Cztery kąty i pies piąty, czyli z byle czego

Cygan urodził się w krainie wiecznego zimna, ciemności i nieprzyjemnie mokrej wody, a przynajmniej tak mu się wydawało, gdyż odkąd sięgał pamięcią, to jest aż do trzech miesięcy wstecz, w jego świecie tak właśnie było – zimno, ciemno, i mokro. Krótkie dnie mijały mu na obserwacjach wrogo nastawionego nieba, zbrojnego w ołowiane armaty chmur, z których aż nazbyt często leciał grad lodowych kul, a gdy choć na chwilę zrobiło się niewymownie ciepło, to jest około dwóch stopni Celsjusza, ponure niebo fundowało Cyganowi orzeźwiający prysznic. No i był jeszcze wiatr, który też Cygana nie lubił, ale w sumie, odkąd Cygan sięgał pamięcią, nie lubił go jakoś szczególnie nikt, za wyjątkiem matki, do której maleńki tulił się w te długie, nieskończenie nudne noce, podczas których jedyną rozrywką tych, co nie spali, było wpatrywanie się w księżyc, bo oczywiście niebo jak na złość zwijało na noc swoje armaty, i przez diamentowo czystą powłokę poligonu wypuszczało resztki ziemskiego ciepła w kosmos, a księżyc patrzył na wszystkich Cyganów tego świata z obojętnością kosmicznego kamienia.

Taki właśnie był świat, i Cygan nie do końca rozumiał, po co to wszystko. Po co te szare dnie i czarne noce, po co ten księżyc, który tylko patrzył, po co deszcz i śnieg? Komu się chciało to wszystko robić i dlaczego? I – przede wszystkim – czy to już wszystko? Czy tak będzie zawsze? „Niedługo” – mówiła mu matka, „niedługo będzie cieplej, zobaczysz. Dni będą długie, przylecą bociany, ziemia wyschnie i będzie pachniała słońcem, i nawet kamienie będą czasem prawie gorące, zobaczysz, mały”. Ale Cyganowi ciężko było w to uwierzyć, bo w jego życiu istniało tylko wczoraj i dziś, a jeszcze nigdy nie było jutra, zwłaszcza takiego, jakim opisywała go matka. Umiał sobie wyobrazić „ciepło”, bo już je miał okazję poznać – siedziało w balocie z sianokiszonką, którą gospodarz czasem zadawał krowom, i balot nie był samolubny, i chętnie się tym ciepłem dzielił, to znaczy dopóki go krowy całkiem nie zjadły, a czasem gospodarz otwierał balot z sianem, i ono to już nie, nie było ani trochę ciepłe, tylko zimne jak powietrze i ziemia i deszcz, choć jednak trochę inne, bo suche i mięciutkie, i do tego lekkie, więc można było sobie w nim wykopać dołek, małą jamkę, wpełznąć doń i wtedy nawet księżyc nie wiedział, gdzie się podział Cygan i jego ziemskie troski. I właśnie w takiej suchej, wonnej jamce, mały Cygan śnił o Jutrze.

. . .

Siedemnastego lutego niebo znów zapadło na ciężki przypadek wodnej biegunki i w niemal regularnych odstępach raczyło Cygana zimnym okładem, czyli niby wszystko jak zwykle, aż do godziny czternastej…

O czternastej, gdy Cygan właśnie ukończył formowanie czegoś na kształt półki skalnej w napoczętym balocie siana i się w niej zwinął w kulkę, na szare, oślizgłe podwórko zajechał jakiś grat. Z grata wygramoliła się, stękając i wzdychając ciężko, Smutna Pani w średnim wieku, a drzwiami od strony kierowcy trzasnął szary, Zmęczony Pan, i oboje poczęli rozglądać się po zastanym krajobrazie, niewątpliwie czegoś szukając.

Gospodarz niespiesznie wyszedł zza niewielkiej szopy, pełniącej też rolę obórki, wytarł ręce w spodnie i nie zbliżając się zanadto do obcych zapytał, jak to zwykle na wsi pytają w takich przypadkach: „eee… a państwo…. tentego, do mnie? A że w jakiej sprawie, eee…?”. „My w sprawie tego siana, z ogłoszenia” – zawołała cokolwiek zwiędłym głosem Smutna Pani. „Aaaa” – rozpromienił się Gospodarz, „a to tak, to proszę, proszę” – zamaszystym gestem zamiótł metr sześcienny powietrza za siebie, na co Zmęczony Pan i Smutna Pani oderwali się od samochodu i ruszyli przez błoto podwórka ku obórce i jakby prosto na świeżo zdobyty przez Cygana balot.

Spojrzenia Smutnej Pani i Cygana spotkały się. „Oooo…” – zakwiliła dziwnym głosem Pani, wskazując palcem na Cygana. „Można pogłaskać?”. „A proszę, proszę” – uśmiechał się uprzejmie Gospodarz, „a sianko to tutaj mamy, o, na górze, też można wejść, tu po tej drabince, i sobie obejrzeć, no”. No. No to na pewno ktoś gdzieś wchodził i coś oglądał, być może nawet ta Pani, ale gdyby ją dziś o to zapytać, mogłaby nie pamiętać, bo sianko siankiem, ale czarne oczy Cygana, w tym jedno trochę zapłakane, wbiły jej się w pamięć jak źdźbło siana w skarpetkę, i pochłonęły resztę świata na amen. „Ależ ty się trzęsiesz, dzieciaku”, Smutna Pani przylgnęła twarzą do całego Cygana, i tu nawet nie chodzi o to, że miała taką wielką twarz, choć trochę miała, tylko o to, że Cygan był taki mały, że gdyby się uprzeć, można by go zjeść na kanapce z piętki chleba.

Tymczasem Zmęczony Pan negocjował cenę siana z dowozem, co Cygana ani trochę nie interesowało, bo chodziło o siano w kostkach, które i tak leżało na strychu obórki i było dla niego niedostępne, a poza tym był właśnie zajęty wylizywaniem twarzy Smutnej Pani, co wymagało jego całkowitego zaangażowania, i nie chodzi wcale o to, że miała strasznie dużą twarz, choć może trochę miała, tylko o to, że Cygan jeszcze nigdy nie miał okazji wylizać nikomu twarzy, więc się do tego bardzo przykładał, żeby nikt później nie powiedział, że on coś zrobił źle.

„…a jak weźmiecie wszystkie, to Cygana dorzucę, gratis” – Gospodarz spojrzał z uśmiechem na Smutną Panią, bo nie był w ciemię bity. Smutna Pani spojrzała na Zmęczonego Pana. Zmęczony Pan spojrzał na niebo z biegunką i zapytał: „Za jakie grzechy…?”. I gdyby zapytać Smutną Panią, to ona by nie pamiętała, jak szli wszyscy niespiesznym krokiem do samochodu, i jak z domu wyszła żona Gospodarza i zapytała: „a to Cygana też bierzecie?”, i jak wtedy Zmęczony Pan zapytał Smutną Panią, czy ona na pewno wie co robi, i że wtedy Żona Gospodarza powiedziała: „no to musicie być pewni, bo jak go zaraz potem będziecie chcieli oddać…”, ale gdyby zapytać Cygana, to on pamięta:

– Oddać? – zapytała z niedowierzaniem Smutna Pani, wtulając nos w pachnące sianokiszonką i błotem futerko. – Ja go nigdy nie oddam.

I Cygan pamięta, że poczuł wtedy coś dziwnego. Było trochę jak ciepło, ale inne, bo szło od wewnątrz, uderzało do głowy i nie uciekało przez uszy. Było miłe i słodkie w smaku, i trochę łaskotało w brzuszek, a trochę mrowiło w łapkach. Roboczo nazwał to „nadzieją”.

. . .

W kolebiącym się niespiesznie po wyboistej drodze samochodzie panowała relatywna cisza. Relatywna, bo co prawda nikt nic nie mówił, ale sprężyny amortyzatorów ciężko skrzypiały, narzekając na swój podły los, skrzypiały sunące po szybie wycieraczki, narzekając na swoje stare, zdeformowane pióra, a w bagażniku podskakiwały dwa kilogramy śrubek i wkrętów do drewna, narzekając na to, że polna mysz poszatkowała ich opakowanie na plastikowe wiórki, bo były jej potrzebne do budowy gniazda, które – kto wie – być może uwiła sobie w obudowie lewego kierunkowskazu. Tak poza tym jednak nikt nic nie mówił, bo każdy zajęty był swoimi myślami. Smutna Pani na przykład myślała sobie: „co ja znowu narobiłam…”, Zmęczony Pan usiłował sobie przypomnieć, czy ma na koncie bankowym wystarczającą ilość środków, by kupić sobie bilet lotniczy do „Jak Najdalej Stąd”, a jeśli nie, to czy jakiś bank udzieli mu szybkiej pożyczki, jeśli za żyrantów będzie miał podchmielonego Dżerego i stukniętą Żozefin. Cygan zaś… Cygan nie tyle myślał, co się poddawał. Poddawał się błogiemu uczuciu ciepła i tak mu dobrze szło, że postanowił odłożyć na później, a nawet bardzo później, kwestię analizy faktu, że jak to się dzieje, że ciepło jest wszędzie i naraz, a nie tylko od spodu lub w jeden bok, no i tak się umiejętnie poddawał, że aż całkiem zasnął.

. . .

–  To jak nazwiesz swojego nowego pomiota?
–  No nie wiem jeszcze… Wygląda trochę jak tłusty serdel, no ale jest czarny jak kaszanka. Może Pasztet? Pasztecik?

–  No niby pasuje, ale nie do jego charakteru. Taki trochę dziki ten twój Pasztet. Pasztedzik raczej.

. . .

– Chodź tu, mały. Od dzisiaj nie będziesz już jednym z tysiąca wiejskich „Cyganów”. Teraz masz prawdziwe, porządne imię i nazywasz się Pasztedzik. PASZTE-DZIK. Kapujesz? Zamiennie będziesz nazywany Kuferkiem Pełnym Radości, Tobołkiem Szczęścia, Zawiniątkiem Entuzjazmu, Walizeczką Wazelinki, oraz Szkatułeczką Euforii. Ale zasadniczo jesteś Pasztedzik. Co ty na to?

. . .

Pasztedzik dostał swój własny kartonik do mieszkania:

Do którego znosił wszystkie „upolowane” zdobycze, czyli skarpetki, rękawiczki, tekturową rolkę, kawałek wykładziny, szyszkę, i takie tam różne, które sobie w kartoniku namiętnie „mordował”, więc kartonik zyskał miano Mordowni. Gdy Pasztedzik wyrósł z kartonika (i zjadł jego przednią ściankę), dostał bardziej zaawansowane architektonicznie lokum, czyli skrzynkę po cebuli:

Pokochał skrzynkę i szybko zrobił z niej drugą Mordownię, ale gdy tylko nadarzała się okazja, czyli np. listonosz przyniósł jakąś paczkę, Pasztedzik szybko z niej korzystał, bo stara miłość nie rdzewieje:

Co się również tyczy sianka:

I w ogóle Pasztedzik pokochał wszystko i wszystkich, bo chciał i mógł:

I poznawał wielki świat, a wielki świat poznawał jego.

. . .

– Ja nie wiedziałem! Ja nie wiedziałem! Ja nie wiedziałem! – Pasztedzik skacze jak sprężynka, tak wysoko, jak pozwalają mu krótkie, kiełbaskowate łapki, a pomiędzy seriami radosnych podskoków robi szalone rundy po kuchni.
– Czego nie wiedziałeś, Paszteciątko? – uśmiecham się od ucha do ucha, bo gdy na niego patrzę, to nie umiem inaczej.
– Ja nie wiedziałem, że ludzie mają takie fajne domki! – Pasztedzik na chwilę zaprzestaje dzikich harców. Siada, cały ryjek mu się cieszy, a świński ogonek wybija szalone prestissimo, jak krzywa wskazówka metronomu.
– Fajne domki? – otwieram oczy ze zdumienia, wodząc wzrokiem po tych obdartych z tapet ścianach, wiecznie obryzganych błotem drzwiach, po tych meblach, co to każdy z innej parafii i od lat się gryzą o to, czyj proboszcz głosił lepsze kazania („A z Listów do Paździerzan to wasz czytał?”, „Ty to chyba nie słyszałaś przypowieści o Upadłych Drzwiczkach”, „A ty o gorejącej półce, a szkoda”, „Dziesięć Przykazań Meblarskich zostało przekazane na górze Okleinaj, lamusie”). Po tych wytartych wykładzinach wodzę wzrokiem, po linoleum, które jest pewnie w moim wieku i też się trochę tego wstydzi, i chyba myślę na głos, bo nagle Pasztedzik mi przerywa swoim pełnym zniecierpliwienia: „ło ło ło ło ło!”.

– Ło ło ło ło ło! Czo ty mi tu o dywanach i szafkach bez drzwiczek, CZŁOWIEKU? Czo ty w ogóle to ja nie rozumiem! Tu jest CIEPŁO i NIGDY NIE PADA DESZCZ! Tu jest… Tu jest… Tu jest KOCHAM CIĘ, tak fantastycznie! – Pasztedzik łapie w zęby swoją „piłkę”, zrobioną ze zmiętej w kulę folii typu strecz, owiniętej taśmą klejącą, i rozrywa ją na strzępy, tak jak jego rozrywa ta niewysłowiona radość i wola życia.

Patrzę na niego, i śmieję się i płaczę na przemian. Pasztedzik ma rację. Mam fajny domek, w którym jest ciepło i nie pada deszcz. Mam w domku Pasztedzika, Majączka, Atosa i Pusiołaka, a pod kołdrą termofor imieniem Laser. Mam na parapecie wystawę najpiękniejszych kotów rasowych („Te, Kotek, a ty jakiej jesteś rasy?”, „Ja jestem rasy Jak ci Zaraz Pukiel Kłaków Wyrwę to Spadniesz z Parapetu”). Wszystko jest kwestią perspektywy. Z perspektywy Pasztedzika stara, dziurawa skarpetka jest niesamowitą zabawką wielofunkcyjną, którą można: podrzucać, ciągnąć, szarpać, zagryzać, lub się na niej położyć. A kawałek kartonu…?

– DAJMI to, DAJMI to, DAJMI to! To, to, to mi teraz daj natychmiast! Ooo, człowieku, jak to się rrrrwie! Jak to się cudownie rwie! Jak ja to będę rwał teraz! Popatrzej tylko teraz, człowieku, jak ja to rrrrwę! Och, kocham cię, to najlepsza zabawka EVER.

Do czasu, aż pojawi się folia bąbelkowa, oczywiście. Z perspektywy Pasztedzika wszystko jest cudowne, piękne, nowe, ciekawe, szalenie interesujące i W OGÓLE NAJFAJNE. Od trzech miesięcy mam możliwość patrzeć na świat jego oczami, i cieszę się. Z byle czego.

.

PS. Normalnie to ta historia miała być dużo dłuższa, tak ze trzysta stron, i tak niesamowicie wciągająca, że zapomnielibyście iść z pracy do domu, i rano Wasz szef byłby TAKI ZACHWYCONY, że Wy tak pilnie w robocie dzień i noc i w ogóle, no ale były naciski ze strony Grupy Trzymającej Władzę (to o Was), żeby „szybciej, szybciej z tym Pasztetem”, więc teraz nie miejcie do mnie pretensji, że premii półrocznej nie będzie.

.

200 thoughts on “Cztery kąty i pies piąty, czyli z byle czego

  1. sunsette 19/05/2017 at 05:58

    Kanionku………………!
    To ja teraz smieje sie i placze, choc jak zwykle siedze o tej porze w autobusie, ludzi na razie niewielu, wiec tylko kilka ponurych osob dziwnie na mnie patrzy. Coz, jedyne co im moge rzec, to: zmiencie perspektywe, rodacy, wszak jedziecie do pracy (a przeciez moglibyscie jej nie miec;))
    Zmiana perspektywy to chyba najlepszy sposob na wszystko.
    Pasztedzik jest cudowny, Kanionek jest wspanialy, swiat jest piekny!
    Dziekuje, Kanionku:)))))

    • kanionek 22/05/2017 at 00:08

      Ależ proszę! Wiem, że przez trzy miesiące byłam samolubna i trzymałam Kuferek Szczęścia tylko dla siebie, ale też wiedziałam, że w końcu się z Wami podzielę, i że dla nikogo nie zabraknie, bo to niby mały kuferek, ale niezwykle pojemny :)

  2. Jagoda 19/05/2017 at 06:21

    Taki mały Pasztedzik a tyle radości!
    Nie chciałam uwierzyć, że to „tylko” pies, jest cudny. Przypomina mi Nutkę, jedynego psa, jakiego miałam w dorosłym życiu. Była kochana…
    A swoją drogą jak to się dzieje, że koty i psy kanionkowe nie drą kotów z psami?

    • Paryja 19/05/2017 at 06:32

      Pewnie nikt im nie powiedział że tak trzeba.

    • kanionek 22/05/2017 at 00:11

      Niby tylko piesek, a jednak trochę świnka, trochę mały miś (Mały Żonek podejrzewał nawet, że matka Pasztedzika mogła mieć romans z jakimś lokalnym niedźwiedziem; że nikt w okolicy niedźwiedzia nie widział to jeszcze o niczym nie świadczy, bo ten co widział, mógł zwyczajnie tego nie przeżyć, więc nikomu nie opowiedział!).

  3. Paryja 19/05/2017 at 06:40

    Cudne pasztecie oczyska :)

    • Bo 19/05/2017 at 19:35

      I ogonek „pętko kiełbaski”😊

  4. Barbarella 19/05/2017 at 06:58

    Przecież on wygląda jak James Bond we frakowej koszuli! A nie żaden Cygan. Na Pasztet też za elegancki, nawet jakby to miał być fua gra.

    • kanionek 22/05/2017 at 00:20

      O, Ty to potrafisz nazwać wszystko po imieniu! Co prawda trochę ostatnio szczerbaty ten Bond, bo właśnie gubi mleczaki, ale koszula zawsze czysta, a spojrzenie uwodzicielskie. No i naprawdę, przysięgam, trzy miesiące temu Pasztet wyglądał jak pasztet, i ja byłam przekonana, że on będzie takim typowym, niskopodwoziowym burkiem, takim skrzyżowaniem owczarka z jamnikiem, tylko jeszcze mniejszym, i że się będzie całe życie kulał jak puszeczka „drobiowego o smaku wieprzowego”, a tu takiego przystojniaka sobie wyhodowałam! I waży już siedem i pół kilograma, czyli pół Lasera…

  5. Prosiaczek 19/05/2017 at 07:29

    Piękna ta baśń o Pasztedziku…. a Pasztedzik to najstarsza i najmądrzejsza rasa, która wie wszystko o życiu- że jest tylko tu i teraz, a cała reszta to tylko nasze imaginacje lękowe.
    Ma takie mądre oczy, zakochałam się:)))

    • kanionek 22/05/2017 at 00:28

      „a cała reszta to tylko nasze imaginacje lękowe” – no i z tym nie mogę się zgodzić, drogi Prosiaczku, gdyż wyobraź sobie, że moje imaginacje lękowe osiągneły już pułap przepowiedni! Wpis o Pasztedziku pojawił się cztery dni temu, tak? Pisałam o jęczących amortyzatorach, tak? No to w piątek po południu lewy amorek wpadł nam do bagażnika.
      Pisałam o mysim gnieździe w obudowie kierunkowskazu? Och, nie ma sprawy. Dzisiaj przestały działać WSZYSTKIE kierunkowskazy (ale po włączeniu świateł awaryjnych wszystkie działają!). Wycieraczki? Nie no, dlaczego miałyby działać…

      Pasztedzik to bystrzak. Wszystko zapamiętuje, szybko się uczy, i jeszcze niejedno nam pokaże. Tak przynajmniej obiecuje ;)

      • sunsette 22/05/2017 at 08:44

        Bo to wszystko dlatego, ze o tym pisalas;) Teraz pisz, ze wszystko swietnie dziala i w ogole jest coraz lepiej, i zobaczymy, co bedzie;)

      • Prosiaczek 22/05/2017 at 18:25

        Kanionku strach się bać! Jaką Ty masz siłę w lękach:))
        Z tymi imaginacjami to właśnie taki problem, że się realizują w rzeczywistości niestety.
        Ale Pasztedzik jak na rycerza Jedi przystało rozproszy mroki ciemnej strony mocy i sprawczość lękom przyhamuje:))
        Jak na moje oko to on już wygląda na psa,co ma całą mądrość świata w oczach i na pewno sobie to zorganizował, że go przypadkiem, całkiem niespodziewanie i spontanicznie odnalazłaś:)))

  6. wy/raz 19/05/2017 at 07:49

    Jakie Pasztedzik miał szczęście, że was spotkał. I wy, że spotkaliście jego. Muszę popracować nad zmianą perspektywy, bo choć nie jestem jakąś szczególną materialistką perspektywa Pasztedzika daje do myślenia. To jak z tymi złotymi myślami, które odkładamy na zaś ;-)). Napisałaś piękny tekst. Uściskaj ode mnie Tobołek szczęścia. Ja ściskam Was.

    • kanionek 22/05/2017 at 00:32

      Dziękuję, Wy/raz, ja ściskam i buziaczkuję wszystkich, co na drzewo nie uciekają ;)
      A radość, jaką emanuje, tryska i co chwilę wybucha Pasztedzik, jest zaraźliwa, i mam nadzieję, że od samego patrzenia na jego fotki robi Wam się w życiu lepiej.

      • Iza 22/05/2017 at 19:53

        Robi się, słowo honoru, że się robi. :) Chociaż też i mokrzej w okolicach oczu, ale to przejściowe pewnie… Jeszcze się będziemy turlać ze śmiechu z wyczynów brzdąca. :)
        Absolutnie cudowny wpis, Kanionku. Taki… świetlisty. Jak promień słońca po burzy. Jak pierwsze bazie. :*

  7. dolmik 19/05/2017 at 08:15

    Piękny maleńtas. Wcale nie obły!!! Kiełbaskowate łapki…. phi…. dzie im do kiełbasek???? Jest piękny, foremny, zgrabny… ta sylwetka, ten ogonek… i oczęta i te uszka, nosek i ta minka….. no faktycznie do zjedzenia 😊 Gejzer miłości i entuzjazmu, to musi się udzielać 😃 Chociaż Pusia, na zdjęciu, przyłapany z miną wqrwionego starszego brata 😆😆 „Mamo! Weź go! Gówniarz przeszkadza mi się bawić! ”
    Dziękuję Kanionku za ten wpis.
    Ale, że TRZY miesiące wytrzymałaś….!!!! Tu już pomijam foch Sz. Obory… Ale, że się nie podzieliłaś… Nie no. Jednak nie pomijam. Foch. 😚

    • kanionek 22/05/2017 at 00:41

      A bo nie chciałam być jak baba z mięsnego, czyli rzucić Wam byle ochłap na ladę i warknąć: macie tu kawałek Paszteta. I on i Wy zasługujecie na coś specjalnego, spod lady. I długo mi zeszło, ale w końcu znalazłam czas i nastrój, żeby napisać tę historię.
      A Pusia z początku była bardzo niechętna Pasztedzikowi, ale teraz są kumplami – Pasztedzik biega i skacze (wcześniej to się zasadniczo kulał, i to niezbyt szybko, a na pewno zbyt wolno dla Pusi), i jest już go za co poszarpać, no i przede wszystkim ma zbliżony do Pusiowego poziom energii :)

  8. becia 19/05/2017 at 08:27

    No weź Kanionek, jaki to Obleniec jest. Nic a nic wcale a wcale. Śliczny jest :)

    • kanionek 22/05/2017 at 00:42

      No teraz już tak :) Ale w lutym i marcu był pędrakiem, serio.

  9. diabel-w-buraczkach 19/05/2017 at 08:38

    Oh jaki cudny Pasztedzik :)))) Nowy pasazer Arki Kanionka ;)
    A zdjecia z tata-Atosem wytarmosily mnie za serce. Szybko sie zaprzyjaznili chlopaki, co?

    I super to spojrzenie z perspektywy Pasztedzika, co tam ze szafka stara, skrzypiaca i obdrapana, jak w srodku na pólkach tyle milosci poupychane, ze sie nie domyka!

    • kanionek 22/05/2017 at 00:47

      Atos jest wspaniałym psem :) Ma cierpliwość, intelekt, równowagę umysłową i cały ten zen.
      Pusia traktuje Paszteda jak zabawkę lub kumpla do rozróby, Majączek pozwala się poszarpać za fifraki przy uszach, ale przez większość dnia jednak „pilnuje” kóz, Laser nie pozwala się Pasztetowi nawet dotknąć, a Atos… Atos pozwala mu prawie na wszystko, nawet kosztem utraty sierści z połowy ogona ;)

      • mitenki 23/05/2017 at 00:13

        Bonifacy i Filemon w psiej wersji :))

  10. zerojedynkowa 19/05/2017 at 08:39

    Czytałam ze łzami w oczach. Piękne! A Pasztedzik najpiękniejszy! Śliczności! Wcale a wcale Ci się nie dziwię, że nie mogłaś oprzeć się jego oczom. Jest przenajurokliwszy. Z samego wyglądu. A jak dodać do niego jego miłość to roztapia się człowiek jak masło w słoneczny dzień… :D
    Tu wstawiam: serduszka, uśmieszki, kciuki w górę i klaszczące dłonie. :) (piszę tak, bo nie umiem wstawiać :/)

    • kanionek 22/05/2017 at 00:58

      W pierwszej kolejności nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że los Cygana będzie marny (łańcuch, chleb na wodzie, takie typowe, lokalne klimaty, co przy temperamencie tego psiaka złamałoby mu psychę), i że jeśli go nie wezmę, to mnie będzie szarpać za wątpia po nocach ;)
      Potem, gdy kilka razy nasikał w przedpokoju, i w pokoju, i gdzie się dało, przypomniałam sobie, że minęło jakies sto lat odkąd ostatni raz zajmowałam się szczeniakiem (reszta psów była przygarnięta jako osobniki dorosłe) i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że chyba upadłam na głowę, bo sama ledwo zipię, wszystko mnie boli i nic mi się nie chce, a tu taki pędrak z ADHD, wymagający uwagi 24/7. Ale Pasztedzik szybko rzucił na mnie czar i wtedy nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Kismet. Tak miało być.

  11. KS 19/05/2017 at 08:42

    Psów ci u nas dostatek, ale i tego przyjmiemy na znak nadziei.

    • kanionek 22/05/2017 at 01:00

      Dokładnie tak :)

  12. wersja 19/05/2017 at 09:50

    o jaki ładny lisek! dlaczego mu robisz czarno-biale zdjęcia?
    uprzejmie donoszę, że widzę ale jeszcze slabo, więc tylko podlgądam. ale liska wypatrzyłam :) cudny :-)

    • wy/raz 19/05/2017 at 10:07

      Super, laser się sprawdził nie tylko jako termofor! Coraz lepszego widzenia :-)).

    • dolmik 19/05/2017 at 12:14

      Wersja! Jaj było????

      • dolmik 19/05/2017 at 12:15

        *jak :)

        • wersja 22/05/2017 at 17:06

          oj, to długo by opowiadać, a jeszcze słabo widzę z bliska, więc opowieść musi poczekać. ale mam nadzieję, że nie tak dlugo jak Pasztedzik :) ogólnie – myślałam, że będzie gorzej :)

          • Kachna 22/05/2017 at 17:18

            Ściskam:)

    • kanionek 22/05/2017 at 01:02

      Właśnie, Wersja – jak było, a przede wszystkim JAK JEST, bo mam nadzieję, że z każdym dniem coraz lepiej!

      • wersja 22/05/2017 at 17:10

        Kanionku kochany, jest nieźle. byłam operowana metodą, po której się chyba najdlużej oczy goją, a póki się nie zagoją, to mi obraz blizna przemgławia, ale z premedytacją zaplanowalam sobie na ten czas odpoczynek, więc odpoczywam i cierpliwie czekam, aż będzie super esktra rewelacja, a wtedy wszystkie Kozy zadręczę szczegółami :) przepraszam za literówki, ale jak bym nie powiększała obrazu = nie widzę, co poprawić. o Pasztedziku mi się czytalo bez problemów, bo jak mam w oczach mokro, to widzę najwyraźniej – taka sytuacja :) całuski i pozdrowienia!!!!!!

  13. Ania M. 19/05/2017 at 10:09

    Ojej!
    Skarbek!

    • kanionek 22/05/2017 at 01:06

      Skarbuleniek, skarbunio :D
      Ja już mu tak nie „niuniuję”, bo on się robi coraz bardziej dorosły – podnosi nogę do sikania i zgubił kilka mleczaków, i nawet daje już radę wdrapać się na balot słomy :)

  14. Ola 19/05/2017 at 10:25

    Oczy mi się spociły.
    Jaki fajny Pasztedzik! I jakie ma kształtne uszka :) I w ogóle Kanionek, ech…

    • kanionek 22/05/2017 at 01:07

      „Ech…”
      To właśnie najczęściej mówi do mnie małżonek ;)

  15. kaczka 19/05/2017 at 10:50

    Kanionku!
    A niech mnie… rozkleilam sie na atomy!

    • kanionek 22/05/2017 at 01:14

      Dobrze, że Dynia i Biskwit to takie manualnie uzdolnione bestie, to Cię zaraz pięknie posklejają :)

  16. zośka 19/05/2017 at 11:41

    Piękna mądra opowieść o tym, co jest w życiu najważniejsze:)) Bardzo Ci dziękuję droga A. Jestem wzruszona i wstrząśnięta, ale bardzo pozytywnie.
    A Pasztedzika to niebiosa zesłały żeby Ci priorytety poustawiał i nam wszystkim chyba też.

    • kanionek 22/05/2017 at 01:16

      Podobno niebiosa mi go zesłały, bo księżyc się skarżył, że „ten mały wciąż się na mnie gapi, a ja nie mogę odwrócić wzroku. To męczące. Zabierzcie go gdzie indziej”. Ale Twoja wersja brzmi lepiej :)

  17. Ania W. 19/05/2017 at 11:58

    Cudo! Cudo! Cudo!

    • kanionek 22/05/2017 at 01:17

      No ba! No ba! No ba!

  18. Kachna 19/05/2017 at 13:03

    Wiesz co Kanionku, wiesz Ty co – rozwalasz system.
    I dobrze.
    I twórz własny system.
    Oparty na tym, jak powiedziała przede mną Zośka, co najważniejsze.
    A to jest baaardzo trudne.
    ………………..
    Zdjęciem z Atosem-tatą wzruszyłaś.
    Wszystkie są piękne.
    ……………..
    Czarny Cygan – Kaszanka – Pasztecik – Pasztedzik – ale obły to on BYŁ :)

    Ściskam wszystkie łapy i kopyta.

    • kanionek 22/05/2017 at 01:19

      No był, ale się powyciągał w odpowiednich kierunkach i już nie jest :)
      Jednak w moich oczach chyba na zawsze pozostanie pętkiem pasztetowej.
      Wszystkie odnóża ściskają Ciebie i Twoich :-*

      • mitenki 22/05/2017 at 23:56

        Kurczaki, a ja cały czas myślałam, że Pasztedzik jest od pasztetu i wizualizowałam sobie brytfankę z tymże i za cholerkę nie mogłam zrozumieć, czemu Kanionku piszesz, że on jest OBŁY :D

        Pasztedzik jest do schrupania!

  19. Bo 19/05/2017 at 13:06

    Śliczne.

  20. ciociasamozło 19/05/2017 at 13:29

    Cudny Paszted!
    Nawilżacz oczu, Rozmiękczacz Serc, Antydepresant z Sianokiszonki :)

    Kanion! Tym pierwszym zdjęciem powinnaś wytapetować chałupę zanim przyjdą jesienne doły ;)

    • kanionek 22/05/2017 at 01:20

      Ha! Wy sobie tapetujcie, ja mam ORYGINAŁ :D

      • ciociasamozło 22/05/2017 at 14:41

        No fakt. Zwłaszcza jak go wszędzie pełno ;)

  21. Anomin 19/05/2017 at 14:46

    Wzruszylam sie. Czytam ksiazki z lokalnej biblioteki i powiem szczerze, ze jeszcze nie trafilam na nic coby moglo stanac w szranki z tym co dzisiaj napisalas! Troche szkoda, ze nie te trzysta stron no ale ile mozna bylo czekac aby podzielic sie Kuferkiem Pełnym Radości, Tobołkiem Szczęścia, Zawiniątkiem Entuzjazmu, Walizeczką Wazelinki, oraz Szkatułeczką Euforii.
    Dzieki Kanionku :-*

    • kanionek 22/05/2017 at 01:22

      Cieszę się, bo taki był mój plan, żeby i Wam się udzieliło trochę tej przyjemności, jaką ja mam z obcowania z Pasztetem :)

  22. dacapoalfine 19/05/2017 at 15:04

    Kanionku ! Poza świetnym tekstem dałeś nam piękne przesłanie – ludzie ! rozejrzyjcie się dokoła, widzicie smutne oczy Cyganów wciśniętych miedzy resztki butwiejących desek i stare dziurawe garnki , ot , żywy inwentarz – może i dla nich zaświeci słonko?! Będziecie ich Kanionkiem ?!

    • kanionek 22/05/2017 at 01:28

      Ja tam nie chcę nikogo namawiać, ale czasem chyba jest tak, że wydaje nam się, że nie damy rady, że zwierzak to „ciężar”, że odpowiedzialność (tak, ale nie taka, z którą przeciętny człowiek nie może się zmierzyć), a gdy się zdecydujemy to się okazuje, że nie jest tak źle, a bywa wręcz cudownie. Ale ja mam trochę inne warunki, niż np. lokator kawalerki w mieście, na ósmym piętrze, pracujący na półtora etatu, więc się nie będę „wymądrzać”. Taki Pasztedzik na przykład, gdyby nie miał kompanów do zabawy i szarpania za różne części ciała, rozniósłby nam chatę w trzy dni ;)

      • mitenki 23/05/2017 at 00:05

        Hmm, prawie wszystko się zgadza oprócz piętra Kanionku :)
        Dlatego mam kota, choć całe życie marzyłam o psie – dużym i kudłatym.
        Chciałabym, żeby mój futrzak miał towarzysza do figli i brojenia, ale wtedy musiałabym chyba wynieść się na balkon…

  23. Plum 19/05/2017 at 15:44

    Dołączam do grona wzruszonych i głęboko poruszonych. Oraz zachwyconych – tekstem i Pasztedzikiem😘

    • kanionek 22/05/2017 at 01:29

      Dziękuję, Plum, i cieszę się, że Cię widzę :)

  24. cornick 19/05/2017 at 16:22

    Wzruszyłam się czytając, Kanionku jak ty pięknie opisałaś historię Cygana-Pasztedzika i jak to się dzieje, że ktoś tak piszący nie jest po prostu „zawodowym pisarzem”? wydają jakieś shity K.Michalak czy inn. jej podbnych a tu Kanionek ot tak na boczku skrobnie między dojeniem a nawożeniem to co mu się przytrafiło, a jak już skrobnie to tak jakby przez całe życie nic innego nie robił tylko układał najpiękniejsze i najbardziej chwytające za serce historyjki obrazkowe. A Pasztedzik to najprawdziwsze słoneczko :)

    • kanionek 22/05/2017 at 01:46

      Ale ja umiem opisywać tylko prawdziwe historie, i to tylko wtedy, kiedy mi się chce, a zawodowiec to musi być ciągle w formie, tak mi się przynajmniej wydaje. Ale nie ciągnijmy tego tematu ;)

  25. benia 19/05/2017 at 19:14

    i pomyśleć, że gdzieś w jakimś snopku może czekać na kogoś tyle szczęścia. Kanionku, gdyby tę opowieść przeczytała Krystyna Czubówna byłby hit audiobookowy. To narracja. Bo kto miałby zagrać Pasztedzika to się jeszcze zastanawiam. Dominika Kluźniak? może ktoś podrzuci pomysł :)
    dziękuję Ci za te cysterny radości wysłane w świat
    b.

    • kanionek 22/05/2017 at 01:42

      Cała przyjemność po mojej stronie, Benia (dokładnie po mojej prawej stronie, gdzie właśnie zwinął się w kulkę bohater tego odcinka) :)

  26. Kanionek 20/05/2017 at 00:36

    Kozy moje kochane :)
    Dziękuję i przepraszam, że Wam nie odpisałam, ale dzisiaj cały dzień zabiegany, a teraz padłam i ledwie rozumiem klawiaturę.
    Zapomniałam napisać, że owszem, obły to Pasztedzik BYŁ, gdy ważył 3,5 kg, ale jakiś czas temu wyrosły mu nogi i zaczął wyglądać jak pies. I gdy go wzięliśmy, zdecydowanie nie wyglądał jak Bond, był matowy i oczywiście miał robale, jak każdy szczeniak, i sapał dziwnie, więc zaraz następnego dnia zaliczyliśmy weterynarza. A pierwsze zdjęcie zrobiłam mu chyba dopiero po dwóch tygodniach, bo zanim zaczęła działać ta cudowna tabletka pasztetowego szczęścia, wciąż byłam na dnie błotnistego bajora ;)
    Jutro mam nadzieję napisać Wam coś więcej :-*

    • agniecha 20/05/2017 at 07:26

      No właśnie, bo chociaż dało radę zgadnąć, że Cygan to Paszte-dzik, jednakowoż Smutna Pani w średnim wieku – za cholerę nie szło domyślić się, że to Kanionek.
      Dlaczego nie nazwaliście go Kokardka Mała nr 27?

      • kanionek 21/05/2017 at 23:00

        Ha! Wiedziałam, że ktoś to zauważy :) Sama miałam ubaw tak długo, jak długo istniał kartonik.

  27. Teatralna 20/05/2017 at 09:15

    Ty, to umiesz mnie załatwić Kanionku !
    dobrze, że dziś to przeczytałam, w dzień ładny i słoneczny, w innym przypadku bym cie obciążyła kosztami leczenia depresji. Twój Pasztedzik miał farta życiowego ))
    bo ja mam tak, ze myślę o pozostałych… wiem wiem …
    ściskam Was czule.

    • kanionek 22/05/2017 at 01:38

      To nie ja, to Pasztedzik Cię załatwił! Ja tylko parę zdjęć i krótki reportaż.
      My Ciebie również :)

  28. Buba 20/05/2017 at 09:17

    Pasztedna słodycz. A ten ryjek…… Nie mogę się naoglądać. I jeszcze z deprechy potrafi wyciągnąć. Cudo na czterech łapkach.

    • kanionek 22/05/2017 at 01:34

      No cudo, bo nawet Małego Żonka rozśmiesza, cieszy i bawi, a to nie taka prosta sztuka ;)

  29. Gosia 20/05/2017 at 21:46

    Pasztedziku kochany, kwintesencjo radości, nadziei i miłości – bardzo Ci dziękuję za wszystko, czym obdarzasz Kanionka, za to kim dla Kanionka jesteś. Jak dobrze, że byłeś w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Jak dobrze dla Ciebie, Kanionka i dla Koziej Obory! Jak dobrze, że jesteś tu i teraz. Dobrze dla całego świata. Czytam co Kanionek o Was napisał, wgapiam się w zdjęcia, gęba mi się uśmiecha, serce wzrusza a oczy wilgotnieją. Jesteście lekiem na całe zło.
    https://www.youtube.com/watch?v=HeyX1H3HTVQ

    • kanionek 22/05/2017 at 01:33

      Pasztedzik mówi, że nie no, nie ma sprawy, „ja tylko pociągnął” ;)
      Bardzo, bardzo lubię ten utwór.

  30. zeroerhaplus 22/05/2017 at 12:28

    Piękne.

    Brawo, Pasztedzik.
    Brawo, Kanionek, że potrafisz patrzeć na Pasztedzika.

    Niech żyje długo i szczęśliwie!!!
    Howgh.

  31. Li 22/05/2017 at 13:15

    Trzy noce zarywane do czwartej rano, potem podbite oczy którym korektor nie dawał rady, ale było warto- Kanionku, piszesz tak, że… ech… no … fantastycznie, cudownie, gorąco, przepysznie, soczyście, gryząco-palczaście z ciekawości co dalej, wzruszająco-mokroocznie, zakochałam się na zabój, wpadłam jak Pasztedzik do kuchni, i nie opuszczę Cię aż po grób.

    • Baba aga 23/05/2017 at 22:09

      Cześć Li, szybko Ci poszło :-)

    • kanionek 23/05/2017 at 23:30

      Witaj w naszych oborowych progach, Li. Niniejszym wirtualnie pasuję Cię na Kozę Kanionka i gratuluję wytrwałości- kilka nocy zarwanych, to musi być coś jak miłość od pierwszego wejrzenia ;)
      Co do „aż po grób” to się tylko zastanawiam, czy mój, czy Twój, bo jeśli mój, to może wcale nie być tak długo, bo na przykład wczoraj wieczorem Kredens aka Taboret zadbał o mój kolejny stan przedzawałowy, czyli zgubił dzieciaka. Zgubił, bo jest cebulą, nie matką. Zostawia tę swoją mysz gdzie popadnie, na długie, dłuuugie godziny, a jak sobie przypomni, że przecież ma dziecko, to lata jak kot z chorym pęcherzem i drze mordę, że „dzie moje dziecko, no dzieeee”. I wczoraj też latał i darł, na jakieś pół godziny przed zmierzchem, i żeśmy się z małżonkiem naszukali (trzy razy czesaliśmy łąki grzebieniem, a komary rżnęły nas aż miło), i gdy już się poddaliśmy, to małżonek poszedł robić coś innego, a ja się snułam jeszcze z kwadrans jak duch po mokradłach, i już, JUŻ miałam wracać do domu, gdy go w końcu wypatrzyłam, tego białego szczurka. Uciął sobie drzemkę na łące od południowego wschodu, i nie wiem, jakim cudem go przegapiliśmy, no ale w sumie to on lubi spać na boku jak pies, więc jeśli się całkiem rozpłaszczył, to byle wzniesienie terenu nam go zasłaniało. Głupi Taboret. Wszyscy pilnują swoich dzieciaków, tylko nie ona. No ale grunt, że się znalazł. Aha, i mam gąsiątko w inkubatorze. Jedno, jedyne ocalałe z tego podwójnego wysiadywania jajek przez niemądre Meliny. Z piętnastu jaj dziesięć było do wywalenia (w środku czarna zupa), dwa pisklaki zadeptane, i gdy widziałam, że kluje się trzeci, to nie wyrobiłam nerwowo i zabrałam jajko do inkubatora. Mały ma dwa dni i już się nie przewraca na plecy, dzięki bobu, bo wczoraj kilkanaście razy dorabiał za żuka gnojarza, co jak się na grzbiet przewróci, to już kaplica, nie wstanie. Znów jestem zmęczona i robię bokami, ale trudno.

      U mnie dopiero zaczynają kwitnąć bzy, a u Was?

      • KS 24/05/2017 at 00:01

        Kwitły na całego już w zeszłym tygodniu – w autobusie spotkałam starsze panie nałamanymi bukietami. Pachniał cały autobus. Pomyślałam, że szkoda, że u nich ukwiecone gałązki postoją trzy dni w wazonie, a mogłyby cieszyć dłużej i więcej osób. No ale panie mogły wracać z działek na totalnym zadupiu, a tam to już mało kto miałby okazję podziwiać kwitnące krzewy. Więc może panie miały parę dni radości.
        Dziś widziałam już jak sprzedawali polskie truskawki. Pachniały z daleko. Nie to co te hydroponiczne zagramanicze – wodniste i bez smaku. A nie, przepraszam – jest posmak pleśni. Kiedyś raz się w życiu dałam na takie skusić i nigdy więcej.

        • kanionek 26/05/2017 at 22:50

          No właśnie, a lilaki się przycina? Pewnie można je formować, a wtedy gałązki po takim zabiegu zabrać do domu. U mnie formowaniem bzów zajmuje się Mając. Własnoręcznie przeze mnie wkopaną sadzonkę białego opitolił do wysokości 30 cm nad ziemią. Mając to ogrodnik radykalny.

      • Jagoda 24/05/2017 at 08:48

        Taboret-cebula, dobre. Gdyby tak Pasztedzik pasał kozy, mialabys lżej, prawda? Bo tych starych psów już nie nauczysz.
        Mój ogród jest zimny, tzn. przelatują przez niego fale przymrozków w te i we wte i wszystko kwitnie później, ale drzewko bzowe kwitnie, z czego się ucieszyłam po tygodniowej podróży. A przymrozki z drugiej dekady maja uszkodziły hortensje, (nawet pnące), które okryte ładnie przezimowały. I takie uroki Warmii. Ser wędzony z orzechami- poezja. Pozdrawiam.

        • kanionek 26/05/2017 at 22:45

          „Bo tych starych psów już nie nauczysz.” – sęk w tym, że musiałabym najpierw nauczyć moje kozy, żeby słuchały psa :D
          Bożena z Ireną są tak wrogo nastawione do psów, że Pusia na przykład może sobie stać 10 metrów od Ireny, odwrócona dupą, a Irena i tak podejdzie i strzeli Pusi karnego z bańki. I tak się jakoś składa, że moje psy mają respekt wobec kóz, a Pasztedzik był traktowany przez kozy dość ulgowo, dopóki wyglądał jak kot, a teraz to już musi się oglądać za siebie, jeśli wychodzi z nami nad staw.
          Moje kozy to chyba najbardziej rozwydrzone stado na świecie :-)

    • anomalia 24/05/2017 at 09:40

      Znam to uczucie, też nie mogłam się oderwać od monitora… Kanionek jest lepszy niż najbardziej wciągająca powieść. A Kozy i kozy mogłabym „łyżkami jeść”. Witaj w klubie…

  32. anomalia 24/05/2017 at 09:29

    Kanionku, bzy kwitną, ale jakoś tak marnie, przymrozki zrobiły swoje… hortensje znowu przymarzły i też w tym roku nie zakwitną :( z trudem odbijają od pędów z ziemi… nawet różanecznik, który przetrwał gorsze zimy nie zakwitnie w tym roku… wszystkie pąki kwiatowe uszkodzone przez majowy mróz… eh…
    Wczoraj też szukałam zwierzaka… Przed Wielkanocą przygarnęłam kotkę, taka była biedna głodna i brudna, istna kupka nieszczęścia. (Prawdopodobnie ktoś ją podrzucił jakiś czas temu bo kilka razy ją widziałam w okolicy domu). Kicia została naszym kotkiem z opcją nocowania w domu i samodzielnych spacerów po okolicy. Zawsze po południu czekała na mnie pod domem i wczoraj przepadła… nie ma kota i już… Miałam najgorsze wizje, kotka jest po „sterylce” i bałam się o nią… nawet Pan Mąż szukał ze mną (a muszę dodać, że on generalnie nie lubi kotów). Znalazła się dopiero wieczorem, zadowolona przyszła od strony wsi z miną, ” no i co chodzi przecież jestem, po co te nerwy :) wiem, że czekasz z miską … ” Ja przez tego kota dostanę kota…

  33. ciociasamozło 24/05/2017 at 11:47

    Bzy przekwitają.
    Konwalie na działce też już pewnie przekwitły (nie wiem, nawet nie miałam okazji pojechać i się nimi nacieszyć).
    Mnie się zgubił sens istnienia i jeszcze nie wrócił.
    Oko znowu miga.

    • anomalia 24/05/2017 at 15:58

      Ciociu idź go poszukać, wyjdź na dobry dłuuugi spacer, (sprawdziłam sama) zwykle pomaga. Może jak oko zmęczy się chodzeniem to spokojnie zaśnie?

      • ciociasamozło 24/05/2017 at 16:20

        Anomalia, nie lubię spacerować :/ (lubię chodzić po górach i lasach, ale nie mam takowych na podorędziu).
        I pada deszcz.
        I nie mam siły już szukać.
        Oko jest tylko męczącym dodatkiem do utraty sensu (i poczucia, że różne rzeczy mnie przerastają).
        Pozostaje mi chyba zalać robaka i zagrzebać się w ściółce.
        Ewentualnie poczytam archiwum Kanionka ;)

        • wy/raz 25/05/2017 at 12:46

          To wszystko przez ten tekst na makatkę ;-((. A tak serio wspieram wirtualnie, bo pewnie coś niemałego kalibru musiało cię dopaść. Tak mi brak twojego normalnego stylu, toż ZKK (Zasłużone Kanionkowe Kozy) nie mogą emanować smętną poświatą mdłego przykładu. Rada Paryji i Beci w prostych słowach: szklanka w GARŚĆ i na pohybel! Kanionek i kot pomogły?

          • wy/raz 25/05/2017 at 12:48

            A, i wydrukuj sobie Antydepresant z Sianokiszonki. Mocno ściskam.

          • ciociasamozło 25/05/2017 at 12:56

            Dziękuje za wsparcie.
            Dziś już troszkę lepiej. Nie mam złudzeń, że światełko na końcu tunelu będzie wyjściem a nie nadjeżdżającym pociągiem, ale chociaż zbieram siły na spotkanie z lokomotywą.
            Być może kluczowa była spora dawka magnezu z czekolady (o smaku tiramisu) na przemian z pikantnymi krakersami (żeby nie zemdliło).

        • kanionek 26/05/2017 at 22:52

          Też sobie czytałam archiwum Kanionka zimą, w ciężkich chwilach. Zwłaszcza sekcję komentarzy, bo ona mi zawsze robi najlepiej :)

  34. becia 24/05/2017 at 12:58

    Paryja dobrze radzi Ciociu, polej sobie wieczorem . Ja jeszcze polecam dobra książkę, taką która wciągnie i pozwoli na „niemyślenie”

    • ciociasamozło 24/05/2017 at 16:28

      Becia, doszłam do etapu, że książki mnie wkurzają (smutne bo i tak mam doła, wesołe bo po co im tak wesoło jak i tak wszyscy umrzemy).
      Na dnie butelki sensu też nie znajdę, ale jak to ktoś kiedyś powiedział – alkohol problemów nie rozwiązuje, ale mleko też nie.
      Może zrobię sobie jeszcze okład z kota…

      • kanionek 26/05/2017 at 22:54

        „alkohol problemów nie rozwiązuje, ale mleko też nie” – ale mleko od kóz czasem może. Słyszałaś taką piosenkę: „jesteś mlekiem na całe zło”? Ulubiona piosenka moich kóz ;)
        Niedługo dostaniesz okłady, a nawet jakieś wkłady, i zobaczysz, jak Ci się poprawi :)

        • ciociasamozło 27/05/2017 at 20:50

          Poprawia mi się na samą myśl o okładach i wkładach od Kanionka :)
          Chyba pojadę jeszcze kilka dni na tej nadziei :)

      • Bo 27/05/2017 at 16:10

        Kot dobry, odmruczy Ci pocieszankę i może nie nasika w buty…
        Moja kotylda zawsze mruczy mi, kiedy mam doła a dla równowagi zaraz zrobi coś wku*wiającego. Ale i tak ją kocham.

        • ciociasamozło 27/05/2017 at 20:55

          W buty nie nasikała, ale nauczyła się kłaść na mojej szyi jak chce mnie obudzić. Bo drapanie w szafę, miauczenie nad głową a nawet łaskotanie wąsami już przestało działać.

  35. agiag 24/05/2017 at 15:06

    Tkwię w stanie wzruszenia, odkąd przeczytałam nową notkę. I w żalu również, że nie mam wydawnictwa. bo gdybym miała, wydawałabym wszystko, co Kanionek napisze…

    • kanionek 26/05/2017 at 22:40

      Agiag: słyszałam o ludziach, którzy pragną mieć własne wydawnictwo, ale jeszcze nie słyszałam o kimś, kto marzy o wydawnictwie niedochodowym ;)

  36. Ajka 26/05/2017 at 14:57

    wiesz… poryczałam się :D

    Znam dokładnie te emocje, też mam swojego Pasztedzika, choć mój miał wypasione dzieciństwo. Mój Pasztedzik powinien się nazywać Xanax. Jak tylko przywiozłam do domu ten dynamit wypełniony miłością, wszystkie psychotropy poszły w odstawkę i tak się trzymam już 8 lat :)

    A tak z innej beczki – mam dla Ciebie propozycję na nową wersję serów z taką FANCY przyprawą:
    https://pbs.twimg.com/media/DAwLMilW0AQOo55.jpg

    • wy/raz 26/05/2017 at 21:23

      YYY… Doczytałam, nie wiem jak ten z Oszołoma, ale na jednym wpisie było o popiele roślinnym a na drugim o wyłącznie drzewnym i do tego przesianym! Z naciskiem na nieużywanie gazetowego. Jest to jakiś patent i choć nie spotkałam takiego smakowo, może być ciekawe, bo na kolejnym przeczytałam taki bardziej do użycia przepis. Nie dla …, bo w dwóch pierwszych było lekko dziwnie ;(

      • kanionek 26/05/2017 at 22:36

        Nosz cholera, ukradłyście mi niespodziankę!
        Już zrobiłam kilka serów z popiołem, temat zaczęłam zgłębiać już w ubiegłym roku, w planie mam też pleśniowe z popiołem (chodzi o ser typu camembert, z porostem białej pleśni na zewnątrz, i tu popiół odgrywa rolę alkalizującą, ułatwiając wzrost owej pleśni, a do tego robi też ciekawy efekt wizualny), znam całą tajemną specyfikację produkcji (drzewny, roślinny – jedenwuj; to tylko bajerowanie „magów”, bo popiół właściwie wyprodukowany jest bezwonny, bezsmakowy, i zawsze sprowadza się do tego samego produktu, z czego by go nie zrobić, choć zgodzę się, że „z drzewa sandałowego” brzmi lepiej, niż „z marchewki”). Proces produkcji popiołu o czystości, nazwijmy to, farmakologicznej, jest długotrwały i nie dla idiotów, faktycznie. I dlatego właśnie zamierzam go robić i mam nadzieję, że łba mi nie urwie ;)

        • mitenki 27/05/2017 at 13:26

          O ludzie! udławiłam się śniadankiem, ale że ten popiół na zewnątrz czy jak?
          Bo jak do środka, to ja dziękuję :D

          • Bo 27/05/2017 at 16:01

            Taki jeszcze bardziej postny ten ser ma być 😊?
            Posypany popiołem, wymieszany przed utworzeniem skrzepu, naszpikowany czy zaszczepiony?
            A chodzi o wzbogacenie go w jakieś pierwiastki czy zabezpieczenie przed czymś tam?

          • kanionek 28/05/2017 at 00:34

            Bo – w pleśniowych (z porostem białej pleśni na zewnątrz) służy zmianie PH na takie, które preferuje pleśń, jak również lepszemu i równomierneu dosuszeniu skórki (bo to sery dojrzewające). Popiół w tym przypadku daje się na zewnątrz (bo skórka, bo pleśń), ale pewna francuska serowarnia wpadła kiedyś na pomysł, żeby biel sera przełamać wewnątrz właśnie paskiem czarnego jak sam Diabeł popiołu, i to bardzo, bardzo ładnie wychodzi :)
            Mam zdjęcia swojej próbki, i pokażę, tylko od tygodnia „robię w fabryce” po 14-16 godzin na dobę, i mam 30 minut na kontakt z komputerem dziennie :-/

          • mitenki 27/05/2017 at 22:18

            To będzie ser pokutny, bo my bardzo grzeszne Kozy som ;)

          • kanionek 28/05/2017 at 00:31

            Nic nie bój, Kanionek już na sobie przetestował (oraz na Małym Żonku i kilku innych osobach) – popiół w środku daje piękny efekt artystyczny, a na zewnątrz to już nie, za to ma wtedy inne zadanie. Najstarsi Francuzi żarli taki ser, to co, Ty nie zjesz? :D
            Serio, nie wcisnęłabym nikomu kitu z dynamitu, gdybym nie miała 100% pewności, że jest gitara, BHP, koszer i WOGLE.

          • Li 04/06/2017 at 22:08

            Pyszny ser z popiołem robią Holendrzy. Kupuję go na Kleparzu w sklepiku z serami holenderskimi. Jadłam też francuski. A te narody dobrze się mają, znaczy nie szkodzi. Teraz jestem kilka dni w Anglii, objadam się (niestety) pysznymi zupełnie nie angielskimi serami, chodzę do orientalnych knajpek, gdzie jeszcze przed wejściem mam ślinotok, a co dopiero w środku i wieczorami nadrabiam Kanionka czytając od początku wszystkie komentarze. Dziękuję za przyjęcie mnie w poczet Kóz, jestem zaszczycona. I wyznam, że jeszcze bardziej wielbię… Pozdrawiam każdą Kozę!

          • kanionek 05/06/2017 at 12:34

            Komentarze są najlepsze!
            Ach, zazdroszczę Ci. Ja mam od kilku tygodni wydeptaną trasę koziarnia-kuchnia i to są moje podróże :D

        • ciociasamozło 05/06/2017 at 09:37

          Ser z popiołem jest pyszny i piękny! Bez popiołu też :)
          Nowa receptura – rewelacja! Taki lekko kwaskowaty nawet bardziej mi pasuje. Wszystkie sępy, które rozdrapały dostawę, zachwycone :)

          • kanionek 05/06/2017 at 12:38

            Cieszę się :) Nam też smakuje, ale nowa technologia ma swoje wady: większa czasochłonność, i to jest wada największa, bo ja się ledwo w ramach doby wyrabiam ze wszystkim, w serze wędzonym ta kwaskowatość jednak trochę przeszkadza (nasze zdanie), no i w serach z dodatkami ziołowymi jednak się trochę kruszą te plasterki. Zawsze byłam fanką serów z dziurami, dużymi i małymi, kiedyś kupowałam ser żółty tak dziurkowany, że po ukrojeniu plasterka miałam na kanapce więcej powietrza, niż sera, ale ser „Ziokołek” to trochę inna bajka ;)

  37. mitenki 28/05/2017 at 03:42

    Testowałaś na Małym Żonku… hmm, coś go ostatnio tu nie widać…

    Z tymi Francuzami to Ci przykład nie wyszedł – oni jedzą żaby i ślimaki, a ja nie zamierzam! :D

    • wersja 28/05/2017 at 18:25

      Mitenki, nie wiesz, co tracisz. Normalnie żaby smakują jak wykwintny kurczak, a ślimaki jak wykwintne ryby. Próbowałam i chwaliłam sobie :)

      Ekhę, ekhę – chciałam się pochwalić, że widzę na tyle, że mogę sobie swobodnie poczytać w internetach (byle nie za dlugo, bo mi się jeszcze oczy trochę męczą). Jeszcze ciutkę słabo widzę z bliska, ale z daleka lepiej niż w najlepiej dobranych okularach :)

      Jak ktoś chce wiedzieć coś konkretnego, to ja chętnie się podzielę doświadczeniem, ale wolę sama nie wchodzić we wszystkie techniczne szczegóły, bo jednostki wrażliwe mogą się zniechęcić, a to by byla nieodżałowana strata. Po prostu niektore techniczne szczegóły brzmią gorzej w opisie niż wychodzą w praktyce. Ogólnie pierwszym warunkiem, który trzeba spelnić, aby się zakwalifikować do zabiegu, jest stabilność wady. Jest kilka różnych metod, ktore różnią się ceną, zakresem ingerencji, możliwymi komplikacjami, długością okresu gojenia itp. Zabieg trwa króciutko i nie boli nic a nic, potem trochę boli (dobra ,w pierwszej dobie bardziej niż trochę), ale dostaje się takie brązowe tabletki – roboczo nazwałam je „dla gwiazd”, bo idę o zaklad, że gwiazdy sie właśnie od takich tabletek uzależniają po tych swoich zabiegach upiększających – po ktorych nic nie boli, życie jest piękne, a sen głęboki.. niestety nie dają tych tabletek za dużo, akurat jak przestaje boleć, to się kończą i dalej z życiem trzeba się już borykać bez wspomagania… chyba że się jest gwiazdą z dojściem do dilera…

      reasumując, jestem zadowolona – z dnia na dzień bardziej – i liczę, że ten trend się utrzyma.

      :)

      • kanionek 02/06/2017 at 00:10

        Wersja – po pierwsze, cieszę się Twoim szczęściem :)
        Po drugie, jeśli jeszcze nie zjadłaś wszystkich brązowych tabletek, to płacę milion złotych za jedną.
        Chętnie poznam szczegóły, WSZYSTKIE.

  38. Ewa 30/05/2017 at 13:23

    Witam całą Oborę z Kanionkiem i Małymżonkiem na czele, właśnie skosztowałam dzisiaj wspaniałego wędzonego sera z cząbrem i tymiankiem, mówię Wam niebo w gębie, wspaniała konsystencja, smak ziół i co najważniejsze nieprzesuszony. Kanionku trafiłaś w 100% w mój smak. Drogie Kozy chwalę i polecam. Może być nawet, albo aż z popiołem jem w ciemno.

    • kanionek 02/06/2017 at 00:07

      Ale LEKRAMA, dzięki, Ewa :)

      Kozy Kochane, znów mnie nie było dłuższą chwilę – dzisiaj masywna migrena, od kilku dni problem z Taboretem. Któraś łajza koleżanka przydzwoniła Taboretowi w cycek. Tak silnie, że choć ranka na zewnątrz była z wyglądu niewinna, to w środku cycka rozpętało się piekło. Zdoiłam z niego dosłownie koktajl truskawkowy, ze skrzepami krwi wielkości pestki od wiśni. Makabryczny widok. Tabo miał temperaturę 40,3 st. C. Zdajaliśmy, masowaliśmy, wcieraliśmy maść od weta, jednak niezbędny był również antybiotyk ogólnie i dowymieniowo, żeby nie doszło do mastitis. Jutro znów tańce z Taboretem – tego cycka trzeba teraz otaczać szczególną troską, ale Taboret nie chce już z nami współpracować. Nie lubi mierzenia temperatury, nie lubi gmerania przy cycku, nie lubi zdajania (dostała od weta też coś przeciwzapalnego i przeciwbólowego, ale i tak chodzi wkurzona), ma nas serdecznie dość. My chwilami też. Idę spać.

      • Jagoda 02/06/2017 at 07:13

        Współczuję Wam i Taboretowi. Dodatkowej pracy i kosztów a Tabo bólu. A wszyscy zestresowani na maksa. Czy dziś już lepiej?
        Powinno być lepiej, bo od rana pełne słońce, kot wygrzewa się po drugiej stronie szyby a kukułka wylicza lata szczęśliwego życia. Tylko coś przerwy robi… ciekawe co też mi wywróżyła… może lepiej nie wiedzieć. Miłego dzionka w Kanionkowie i całej Koziarni życzę.

        • kanionek 03/06/2017 at 00:46

          Humor Taboret ma lepszy, apetyt koński, ale coś to leczenie nie przynosi jak na razie efektów w samym cycku. Podałam jej dziś drugą dawkę antybiotyku domięśniowo (wiecie, jak tego nie cierpię) i kolejne pół tubki dowymieniowo, przy czym odkryliśmy, że wet dał nam przeterminowany lek.
          Niby niewiele, bo data ważności to kwiecień 2017, no ale…
          Już mnie naprawdę zaczynają wkurwiać tutejsi lekarze. Jeden nie przyjeżdża, drugi rżnie kozłu jajca na żywca, trzeci wozi przeterminowane leki w bagażniku, w którym ma bałagan gorszy, niż ja w szufladzie z „przydasiami”, no JPRDL, jak to mówią młodzi ludzie. Zaszczepił nam na miejscu wszystkie psy (p-ko wściekliźnie), i teraz się zastanawiam, czy to na pewno była szczepionka, czy ch wie co, bo ten jego bałagan i „drobne przejęzyczenia” są podejrzane (kwas hialuronowy i kwas klawulanowy to są różne substancje, ale dla niego chyba nie). Boję się, że spaprzemy Taboretowi cycek na zawsze.

          • ciociasamozło 03/06/2017 at 19:53

            Przeterminowaniem się nie przejmuj. Zadziała pewnie jeszcze z pół roku.
            Ale opieprzyć weta możesz, a nawet powinnaś, bo piniądzów za taki lek mu brać nie wolno!
            Jak ma krwiaka po uderzeniu to się pewnie długo będzie goić :( (2 tygodnie?), a antybiotyk to tylko osłona, żeby się tam nic nie zalęgło.
            Się nie denerwuj (i nie myśl o różowych słoniach).

          • kanionek 03/06/2017 at 23:27

            Tak, ja wiem, że prawdziwy okres przydatności sięga nieco dalej, niż wskazuje data na opakowaniu. Ale to jest TRZECI raz, gdy ten wet zostawia nam przeterminowany lek (zimą przy okazji Bożeny, w marcu na okoliczność Kraszika, gdy któraś z kóz nadepnęła jej na strzyk i Kraszik miał krwiaka z obrzękiem; akurat w przypadku Kraszika mleko było czyste, oberwała tylko tkanka strzyka), więc zaczynam podejrzewać dziwne rzeczy.

            Druga sprawa: dzwoniłam dziś do niego, wspomniałam, że nie ma poprawy, a wręcz jest gorzej, bo coraz więcej mlecznych skrzepów (to już jeden z klinicznych objawów mastitis), które trudno wycisnąć ze strzyka, takie są duże i twarde. I wtedy, wyobraź sobie, on mi ZNOWU nawija o – uwaga, uwaga – KWASIE HIALURONOWYM, który ROZPUSZCZA TE SKRZEPY. Mówię mu: „panie, w tym preparacie, który pan zaordynował, NIE MA KWASU HIALURONOWEGO. Jest kwas KLAWULANOWY, który do kulawej nędzy niczego nie rozpuszcza. Jego zadaniem jest zniszczenie mechanizmu obronnego bakterii odpornych na działanie antybiotyku, żeby stały się wrażliwe na ten antybiotyk”. W dużym skrócie Wam to piszę, ale wiedzcie jedno: gdy po raz trzeci usłyszałam o wyimaginowanym kwasie, który ma coś rozpuszczać, to miałam ochotę dać facetowi w łeb przez telefon. I nie dlatego, że człowiek nie może się pomylić. Po prostu nie znacie całej historii, a mnie się już nie chce pisać. Facet notorycznie myli sterydy z antybiotykami, i chwilami pierniczy takie farmazony, że to urąga mojej inteligencji, i nie wiem już, czy z niego taki idiota, czy może to on ze mnie chce idiotkę zrobić. No w każdym razie nasza współpraca raczej dobiegła końca, i nie dlatego, że jestem wariatką, bo małżonek, który był bardzo dobrze nastawiony do tego faceta, po jego ostatnich występach też zmienił zdanie. Niedługo będziemy jak ta para z komedii, co to „wszystkie sklepy w okolicy ma obrażone” ;)

            Ciociu kochana, Tabo już ma oficjalnie zapalenie połówki wymienia (mastitis). Zrobiliśmy test, o którym może innym razem, bo tera wracam do sera. Aha, Tabo dostała już dawkę innego preparatu, jutro powtórka. A jakby problemów było mało, wczoraj w nocy któryś z kolegów Lasera, najpewniej Atos, rozerwał mu skórę na udzie na 2 centymetry – widać mięsień. Życie w raju, urwał nać :)

          • kanionek 03/06/2017 at 23:56

            Aha, przypomniałam sobie – facet rzekomo dał Taboretowi domięśniowo jakieś sterydy, po których, jak stwierdził, „utnie mleko”. On bardzo lubi to wyrażenie. Piszę „rzekomo”, bo władował jej w tyłek trzy strzykawki, ale buteleczki miał skitrane w kieszeni, co jest akurat normalne i się nie czepiam. No więc koza nie „ucięła mleka”, nakurwia mlekiem jak mleczna fabryka, i też mu to powiedziałam, bo grom wie, czy on nie pomylił swoich brudnych buteleczek z bagażnika, i co on jej tak naprawdę podał, a facet mi na to jakieś mętne historie, że „no ale dostała jeszcze przeciwbólowe i przeciwzapalne”, i ja się Was pytam: co ma piernik do wiatraka i czy to jest odpowiedź na moje pytanie, dlaczego koza nadal sika mlekiem, skoro niby miała się zasuszyć? Facet przyciśnięty ewidentnie kręci i tyle. Albo nie podał jej tego, co myślał, że podał, albo nie zna działania tego leku, albo świnie skolonizowały Jowisza, no w każdym razie ja jestem człowiek prosty, lecz rozumny, i jak ktoś z wykształceniem kierunkowym mówi mi, że koza utnie mleko po sterydach, i mówi to z pełnym przekonaniem, to ja to rozumiem tak, że koza na pewno utnie mleko. No ale ja nietutejsza jestem.

          • ciociasamozło 05/06/2017 at 09:48

            Kanionku, Twoje oburzenie jest w pełni uzasadnione!
            Nawet jeśli lekarz gada bzdury (bo np. się przyzwyczaił, że Zenek i Wiesiek bardziej słuchają zaleceń jak im się farmazonów o kwasie hialuronowym nagada i nieprzyzwyczajony do światłych klientów) a robi dobrze… no, nie, nie robi dobrze bo kolejny raz dał przeterminowane leki!
            Krok pierwszy – opieprzyć lekarza (nie za farmazony, tylko za przeterminowane leki!), krok drugi – info do izby lekarsko-weterynaryjnej.

            Na pohybel mastitisom!
            Woziliście Lasera na szycie czy bandażujecie?
            Musiał nieźle nabruździć Atosowi, że go tak potraktował :(

          • kanionek 05/06/2017 at 12:48

            Atos i Laser nie pałają do siebie miłością, to wiemy od lat. Rzecz działa się po ciemku, może jeden niechcący wpadł na drugiego, może Atos znalazł sobie coś fajnego do zjedzenia, może grom wie co, w każdym razie na ogół panowie schodzą sobie z drogi, i tylko raz do roku jest grubsza awantura. Nie szyliśmy, bo na to było za późno. Nie bandażujemy, bo Laser ma nerwicę i musi mieć oko na swoje rany, tudzież język ;) Dezynfekujemy i obserwujemy, na razie wygląda dobrze :)

            Nie doniosę na faceta. On tu „służy” od 30 lat. Zna wszystkich. Ja mam gospodarstwo ledwie wiążące koniec z końcem, a taka np. końtrola z PIW-u nakazująca modernizacje warte 100 tysięcy położyłaby nas na łopatki. Co tam sto tysięcy… Nie mamy nawet tysiąca na zbyciu, a Gwiazdolot gubi kolejne części w trakcie jazdy :-/

          • ciociasamozło 05/06/2017 at 14:13

            „Zupa była za słona” :(
            Octenisept czyni cuda. Można jeszcze solcoserylem (jeśli masz) smarować, żeby przyspieszyć gojenie.

            No fakt, podkablowanie może tylko pogorszyć sprawę. Ale myślę, że warto spokojne pogadać z facetem, żeby nie odwalał kichy z przeterminowanymi lekami i nie pieprzył farmazonów, bo nie Ty jedna masz dostęp do wiedzy na temat składu i działania leków, a jak trafi na kogoś bardziej ciętego to mu kwas hialuronowy na skrzepy w cycku bokiem wyjdzie.

            Cholera, powinniście popracować nad jakimiś „znajomościami” wśród lokalnych szych ;)

          • Mila 06/06/2017 at 20:24

            Kanionku, ale taka temperatura u kóz jest prawidłowa! Do 41 stopni temperatura jest jak najbardziej prawidłowa, kozy są po prostu bardziej gorące od ludzi, więc gorączki nie ma, spokojnie.
            Co dostaliście na zapalenie wymienia? Tetra-Delta czy coś innego? Bo są leki działające na bakterie gram dodatnie i gram ujemne, jeśli nie ma efektu, to trzeba zmienić substancję aktywną. I jak podajesz po pół tubki, to ją wrzuć do ciepłej wody albo rozgrzej dobrze w dłoniach, żeby się lek rozprowadził w tej zawiesinie w której jest. I jak podajesz to po zamknij strzyk palcami i lekko jakby pomasuj do góry , jakbyś jej chciała to wyżej wpompować. Do takich zabiegów oporne kozy lepiej położyć na boku.
            Smaruj maścią kamforową, żeby się nie utworzyła tkanka bliznowata od tego zapalenia, bo będzie w przyszłości problem.

          • kanionek 06/06/2017 at 22:40

            Milo kochana, ja krótko, bo jak zwykle czasu brak:

            TAK, kozy są gorętsze od ludzi (psy też, i nie tylko), ale NIE, 41 stopni nie jest normalną temperaturą. Normalna mieści się w zakresie od 38,5 do 39,5, podczas upałów może wynosić bliżej 40, ALE ważne jest co innego: 42 to już bardzo niebezpieczna granica, a przyznasz, że od 41 do 42 niedaleka droga, i właśnie dlatego przy 41 stopniach u kozy nalezy już zdecydowanie reagować.

            TAK, wiem co nieco o antybiotykach. Tabo przerobiła już wszystkie. Tak, wiem jak podawać lek z tubostrzykawki :) Wiem, bo czytam zalecenia producenta. TAK, smarujemy maścią rozgrzewającą (też od weta). Ale dziękuję za chęć pomocy :)

            Wiesz, co mnie wkurza? Że nikt tu nie robi antybiogramu, że podaje się antybiotyki „na czuja”, czyli jak nie ten, to tamten. A tyle się gada o nadużywaniu antybiotyków i lekooporności drobnoustrojów.

          • kanionek 06/06/2017 at 22:44

            Jeśli jesteś zinteresowana, tu jest ciekawy artykuł o nietrafionych terapiach u krów: http://www.islandscholar.ca/islandora/object/ir%3A20232?solr_nav%5Bid%5D=0f9d37961410ee6cc6f8&solr_nav%5Bpage%5D=0&solr_nav%5Boffset%5D=1 (trzeba kliknąć „full text” żeby ściągnąć PDF).
            Podawanie antybiotyków na pałę nie przyspiesza leczenia, a czasem wręcz przynosi większe straty, ale to temat rzeka.

            Aha, jeszcze o tej temperaturze. Raz na jakiś czas losowo mierzę temperaturę kilku kozom, po prostu żeby wiedzieć, jaka jest przeciętna „norma” w moim stadzie. Nigdy, przenigdy żadna zdrowa koza nie miała u mnie powyżej 39,8. Nawet w trakcie upałów. Za to każda, która miała powyżej 40 st. C, była nieswoja i szybko okazywało się, że coś jej dolega (Kachna rok temu przed wykotem, Ziokołek w lutym, zimą Bożena, która miała szmery w płucach, teraz Tabo). Może Twoje kozy to supergorące laski ;)

          • Mila 06/06/2017 at 23:04

            Hmmm z tego co ja wiem, to kozy mają zakres od 38,6 do 40,5, średnio 39. 41 to dla nich stan podgorączkowy, a koźlęta dochodzą do 41,5 i jest to normalne dla nich. W moim stadzie rozrzut temperatur jest spory, mam taką co ma wiecznie 40,7 i jej nic nie dolega. Ale to sprawa indywidualna w sumie. Jak ja mam 36,6 to zaczynam się czuć chora, bo moja zwykła temperatura to 35,9 :P
            Przy infekcji zawsze temperatura jest trochę wyższa, ale bardziej trzeba skupić się na cycku niż na jej zbijaniu.

            Leczenie mastitis jest upierdliwe i długie, tak więc powodzenia i trzymam kciuki za kozę :)

          • kanionek 06/06/2017 at 23:17

            Tak, są odchyły od normy, które trzeba uznać za normalne. Teraz Tabo ma 39,2 i jest sobą. A są faceci, co przy 37,1 umierają ;)
            Dzięki za kciuki :) Niesamowite jest to, co nawet małżonek dzisiaj zauważył – koza, która na co dzień jest wkurwiająca (Tabo ma ADHD, wszędzie jej pełno, wiecznie wyraża jakieś pretensje i jest bezczelna), gdy nagle stanie się pokorna i cicha, i wiadomo że jest chora, to jakoś tak… głupio. I gdy ta koza znów zrobi się wkurwiająca i namolna, to człowiek oddycha z ulgą ;)

          • Mila 06/06/2017 at 23:23

            Żeby nie było, moje rady nie wynikają z tego, że chcę pokazać jakim jestem super doświadczonym hodowcom kóz.

            Po prostu pamiętam nasze pierwsze zapalenie (nasze, bo przezywałam bardziej od kozy hehe) i poprzedniego weta. Zrobił jej zastrzyk, dał mi do ręki garść tubostrzykawek i antybiotyki, skasował prawie 3 stówki i nara :P No i niestety przez to cycek się kozie bardziej zepsuł, bo nie wspomniał nawet o tym, żeby nie wkładać jej całej tubostrzykawki, bo za bardzo to rozciągnie kanał i będzie to nawracający problem :/ Teraz jestem bogatsza o to i wiele innych doświadczeń, więc sypię historiami jak z rękawa :D

            Mam podobne odczucia, nie ma nic lepszego niż zwierzak wracający do normy :)

          • kanionek 06/06/2017 at 23:53

            „Żeby nie było, moje rady nie wynikają z tego, że chcę pokazać jakim jestem super doświadczonym hodowcom kóz” – ależ domyślam się :) Jak ja cos wiem na jakis temat, to też wszystkim wszystko opowiadam, tłumacząc dlaczego 2 x 2 = 4 :D
            TRZY STÓWKI?! Chyba znów polubię mojego weta…
            A nie, ja zanim wetknęłam Taboretowi tę tubkę, to doczytałam, że wystarczy na kilka milimetów, maks. pół centymetra. Ja w ogóle nie ufam wetom w ciemno i najpierw sprawdzam, czytam, w zęby zaglądam… Dlatego „z nerw umieram”, gdy on leci do mojej kozy z wielkimi strzykawami (on stosuje igły grubości rury melioracyjnej! I to wcale nie do gęstych zawiesin, tylko ot tak, do wszystkiego) i ładuje jej w tyłek grom wie co, bo ja MUSZĘ wiedzieć, a najlepiej widzieć i najpierw przeczytać ulotkę. Czasem to jest wada, ale czasem zaleta.

          • Mila 07/06/2017 at 00:08

            Teraz na szczęście mam weta, który jest tańszy, a przede wszystkim tylko rok starszy ode mnie, świeżo wyszedł ze studiów, więc podatny na naukę i dowiadywanie się nowych rzeczy :) W sumie to częściowo na moich kozach się uczy, ale też jest dosyć pokorny i jak nie wie, to słucha się sugestii bardziej doświadczonych w małych przeżuwaczach wetów. Będą z niego ludzie :D

  39. becia 05/06/2017 at 09:39

    Oj Kanionku oj.. biedna Taborek …sama pamiętam jak miałam zapalenie gruczołu piersiowego przy karmieniu pierworodnej oj bolało bolało. :(
    Jak wet dał antybiotyk to po 3 dniach powinno być lepiej. Koza ma wciąż gorączkę? Może jakieś antybiotykoodporne cholerstwo się wdało.. u kobiet zaraz by było zalecenie na posiew z antybiogramem ale nie wiem czy w Elblągu cos takiego zrobią.
    Pamiętam ze jak Czerwona miała opuchnięte wymię to babcia cala noc siedziała i masowała je, żeby te skrzepy z mleka się nie robiły i rano można było po troszeczku zdajać i kanał strzykowy się nie przytykał.. no ale to krowa była, spokojna i przytulaśna. Z kozami pewnie się tak nie da.. Trzymam kciuki, żeby leczenie pana weta jednak nie było „w ciemno” i sprawa szybko się skończyła.

    • kanionek 05/06/2017 at 12:43

      Tabo jest teraz na innej tu(r)bostrzykawce, i jeśli to nie pomoże, to już nie wiem. Nie, z Tabo się nie da siedzieć całą noc i masować, bo nawet jeśli cycek już nie boli (a widać, że nie ma obrzęku, strzyk miękki i luźny), to Tabo ma ADHD i nie ustoi. Małzonek trzyma ją za tylne nogi, gdy ja robię przy cycku. Po kilku minutach Tabo jest gotowa skręcić się wokół własnej osi, a małżonek ma powykręcane ręce ;) To silna koza, o masywnych giczałach – w końcu Saanenka. Czytałam, że właśnie rasy wysokomleczne częściej chorują na przypadłości okołomleczne, ale jestem pewna, że gdyby Tabo nie zarobiła kuksańca w wymię, to nic by jej nie było.

      • Mila 06/06/2017 at 20:37

        Wet powinien powtórzyć jej antybiotyk, minimum dwa razy trzeba podać. Jest też silniejszy i droższy antybiotyk o przedłużonym działaniu 14 dni, ale nie mogę sobie teraz przypomnieć jego nazwy.
        Ile Wy tej tubostrzykawki macie jej podawać? Dawka uderzeniowa powinna być jedna pierwszego dnia i po pół co 12 godzin przez minimum 5 dni.
        Nie trzeba cały czas masować, masowanie służy rozgrzewaniu, maść rozgrzewająca z kamforą zastąpi masowanie.
        Moja koza burska (czyli mięsna :D) miała takie zapalenie ostatnio, że myślałam, że będzie trzeba ulżyć jej cierpieniom :/ Wymię dosłownie jak kamień, kropelka mleka na raz wylatywała, a ona waży 70 kg. Do tego ma 4 strzyki, z czego jeden nie złapał zapalenia, a drugi dodatkowy produkował chyba z pół litra mleka dziennie. Dopiero po piątym dniu nastąpiła poprawa, chociaż wymię już ma spieprzone całkiem :/ Ale prawdopodobnie u poprzedniego właściciela miała już zapalenie, nie leczone, dlatego tak szybko złapała teraz i miała tyle problemów.
        Ale u Twojej kozy to pierwszy raz, więc będzie dobrze :) Kup dla niej dipping do strzyków po udoju, to nie będzie taka podatna na mastitis w przyszłości.
        Jakbyś miała jakieś wątpliwości, to pisz na maila :) Mam kilka dziesiątek kóz, różne problemy z nimi przerobiłam.

        • kanionek 06/06/2017 at 22:57

          Mila, Taboret jest pierwiastką, a zapalenie wywiązało się po silnym urazie. Dezynfekcja strzyków i w ogóle higiena udoju u mnie jest prawie na poziomie szpitala zakaźnego. Małżonek nie może na to czasem patrzeć i mówi, że z torbami pójdziemy z tytułu samych środków dezynfekujących, myjących, przeciwtakich i antyinnych ;) Ale ja mam nerwicę i paranoję, i wolę przesadzić, niż ryzykować zdrowiem moich zwierząt.

          Dziś u Tabo nie ma już mlecznych skrzepów, mleko płynie normalnie, wymię jest całe miękkie i normalnego koloru i temperatury, ale test wciąż wykazuje obecność mastitis. Jesteśmy ostrożni w optymizmie (taka nasza uroda).

          • Mila 06/06/2017 at 23:28

            Test masz ten w płynie dla bydła? One nie są bardzo miarodajne dla kóz, bo opierają się na obecności komórek somatycznych. Więcej komórek to zazwyczaj oznaka zapalenia, ale:
            a) niektóre kozy czy krowy mają po prostu naturalnie wyższą somatykę
            b) kozy ogólnie mają większa liczbę komórek niż krowy i często widać zapalenia, którego nie ma(widać to nawet w normach dla mleka oddawanego do mleczarni)
            c) po zapaleniu somatyka długo wraca do normy, bo się wymię regeneruje :)

            Z moich doświadczeń o wiele lepiej sprawdza się test zagotowania mleka :D Zazwyczaj to z zapaleniem się zważy od razu, a zdrowe nie.

          • kanionek 06/06/2017 at 23:43

            Tak, wiem to wszystko :D
            Mam inny test, ale ponieważ chcę o tym zrobić wpis, to na razie nic nie napiszę – jest ciekawy, choć nienaukowy. I jak na razie dał wynik pozytywny TYLKO u Tabo i tylko w tym chorym cycku, więc mu wierzę. Reszta kóz wg tego testu zdrowa.

            Mila, a jakie jest Twoje zdanie (lub doświadczenie), w kwestii separacji kozy z mastitis? I co robisz z koźlętami takiej kozy? Bo ja mam mieszane uczucia i lekki zamęt w głowie po lekturze z kilku źródeł i zasięgnięciu opinii wetów. Tabo ma jednego synka. Synek pije ze zdrowego cycka, a żeby mu uniemożliwić picie z chorego i ewentualne przeniesienie drobnoustrojów chorobotwórczych do zdrowego cycka, ten chory strzyk po każdych mecyjach zaklejam plastrem z opatrunkiem. Myślę, że jestem „on the safe side”, jeśli chodzi o ewentualne rozprzestrzenienie dziadostwa, ale… Co Ty robisz w takim przypadku w swoim stadzie?

      • Mila 07/06/2017 at 00:21

        Kozy nie oddzielam od stada, ale maluchy od niej tak.

        Wcześniej, o ile dało się jakoś zakleić chorą połówkę, tego nie robiłam. Jednak antybiotyki przenikają do mleka i w jakimś stopniu są wchłaniane przez organizm maluchów. Nie zagraża im to, ale może doprowadzić do wytworzenia się odporność na dany antybiotyk. O ile u koziołków jest to mniejszy problem (nie oszukujmy się, większość trafia do gara zanim osiągną dojrzałość :/ ) , to u kózek większy, bo jeśli w przyszłości złapie ona mastitis, będzie kłopot z leczeniem.

        A po drugie miałam nieprzyjemne doświadczenia, kiedy po wypiciu z chorej połówki maluchy były mocno osłabione, znacznie powiększyła im się tarczyca, dosłownie mdlały mi na rękach. Po oddzieleniu i karmieniu mlekiem innej kozy wróciły do siebie w ciągu doby. Koza miała zapalenie wywołane bakteriami coli, a one wydzielają dużo toksyn. Tylko wtedy akurat były to bliźniaki, które ominęły zabezpieczenie, nawet jeśli były dokarmiane.

        Wolę więc karmić małe kilka dni butelką :)

        • kanionek 07/06/2017 at 00:42

          Dzięki :)
          Czyli na razie chyba zostawię wszystko tak, jak jest. Mały Taboreta jest bardzo grzeczny, pije ze „swojego” cycka, plaster na drugim strzyku trzyma się ładnie. Z tego co czytałam, mleko w zdrowej połówce jest bezpieczne (nie zachodzi przenikanie z jednej do drugiej), choć nigdy nie wiadomo, czy za kilka lat naukowcy nie ogłoszą, że jednak się mylili.

          • Mila 07/06/2017 at 00:51

            Powinno być bezpieczne, a jeśli trzyma się dobrej połówki, to będzie dobrze :)

            Zresztą miałam okazję widzieć sekcję kozy, którą rozłożyło zapalenia wymienia (połączone z innymi problemami zdrowotnymi, zapalenie ją, że tak powiem, dobiło). Wet mi pokazywał przekrój wymion. W tym chorym tkanka była ciemna, jakby rozpulchniona, pełno było ognisk bakteryjnych (takie „skupiska” ropy, jak się robią na migdałkach przy anginie), mleko zabarwione krwią i dużo limfy. Podczas gdy druga połówka wyglądała po prostu idealnie zdrowo, nawet nie było najmniejszego śladu zapalenia. Z tego wnioskuję, że jeśli jedna połówka jest chora, to druga może być kompletnie zdrowa.

          • wy/raz 07/06/2017 at 15:00

            Ja się na kozach totalnie nie znam, tzn. przód od tyłu odróżnię, ale życzę żeby Mały Taboret trzymał się właściwego cycka i żeby jak najszybciej cały cycek był właściwy. I żeby to był koniec infekcji w stadzie na dłuuugi czas. Howgh!!!

  40. anomalia 07/06/2017 at 15:37

    wy/raz, z ust mi wyjęłaś.

    • kanionek 07/06/2017 at 19:51

      My też sobie tego życzymy :)
      Gdybym wiedziała, która gwiazda przyłożyła Taboretowi w cycek, to normalnie wrzuciłabym do karceru na trzy dni o chlebie i wodzie. Ale kozy już takie są: „przyłożę ci w cycek, żebyś nie mogła karmić młodych, i żeby twoje plemię wyginęło, bo cię nie lubię”. Tak po prostu.

      A tymczasem zarówno mały, jak i duży Taboret mają świetne humory, duży jest bardzo zadowolony, bo każde zdajanie mleka z chorego cycka oznacza porcję ziarek, i tak się już cwaniara wyrobiła, że średnio co dwie godziny drze japę pod drzwiami od dojarni, że „no kurde, no kurde, no kurde, chyba czas na moje ziarka, co nie?!”. Ja będę spokojna dopiero wtedy, gdy kolejne siedem testów z rzędu pokaże dobry wynik. Albo siedemnaście.

  41. zeroerhaplus 10/06/2017 at 11:34

    Cisza, jak makiem zasiał, Kanionek leczy cycki (mam nadzieję, że z pozytywnym skutkiem), Ciocia się dołuje (może już nie?), wiatr hula po pustych polach.
    Pora na trochę gównoburzy.
    Poznajcie Olkę :D
    https://www.youtube.com/watch?v=NPsE5cqN7hM&sns=em

    • kanionek 11/06/2017 at 23:31

      Wszyscy pewnie grillowali i gasili pragnienie w ten piękny, czerwcowy weekend, ale jutro wrócą do kompów i może być grubo ;)
      Ja powiem tylko tyle: róbcie co chcecie, tylko nie bijcie się po cyckach i nie wygryzajcie sobie dziur w udach, bo ja mam dość opatrywania ran w stadzie :D

    • ciociasamozło 12/06/2017 at 09:49

      Ciocia zjadła serek od Kanionka więc się już nie dołuje :)
      Gównoburzę (a także migrenę, pianę na ustach, tiki nerwowe a w najlepszym razie śmiech pusty) to raczej ta mamuśka może wywołać: https://www.youtube.com/watch?v=zK7_Kp7Ubbw (poznane dzięki Kociej Mordzie via Diabeł w Buraczkach)
      Kobieta kobiecie… ech….

      • wy/raz 13/06/2017 at 20:32

        Dziś dopiero miałam głośniki, żeby odsłuchać. Odwieczny wybór, jak te codzienne choć nie zawsze mniej długofalowe. Nie każdemu bycie rodzicem daje szczęście. I nie każdego nie bycie rodzicem unieszczęśliwia. Szczególnie podobają mi się MATKI w stylu poznanych w ” Niania w Nowym Yorku” (książka nie film), u nas też takich nie brak. Ale tradycja jest i większość stereotypów się pojawiła. Ciociusamozło, mam nadzieję, że migrena, piana na ustach etc. mija.

        • ciociasamozło 14/06/2017 at 10:11

          Mija, ale co sobie przypomnę to mnie trzęsie ;)

      • zeroerhaplus 14/06/2017 at 07:38

        Ciocia, po pierwsze, to chwałabogu, że Ci popuściło, no bo jak to tak? A po drugie, to chyba generalnie jakaś niedoszurana jestem, bo za nic nie łapię, o co tej pani z linka tak naprawdę chodzi. No serio.
        Może mam problemy z rozumieniem, bo bezdzietna jestem ;D

        • ciociasamozło 14/06/2017 at 10:08

          Zeroerha, po pierwsze dziękuję za troskę :) Chwiejna jestem i moje górki i dołki śmigają jak elektrokardiogram przy szybkoskurczu. Tyle, że amplituda i szerokość dołków ostatnimi czasy niepokojąco większe niż zwykle, a górki jakieś takie niewyraźne :(
          Po drugie, nie Ty jesteś niedoszurana (od dziś w moim słowniku!) tylko chyba pani chciała być taka przewrotna i ętelygętnie zapodać temat jak to bezdzietne się wzburzają na pewne tematy a popłynęła na fali własnych negatywnych emocji wobec kobiet, które dzieci nie chcą mieć. Przynajmniej tak mi się wydaje.
          Ja mam jednego Młodego, macierzyństwo nie jest moim hobby, więcej dzieci nie skrzywdzę.

          • Bo 14/06/2017 at 18:56

            Mnie ta pani znudziła już po pierwszej minucie, więc nie wiem, o czym dalej było. Ale wniosek się nasuwa- dewiacja, bo takie pier*olenie bez sensu to raczej normalne nie jest i to od dawna (patrz rysunek Mleczki, ten z żyrafą i hipopotamem).

          • kanionek 14/06/2017 at 20:42

            Bo – to ja byłam twardsza i wytrzymałam dokładnie dwie minuty i siedem sekund. Czując niedosyt kliknęłam w ikonę filmu na pasku po prawej, „dlaczego już nie jestem weganką”, czy jakoś tak – słodkie dziewczę z jebieniebieskimi oczętami (szkła kontaktowe mogą zrobić krzywdę – to powinno być na opakowaniu!) przez kilka minut pie*doli o tym, że „już za chwileczkę, już za momencik” opowie nam, dlaczego już nie jest weganką, no ale ja nie wytrzymałam i się nie dowiedziałam, i pół dnia chodziłam wkurwiona. Nie dlatego, że się nie dowiedziałam, tylko dlatego, że szukałam jednego słowa, które dobrze by oddało moje wrażenia z obejrzenia obydwu fragmentów, i do głowy przychodziło mi tylko: pustostany. Takie pustostany, że nawet echo się wyprowadziło, Z NUDÓW. I takie jedno „toto” z drugim ma swój kanał na Youtube, i dziesiątki tysięcy ludzi się „tymtym” jarają, jak niektórzy Marią…
            What. The. Fuck?
            Chyba przemęczona jestem.

          • zeroerhaplus 15/06/2017 at 07:10

            A ja mam stanowczo coś z hormonami, bo mnie jakoś ta baba nie wkurwia.
            Ale za to już wiem, dlaczego ta druga nie jest już weganką ;D

          • ciociasamozło 15/06/2017 at 22:47

            Zeroerha, masz stanowczo za dużo wolnego czasu ;P
            Może zrób zwięzłe streszczenie, żeby nikt już nie musiał oglądać „nie weganki”?

          • zeroerhaplus 16/06/2017 at 06:48

            Bo się źle z tym czuła i morda jej puchła. Ale teraz, jak już nie musi być weganką, to ma luksus jedzenia wszystkiego i nadal je wegańsko, ale z racji luksusu czuje się lepiej i nic jej nie puchnie.
            Chyba jakoś tak. Ale przyznaję się, że mogłam pomieszać szczegóły, bo mnie trochę nudziło i w międzyczasie zerkałam, co nowego na pudelku ;D

  42. Mila 11/06/2017 at 23:06

    Kanionku, jak masz chwilę, to czy możesz mi przypomnieć jak się skończyło z Madonną z Wielkim Cycem? :D Próbowałam szukać, ale kurcze, działa mi tylko net na komórce i do tego jeszcze taaaaaki wolny. Z tego co gdzieś mi się kojarzy, to chyba wszystko z tą chorą połówką było ok po wykocie?
    Pytam, bo znajoma podrzuciła mi dwie kotne kozy. Ona je kupiła od kolesia i obydwie miały „brudną wodę” w wymionach, ale zdoiła to tylko raz i płyn się nie pojawił, oczywiście kozy dostały antybiotyki, a było to prawie 5 miesięcy temu. Teraz są na skraju wykotów i wymiona mają ogromne, a mówiąc na myśli ogromne, chodzi mi o rozmiar niemalże utrudniający im chodzenie o.O
    Wet doradził mi poczekać do wykotów (jeszcze ponoć tylko kilka dni), ale ja nie wiem czy się nastawiać psychicznie na ich dojenie, czy na leczenie i karmienie maluchów z butelki :D

    • kanionek 11/06/2017 at 23:28

      Tak, Krycha robi normalne mleko :) Jak wygląda siara to wiesz, więc w godzinę po wykocie będziesz mogła sprawdzić. Gwarancji żadnych nie ma, że będzie z nimi dokładnie tak, jak z Krychą, ale szanse są duże – kozy to naprawdę twardzielki i często „same się leczą”. Krycha, tam gdzie kiedyś mieszkała, nie dostała żadnych leków, nikt jej nie doił, była zostawiona na pastwę losu, i wbrew zdrowemu rozsądkowi wyzdrowiała i jest pełnowartościową kozą :)
      Trzymam kciuki i wierzę, że u Twoich kóz wszystko skończy się dobrze.

  43. agiag 12/06/2017 at 10:55

    Człowiek myśli, że ma kulturalnych przyjaciół. Ba, generalnie, że ma przyjaciół, którzy ostatnią koszulą się podzielą. Zamawia więc sery, by ich ugościć na serowym wieczorze z winem. Dużo serów. Dzielnie się pilnuje przy rozpakowaniu i subtelnym próbowaniu, żeby ich nie zjeść samemu . I wiecie co? Zeżarli wszytko! Czwórka dorosłych ludzi zeżarła na jednym posiedzeniu 2,5kg sera i to w takim tempie, że udało mi się uszczknąć jedynie tego z pomidorami i wędzonego naturalnego. O ostanie kawałki, to się nieomal bitwa rozegrała z wypominaniem kto w ubiegłym miesiącu co dla kogo zrobił i dlaczego w związku z tym ten kawałek jemu właśnie się słusznie należy…

    A, wino zostało…

    • wy/raz 12/06/2017 at 14:03

      Dobrze, że uprzedzasz. Do mnie mają dotrzeć w tym tygodniu, to może gdzieś wyjadę z serami na Boże Ciało… I trzeba popracować nad metodą Niani Ogg z łokciami ;-))

      • agiag 12/06/2017 at 18:15

        Ale koniecznie z Greebo. Obawiam się, że same łokcie mogą nie wystarczyć…

    • kanionek 14/06/2017 at 21:24

      Agiag :D
      Nie no, nie wierzę, żeście zjedli wszystko na jednym posiedzeniu, ale dziękuję za reklamę :)

      • agiag 15/06/2017 at 08:37

        Oni zjedli. Moi tzw przyjaciele. Ja to się potem co najwyżej mogłam winem upić…

        • zeroerhaplus 15/06/2017 at 10:30

          Agiag, popatrz na to z tej strony: mogli jeszcze i wino wypić ;)

  44. bila 12/06/2017 at 12:14

    Pasztedzik jest fantastyczny!!! Ja od dawna mówię, że dużo możemy się nauczyć od psów (i od kóz, ma się rozumieć, też). Zwłaszcza, jeśli chodzi o cieszenie się, Mój mąż to w ogóle dzięki naszej suczce może się czasem czuć jak Bóg-zwłaszcza, gdy ma w ręce parówkę. Ja tam uważam, że to jest małostkowe i nie powinien tak machać parówką przez rzuceniem Karmelci, ale czy on mnie słucha? Niecnie sięga po techniki machania i mlaskania, żeby sobie podereperować Ego.
    Uściski dla Kanionkowej Ferajny. I dla Kanionka plus Żonka takoż. Kanionku, nie bądź Smutną Panią. Ty też czasem jesteś Bogiem :)

    • ciociasamozło 12/06/2017 at 15:42

      Od kóz, podobnie jak od kotów, to chyba najbardziej asertywności można się nauczyć :)

      • zeroerhaplus 14/06/2017 at 07:39

        Oraz jak dobrze komuś z byka przypierdolić ;)

        • Ania W. 14/06/2017 at 15:33

          W punkt!

          • zeroerhaplus 15/06/2017 at 07:39

            Tak, w punkt, najlepiej jakiś czuły ;P

    • kanionek 14/06/2017 at 21:21

      Parówkowe berło mięsnego króla :)
      U nas psy jedzą o stałej porze, i mają – jak my to nazywamy – zegarki w tyłkach, więc na godzinę przed tą „stałą porą” małżonek lub ja nabawiamy się „ogona”. Orszaku. Futrzanej świty, co to pójdzie za nami choćby w ogień, ale tylko między 18:00 a 19:00, bo po żarciu to już sami sobie idźcie spłonąć/spaść z drabiny/utopić się/i tym podobne. Ale przez godzinę mamy najwierniejszych przyjaciół na świecie, sztuk pięć :)

      • zeroerhaplus 15/06/2017 at 06:49

        „Parówkowe berło mięsnego króla”… czy tylko mi się to kojarzy, że tak powiem, hmmmm… anatomicznie? ;) Dla uproszczenia śpieszę objaśnić, że główną rolę w tej mało erotycznej fantazji gra postać, którą kiedyś widziałam na obrazku podpisanym „Hardkorowy Koksu”. I nie uwierzycie, ale NIE sprawdziłam, kto to. To był chyba jedyny przypadek, gdy moja ciekawość pokazała, że i dla niej isnieją granice.

        Czy już teraz wszystkim „parówkowe berło mięsnego króla” się kojarzy jak trzeba? ;PP

        • zeroerhaplus 15/06/2017 at 07:12

          Poprawka do powyższego: jednak granice nie istnieją (tej ciekawości, czy jak jej tam). Już wiem, kto zacz. Przynajmniej mniej wiecej.
          Zapewne wtedy nie miałam czasu na głupoty ;)

  45. Bo 14/06/2017 at 23:17

    Nasza sunia dostaje po posiłku „nagrodę”, czyli psi smakołyk. Jak zapomnimy domaga się głośno stojąc przed szafką, na której leżą nagrody. Od pewnego czasu szczeka także po naszym śniadaniu, obiedzie i kolacji. Skończony posiłek (nieważne czyj), więc nagroda się należy 🙂

  46. mały żonek 15/06/2017 at 23:04

    W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak podrzucić Skorpiona. Zakładam, że artysta, poliglota, filozof jest znany wszystkim, ale zawsze warto przypomnieć sobie genialną twórczość, przesłanie, które zostawił dla nas i dla przyszłych pokoleń. Materiał o tyle ciekawy, że zawiera zarówno wypowiedzi artysty, jak i fragmenty jego twórczości. Jedyny człowiek, który potrafi jeździć na rowerze samochodem. Pozycja obowiązkowa.

    https://www.youtube.com/watch?v=Cn2XPRPmYF0

    • zeroerhaplus 16/06/2017 at 07:01

      Nieoszlifowany diament.

    • mały żonek 16/06/2017 at 22:40

      A co jeśli on już jest oszlifowany i lepiej nie da rady?

    • mały żonek 17/06/2017 at 00:25

      Dobra, nie załapałem.

      • zeroerhaplus 17/06/2017 at 11:41

        Wiesz, w sumie ciężko mi przekazać to, co myślę o tym chłopaku, ale podeprę się takim jednym kawałkiem, ok?
        https://www.youtube.com/watch?v=maRmyQtLObg

      • mały żonek 17/06/2017 at 21:15

        Jak dla mnie, to nie ta liga. Rozwiniesz?

        • zeroerhaplus 19/06/2017 at 14:53

          Mogę spróbować, ale sama się świadomie skazuję na niepowodzenie.
          Bo wydaje mi się, że to z logiką nie ma nic wspólnego, więc i wytłumaczyć się nie da argumentów jakichkolwiek używając, jeśli sprawa się bardziej na odczuciu opiera i wydawaniu się.
          Ale ok, lecimy :)
          W tym chłopaku widzę coś na kształt tych wiejskich świętych z dawnych czasów, zwanych też wiejskimi głupkami, jak kto chce. Może nie do końca typową, ale ofiarę ignorancji, obojętności i braku podstawowego wykształcenia. Nie twierdzę, że nie jest szczęśliwy (czy jak to zwał, ale chyba wiesz, o co mi chodzi), bo nie wiem, nie mam przecież pojęcia o jego życiu i okolicznościach. Ale widać, że często nie był. Oprócz śladu nie wiem jakich substancji chemicznych, odbija mu się pod oczami całą masa kopów jakie dostał „za jajco”, jako Cygan, znajda i niedorobek. I co? Czy chłopak kogoś za to wini, ma do kogoś pretensje? Nienawidzi za to? Nie. Ucieka w swoją „muzykę”, bo nie zna innej, ta mu się wydaje w porządku, taką poznał w parkach i od „kolegów”. Ten chłopak nawet przeklinać nie potrafi, bo jak przestaje się skupiać, to zamiast wskazanej w tego typu „rymach” kurwy” wymyka mu się zwykłe „kurde”. A o przypałach opowiada jakby musiał. Bo nie podejrzewam, by go stać było na prawko.
          Nawet ten jego „hiphop” nie traktuje o tym, jak jest źle, do dupy i noł fiuczer, tylko o jakichś dzikich kotach w samolocie.
          To nie jest zły chłopak. A tak zwanej tolerancji mogłyby się od niego całe masy ludzi uczyć.
          Tak to widzę.

          • ciociasamozło 20/06/2017 at 09:13

            Zeroerha, dobre masz oczy.

          • zeroerhaplus 21/06/2017 at 19:49

            Kaprawe ;]

          • mały żonek 24/06/2017 at 00:46

            Poruszyłaś tyle wątków, że pewnie setki stron by można napisać w odpowiedzi. Wiem o co Ci chodzi i bardzo mało osób w ogóle to dostrzega. Do tego zrobiono z niego pośmiewisko na porażającą skalę, a on nawet nie załapał. Sam miałem ubaw, ale w istocie, to w ogóle nie jest śmieszne. Mi jego postać została „polecona” wiele lat temu. Sam go nie znalazłem, bo i nie szukałem. W podstawówce swoje odsiedział, a że był inny, to go pewnie olali i przepchnęli. Osobiście byłem członkiem eksperymentu (7 i 8 klasa) – podzielono dzieciaki podług ocen. Klasa A – najgorsi, B – słabi, C i D – środek, E – najlepsi. Jak chcesz, to reszta prywatnie, bo to dość ciężki temat.

    • Jagoda 18/06/2017 at 11:50

      Nad diamentem się nie zastanawiam,wyłączyłam jak najszybciej bo jak napisano poniżej, tego się nie da odzobaczyć. Zastanawiam się natomiast, czy wyszukujecie specjalnie te perełki, czy trafiacie przypadkiem?

  47. Buba 16/06/2017 at 16:55

    „Ja żyje tym, co ja wyłupie”. Cóż, to podobnie jak ja. I też jestem skorpionem.

    Mały Żonku! Ziomala mi odnalazłeś!

    Bardziej wrażliwych ostrzegam: tego się nie da odzobaczyć.

  48. Jagoda 18/06/2017 at 12:06

    Spotkanie towarzyskie było i u mnie, sery kozie kanionkowe były główną atrakcją. Podałam z konfiturą cytrynowo-imbirową, chutneyem mirabelkowym z kurkumą, białym winem i cydrem… Przezornie wcześniej były sałatki i pożywny „kociołek”, jako koziorożec stąpam twardo po ziemi i wiem, że następne sery będą dopiero za kilka tygodni a ja jadam co dzień.
    Najbardziej chwalony był wędzony z orzechami i świeży z popiołem i lawendą, chociaż jedli równo wszystkie cztery.
    Pozdrawiam, miłej niedzieli życzę.

    • kanionek 18/06/2017 at 20:33

      O, dziękuję – pierwsze słowa uznania dla „Lawendowej Fantazji” :)
      A tak poza tym – wpadłabym do Ciebie na taką kolację… Pożywny kociołek będzie mi się teraz śnił (od kilku dni jadę na kanapkach, nie zawsze w liczbie mnogiej), i to może nawet dobrze, bo to zawsze jakaś odmiana po koszmarze, w którym goniły nas ogromne tygrysy (mnie, małżonka, Pusię, Paszteta i Lasera).

      Aha, a sery można śmiało zamawiać – dziś skończyłam ostatnie „stare” zamówienia, i nawet kilka krążków do dojrzewania udało mi się zrobić.

      • mitenki 18/06/2017 at 23:43

        To i ja Ci dorzucę pochwały Kanionku za „lawendowy popiół” od moich znajomych :) Większości jedzących smakował. Ja niestety się z tym smakiem nie pokochałam, no ale ja NIE CIERPIĘ zapachu lawendy…
        I chyba żaden ze mnie smakosz czy znawca, ot zwykły, szary zjadacz cząberka i rozmarynu… szkoda dla mnie takich :D

        • kanionek 20/06/2017 at 00:00

          Lawenda jest trudna w odbiorze, bo większości z nas kojarzy się albo z preparatami na mole, albo odświeżaczami powietrza…
          Chciałam błysnąć fhancuskim delikatesikiem, ale Ludzie Północy to naród twardo stąpający po ziemi. Zimnej i skutej lodem. Oni w tych futrach z borsuka, pachnących kulkami na mole. A w każdej kieszeni krążek koziego sera, na czarną godzinę. Po latach ciemiężenia, życia w trudzie i znoju, ser pachnący lawendą jest dla nich jak policzek. Jak kamień w twarz.
          Dobra, żarty żartami, a ja chyba muszę iść spać, bo majaczę :)

          Mitenki, jesteś jedyną osobą, która zamawia ser z rozmarynem! Jesteś więc wyjątkowa i ekstrawagancka (ja bym nie dała rady, rozmaryn mnie na dłuższą metę zatyka).

          • mitenki 20/06/2017 at 02:10

            Ha! Od razu urosłam odrobinę, choć muszę się tą wyjątkowością i ekstrawagancją sprawiedliwie podzielić z moją koleżanką z pracy – obie kochamy rozmaryn. A jeśli chodzi o opinie o serkach, to dziś do grona wielbicielek Twojego kunsztu serowarskiego dołączyła nowa – „te serki są obłędnie pyszne” – to o serkach z miętą :)) I chętna na 6 sztuk takowych.
            Dziś/jutro napiszę do Ciebie emalię Kanionku :)

            Taboretowy cycek już w porządku? Kozę-zołzę, która ją tak urządziła powinnaś zamknąć w obórce o chlebie i wodzie!

          • kanionek 20/06/2017 at 23:29

            Potwierdzam odbiór emalii, odpiszę pewnie jutro…

            Tabo już zdrowa :) Dobry tydzień, może dłużej, trwało zanim testy zaczęły to pokazywać, ale od dwóch, trzech dni, nie ma już żadnych wątpliwości – Tabo tryska zdrowiem i mlekiem, oba cycki równe, temperatura w normie, ulga niesamowita. Tylko Tabo trochę żałuje, że już nie ma ziarek pińcet razy dziennie ;)

      • wy/raz 19/06/2017 at 12:48

        A ja dorzucam Koziego Przetwórczego Nobla za serek z pomidorami (mniam, mniam) i cząbrem i rozmarynem. Pychoty, niestety została końcówka na osłodę. A twarożek….. Niech się chowają wszystkie serki do smarowania ze sklepu. Jedwabisty, kremowy, delikatny.

        Jak smakuje lawendowy popiół, czy są też inne popiołowe?

        Przydałaby się choćby na forum informacja co Kanionku proponujesz na ten sezon, bo pewnie naodpowiadasz się na ten temat w mailach, a tak można by zerknąć i się poślinić nad komputerem ;-)).

        • kanionek 20/06/2017 at 00:04

          Ja Wam wszystko mogę z popiołem! On się z niczym nie gryzie :) A ładnie wygląda.
          Pomidorowy to wciąż jeden z częściej zamawianych serów, choć wędzone depczą mu po piętach.
          TAK, ja tę informację już od pół roku robię :D Mam na to dowody, materiały graficzne, i kilka gotowych tekstów w głowie. Tylko o, czasu wciąż brak, albo siły, albo zdrowia psychicznego ;) ALE ZROBIĘ, BO NIBY CO – JA NIE ZROBIĘ? Już niedługo, naprawdę.

      • Jagoda 19/06/2017 at 15:37

        Zapraszam serdecznie, przygotuję kociołek specjalnie dla Ciebie:)) co lubisz najbardziej? ostry węgierski, łagodny warzywny czy jeszcze coś innego?

        • kanionek 20/06/2017 at 23:24

          Poproszę i jeden i drugi, a potem jeszcze trzeci! Kociołek dobrze mi się kojarzy – w jednej z knajp, do których kiedyś, kiedyś, dawno temu miałam możliwość chodzić, serwowali taką potrawę, która się właśnie „kociołek” nazywała. Były tam tajemnicze kluseczki (tajemnicze nie dlatego, że niewiele o sobie mówiły; po prostu nie wiem, z czego i jak były zrobione, a kucharz nie chciał powiedzieć. świnia), pieczarki, papryka, cukinia, inne sezonowe warzywa, jakieś mięso, chyba kurczak, zielona pietruszka i jakieś zioła, a wszystko pływało w przepysznym sosiku, i było zapiekane w ceramicznym „kociołku”, pod grubą warstwą żółtego sera niepośledniego gatunku… Do tego lampka czerwonego, czilijskiego wina, mój porze, po co mi te wspomnienia…?

          Rozumiem oczywiście, że kociołek węgierski to inna bajka, ale po kolejnej porcji kanapek zeżarłabym bajkę nawet rumuńską.

      • mitenki 20/06/2017 at 02:18

        Aaaa i co za tygrysy Was goniły?!?

        • kanionek 20/06/2017 at 23:33

          Dziwne jakieś. Duże, szare w czarne paski. Takie zmutowane Kupy. Już dawno nie śniłam koszmaru, po którym człowiek się budzi w środku nocy, zlany potem, z tętnem 160 i łzami w oczach. Nienawidzę tego. Musiałam wstać i posiedzieć 5 minut przy zapalonym świetle, żeby się z resztek tych tygrysów otrząsnąć. Oczywiście goniły nas w Gdańsku, pod moim starym blokiem, a ucieklismy do windy, w ostatniej chwili. Ale najpierw odgryzły klamkę od drzwi na klatkę schodową. Ja nie rozumiem, po co mózg robi coś takiego?!

  49. zerojedynkowa 22/06/2017 at 08:39

    Ta piosenka chodzi za mną od kilku dni. Niech pochodzi też za Wami ;)
    https://www.youtube.com/watch?v=w0AOGeqOnFY

    • ciociasamozło 22/06/2017 at 10:26

      Jakie kształcące ;)
      Może mi wytłucze z głowy to: https://www.youtube.com/watch?v=DgdP5U28jHc
      (uwaga, nie ogladać przy jedzeniu!)

      • zerojedynkowa 22/06/2017 at 12:44

        Ała!

      • wy/raz 23/06/2017 at 21:00

        Najpierw padłam na kokosie i zdrowo przewentylowałam płuca. Nie jedząc obejrzałam drugą propozycję i powiem, że muzycznie dla mnie świetne, muszę znaleźć bez napisów. A że jestem fanką Kości i Zabójczych umysłów, to tematyka się częściowo pokrywa.

  50. wy/raz 23/06/2017 at 20:54

    Zainspirowałyście mnie, to tak w innym klimacie dla fanów Sherlocka: https://www.youtube.com/watch?v=aNYbC2I7vPc

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa