń, a worek się wtedy krzywi i przechyla, i chwila nieuwagi wystarczy, żeby osunął się niczym mdlejąca królowa angielska, a kto kiedyś próbował angielską królową podnieść z podłogi ten wie, że sprawa jest problematyczna, bo to nie wiadomo za co złapać, żeby nie zrobić gorzej. Może w przyszłym roku małżonek dobuduje do wózka jakieś burty, w tym jedną uchylną, i będzie się taki worek zaczepiać o krawędzie u góry, bo jak tak będziemy czekać aż postęp cywilizacyjny dogoni naglące potrzeby biednych małorolnych, to nam plecy w krzyżach popękają, a się nie doczekamy, prawda.

Wyszło nam tych worków prawie sto, ale nadal nie wiemy ile dokladnie, bo po każdym liczeniu wychodziło inaczej. A w oczekiwaniu na te oferty, co się niebawem posypią od światowej sławy dyktatorów mody (nie dla Owsianej Baby, tylko tej z pierwszej sesji zdjęciowej, chociaż kto wie – moda dzisiaj coraz dziwniejsza), robię sobie eksperymenty z serem, i tak oto przed Państwem ser „Pijany Ziokołek”:

Tak, on ma tak dziwnie wyglądać. To był bardzo wymagający i pracochłonny ser, więc pod koniec wielogodzinnej pracy obydwoje mieliśmy ochotę się napić, przy czym ja wypiłam tylko łyczek mojego wina marki „Jeżynowy Karambol”, a on wytrąbił resztę. Przy okazji – wino pyszne, choć ciut za słabe, no ale ma to taką zaletę, że można wypić więcej, o czym może Wam kiedyś opowiedzieć mój ser, bo ja to praktycznie tylko korek possałam (takie poświęcenie!). On sobie teraz śpiewa szanty w piwnicy i będzie tak śpiewał do listopada, a ja Wam powiem, że gdy tak sterczałam godzinami nad garem i mieszałam ten cholerny ser, to przeklinałam siebie i swoją nieuwagę, bo przy pierwszym czytaniu przepisu i zliczaniu całkowitego czasu potrzebnego na jego wykonanie jakimś cudem umknęło mi kilka godzin i ser skończyłam o drugiej w nocy. I wtedy myślałam, że to najbardziej wymagający ser na świecie, ale zmieniłam zdanie przy Gorgonzoli.

To znaczy umówmy się, że nie zrobiłam prawdziwej Gorgonzoli (Włosi sobie zastrzegli tę nazwę i mogą jej używać tylko niektóre włoskie prowincje), bo ten ser robi się z krowiego mleka, no ale jakoś muszę go nazywać, prawda? Ser robiłam według pradawnego przepisu wywodzącego się z północy Piemontu, gdzie nazywają go „del Nonno” (czyli Serem Dziadów; w sensie, że ojców ojców, a nie że brudnych włóczęgów), a różni się tym od współcześnie produkowanej Gorgonzoli, że na jego wykonanie potrzeba dwóch rodzajów skrzepu, z których każdy przygotowuje się innego dnia. No i wszystko fajnie – pierwszy rodzaj skrzepu, ten zakażony kulturą „niebieskiej” pleśni (Penicillium Roqueforti), wisi sobie w chuście serowarskiej i przez całą noc oddaje serwatkę, aż zrobi się zbity i dość twardy, a na drugi dzień robimy ten drugi skrzep, który ma być mięciutki, ale sprężysty (całe wieki stania przy garze i powolnego mieszania) i nie zawiera pleśni, a najlepsze zaczyna się wtedy, gdy trzeba te dwie masy połączyć. Nie, nie poprzez mieszanie.

Przepis mówi, że Skrzep Dnia Pierwszego (SDP, czyli ten z niebieską pleśnią) ma się znaleźć w środku formy, ale uwaga – zewsząd otoczony Skrzepem Dnia Drugiego (SDD), czyli tym miękkim i bez pleśni. Czyli w pewnym sensie krokiecik taki to ma być, czyli jeden skrzep nadziewany drugim. Kto pracował z mlekiem w celu otrzymania sera ten może sobie wyobrazić, jak ciężko coś takiego zrobić, bo skrzep serowy to nie jest gips ani plastelina, on się kupy nie trzyma, ani nie daje w rękach modelować, tylko się rozpada i sobie leży w takich rozmemłanych kawałkach, z których cieknie serwatka. Poradziłam sobie w ten sposób, że na dno formy nałożyłam grubą warstwę SDD (trzeba pamiętać, że on zmniejszy swą objętość o co najmniej jedną trzecią podczas ociekania w formie), a do mniejszej formy napakowałam SDP. I potem na środku tej warstwy SDD ustawiłam do góry nogami formę z SDP, formę obłożyłam warstwą SDD, szybko wyjęłam foremkę i jeszcze podociskałam i powtykałam po bokach więcej SDD, no i na wierzchu ułożyłam z niego czapeczkę. Skrzep Dnia Pierwszego został zamknięty w grubej panierce Skrzepu Dnia Drugiego. Tak to wyglądało przed nałożeniem czapeczki:

A tak wyglądały sery okutane w chusty, już w formach:

Później było solenie, które trwało łącznie pięć dni, a przepis kazał solić tak: pierwszego dnia 50% należnej porcji soli (należna porcja to 4% całkowitej masy sera), trzeciego dnia 30%, piątego dnia 20%.

I to wszystko w temperaturze pokojowej, a po zakończonym soleniu sery muszą leżakować w temperaturze 11-13 stopni Celsjusza, przy wilgotności 97%, trzeba je odwracać każdego dnia, a po około dwóch tygodniach przebić każdy krążek ostrym, stalowym szpikulcem z jednej strony, a po kolejnych pięciu dniach – z drugiej. Tutaj dwa przykładowe sery po około dziesięciu dniach leżakowania w piwnicy (już widać trochę pleśni):

A tutaj krążki podziurawione z jednej strony:

I tu Państwu wyjaśnię, dlaczego te sery robi się z dwóch różnych skrzepów. Otóż Skrzep Dnia Pierwszego, ten który jest w środku krążka, ma inną od SDD strukturę, mianowicie taką, że pomiędzy cząstkami skrzepu uwięzione zostaje powietrze (bo skrzep jest dość suchy i twardy, ale dzieli się go poprzez rozrywanie na mniejsze kawałki, a Gorgonzoli się nie prasuje, więc nie ulega on nadmiernemu scaleniu), i w tych właśnie korytarzach wolnych przestrzeni ma się rozwijać niebieska pleśń, a ponieważ pleśń potrzebuje tlenu, to przebija się ser w kilkunastu miejscach ostrym i dość grubym szpikulcem, żeby ten tlen w głąb sera doprowadzić.

I później to już tylko trzeba przewracać te krążki codziennie i pilnować, żeby skórka nie zrobiła się zbyt mazista (w razie czego zmniejszyć poziom wilgotności), i po zaledwie czterech miesiącach można zjeść ten cholerny ser. Łatwizna. Jeśli ten ser mi się uda, to będzie kosztował milion złotych za uncję (sobie sprawdźcie, ile to uncja. Ja co chwilę przeliczam fahrenheity na celsjusze, galony na litry, kwarty na kilometry i minuty na fiaty Punto, i już mi się od tego we łbie miesza).

Zrobiłam też sobie „ser szwajcarski” (a wiecie, że w Szwajcarii żaden ser nie nazywa się „szwajcarski”? Ale to kolejna długa historia), z tego przepisu: http://www.cheesemaking.com/SwissBaby.html

Nazywa się „Baby Swiss” i waży tyle, co porządne niemowlę, czyli 3,5 kg. To jest ser, który ma wyhodować duże dziury, a to dzięki dodatkowi bakterii Propionic shermanii, i żeby te bakterie się dobrze czuły i efekt wielkich oczek był wyraźny, to ser powinien być jak największy. W Szwajcarii toczą jakieś monstrualne emmentalery (po pisiąt kilo krążki, czy raczej kręgi – spójrzcie tutaj, na jednym zdjęciu ser waży chyba więcej niż facet, który przy nim stoi: https://www.emmentaler.ch/en/why-emmentaler), ale ja nie mam tak dużej formy, i nawet tego maluszka musiałam formować w garnku, a w kwestii prasowania to się już nawet liczyłam z tym, że będę musiała na nim całą noc siedzieć, no ale jakoś sobie poradziłam – wiadro z wodą, a w wiadrze kupa żelastwa, które do rana trochę zardzewiało, i wyszło tego obciążenia około 25 kg. To znaczy żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie stawia się wiadra bezpośrednio na serze. Ser w formie (a w tym przypadku w garnku) zawinięty jest w chustę serowarską (ja zwykle używam celulozowych jednorazówek), a na wierzchu kładzie się tzw. follower (po polsku to nie wiem, popychle?), i na to popychle naciska prasa serowarska, a w moim przypadku wiadro z żelastwem, a samo wiadro włożyłam jeszcze w jednorazowy worek plastikowy (taki jak do kiszenia kapusty). No.

Na końcu popełniłam błąd, bo po prasowaniu wyjęłam krążek z garnka i on do rana trochę siadł i się rozlazł na boki:

Proces dojrzewania tego sera jest o tyle skomplikowany, że temperaturę i wilgotność zmienia się kilka razy, i są to różnice dość znaczne – przez pierwsze trzy tygodnie po soleniu (17 godzin w solance!) trzymamy ser w trzynastu stopniach, potem przez około miesiąc w temperaturze pokojowej (to jest etap kluczowy dla tych bakterii produkujących dwutlenek węgla), a później od kilku do kilkunastu tygodni w jedenastu stopniach, a najważniejsze jest to, że nie można tego sera zawoskować dopóki nie wykształcą się w nim dziury, i trzeba go codziennie przecierać lekką solanką, żeby skórka była piękna i gładka jak pupa niemowlęcia (Baby Swiss!) i aby pleśń się jej nie imała.

Zrobiłam też eksperyment według własnej, nowej receptury, i to jest jedna wielka niewiadoma, co z tego wyjdzie:

W planach mam jeszcze arcyciekawy ser Belper Knolle (też szwajcarski), który wygląda jak trufla (ale to jest eufemizm; sprawdźcie sobie w internecie, że ten ser tak naprawdę wygląda jak kurze gówno w lesie) i podobno jest najnowszym światowym hiciorem (tak, oczywiście, że nigdy o nim nie słyszeliście, bo to jest najnowszy światowy hicior dla bardzo wąskiej grupy społecznej, czyli psychofanów sera, oraz dla tak zwanych curd nerds, czyli ludzi którzy nie mają życia osobistego i dziurę w swoim smutnym sercu zatykają wonną gomółką własnoręcznie ulepionego cheddara). Będę go robić również według oryginalnej receptury (bo jak czytam na niektórych polskich stronach, że wszystkie sery robi się ze zsiadłego mleka, albo że Belper Knolle obtacza się w pieprzu PO OKRESIE DOJRZEWANIA, to mam ochotę napchać sobie chusty serowarskiej do oczu i zalać solanką), tylko czekam na te kilkanaście litrów wolnego mleka.

(I Państwo sobie nie myślą, że ja to się taka mądra zrobiłam, że aż złośliwa; ja po prostu uważam, że nie znam się kompletnie na niczym, i dlatego czytam i wielokrotnie sprawdzam i się uczę, i nadal jestem w lesie, a niektórzy uważają, że znają się na wszystkim i rozpowszechniają takie banialuki, że jak się je czyta, to z mózgu przez uszy wycieka serwatka, choć autorzy takich blogów nie odróżnią serwatki od maślanki, ale DOBRA, już przestaję).

A teraz, żeby odwrócić Państwa uwagę od wrednej natury Kanionka, taka ciekawostka ze świata nieskażonego serami:

Dom Norymberski w Krakowie. Państwo sobie teraz myślą, że co za niekurturarna świnia wywiesiła śmieci za okno, a tu niespodzianka! Bo to sztuka jest, jak najbardziej nowoczesna, i nie żadne odpady błagające o recykling z litości, tylko INSTALACJA. Instalacja instalacji kosztowała ponoć tysiąc pięćset złotych, choć niektóre źródła z wypiekami na tyłku podają, że pół miliona, no ale w takie coś to nawet Żozefin by nie uwierzyła. Najlepsza zaś, najsmakowitsza w tym wszystkim jest wizja artystki, która idzie tak (cytując za partymap.pl):

Instalacja „Wodospad” Elizabeth Thallauer to abstrakcyjne masy wody, które wytryskują z budynku i zdają się spadać na ulicznych przechodniów. Kolejne warstwy tej pracy powstawały – jak pisze artystka – w długim, prawie medytacyjnym procesie. Przetworzona i odpowiednio ukształtowana biała oraz niebieska folia, lekka i zwiewna układa się w opadające po ścianie fale, poruszane najlżejszym podmuchem wiatru. Towarzyszące temu ruchowi wizualne oraz akustyczne efekty stworzą wyjątkowy i intrygujący obiekt, będący zarazem niezwykłym, wielkoformatowym obrazem.

Woda odgrywa w koncepcji tej pracy symboliczną rolę nośnika, który łączy wnętrze budynku z jego otoczeniem. Z drugiej strony tytułowy wodospad jest swego rodzaju kurtyną oddzielającą od siebie dwa światy: ten ukryty za ścianami kamienicy i ten otwarty w ulicznej przestrzeni. Instalacja umieszczona na fasadzie Domu Norymberskiego zmieni nie tylko jego wizerunek, ale także obraz miasta, zadziwiając przechodniów swoją zaskakującą obecnością w takim nieoczekiwanym miejscu„.

Zaiste, swoją zaskakującą obecnością w takim nieoczekiwanym miejscu!

Ludzie od wieków podziwiali dzieła tworzone przez naturę. Próbowali ją naśladować i czerpać z niej inspirację, i powiem Wam, że coś w tym jest, że tylko oko artysty potrafi dostrzec sztukę w zwykłych obrazach dnia codziennego, w czysto losowych konfiguracjach pozornie nieatrakcyjnych obiektów, bo się okazuje, że JA TEŻ miałam u siebie taką instalację, dokładnie w ubiegłym roku, gdy wiatr zerwał czarną folię z balotów siana i rozwiesił ją na drzewie, tuż pod moim nosem, a ja się nawet nie zorientowałam, że mam na podwórku kawał sztuki! Pamiętam jeszcze, że padał wtedy deszcz, a moje niemuzykalne ucho wiejskiego abderyty NIE USŁYSZAŁO tych efektów tworzących wyjątkowy i intrygujący obiekt, a oko nieobytego aroganta nie dostrzegło niezwykłego, wielkoformatowego obrazu. A był wielkoformatowy, bo to folia osiem metrów na sześć! Mogłam na to sprzedawać bilety i zrobić sobie portFOLIO, czy coś, to nie, zaprzepaściłam kolejną życiową szansę. Przeminęło z wiatrem, jak wspomnienie po grochówce.

(Myślicie, że jak ktoś się złośliwym urodził, to mu tak łatwo nagle przestać? Ale się staram, naprawdę, i NIC nie napiszę o ŚWIEŻAKACH).

To może kilka zdjęć ze szklarni i ogrodu (oczywiście, że nieaktualnych):

Tak, pieczarki to ze szklarni. Zdarzało mi się wyrzucać tam odpadki z kuchni i musiałam zarazić ściółkę grzybnią z jakiejś starej, zleżałej pieczarki sklepowej. Teraz pieczarek jest jeszcze więcej, przegapiłam najlepszy moment na zbiór i są wielkie jak kowbojskie kapelusze. Być może zainteresuje Państwa jeszcze taka informacja, że bardzo lubię młody czosnek. Taki świeżo wyciągnięty z ziemi i obrany ze skórki jest gładki, błyszczący i szklisty jak mleczaki przedszkolaka:

I soczysty i chrupki. Małżonek mówi, że kobieta, mężczyzna i czosnek to jest najgorszy trójkącik jaki można sobie wyobrazić, więc zostałam się sama ze swoim przychówkiem, a mam tego pięćset główek i może bym się nimi nawet obłożyła, ale to już obiecałam korzeniowi żywokostu. A wiecie, że na czosnku też można zrobić nalewkę? Z miodem, oczywiście. Na zdrowie.

Saga rodu Ziemniaków już mi się nie zmieści, bo i tak powiecie, że wpis długi i nudny jak pęto sera salami, a jeśli chodzi o tytułową „horom koze” to owszem, w końcu się zebrałam i napisałam na Forum o tym niezwykle ciekawym (dla hodowców kóz) teście na zapalenie wymienia. Koziego, krowiego, a kto wie, może i ludzkiego, ale nie miałam jak sprawdzić: https://kanionek.pl/forum/showthread.php?tid=85&pid=1280#pid1280

PS. Moje „strzelające jabłko”, z przyszczepionej w ubiegłym roku gałązki, dojrzało:

Moje pierwsze dziecko z probówki. Aż żal zjeść!

PPS. Na koniec „łamiąca wiadomość”: pada i pada i przestać nie może, już od tygodni.

Ale teraz to przegięło. Staw wyszedł z siebie i zmierza na nasze podwórko, kulturalnie, przez furtkę:

Łąki zamieniają się w jeziorka:

A z dzikich jabłek można ugotować zupę w terenie:

Kozy na diecie siano-owsianej z każdym dniem dają coraz mniej mleka i nudzą się w koziarni jak mopsy.

Małżonek już obmyśla nowe plany biznesowe („kup pan kajak na grzyby, podbierak do borowików gratis!”), a ja na pocieszenie mam prawdziwie ukraiński barszcz ukraiński, z młodych buraków (kto późno sieje, ten ma młode buraki w połowie września, ha ha):


(tylko nie mówcie, że jesteście zdziwieni, że to już koniec)

236 thoughts on “Mam horom koze, czyli jak zostałam blogerką modową oraz siano z kończyną i Ziokołek na bombie

  1. nw 19/09/2017 at 03:27

    Wcale nie za dluga ta notka!
    I jedno Ci powiem: te Twoje sery powinny kosztowac krocie, a i tak Twoja przy nich praca zaplacona by nie byla. Podziwiam Cie, ogromnie Cie podziwiam, ze taka wiedze posiadlas i nadal chce Ci sie nowych rzeczy uczyc. Masz glowe, kobieto, nie od parady! No i talent.
    I niesamowita pracowitosc, ktora mnie przeraza i fascynuje:)
    Co do sesji, to naprawde profesjonalna, tak ze strony modelki (bardzo urodziwej!), jak i ze strony fotografa, oraz calego zespolu wizazystow:) Ten zachecajacy Cie do zabich skokow to Laser, prawda? A buziaki wymienialas z Pasztedzikiem?
    Atos pieknie na jednej fotce stoi na czterech konczynach! Niestety na innej tylnie szlapki sie poplatali troszku… Ale daje rade chlopak!
    Zaintrygowalo mnie tez pierwsze zdjecie z serii „ciagle pada” – ktora to koza ma przyciete na tepo rogi? Bo tak wygladaja, jakby jej ktos je skrocil.
    U nas (poludnie) tez pada od kilku dni i myslalam o Was, jak tam w takie deszcze sobie radzicie. Na zdjeciach wyglada to…hmm, mokro bardzo…
    No i wez wyjasnij koniecznie, gdzie Wy te 40 balotow siana, tych z sierpnia, gdzie je upchaliscie???? I jak? Bo pakowanie owsa pokazalas detalicznie (wozek kapitalny!), ale co z tym sianem? I skoro o nim nie pisalas za wiele, domniemywam, ze zdazyliscie je schowac i nie zmoklo. Oby z tym wrzesniowym tez tak sie udalo.

    • becia 19/09/2017 at 08:54

      NW na tej fotce to chyba Bożena. Tak mi z wyrazu twarzy wygląda.
      Oj Kanionek Kanionek .. Ty nie narzekaj na deszcz.. Pamiętasz jak wodę z dachów zbieraliście i prosiłaś, żeby jej więcej napadało? No to z opóźnieniem ale masz :):)
      Przypominam, że ktoś daaawno temu obiecał post o tym jak to się stało, że nie trzeba robić studni transfuzji z deszczówki.
      Ps.
      Strasznieś pikny w tych porteczkach Kanionek. No ale jak się ma prywatnych wizażystów na stanie to co się dziwić :)
      Ps.II
      I jaki długi post ja się pytam. ? ;)

      • kanionek 19/09/2017 at 22:37

        Nw – wszystko się zgadza, Laser ma fioła na punkcie skoków (zawsze imponuje listonoszowi, gdy skacze pod bramą tak wysoko, że mógłby spokojnie polecony odebrać), a Pasztet to ta całuśna misiulanka (od misia i przytulanki).
        U Atosa to już dawno zauważyliśmy, że jedna tylna łapa funkcjonuje w miarę normalnie, ale druga podstawia jej nogę ;) I gdyby ta druga się nie plątała, to kto wie, może jakoś by zaczął chodzić w końcu.

        Owszem, Becia dobrze mówi, że ta z rogami uciachanymi do połowy to Bożena, ale – broń panie porze – my jej niczego nie ucinaliśmy! Biedna Bożena desperacko próbuje utrzymać swoją przywódczą pozycję w stadzie, więc ostrzy sobie rogi. Kozy ostrzą rogi w ten sposób, że końcówkami tychże trą o kamień/ścianę, aż krawędzie zrobią się ostre jak brzytwa (serio, można papier ciąć). No i Bożena chyba nie wie, że rogi mozna naostrzyć do jakiegoś tam poziomu, a później to już nie jest lepiej, tylko coraz krócej ;) Wygląda teraz komicznie i nawet bym się śmiała, ale na tych ściachanych końcówkach widać już rdzeń rogów i ja się obawiam, że jeśli staruszka nie przestanie, to zetrze je sobie do krwi. W ogóle boję się dnia, w którym Bożena zostanie zdetronizowana, bo kozy nie znają litości i jeśli wyczują, że królowa poległa, to będą ją gnębić (za te wszystkie lata upokorzeń) :-/
        No ale na razie Bożena wciąż ma szacun na dzielni i najczęściej wystarczy jej spojrzec na inną koze, by ta odeszła na bezpieczną odległość.

        Baloty niestety zostaną tam, gdzie są, wszystkie. Nie mamy hangaru/stodoły/wiaty (to ogromna wiata musiałaby być), i w cenę utrzymania zimowego musimy wliczyć oczywiste straty w postaci dwóch pierwszych warstw sianaz każdego balota. Ubiegłoroczne przykrywanie ich folią okazało się zbytecznym wysiłkiem (a był to wysiłek, bo wiatry, deszcze, koty, psy i kurczaki – wszystkim zależało na tym, żeby te folie się nie nudziły, takie ładnie ułożone i naciągnięte), ponieważ siano musi jednak oddychać. W wyniku zmian temperatur skrapla się wilgoć, pod folią zaczęły nam rosnąć okazałe grzyby, a siano choć przykryte, nigdy nie było suche, i i tak wyrzucaliśmy jedną szóstą każdego balota na kompost.

        O! Ogłoszenie: jeśli ktos ma tanio sprzedać ogromny, wojskowy namiot (taki na stu żołnierzy, czołg i psa), to my chętnie. Na te baloty właśnie.

        • kanionek 19/09/2017 at 22:42

          Becia – ale ja chciałam wody WTEDY, a nie teraz ;)
          Tak, wiem, o studni od Ewy miałam napisać…

          A wpis taki długi, że gdy wrzucałam fotki pomidorów to już nie pamiętałam, co ja właściwie napisałam na wstępie i jeszcze się dwa razy upewniłam, że wyjaśniłam Wam dlaczego robi się dziury w Gorgonzoli :D

          • mitenki 20/09/2017 at 04:35

            Żeby to tak mogło być, by człowiek dostawał to, czego akurat potrzebuje (jak w „Modlitwie” Okudżawy).

        • Iza 20/09/2017 at 10:06

          Kanionek, a co Ci szkodzi zadzwonić do AMW i zapytać, czy akurat nie sprzedają namiotów albo czegoś w tym guście? Oni różne dziwne rzeczy wyprzedają po czasem śmiesznych cenach…
          https://amw.com.pl/pl/kontakt/oddzialy-regionalne/or-gdynia

          • Iza 20/09/2017 at 10:09

            Albo do harcerzy…

          • ciociasamozło 20/09/2017 at 13:00

            Iza, aż zajrzałam co można kupić.
            Np. OR AMW w Warszawie wyprzedaje m.in. dwie pary okularów ajurwedyjskich i 100 spluwaczek kieszonkowych…

          • kanionek 22/09/2017 at 00:38

            O, nie miałam pojęcia, że można tak po prostu do nich zadzwonić, dzięki!

          • Iza 22/09/2017 at 17:58

            @Ciocia
            No mówiłam, że oni czasem DZIWNE rzeczy wyprzedają. :D :D
            A czasem całkiem pożyteczne…

          • kanionek 22/09/2017 at 23:26

            Ale serio – żołnierze spluwają do kieszonkowych spluwaczek, a nie prosto na ziemię?! No chyba, że nie bez powodu ta wielka wyprzedaż spluwaczek :D
            To musiał jakiś zabiurkowy romantyk wymyślić.

  2. nw 19/09/2017 at 03:31

    Tymczasowo usunięte – oczekuję na decyzję autora.

    • agiag 19/09/2017 at 11:58

      Kwintesencja, można by rzec.

      A Tonie to za reklamę Tygodnika raczej dopłacić powinni;)

      • agiag 19/09/2017 at 11:58

        „Tobie”, rzecz jasna. Klawiatury żyją własnym życiem.

        • kanionek 19/09/2017 at 22:48

          Jakieś dziwne te znajome Stasiuka – moje owce są bardzo mądre i mają tyle siły moralnej, że nijak nie dajemy rady ich złapać do strzyżenia. Na Baśce już rośnie mech, ale ja się nie znam, może tak ma być. Takie zapasy na zimę. Jedna drugą ze świeżego mchu oskubie w styczniu, a kozy będą suche siano żarły i usychały z zazdrości!

    • mały żonek 19/09/2017 at 23:26

      NW – rób co chcesz, ale nie mam ochoty narażać się na pozwy, bo jestem właścicielem tej domeny i nie mam dostatecznej wiedzy, czy wolno mi pośrednio(?) publikować teksty objęte prawem autorskim. Zwróć uwagę, że inni mają do tego dostęp za darmo. Czekam do 10-rano dnia 20/09/2017 na oświadczenie, że bierzesz pełną odpowiedzialność za swoje poczynania. Po IP Ciebie w razie czego znajdą – mnie nie wystawiaj. Tymczasowo niestety usunę komentarz – po spełnieniu w/w warunków zaryzykuję jego przywrócenie. Wybór należy do Ciebie.

      • nw 20/09/2017 at 00:20

        Wkleilam zgodnie z propozycja Kanionka.
        Sama mialam watpliwosci.
        Wybor nie nalezy do mnie.
        Nie przywracaj. Reszte tez kasuj.

        • kanionek 05/10/2017 at 23:28

          Nw – nie wiem jak przegapiłam tę wymianę zdań (była wtedy u nas moja Mama i byłam nieco nieprzytomna), w panelu administratora komenty pokazują się wg kolejności zaistnienia i pewnie te dwa akurat „uciekły” już na inną stronę, w każdym razie PRZEPRASZAM. Za siebie przepraszam, bo to ja Ci zasugerowałam wklejenie tego tekstu, niewiele o tym myśląc, i za to, że – ślepa komenda – odkrywam „co tu się stanęło” dopiero po dwóch tygodniach (i to też przypadkiem, bo czegoś innego szukałam). Macie rację, że nie warto ryzykować, bo nawet gdyby człowiek miał tzw. dobre intencje, to… dura lex, sed lex, wiadomo.

      • Anomin 20/09/2017 at 15:29

        Ostroznosc nie zawadzi, w dziedzinie praw autorskich itd. sie dzieje. Slyszeliscie o lemoniadzie produkowanej w niewielkiej raczej ilosci gdzies w Polsce pod nazwa ‚John Lemon’? No wiec wyobrazcie sobie, ze o tej lemoniadzie dowiedziala sie Yoko Ono (badz jej prawnicy ale na jedno wychodzi) i zagrozili producentowi procesem no i ci nie majac szans na wynajecie lepszych od Yoko Ono prawnikow zdecydowali sie zmienic nazwe napoju.

        • kanionek 22/09/2017 at 00:52

          O w pyszczek…
          Yoko Ono zawsze uchodziła za lekko stukniętą, ale to już przesada. John Lemon? Serio? Przecież ktoś mógłby się tak nazywać, i co – też go pozwą? A poza tym do czego to doszło, że za poczucie humoru i błyskotliwość, albo kreatywność, można zostać ukaranym w majestacie prawa?

  3. Barbarella 19/09/2017 at 07:44

    Tobie jakoś lepiej w tych portkach!
    Możliwe że dlatego, że one potrzebują anturażu, a ja nie mam takich pięknych balotów siana, żeby na nich tak WYGLĄDAĆ.

    • kanionek 19/09/2017 at 23:29

      Ja z początku miałam niepokojące wrażenie, w tych ARCYWYGODNYCH spodniach wyglądam jak Sindbad Baleron (mniej znany brat Sindbada Żeglarza, który nie lubił podróżować, i jedyny bilet jaki w życiu kupił to miesięczny na trasie tapczan – lodówka), ale faktycznie – przy czterdziestu balotach siana ważących około 250 kg każdy, to nie ma bata, wszyscy wyglądają szczupło i powabnie, nawet ja (a przynajmniej tak mi się tu wmawia).

  4. Ania W. 19/09/2017 at 09:25

    Kanion, jestem Twoją psychofanką. A sera to chcę koniecznie tego eleganckiego, z popiołem (to znaczy nie tylko tego sera, ale tego to koniecznie), acz emaila (CHCĘ SERA) napiszę, jak procedury prewidują. Tylko na razie na wakacje nas wywiewa, więc będę w domu dopiero ok. 18 października, więc chyba teraz to jeszcze za wcześnie, żeby się na ów ser zapisywać?

    • kanionek 19/09/2017 at 23:35

      Moja pierwsza psychofanka! Dziękusy :)

      Ale chcesz tego z popiołem ZWYKŁEGO, tego z popiołem PLEŚNIOWEGO (tylko biała pleśń Penicillium candidum, tylko na zewnątrz sera), czy może, MOŻE, długodojrzewającego z popiołem, bez pleśni? :D

      Bo jeśli ten pierwszy, to nie trzeba zamawiać na długo przed, jeśli drugi, to czeka się minimum trzy tygodnie, a jeśli ten trzeci, to się czeka już tylko do końca września, bo on zaraz dojrzeje (ale może sobie jeszcze dojrzewać i rok, bo to jest ser-konserwa, dobry na czas wojny i epokę postnuklearną).

      Ułatwiłam?

      • Ania W. 20/09/2017 at 08:58

        Chcę wszystkie !!!!

      • EEG 20/09/2017 at 11:38

        Ja bardzo przepraszam, ale zaszczytny tytuł pierwszej psychofanki należy do mnie! Nawet mam to WYTATUOWANE ! Także będę walczyć.
        (i tak, wiem, jestem świnią, zawiesiłam się po Twoim ostatnim mejlu, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, znaczy może trochę mam, ale to napiszę).

        • Ania W. 20/09/2017 at 14:30

          E… A nie możę być wiele pierwszych psychofanek…? :)

          • ciociasamozło 20/09/2017 at 15:05

            Ja tam o tytuł pierwszej bić się nie będę, ale kilka lat temu OSOBIŚCIE napastowałam Kanionka więc uważam się za psychofankę SKUTECZNĄ ;)

          • kanionek 22/09/2017 at 00:49

            Hłe, hłe, też prawda :D
            W tym roku była u nas Kania z rodziną i Zerojedynkowa, też z rodziną, i obie obiecywały, że będzie stado słoni, wywrotka i demolka, i w ogóle „żywy stąd nie wyjdzie nikt”, a się okazało, że to sami porządni ludzie, kulturalni i grzeczni, i nawet dzieci ułożone i po rękach niekąsające! W Waszym przypadku też tak było, ale sytuację ratowała Buła. Buła jest należycie szalona :)

          • zerojedynkowa 22/09/2017 at 08:48

            A jak mieliśmy się niby zachować?! Mało, że wprosiłam się na „krzywy ryj” wiedząc, że Kanionek, choć na łożu śmierci, ale nie odmówi i jeszcze miałabym dopuścić do jakiś szkód w Kanionkowie?! Bałam się, że któreś z moich dzieciaków coś zepsuje, a Kanionek powie: „nie przejmuj się, to tylko kosztowało nas trzy lata pracy i milion nadgodzin, ale nic to, naprawimy to w przyszłym stuleciu i nawet nie zauważę…”
            A dzieci po rękach nie kąsały, bo były zajęte głaskaniem Mająca. I Pumy.

          • kanionek 22/09/2017 at 22:54

            Przez chwilę się zastanawiałam, czy my mamy jakąś pumę (serio, mogłabym przegapić), no ale OCZYWIŚCIE, przecież powiedzieć, że dzieci głaskały Kupę, to jakoś tak nie uchodzi :D

            Ale co miałyby zepsuć te dzieci, skoro tu się wszystko i tak ledwo kupy trzyma (no patrz, od kupy nie ma ucieczki!), a poza tym okazji zbyt wiele nie było, bo ja Was (i Kanię z przyległościami) przegoniłam w godzinę jak kustosz po muzeum („to jest Bożena, to taczka, tutaj kurczaki, szybciej, szybciej, a to jest brama, do widzenia”), że mało brakowało, a Wasze cienie musiałyby lecieć za Waszym samochodem, bo ledwie zdążyły wsiąść do środka? :D

          • zerojedynkowa 27/09/2017 at 08:32

            Jak zwykle urocza odpowiedź. Ale przesadzasz, Kochaniutka, przesadzasz…

        • kanionek 22/09/2017 at 00:41

          Ty masz tytuł Psychofanki przez duże „p” :)
          I nic się nie przejmuj, ja Tobie miałam dawno napisać, że WIDZIAŁAM, i że jestem pod wrażeniem! Bardzo, bardzo mi się :)

        • ciociasamozło 22/09/2017 at 09:30

          No tak, myśmy mogli udawać grzecznych i kulturalnych, ale Buła nas zdradziła.
          A jak jesteśmy przy jej szaleństwie – wczoraj w nocy zeżarła kilogram pomidorów (z zawiązanej siatki wyciągnęła, takie twarde, do sałatki w słoiku) a dzisiaj dobrała się do torby z cukrem.
          Połowę pożartych pomidorków zwróciła i zażądała śniadania. Zima chyba faktycznie będzie sroga…

          • Ania W. 22/09/2017 at 09:40

            E, no kurde, teraz to się zaniepokoiłam: to ja tak po dobroci się tym tytułem dzielić chciałam, a tu się okazuje, że na końcu kolejki kończę :).

            Kanion, a mojego emaila „SERA DEJ” dostałaś?

          • kanionek 22/09/2017 at 23:09

            No jak „czy dostałam”? Ja już Ci odpisałam!
            A teraz sobie przypominam, że w ubiegłym roku, albo dwa lata temu, też tak było, pamiętasz? W sprawie jabłek. Nasze serwery się chyba nie lubią!
            Jesli nie dostałaś mojego maila, to wyślę jeszcze raz z innego adresu.

          • kanionek 22/09/2017 at 23:12

            Aha, ja Was nie straszę ani nic, ale jeśli rozegra się krwawa bitwa o tytuły, to ja, Kanionek, z mocy nadanego mi przez Kozi Naród prawa, zdegraduję wszystkich do stopnia Szeregowego Koziego Bobka :D I trzeba będzie wszystko zaczynać od nowa!

  5. becia 19/09/2017 at 10:08

    A te kowbojskie kapelusze ze szklarni to możesz Kanionek pokroić w plasterki i ususzyć. Najlepsze takie już przejrzewające. z ciemnymi blaszkami. Dają niezwykle aromatyczny susz. Jak je cienko pokroić to potem łatwo kruszyć w dłoni prosto do sosu. Na robocie wakacyjnej studenckiej taki susz w topialni dodawaliśmy do serków topionych pieczarkowych. Choć może to bez sensu bo te borowiki podbierakiem zbierane.. ;)

    • kanionek 19/09/2017 at 23:43

      Dzięki, Becia, przyda się, o ile te kapelusze już same nie wyszly ze szklarni, bo jak je ostatni raz widziałam, to były na dość zaawansowanym etapie rozwoju, a właściwie na granicy rozkładu. Coś jak nasza cywilizacja zachodnia. Czy cywilizację można pokroić i ususzyć, i kiedyś dodać do kosmicznego bigosu? A może Wielki Wybuch to był właśnie wielki wybuch wielkiego gara z kosmicznym bigosem, do którego Ktoś wkruszył susz dawnych cywilizacji i w ten sposób powstaliśmy? I może to się dzieje wciąż i wciąż od nowa? Muszę z tym iść do Bożeny.

      A borowiki podbierakiem zbierane to najlepiej do akwarium i hodować, żeby jeszcze większe urosły!

    • Ania W. 24/09/2017 at 22:45

      @Kanionek – znalazłam emaila od Cię w spamie, co za świnia z tego mojego serwera! Uduszę dziada, jeśli się nie poprawi ;)

      • kanionek 26/09/2017 at 23:57

        To i tak pół biedy, że w spamie, bo czasem maile w ogóle znikają nie wiadomo gdzie. A ja chyba komuś ostatnio wysłałam tak z osiemnaście razy tego samego maila, bo mi klient poczty wmawiał, że „nie udało się wysłać tej wiadomości, czy spróbować ponownie?”, no to ja klikałam, że „jasne, stary, próbuj, trzeba wierzyć w siebie”, no i on mi znowu, że się nie udało, a ja mu na to, że nie pękaj, w końcu się uda, no i nie wiem kto tu zwariował, ale potem w folderze „wysłane” miałam tego samego maila coś koło dwadzieścia sztuk. Ludzie to sobie często wyobrażają, że bunt maszyn to będzie jakaś wojna, jakieś zamieszki, jakieś roboty kuchenne z nożami na ulicach i zmywarka oglądająca telewizję, a to wcale nie tak. ONE, te maszyny, wykończą nas po cichu. Zwyczajnie tak nas ogłupią, że całkiem zwariujemy, a wtedy ONE przejmą nad nami kontrolę w sposób spokojny i bezkrwawy.

  6. wersja 19/09/2017 at 10:13

    Kanionek, jesteś najlepsza. Jako modelka, serowarka, blogopisarka i co zechcesz :) Ament!

    • kanionek 19/09/2017 at 23:48

      Najlepsza ze wszystkich Kanionków :D
      (Bób zapłać)

  7. Skorpion pandeMonia 19/09/2017 at 10:31

    Jestem jak zwykle pełna podziwu dla zdolności, pracowitości i całej gamy umiejętności Kanionka. Ale tak miałam od początku, a ja jestem wierna jak pies, a ponadto Kanionek jest coraz lepszy, co może wydać się już niemożliwe, więc mi łatwo go wielbić, pf.
    Czy, jako milionerka z urodzenia, będę mogła zakupić na spróbowanie kawałek niebieskopleśniowca?

    • kanionek 20/09/2017 at 00:04

      No pewnie! O ile będzie Ci się chciało szukać takich drobniaków w kieszeniach tego płaszcza z gronostajów… Wiesz, tego w którym byłaś na ostatnich Oskarach, co Ci go Hanks poplamił szampanem i uznałaś, że będzie się nadawał już tylko na dywanik dla kota (płaszcz, nie Tom Hanks).

      Aha, ja jeszcze zapomniałam dodać we wpisie, że to jest Gorgonzola piccante, nie dolce. Czyli odmiana twarda, pikantna, bardzo aromatyczna. „Dolce” to miętki ser dla miętkich ludzi, taki – za przeproszeniem – kremowy, a piccante wyciska z oczu łzy (szczęścia, oczywiście). Odrobina wystarczy, by sos do skowronków zapiekanych w brokułach uzyskał rodowód, tytuł szlachecki i wpis na listę gości honorowych Pałacu Buckingham ;)

      To znaczy pod warunkiem, że on się uda. Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek przede mną odważył się zrobić ten ser z koziego mleka, ale ja wierzę w to mleko, oraz w szczęście sprzyjające idiotom :)

      • Skorpion pandeMonia 20/09/2017 at 13:49

        Zatem zaklepane. Również wierzę w to szczęście,jesteśmy w tej samej paczce pleśni. Kiedy mam podpytywać? Za miesiąc? Dwa? Pół wieku?

        • kanionek 22/09/2017 at 00:45

          Raczej za miesiąców trzy do czterech, ale spokojna Twoja paczka pleśni – nie musisz robić notatek w kalendarzu, bo jeśli ten ser się uda, to na pewno Wam to obwieszczę, a obwieszczenie obwieszę tysiącem zdjęć na blogu (jak każda dumna matka na fejsbuku, z tą różnicą, że na pewno nie nazwę swojego sera „Brajan”).

          • Skorpion pandeMonia 22/09/2017 at 07:44

            Ale przecież to wspaniałe imię dla sera! Blu Brajan, w skrócie BB!
            I tego się właśnie obawiam: pokażesz BB na blogu, tabun przejdzie, a dla mnie zostanie ostatni rozdeptany okruch. Cóż, kto zjada ostatki…

          • kanionek 22/09/2017 at 22:59

            No już dobrajan, dobrajan. Zapisuję: PandeMonia, 1 stycznia 2018, kawałek nierozdeptanego Blubrajana. Teraz możesz spać spokojnie :)

  8. ciociasamozło 19/09/2017 at 10:38

    Szkoda wujka.

    Początek tytułu troszkę mnie przestraszył…

    Sesja fantastyczna! Brakuje mi tylko ujęć na tle ścianki ;) Na wiosnę poproszę Kanionka w spodniach od Ewy, z koźlątkiem w ramionach na tle koziej ścianki.
    Czy mnie się wydaje, czy z psiego towarzystwa największe parcie na szkło ma Pasztefon? Bo Laser ewidentnie skupiony na zadaniu, Pusiaczek trochę zdezorientowany, a Atos średnio zainteresowany całym przedsięwzięciem ;)

    Dlaczego Cebulaccy nie mieli stodoły? Brak stodoły w gospodarstwie to duże niedopatrzenie :(

    Już zapisuję się na pijanego Ziokołka!

    Myślałam, że to żurawinę się zbiera jak wypłynie, a tu się okazuje że i jabłka można, i grzybki ;)
    Jeszcze kozy trzeba nauczyć pływać, żeby zajęcie miały i nie nudziły się w czasie deszczu (może sobie jabłuszka połowią?)

    Daj znać jak w końcu zjesz strzelające jabłko, czy jest takie jak powinno być.

    • ciociasamozło 19/09/2017 at 10:54

      Komentarz do „wodospadu”: http://mistrzowie.org/702199/Wodospad

    • kanionek 20/09/2017 at 00:31

      Moje święte jabłko?! Tak po prostu zjeść? No nie wiem, myślałam raczej o ususzeniu i ozdobnej gablotce.

      Tak, Pasztefon po prostu jest jeszcze młody i wydaje mu się, że wciąż może zajść daleko, podczas gdy reszta futrzanej brygady już wie, że żyjemy na końcu świata, gdzie tak naprawdę nic się nie dzieje, a przez te jakieś ekscesy Kanionka to tylko micha im się opóźniła o pół godziny ;)

      Jeśli wody ustąpią do wiosny, to spoko, będzie fotka na ściance :) Dzisiaj wybraliśmy się na pieszy rekonesans po okolicy i okazuje się, że nie tylko kozy powinny się nauczyć pływać, ale i krowy „sąsiada”, któremu Bauda zalała łąkę. Zamiana samochodu na ponton też wydaje się nie od rzeczy, bo rzeka wylała nie tylko na łąkę, ale i na dojazdową drogę asfaltową (już stoją znaki drogowe informujące o braku możliwości przejazdu), więc teraz można dojechać do nas tylko nadrabiając jakieś 15 kilometrów. A u Sławków, tych co im Mały Żonek kiedyś pralkę naprawiał, przewróciła się ogromna jabłoń, z której moje kozy żarły jabłka dwa lata temu przez prawie pół zimy (Sławek wspaniałomyślnie oddał nam kilkanaście skrzynek towaru), cała z korzeniami się wywróciła. Wszystko z tego nadmiaru wody wszędzie.

  9. mały żonek 19/09/2017 at 11:23

    A tu taka ciekawostka dla posiadaczy samochodów z grupy VW i nie tylko:

    https://niebezpiecznik.pl/post/80-zlotych-wystarczy-aby-w-kilka-sekund-ukrasc-nowy-samochod/

  10. Jagoda 19/09/2017 at 11:32

    Jestem zauroczona! Sesja przepiękna, taka profesjonalna. Mój porze, czemuż mnie nikt nigdy żadnej nie zrobił…
    Szkoda Wujka, każdego fajnego wujka szkoda.
    Czytanie o tym, jak te sery robisz powoduje zadyszkę (i ślinotok), podziwiam Cię, czy już Ci to mówiłam?
    Pozdrawiam, Jagoda.

    • kanionek 20/09/2017 at 00:37

      Dziękuję, Jagoda, aczkolwiek z założenia ta sesja miała być tylko zabawna. Ten mój aparat, co ma już chyba 9 lat, uparcie upiększa rzeczywistość!

  11. Anomin 19/09/2017 at 11:42

    Wujek z Kanady zmarl (RIP) – to brzmi jak informacja o spadku!
    Alez sery!!! Koniec kolejki wypada w 2020, pewnie, co? :-(
    Kanionku jestes naprawde THE BEST we wszystkim za co sie wezmiesz!

    • wersja 19/09/2017 at 13:55

      tak, też pomyślałam, że będzie jakiś zapis w testamencie, ale może to Kanionek ujawni w następnym wpisie….

      • kanionek 20/09/2017 at 00:45

        Anomin i Wersja – Wy to jakieś romantyczne jesteście :)
        Ja nawet nie wiem, czy Wujek miał jakiś testament. Poza tym nie był samotnikiem śpiącym na materacu wypchanym dolarami, tylko zwyczajnym człowiekiem z rodziną, więc nie spodziewam się, by kanadyjskie urzędy gorączkowo szukały po świecie szczęśliwych spadkobierców. A nawet mam nadzieję, że nie, bo sprawy spadkowe kojarzą mi się z – delikatnie rzecz ujmując – ucztą sępów.

        POZA TYM to był wujek z Kanady, a nie ciocia z Ameryki, a powszechnie wiadomo, że grube spadki dostaje się po tych drugich ;)

  12. agiag 19/09/2017 at 12:02

    Kanionku, ale jak teraz posypią się propozycje z Najznamienitszych Światowych Domów Mody to kto będzie robił sery?
    I a propos serów – znów mnie ich różnorodność zaczęła przerastać emocjonalnie… Chyba powinnam sobie te opisy dawkować jakoś…

    • kanionek 20/09/2017 at 00:57

      Sery będzie robił Pasztefon – mój wierny giermek, pojętny uczeń i godny następca :)

      Hm. Czyli nie dla Ciebie książki z serii „Tysiąc trzysta przepisów na ser”? Nie martw się, dla mnie też nie, bo już bym chyba z kuchni nie wyszła. O Belper Knolle myślę nieustannie już od miesiąca (choć go nigdy nie jadłam!), a gdy go w końcu zrobię to wiem, że znów mnie zniesie na cheesemaking.com lub inną taką stronę i będę MUSIAŁA coś nowego uwarzyć. Nikt mnie nie ostrzegł, że tak będzie. Ja w to wszystko weszłam niewinna i prosta jak płócienny worek, a teraz marzą mi się zakładki i falbanki, muśliny i tiule… Ser mi się nawet śni!

  13. Baba Aga 19/09/2017 at 14:18

    Taaaa trzeba uważać o czym się marzy, pamiętam te prośby o więcej wody. Wysyłam do Was słońce które u nas wylazło po dwóch dniach ulewy, ale wiem , że Wy bardziej na nie zasługujecie, jak tak czytam o kozach, serach psach i kurasonach to zawstydza się mój leń. Spodnie od Ewy są super, mam takich kilka par ale z niskim krokiem tzw alladynki, ja je noszę niżej, bardziej na tyłku niż brzuchu no i koszulki zawsze na wierzch, ale jak się ma TAKĄ figurę jak Kanionek to se je można nosić jak się chce.
    Wysłałam maila, czy dotarł? Tak w skrócie to: dej syr, dej, dla horego menża, dej

    • kanionek 20/09/2017 at 01:04

      Dotarł, odpowiem niebawem :)
      Ja też próbowałam ten szeroki i wysoki pas zainstalować sobie na biodrach, bo się zastanawiałam, czy ja na pewno dobrze rozumiem te spodnie (ja zupełnie nieobyta w sprawach współczesnej mody), ale wtedy krok wypadał mi gdzieś w okolicy kolan i na bank bym się w tym zabiła. I nam tu nie ściemniaj o figurach, bo my mamy Twoje zdjęcie na tym blogu :)

      Dziękuję za słońce! Cały dzisiejszy dzień cieszyło oczy, igrając radośnie na falach tych JEZIOR dokoła :D

      • Baba Aga 20/09/2017 at 08:30

        No to wlaśnie ja ten krok mam nawet jeszcze niżej i sobie chwalę, chociaż jest ryzyko podczas zbiegania po schodach, ze się noga zaplącze, a że Ty żyjesz w ciągłym biegu, to tak bezpieczniej. A zdjęcia przecież bym nie wysłała z brzuchem :-D

  14. mp 19/09/2017 at 15:58

    A musi to zboże koniecznie w workach stać w Różowym Pokoju ? Może da się w nim wygrodzić deskami część na zsypanie zboża prosto z przyczepy rurą przez okno ? Od samego czytania o tych dźwiganych workach zmachana jestem :-)
    Sesja balotowo-baletowa super , a sery wyglądają tak, że jak tylko skończę się łudzić, że z kolejnej próby odgrubiania coś wyjdzie, to ustawię się w kolejce.
    Zgadzam się z dziewczynami, że notka wcale nie była za długa, tymi ziemniakami to tylko zanęciłaś i co dalej z nimi ? Czekam na sagę ziemniaczaną.

    • kanionek 20/09/2017 at 01:13

      My też najpierw tacy mądrzy byli, ale zapomnieli, że na tyły domu się nie da wjechać niczym szerszym od roweru (bo jabłonka, bo krajzega, bo kupka węgla, bo ogródek skalny bez amorka po drugiej stronie), a do tego część okien w domu to tzw. witryny, czyli nieotwieralne, bo tak było taniej. I tak się złożyło, że mogliśmy sobie rurą co najwyżej do kotłowni to ziarno zsypać, ale nie wiem, czy kozy chciałyby jeść owies z cząsteczkami węgla i sadzy ;)

      W przyszłym roku być może zbudujemy (czyli Mały Żonek zbuduje) coś na kształt silosa, o ile znajdziemy na to czas i dobry, niskobudżetowy pomysł.

      Niee no, życie ziemniaka to nie „Moda na sukces”, skandalu nie będzie, tylko takie tam, zwyczajne Kanionka gadanie o niczym. Ale może uda mi się Was czymś zaskoczyć, może będzie jakiś konkurs, MOŻE, bo jeszcze nie wiem, czy się odważę.

      • mp 20/09/2017 at 17:55

        W takim razie niechaj się silos stanie !

        Konkurs na pomysł, jak z folii, gwoździ po Cebulackich i setki spluwaczek, kupionych okazyjnie od AMW, wybudować silos, kozią zagrodę z private roomem dla emerytowanej Bożeny i mysiej rodziny, eksmitowanej z Gwiazdolota ? Ale może być też inny, masz tak mocną ekipę w Oborze, że pewnie żaden konkurs jej nie straszny :-)

        • kanionek 22/09/2017 at 00:55

          Łii, to byłoby zbyt łatwe!
          Mój konkurs, jeśli do niego dojdzie, będzie nie tylko trudny, ale i straszny. Mogą być ofiary śmiertelne, zwłaszcza wśród osobników delikatnych, o niskim progu tolerancji badziewia ;)

  15. mitenki 19/09/2017 at 18:44

    Przez Ciebie zakrztusiłam się obiadkiem :))))))) I zasmarkałam ze śmiechu :))))))))
    Cudna ta sesja :)))))
    Jak już odzyskam oddech, poczytam dalej :))))

    • kanionek 20/09/2017 at 01:16

      Przekazałam głównym sprawcom, wszyscy dziękują za komplementy :)

      • mitenki 20/09/2017 at 05:11

        Kanionku, ja się broń porze nie śmiałam z blogerki modowej ani wizażystów, tylko wróciłam do domu tak wkurzona na siebie, że dopiero obejrzenie Twojej sesji i poczytanie komentatora (nie umieściłaś autora komentarzy do sesji – MŻ?) poprawiło mi humor :)
        Taki młody człowiek, znaczy pies jak Pasztefon tak brzydko się wyraża? Nie ładnie ;)
        Ostatnie zdjęcie sesji – świetne!
        Niezmiennie podziwiam Twój nienaganny pedikiur :)
        Czy te kwiatuszki między pomidorami to aksamitki? Chcę takie! Zwłaszcza te w paseczki!
        I chcę/pożądam pijanego serka, tylko mam nadzieję, że nie będzie miał pleśni – zielonej, czerwonej, niebieskiej czy jakiej tam. Jak bezpleśniowiec, to się zapisuję na niego – sztuk 2!
        Szkoda że nie masz stodoły. Może ten mój sen, o którym Ci kiedyś wspominałam – jak wespół-zespół ze wszystkimi Kozami budujemy stodołę (jak w tym hamerykańskim filmie z Indianą Jonesem i amiszami) okaże się proroczy? Tylko widzę jeden problem – w filmie stawianiem stodoły zajmowali się mężczyźni, a w Oborze same Kozy…

        Instalacja artystyczna…hmmm. Ja jestem profanem i na takiej SZTUCE się nie znam, a folię malarską po skończonym remoncie powinno się wyrzucić do odpowiedniego kontenera, a nie wywieszać za okno. Należy się mandat jak nic!
        I stanowczo za duży koszt tej „instalacji artystycznej”, bo 3 opakowania niebieskiej folii i jedno białej to wydatek zaledwie kilkunastu złotych.

        Wózek świetny, czymś takim u mnie w fabryce przewozi się ciężkie rzeczy.
        Nie pochwaliłaś się efektem końcowym szafki pod zlew, jestem ciekawa jak wygląda. Pokażesz?

        • kanionek 22/09/2017 at 00:32

          Oczywiście, że pokażę. Jestem z tej szafki dumna, jakbym ją sama zrobiła :)
          „Pijany Ziokołek” jest bezpleśniowy, ale powstrzymajcie ślinotok, bo jeszcze nie wiadomo co z niego wyjdzie. Zrobiłam ledwie pięć krążków, i to małych, gdyż bałam się zmarnować za dużo mleka (i wina), z góry wiedząc, że to ser dość wymagający. Być może krążki powinny być większe, no ale to się wszystko okaże.

          Tak, kwiatuszki to aksamitki. Bardzo ładne, wdzięczne i proste w obsłudze. Tak proste, że u mnie pozostały w fazie rozsady (tak, nie miałam czasu ich powtykać w ogrodzie, więc wciąż tkwią w paletkach do rozsady!), a mimo to zakwitły :)

          Komentarze do sesji? Są autorstwa autentycznych autorów! Ja to tylko spisałam i umieściłam gdzie powinno być. A pedikiur to jest taka historia: ja nie mam czasu na takie rzeczy, ale mam szczęście idioty. Ono mi kazało kupić (jakieś sześć lat temu, gdy jeszcze pracowałam w biurze) taki lakier do paznokci, którego nazwy nie pamiętam, a nie chce mi się teraz iść sprawdzać, no i ten lakier jest niezwykle trwały, choć już mocno przeterminowany (a może właśnie dlatego…). No więc ja paznokcie u stóp maluję raz w miesiącu! I nawet chodzenie po lesie temu lakierowi niestraszne :)

  16. Bo 19/09/2017 at 20:14

    I jak tu zamawiać sery, kiedy te znane smaki koniecznie trzeba nabyć (bo dobre i znane), a te nowe koniecznie trzeba nabyć (bo na pewno dobre i nowe).
    Sesja balotowa super. Kolorowe galoty, baloty, psie pięknoty, Kanionkowe psoty… Wybiegi czekają. Podglądaj kozy na ich wybiegu, ucz się i ćwicz. Daleko od Was do Niujorka albo Milana? Aha i koniecznie zastrzeż pomysł pleneru, bo Wam go podprowadzą, a co gorsza baloty wywloką gdzieś do wielkiego miasta i kozom nie będzie co włożyć do żłobu.
    Instalacja moim zdaniem powinna się nazywać”Pomoc państwa ofiarom huraganu”. U Was też z foliowego cyklu „Czarny Staw Gęsiowy trochę pionowy”. Kontrast białej, smukłej szyi z czarną folią niezwykle mocny. I przewrotna gra słów – Niewinna Melina.
    Zresztą wszystkie zdjęcia świetne.

    • kanionek 20/09/2017 at 01:28

      Fszystkie prawa zestrzyżone!
      (tak mi poradziła napisać Irena)

      Niewinna Melina
      taniec pingwina
      na czarnym szkle
      to do mnie przemawia
      jak ostatni krzyk pawia
      przez domofon w bloku
      Melina dostojna w kroku
      ta sztuka mnie dotyka
      z rynsztoku do kurnika
      życie jak tęcza
      choć warga zajęcza
      każdy ma błonę między palcami
      wszyscy jesteśmy
      Melinami

      To jest MOJA interpretacja mojej instalacji, proszę podziwiać i popadać w medytacyjne odrealnienie.

      • RozWieLidka 25/09/2017 at 16:15

        WOW 😲
        Ta poezja….
        Poległam. Szacun

        • kanionek 27/09/2017 at 00:05

          Aaa, to dlatego nikt się nie śmiał?
          Jestę poetę!
          Ale nie, nie bójcie się, dużo więcej tego nie będzie, bo zazwyczaj nie mam czasu poetykować ;)

      • mitenki 27/09/2017 at 00:15

        Kiedyś słyszałam o świeżości w kroku, a Ty poszłaś dalej…
        „dostojna w kroku”

        Wow!

  17. jewka 19/09/2017 at 20:48

    Kanionku, masz jakiś sklepik ? Jak można zostać szczęśliwym degustatorem Twoich serów

  18. Teatralna 20/09/2017 at 06:35

    portki wysmienicie leżą na miare normalnie i pasuja do balotów jak ulał ))

    • kanionek 22/09/2017 at 00:35

      No właśnie, jak na miarę szyte, a Ewa mnie nawet przecież nie widziała.

  19. diabel-w-buraczkach 20/09/2017 at 08:02

    Wypasiona sesja, „Galots on the balots 2017”, piekne! :D

    A tak poza tym, to jak zwykle nasuwa mie sie pytanie: KIEDY? Kiedy Ty masz czas to wszystko robic, nie pojmuje, po prostu nie pojmuje. Same te sery to zajecie na pelen etat, a gdzie reszta?!

    • kanionek 22/09/2017 at 00:37

      Jak to „kiedy”? W ponachwilkach :D
      (ale tak NAPRAWDĘ jestem mutantem – mam osiem rąk i dwie głowy, tylko na zdjęciach to retuszuję, bo nie lubię epatować swoją wyjątkowością)

  20. sunsette 20/09/2017 at 18:40

    Uwielbiam. No uwielbiam Kanionka.
    Najlepsza sesja modowa, jaką widziałam. A foto nr 3 z sesji – dla mnie Nr 1!!!
    Te baloty siana porażają ogromem, podobnie, jak ilość przewalanego owsa. A z tym serem, to znowu mam skojarzenie z Pratchettem – jak napisałaś o tych toczonych wielgachnych emmentalerach, od razu przed oczami stanął mi Ser Horacy, co brał udział w walkach, tocząc się po zboczu i zbijając wroga z nóg;) Niestety mam świra na punkcie Świata Dysku, wybaczcie. Ale każdy ma jakiegoś bzika, na przykład Kanionek widzi sery nawet we śnie, co mnie osobiście nie dziwi. A czas, jak wiadomo, jest pojęciem względnym, jak trzeba, to się rozciąga, prawda. Toteż wcale mnie również nie dziwi, że akurat na realizację coraz to nowych serowarskich pomysłów Kanionek czas znajdzie zawsze. Ku naszej wielkiej radości rzecz jasna:)

    • kanionek 22/09/2017 at 00:11

      No czas to niby zawsze można wyrwać, choćby z puli nocnego spoczynku, ale mleka coraz mniej, i zaczynam lekko drżeć w obawie, że jak tak dalej pójdzie, to nie zrobię tego kurzego łaj… Znaczy Belper Knolle! A on mi się TAK spodobał, że muszę. Przepis mówi, że z koziego mleka też można, więc tym bardziej muszę.

      Co do wielkich szwajcarskich serów, z wielkimi dziurami, to ja bym mogła w takim krążku zamieszkać. Tylko nie mówcie tego moim kozom :D
      Już mnie zżera ciekawość, czy mój „szwajcar” z koziego mleka będzie choć w połowie przypominał oryginał.

  21. Kania 21/09/2017 at 18:17

    Czas wymyślić i opatentować nowy gatunek sera. KoneSERzy będą zjeżdżać z całego świata, żeby go spróbować:) Tegoroczna produkcja coraz ciekawsza, szkoda że miałam okazję spróbować tylko kilku serów, a wszystkie były rewelacyjne.

    • kanionek 22/09/2017 at 00:04

      Tak sobie właśnie myślałam robiąc ten eksperyment w sierpniu, ale być może własne zęby prędzej zjem, niż wymyślę nowy, dobry ser. Jest tyle zmiennych i tyle drobnych sczególików, które mogą w serze wszystko zmienić…
      Cała ta produkcja przedstawiona w najnowszym wpisie to wciąż jedna wielka niewiadoma (ja np. teraz wychodzę z siebie zastanawiając się, czy w środku mojej koziej gorgonzoli NA PEWNO rośnie pleśń i przyznam szczerze, że próbowałam zajrzeć z latarką w te dziurki, co je szpikulcem porobiłam, ale OCZYWIŚCIE, że nic tam nie widać i pozostaje mi trwać w agonii niepewności), więc jeszcze nie masz czego żałować :)

      • Ania W. 22/09/2017 at 09:47

        Endoskop by się przydał :) oraz usg :)

  22. ciociasamozło 22/09/2017 at 11:42

    Właśnie spróbowałam sera długodojrzewającego.
    WOW!!!
    To jest absolutnie profesjonalny, przepyszny ser! Nieco zbliżony do parmezanu, twardy ale krucho-mazisty. W połączeniu z winem to będzie petarda!

    • kanionek 22/09/2017 at 23:19

      Ooo, dziękuję, Ciociu Wspaniała! Trochę się obawiałam, jak przyjmiecie ten nowy efekt moich piwnicznych knowań. Pierwszą próbkę otwierałam drżącą ręką, Mały Żonek orzekł, że owszem, inny niż ubiegłoroczny, ale chyba nawet lepszy, no ale Mały Żonek ma nieco odmienny gust (od mojego to nawet bardzo odmienny), więc czekałam na opinię osób trzecich ;) To znaczy jedna już była, gdy ten właśnie ser poleciał w sierpniu do Ameryki, ale dwie opinie to wciąż wynik na granicy błędu. Teraz dopiero zaczynam nabierać przekonania, że wyszedł mi dobry ser :)

      • ciociasamozło 23/09/2017 at 16:46

        Jak dla mnie lepszy od zeszłorocznego. Knuj dalej ;)
        A dzisiaj śniadanie zrobił nam twarożek. I z pomidorem, i z dżemem, i samodzielnie – pychota.

  23. Jolanta 22/09/2017 at 22:26

    Kanionek jako model wymiata absolutnie! Kanionek pod czerwonym parasolem i jako żuraw w locie bezkonkurencyjne!!! O pracowitości nie będę pisać, powala mnie na kolana. I sery… dołączyłam do grona zaślinionych. Chcę sera i mam na niego nadzieję.

    • kanionek 22/09/2017 at 23:24

      Och, masz nawet stuprocentową szansę – już odpisałam na Twojego maila :)
      (No łatwo mi poszło z tym żurawiem, bo miałam okazję podglądać samca w zalotach w tym roku. Teraz ćwiczę odloty na zimę!).

  24. wy/raz 24/09/2017 at 17:13

    Doprowadziłaś do dużego stopnia zaślinienia i totalnego ogłupienia. Ja już nie wiem JAKI ser chcę. Bo chcę każdy. Maila skrobnę. Ukłony za prześliczną stylistykę dotyczącą Belper Knolle, uśmiałam się i czytałam każdemu.
    Wielki Żonku, czytając kolejny raz jak rozmawiasz ze zwierzyńcem poczułam takie ciepełko…
    A tak na marginesie chciałam zapytać czy przyszłoroczny kalendarz będzie mógł zawierać Kanionka? Bo mam swoje ukochane zdjęcie z dynią. W końcu to kozi kalendarz ;-)). A skoro już wyszłaś na wprost potrzebom serca swoich wielbicieli jako blogmodelka to czemu nie?

    • wy/raz 24/09/2017 at 17:16

      P.S. Kanionku, a orłokury wylądowały? Przekonały się do nowych apartamentów?

      • kanionek 24/09/2017 at 21:15

        A wiesz, co Mały Wielki Żonek mówi kozom? Mówi tak: „Zapamiętajcie sobie dobrze moje słowa, drogie koziołki, i nie ufajcie Kanionkowi. NIGDY. Bo wam się na przykład wydaje, że Kanionek to was zaprasza na ziarka i że taki dobry dla was jest, a podczas gdy wy sobie jecie te ziarka, to co robi Kanionek? No co? Kradnie wasze mleczko! No serio, serio, Ela, twoje mleczko też kradnie”. A ja się potem dziwię, że kozy na fochu.

        Kurokezi nadal na drzewach (oraz drabinie, na której wieszaliśmy swoje kosy, ale już nie wieszamy, bo je nam kurczaki co noc obsrywały), ponieważ w kurniku wychowuje się młody narybek (sztuk 16, ale jeszcze jedna matrona wysiedziała sobie 10 sztuk na strychu obory, TAK, ZNOWU, i one też niedługo zostaną przeniesione do kurnika). Siedzą tam ze swoimi mamuśkami, na pół dnia są wypuszczane, żeby uczyły się życia w lesie, ale na noc zamykamy drzwiczki, a to dlatego, że małe kurczaki nie jedzą jeszcze pełnego ziarna i trzeba im przygotowywać specjalne dania i karmic kilka razy dziennie, a gdyby drzwiczki kurnika były otwrte, to stare kurczaki właziłyby tam, żeby się nażreć, a na noc i tak szłyby na drzewa. Gdy już młodzież się odchowa, to drzwiczki będą otwarte dla wszystkich. Strona pozytywna takiego rozwiązania: mamy nowe pokolenie kurczaków, które nowy kurnik traktują jak swój dom (te małe picimpulki już śpią na grzędach!) i jest nadzieja, że to da starym kurczakom do myślenia.

        Strona negatywna jest taka, że na razie jajek wciąż szukamy po krzakach, a i tak najwięcej znajduje Pimpacy, w związku z czym spasł się jak świnia i dostaje tylko połowę swojej dotychczasowej miski kulek. Pasztefon też jest niezły w „dorwij jajko, zanim człowiek je dorwie”, Mając w razie czego zawsze może cudze jajko zawłaszczyć, Atos nie kuma co się robi z jajkiem, a Laser rzadko się na jajka załapuje, gdyż zwykle wychodzi z domu dopiero około czternastej. Przed południem to już w ogóle żadna siła nie wyciągnie go spod kołdry i czasem się zastanawiamy, czy on ma normalny, psi pęcherz, czy może zbiornik paliwa od Nyski.

        To tak w skrócie o tym, co słychać u kurczaków ;)

        • kanionek 24/09/2017 at 21:20

          Jeśli będzie kalendarz na nowy, kozi rok, to może zawierać Kanionka, a nawet śladowe ilości orzeszków ziemnych i gluten. To jest WASZ kalendarz :) Choć przyznam, że sama się z niego cieszę (wisi w kuchni) i teraz np. żałuję, że wrzesień się kończy, bo bardzo lubię tę fotkę z Ziokołkiem słuchającym ściany.

        • wy/raz 24/09/2017 at 21:42

          Niemożliwe!!! Kozy na pewno nie wierzą, a są na fochu bo są kozami. I jeszcze się nie urodził kto by kozom dogodził. ;-))
          Wychodzi, że pieski jajkowe będą miały najpiękniejszą sierść na świecie. Dobrze, że rośnie dobrze ułożona część kurzego stada. W końcu wam się też należy jakieś jajko.
          Właśnie logicznie wyszło mi, że ponieważ u was z sierścią krucho, to nie wiem co z tymi jajkami.

          • kanionek 26/09/2017 at 23:49

            No u nas z sierścią krucho WŁAŚNIE DLATEGO, że mamy znaczący niedobór jajek w organizmie!
            Jestem pewna, że gdybym jadła dziesięć sztuk dziennie, to w plecy już by mi było ciepło i bez kurtki, a tak? Wszystko tu się pasie na naszej krzywdzie.

          • Iza 29/09/2017 at 18:28

            PODOBNO istnieją psy, co umieją wchodzić po drabinie (schodzić – podobno – też). PODOBNO do zdobywania nowych umiejętności wystarcza indywidualnie dobrana motywacja – to drugie mogę potwierdzić, w ten sposób nauczyło się chodzić moje najmłodsze dziecko, uwielbiające michałki. :D :D
            Więc ja nie wiem, czy te szanse państwa Kaniokostwa na dużą jajecznicę są jakieś przesadne, jak psy się zorientują, skąd wziąć więcej jajek…

          • kanionek 29/09/2017 at 19:54

            Mały Żonek nie taki głupi i to już przewidział, robiąc nowy kurnik – otwór wejściowy jest tak mały, że… O KRUWA, Pasztefon się zmieści :-/

        • mitenki 24/09/2017 at 23:34

          A zdjęcie picimpulków śpiacych na grzędzie gdzie?
          Kanionku tu odpowiem częściowo na maila, bo nie umiem się zalogować w tele – nie bede naciągać grafiku bo jeszcze pęknie. Niech zostanie 10. Buziaki z miasta krasnali

          • ciociasamozło 25/09/2017 at 09:47

            O! Mitenki, liczysz krasnale we Wrocku?

          • mitenki 25/09/2017 at 11:32

            Ciocia, rozszyfrowałaś tajną wiadomość!

          • kanionek 27/09/2017 at 00:03

            To ja się tu wstrzelę: zdjęć picimpulków na grzędzie nie ma, bo one na grzędę idą tylko spać, czyli gdy ciemno jest, i musiałabym robić zdjęcia z lampą, a wtedy na bank pospadałyby z przerażenia :D

  25. mitenki 24/09/2017 at 23:42

    Jeśli chodzi o kalendarz, to mnie się marzy na okładkę główne blogowe :)
    Masz w dobrej jakości?
    A do środka zdjęcia tym razem WSZYSTKICH mieszkancow Kanionkowa.

    • Bo 26/09/2017 at 20:50

      A kalendarz z codziennie zrywaną kartką – to może wszyscy się załapią 😊

      • Bo 26/09/2017 at 20:59

        A właśnie, Kanionku, ile macie teraz stworzeń ?

        • kanionek 27/09/2017 at 00:07

          Jest taka liczba znana matematykom, co się nazywa: bez liku ;)
          Z tymi wszystkimi stworzeniami jest jak z półprostą – początek był całkiem wyraźny, a końca nie widać.

        • mitenki 28/09/2017 at 21:47

          Jak mamy zrobić dzienny zrywany, to musi być ponad 300 stworzeń.
          Kanionku, naliczysz tyle?

          • Iza 29/09/2017 at 18:31

            I Wy, za przeproszeniem, chcecie zrywać TAKIE fotki?!
            I może jeszcze je do kosza wyrzucać?!

          • kanionek 29/09/2017 at 19:51

            Można nie wyrzucać, tylko systematycznie tapetować sobie nimi mieszkanie. Kalendarze „zrywane” są dużo mniejsze od tych klasycznych, więc powierzchni ścian powinno wystarczyć na kilka lat. A później, od biedy, są klatki schodowe i mieszkania sąsiadów. Chodniki miejskie, przychodnie, przedszkola i spółdzielnie mieszkaniowe. Przystanki, drzewa w parkach i komendy Policji (na komendę I TAK traficie za wandalizm, więc co Wam szkodzi wziąć te kilka kartek ze stycznia ze sobą). Możliwości są nieograniczone!

          • kanionek 29/09/2017 at 20:33

            Jeśli każdego kurczaka nazwiemy innym imieniem… A do tego dodamy turkucia podjadka, któremu zrobiłam kilka fotek jakiś tydzień temu, to jasne, że tak!

        • Bo 29/09/2017 at 21:05

          Można nie zrywać, tylko przekładać kartkę z minionym dniem i przytrzymywać gumką . Widziałam kiedyś taki patent. Po zakończeniu roku mamy książeczkę, którą możemy przeglądać i się cieszyć od nowa i od nowa.

    • kanionek 26/09/2017 at 23:59

      Może gdzieś jeszcze mam oryginał tego zdjęcia, choc to bardzo dawno było. Tak dawno, że Ziokołek się wypiera jakoby kiedykolwiek chodziła na smyczy ;)

    • wy/raz 28/09/2017 at 15:42

      I serów, żeby można się było poślinić w niemlekowych porach roku…

      • mitenki 28/09/2017 at 22:01

        O, i to jest rozwiązanie, gdyby zabrakło nam bohaterów do kalendarza!
        Proponuję konkurs – „Zanim pożresz serek zrób mu sesję zdjęciową”
        Najlepsze zdjęcia opiblikujemy w kalendarzu :)

        • kanionek 29/09/2017 at 20:32

          To jest bardzo dobry pomysł! Tu jest mnóstwo osób, które wiedzą jak ładnie pokazać jedzenie, i nie tylko. Ja większość zdjęć robię w kuchni na tle ceraty na stole, a do tego, z braku czasu za dnia, najczęściej pstrykam wieczorem, więc z lampą, i te sery wychodzą tylko trochę ładniejsze od samej ceraty.

        • mitenki 30/09/2017 at 00:07

          No nie wiem jak to z tym „piblikowaniem” będzie…
          Serek wędzony z orzechami zniknął jak sen złoty, ledwo go rozpakowałam.
          Podejrzewam kota!

        • wy/raz 30/09/2017 at 18:32

          Wiecie, ja nie przepadam za zrywaniem codziennie kartki. Z miesięczną jestem tak pi razy oko na bakier, aż zauważę, że coś się zmieniło w epilektyce. Ale tak mi przyszło do łeba, że można by boczkiem puścić jakiś sprawdzony nasz Kanionka przepis i piękne zdjęcie spodni w stylu barbarelli ;-)) z właściwą wkładką – KANIONKIEM. Jak jest już propozycja wszystkich!!! mieszkańców 12 zdjęć może być problemem. Ale od czego jest forum kóz.
          Pomysł Mitenki suuuper. Tylko jak to technicznie wykonaĆ?

  26. Jolanta 26/09/2017 at 21:24

    No jak to – tylko 100 komentarzy! Zaczynam drugą setkę.
    A Kanionek do mnie napisał! I dostanę serki!!! Oj wiem, ze do Was już od dawna pisze i sery już też jadłyście. Ale i tak się cieszę, jak nie wiem co :)

    • kanionek 27/09/2017 at 00:09

      Brawa dla tej Pani! Kto normalny kończy na jednej setce?
      Pijmy, znaczy PISZMY drugą!
      Bo na drugi wpis we wrześniu to się nie zanosi ;)

  27. Baba Aga 28/09/2017 at 22:18

    Przyszła paczka pachnąca wędzarnią u Kanionka, na pierwszy rzut poszedł twarożek z popiołem i lawendą, tzw „Lawendowa fantazja”, no jak dla mnie bomba, do tego lawendowa herbata z Krakowskiego Kredensu i miałam lawendowy wieczór, ale małżonek był zaskoczony smakiem i pobiegł po wędzony z orzechami i to był jego typ, jest zachwycony, a ja wąchałam i pachnie pięknie, bo ja orzechów nie mogę. Psu smakowały oba i był nachalny po spróbowaniu. Tyle na dzisiaj, zostały jeszcze trzy :-D
    Tym samym z tego miejsca dziękuję bardzo, zwłaszcza, że sery zmotywowały naszą przyjaciółkę do przyjazdu na weekend ponad 200km, a ona jest świetną masażystką, i my jej sery a ona nam masaż :-) To będzie piękny weekend.

    • kanionek 29/09/2017 at 20:28

      „małżonek był zaskoczony smakiem” – podoba mi się! Oto jak można ładnie ująć fakt, że ktoś wypluł z odrazą kawałek sera :D Muszę zapamiętać. Jeśli mnie gdzieś poczęstują flakami, albo tutejszym, słynnym „leczo z opieniek” (znanym również jako „leczo z opieńków”) i zapytają jak mi podeszło, to odpowiem, że byłam zaskoczona smakiem! Oni też będą zaskoczeni moją ripostą, ale grzeczność nie pozwoli im zapytać, co dokładnie miałam na myśli. Cudowne.

      Przepraszam, ja na śmierć zapomniałam, że Ty orzechów nie! Ale drugi wędzony możesz zjeść, więc UFF :)
      Słuchaj, a ta koleżanka… Bo gdyby jej te sery smakowały, to ja mam jeszcze sporo w piwnicy, a i świeżych bym mogła zrobić (oj tam, oj tam, że kolejka i zamówienia do 20 października), mogłaby TYDZIEŃ tu siedzieć i te sery jeść, i oczywiście wcale nie chodzi mi o te masaże, tylko tak, z dobrego serca mówię…

      • wy/raz 30/09/2017 at 18:51

        @Babo Ago mam nadzieję, że jesteś już wymasowana. I że jeszcze się trzyma taka miła błogość. Poserowo-masażowa.

        @Kanionek. Kurczczę, a ty też nie flakowa? I nie pożerająca kęski rosnące w gardle? Grzyby , mogę spędzić pół życia na ich zbieraniu i nie jeść ich poza formą osuszoną (wywar suszu) lub zmieloną po suszeniu (patrz farsz itp.). Cała reszta rodu ma uciechę. Nie lubię niczego co jest oślizgłozniesprecyzowane w ustach. Nie dla mnie owoce morza i krewetki (choć one ponoć trzaskają).

        • kanionek 02/10/2017 at 00:23

          A nie, grzyby to ja lubię w każdej postaci, a takie oślizłe maślaczki w occie to mogę łyżkami jeść. Łyżkami od koparki!
          Krewetki jadałam często, gdy pracowałam dla Chińczyków, i były to krewetki PRZERÓŻNE, od małych jak guziki do wielkich jak raki, na ostro, na słodko, w cieście, sosie, zupie… Wszystke pyszne, byle nie były niedogotowane ;)
          Ja mam problem z mięsem, a raczej niektórymi jego formami. Nie znoszę tłustego. Poprzerastanego jakimiś ścięgnami, żyłkami, błonami… Jeśli w pasztecie trafię na kawalątek chrząstki, to koniec, nie tknę pasztetu przez rok, albo i dłużej, dopóki nie zapomnę. A flaki to dla mnie w ogóle nie jest mięso, bo to FLAKI. Wątróbki nie tknę nie z powodów wydumanych, tylko odruchu bezwarunkowego – na zapach wątróbki reaguję odruchem wymiotnym, a jeśli zapach jest nachalny to na odruchu się nie skończy ;)

          • Iza 03/10/2017 at 09:06

            Wątróbkę i flaki lubię, ale nie jadam, bo jestem w swojej miłości do nich odosobniona, a na jedną osobę robić to szkoda fatygi. Póki żyła teściowa, to robiłyśmy sobie uczty dwuosobowe, a teraz… :(
            Ale ja do Ciebie, Kanionku, muszę w takim razie pójść na kurs kulturalnej konsumpcji tych wszystkich małych i dużych krewetek w postaci „ubranej”, bo one tu u mnie występują licznie, a ja się czuję niedokształcona. Z homarem to sobie jeszcze poradzę kulturalnie, bo to duże zwierzę, ale obsługa krewetek w takiej paelli „palcyma”… no nie. :(

      • Baba Aga 01/10/2017 at 19:03

        O nie moja droga, nikt w moim towarzystwie by nie ryzykował pluciem lub oczernianiem Twoich serów, i te 20 lat trenowania kung fu naprawde nie robi żadnej różnicy :-D naprawde był po prostu zaskoczony. Na ile znam naszą masażystkę to nie byłby dla niej problem, im więcej szaleństwa, tym lepiej. Zaproponuje jej wieczorem taką transakcję.

  28. zerojedynkowa 29/09/2017 at 14:19

    Widzę, że sekcja komentarzy jest w stanie agonalnym. Kozy! Ja nie mam co czytać! Zlitujcie się i coś napiszcie. Dla rozpoczęcia tematu dorzucę swoje trzy grosze. A propos kończyny czy koniczyny. Znam osobę, która tak przekształca niektóre wyrazy, że mi się nóż w kieszeni otwiera i mam ochotę odciąć sobie uszy, kiedy mówi np.
    Widziałam taki ładny wisiorek SREBNY z KOŃCZYNĄ. Albo: na obiad robię SZPAGETTI, a na deser będę jadła GREJFUTA. Rozłożyła mnie ostatnio opowiadając, jak ktoś ogrzewał się AKWARELKAMI…

    • kanionek 29/09/2017 at 20:16

      No co – jak miał dużo tych akwarelek i je podpalił…

      Ja miałam kiedyś MNÓSTWO takich perełek, niewykluczone że nawet zeszyt założyłam, ale nie pamiętam. Wszystkie z czasów pracy w urzędzie. Jedna baba tam zatrudniona była klasycznym młotem parowym i wyjątkowo działała mi na nerwy, a gdy po raz setny słyszałam, jak mówi „poszłeś”, „wzięłeś” lub „włańczać”, to ja szłam do toalety i robiłam sobie okład na czoło z zimnych kafli. Najbardziej chyba robiło mnie „KUPYWAĆ”. Jak ona opowiadała, co sobie NAKUPYWAŁA, to mi łzy nosem ciekły. Było coś jeszcze, była jakaś straszliwa wisienka na tym gorzkim torcie, ale moja demencja zamknęła tę szufladkę i połknęła kluczyk.

      Pamiętam za to, również z urzędu, panią Grażynę, która używała „bynajmniej” zamiast „przynajmniej”, i choć trochę mnie to bolało w uszy, to nie miałam ochoty wypruć jej flaków i nakarmić nimi piwnicznych kotów. Pewnie dlatego, że pani Grażyna była człowiekiem dobrego serca, w przeciwieństwie do tej pierwszej. Ludziom, których lubimy, łatwiej się wybacza, prawda?

      [Ale wiecie, że temat jest śliski? Bo tak naprawdę każda (jest tu jakiś każdy?) z nas robi jakieś tam błędy, w mowie i piśmie, oczywiście nieświadomie, bo na tym cały problem polega, i żeby się zaraz nie okazało, że będziemy sobie te drzazgi i belki z oczu wydłubywać, grabiami, do krwi ;)]

      • buskowianka 29/09/2017 at 21:57

        O, też za czasów pracy w budżetówce miałam koleżankę od „bynajmniej”. Pamiętam, była zima, inna koleżanka z pokoju spóźniała się do pracy, rozmowa telefoniczna: „Bynajmniej jedź ostrożnie” :D Ale że dziewczyna była do rany przyłóż, to wspominam raczej z rozczuleniem, niż ze zgrzytającymi zębami.
        Aktualna kołorkerka już nie jest taka sympatyczna i jej „ekspresso” trudniej przełknąć. I półtorej! W sensie, półtorej roku, półtorej tygodnia. Aaaaggrr, aż mnie ciarki przechodzą.

        Przyznaję bez bicia, że mnie się czasem wymsknie „garczek”, ale to podobno regionalizm, w każdym razie często słyszę w okolicy.

        • wy/raz 30/09/2017 at 19:32

          A teraz test na spostrzegawczość językową. Mówicie DURSZLAK czy DRUSZLAK?

          • buskowianka 01/10/2017 at 22:06

            Ha! Dziecięciem będąc poprawiałam każdego, kto przy mnie powiedział „druszlak”. Najbliższa rodzina używa więc „durszlaka”, nie mieli wyjścia.

          • kanionek 01/10/2017 at 23:54

            Ja zawsze mówiłam „durszlak”, choć najchętniej nie mówiłabym wcale, bo „durszlak” brzmi okropnie (choć „cedzak” też brzydko), a teraz sobie sprawdziłam, skąd się w ogóle takie słowo wzięło, no i wszystko jasne: z niemieckiego!

          • Jagoda 03/10/2017 at 11:04

            Piszę durszlak, a zdarza mi się powiedzieć druszlak, sama się na tym przyłapałam niedawno i głośno się zastanawiałam jak jest poprawnie.

        • Baba Aga 02/10/2017 at 20:34

          Z durszlakiem kojarzy mi się taka anegdotka, jak poszedł Polak w Niemczech do sklepu kupić sitko, tudzież durszlak i tłumaczył pani, głośno i wyraźnie, a pani nic wreszcie wysił swój talent i powiedział ” woda wek, makaron curik” i u nas w domu od dawna to jest to coś co to no wiesz woda wek makaron curik

          • Anomin 03/10/2017 at 19:27

            A ja mam inne (juz nie gramatyczne) ale tez ciekawe skojarzenie z durszlakiem: Urszula Dudziak opowiadala jak kiedys tam w Nowym Jorku przygotowywala taka typowo polska wigilie. M.in. gotowala duzy gar czerwonego barszczu, bardzo sie starala, no bo wiecie: moze stracic kolor itd, wiec pilnowala go troskliwie i cierpliwie i gdy uznala, ze juz czas to wziela durszlak czy tez sitko i fruuu ten barszcz nad zlewem! No wiecie: barszczyk wek, buraki curik

          • wy/raz 03/10/2017 at 20:08

            A jak jeszcze byłam w podstawówce uczono mnie, co mi na dzień dobry wyglądało dziwnie w podanych przykładach naleciałości z innych języków w polskim. Polskie po lewo – niemieckie po prawo, teoretycznie według podręcznika i nauczyciela oznaczało TO SAMO:
            podomka – szlafrok
            szklanka – filiżanka (tu nie pamiętam które z którego języka po której stronie).
            Było jeszcze kilka perełek, ale… nie pamiętam. Natomiast te dwa przykłady były straszne. Dla mnie oznaczały zupełnie różne rzeczy i wpływu za nic nie mogłam zrozumieć.

          • Baba Aga 03/10/2017 at 22:42

            #Anonim, zrobiłam to samo z pierwszą zupką mojego pierwszego dziecka, ważyłam, obierałam, gotowałam i opowiadałam pierworodnemu jakie pyszne jedzonko matka gotuje i ,że pierwszy raz w życiu takie rarytasy, marcheweczka, ziemniaczek w odpowiednich proporcjach i po odcedzeniu zostały same warzywka, płakałam nad zlewem.

        • kanionek 02/10/2017 at 20:42

          A KAPUCZYNO też lubi ta koleżanka?
          Co do „półtora” i „półtorej” to nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie mają z tym problem. Rodzaj żeński, męski i nijaki chyba każdy „czuje”, niewiele o tym myśląc? Półtorej doby, kanapki, godziny. Półtora dnia, bochenka, wieku. Ale teraz sobie myślę, że może nie wiedzą, a „półtora” kojarzy im się z połową szyny kolejowej ;)

          • Iza 03/10/2017 at 09:16

            No właśnie ludzie czują te rodzaje gramatyczne, i to wszystko przez to. :D :D
            Półtora talerza, ale półtorej miski, przecież to takie logiczne…
            Dla mnie, szczerze mówiąc, również, więc muszę się pilnować. :)
            A samo słowo mnie też się z kolejnictwem kojarzy i za nic nie mogę zrozumieć, skąd się wzięło.

          • Iza 03/10/2017 at 09:23

            A nie, wróć, bredzę… Idę po pierwszą kawę. :)

      • wy/raz 30/09/2017 at 19:22

        Kanionek, to proste poszłeś jak było bliski, poszedłeś jak dalej…

      • Baba Aga 01/10/2017 at 19:14

        Oj tak, nie wiem czemu ale na Kaszubach mówią ogarynać, doprowadza mnie to do szału,nie ogarniam, ale on ogaryna aaaawaa. Kurtka jest skórowa, a sukienki cukierki itp mają twarde k, czyli sukenka, cukerki.

        • kanionek 01/10/2017 at 23:57

          O tak, z „cukerkami”, a nawet „cukerkamy” się spotkałam, ale OGARYNAĆ? W pyszczek jeża, co to ludzie nie wykręcą ręcami na plecy :D

      • Iza 02/10/2017 at 13:50

        Z tym „nakupywaniem” i pochodnymi to musi być jakiś regionalizm, bo zdarza się nawet mojemu własnemu ślubnemu, który na co dzień mówi bardzo poprawnie i takie np. „włanczać” doprowadza go do pasji. Zdarza mu się rzadko, bo mnie jego „nakupywać” doprowadza do jeszcze większej pasji, furii i pianoplucia, a chłop jednakże nie jest samobójcą… :)

    • Bo 29/09/2017 at 20:58

      Oj tam, o ciepłych barwach to już w podstawówce na plastyce uczą. Akwarelki co prawda delikatne, ale na wczesną jesień mogą być 😊
      A ilu waszych znajomych przykrywa się kordłą?

      • Iza 02/10/2017 at 13:52

        Moje dzieci na wczesnym etapie rozwoju miały „kordełki”, ale szybko im przeszło. :))) Teraz czasem wspominają z rozczuleniem…

        • Anomin 02/10/2017 at 19:07

          A mnie sie przypomnialo, ze w mojej rodzinie dzieci na wczesnym etapie rozwoju ;-) mialy swoje … psiworki (w sensie, ze spiworki)!!!
          Kordelki tez oczywiscie

          • AniaW 02/10/2017 at 20:03

            Moje dziecię dwulatkiem będąc miało „kombizenon”. Zimowy oczywiście. Bardzo żeśmy Zenona polubili :)

          • kanionek 02/10/2017 at 20:29

            Mam dobry tytuł horroru: „Kombizenon i dziecko w betoniku”. Bo ja na „becik” mówiłam „betonik” – wyobraźcie sobie konsternację mojej rodziny, gdy im po raz pierwszy oznajmiłam, że widziałam dziecko w betoniku. Kiedy się już wyjaśniło, co ja tak naprawdę widziałam, babcia się popłakała ze śmiechu. Ja szłam w zaparte i się obraziłam, bo wszyscy byli w błędzie i nie chcieli się nawrócić :D

          • Iza 03/10/2017 at 08:49

            „Dziecko w betoniku” było bardzo logiczne. Swoboda ruchów była zbliżona. Nie wiem, czemu ta Twoja rodzina nie mogła tego pojąć. :)))

    • Anomin 29/09/2017 at 21:43

      Kiedys pani na poczcie pytala czy moj list to ma byc PIORYTET.

      A inna pani na zebraniu rodzicow w liceum w czasie dyskusji na temat celu wycieczki mlodziezy zaproponowala Auschwitz. Poniewaz odezwaly sie glosy, ze moze jednak to niezbyt odpowiedni, zbyt powazny a moze dla niektorych traumatyczny obiekt do zwiedzania, pani owa stwierdzila, ze jednak nie, ze tam panuje calkiem znosne KLIMAKTERIUM (pewnie i tak mi nikt nie uwierzy, ze tak powiedziala…)
      A ja notorycznie wymawiam ‚gigantic’ jako gajdzantic
      No i jestem Anomin :-D

      • kanionek 05/10/2017 at 02:59

        Ja Ci wierzę (w to klimakterium), ale tego, co wymyślił słowo „priorytet”, to zamordowałabym z zimną krwią. Co z tego że wiem, jak się wymawia, skoro za każdym razem muszę sie opluć, żeby to wymówić!? (Ale ja zawsze miałam wadę wymowy. A właściwie to same wady).

    • KS 30/09/2017 at 09:34

      Ta od akwarelek może jest dyslektyczką i nawet nie zdaje sobie sprawy, że mówi źle?

      • zerojedynkowa 03/10/2017 at 08:28

        Nie, po prostu nie mogła sobie przypomnieć słowa „farelka”, a „akwarelka” brzmi tak podobnie… :)
        Według mnie to objaw skąpego słownictwa jakie posiada.

        • wy/raz 03/10/2017 at 12:06

          A może miało być A, k… farelka, tylko w słowie mówionym nie widać?

          • zerojedynkowa 04/10/2017 at 08:10

            Dobra, trzymajmy się tej wersji jako najbardziej hm… humanitarnej. ;)

  29. KS 30/09/2017 at 09:43

    Mnie z kolei ktoś w dzieciństwie „wdrukował” firNament. Później dowiedziałam się, że to jednak firMament, ale dla mnie poprawna wersja brzmi sztucznie. Choć zarazem logicznie, bo firmamentum to podpora i kojarzy się z ang. firm – mocny, solidny.

    • wy/raz 30/09/2017 at 19:27

      Zauważ, że niezależnie od łaciny firnament prościej wymówić. Nie wiem czy tak usłyszałam czy przyswoiłam, ale dopiero twój post pokazał mi M.

      • kanionek 02/10/2017 at 00:14

        Ja z domu wyniosłam „deko” (dekagram) i „gram” zamiast „gramów”, a że stare zwyczaje nie lubią umierać, to jeszcze mi się zdarza powiedzieć: „dwieście gram sera”. W liceum wierzyłam w istnienie słowa „egzystencjonalny”, i jeszcze przez długi czas po oświeceniu ciężko mi było porzucić te dwie zbędne literki.

        • KS 02/10/2017 at 13:12

          Deko i gram są krótsze, więc wygodniejsze. Chyba prawie wszyscy tak mówili.

          • mitenki 02/10/2017 at 13:37

            I jeszcze „kilo”.

          • kanionek 02/10/2017 at 20:25

            Tak, ale „kilo” figuruje w słowniku jako potoczny skrót od „kilogram”, a skrótem od dekagrama powinno być „deka” („poproszę mleka pięć deka” – jak to mawiała pewna kaczka), a nie „deko”, które nie wiadomo skąd się wzięło.

          • Iza 03/10/2017 at 08:43

            Jak to skąd? 10 deka (l.mn.), więc 1 deko (l.poj.). :)
            Przez analogię do „okno”, „wiadro” czy „udo”…

          • mitenki 03/10/2017 at 22:46

            Jak już jesteśmy przy odzieży, to mnie wnerwia – UBRAĆ buty, skarpety, sukienkę…

        • Bo 03/10/2017 at 14:00

          Założyć bistonisz, swetr, bransoletkę i
          jeszcze skropić się perfumą….

          • Bo 03/10/2017 at 14:02

            No bistonosz, rzecz jasna.
            Przyganiał kocioł itd ;)

          • Bo 03/10/2017 at 14:04

            I branzoletę ( tym razem bez autokorekty).
            Znów temu garnkowi ;)

          • mitenki 03/10/2017 at 22:47

            Eee, tu miało być o ubieraniu.

  30. Baba Aga 02/10/2017 at 20:40

    Chciałam jeszcze uprzejmnie donieść, że ser długodojrzewający to jest poezja. A koleżanka masażystka, chętnie na mazury, a pomysł zapłaty serami bardzo się jej spodobał.

  31. Buka 02/10/2017 at 21:41

    Kiedyś bardzo mnie wkurzała nieumiejętność rozróżniania i stosowania nieakcentowanej/krótkiej i akcentowanej/długiej formy zaimka „ty” („ja” też).
    Ale wydaje mi się, że to kolejny wyznacznik geograficzny (jak „na pole”/”na dwór”) i trzeba przestać się wkurzać. Taki klimat, ot co.
    Mam nawet taką teorię (ale nie umiem udowodnić – za mało danych):
    Od środka Polski na północ – Dziękuję Tobie, daję Tobie, pomagam Tobie – jest poprawne (?), a w każdym razie używane. A od środka Polski na południe – Dziękuję Ci, daję Ci, pomagam Ci (to jest na pewno poprawne, bo ja używam :) ).
    Co sądzicie o tej teorii???

    • wy/raz 03/10/2017 at 12:14

      W tym samym klimacie. Moja polonistka mówiła, że Panią to się prosi do tańca, a jak się zwracamy w innym kontekście niż dansingowy to proszę Pani (ciekawe ilu nauczycieli pilnuje tego obecnie?). Tak mi to zapadło, że na Ciebie, Panią, mam ochotę odpowiadać, że nie mam ochoty tańczyć.

    • kanionek 05/10/2017 at 02:50

      Buka, to nie takie proste. Tu jest krótkie wyjaśnienie: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/ci-czy-tobie;5696.html
      Czyli np. „pomagam tobie, a nie twojej siostrze, bo ty bardziej tego potrzebujesz”, a nie: „pomagam ci, a nie twojej siostrze…”. Ale: „pomagam ci, bo chcę i mogę” jest poprawne.
      Można drążyć, jest tego wiele. Jakby co – ja jestem z północy i przeczę Twojej teorii :D

      A skoro jesteśmy przy zaimkach osobowych, to obserwuję w internetach takie zjawisko: wpojono nam szacunek do adresata naszych treści pisanych, wyrażający się w tej nieszczęsnej wielkiej literze (Ci, Wy, Tobie, Wam, Pani, Panu, itd.), i wszystko FAJNIE, ale doszło do tego, że piszemy te zaimki wielką literą nawet wtedy, gdy nie trzeba, a wręcz NIE NALEŻY. Bo jeśli zaimek nie dotyczy osoby, do której się zwracamy, to nie należy :)
      (Przykład: piszę dialog pomiędzy Ireną i Bożeną. Bożena mówi do Ireny: „A bo tobie nikt nie dogodzi”. Napisanie „tobie” wielką literą byłoby tutaj błędem).

  32. mały żonek 02/10/2017 at 22:43

    Sklep mięsny w Braniewie – 10 „plajstrów”. Dość częste, ale raczej poniżej 50%.

    • Monika 03/10/2017 at 08:16

      Dziesięć plajsterków sera i cztery łudka można kupić w sklepie koło kategry.
      Zaprawdę powiadam Wam, że czepiacie się krzywych klusek.
      „I stworzył Bóg mężczyznę i kobietę, i oddzielił barany od osłów” – punkt dodatkowy za walor filozoficzny.

      • kanionek 05/10/2017 at 01:52

        A wiesz, kim był Billaden, co zaatakował Volt Centertel w Ameryce? A czy Ty wiesz, co to są kaszczany?

        (Billaden: https://kwejk.pl/obrazek/2894615/volt-centertel.html)
        (kaszczany: http://mistrzowie.org/700882)

        Co Wy wiecie o krzywych kluskach…

        • ciociasamozło 05/10/2017 at 11:03

          Ja wiem! Krzywe kluski to była knajpka w mojej okolicy :)
          Małe porcje, smak bez szału. Pewnie dlatego była.

        • Ynk 05/10/2017 at 11:29

          A widziałyście na targu jabłka o nazwie DŻEM ZGRYW?

          • ciociasamozło 05/10/2017 at 12:13

            Widziałam tylko imbyr :)

          • kanionek 05/10/2017 at 17:54

            Ynk, a zapytałaś co to za tajemnicza odmiana? Bo może dobry dżem z niej wychodzi, taki zgrywusowy. Jesz naleśnika z takim dżemem, a on Ci robi różne kawały, i nie możesz przestać się śmiać!

          • Ynk 05/10/2017 at 20:08

            Nie pytałam. Z pewną taką nieśmiałością przypuściłam, że to James Grieve ;-D

          • kanionek 05/10/2017 at 20:40

            Nie no, UMARŁAM :D
            Nie miałam pojęcia o istnieniu odmiany „James Grieve”, ale teraz widzę wyraźnie (a raczej słyszę), że to musi być to. DŻEM ZGRYW. Piękne.

          • kanionek 05/10/2017 at 20:41

            Czyli to jednak JEST taka zgrywusowa odmiana!

        • Monika 05/10/2017 at 21:08

          Oj Kanionku, ja nawet wiem, na jaką cholerę zmarł Mickiewicz i znam cechy gatunkowe flaszki.
          A u mnie grzmi i wieje. Kozy od czarów – co wróży burza w piździerniku?

          • kanionek 05/10/2017 at 21:56

            Cechy gatunkowe flaszki powinien znać każdy Polak, a na jaką cholerę zmarł Mickiewicz, to ja też wiem – na taką, że wystarczająco zatruł nam wszystkim życie tym swoim przydługim wierszykiem o Litwie, a gdyby nie zmarł, to pewnie napisałby ich więcej ;)

            Ta burza to wróży chyba głównie kłopoty. Mały Żonek właśnie mi donosi, że w Łodzi fruwają dachy, a na południu Polski bez prądu jest już ponad milion gospodarstw domowych :-/

  33. Jagoda 03/10/2017 at 11:17

    Moja młodsza córka mówiła „śzpiciol” oraz „fisiut”. Przez jeden wieczór poznała zegar – z cyframi i wskazówkami i ogarniała czas (umiała obliczyć o której jej starsza siostra skończy lekcje) w wieku 5 lat, a kilka tygodni uczyłam ją, że jednak sufit, zanim poszła do szkoły w wieku 7 lat.

  34. Jagoda 03/10/2017 at 11:24

    A wracając do kalendarza ponownie proponuję, żeby na odwrocie umieścić przepis na chleb – od nastawienia zakwasu, chuchania i dmuchania na tenże po chrupiący razowiec na stole.
    Przepisów powinno być różnych co najmniej 12, tyle, ile kart kalendarza.
    Albo 365, też dobrze.

  35. mały żonek 03/10/2017 at 21:17

    Przypomniała mi się jeszcze klasyka gatunku. „Proszę panią”, sam się spierałem z nauczycielką będąc nastolatkiem i zasugerowała mi, bym jednak umówił się ze słownikiem. Porażka wypaliła mi w głowie na stałe formę poprawną. Inny spór wygrałem – „ó” wymienia się na „a” (twierdziła, że nie); tym razem uprzedziłem ruch wroga i przytargałem księgę mądrości na lekcję.

    • mitenki 05/10/2017 at 13:42

      Gdzie „ó” wymienia się na „a”?

      • ciociasamozło 05/10/2017 at 14:31

        Niektóre kobiety wymieniają np. góry na gary…. ;P

        • kanionek 05/10/2017 at 17:51

          Ciocia :D
          Też mnie to gryzło, gdy wczoraj nie mogłam zasnąć (pierwsza pełnia księżyca w moim życiu, która tak na mnie zadziałała; to już starość), zapytałam dzisiaj małżonka, i się dowiedziałam, że np. w takich wyrazach, jak: wrócić (wracać), skrócić (skracać) itp.

        • mitenki 06/10/2017 at 01:13

          Ciocia w formie jak widzę, nawet listopadowe szarugi jej nie przeszkadzają :D

          • mitenki 06/10/2017 at 01:21

            Się zabieram Kanionku do maila do Ciebie jak pies do jeża.

          • ciociasamozło 06/10/2017 at 09:00

            Ciocia się kisi na jesień i dekielek jej podskakuje ;)

      • Bo 06/10/2017 at 17:43

        „dwójka” na „para”;)

  36. Baba Aga 03/10/2017 at 22:36

    Jak się przeprowadziłam nad morze, to zaszokowały mnie dzieci wołające „paniii, paniii” „pani ma?, pani da” żona mojego ojca uparła się, że nauczy ich kultury i poprawiała za każdym razem jak ją wołały „pani” na „proszę pani”, efekt był zaskakujący, dzieci były przekonane, że „ta nowa” nazywa się Proszę. Wołały za nią ” pani Prosze, pani prosze, a ma pani cukerka?”

  37. wy/raz 04/10/2017 at 08:50

    Dziś sąsiadka kupiła winogron :-)).

    • kanionek 05/10/2017 at 01:54

      A jesień to przecież pora na PORĘ!

    • ciociasamozło 06/10/2017 at 09:05

      Wy/raz, a może ona kupiła wiele winogron? ;)

      • wy/raz 07/10/2017 at 14:50

        Ona kupiła wiele, ale powiedziała: Kupiłam grzybki i winogron. Też pisząc myślałam o dwuznaczności.

        • kanionek 07/10/2017 at 21:46

          A ja sobie jeszcze przypomniałam: spolegliwy. Przeczytałam z milion książek, naprawdę przeróżnych, a mimo to jeszcze do niedawna „rozumiałam” to słowo tak, jak zapewne spora część Polaków. Niektóre słowniki nawet przebąkują coś o tym, że być może sens tego słowa trzeba będzie zmienić, uznając „rację większości”, ale oficjalnie to wciąż jeszcze „spolegliwy” znaczy „taki, na którym można polegać, godzien zaufania”. Tu wypowiedź Mirosława Bańko w tej sprawie: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/spolegliwy;2674.html

          Te dwa odmienne znaczenia jednego słowa, to dość ciekawe zjawisko. Zwróćcie uwagę, że jeśli ktoś napisze, przykładowo, że Kanionek jest człowiekiem spolegliwym, to część z nas zrozumie to tak, że Kanionek jest osobą ugodową i potulną (czyli taką życiową ciapą), a część, że można na Kanionku polegać, szukać w nim oparcia. Te cechy się niby wzajemnie nie wykluczają, a jednak budują w odbiorcy odmienne wizerunki Kanionka: życiowa ciapa, co wygnie się tak, jak zawieje wiatr, versus silny charakter, na którym można polegać.

          A tu ciekawy artykuł na ten temat: https://obcyjezykpolski.pl/spolegliwy-po-co-tyle-zamieszania/

  38. ciociasamozło 04/10/2017 at 10:40

    Jestem gramatycznym nazistą. Przyszedł czas na spowiedź.
    Moja rodzina obrywa za „ubieranie butów” a koledzy w pracy za nierozróżnianie „także” od „tak że”. Do szału doprowadza mnie „bynajmniej” zamiast „przynajmniej” i błędne używanie imiesłowów np. „Idąc do pracy potrącił mnie samochód”.
    Niechlujne maile od klientów wywołują u mnie ból oczu (kiedyś myślałam, że pisze do mnie wczesna gimnazjalistka, a okazało się, że to dobrze wykształcona pani po trzydziestce!!!). Nie czepiam się jednego niezręcznego sformułowania, braku dużej litery czy jakiegoś błędu ortograficznego, ale jak ktoś pisze ciurkiem pięć linijek słowotoku bez ani jednego znaku przestankowego, mam ochotę odpisać jednym niecenzuralnym słowem.
    Oszczędzanie na redakcji językowej różnych publikacji (od artykułów w gazetach do książek) uważam za zbrodnię przeciwko narodowi.
    Z wiekiem mam coraz większą tolerancję dla regionalizmów, ale „szmalec” zamiast „smalec” wypowiadane przez mojego ojca jest dla mnie jak drapanie paznokciem po tablicy.
    Przed przegryzaniem ludziom tętnic powstrzymuje mnie tylko to, że sama nie jestem święta. A w kwestii przecinków to już całkiem leżę i kwiczę :(((
    Namiętnie słucham audycji „Nasz język współczesny” (Dwójka PR), „Co w mowie piszczy” (Trójka PR) oraz dostępnych w necie wykładów/wypowiedzi profesorów Bralczyka i Miodka; czasem oglądam na you tubie kanał „Mówiąc inaczej”.

    Moja siostra jako dziecko mówiła „kołudra” ;)

    • kanionek 05/10/2017 at 02:18

      Moja mówiła „mygła” i „mysza” na mgłę i mszę.
      Znam „szmalec” (znowu ten język niemiecki!) jako synonim „kasiory”, „hajsu”, „mamony”, ale żeby w lodówce forsę trzymać…? ;)

      • Buba 06/10/2017 at 14:25

        Znalezione dzisiaj na fb: Czym pomalować BŁAZERIĘ !

    • Kaja 06/10/2017 at 17:57

      Hehehehe. Miałam koleżankę, która mówiła reUstauraca i twierdziła, że tak jest bardziej elegancko. I jeszcze używała czasownika „tegować” na większość czynności; „Steguj mi tamto” doprowadzało mnie rozpaczy.

      • Kaja 06/10/2017 at 17:59

        Matko! „Reustauracja” miało być. Sama nie umiem pisać, a ludzi się czepiam.

        • Baba Aga 07/10/2017 at 17:00

          Mój profesor od gramatyki mawiał, że Polacy nie lubią samogłosek obok siebie, przykład: „jestem LAŁRATEM nagrody Nobla”, ale koleżanka chyba o tym nie wiedziała ;-)

  39. zerojedynkowa 05/10/2017 at 08:43

    Dramat, tragedia i katastrofa!
    Wczoraj przyszły sery od Kanionka, dużo serów. Ale… odebrał je sąsiad i jeszcze mi ich nie oddał (nie było go w domu). Czyli mam sery (paczka dostarczona) i nie mam serów (fizycznie). Czy może być coś gorszego?
    Tylko, błagam, nie piszcie, że może. Że sąsiad może mi ich nie oddać. Mam tylko cichą nadzieję, że on nie ma pojęcia, że jest w posiadaniu TAKIEGO skarbu.
    Jak żyć droga Redakcjo, jak żyć?

    • ciociasamozło 05/10/2017 at 11:05

      Sery Schrödingera…

      • Ynk 05/10/2017 at 11:31

        Ciociaa.. :D

      • mitenki 05/10/2017 at 13:43

        Toż samo mnie się cisnęło pod palcyma…

    • zerojedynkowa 06/10/2017 at 08:28

      Jakby to kogoś interesowało to sąsiad oddał sery. Dobrowolnie. W sensie, że nie musiałam organizować krucjaty, bo przyniósł mi paczkę do domu. Alleluja i do lodówki! (że tak sparafrazuję) :)

      • ciociasamozło 06/10/2017 at 09:01

        Tylko go nie częstuj, bo następnym razem nie odda paczki!

  40. mały żonek 06/10/2017 at 22:08

    Lekko z innej beczki, ale przypomniała mi się sytuacja sprzed paru lat, kiedy rozmawiałem z dwiema paniami, z firmy w której pracowaliśmy. Obie około trzydziestki. Jedna ze sprzedaży, druga z księgowości, wyższe wykształcenie. Kontekstu nie pamiętam, ale padło z mojej strony hasło „Cyklon B”. Ku mojemu zdziwieniu obie nie miały pojęcia o czym mówię. To ze mną coś nie tak?

    • wy/raz 07/10/2017 at 14:47

      Nie, z tobą wszystko w porządku. Przeszłość minęła, jednak wiedza i pamięć powinna zostać. Choć ponoć historia uczy nas, że nigdy nikogo i niczego nie nauczyła.

      Urodziłam się w latach siedemdziesiątych i nie dało się nie słyszeć o rzeczywistości wojennej, od najbliższych, w szkole, w telewizji, filmie. Nie dało się uciec o informacjach o wielkich tragediach i wielkich szczęściach w czasie wojny.
      Może jak te panie postępowały myśleniowo jak pani z klimakterium od Anonima. Nie ważne co się tam zdarzyło. Nie ważne, że wtedy doniesienia o innych cyklonach, np. szalejących nad Ameryką nie były dostępne. Po prostu były ludźmi doskonale i beztrosko niewiedzącymi lub bezmyślnymi.

      Moi dziadkowie uciekli z kresów, wuj męża przeżył Oświęcim, Wrócił ciężko schorowany i do końca życia chował jedzenie. Jak moja ciocia, która co prawdę wojnę przeżyła w Łodzi.

  41. wy/raz 18/10/2017 at 18:44

    Kanionku, a może zapodaj wspomniany koń-kurs ;-)).

    • Kanionek 18/10/2017 at 22:56

      Na razie nie mogę, gdyż przeszkadza mi bariera. Konkurs ten bowiem ma być oparty o pewien materiał video. Mam do niego już wszystko napisane, zasady konkursu, jaka jest nagroda, ostrzeżenia o skutkach ubocznych itd., ale ta BARIERA. Chodzi o to, że oglądałam ów materiał już dwa razy i boję się zrobić to po raz trzeci, bo za każdym poprzednim razem doznawałam bolesnego skurczu powiek, krtani i takich mięśni, co są na końcu przewodu pokarmowego człowieka. Muszę ten materiał obejrzeć jeszcze przynajmniej dziesięć razy, żeby się uodpornić, zobojętnieć, pokonać tę barierę, co wielkim neonem świeci i mówi tak: NIE PUBLIKUJ TEGO, KANIONEK. Już i tak mają cię za wariatkę. Miej litośc i SKASUJ TO.

      No więc na razie nie mogę w ten konkurs, ale mam dużo zdjęć różnych rzeczy i zwierzątek, a nawet koziego jogurtu (który był pyszny), tylko jakoś tak… zupełnie nie wiem, co do tych zdjęć napisać. Rdzawy październik dobrał mi się do szpiku kości i srebrną łyżeczką wyżera mi mózg. Jesień osiąga pełnoletniość i niedługo dojrzeje do tego, by stać się zimą. Jutro chyba przyjedzie węgiel (jeszcze nas stać na węgiel – jupii…), a ja nadal mam bałagan w ogródku.

      Ale wiecie co? Widziałam bardzo śmieszny ser i MUSZĘ go zrobić, tylko nie mam z czego, a w kolejce jeszcze czeka Belper Knolle. Ten ser wygląda tak: https://www.google.pl/search?q=caciocavallo&client=firefox-b&dcr=0&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwiY1b2ngvvWAhUJ0hoKHaD_CWoQ_AUICigB&biw=1280&bih=662#imgrc=uOxG7hFphd1rtM:

      I byście sobie pomyśleli, że on wisi w workach jakowychś, prawda? No i byście się pomylili, całkiem jak ja, dopóki nie przeczytałam jak się robi ten ser, a robi się go przy użyciu specjalnej technologii, dzięki której można go uformować w taki gruszkotobołek i zawiesić na sznurku. Do środka można dodać ulubione przyprawy, np. wędzone jalapeno, albo pieprz fkulkach, a ja bym go jeszcze uwędziła. Nazywa się caciocavallo, pochodzi z Włoch, dojrzewa około dwa miesiące i muszę go zrobić. Zaraz po tych jedenastu innych serach, które już sobie wcześniej upatrzyłam.

      • ciociasamozło 19/10/2017 at 10:28

        Jeśli masz tak jak ja, to obawiam się, że bariera nie zniknie nawet po sto szesnastym obejrzeniu. Jak widzę jakiekolwiek nagranie ze sobą to mam mdłości. Przy zdjęciach już mnie tylko trzącha. Trzeba chyba zamknąć oczy i pomyśleć że inni patrzą inaczej. Mają inne mózgi i w ogóle.

        Czy wyngiel znowu wybieraliście jak profesjonalni sommelierzy wino?

        Tykwy z sera śliczne! I na pewno dasz radę je zrobić (kiedyś ;))

        Ale jak wyprodukujesz casu marzu to może nie dziel się z nami zdjęciami, co?

        • wy/raz 19/10/2017 at 12:09

          Rzeczywiście tykwy śliczne. Sprawdziłam ser casu marzu. Nawet nie wygląda na zdjęciach tak żle, bo jest statyczny, na filmie gorzej. Budzi we mnie takie reakcje jak wspomniane wyżej wideło konkursowe. Zrobiłaś Kanionku ten ser i go sfilmowałaś?

      • mały żonek 19/10/2017 at 22:39

        Lepiej zapnij pasy. Na skutek nowych pomysłów UE ceny idą w górę. W naszym obszarze są terminale przeładunkowe rosyjskiego węgla i ten, od którego kupowałem już dwa razy, właśnie oświadczył: bierz pan w tym tygodniu, bo będzie jeszcze drożej, wstrzymaliśmy sprzedaż hurtową, bo cały „gruby” węgiel już wyprzedany, a dostawy nie pokryją zapotrzebowania. Zadzwoniłem profilaktycznie w jeszcze dwa miejsca – dramat. Mieszkanie w bloku nie załatwia sprawy – wystawią wszystkim rachunek po zimie. Jak ktoś się trzyma za kieszeń, to niech się modli o ciepłą zimę albo mocno weźmie sobie do serca położenie gałki termostatu na grzejnikach.

        • Kanionek 19/10/2017 at 23:44

          Ciocia – na casu marzu chyba nie ma u nas klienteli, ale gdyby ktoś się uparł i koniecznie chciał, to mogę zrobić, bo technologię znam, a Piophila casei jest gatunkiem rozpowszechnionym na całej kuli ziemskiej, no może oprócz krain wiecznego lodu, więc pewnie i u nas by się znalazła. Kiedyś czytałam o tej niewielkiej, z pozoru niewinnej muszce, naukowe opracowanie o długości kilkunastu monitorów, i powiem Wam, że jest to gatunek fascynujący! Pierwsze dostępne zapiski z badań nad Piophila Casei pochodzą bodaj z początków XX wieku, gdy „mucha serowa” czyniła ogromne szkody (powodując ogromne straty) w… mięsie. Mięso się kiedyś konserwowało i pakowało inaczej niż dziś – ogromne kawały mięcha były podsuszane i „dojrzewane”, a później często wędzone, po czym pakowane je w jakieś szmaty i na statek. I zanim to mięso dotarło do celu podróży, to już było zepsute, to znaczy wtedy, gdy zostało zaatakowane przez muchę sernicę właśnie. Pomimo bowiem nazwy łacińskiej sugerującej, że mucha ta kocha mleko, i pomimo tego, iż we wszystkich chyba językach świata ma ona w nazwie coś z serem (po angielsku np. „cheese skipper”, rzadziej „ham skipper”), nie ser jest jej ulubionym pokarmem, a właśnie dojrzewające mięso oraz… zwłoki. Larwy tej muchy są znane kryminologom, bowiem (jako jedne z kilku gatunków) pomagają określić czas zgonu. To tak w dużym skrócie.

          Pierwszy raz zetknęłam się z nazwą „sernica” u Licznerskiego, wielkiego polskiego serowara, który w latach pięćdziesiątych wprowadzał polskie mleczarnie w świat nowoczesnego (jak na tamte czasy) serowarstwa (technologia, higiena, procedury, bla, bla) i którego książkę mam, choć niestety tylko w formacie PDF.

          No ale co jest tak fascynującego u tej muchy? Ano to, że jest, jako gatunek, praktycznie niezniszczalna (trochę jak komary, niestety). Badacze poddawali owady dorosłe, jak i larwy, próbom jakich nie przetrwał żaden inny owad, a te skubańce – tak. Wyobraźcie sobie, że larwy są w stanie przeżyć półtorej godziny pełnego zanurzenia w prawie stuprocentowym alkoholu… Temperatura dla nich krytyczna to bodajże 51 stopni Celsjusza, a zamrożone w minus osiemnastu stopniach giną na amen dopiero po dwóch tygodniach. Nieźle, co? Są też dość odporne na fumigacje wszelkimi środkami (to znaczy nie mam danych z okresu ostatniej dwudziestolatki), dobrze się przystosowują do zmian klimatu, a larwy bez żarcia mogą przeżyć pół roku. To jeszcze nie koniec rewelacji, ale nie wszystko tak dobrze pamiętam, więc nie chcę Wam tu kitów nawciskać.

          No w każdym razie ja bym casu marzu kijem nie tknęła i uważam, że to nie jest żaden rarytas, tylko fenomen z gatunku: jak coś jest zabronione, to trzeba tego spróbować, a skoro jest tego mało, to trzeba dużo zapłacić ;)

          No. A z węglem to są jaja, jak już małżonek napisał.

          • ciociasamozło 20/10/2017 at 09:46

            Mały Żonku, pozostaje mi się cieszyć, że mamy grube mury i szczelne okna. I liczyć na to, że sąsiedzi z kamienicy podobnie bo rozliczenie jest za cały dom.

            Kanionek, coś mi mówiło, że Ty już zgłębiłaś temat robali w serze do poziomu habilitacji ;)
            (Swoją drogą odporność tej muchy zaiste imponująca! Podobno jak ktoś nie chce jeść tego sera z robalami, to wkłada go do szczelnej torby foliowej i jak larwom zaczyna brakować tlenu to wyłażą z sera. Ale nie wiem jak długo przeżywają)
            Z tego co relacjonował na filmiku z youtuba jeden pan, próbujący casu marzu, świństwo wyjątkowe. Pomyślałam jednak, że przy swojej dociekliwości i zacięciu eksperymentatorskim możesz podjąć się zrobienia „robaczywki”. Przyznaję, że kamień z serca mi spadł, że z takiej produkcji relacji nie będzie ;)

      • Beem 20/10/2017 at 20:50

        Jadłam caciocavallo dwa razy, raz było przepyszne, tak naprawdę prze, a raz (po jakimś roku, dwóch) takie sobie. Oba przywiezione z Włoch. Twoje będzie na pewno super, nie jesteś rutyniarą. Rób!

        • Kanionek 20/10/2017 at 21:47

          Beem – no chcę, chcę, tylko Z CZEGO mam robić, jak kolejka zamówień sięga połowy listopada, a potem to już mleka będzie tyle, co do kawy. Czy moje caciocavallo będzie super to nie wiem, bo to jednak niełatwy ser, ale może dlatego tak mnie korci. I tak sobie myslę, że super czy duper, na pewno będzie jadalny i się nie zmarnuje, a nie nauczę się go robić, jeśli nawet nie zacznę.

          A ser ten może smakować różnie, bo jak to z serem bywa – każda, nawet czasem drobna zmiana w technologii produkcji, powoduje zmianę smaku/koloru/konsystencji. Szczepy bakterii też są ważne, a nawet bardzo ważne, i w przypadku serów robionych z mleka niepasteryzowanego, w którym mamy całe „bukiety” bakterii właściwych danemu stadu zwierząt lub danej lokalizacji, zachodzi właśnie efekt oryginalności sera, i ten sam ser zrobiony gdzie indziej będzie smakował inaczej. I to jest piękne. Nie tylko bakterie grają rolę w tym procesie uzyskiwania tożsamości przez ser, bo skład mleka też – zawartość tłuszczu i białka bywa różna, w zależności od tego, czym karmione są zwierzęta. A taki ser z masowej produkcji to już, moim zdaniem, tożsamości nie posiada, bo robi się go z mleka zebranego od setek zwierząt, standaryzowanego, w którym poziom białka i tłuszczu się wyrównuje do pożądanego poziomu. (Czy Kanionek umie się wypowiadać zwięźle i na temat? MOŻE UMIE, ale po co?).

          • Kanionek 20/10/2017 at 22:06

            Ciocia – z tą foliową torbą to nieprawda, albo prawda, ale nieco inna.

            Owszem, larwy zaczną wyłazić z sera, ale nie dlatego, że brakuje im tlenu, tylko dlatego, że w optymalnych warunkach żerowanie trwa u nich tylko kilka dni, a potem czują nieodpartą potrzebę by wyleźć z sera i poszukać sobie spokojnego, suchego i ciemnego miejsca na przeistoczenie się w poczwarkę. Czy ja wspominałam, że w sprzyjających okolicznościach pełen cykl rozwojowy tej muszki zajmuje zajmuje zaledwie 14 dni?

            No więc torba foliowa czy inny pojemnik jest jakimś sposobem, pod warunkiem, że potencjalny degustator sera casu marzu będzie regularnie wybierał larwy, które opuściły gomółkę, ORAZ poczwarki, jeśli któreś zdążyły się przeobrazić. Po upływie, powiedzmy, tygodnia, wszystkie powinny wyleźć.

            A casu marzu nie może być dobry w smaku, bo ta jego półpłynna w środku konsystencja wynika z prostego faktu, że ten ser GNIJE. Ja wiem, że są różne gusta, ale przeciętny człowiek ma w mózgu zakodowane, że gnijących produktów spożywczych się nie je, i często na sam zapach reaguje odruchem wymiotnym (co wiedzą właściciele psów, które lubią wytarzać się w zwłokach uroczej niegdyś wiewiórki, prawda).

          • ciociasamozło 21/10/2017 at 21:18

            Nie tylko zgniły ale w zasadzie jest już przetrawiony przez robale. Błee!

        • wy/raz 21/10/2017 at 19:13

          A fuj!!!

  42. EEG 19/10/2017 at 12:29

    PUBLIKUJ TO , KANIONEK. Kochamy Cię, taką wariatkę. Miej litość i NIE KASUJ TEGO.
    Precz z BARIERĄ !

  43. Buka 19/10/2017 at 13:56

    no bo ileż można nic nie czytać/widzieć/oglądać/… ?
    PUBLIKUJ TO!

  44. mitenki 19/10/2017 at 22:53

    Publikuj Kanionku!

    • Kanionek 20/10/2017 at 00:04

      Go-rzko! Go-rzko! Go-rzko! (jak wołają na weselach, a człowiek z powodu jakiegoś głupiego konkursu musi pocałować łysego wujka z wąsami, który na wąsach ma resztki tego śledzia w śmietanie, co go przed chwilą jadł)

      Moje drogie panie, nawet jeśli opublikuję tę okropność nad okropnościami, to nie w październiku, gdyż przecież muszę zachować jakąś chronologię zdarzeń, a mam jeszcze zaległości z września. Ja sobie na tego bloga zaglądam zimą i sprawdzam, co i kiedy w swoim życiu robiłam, bo bez tego nie pamiętam (bo w sezonie moje życie płynie jakoś tak obok mnie), więc nie, nie, nie. Najpierw ziemniaki, jogurt, marudzenie że jesień i zimno, a później dopiero Straszliwy Konkurs.

      • ciociasamozło 20/10/2017 at 09:22

        Dobrze jeśli śledź na wąsach to był ten na etapie przed zjedzeniem…

  45. Baba Aga 20/10/2017 at 14:02

    Ciociaaaaa ała.
    A tak w tym temacie to anegdotka z lat młodości mojego ojca: tatuś, jako młody chłopak został zaproszony na kolację do domu swojej potencjalnej narzeczonej i poczęstowany zapiekanką, jako kulturalny młody człowiek zjadł był i powiedział: wygląda jakby było już raz jedzone, ale smakuje dobrze, jeśli można bez tej gumy do żucia (ser) to poproszę dokładkę. Twierdzi, że zrobił to celowo, bo strasznie sztywnych miała panna starych.

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa