Cudze chwalicie, swego nie widzicie, czyli o łowach w rowach i dlaczego pójdę do piekła

Jesień zagląda już do ogrodu, przekwitają ostatnie sałaty na śmierć przez wszystkich zapomniane, pękają w szwach przegapione cukinie, i łodygi zbyt gęsto wysianych nagietków pokrywają się białym meszkiem leśnej pleśni. Jesień nocami podchodzi już pod sam dom, liże okna, zostawiając na szybach srebrzystą mgiełkę. Skulony w okiennej wnęce pająk strzepuje z długich nóg nad ranem te październikowe krople zimna i mruczy: kurde, ale żeby tak w sierpniu…?

Po brodzie cieknie pomidorowy sok, w kuchni znów pachnie suszonymi ziołami, a w sieni aromat tysiąca główek czosnku miesza się ze słodką wonią nagrzanych słońcem papierówek. Jesień już niesie grzyby i jarzębinę, już inaczej krzyczą nad ranem żurawie, na do widzenia, na do widzenia… Wiecie, ile owoców jarzębiny wchodzi na jeden kilogram? Około dwa tysiące sześćset. Tak, pory roku się zmieniają, ale u nas wszystko po staremu. I nie dziękujcie, że ja to dla Was policzyłam i teraz Wy już nie musicie – poświęcenie dla dobra ludzkości jest u mnie odruchem naturalnym.

.

 

–  A słyszałaś, co ON ostatnio mówił Kanionkowi? Słyszałaś?
–  No co mówił?
–  Mówił, że był w sąsiedniej wsi, i pod sklepem spożywczym zaczepiła go jakaś Karyna z dzieckiem, i cała była ucieszona, że ona właśnie niedawno wybrała się na spacer z dzieckiem po lesie, i pokazała temu dziecku “te pana owce”. A ON ją zapytał jakie owce, a ona mu na to, że no te wszystkie owce, co pan tam ma w tym lesie, takie kolorowe, dziecku się BARDZO podobały.
–  No i?
– No i ty jeszcze pytasz?! Toż to się teraz rozprzestrzeni jak zaraza, to się rozejdzie szerokim kręgiem szeptanej propagandy, że my wszystkie jesteśmy owce! Rozumiesz?! Owca Bożena, owca Irena…
–  A widziałaś kiedy owcę z brodą i rogami? No więc NA PEWNO nie “owca Bożena”. Za to ty to i owszem, nawet trochę wyglądasz – dzwonki masz, a owce chodzą z dzwonkami, łeb łysy, no i w ogóle wyglądasz trochę jak ostrzyżona, trędowata owca, bo przecież masz te plamy…
–  O świnio ty! – Irena aż wypluła smakowity kwiat koniczyny. – Nic ci więcej nie powiem. W ogóle nie gadam z tobą. Odchodzę i nie wracam, patrz jak idę.
–  I tak zaraz wrócisz, bo niby komu będziesz opowiadać te wszystkie plotki – konstatuje ze spokojem Bożena.
–  NIE WRÓCĘ! – krzyczy zza zakrętu Irena, krocząc sztywno z dumnie uniesioną głową, gdzieś mniej więcej na wschód.
–  Tajasne, policzę do trzynastu i zaraz będziesz z powrotem.

.

A jednak Bożena się pomyliła, bo doliczyła nawet do stu trzynastu, i dalej to już jej się trochę zaczynało mylić, a Irena nie wróciła. I gdybym się akurat do szklarni nie wybrała, to nie wróciłaby pewnie i do wieczora, bo jak zwykle, jak co roku, jak prawie każdego tygodnia, utknęła:

Tak, to jest ta najmądrzejsza, wszystkowiedząca i wszystkim dobrze radząca koza, co po raz setny dała się złapać w siatkę na własnym podwórku.

.

A teraz spójrzcie, drogie dzieci, co sobie mamusia przygruchała:

Sliczne, prawda? NIE MAM POJĘCIA, CO TO JEST. Czaiłam się na to zielsko już od lipca ubiegłego roku – rośnie w niektórych przydrożnych rowach, zwłaszcza w tych, co nie są gorliwie golone do gołej ziemi (czyli, zasadniczo, przy gorszych drogach, takich posklejanych łatami asfaltu we wszystkich odcieniach szarości, po których poruszam się tylko ja, ciągnik rolniczy Cześka zza miedzy i jedna kulawa krowa), a gdy jest tego więcej, to z daleka wygląda jak łan lawendy, tylko że jest dużo wyższy. No ale nie jest to lawenda, a weź tu teraz człowieku szukaj nazwy gatunku wśród setek tysięcy tychże (muszę zajrzeć na bloga Aniki, może już zidentyfikowała delikwenta), a co jeden to do drugiego bardziej podobny. No w każdym razie czaiłam się, czaiłam, i nigdy nie było okazji pobrać sadzonek, bo jak jadę z małżonkiem to wiadomo, strata czasu i coś ty Kanionek znowu wymyślił, no a niedawno nadarzyła się okazja, że jechałam sama do Młynar i zrobiłam akcję kamikadze: zatrzymałam Gwiazdolota w pozycji okrakiem (czyli trochę na drodze, a trochę na trawiastym poboczu), włączyłam awaryjne, przebiegłam na drugą stronę jezdni, poparzyłam stopy pokrzywami, pokonałam zasieki z jakichś kolczastych krzaków, wyrwałam pęczek zielska z rowu i do bagażnika, po czym odjechałam, tak jakby masło nie topiło mi się w pysku (czyli jak gdyby nigdy nic).

Przez jedną noc bryła korzeniowa sadzonki moczyła się w wiadrze, a na drugi dzień wetknęłam ją przy jabłonce w ogrodzie, w bliskim sąsiedztwie ławki wierzbowej, bo nie miałam lepszego pomysłu. Trochę się spóźniłam ze zrobieniem zdjęcia, bo kwiatki już zaczynały więdnąć, ale jeśli te wiechcie mi się rozmnożą, to któregoś roku pokażę Wam, jak ładnie ta roślina wygląda w grupie. Tak, wiem że to nudne, a dalej będzie tylko gorzej.

Statystyki mówią, że najwięcej wypadków zdarza się w domu i blisko domu, i jeśli nigdy nie mieliście żadnego wypadku blisko domu i zastanawiacie się, kto tak winduje te idiotyczne dane, to już Wam mówię. Wstaje sobie Kanionek rano, nastawia kawę w blaszanej kawiarce i człapie do garażu, żeby drobiowi ziarna w międzyczasie rzucić, i gdy drzwi tego garażu otwiera, to błędnik Kanionka postanawia rzucić Kanionkiem znienacka w lewo, i Kanionek leci w to lewo i z całym impetem nadziewa ramię na ostro zakończoną zasuwę.

Tak, TAKI siniak i trochę zdartego naskórka, ale to jeszcze nie koniec. Rzuca Kanionek to ziarno do stóp niewdzięcznego drobiu, aż tu nagle, ni z tego, ni z owsianego, ten potwór gąsior dziabie Kanionka w łydkę! Tak po prostu, za darmo, bo chce i może:

Bolało jak diabli, no ale nie czas żałować łydki, gdy tam już pewnie kawa kipi na kuchenkę, więc wraca Kanionek do domu i zasiada przy stole z kubkiem słodkiego naparu z kozim mlekiem, i delektuje się tą jedyną przyjemnością, jaka mu w życiu została, ale tak sobie natychmiast myśli, że przecież nie będzie siedział bezczynnie, gdy może w międzyczasie pozszywać obrożę Kawki, którą Kawka już kilka razy zgubiła, bo sprzączka źle trzyma. No i zszywa sobie ten Kanionek, tak zapamiętale i z rozmachem wbijając igłę w polipropylenową taśmę, że aż sobie wbił igłę pod paznokieć. No szlag! Ledwie z łóżka wstał, kawy jeszcze nawet nie dopił, a już ma ranę kłutą, tłuczoną i szarpaną.

No i tak sobie myśli, że przecież tylko do trzech razy sztuka, więc nic mu już tego dnia nie grozi, i oczywiście się myli. Idzie z tą obrożą poszukać koziego towarzystwa, które – wcześniej już wypuszczone przez małżonka – akurat sterczy pod papierówką, bo choć jabłonka rośnie na podwórku, to część jej konarów zwisa nad ogrodzeniem i częstuje kozy pierwszymi w tym roku jabłkami.

“No to”, myśli sobie Kanionek, “skoro one tu sterczą, to przerzucę im więcej jabłek przez ogrodzenie, i może nakoszę im zielonego, bo po naszej stronie pastucha wszystko takie bujne i soczyste, a kozia łąka już jednak nieco wygryziona”, i idzie naostrzyć kosę. I nie, wyobraźcie sobie, że nie ucina sobie ręki, ani nawet głowy, i tak, też jestem zaskoczona. Idzie w okolice skrzynki na listy, kosi to zielsko kwitnące wszystkimi kolorami tęczy, kosa aż furczy (bardzo przyjemny dźwięk), kozy niecierpliwie przytupują, patrząc w Kanionka jak w święty obrazek (one wiedzą, że jak koszę, to dla nich, i wystarczy im dźwięk osełki sunącej po ostrzu kosy, by się zgrupowały i czekały grzecznie przy pastuchu od strony leśnej drogi), aż tu nagle, wtem i wobec, osa użarła mnie w rękę! Znaczy Kanionka. Tak po prostu, bo akurat tamtędy przelatywała, i pomyślała sobie – a czemu by nie?

Bolało przez trzy dni, a opuchlizna zeszła dopiero na czwarty, bo ja tak mam.

.

Ale tak poza tym to był mój szczęśliwy tydzień, bo oprócz wspomnianego zielska wyszarpanego z rowu udało mi się znaleźć coś, czego bezskutecznie wypatrywałam od miesięcy, lustrując nieużytki, rowy, zapuszczone łąki i leśne głusze, choć niestety również głównie z okna Gwiazdolota, ponieważ poza wyprawami na zakupy właściwie nie opuszczam swej serowarskiej twierdzy. Chodzi o żywokost, takie tam zielsko kwitnące fioletowymi dzwoneczkami drobnych kwiatów, o charakterystycznym, prawie czarnym korzeniu palowym (czarny jest z wierzchu, bo w środku to już normalny), któremu to korzeniowi przypisuje się lecznicze właściwości, takie mianowicie, że przyspiesza zrastanie się kości, znosi obrzęki związane z urazami kości i stawów i tym podobne. On nawet po angielsku nazywa się boneset (to znaczy oficjalnie to comfrey, ale lud prosty sobie rzeczy nazywa po właściwym imieniu), więc sława jego wielka i światowa, no i ja go bardzo chciałam mieć w ogródku, żeby w razie potrzeby móc sobie tego korzenia urząchać, zetrzeć na papkę i się nią obłożyć, bo mnie to stawy bolą prawie wszystkie, a kto wie, może i na głowę by pomogło.

No więc szukałam, wytężając wzrok za każdym razem, gdy mijaliśmy Gwiazdolotem jakieś zarośnięte tereny, ale to nie takie łatwe, w splątanych gąszczach zielonego żywiołu wyodrębnić z daleka akurat to, czego się szuka. W lipcu ograniczyłam skanowanie terenów zielonych do wypatrywania niebieskawo-fioletowych kwiatów, ale wszystkie okazywały się jak nie chabrami, to cykorią podróżnik, albo czymś jeszcze innym, tylko nie żywokostem. I już sobie miałam dać spokój, już wyszukałam nasiona w internecie i nawet sadzonki na allegro, aż tu nagle, dnia dziesiątego miesiąca ósmego, czyli w czwartek, pojechaliśmy do miasta, zarejestrować tegoroczne koziołki i wyczyścić sklepy z kartonów, tudzież wstąpić do budowlanego po jakieś żelastwo, którego potrzebował małżonek. I tak sobie idziemy chodnikiem, tuż przy ruchliwej jezdni, i ja tak z czystego odruchu Pawłowa zerkam sobie na prawo, gdzie pyszni się miejski rów, a za nim spory kawał zachwaszczonego nieużytku, za którym jest już tylko skład węgla i tory kolejowe, i tak patrzę, patrzę, a tam, jak gdyby nigdy nic, rośnie sobie żywokost! A tak mi się przynajmniej z daleka wydaje. Cały jeden. Jeszcze kwitnie, choć na dwóch łodyżkach są już świeżo zawiązane nasiona.

I krzyczę do małżonka, który już zdążył przejść na drugą stronę jezdni, że ja muszę na chwilę do rowu, on tylko wytrzeszcza oczy, wraca na moją stronę i pyta z lekkim niepokojem, “że jak?”, no to mu tłumaczę, że tam chyba żywokost, o zobacz, piękny jeden egzemplarz, i ja już przecież tego tak długo szukam, że już przecież nigdzie tego nie znajdę, a tu jest, więc ja muszę do tego rowu i wyrwać. No to on mówi, całkiem niewzruszony, że spoko, ale to może lepiej jak sobie kupię łopatkę w budowlanym i go wykopię, tego żywognata, czy coś, no i ja się zgodziłam, bo przecież chodzi o to, żeby jak najwięcej korzenia ukopać, prawda, choć trochę się bałam, że jak wrócę to żywokostu już nie będzie, bo mi go ktoś ukradnie przede mną, bo przecież jest TYLKO JEDEN w całym powiecie, a może nawet i województwie.

.

Wybór łopatek nie rzucał na kolana, bo sezon się kończy, i przez chwilę widziałam siebie jak lecę z wielkim i błyszczącym szpadlem Fiskarsa kopać doły w zieleni miejskiej, ale cena była zaporowa, więc stanęło na cienkiej i wąskiej łopatce ogrodowej za siedem złotych.

Małżonek za moją radą ruszył sobie poczekać przy samochodzie, skwapliwie wybierając opcję “usmażę się w tym słońcu na asfaltowym parkingu” nad “będę świadkiem upokarzającego zjawiska i ktoś się domyśli, że to moja żona”, a ja, bosa i uzbrojona w łopatkę, wypięłam tyłek do przejeżdżających samochodów i zabrałam się za wykopki. Nie było lekko, bo to nie zadbany trawniczek przed warszawską willą, tylko dzikie chaszczowisko kilka kilometrów od granicy polsko-ruskiej, ale tak jak wiara góry przenosi, tak szaleństwo łopatką kopiec Kościuszki mogłoby przekopać, gdyby uznało, że warto . Gdy już na kolanach mocowałam się z oporną bryłą ziemi, ujrzałam w trawie jeszcze kilka mniejszych sadzonek do wzięcia, i ochoczo się za nie zabrałam, aczkolwiek łopatka poddała się już przy trzeciej, wygięła i pękła. Wciąż jednak – było warto. Niosąc w objęciach pięć kilo błota z wystającymi z niego cudotwórczymi wiechciami dotarłam do Gwiazdolota, gdzie małżonek właśnie wypacał z siebie szesnasty litr wody. Na mój uśmiech szaleńca wywrócił tylko oczami i ruszyliśmy w drogę do domu.

.

No i ja sobie tak jadę cała szczęśliwa, nucąc wesoło pod nosem: “żywo-kost, żywo-kost, daje kości ładny zrost” (“i pomaga na bóle staaawów”), i taka jestem z siebie dumna, taka och-jaka-sprytna, Sokole Oko Co Mu Nic Nie Umknie, doktor Klimuszko w spódnicy, bosy Indiana Jones, warmiński Sherlock Holmes, i zajeżdżam na podwórko, parkując Gwiazdolota w takim narożniku, gdzie Cebulaccy zakopali kiedyś całą piwnicę, z drzwiami, dziadkiem Józiem i słoikiem kiszonych buraków rocznik 1965, i gaszę silnik, obmyślając już gdzie ja sobie wetknę ten cudowny żywokost (w sensie, że w ogródku gdzie, a nie w organizmie), i już łapię za klamkę, gdy wzrok mój pada dwa metry od lewej burty Gwiazdolota, i co ja tam widzę? No co ja tam widzę!? Przytulony do ściany pokrzyw, ostów i łopianów – żywokost. Jako żywy. Na moim własnym podwórku. I mówię do małżonka, który już zdążył wysiąść i zabrał się za odkręcanie klemy przy akumulatorze, że “zobacz, małżonku, co tu rośnie, tuż pod Kanionka nosem. Żywokost!”. I małżonek tak wtedy na mnie spojrzał, takim chrystusowym wzrokiem… Ale wiecie, nie tym łagodnym, pełnym zrozumienia i wybaczenia wzrokiem, że “twoje winy będą ci odpuszczone, odejdź w pokoju i nie grzesz więcej”, tylko takim “zaprawdę powiadam ci, pójdziesz do piekła, Koninek”. Pff, też mi nowina.

No w każdym razie tak wygląda żywokost kradziony:

A tak mój własny, rodzony:

Nie zakwitł, bo musiałam go już ze dwa razy w tym roku skosić, razem z całą masą zielska, jakie tam zwykle rośnie.

.

A małżonek chyba mi jednak wybaczył, bo właśnie robi nową, piękną szafkę pod zlewozmywak. Specjalnie dla mnie. Piękną. Całą z drewna, własnoręcznie na deski i słupki pociętego.

Będzie miała drzwiczki! Bo ta obecna ma już tylko zasłonkę na żyłce, a przewaga drzwiczek nad zasłonką jest taka, oprócz kwestii że drzwiczek nie trzeba prać, że zasłonka jest całkowicie nieodporna na Pasztefona, który notorycznie wykrada mi nowiutkie gąbki do mycia naczyń, które trzymam właśnie pod zlewem w kuchni, i przerabia je na tysiąc wacików i rozprowadza szczodrze po całym domu, a nawet podwórku, choć go tyle razy prosiłam, żeby tego nie robił, bo w końcu ile można kupować gąbek, no ale mnie w tym domu nikt przecież nie słucha.

.

A co u kurczaków, zapytacie. Ano nic. Znaczy nic w tym sensie, że nadal unikają kurnika, a teraz to nawet nie muszą unikać, bo i tak jest zamknięty ze względu na to, że odchowują się w nim te wszystkie nielegalnie wysiedziane dzieciaki, a jest ich już chyba szesnaścioro. Zauważyliśmy za to, że kurczak im bardziej dziki, tym mocniej go ciągnie zew natury. Odżywają w tym kurzym móżdżku jakieś śladowe ilości zakodowanych wspomnień o bezkresnych przestworzach, o błękitach nieba, o akermańskich stepach, gdzie dzięcielina i pała, i takiemu kurczakowi zaczyna się wydawać, że to właśnie do niego należy cały świat, a człowieki to mu mogą co najwyżej na skrzydło napluć, no i może ziarek z rana podrzucić, bo jednak nie samą dzięcieliną kurczak żyje, prawda, i tak się jakoś w naturze złożyło, że ewolucja kurczaka przebiega w kierunku dokładnie przeciwnym do ewolucji człowieka – my zeszliśmy z drzewa i czym prędzej chcieliśmy się od niego oddalić (tak na milion kilometrów betonowych słupów i asfaltu), a kurczak wręcz przeciwnie: wchodzi na drzewo i ma takie ambicje, by wdrapać się jak najwyżej. A że trwa sezon na papierówkę, to można połączyć wysiłek związany z rozwojem osobistym z czystą przyjemnością jedzenia:

I to tyle na dziś, bo zaraz wybije północ, a o szklarni, ogrodowych ekscesach, kartoflanej telenoweli, baletach na balotach i serowych eksperymentach (narobiłam się! Ale może warto) to już w kolejnym wpisie, a teraz tylko dodam, że już suszę pomidory i bazylię do serów:

Wypatrujcie więc pilnie kolejnego odcinka, tak jak Pasztefon wypatruje listonosza:

PS. Aha, i znowu upiekłam chleb pszenny na żytnim zakwasie, tym razem taki z dodatkiem koziego twarogu (wpływa pozytywnie na wilgotność i sprężystość miąższu), i znowu wyszedł mi taki mały spodek latający:

Był na tyle smaczny, że podejmę kolejną próbę, tylko ktoś mi musi odciąć wodę albo trzymać za łapy, bo zawsze, ale to ZAWSZE wydaje mi się, że w przepisie jest błąd i wody za mało, no i potem masz babo placek. A Mały Żonek się uparł, że upiecze sernik z ricotty, i bardzo ładny mu wyszedł, tylko nie smakował jak sernik, bo ricotta nie jest kwaskowa. Ten wściekle żółty kolor to oczywiście jajka od dzikich kurczaków. Ja ten sernik-nie-sernik zjadłam, bo smaczny był, puszysty (ricotta już taka jest – delikatna jak pianka), może ciut za słodki, ale co to za problem, choć sam twórca się od niego odciął, bo, cytuję: “daj spokój, to smakuje jak posłodzona jajecznica”. Ja bym raczej powiedziała, że jak soczysty omlet. Gdyby jeszcze był z wiśniami…

O właśnie, toż ja Wam nie pokazałam truskawek w tym roku:

Yes, my job is done here.

148 thoughts on “Cudze chwalicie, swego nie widzicie, czyli o łowach w rowach i dlaczego pójdę do piekła

  1. diabel-w-buraczkach 01/09/2017 at 07:51

    Jeee! Kurokez je japko na dżewie! :D Kocham te Twoje nadrzewne kurczaki, tacy ewolucyjni rebelianci :}

    Co do tej sytuacji z zywokostem, to absolutnie nie masz sie co przejmowac. Ja ostatnio przytachalam z kwiaciarni wór ziemi do kwiatków i okazalo sie oczywiscie, ze jeden wór juz stoi na balkonie, i w tym momencie mi sie przypomnialo, ze rzeczywiscie w tym miejscu balkonu zawsze robilam taki duuuzy krok. No to teraz wiem dlaczego – bo wór.
    I to jest tylko balkon, a nie cale podwórko, jak u Ciebie, wiec wiesz. Spoko luzik.

    • diabel-w-buraczkach 01/09/2017 at 07:52

      Aha, a co sie robi z ta jarzebina? (oprócz liczenia)

      • ciociasamozło 01/09/2017 at 14:57

        Waży?

        • kanionek 01/09/2017 at 19:52

          Ciocia jest całkiem jak Irena – przenajmądra! Jak coś wyjaśni, to od razu wszystko wiadomo :D

          A z jarzębiną to się robi tak: się zbiera, się przebiera, się liczy i się waży, a jakże. Później się ładnie pakuje w woreczki i siup – do zamrażarki. A jak ona już się zdrowo przemrozi, to się dozbierowywuje smacznych jabłek i robi się z tego dżem! A raczej powidła, jeśli trzymać się ścisłych definicji przetworów owocowych. No i ta konfitura powidlana, zwana też czasem dżemem z jarzębiny, jest WSPANIAŁA. Do wszystkiego. Do herbaty zimą – pycha, do pieczeni – świetna (jeśli ktoś lubi łączyć owoce z mięsem, oczywiście), do farszów rozmaitych, do sera i twarogu, na kanapce lub bez. Ja nawet raz do lodów śmietankowych sobie dodałam, i też pycha :)
          Mnie ten dżemokonfitur jarzębinowy tak zauroczył w ubiegłym roku, że w tym roku już od początku sierpnia obserwowałam okoliczne jarzęby, czy aby owoców w tym roku dużo, i pilnowałam, żeby zebrać je zanim zaczną się marszczyć i psuć. Jedne dojrzewają wcześniej, inne później, na razie mam 2,5 kg już zamrożonych owoców, ale nie powiedziałam w tej kwestii ostatniego słowa.
          Jakie to jest w smaku? Słodko-cierpko-gorzkie i… jarzębinowe. Tego trzeba spróbować :) A oprócz walorów smakowych są jeszcze – podobno – te zdrowotne. Podobno przetwory z jarzębiny (i chyba napary z suszu też) działają wzmacniająco na naczynia krwionośne – stąd w ubiegłym roku pisałam, że to dżem na hemoroidy ;)

          • diabel-w-buraczkach 02/09/2017 at 22:40

            No to mnie zaskoczylas teraz. Trwam w stuporze. Serio nie miałam pojęcia, ze to można jeść!

          • kanionek 03/09/2017 at 00:12

            Ja do ubiegłego roku też nie! A teraz nie umiem i NIE CHCĘ bez tego żyć :D
            Ale serio, ja zanim cokolwiek zrobiłam z jarzębiną upewniłam się, że to faktycznie jest jadalne (ale tylko po obróbce cieplnej lub suszeniu), i okazało się, że dżemor z jarzębiny to i w pierwszym lepszym sklepie można kupić. Człowiek ciemny całe życie…

          • Iza 03/09/2017 at 10:00

            Ej, no, to młode pokolenie to jakieś nieświadome jest… :)))
            Przez cały okres późnego PRL, jaki pamiętam (czyli z 10 lat najmarniej), draże pt. suszona jarzębina w czekoladzie leżały sobie na półkach obok rodzynek / orzeszków w czekoladzie itp. i były najtańszą opcją z tego wszystkiego, więc jadło się tego mnóstwo. bo dobre i zdrowe. A teraz sprawdziłam i wujek Gugiel mówi, że to-to jest teraz bardzo posh i eko, i chyba wyłącznie na półkach eko po jakiejś mocno dziwnej cenie… :O :O
            A propos “posh i eko”, to pod sam koniec PRL pojechałam jako opiekunka harcerzy na obóz do Szwecji. A do plecaka wsadziłam chyba z kilo opakowań suszonego słonecznika dla dzieciaków – no i tak sobie wszyscy ten słonecznik pogryzaliśmy, rżnąc na świetlicy w makao. Po czym się okazało, że wg Szwedów ten słonecznik też jest bardzo posh i eko, i ci Polacy to niesamowicie dbają o dzieci, dając im to zamiast czekolady… Aha, aha – ta, jasssne, późny PRL i dobra czekolada oraz wysoka świadomość zdrowotno-ekologiczna, tak, oczywiście… :)))

          • mitenki 11/09/2017 at 01:34

            A wiesz ile sznurów korali koloru koralowego byłoby z tej jarzębiny??

          • kanionek 12/09/2017 at 00:51

            Wystarczająco dużo, żeby upleść z nich grubą linę i się na niej powiesić! :D
            Kto skubał jarzębinę ten wie, że od tego umierają komórki mózgowe. Z każdą godziną coraz szybciej.

  2. Monika 01/09/2017 at 08:03

    Oooo! Kanionek zmieniła ceratę na stole :)
    Jabłka – nie mam w tym roku ani jednego. Przygodę z żywokostem miałam identyczną, nawet łopatkę kupowałam w sklepiku. Z tegorocznych wakacyjnych podróży pozyskałam wiedzę, że bardzo bogate w żywokost są ziemie zamojskie i Gorce.

    • kanionek 01/09/2017 at 20:06

      No zmieniłam, chyba samej sobie na złość, bo ona jest w kurczaki, a do tego mówi, że ja niby kocham te kurczaki, a ja ich czasem tak serdecznie nie cierpię, że bym je normalnie młotkiem, na płasko, na ceratę… No ale nie mogę, bo wtedy by przecież umarły.
      Nie zrozumcie mnie źle, ja szanuję kurczaki, one mają swój świat, do którego staram się zanadto nie wtrącać, tylko że ONE nie szanują MNIE! Wszędzie wlezą, wszystko rozgrzebią, rozdziobą, wywloką, obsrają… To bardzo wścibski i uparty naród jest. Boga nie zna i się go nie boi. Gdybym zostawiła drzwi lub okno do domu otwarte, to po godzinie miałabym tu Sajgon, Grunwald i obrady sejmu. No ale dobra, nie nakręcam się.

      Ja liczę na to, że żywokost mi się nie tylko przyjmie (w sumie już się chyba przyjął, bo jeszcze nie zdechł), ale rozrośnie. Czytałam, że z jego korzeniami jest jak z chrzanem – jeśli w ziemi zostanie choć kawałek, to z niego wyrośnie reszta.

      • diabel-w-buraczkach 02/09/2017 at 22:42

        Wychodzi na to, że taki kurczak to dzika, niezależna dusza jest :-)
        Normalnie dziki zwierz!

  3. Mrówka 01/09/2017 at 09:36

    Żywokost jak najbardziej !!! Moja śp. Babcia wierzyła w żywokost, jak spadła ze schodów i bardzo się poobijała, to leczyła się tylko i wyłącznie okładami z żywokostu, a nie jakąś maścią made in zakłady farmaceutyczne. Akurat by się przydał, ale w moim ogródku ani dudu (tak, jak się człowiek bardzo postara, to można spaść z 2 stopni i uszkodzić sobie kopyto i tak, zdecydowanie jest to kara za gupi pomysł zrobienia porządku na grządce z ogórkami…), a ulicę nam wyasfaltowali i malowniczych poboczy z chwastami brak, a były, bo jako dzieciak zrywałam tam “zielone” dla kur…
    Witam całą Oborę i miziam wszystkich, którzy się nadstawią :) Jadłam już serki Kanionka, wylizałam palce i czuję niedosyt, bo żarłabym dalej :) twarożek poezja …
    Jak kątem oka zauważyłyście drogie Kozy jakiś cień w kącie obory, to pewnikiem ja – choć ciałem jestem w 2017, to duchem i emocjami jeszcze w 2016, jak uda mi się doczołgać do teraźniejszości to poproszę o kawałek miejsca, może być obok Bożeny, kocham jej styl :)))
    To taki mój coming out, niezupełnie planowany, ale ten żywokost … Szkoda że u nas leje (Wielkopolska), machnęłabym się na pole za firmą i poszukała.
    Miłego dzionka Wszystkim i oby nas nic nie bolało :)))
    PS Ciekawe, jaki mi awatarek wrzuci ???

    • kanionek 01/09/2017 at 20:24

      Sześć Mrówka :)
      No właśnie, ja zapomniałam napisać, że obecnie stosuje się żywokost tylko zewnętrznie, w postaci okładów, i to są okłady z papki powstałej po utarciu korzenia. Część zielona rośliny ma działe słabe, albo żadne, choc niegdyś pijano napary z żywokostu. Miałam tych informacji zamieścić więcej, ale w sumie – kto będzie zainteresowany, to sobie doczyta gdzie indziej, bo jest tego pełno w necie.

      Ale jeszcze napiszę, że można kupić suszony korzeń żywokostu w aptece (najczęściej nie mają pod ręką, ale mogą zamówić), zmielić go w młynku do kawy, zalać gorącą wodą do uzyskania papki (ona będzie kleista, śliska, śluzowata taka), i tym się okładać do woli ;)

      Mrówka, a Ty te ogórki to masz na jakimś podwyższeniu, że drabinkę musisz do grządki przystawiać? I jeśli chcesz na przyszłość, to mogę Ci kawałek korzenia żywokostu wysłać, nawet w kopercie, Ty go sobie w ogródku wetkniesz w wybrane miejsce, i on powinien na wiosnę ruszyć.

      • Buba 05/09/2017 at 02:00

        Z części zielonej robi się gnojówkę, tak jak z pokrzywy i podlewa się pomidory. Takie już dość wyrośnięte. Od tego lepiej kwitną i mają wiėcej owoców.

        • ciociasamozło 05/09/2017 at 11:35

          Kozy kochane! Ja Was bardzo proszę, wrzucajcie takie skarby wiedzy ogrodniczej od razu na forum, bo potem człowiek szuka i szuka i znaleźć nie może :)
          Jeśli pozwolicie, spiszę te informacje o żywokoście i wrzucę do “Poradni ogólnej” z podaniem źródła (bo nie wiem czy lepiej pod “ogródki, roślinki”, “żywienie, diety cud” czy “izbę przyjęć”).

          • Bo 05/09/2017 at 17:46

            Jeśli możesz, wrzuć zdjęcie albo nawet kilka. Będzie łatwiej rozpoznać w razie czego.

          • Bo 05/09/2017 at 17:48

            A może nowy wątek Babka Zielarka, czy coś w ten deseń.

          • kanionek 05/09/2017 at 21:14

            Taa, i będzie w nim tylko żywokost ;-P

          • Bo 06/09/2017 at 14:16

            To eufemistyczna uwaga dotycząca aktywności Kóz na Forum😞
            No wlaśnie, ale żeby TAM wejść trzeba pamiętać jakieś hasło, które przyznano przy logowaniu i którego zapomniało się zmienić na jakieś takie łatwiejsze do zapamiętania…

          • kanionek 06/09/2017 at 20:59

            Ale jest opcja resetu hasła (“nie pamiętam hasła”) i można dostać nowe, a później znów zapomnieć ;)

  4. Jagoda 01/09/2017 at 10:08

    Zaczęło się jak książka jakaś albo list romantyczny… a skończyło jak zwykle, po kanionkowemu. Co za ulga! Czy jest jakiś pożytek z gąsiora? może trzymasz go na 11 listopada? Należy mu się.
    Mam na bakier z ziołami, nawet melisę wykorzystuję rzadko, czasem herbatka. Właśnie wczoraj czyściłam rabatę z kłączy mięty i wyrywam oregano, bo rozsiało się jak chwast.
    Jeżeli żywokost pomoże na reumatyzm, to daj znać, proszę.
    Ser z wiśniami fantastyczny, ZAMAWIAM następny , tym razem wędzony.
    I lecę do moich kłopotów, pozdrawiam wszystkich.

    • ciociasamozło 01/09/2017 at 12:37

      U mnie oregano całkowicie pochłonęło tymianek, smętne niedorostki mięty i wiesiołka, a nawet jakby rudbekię trochę wykurzyło. Teraz robimy zakłady, kto będzie górą, oregano czy konwalia.
      Ale za to ile motyli do niego przylatuje!
      Jagoda, potraktuj kłopoty jak oregano ;)

      • kanionek 01/09/2017 at 20:57

        A u mnie rządzi mięta. Las mięty. Pożera wszystko na swej drodze (podejrzewam, że motyle też).

        W ubiegłym roku jeszcze jakoś nad tym panowałam, ale teraz przydałby się walec, żeby to wszystko ładnie wyrównać ;) Znalazłam człowieka, co robi zrębki. Zawodowo. Rębak ma, taką wielką machinę, i mieli w nim wszystko, to znaczy drzewa i krzaki po wycinkach miejskich, gminnych i leśnych. Ucieszyłam się jak głupia, myśląc że kupię u niego kontener tych wymarzonych, zmielonych resztek, i sobie cały ogród tym równiutko zasypię, od miedzy do miedzy, i w przyszłym roku zacznę ogród od nowa.

        Jak głupia się ucieszyłam, bo zapomniałam, że tu przecież wszystko jest drogie, nawet odpad po odpadzie po recyklingu odpadu. Chciałam tego mielonego tak ze sto metrów sześciennych, bo do ogrodu warstwa 20 cm, a ogrodu jest ze 300 kwadratów, a oprócz tego pod drzewa i wolnowybiegowe borówki i porzeczki, i może jeszcze dookoła ogrodu też, bo mi pokrzywy przechodzą przez płot, no ale to wszystko nieważne, bo kubik tego szajsu kosztuje… 45 złotych. Czterdzieści pięć złotych cebulionów polskich za sześcienny meter!

        No to mnie nie stać nawet na to, żeby sobie ścieżkę w ogrodzie z tego zrobić.
        O właśnie, czy jest na sali Zeroerha? Mój niemiecki nakurwiacz zrębek pozdrawia Twojego niemieckiego nakurwiacza zrębek :D (no chyba, że Ty używasz. Ja się boję, bo to tak rwie i ręcami telepie, że mogłoby urwać, gdyby nagle zechciało)

    • kanionek 01/09/2017 at 20:37

      Jagoda, nie wiem czy pomoże na reumatyzm, bo mój lekarz uważa, że reumatyzmu nie mam (jakieś badania z krwi tak mu powiedziały), a moje bóle stawów są przeciążeniowe. Deformacje pewnie też. No to nie wiem, co to jest, ale wszystkie kobiety w mojej rodzinie mają krzywe paluchy, zdeformowane stawy i palce dłoni, i inne takie. Ja chyba dość wcześnie zaczynam się “wykręcać”, bo palec wskazujący prawej dłoni już ma zgrubienia na jednym stawie i zaczyna skręcać w bok. I dla niego już jest chyba za późno, ale spróbuję z tymi okładami (no wiadomo, że tylko na noc, bo w dzień palec jest mi potrzebny do pracy), i dam znać.
      Mogę na razie powiedzieć, że obłożyłam żywokostem inny palec, ten w który wbiłam sobie drut, i moim zdaniem pomogło. Mam już bogate doświadczenie z takimi ranami, i to się normalnie paprze dużo dłużej, a po dwóch okładach z korzenia żywokostu (jeden na całą noc, jeden na dwie godziny w ciągu dnia) byłam w stanie w miarę normalnie używać tego palca już na trzeci dzień po urazie.

      No i ten… Nie będzie już sera z wiśniami, bo jakiś tydzień temu pewna osoba, której personaliów nie zdradzę ze względów bezpieczeństwa, zamówiła to, co zostało, i więcej nie ma. No wiem, mnie też jest przykro, i w przyszłym roku nasuszę więcej wiśni.

      • kanionek 03/09/2017 at 00:02

        A tak, zapomniałam odpowiedzieć na pytanie: po kiego parcha mi ten gąsior?
        No więc i otóż, ja go tak trochę z litości dla Melin kupiłam, żeby odzyskały tożsamość płciową, tudzież nie wysiadywały po próżnicy tych niezalężonych jajek. Przykro było patrzeć, gdy tak się starały, tak te gałązki nosiły i gniazdo puchem wyścielały, na jajkach z poświęceniem siedziały, i zero gratyfikacji. No a drugi powód był taki, że sobie głupia myślałam, że skoro jedną martwą kurę udało mi się oskubać i rosół ugotować, to może i gęsi sobie wyhoduję na mięso, na zimę, bo ze sprzedaży serów to wciąż wychodzi na to, że głównie na kozie utrzymanie zarabiam, a gęś żywi się zielonym, czyli mięso za darmo, jak malowane. No ale dupa, z podwójnym podbródkiem, bo Meliny większość jajek zmarnowały, dwa pisklaki zadeptały, a trzeciego, co go przez trzy tygodnie sama odchowywałam, trafił szlag z jasnego nieba w któryś piękny poranek (miałam Wam o tym napisać, zdjęcia są, ale mi było smutno i nie napisałam). On ze mną mieszkał w kuchni przez trzy tygodnie, a później Meliny go pięknie zaadoptowały, i cała patologiczna rodzinka przechadzała się dumnie po podwórku, z tym jednym gąsiątkiem z inkubatora, i ja byłam szczęśliwa. A któregoś ranka zastałam go na podwórku leżącego plackiem, z wyszarpanymi z grzbietu piórkami, a nad nim stało gęsie trio i niezmiernie się dziwowało, że co to się małemu stało…

        No i kończąc tę smutną historię – dzięki idiotycznej i dotąd niewyjaśnionej śmierci Gąsiątka wiem, że gdyby Meliny wysiedzialy nawet dwadzieścia piskląt i wszystkie by dożyły jesieni, to i tak bym ich nie ubiła, tylko kupiła 20 worków owsa więcej, na zimę. Tak mi było żal tego małego nicponia, że trzy dni chodziłam jak struta.
        Taki ze mnie hodowca samowystarczalny, jak z koziej dupy krokiety.

        • kanionek 03/09/2017 at 00:07

          I na pamiątkę mojej chciwości został mi gąsior, co dybie na moje życie. Dwa razy już mnie dziabnął, a gęsi podobno żyją bardzo, bardzo długo, więc jeszcze wiele siniaków mam w gwiazdach zapisane.

  5. Anomin 01/09/2017 at 13:11

    Ha, zdarzylas jeszcze w sierpniu :-))
    Jesien idzie, nie ma na to rady…
    Dzieki za kolejna doze wiadomosci bardziej i nie mniej waznych.
    Troche Cie wywolalam, Kanionku, moimi myslami albowiem tak: juz bedzie niedlugo 2 tygodnie temu przytrafil mi sie pierwszy w zyciu kleszcz na lydce. Tzn pierwszy w ogole ale akurat na lydce. Byl on tyci tyciutenki, nawet nie bardzo bylo co chwycic, zeby go wyjac. No ale trzeba bylo wyjac. Niestety wszystko sie odbywalo na wyjezdzie i nic nie mialam pod reka wiec wyciagnelam palcami. Jako ze, nawet z okularami na nosie, slepa nieco jestem dopiero na drugi dzien przez szklo powiekszajace zobaczylam, ze jest w tym miejscu malutka czarnawa krpeczka – czyli morda jego chyba zostala. Probowalam te kropke wyciagnac ale nie wiem czy sie udalo, bo troche sie balam i troche to sie zaczerwienilo. Minely te prawie dwa tygodnie i miejsce jest nadal zaczerwieninone, wyglada jak podrapane ukaszenie po komarze. Nic sie nie rozprzestrzenia w sposob jak to opisuja niby ze borelioza …
    Kanionku i Wy pozostale Kozy: jakie ziolo by pomoglo: babka, szalwia czy cos. Z pewnoscia wiecie.
    Do lekarza oczywiscie, ze nie pojde

    • kanionek 01/09/2017 at 21:54

      Mnie to lepiej nie pytać, bo wszystkie Kozy Ci powiedzą, że się nie szanuję, odstawiam ryzykowne numery, do lekarza też rzadko chodzę.
      Nie widzę tego, co Ci się tam porobiło, ale wydaje mi się, że po dwóch tygodniach zioła niczego nie zmienią. Zaczerwienienie może być lekkim odczynem zapalnym (ciało obce, morda kleszcza, Twoje komórki chcą to wykopać ze swojego podwórka, ale też nie bardzo wiedzą jak), i może zwyczajnie ustąpić z czasem. Jak długim? A to już zgaduj-zgadula. Ale może być też nietypowym rumieniem. Powiem tak: jeśli borelioza, to tylko lekarz. Jeśli nie, to samo przejdzie (bo rozumiem, że nie babrze się, nie boli, nic nie wycieka).
      Co ja bym zrobiła? Boję się boreliozy i pewnie jednak poszłabym do lekarza. Gdyby nie stwierdził boreliozy, na bank uznałabym, że się pomylił i panikowała jeszcze przez kilka tygodni, albo tak długo, aż zapomniałabym, na co to właściwie miałam skonać w męczarniach ;)

      • Iza 03/09/2017 at 10:46

        Po pierwsze primo, to rumień zwykle robi się tak jakoś po miesiącu albo i półtora, więc trochę czasu jeszcze jest. Po drugie primo, na widok rumienia 5+ cm (niekoniecznie w miejscu ugryzienia, chłopak dosyć nonszalancko podchodzi do kwestii lokalizacji) idzie się do laboratorium najpierw (drogo, cholera), a do lekarza potem, bo nie do wszystkich medyków wieść o boreliozie zdołała dotrzeć (chyba, że ktoś ma mocno kumatego lekarza – wtedy da się oszczędzić tę stówę, samo okazanie rumienia wystarczy). A po trzecie primo, to skutkiem poprzednich ruchów łyka się doxycyklinę (albo tetracyklinę) przez 3 tygodnie i ma się sprawę z głowy – to akurat znacznie taniej wychodzi niż trumna. :D
        Wadą doxycykliny jest to, że przestaje działać na sam widok nabiału wszelakiego (znaczy, wapnia), więc na ten czas można zapomnieć nie tylko o serach Kanionka, ale nawet o mleku do kawy. :( No i przewód pokarmowy za nią ogólnie nie przepada…
        Temat osobiście przećwiczyłam raz, a moje dziecko-leśnik ze 2-3 razy, więc info jest z pierwszej ręki. :)

        • nw 03/09/2017 at 18:00

          Zgadzam sie, ze trza testy robic. I czym predzej antybiotyk, bo jak wirus sie dobrze zadomowi w organizmie, to dlugotrwale (serie po kilka miesiecy) leczenie antybiotykami (nie jednym bynajmniej) daje szanse zaledwie na uspienie tej francy, a nie na wytepienie calkowite.
          Przynajmniej tak czytalam:) Wsrod lekarzy sa dwie skrajne szkoly postepowania z borelioza, ta radykalna, co to doradza nawet profilaktyczna antybiotykoterapie po ukaszeniu przez kleszcza i ta lekcewazaca zagrozenie i nie kierujaca nawet na to podstawowe badanie, ktore czesto daje falszywy negatywny wynik.

          • czytacz 03/09/2017 at 19:07

            Borrelia to bakteria, nie wirus.
            A testy fałszywie negatywne wychodzą często gęsto przy wykonywaniu ich za wcześnie. Przeciwciała wykrywalne są po jakimś miesiącu – półtora.

          • Anomin 03/09/2017 at 19:54

            Nie chce strollowac notki Kanionkowi, ale wlasnie chcialam (ku przestrodze innym) powiedziec, ze badania powinno sie robic dopiero po 4 tygodniach od ukaszenia (tzw. okienko serologiczne). Czytacz to juz napisal a ja jeszcze dodam, ze wykrycie przeciwcial oznacza… tylko istnienie przeciwcial a nie potwierdzenie choroby. Qrcze strasznie to wszystko skomplikowane i grozne. I te skutki uboczne ewentualnego leczenia :-@
            A tak bajdeuej Kanionku: Ty zlapalas kiedykolwiek kleszcza????

          • nw 03/09/2017 at 23:21

            Oczywiscie, bakteria, kretek zreszta. Czeski blad to byl.
            Przeciez antybiotykami wirusow sie nie tepi, wie to nawet taki laik jak ja:) Piszac, ze czym predzej, mialam na mysli te konkretna sytuacje, bo tu juz czas jaks uplynal. Zreszta, to dokladniejsze, drogie badanie podobno warto robic po ok.2 miesiacach.
            Co do regionow, to czytalam niedawno, ze jakas uczelnia zrobila badania terenowe na Slasku i wyszlo, ze co 3 kleszcz jest zarazony kretkami wywolujacymi borelioze.

      • Anomin 03/09/2017 at 18:21

        OMG, no to teraz sie przestraszylam na powaznie….
        Dzieki Kanionku, dzieki Kozy… mam czas pmyslec do jutra, chyba jednak pojde :’-(
        Dziewczyny, jestescie niesamowite, ze chcialo sie wam stukac w klawiature, zeby mi odpowiedziec… x x x x

        • mały żonek 03/09/2017 at 20:25

          Dodam od siebie, że już kilka sztuk wyłapałem przez ostatnich parę lat i nic mi nie jest. Z tego co pamiętam, to też zależy od regionu – nie wszędzie ta bakteria występuje. Oczywiście zwierzęta migrują, więc to się zmienia. Bodaj sanepid prowadzi statystyki – może spróbuj zadzwonić i zapytaj się, czy mają jakieś odnotowane przypadki zapadalności z obszaru na którym doszło do ataku.

        • Iza 03/09/2017 at 23:57

          Jeżeli na razie wygląda jak rozdrapane po komarze, to spokojnie możesz poczekać – lekarz też nie wróżbita, żeby od razu wiedzieć, czy to zwykły odczyn alergiczny, czy borelka.
          Moje też tak najpierw wyglądało i swędziało jak diabli (rumień nie swędzi), więc dostałam normalne leczenie antyalergiczne – co było o tyle miłe, że nie rozdrapałam tego do kości przez swędzenie. :)
          Ale po kolejnym tygodniu swędzieć przestało, plama miała już 13×15 cm i charakterystyczny pierścionek dookoła, więc ślepy by się domyślił, co jest grane…

        • Kanionek 04/09/2017 at 00:32

          Anomin, niczego nie trollujesz, tu jest i zawsze był hyde park, i to ja sama Was do tego zawsze namawiałam. I owszem, wyłapałam kilka kleszczy w życiu (mój pierwszy był chyba z 10 lat temu, jeszcze za czasów mieszkania w mieście, i ja chyba kilka tygodni nie spałam z nerwów), tutaj najwięcej, i teraz to one na mnie nie robią większego wrażenia. To znaczy owszem, obrzydliwe są i nigdy się nie pokochamy, ale teraz bez problemu ściągam je ze zwierzaków palcami i unicestwiam, niewiele o tym myśląc, akiedyś to pęseta, gumowe rękawiczki, domestos, splunąć trzy razy przez lewe kolano i tak dalej. Raz w życiu robiłam sobie te horrendalnie drogie testy i to było ubiegłej zimy, gdy koszmarnie źle się czułam i borelioza była jedną z podejrzanych. Wyniki były negatywne. Zwierzaki u nas mają zapewnioną profilaktykę przeciwkleszczową, dla ludzi czegoś takiego nie ma (oprócz “unikania miejsc, w których mogą być kleszcze”, ha ha, czyli my musielibyśmy siedzieć w lodówce), i jakoś się żyje.

          Może faktycznie odczekaj jeszcze trochę i zrób sobie test dla świętego spokoju :)

  6. ciociasamozło 01/09/2017 at 13:13

    Jakie fajne okienko meteo!

    To różowe to chyba http://kwiatypolski.mintshost.com/atlas/strony/krwawnica_pospolita.html
    Też dobra na Kanionka urazy :)

    Ireno! Kocham Cię! Mogą się śmiać z utkniętego łba, ale co się najesz trawy zza płota to Twoje!

    Kanionku, dziękuję za policzenie jarzębiny. To wcale nie jest takie bez sensu. Czasem potrzebuję kupić kilka, kilkamnaście sztuk czegoś co jest na wagę (np. 15 kruchych ciasteczek z marmoladą) i taki przelicznik bardzo by mi się przydał ;)

    Dzięki osie mogłaś zobaczyć jak Twoja ręka wyglądałaby gdybyś miała chociaż śladową ilość tkanki tłuszczowej ;P

    Kurak wysokopienny nie taki gupi. I jabłek podje i jaszczomp ani lis go nie dorwie. Może trzeba było domek na drzewie zamiast kurnika stawiać?

    Wstęp do szafki pasztetoodpornej wygląda imponująco. Chleba, sernika i innych kulinarii nie skomentuję bo zaraz będę miała zwarcie w zaślinionej klawiaturze.

    • Bo 01/09/2017 at 13:52

      Też myślę, że to krwawnica, u mnie w rowach i na podmokłych poboczach cudnie rośnie i przeflancowałam ją do siebie nad stawek.
      A resztę Ciocia skomentowała tak, że lepiej się nie da, to sobie oszczędzę.
      Tylko na koniec wyrazy współczucia dla Pasztetowego Gąbkożercy – odetną cię od rozrywki tym nowym dizajnerskim sprzętem. Ech!

      • ciociasamozło 01/09/2017 at 14:57

        Obawiam się, że Pasztefon nie głupszy od kuraków i znajdzie sobie nową rozrywkę ;)
        Słyszałam o jednej pani, której pies z uporem maniaka ściągał ścierki kuchenne i ganiał z nimi po mieszkaniu. Nauczyła tego psa przynosić ścierkę na komendę i okazało się, że porywanie ścierek nieautoryzowane przez panią przestało być atrakcyjne.

        • kanionek 01/09/2017 at 22:15

          Tak! Poczytałam, pooglądałam, i to krwawnica. Dzięki Wam, Ciociu i Bo. Zawsze lepiej wiedzieć, co sobie człowiek na własnym łonie hoduje.

          Okienko meteo cichaczem wetknął tu Mały Żonek. Sama się dopiero co zorientowałam.

          Pasztetowy Gąbkożerca ma rozrywek bez liku (wszystko kosztem mojej krzywdy), a jeśli chodzi o ściąganie czegoś, to ma jeden fetysz, i to jest poduszka. W kartoniku miał poduszkę, w skrzynce po cebuli też, więc na poduszkach czuje się swojsko i bezpiecznie. W kuchni na obydwu krzesłach mam takie cienkie poduszki w powłoczkach (stół wysoki, krzesła ciut za niskie, bo wiadomo, wszystko z innej parafii), i dziad pasztetowy sobie taką poduszkę ściąga na podłogę, zwija się na niej w kłębek, i sobie śpi. Przez pięć minut, bo później musi gdzieś lecieć. Więc ja podnoszę poduszkę i kładę ją na krzesło, a za kilka minut czarna pasztetówa wraca, bo już po zabawie, ściąga poduszkę, kładzie się na niej, i… I tak w kółko :)

          Ja też kocham Irenę :) Choc czasem mam chęć jej łeb łaciaty ukręcić :) Bo domyślasz się, jak ciężko ten łeb z siatki wypchnąć, żeby kolczykiem o drut nie zahaczyć, a na domiar złego Irena zupełnie nie pojmuje idei tego wyciągania. Ona chyba myśli, że ja ją przeciągnę przez oczko siatki NA MOJĄ STRONĘ, bo za każdym razem, gdy już osłonię zakolczykowane ucho dłonią i próbuję kozi łeb wypchnąć z oczka, Irena napiera w przód! Bywało już tak, że moja dłoń uwięzła, boleśnie zakleszczona pomiędzy drutem oczka a Ireny łbem, a ta mądrala czując, że coś jej się ciasno wokół głowy zrobiło, wyrwała do tyłu jak oparzona, omal nie łamiąc mi palców. To bardzo mądra koza jest, tylko znerwicowana cosik ;)

  7. Magda 01/09/2017 at 20:20

    Uwielbiam twoje pióro :) :) :). To zielsko u góry postu to chyba budleja, trochę omdlała ale myślę, że jak się ukorzeni to jej się polepszy i w przyszłym roku obdarzy cię pięknym bukietem pachnących kwiatów. Pozdrawiam cieplutko i czekam z niecierpliwością na nowe posty.

    • kanionek 01/09/2017 at 22:21

      Dziękuję, Magda :)

      Sprawdziłam budleję, i na zdjęciach wydaje się podobna, ale jednak to nie to. Kwiaty ma inne, no i wg opisów jest krzewem. Dziewczyny wyżej postawiły na krwawnicę, i to jest strzał w dziesiątkę.

  8. sunsette 01/09/2017 at 20:33

    I nalewkę z jarzębiny można…
    Bardzo ładne to różowe!
    Kurczaki nadrzewne rozzbrajające.
    Ale że te truskawki to teraz???
    Też po osie puchnę na kilka dni, ale w tym roku hitem są mrówki. najpierw jedna mnie użarła i łydka mnie swędziała i bolała ze 2 tygodnie. Potem mnie oblazły, jak kopałam coś, kolejna wlazła na brzuch i tak mnie użarła, ALE TO TAK MNIE UŻARŁA! Ślady mam do dzis, a to chyba nawet więcej, niż 3 tygodnie temu było.
    Żywokost natomiast wypróbowałam na sobie z wielkim powodzeniem, jak sobie naciągnęłam lędźwiowy kręgosłup, tak, że przez 5 dni się nie moglam wyprostować, a maści nie działały. W tym 5 dniu kupiłam kruszony żywokost w zielarskim sklepie, zrobiłam papkę wg instrukcji, nałożyłam na ręczniki papierowe, przyłożyłam do pleców, potem się ofoliowałam folią spożywczą z rolki;) I tak całą noc wytrwałam. Na rano odczułam wyraźną ulgę, aż nie mogłam uwierzyć. Powtórzyłam jeszcze 2 razy i ból minął. Potem koleżanka ukopała mi na swoich rowach pare sadzonek, bo u mnie w okolicy nie ma. Posadziłam, może urośnie, ale on ponoć lubi podmokłe…
    Pozdrowienia dla Ireny i reszty:)
    PS A co do czosnku, to się nieśmiało przypominam, bo od dziś wrzesień:)

    • kanionek 01/09/2017 at 22:48

      Ależ nie ma sprawy, czosnku nazbierałam więcej niż posiałam, tylko lepiej wyślij mi maila, bo wiatr we łbie hula i pamięć przez uszy wywiewa, a maila to ja sobie zaznaczę, że niby nieprzeczytany, i on mi się będzie w oczy rzucał :)

      Mrówki są OKROPNE. Włażą na cżłowieka grom wie po co, chodzą sobie, chodzą, niby nigdy nic, aż tu nagle CIACH! I już człowiek użarty, ot tak, za darmo. Ja raz w lesie nieopatrznie stanęłam na mrowisku. Znaczy takim podziemnym, którego nie widać, bo te normalne wielkie kopce to jasne, że omijam z daleka. Boso byłam, oczywiście, za grzybami węszyłam, na chwilę w miejscu przystanęłam, żeby się rozejrzeć jak wilk za Czerwonym Kapturkiem, aż tu nagle coś mnie ukłuło w stopę. I drugie coś. I trzecie i piętnaste! To były ułamki sekund! Zanim się zorienowałam, co gryzie Gilberta Grejpa, miałam tych małych kurwiów na sobie dziesiątki.

      Żywokost preferuje podmokłe, ale ludzie we wsi gadają, że jak musi, to i na tłuczonym szkle wyrośnie ;) Ja na wszelki wypadek wetknęłam swoje sadzonki w takim niewielkim zagłębieniu terenu, no i obściółkowałam hojnie, żeby mu nie wyschło. Teraz to się już nie martwię, bo znów pada cały dzień, w nocy ma lać, jutro powtórka z padania, a za rogiem piździernik, więc chyba do lipca 2018 suchości w ustach ten żywokost nie zazna.

      A truskawki to te czerwcowe, co u mnie dojrzewają w lipcu, ale na lipcowy wpis się nie załapały, więc są w sierpniu. Miałam ci ja truskawki, co owocowały nawet w październiku, ale szlag je trafił w tym roku i nawet nie wiem dlaczego. Nic nie szkodzi, i tak były plastikowe w smaku.

    • wy/raz 03/09/2017 at 13:19

      U mnie ziemia taka piaszczysto-popiołowa, a żywokostu nie mogę wytępić. Ze wstydem przyznaję, że próbowałam, bo mi się wysiał pośrodku warzywniaka, a areałów nie mam. To naprawdę odporne ziele, jak pierwszy konkurent w ogrodzie podagrycznik https://pl.wikipedia.org/wiki/Podagrycznik_pospolity.

  9. mitenki 02/09/2017 at 15:37
  10. mitenki 02/09/2017 at 15:37

    W sensie – Kanionkowe truskawki tak bym jadła :D

    • kanionek 03/09/2017 at 00:20

      Cudne :)
      Dla dorosłych powinna być wersja z wanną bitej śmietany i warstwą truskawek na wierzchu.
      Kozy kochane, żarcie mi po głowie chodzi, bo sobie oglądałam filmy o robieniu ciekawych serów, no a wiadomo, że jak się w jutubę wpisze np.”gorgonzola” to w pierwszej kolejności wychodzi nie JAK zrobić ser, tylko CO można z nim zrobić, i tak od filmu do filmu (net dzisiaj łaskawy) zgłodniałam, obśliniłam pół poduszki i do reszty znienawidziłam mrożone kostki z mintaja. I kanapki. Ale jakieś penne z łososiem, w gorgonzolowym sosie, posypane natką konwalii, czy coś, to bym zjadła. Albo coś z kuchni azjatyckiej. Albo w ogóle z jakiejkolwiek, tylko nie z własnej :D

  11. Jolanta 02/09/2017 at 22:14

    Och Kanionku Ty jesteś jak zdrowie, jako ten plaster na skołatane serce. Nurzam się w Twoim życiu w sumie od zeszłego roku – czytam po kawałku razem z komentarzami jak tylko wieczorem nie padam na pysk (czyta powoli bo widzi słabo i wszystkich liter też nie zna hłe hłe). Dobrze mi to robi. Mąż tylko czasem dziwnie patrzy jak kwiczę przed komputerem, ale boi się pytać dlaczego.
    Pięknie tu w tej Oborze, miło, ciepło i tyle ciekawych rzeczy się człowiek dowie. Zbliżam się do końca 2015 roku – łomatko jakie tam emocje były! ale z przodu korci na bieżąco zobaczyć. Pozdrawiam wszystkie Kozy i Ciebie. W życiu nie sądziłam że kury tyle dzikości i fantazji w sobie mają – może to taki gatunek nadrzewny! Wracam do października 2015

    • kanionek 03/09/2017 at 00:27

      Tak, tak, to gatunek nadrzewny, a podgatunek: “nazłośćkanionkowi”. Wyrodne plemię. Dzisiaj nasrało na klamkę od koziarni i ja tego nie zauważyłam, zanim chwyciłam.
      Cieszę się, że Obora jest Twoim drugim domem, a nawet plastrem. Czytaj sobie spokojnie, ja ostatnio tak rzadko piszę, że w końcu dogonisz teraźniejszość :)

  12. wy/raz 03/09/2017 at 13:38

    Ale Pasztedzik wyrósł na przystojniaka. Żałuję, że nie widziałam akcji wykopywania żywokostu ;)), choć opisałaś tak barwnie, że niemal widzę. Chlep cudny… Unikaj kombinerek i ludzi wychowanych tylko na Nowej Podstawie Programowej. Bożena owcą!!!

  13. Teatralna 05/09/2017 at 18:52

    matko ten żywokost mi spać nie daje…bo ja chyba mam takie liście i mówisz, że to jest lekarstwo?? hmmmm ale mi chyba nie kwitnie albo nie zauważyłam. Pasztecik mega facet jest ))) oraz na miejscu Bożeny też bym się obraziła.

    • kanionek 05/09/2017 at 21:29

      “Takich liści” jest niestety dość sporo, też mam rośliny w ogrodzie i na podwórku jedynie podobne do żywokostu. Żeby prawidłowo rozpoznać roślinę trzeba brać pod uwagę choć większość cech charakterystycznych: przeciętna wysokość, kształt i wielkość liści, tak samo kwiatów, a w ich przypadku jeszcze kolor, łodyga też bywa charakterystyczna, np. pusta, owłosiona itd., często znakiem szczególnym jest zapach, czy to części naziemnej, czy korzenia. Ja kilka lat temu po ciemku, z latarką, wykopywałam chrzan (bo późno w nocy robiłam ogórki). Cała zadowolona wróciłam z wiaderkiem brudnych korzeni, i dopiero w domu się okazało, że to nie chrzan, tylko jakieś dziadostwo, o bardzo podobnych liściach i palowym korzeniu. Tyle, że korzeń praktycznie nie miał zapachu i był zdecydowanie żółty. W tym roku też mi się zdarzyło polować w nocy na chrzan, ale tym razem od razu powąchałam to, co sobie z ziemi wykopałam :D

      W przypadku żywokostu najbardziej charakterystyczny jest właśnie korzeń (i to korzeń jest tym cudownym lekiem) – tak brunatny, że aż czarny, ale po oskrobaniu ze skórki biały lub kremowy. Starty na papkę (suszony też) wydziela duże ilości śluzowatej substancji, takiej klejącej. Gdy się już wie, jak żywokost ma wyglądać, a zdjęcia naprawdę bywają mylące, bo to kwestia natężenia światła, jakości aparatu, odwzorowania kolorów przez monitor, czasem nawet kąta, pod jakim fotografowano roślinę, no więc gdy się już wie, to wtedy nie sposób go z niczym pomylić, ale na pierwszy raz – wykop z korzeniem jedną z tych roślin, które podejrzewasz o bycie żywokostem, i wtedy będziesz wiedziała na sto procent :)

      • kanionek 05/09/2017 at 21:36

        O, jeszcze sobie coś przypomniałam. Z żywokostu można zrobić macerat, albo coś w rodzaju nalewki, tylko do stosowania zewnętrznego. Chodzi o to, że w przypadku np. bólu kręgosłupa, ciężko jest zrobić okład z kleistej papki, bo to na plecach albo na szyi, i jak z tym spać albo się przemieszczać, prawda. No to robi się wyciąg alkoholowy i takowym naciera bolące okolice. Można też, jeśli kogoś ciągnie do zadań z gwiazdką, zrobić sobie maść :)

        • niezdecydowana 06/09/2017 at 21:20

          Cześć i czołem :)
          życie w Kanionkowie jak zwykle intensywne :)
          kury niesamowite – mój mąż gdzieś w Rumunii spotkał kozy na drzewach, także może pewnego dnia Wasza nowa koziarnia będzie metr nad ziemią ;)
          jeżeli chodzi o żywokost, to olejek z tej roślinki wyleczył mój łokieć (dość mocny upadek) po całkiem długim leczeniu (nieskutecznym – sterydy + ćwiczenia) przez ortopedę ;) bardzo polecam

          • kanionek 06/09/2017 at 22:42

            Ooo, dzięki :)
            Ale czekaj, jeszcze nie wracaj do szafy, bo ja bym chciała wiedzieć, JAK DŁUGO (jak często i jak długo) stosowałaś ten olejek, żeby poczuć rezultaty. Bo ja mam taką wadę, że jak coś szybko nie zadziała, to się zniechęcam (no nie zawsze, ale często). Takie np. okłady krzywy na palec są problematyczne, więc robiłam je tylko na noc, a dokładniej na dwie noce, bo trzeciej już zapomniałam, a czwartej mi się nie chciało, bo byłam zbyt zmęczona na owijanie papki w wymyślne więzy (żeby w nocy nie spadło). No to pytam “jak długo”, bo jesli to ma trwać np. miesiąc, to mi nie wystarczy samozaparcia :) (No wiem, że każdy uraz jest inny, ale tak poglądowo chociaż chciałabym wiedzieć).

          • niezdecydowana 07/09/2017 at 09:23

            Olejek stosowałam niezbyt długo (cierpię na tą samą przypadłość – jeżeli coś wymaga długiego i regularnego stosowania to szybko daję sobie spokój), na początku tak sobie psikałam i smarowałam ze 2-3 razy dziennie może przez tydzień, a potem jeszcze przez jakiś czas jak mi się przypomniało, tak mniej więcej raz dziennie albo raz na dwa dni ;) olejek postawiłam na stole w kuchni, więc rzucał się w oczy :) trwało to może coś koło trzech tygodni i po prostu ból minął. Ten mój łokieć był mocno stłuczony – jakiś płyn się tam utrzymywał ze stanu zapalnego. Teraz chyba już nic się nie dzieje bo od roku nie czuję tam żadnych zmian a bywało, że nie potrafiłam tą ręką np. kręcić kierownicą w samochodzie.
            Olejek nabyłam taki:
            https://www.e-fito.pl/reumatyzm-stawy/1360-olej-zywokostowy-z-gojnikiem-100ml.html?gclid=EAIaIQobChMI2qHPlsOS1gIVRxDTCh1qjwmgEAkYBiABEgLPJvD_BwE
            był u nas w jakimś “zdrowotnym” sklepie :)
            Komentarz zamieszczam w tym miejscu, bo pod Twoim wpisem nie wyświetla się “odpowiedz”:)

          • kanionek 07/09/2017 at 20:18

            Dzięki!
            W tym roku się może nie wyrobię, ale mam w sobie tyle pychy, że olejek, macerat, a może nawet jakąś maść zamierzam sobie zrobić sama, i lepiej niech mi się ten żywokost rozrasta, bo pierwszą połowę surowca pewnie zmarnuję ;)

          • niezdecydowana 07/09/2017 at 09:24

            A jednak pokazał się we właściwym miejscu, więc nie wiem ;)

          • ciociasamozło 07/09/2017 at 10:47

            Niezdecydowana, dzięki za namiary na preparat. Wizja robienia papki i okładania się nią na noc trochę mnie odstręczała. Olejek w sprayu wydaje się być bardziej przyjazny w użytkowaniu (chociaż pewnie droższy i bez satysfakcji własnoręcznie sporządzonego leku ;)). Dopisałam te informacje na forum.
            Jak wypróbuję na moich rozlicznych dolegliwościach to dam znać czy też zadziałało.

          • mitenki 07/09/2017 at 19:41

            Właśnie gołąb pocztowy niesie mi ten olejek, więc cieszę się że ktoś potwierdza jego działanie :)

          • ciociasamozło 08/09/2017 at 12:16

            Dzień pierwszy stosowania olejku (był w zielarskim na rogu!) – miło się smaruje, nie śmierdzi, efektów jeszcze nie ma ;)

          • kanionek 08/09/2017 at 22:52

            A papka z korzenia zalatuje nieco takim podziemno-bagnistym zapaszkiem (ale delikatnie, nie zwala z nóg), i ufarbowała mi palec na kolor “elegancki mahoń”. Taki co zalegał trzy lata na dnie jeziora :)

        • Teatralna 08/09/2017 at 09:00

          boż boże jak ja sie ogarnę ?? ale spróbuje, jak tylko znajdę czas (kurwusia) na ogród i sobie obglądne ten korzeń. ha a jeszcze mi koniecznie pokaż proszę topinambur, to wysoka roslina z żółtymi kwiatkami i ma bulwy w korzeniach co je można jeść, smazyć placki ?? bo ja kawe lubię bardzo )))
          uściskuję mocno

          • kanionek 08/09/2017 at 22:48

            Miałam zamieścić zdjęcia topinamburu, który mi sierpniowa burza stulecia połamała jak zapałki, ale nigdzie mi do wpisu nie pasował. Może w następnym, bo jakieś foty z ogrodu do niego wrzucę (chyba. Bo o samych serach już mi wyjdzie za długi wpis, a o serach muszę, inaczej się uduszę).
            Jeśli mi wystarczy w tym roku sił i czasu, to może i jakieś bulwy wykopię ;)

  14. Jagoda 07/09/2017 at 02:08

    Przykro mi z powodu gąsiątka. Moja mama chodowała i to się zdarzało dość często, małe gęsi są b.wrażliwe.
    Tych serów z wiśniami żal… ale że jedna wszystko pożarła? Hmm. Za to serwatka pyszna, a twarożek jadam na razowym chlebie, z miodem. Bo cukru mi nie wolno, haha, przechytrzyłam, prawda?
    Pewnie wszystkie śpicie, czego Wam serdecznie życzę.

    • Jagoda 07/09/2017 at 11:29

      Skończ kobieto z tym miodem, bo ci się rzuca na mózg. Nawet jak to gęsi były to i tak była to hodowla. Nawet po drugiej w nocy ortografia pozostaje ortografią. O!

      • zerojedynkowa 07/09/2017 at 15:45

        To chyba było trochę niegrzeczne, Jagoda.

      • Bo 07/09/2017 at 17:48

        Jagoda, bądź dla siebie trochę bardziej wyrozumiała. A o drugiej w nocy, jak się powinno CHrapać, to i gęsi się przez ch hoduje. No, hyba rze ktòś te gensi howa😁!
        A wiśnie w serze – będzie o czym marzyć przez cały rok. I pożądać. 🍒🧀🍒 🧀🍒 🧀🍒 🧀🍒 🧀(Jeśli komuś się nie wyświetla, to jest to ikonkowy szlaczek: wisienki, serek, wisienki, serek, wisienki, serek, itd

        • Bo 07/09/2017 at 17:50

          O kurczę, to chyba dwie różne Jagody, bo mają inne awatarki!

        • mitenki 07/09/2017 at 19:45

          Bo, wyświetla się :)
          A wiśnio-serowy skrytożerca niech drży, gdyż zemsta będzie krwawa!
          (chciałam właśnie zamówić serek z wiśnią… chlip)

      • kanionek 07/09/2017 at 20:20

        “ortografia pozostaje ortografią” – a schizofrenia – schizofrenią! :D

        • kanionek 07/09/2017 at 20:23

          Sama masz schizofrenię, Kanionek!

          • kanionek 07/09/2017 at 20:24

            Nie, to TY masz.

        • Jagoda 08/09/2017 at 07:58

          Aaaa…. to schizofrenia może być. … jakoś na to nie wpadłam. Zawsze to jakaś diagnoza.
          A wszystko dlatego, że 2 miesiące mi gdzieś przepadły. A ja tak lubię wrzesień i nawet październik, a tu od razu listopad.

          • kanionek 08/09/2017 at 22:45

            Nie tylko Tobie przepadły, Jagoda. Ja się od trzech dni zastanawiam, dlaczego nagle mam o jedną trzecią mleka mniej dziennie niż zwykle, a odpowiedź jest prosta. Cztery dni temu jeszcze był sierpień, a teraz jest listopad :-/
            Myślałam, że w tamtym roku mieliśmy pecha i kozy przedwcześnie weszły w tryb jesienny, no to teraz to nie wiem, jak to nazwać. Kilka dni z rzędu leje, kozy głównie na sianie i owsie, bo przecież nie pójdą sobie płaszczyków pomoczyć, że nie wspomnę o świętych kopytkach, no i są skutki.

      • Jagoda 08/09/2017 at 10:27

        O! Ciekawam awatarka.

        • Jagoda 08/09/2017 at 10:34

          Rozdeptana żaba i niebieski dron. Fajnie! (a robota leży!)!!!

    • kanionek 07/09/2017 at 20:10

      Ale moje gąsiątko wypuściłam dopiero wtedy, gdy juz samo wyłaziło ze skrzynki, żarło zielone i w ogóle, a temperatury na zewnątrz były wysokie. I ono się prowadzało z rodzicami przez chyba dwa tygodnie, a może dłużej, a gdy je znalazłam martwe, to miało wydziobane z grzbietu piórka, więc jednak obstawiam, że coś je dopadło, a starsi uznali, że nie warto ryzykować i lepiej odwrócić wzrok.

      Nie, sery z wiśniami trafiły do kilku osób, ale jedna zaklepała sobie kilka sztuk już na miesiąc w przód, więc oficjalnie wiśni nie ma :)

      Cieszę się, że serwatka dotarła w dobrym stanie, bo tamten tydzień był pechowy jeśli chodzi o poziom świadczenia usług kurierskich, a razowiec+twarożek+miód to i ja lubię, a z dzieciństwa pamiętam, że jadało się z dżemem zamiast miodu (nie wiem dlaczego, ale w sklepach wtedy pełno było miodu SZTUCZNEGO).

      • ciociasamozło 08/09/2017 at 12:21

        W sklepach był sztuczny, bo pszczelarstwo to prywatna inicjatywa była, najwyżej spółdzielnia, a nie przedsiębiorstwo państwowe, to i państwowo miodu raczej nie sprzedawali :)

        • ciociasamozło 08/09/2017 at 12:22

          A’propos miodu. Jadłam ostatnio miód z sokiem malinowym. Taka mieszanka gotowa w słoiku. Pycha!

          • becia 08/09/2017 at 14:37

            Na stoisku pasiecznym podczas targów Zieleń to życie były. I z sokiem aroniowym też. Ale nie pchałam się do próbowania, za duży tłum był przed a ja mam demofobię ostatnio.

          • kanionek 08/09/2017 at 22:58

            O, Becia :) Już myślałam, że nas porzuciłaś.

        • kanionek 08/09/2017 at 22:54

          Pszczelarz wrogiem narodu!
          Już wiem, dlaczego Dziadek Miód za każdym razem patrzył na mnie podejrzliwie i pytał: “a pani to w ogóle skąd jest? Bo chyba nie stąd”. A że z gęby ciut przypominam nieżyjącego już generała, to mu się nie dziwię.

          • nw 09/09/2017 at 00:29

            Ktorego generala?
            Bo sporo generalow nie zyje;)

          • kanionek 10/09/2017 at 01:04

            No jak to którego – tego podobnego do mnie ;)
            (Tego największego. W TYCH okularach. Z kwadratowym pyskiem).

          • nw 10/09/2017 at 17:40

            Aaaa, tego.
            No, ale on niebawem moze byc juz tylko szeregowcem, dzieki degradacji poczynionej przez Tego z Oczami Psychopaty.

  15. Ewa 08/09/2017 at 12:48

    Drogie Kozy, ja to w kwestii maści żywokostowej, będzie to całkiem jawna rekomendacja maści, którą nabyłam u Pani Małgorzaty Kaczmarczyk na “Ziołowej Wyspie”, maść zadziałała znakomicie. Jakieś 6 lat temu byłam u specjalisty z bardzo znanego szpitala ortopedycznego , który polecił mi się zapisać w kolejce do wymiany stawu biodrowego na inplant- wtedy to było 4 lata oczekiwania teraz podobno 10.
    Ja jednak nie przepadam za specjalistami i tak trochę gimnastyki, trochę różnych maści i już prawie byłam zdecydowana oddać im się w łapy, ale dotarłam na “Zieloną Wyspę”,
    kupiłam maść żywokostową ,zadziałałą znakomicie prawie od zaraz ustąpił tępy ból w stawie . Polecam i tu też może być pożytek z gąsiora, podobno maść dobrze się wchłania, na gęsim smalcu. Życzę wszystkim dużo zdrowia i uśmiechu.

    • kanionek 08/09/2017 at 22:57

      Dzięki, Ewa :)
      Też czytałam o maściach na smalcu, ale gdybym się na noc nasmarowała tym wrednym gąsiorem, to na bank by mi się śnił, więc na razie potwór może się czuć bezpiecznie.

      • nw 09/09/2017 at 00:27

        Nie wspominajac o tym, ze przez noc pieski moglyby Cie obgryzc, tak smakowicie pachnaca…:)

        • kanionek 10/09/2017 at 01:05

          Dobrze gadasz! Nie pospałabym sobie, z okładu nic by nie zostało, ale z drugiej strony – jaki masaż!

  16. zeroerhaplus 09/09/2017 at 11:09

    O.
    Najlepszego, Kanionek :D
    Serio.
    (…)
    https://www.youtube.com/watch?v=0EcOyWc5Hkk
    ;DP

    • kanionek 10/09/2017 at 01:02

      Dziękuję, Zeroerha :-*
      (wideło obejrzę dopiero jutro)

  17. becia 09/09/2017 at 21:40

    Jestem codziennie w Oborze Kanionku:) o ile mam dostęp do kompa. To jak nałóg, ale taki pozytywnie trzymający przy życiu. Tylko że po cichu.. po wielkiemu cichu ;) Ale jak Kanionek będzie krzyczał HELP to przylecę na pewno. Z głośnym krzykiem :) Po prostu, po Kanionkowemu, wzięłam na siebie w tym roku za dużo spraw i wieczne “muszę” przygniata mnie do ziemi wysysając całą energię. Byle do marca bo dopiero wtedy złapię oddech i zapadnę w dwutygodniowy sen. A jak odeśpię całe to tegoroczne MUSZĘ to znów będę normalną Becią. Tylko mądrzejszą o kolejną życiową nauczkę mam nadzieję.
    A Gąsior na smalec. Gąsiory są złe, złe złe mówiłam przece… ;)

    • kanionek 10/09/2017 at 01:01

      No złe, złe. To znaczy DLA NAS złe, ale Meliny są BARDZO zadowolone. Mają swego Don Juana, walecznego rycerza, swojego bodyguarda i prywatnego Belmonda :)

      I, że tak powiem, ha ha – Ty myślisz, że my się uczymy na błędach? :D

  18. ciociasamozło 10/09/2017 at 11:34

    Kanionku, próbowałam wczoraj, ale gdzieś w kosmos poleciało zamiast do komentarzy :(

    100 lat! Albo i 200. Byle w dobrym zdrowiu! I żeby zima była krótka i słoneczna :)
    M.

    • kanionek 12/09/2017 at 00:48

      Albo najlepiej, żeby jej nie było!
      Buziaki :)

  19. nw 10/09/2017 at 17:42

    Znaczy jubileusz?
    No to z powinszowaniem urodzin!:)

    • kanionek 12/09/2017 at 00:49

      A z podziękowaniem, z podziękowaniem :)

  20. mitenki 10/09/2017 at 22:35

    Stolaty, wiwaty, strzelają korki od szampana, to się dołączę…
    SZTOLAT Kanioku!

  21. Ania W. 11/09/2017 at 07:49

    Tysiąc w zdrowiu i miłości oraz 500 plus na każde zwierze!

    • kanionek 12/09/2017 at 00:52

      O w piętkę jętki, zaczęłam liczyć ile to by było…
      Dzięki, Ania :)

  22. Jagoda 11/09/2017 at 10:26

    Zdrowia i wszelkiej pogody, z naciskiem na pogodę ducha. I żeby kozy więcej mleka dawały i rodziły same córeczki.

    • kanionek 12/09/2017 at 00:55

      Dziękuję, Jagoda :)
      Pogoda ducha często idzie w parze w z tą zaokienną. Kiedyś tak nie miałam, ale na starość zostałam meteopsychopatką: gdy za oknem szaro i mokro, to mnie zaraz wszystko boli, fizycznie i w głowę ;)

  23. zerojedynkowa 11/09/2017 at 12:03

    Spóźnione, ale serdeczne życzenia: zdrowa, zdrowia, pieniędzy i zdrowia i mnóstwa czasu. Sto lat Kanionku :)

    • kanionek 12/09/2017 at 00:57

      Dziękuję, Zerojedynkowa :)
      (i szczególne podzięksy od piesełów i kotełów – wydzielam im prezenty od Ciebie, więc jeszcze trochę zostało)

      • zerojedynkowa 12/09/2017 at 09:26

        Bardzo się cieszę! :)

  24. agiag 11/09/2017 at 13:48

    Zdrowia i siły. Oraz radości. Przyjaciół ludzkich i nie-ludzkich. Wyrozumiałości ze strony kóz.

    • kanionek 12/09/2017 at 01:01

      Dziękuję, Agiag :)
      Kozy ostatnio w miarę grzeczne (poczuły zimę i sobie przypomniały, kto tu trzyma klucz do sezamu z sianem i owsem). Żeby tak jeszcze te kurczaki się ustatkowały…

      • agiag 12/09/2017 at 10:39

        To dorzucam do życzeń: statecznych kurczaków! :)

  25. niezdecydowana 12/09/2017 at 09:43

    Kanionku !
    Sto lat, zdrowia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy ;)
    Żeby kozy Cię słuchały i były grzeczniutkie :)
    Zawsze dobrej pogody i dużo miłości :)
    I czasu dla siebie :)

    • kanionek 12/09/2017 at 23:01

      Dziękuję, Niezdecydowana :)
      I życzcie mi jeszcze siana! Choć w sumie jeśli będzie ładna pogoda jeszcze we wrześniu, to i siano będę miała. Bo to jest tak, że facet miał nam przywieźć drugą partię zamówionego siana, a dla siebie zrobić w sierpniu lub wrześniu. Ale pogoda miała inne plany i teraz się obawiam, że chłop mi nie przywiezie tych balotów, tylko zostawi je dla swoich koni, i w ten oto sposób szlag trafi mój święty spokój co do zimowego wyżywienia kóz (a już było tak pięknie, wszystko dogadane, wszystko wyliczone, i tak się cieszyłam, że październik przywitam pokazując mu środkowy palec, bo JA JUŻ WSZYSTKO MAM).

  26. Mrówka 12/09/2017 at 10:57

    Kanionku !!!
    To jeszcze ja się dołączam do życzeń – spełnienia wszystkiego, czego życzyły Kozy powyżej i pewnie jeszcze poniżej coś będzie :)
    Spełnienia tego wszystkiego, czego sama sobie życzysz :)
    Jeden z moich szefów nieodmiennie od lat składa takie życzenia:
    “Zdrowia, szczęścia, pomarańczy;
    Niech Ci (i tutaj imię małżonki/-ka; partnerki/-a) nago tańczy.”
    Tak że … jeżeli tylko to Cię zachwyci, to wszystkiego tanecznego również :)))

    • kanionek 12/09/2017 at 22:52

      Dziękuję, Mrówka :)
      W sumie dawno nie jadłam pomarańczy. Ale gdyby miało się spełnić to, czego ja sama sobie życzę, to mielibyśmy tutaj konflikt interesów, bo ja to bym chciała głównie spać ;)

  27. Mrówka 12/09/2017 at 13:26

    A w kwestii żywokostu i specyfików z nim – szczerze polecam Panią Zielarkę i jej produkty od kosmetyków po maści z Zielskiej Kolonii (ja ją znalazłam przez FB), miałam, stosowałam i polecam. Akurat ostatnio pisała o maści z żywokostem i innymi dodatkami – do stosowania na stany zapalne mięśni i stawów, nerwobóle, nadwerężenia, zakwasy. Ja miałam min. różany peeling, już sam zapach zwala z nóg :)

  28. KS 12/09/2017 at 21:27

    Najlepszego: zdrowia, humoru, męża, zwierzyńca i w ogóle życia!

    Dziś udało mi się znaleźć aptekę zielarską z olejem żywokostowym z gojnikiem :) Głupio mi było, że kupuję aż trzy butelki (co prawda dla trzech różnych osób) i się tłumaczyłam przed sprzedawczynią. Na co powiedziała, że ta klientka, z którą mijałam się w drzwiach, wzięła sześć butelek.

    • kanionek 12/09/2017 at 22:46

      :D
      No proszę, nie miałam pojęcia, że żywokost jest tak popularny, i cieszę się, że potwierdzacie jego skuteczność, bo ja na zimę planuję zanurzyć się w wannie wypełnionej żywokostową papką i wynurzyć na wiosnę JAK NOWA. Zmarszczki podobno też wygładza.

      • mitenki 13/09/2017 at 13:32

        I odmładza!
        Kanionku tylko uprzedź Małego Żonka, bo jak zobaczy niespodziewanie 20-letnią laskę na korytarzu, może być trochę zaskoczony :D

        • ciociasamozło 13/09/2017 at 15:41

          Boszsz, to ja złą część ciała smaruję! Skupiłam się na rwie, a tu koniecznie trzeba vice versa!

          • kanionek 13/09/2017 at 22:13

            A nawet a propos!
            Ja Wam mówię, że tym się trzeba wysmarować po całości – nie zaszkodzi, a pomóc może.

        • kanionek 13/09/2017 at 22:18

          Jak zobaczy dwudziestkę na korytarzu to się pewnie nie zmartwi, za to widok czterdziestki z pyskiem pokrytym brunatną mazią to tak, to go może nieco zaskoczyć. Ale nie, nie będę uprzedzać. Nie mamy telewizji i na dobrą sprawę żadnych ciekawych rozrywek, niech więc ma chłop raz na ruski rok niespodziankę i dreszczyk emocji ;)

          • ciociasamozło 14/09/2017 at 09:39

            Wieczorem thriller, rano erotyk…
            Lepiej niż w tv! ;)

          • kanionek 15/09/2017 at 00:00

            A jeśli NAPRAWDĘ mocno go zaskoczę, to wieczorem kryminał, a rano “Doktor G, lekarz sądowy” ;)

  29. Baba aga 12/09/2017 at 21:40

    Kanionku zdrowia, kasy, wolnego czasu troszku i owiec bo kto ma owce, ten ma co chce ☺️. Ja jak już ogarnęłam sezon letni i marzyłam o kilku dniach w łóżku z książkami i tabletem coby nadrobić zaległości to tablet w pierwszy dzień umarł był a laptop oszalał od aktualizacji bo ma lat 9, więc póki co z telefonu wrrr, ale na zimę wrócę do obory. A ser z popiołem to jest? Ten popiół mi się z lawendą kojarzy nie wiedzieć czemu.

    • kanionek 12/09/2017 at 22:42

      Kto ma owce, ten ma… tępe nożyczki! :D
      Dziękuję, dziękuję, wolnego czasu by się faktycznie przydało, bo mam coś dla Was nawet napisane, już prawie skończone, ale za zdjęcia nie ma kiedy się wziąć, bo ten cholerny owies pakujemy do worków, w tych właśnie “wolnych chwilach”, łącznie około trzy godziny dziennie. Zostały nam niecałe dwie tony i już tylko dwa dni z naczepą, bo w piątek facet chce ją zabrać.

      A ser z popiołem jest. Zrobiłam kilka dojrzewających z popiołem (ale nie mam na myśli pleśniowych, tylko “zwykłe” długodojrzewające), bo wciąż uważam, że efekt czarnego paska w plasterku sera jest elegancki, a gdyby ktoś marzył o pleśniowym (z popiołem lub bez), to musi zamówić i poczekać trzy tygodnie.

      “ale na zimę wrócę do obory” – no tak, na zimę to wszyscy ciągną do ciepełka :)

      • ciociasamozło 13/09/2017 at 09:55

        Kanionku, a’propos tępych nożyczek to tę wełnę przerabiasz na ściółkę czy jakoś jeszcze inaczej wykorzystujesz?

        • kanionek 13/09/2017 at 22:21

          Część poszła na ściółkę pod ławkę wierzbową i to był przez długi czas skuteczny sposób na chwasty (i ławkę było widać), a część trzymam w workach i myślę sobie, że “kiedyś się na coś na pewno przyda”.

    • ciociasamozło 13/09/2017 at 09:53

      O! Cześć Babo Ago! Dobrze Cię znów widzieć w Oborze :)

  30. niezdecydowana 14/09/2017 at 08:14

    Wczoraj dotarły kanionkowe sery – nie da się opisać tej orgii kubków smakowych, której doznałam :D
    Nie przypominam sobie kiedy jadłam coś równie dobrego, a lubię dobre rzeczy zjadać :)
    A najlepsze, że nigdy za kozimi serami nie przepadałam :)
    Dziękuję :)

    • Buka 14/09/2017 at 15:45

      Występują: ja, Mąż
      Podałam ser z orzechami włoskimi na śniadanie. Zaczyna Mąż:
      – Z czym ten ser?
      – Spróbuj, może rozpoznasz
      – No… miękkie, mokre, bardzo dobre. Zjadłem. Co to było?
      – Orzechy włoskie
      – Ale gdzie skóra?
      – Kanionek obrał.
      – Nie mogłabyś być taka jak Kanionek?
      – ???
      – Nie mogłabyś być taka dobra jak Kanionek?
      – ???
      – Nie mogłabyś orzechów obierać? I jeszcze… jest pewnie wiele rzeczy, które NA PEWNO robi Kanionek, a Ty nie. Nie mogłabyś?

      No, Kanionku! Dziękuję Ci BARDZO (sarkazm)

      • kanionek 14/09/2017 at 23:54

        :D
        Spieszę z wyjaśnieniem, że obieram orzechy TYLKO DO SERA i żadna siła by mnie nie zmusiła, bym je obierała np. do bezpośredniej konsumpcji. A te do serów obieram, ponieważ skórka ma właściwości barwiące, i pół biedy, gdyby barwiła na jakiś ładny kolor, ale nie – ona barwi na kolor siny. I to by bardzo nieapetycznie wyglądało, takie trupioszare siniaki w serze.
        POZA TYM, powiedz swemu mężu, że gdyby wszyscy robili to co Kanionek, to Kanionek niczym by się nie wyróżniał, bo jak się wpuści kroplę wody do szklanki wody, to ta kropla znika, a przecież chyba nie chcecie, żeby Kanionek zniknął? (Nie wiem ile w tym sensu, ale jak dobrze ponawijasz i dodasz coś od siebie, to on na końcu już nie będzie pamiętał o jakie orzechy chodziło).

    • kanionek 15/09/2017 at 00:19

      Dzięki, Niezdecydowana!

      A tak swoją drogą – ja tu zadaję kłam wrogiej propagandzie, jakoby kozie mleko i sery były gorsze od tych bardziej popularnych, krowich. Ja walczę o przywrócenie koziemu narodowi dobrego imienia, niosę kaganek oświaty w mroki jaskini podłych pomówień i plotek bez pokrycia, ja głoszę dobrą nowinę i wielu już udało mi się nawrócić na właściwą drogę, I W OGÓLE, a tymczasem mamy wrzesień, wszystkie kozły dostały romantycznego kociokwiku i co chwilę sikają sobie na głowę, i co ktoś akurat leśną drogą na grzyby podąża i wiatr mu w nozdrza od kozłowej łąki zawieje, to mówi: “Jezu, jak te kozy śmierdzą”. I weź tu, kozi mesjaszu, bądź wiarygodny w oczach lokalnej ludności, gdy ty głosisz SŁOWO, a CIAŁO (np. Pacanka) śmierdzi na kilometr. O Lucku nie wspomnę.

  31. Ania W. 15/09/2017 at 10:19

    E, no nie mów, że mój chrześniak śmierdzi. On pachnie inaczej!!!

    • kanionek 15/09/2017 at 21:36

      O tak, zdecydowanie inaczej. Inaczej, niż bym chciała (i okolica cała) :D
      (tak po prawdzie to w tym kozłowym smrodzie jest jedna niebrzydka, wyraźna nuta – piżmowa? – którą doskonale znam z męskich perfum – Fahrenheit? – ale cała reszta nut to – nie oszukujmy się – nieskomplikowany utwór o szczaniu za stodołą. Wielokrotnym. W jedno miejsce. W upalne dni.

      • mitenki 15/09/2017 at 23:41

        To som te… feromony Kanionku :>

      • Bo 16/09/2017 at 00:18

        Jak chcesz sera mieć gomółkę
        Pogódź się z oszczanym czółkiem.
        Takie kozie przykazanie.
        Kozioł capi- moczem panie!

      • Pacanek 16/09/2017 at 07:39

        Coś tam tere fere pszczoła,
        Odczep się od mego czoła.

        • mitenki 16/09/2017 at 16:15

          A Lucek się nie wypowie? ;))

          • kanionek 16/09/2017 at 19:54

            Lucek jest zajęty polerowaniem stalowego drutu siatki ogrodzeniowej swoim porożem. Albo poroża siatką. Któż odgadnie zamysły tego geniuszu ;-P

          • kanionek 16/09/2017 at 20:11

            A ja znowu robię CHLEP, ten pszenny z kozim twarogiem, co się go nie piecze w formie, tylko wywala bochenek z koszyka na blachę. I weźcie mnie zakopcie żywcem w oborniku – znów dodałam za dużo wody. NA BANK bylam pewna, że jak nie dodam, to nie wyrobię tego ciasta. No i po pierwszym wyrastaniu już widzę, bo ciężko nie zauważyć, gdy się ciasto rozlewa po stole, że dałam ciała. Dodałam mąki, ale nie wiem co z tego wyjdzie. Przy okazji przypomniała mi się ta piękna definicja szaleństwa: robić wciąż od nowa dokładnie to samo, i spodziewać się innych rezultatów. You’re SZTUPID, Kanionek.

  32. nw 17/09/2017 at 02:05

    Tak mnie korci, tak korci, zeby wkleic tu felieton Stasiuka z najnowszego TP, ale to dlugi tekst jest… A zeby przeczytac w calosci trzeba by sie zarejestrowac na stronie TP, troche to zachodu. Ale felieton taki bardzo kanionkowy w klimacie:)
    Warto moze sie troche natrudzic?
    https://www.tygodnikpowszechny.pl/ojczyzna-powrot-149675
    A to probka na zachete:
    (…)Postały jeszcze chwilę, a potem poszły się paść. Zapewne miały rację z tym wschodem słońca i resztą. Tylko Mania zostawała nieco z boku i nie do końca brała udział. Jak to owca, trzymała się stada, ale zarazem, jak to ona, zgłaszała dyskretnie odrębność. Odczekałem, aż tamte sobie pójdą. Potrzebowałem wsparcia i pociechy po tym owczym linczu. Podszedłem do niej i powiedziałem: „Wiesz, byłem w stronach, gdzie więcej jest owiec niż ludzi”. Spojrzała na mnie z pewnym zainteresowaniem. „Czy to daleko stąd?”. „Dość daleko”, odpowiedziałem. „Chciałabym to zobaczyć,(….)”

    • kanionek 18/09/2017 at 23:40

      Co to jest TP? Bo ja już nic nie wiem o świecie, nigdzie nie bywam!
      I bardzo dobrze, że ktoś jeszcze pisze długie teksty, to mi nie będzie głupio nowy wpis wkleić, który ma setkę wątków i pewnie tyle samo zdjęć, ale co ja poradzę, że nie mam czasu pisać w odcinkach, i że jak się raz na miesiąc wezmę, to chcę Wam wszystko opowiedzieć. Z góry przepraszam!
      (nw, a może jednak wkleisz ten tekst, ale już pod nowym wpisem? Który już chyba niebawem?)

      • nw 19/09/2017 at 00:14

        TP czyli Tygodnik Powszechny.
        No dobra, moge wkleic, ale niestety zlamie prawa autorskie. A staram sie tego nie robic, bo szanuje cudza wlasnosc.
        Chyba mnie nie wydacie?
        Mam jednak nadzieje, ze pan Stasiuk bardzo by sie nie gniewal, wiedzac gdzie i komu udostepnilam jego tekst.
        Na wszelki wypadek nie klikajcie w podany link (bo do nitce do klebka itp.).

  33. Barbarella 18/09/2017 at 08:21

    Sposób na kozę:
    https://files.brightside.me/files/news/part_37/375510/15931160-9DlVTDL-1504214697-650-bdedd1e030-1505066216.jpg

    Problem kóz tkwiących w ogrodzeniu jest jak widać powszechny i ogólnoświatowy.

    • kanionek 18/09/2017 at 23:36

      Opaskami stalowymi! :D
      No dobra, a sposób na kozę bez rogów? Może taki kołnierz, jak abażur, co się psom po zabiegach chirurgicznych zakłada, tylko dla kozy to raczej stalowy?

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa