Ciasto z pluskwami, czyli o różnych odmianach szczęścia i inne ciekawostki

Siorbię poranną kawę przy kuchennym stole, małżonek robi sobie śniadanie, a ja nagle czuję nieodpartą potrzebę podzielenia się z nim wspomnieniem z czasów młodości i zagajam w te słowa:

–  A chcesz usłyszeć zabawną historię pewnego ciasta, małżonku?
–  Wprost umieram z ciekawości – odpowiada małżonek, obierając jajko na twardo ze skupieniem godnym sapera, a ja udaję, że nie wyczuwam sarkazmu w jego głosie.
–  No to już ci mówię. Wyobraź sobie, że ja tak wczoraj wieczorem siedzę w kuchni, całkiem jak teraz, i nie wiem skąd, może ze względu na zbliżającą się Wielkanoc, choć wiesz, że nie jestem religijna…
–  Aha – potakuje grzecznie małżonek.
–  …no ale jednak wiesz jak to jest z tą podświadomością i wartościami wpojonymi w dzieciństwie, one się długo w głowie trzymają, no więc ja tak sobie siedzę i nagle mam STRASZNĄ ochotę na takie jedno ciasto, które robiłam z grubsza dwadzieścia lat temu, i nie wiem skąd miałam przepis, bo to mazurek był, a w mojej rodzinie nikt nigdy nie robił mazurków…
–  AHA – małżonek ponownie poczuwa się do wyrażenia śladowego zainteresowania tą fascynującą historią.
–  …no ale skądś miałam i jak go raz zrobiłam, to potem piekłam tego mazurka nawet bez żadnej okazji, bo taki był dobry. Jak go zawiozłam raz do ciotki na święta, to na dobrą sprawę sama całego zjadłam, i nie wiem co w nim takiego jest, bo on jest bardzo prosty i całkiem bez czekolady, no ale może chodzi o płatki owsiane, bo je lubię?
–  Na pewno jest tak, jak mówisz, Kanionku – małżonek odkrawa plasterki sera z dokładnością kartografa.
–  No i teraz będzie to śmieszne: jak pierwszy raz upiekłam tego mazurka, a on ma te płatki owsiane na wierzchu, to znaczy nie same płatki, tylko to jakaś masa jest, z przytłaczającą przewagą płatków, nie pamiętam właśnie z czego ta masa, no w każdym razie ta warstwa z płatkami na wierzchu jest taka chrupiąca i trochę lśniąca, ale widać wyraźnie te płatki, no i jak mój ojciec zobaczył to ciasto, to tak patrzy, patrzy, PATRZY, i w końcu mówi: „a z czym to ciasto jest, Z PLUSKWAMI?”. Z pluskwami, ha ha! Nie wiem, skąd mój ojciec wiedział, jak wyglądają pluskwy, bo ja w życiu pluskwy na oczy nie widziałam, no ale on był z tej epoki, gdy służba wojskowa była obowiązkowa i trwała jakieś długie lata.
–  Aha… – małżonek wyciąga z lodówki majonez i stawia słoik obok talerza pełnego doskonale skomponowanych kanapek, które zawierają po równo wszystkiego: jajka na twardo, sera i kiełbasy.
–  Aha? Od którego momentu przestałeś słuchać? – pytam wcale niezrażona, bo przecież ja mu to wszystko mogę jeszcze powtórzyć.
–  Co? Nie, nie przestałem. Słuchałem!
–  No to o czym była ta historia?
–  O tym, że jak byłaś małym chłopcem, to bardzo ci smakowały robaki. W cieście.

No cóż. W sumie to się nawet kupy trzyma.

Wspomnienie o cieście z pluskwami chodziło po mnie dwa dni, szukałam nawet przepisu w Internecie (to znaczy nie na ciasto z pluskwami, tylko „mazurek nibymigdałowy”, bo tak się to ciasto formalnie nazywa), ale znalazłam milion mazurków, w tym naprawdę migdałowych, a mojego pluskwiaka nie. I pomyślicie sobie, że phi, mazurek, bez tego można żyć, no ale nie wiecie, że to wcale nie jest prawdziwy mazurek, taki suchy i twardy, co się nadaje tylko do gry we frisbee, najlepiej z psem, bo nie trzeba rzucać dwa razy. Nie, to jest porządne ciasto trochę tylko udające mazurek, a poza tym ma płatki owsiane! I można je jeść zamiast śniadania, którego mi się nigdy nie chce robić, a nawet jak mi małżonek zrobi, to nie mam czasu zjeść, a ciasto się wyciąga z lodówki i zjada szybko, a poza tym wiecie jak to jest ze wspomnieniami z czasów młodości – człowiek po prostu chce to przeżyć jeszcze raz.

No to zadzwoniłam do Mamy, choć z nikłą nadzieją, bo to przecież było co najmniej dwadzieścia lat temu, i wyobraźcie sobie, że Mama oddzwoniła po dziesięciu minutach, ŻE MA TEN PRZEPIS! I oto przed Państwem ciasto z pluskwami:

I z lekkim zakalcem. Bo to kruche ciasto jest, to na spodzie, niezwykle proste w wykonaniu, no tylko że dwadzieścia lat temu to ja mogłam tego mazurka z pamięci zrobić, a teraz to już nie pamiętam nawet, jak duża była blacha, na której go piekłam, a informacja „ciasto cienko rozwałkować” może być naprawdę różnie zrozumiana, za to „piec 20 minut” jest już dość precyzyjne, więc wyszło tak, że blacha była za mała, ciasto za grube, i piekło się zbyt krótko, czyli klasyczna sytuacja z rodzaju: „instrukcje były niejasne, penis utknął w wentylatorze”. Ale i tak zjadłam i nie żałuję, bo w smaku to było właśnie to, co chodziło za mną przez trzy dni. Przepis wrzuciłam na Forum, bo może ktoś się skusi.

No i tak, na Korsyce widziano jedynie rower z moim imieniem, ale tu się wcale nie ma z czego śmiać, bo MOGŁAM tam być, a nawet jeśli nie dokładnie tam, to na Lanzarote mogłam, o! A skąd by się miał Kanionek wziąć na ciepłych wyspach, zamiast siedzieć w zimnej oborze, na przełomie lutego i marca? Ano stąd, że pewna Ewa z Łodzi, znana nam również jako EEG, Kanionka zaprosiła, mówiła że będzie wspaniale, i że chodź pojedziemy, Kanionku, wygrzejesz sobie kości na słoneczku, będziemy zwiedzać i odpoczywać, i nawet przysłała mi odpowiedni asortyment odzieżowy na taką okoliczność, a mianowicie SPODNIE BARBARELLI, to znaczy takie same spodnie, nie że siłą zdarte z Barbarelli, ale te spodnie Wam pokażę latem, gdy je w końcu będę miała okazję założyć, no i ja wpadłam w pomieszanie popłochu z euforią, no bo matkobosko, Kanionek na egzotycznej wyspie? CUDOWNIE! No ale Kanionek wyrwany z kanionkowych śmieci i rzucony w obce strony? PRZESTRASZNIE.

Bo musicie wiedzieć, jeśli jeszcze nie wiecie, że Kanionek jest wycofanym, znerwicowanym, silnie labilnym emocjonalnie introwertykiem (jeśli ktoś tam się teraz śmieje, to ja to sobie zapamiętam i ten ktoś nie dostanie sera) o wielu odmianach nerwicy, w tym lękowej, i Kanionek siedzi w tym lesie od sześciu lat jak jakieś dzikie zwierzę, i już się całkiem do ludzi nie nadaje, a na przełomie lutego i marca tego roku nie nadawał się kompletnie do niczego. No i jak tu z takim zewłokiem w nerwicowej rozsypce lecieć samolotem? Usunęliby mnie z pokładu szybciej, niż brodatego, opalonego obywatela Szwecji obwieszonego dynamitem, choćby z czystej litości. A nawet gdyby nie usunęli, to i tak przez pierwsze trzy dni po przybyciu na wyspę mogłabym zwiedzać jedynie sufit, jedynie wzrokiem, nafaszerowana środkami przeciwmigrenowymi, które by i tak nie działały. No taki jest Kanionek, który nawet w totolotka nie powinien grać, bo gdyby wygrał, toby umarł z nadmiaru emocji, i ja bym tego Ewie nie mogła zrobić, żeby się taka dobra Koza martwiła zamiast wypoczywać, więc odmówiłam (jak mi ktoś w komentarzach napisze, że jestem głupia koza, to też nie dostanie sera!).

Tyle mojego, co sobie przez trzy tygodnie powyobrażałam (boso po gorących piaskach! Lans w spodniach Barbarelli! Czysta woda, w której można pływać! Słoneczko i jaszczurki! Wielogodzinne rozmowy z Ewą, poczas których nikt nie umarłby z nudów i nie mówił „co ty za głupoty opowiadasz, Kanionek”!, nikogo do nakarmienia!, śniegu ani śladu nawet na zdjęciach!), choć może to było półtora tygodnia, bo przez drugie półtora byłam po tej drugiej, ciemniejszej stronie jaźni, która szła jakoś tak: porzygam się ze strachu…, umrę już w pociągu do Warszawy…, będzie mnie ciągle bolał łeb…, jak zobaczę Ewę, to oniemieję z wrażenia i wyjdę na kretynkę…, umrę w samolocie, porzygam się i przepalą mi się bezpieczniki…, odwiozą mnie do kraju na noszach, z pianą idącą z nosa, siwą na głowie i zieloną na ciele, Ewa będzie żałowała do końca życia…, i tym podobne. I to wszystko nie było tak, że półtora tygodnia słońce i jaszczurki, a drugie półtora Kanionek na noszach, nie. To było: godzina na słońcu, godzina w żelaznym uścisku splątania i histerii, i tak w kółko i na przemian, aż w końcu podjęłam jedyną słuszną decyzję i napisałam Ewie mniej więcej to, co powyżej, i Ewa ma tak wielkie serce, że nawet się nie obraziła, a teraz szybko pokażę Wam nowe koziołki, żeby odwrócić Waszą uwagę od mojego kalectwa.

I teraz sobie pomyślicie, że miały być nowe koziołki, a ja Wam znów synów Kachny przedstawiam, ale się pomylicie, bo to SĄ nowe koziołki, a przynajmniej jeden jest nowy. Ta nierozłączna parka to córka Elżbiety i syn Tereski, a odróżniam ich od siebie tylko po tym, że córka Eli ma ledwie widoczną, a całkiem niewidoczną na zdjęciach, plamę w kolorze dziesiątego naparu z torebki kiepskiej herbaty, i ta plama jest na szyi, tak od góry, i widać ją tylko z bliska. Przez kilka pierwszych dni myślałam, że to jakieś brudne jest, niewylizane przez Elę, czy coś, ale nie, to jednak taki kolor sierści, za to synek Tereski jest doskonale biały. I ma większe niż córka Eli uszy. No ale z daleka są nie do odróżnienia. A tutaj synek Roman, który też mi się wydawał brudny, ale gdy wysechł do końca było już jasne, że jest koloru Herbatki:

Tutaj zaś trójka od Kawki – oczywiście same chłopaki:

Jeden jest raczej czystą kopią Pacanka, drugi zdradza lekkie oznaki herbacianej maści, a trzeci to szpakowaty diabełek, największy z całej trójki.

Dwaj synowie Pippi wyglądają dokładnie tak, jak synowie Kachny, albo córka Eli z synkiem Tereski:

A najnowszym mieszkańcem koziarni, który urodził się w środę dwunastego kwietnia, jest synek Małego Zła. Przełamał biały trend, jest piękny, duży i silny, i oczywiście bardzo jestem zadowolona, choć byłabym jeszcze bardziej, gdyby był dziewczynką:

Jeszcze mokry, ale już pewnie stoi na nogach i wie, gdzie dają mleko. No i cóż. Stan na dziś jest taki, że w tegorocznych wykotach dostaliśmy aż jedenastu chłopaków i tylko cztery dziewczyny, a na rozwiązanie czekają jeszcze: Małabożenka, Krycha, Krówko, Bożena, Herbatka, Kredens, no i Ziokołek, o ile coś wyszło z tej styczniowej randki z Pacankiem.

Być może niektórzy z Was zastanawiają się, co z moim ogrodem, i już Wam mówię. Byłam naprawdę święcie przekonana, że w tym roku ogrodu nie będzie, i nadal wydaje mi się, że nie będę miała dla niego czasu, no ale…

Ogród miał być dościółkowany jesienią, na co nie miałam już sił, więc na wiosnę porósł chwastem aż miło, i w związku z tym podjęłam decyzję, że siać i sadzić może nie będę, ale z grubsza odchwaścić i dościółkować muszę, bo szkoda, żeby moją kilkuletnią pracę zeżarły pokrzywy, kurdybanek i przytulia. Powlokłam się więc któregoś z cieplejszych dni do ogrodu, wyrwałam pęk pokrzywy wraz z kilometrem podziemnych kłączy (a wychodzą z ziemi bez oporu, bo gleba mięciutka i luźna) i… Poczułam ten zapach. Charakterystyczny zapach mokrej, żyznej ziemi, pełnej resztek materii organicznej (i dżdżownic, ale zapachu dżdżownicy nie umiem opisać, mimo najszczerszych chęci. No dobra: dżdżownica pachnie surowym kotletem mielonym, który wypadł z rąk kucharki prosto do doniczki z fiołkiem, czyli trochę mięsem, trochę ziemią, ale o dziwo ani trochę fiołkiem), z wierzchu nagrzanej wiosennym słońcem.

No i jak tylko poczułam ten zapach, to zaraz coś mi się zrobiło w głowę, i już w wyobraźni widziałam te cukinie, ogórki (no jak żyć bez swojskiego ogórka, jak?!), marchewki, soczystą buraczaną nać i inne takie. To jakaś atawistyczna klątwa jest, ta potrzeba grzebania w ziemi, i nawet Roman Kostrzewski śpiewał: „szczęście ziemią pachnieć winno”, choć nie wiem, czy do końca dobrze rozumiem ten tekst, bo dalej jest enigmatyczne ostrzeżenie, że nie należy pluć pod wiatr, no ale może chodzi o to, że jabłko nie powinno padać zbyt daleko od jabłoni, gdyż może się wtedy wynaturzyć, utracić tożsamość i zapomnieć o swoich korzeniach, i zostać np. wysokoprzetworzoną szarlotką z marketu, albo sokiem jabłkowym słodzonym aspartamem, a to wszystko bardzo niedobrze, i z człowiekiem podobno jest dokładnie tak samo.

No i co Wam powiem, to Wam powiem: ja na pewno nie zostanę oderwanym od Matki Ziemi sokiem w kartonie, bo już przeorałam (głównie nosem) pół ogrodu i dowiozłam milionaście taczek ciężkiej słomy (ciężka słoma to mokra słoma, albo taka zasrana), posiałam marchew i groch, tymianek i cząber, a nawet bazylię, wsadziłam kilka setek ząbków czosnku w ziemię (tak, późno, no ale takie były okoliczności, że wcześniej nie wyszło), i jeszcze mi sporo roboty zostało (ale nie, nie będzie ogrodu na pełnym wypasie w tym roku, bo naprawdę nie dam rady), tylko coś mi się z tym cytatem nie zgadza, no bo niby wącham tę ziemię i czuję przypływ nieokreślonej euforii, ale z drugiej strony WSZYSTKO MNIE BOLI, ręce, plecy, kolano, palce dłoni, zmęczona już jestem i jakaś taka zła chodzę, że jednak ZNÓW sama sobie wykopałam ten dołek i w niego wpadłam, i ja już nic z tego nie rozumiem. Szczęście ziemią pachnieć winno! Po długiej analizie stwierdzam jednak, że to bardzo proste: są różne odmiany szczęścia, prawda? Jedno jest zezowate, drugie ślepe, jeszcze inne łyse, a moje widać musi być wkurwione, bo inaczej nie umie.

Na koniec kilka niezwiązanych z niczym ciekawostek przyrodniczych. Służby leśne wciąż wywożą las po kawałku:

A jeśli kupka drewna leży zbyt długo przy drodze, to wygląda tak:

Tak, to robota sarenek, które też lubią świeżą korę drzew. A tak wygląda teraz dawna łąka za lasem, o której wspominałam w poprzednim wpisie:

I wiemy już, że to nie nowy właściciel zaorał, bo nie ma nowego właściciela, tylko ten sam co zawsze, i tarninę to właśnie on wyciął, ponieważ kradła mu złotówki z dopłat unijnych („ten satelita teraz nad nami krąży i robi zdjęcia, i na zdjęciach to tu był cień, a za cień to mi nikt nie zapłaci”), więc znów się potwierdza stare powiedzonko, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Rozmawialiśmy z nim, bo chcieliśmy podnająć ze trzy hektary tej łąki (jeszcze całej nie zdążył zaorać), i bardzo by nam to pasowało, bo leśniczy zgodził się na zrobienie korytarza dla kóz pod linią energetyczną, gdzie i tak trzeba wycinać siewki olszyny, a tak się składa, że tym korytarzem wychodzi się z naszej łąki wprost na łąkę, o której piszę.

No i Pan Łąka najpierw marudził, że to taki skrawek ni przypiął, ni wypiął, i że on nie wie, bo on musi teraz nowy plan pięcioletni do ARiMR-u zgłosić i to mu wszystko skomplikuje, a co będzie, jak my się rozmyślimy, a potem ni z gruszki, ni z pietruszki zadzwonił w niedzielny poranek, że on już nam wytycza te trzy hektary z giepeesem, i żebyśmy natentychmiast przylecieli to wszystko zobaczyć i dogadać szczegóły. Tak po prostu.

No to polecieliśmy jak te dzikie zające, skacząc nad pastuchem, bo dookoła to by wyszły ze dwa kilometry, i dogadaliśmy, że on chce 450 zł za rok (oczywiście dopłaty unijne też brałby on, bo to oficjalnie nadal jego łąka) a my się na to zgadzamy, a jak już się niezdrowo wzbogacimy na tych kozach (ha ha), to on nam podniesie czynsz, na co nie wiedzieliśmy czy się zgodzić, pouprawialiśmy jeszcze z piętnaście minut grzecznościowej pogawędki („opanie, tu się nic nie opłaca”) i umówiliśmy na telefon dnia następnego. I może ja tu jeszcze zaznaczę, że Pan Łąka był bardzo rzutki, giętki i uroczy, emanował niezdrowym wręcz (jak na mój gust) entuzjazmem, że o ho ho, ja wam zaraz tu patyczki powtykam, żebyście wiedzieli odkąd dokąd, wszystko tu będziecie mieli FAJNIE, ja wam mogę ten kawałek zbronować, to sobie nowej trawy posiejecie i co tam tylko chcecie, a tych kózek to ile macie, a no to fajnie, hej ho, hej ho.

NO TO FAJNIE. Wróciliśmy do domu, małżonek zadowolony, bo małżonek jest prorozwojowy i myśli przyszłościowo, i już piłę naszykował do cięcia kolejnych trzydziestu słupków pod pastucha na ten korytarz i nowe hektary koziego wypasu, ja lekko oszołomiona, bo nie powiem, ta łąka z koniczyną byłaby nie od czapki rarytasem dla naszych kóz, ale ja się długo oswajam z nowymi sytuacjami, a w dodatku nie ufam ludziom, którzy są tacy hop-do-przodu, jak Pan Łąka właśnie, no ale przecież wiem też, że mam skłonności do przesady, paranoi, i wszędzie węszę spiski, więc powiedziałam sobie: „spokojnie, Kanionek, to tylko kawałek łąki, nie kontrakt na dostawę broni nuklearnej, wszystko będzie dobrze”, i po dwóch paracetamolach i dwunastu wewnętrznych dialogach już mi się nawet to wszystko w głowie poukładało, gdy…

Dnia następnego, w poniedziałek co był zaraz po niedzieli, dzwonimy do Pana Łąki, że nam się wszystko podoba, słupków narobiliśmy jak jacy głupi, z leśniczym wszystko dogadane, i kiedy możemy pastucha stawiać, a Pan Łąka zaczyna stękać, że ten, że no bo, że on bardzo przeprasza, ale on to musi jeszcze z doradcą skonsultować, czy on to tak w ogóle może, ten kawałek łąki ująć w planie pięcioletnim jako teren wypasowy, i że sorki że tak wyszło, no ale on tego nie przemyślał, i że on jeszcze do nas w środę zadzwoni. W środę tydzień temu. Nie, oczywiście, że nie zadzwonił. Hej ho, hej ho.

A z tych milszych ciekawostek przyrodniczych to mam dla Państwa zdjęcie Idy, tegorocznej córeczki Ireny:

I na tym zdjęciu już trochę widać, że Ida będzie miała rogi, i to jeszcze nic ciekawego, ale niech się Państwo przyjrzą dokładnie: ona będzie miała jeden róg czarny, jak u Krówko, a drugi kremowy, jak u Małego Zła! Co prawda na razie rogi mają jakiś centymetr długości i nic nie jest pewne na tym dziwnym świecie, ale mam nadzieję, że jej tak zostanie; aha, czarny rożek jest po tej samej stronie, co podmalowane oko.

No i na KONIEC KOŃCÓW pokażę Państwu, jak Pusia z ekipą instalowali kabel trójfazowy, co biegnie od skrzynki w domu do puszki w oborze, a jego zakup był niezbędny ze względu na dojarkę. Jak się nie ma odpowiedniej, rozkładanej drabiny, to się używa tego, co jest na podwórku:

I kawałek już zainstalowanej dojarki też mogę Wam pokazać:

A tu włącznik główny, w nieco przerobionej puszce od Kachny:

Próba generalna dojarki już się odbyła, choć nie na kozach, bo my się nie znęcamy nad zwierzętami i nie przeprowadzamy na nich podejrzanych eksperymentów. Nie, my sobie pozasysaliśmy wszystkie kciuki i palce wskazujące w tych krowich kubkach udojowych, testując różne wartości podciśnienia, i zanim nam te palce całkiem odpadły udało nam się ustalić, że jeden z pulsatorów działa tylko wtedy, kiedy mu się chce, a często mu się nie chce. I jeszcze parę innych drobiazgów, nad którymi obecnie głowi się małżonek, ale mówię Wam, że ani się obejrzycie, jak obiecane zdjęcie z uśmiechniętym Ziokołkiem zapuka do Waszych monitorów.

PS. Konstrukcja szklarni, wykonana świadomie z nietrwałego materiału (czyli drewna olchowego, a „świadomie” należy czytać: „Kanionek się uparł, bo miało być szybko i teraz i już”), doznała wielu poważnych kontuzji tej zimy (no na przykład kawałek dachu wisi na włosku, a drzwi to się całkiem połamały i powiewają na wietrze w kilku kawałkach, łopocząc żałośnie poszarpaną, zmatowiałą folią), więc problem pomidorów się w sumie sam rozwiązał. Aha, czy ktoś z Was ma doświadczenie z topinamburem? Bo dostałam wiaderko bulw na jesieni, no i nie mogły się zmarnować, bo mam jakiś tam honor, więc powtykałam je w ziemię i lekko zaściółkowałam – jakoś pod koniec listopada. Nic na razie nie wylazło z ziemi i nie wiem, czy to jeszcze nie czas, czy może coś zrobiłam źle.

PPS. Ach tak, jeszcze rosołek…

Nie chciałam, zostałam zmuszona. Nie wiemy czyja to była sprawka, który z piesków nie zniósł presji i nudy tych szarych, marcowych dni, bo co prawda nakryliśmy Pimpacego nad jeszcze ciepłą, choć już bardzo nieżywą kurą, ale to mógł być każdy inny pies, a Pimpacy po prostu pilnował towaru, gdy reszta szukała sztućców i musztardy. No w każdym razie nie powiem, rosołek był pyszny, tylko te wszystkie czynności prowadzące do rosołku wciąż jednakowo przykre, jak za pierwszym razem.

A tu, dla odmiany po dziele zniszczenia, dzieło tworzenia, czyli gniazdo dwóch Melin – tak, w tym roku też zrobiły sobie spółdzielnię mieszkaniową, mają jedno gniazdo i obie składają doń jajka, a w fotelu prezesa zarządu zasiada oczywiście Kaczka, tylko zamiast fotela ma psią budę:

I furtkę:

Wesołego jajka wszystkim Państwu życzę :)

119 thoughts on “Ciasto z pluskwami, czyli o różnych odmianach szczęścia i inne ciekawostki

  1. Monika 13/04/2017 at 08:03

    Ani jedna głupia myśl (bardzo się starałam) nie przemknęła mi przez głowę podczas czytania – dostanę serek???
    Topinambur – roślinka z opóźnionym zapłonem, jeszcze jej nie widać, rozbuja się w maju, a w czerwcu… busz wysokości 3 metrów. Bulwy pyszne po ugotowaniu lub zapieczeniu. Dojarka – że tak powiem wypasiona.
    Rosołem aż u mnie zapachniało.
    Pieski polują? Do mojego kurnika wczoraj wieczorem coś się zakradło i porwało biegusa, zżarło jajko gęsi i udusiło kurkę sąsiadki, która czasami nocuje z biegusami. Buuu.
    Pięknie dziękuję za nowy wpis, idę robić gołąbki.
    Aha, wesołych świąt!

    • kanionek 13/04/2017 at 23:47

      Oczywiście, że dostaniesz serek!
      Pieski raz lub dwa razy do roku po prostu MUSZĄ odstawić jakiś grubszy numer. Bo kopanie dołów, w których wykręcamy sobie nogi w kostkach, szarpanie krzaków, kradzież jajek, wywlekanie narzędzi ogrodowych na środek podwórka i przegryzanie węża do podlewania to takie zwykłe, nudne, codzienne zajęcia ;)
      Do mnie się notorycznie coś zakrada i to coś ma rudy ryj :-/

      • nw 14/04/2017 at 02:53

        Ponoc szakal zadomowil sie w Polsce, rowniez polnocnej.
        Tfu, tfu, oby z dala od Was.

  2. Barbarella 13/04/2017 at 08:21

    Te spodnie to nie jest zwykły ubiór, to jest terapia. Od czasu do czasu zimą je wyciągałam żeby popatrzeć, a nawet się przytulić. I mogłoby się zrobić już na tyle ciepło, żeby je NOSIĆ, bo wtedy ich wewnętrzna energia zadziała najlepiej.
    Kanionku, ja też jestem wycofana i introwertyczna, a nawet gorzej, bo z ciebie dobra dusza, a ja raczej nie pałam miłością do rasy ludzkiej (mówiąc oględnie). I zaręczam – NIE MA lepszego miejsca dla introwertyków, niż Wyspy Kanaryjskie. Tam jeszcze są miejsca, gdzie można się odwrócić dupą do całego świata, a przodem do oceanu i jest bosko (najlepiej ofkors po sezonie, wiadomo). I cała masa cudownych miejscowości w czarnej dupie, gdzie tylko kozy, aloes, wulkany i jedna knajpa. Tak tylko mówię.

    Oraz – czy ja mam złudzenie apteczne, czy ta koza z rogami w dwóch kolorach ma NIEBIESKIE ŚLIPIA???

    • diabel-w-buraczkach 13/04/2017 at 08:26

      O, z tymi spodniami to tylko moge przyklasnac, bo mam tez takie „w ten desen” letnie szarawary, i dzien, w którym pierwszy raz po zimie mozna je zalozyc to jest chyba najpiekniejszy dzien roku. Przelazilam juz w nich niejeden urlop, bo kilka latek maja. Ubocznym efektem tego jes to, ze na zdjeciach urlopowych z tych kilku lat ciagle wygladam tak samo – te spodnie i ze 3-4 koszulki na krzyz. Ale za to ile w tych nogawkach wspomnien! ;)

    • kanionek 13/04/2017 at 23:48

      Ja trzymam te spodnie w szafce na wierzchu, żebym je codziennie widziała, gdy wyciągam bieliznę, bo co na nie spojrzę, to mi od razu cieplej :)

      „NIE MA lepszego miejsca dla introwertyków, niż Wyspy Kanaryjskie” – no tak też sobie wyobrażałam i wierz mi – gdyby rasa ludzka przestała się opierdalać i opracowała w końcu technikę teleportacji, to ja bym już na którejś z tych wysp siedziała. Bo tradycyjne metody podróżowania są dla mnie ogromnym wyzwaniem i to się u mnie z wiekiem tylko pogarsza. Po prostu wszędzie są ludzie, a z niepojętego dla mnie powodu mój mózg reaguje na ludzi jak na alarm bombowy (i każe mi uciekać w poszukiwaniu schronienia, najlepiej pod ziemią). I nawet nie chodzi o to, czy ja ludzi lubię, czy nie. To bez znaczenia. Ale to długa i nudna historia, którą być może będę w końcu musiała opowiedzieć jakiemuś przemiłemu ordynatorowi oddziału psychiatrycznego.

      A ta koza ma niebieskie ślepia, bo ja nie wiem dlaczego, ale na zdjęciach z fleszem kozy dostają właśnie niebieskich oczu, zamiast normalnie, po ludzku, czerwonych. I nie działa na nie opcja dostępna z poziomu oprogramowania aparatu, czyli „usuń efekt czerwonych oczu”, no bo jak ma usunąć czerwone, gdy one są niebieskie. A musiałam użyć lampy błyskowej, bo dzieciaki akurat siedziały pod kozią ławką, i tam jest dość ciemno.

      • hanka 15/04/2017 at 08:45

        Ten opis introwertyka, wypisz, wymaluj ja. Tylko, że mieszkam w samym środeczku dużego miasta. Jak żyć i przetrwać??? Ale planuję się zaszyć jak Ty, najlepiej w środku lasu, w domku na kurzej stopce.

        • kanionek 16/04/2017 at 00:10

          Tylko pamiętaj: zanim się zaszyjesz, upewnij się, że masz gotówki (albo sztabek złota) do końca życia, bo inaczej będziesz musiała do roboty do miasta jeździć, i cała terapię szlag trafi, a wiem co mówię :)

  3. diabel-w-buraczkach 13/04/2017 at 08:22

    Lubie prezes Kaczke bardzo :)
    Co do Lanzarotte nie wypowiem sie, nie dlatego, ze zamawiam serek, ale dlatego, ze akurat wale glowa w monitor i powtarzam z bólem „jak mogla, no jak tak mogla, JAK?!”
    Ale wlasnych ogórków i cukinii zazdroszcze, oooh tak… Z ta szklarnia malzonek nic nie wykombinuje, zeby te pomidorki pyszne pachnace soczyste boskie? Nie?

    • kanionek 13/04/2017 at 23:57

      Taak, małzonek już kiwał smutno głową w temacie szklarni („to TEŻ trzeba będzie zrobić…?”), ale nie wiem, nie wiem, tyle roboty jeszcze przed nim (dziś np. robił obudowę do tej części dojarki, która zawiera silnik i pompę, robił tradycyjnie „z wygrzebanego”, czyli klecił z czego się dało, a to wymaga czasu i pomyślunku, zwłaszcza że to ma być kozoodporne, a jednocześnie zapewniać możliwość szybkiego dostępu na wypadek awarii urządzenia – to są zadania z pogranicza cudów i magii), i musimy sobie jasno ustalić priorytety, czyli wiadomo, że człowiek bez pomidora nie umrze, a człowiek bez dojarki już mógłby, choćby ze zgryzoty, że cały dzień mu schodzi na dojeniu i potem nie może ruszyć ani jednym palcem ;)

      A monitor masz taki współczesny, płaski, czy stary, kineskopowy? Bo nie wiem, czy żałować Twojej głowy, czy monitora :)

      • diabel-w-buraczkach 18/04/2017 at 15:20

        Taki plaski i lekki, najwyzej on sie przewróci, a mnie nic raczej nie bedzie :)))
        No tak, dojarka versus pomidor 1:0 …

        • kanionek 20/04/2017 at 20:55

          No i wykrakałyście – małżonek wziął się i naprawił szklarnię! Co prawda drzwi jeszcze nadal nie ma, ale co to za wymówka? I skąd ja teraz sadzonki wezmę, gdy za późno na sianie rozsady?

  4. wy/raz 13/04/2017 at 10:38

    Kanionku, dzięki za przepis z którego korzystałaś jako mały chłopiec używając nietypowych dodatków ;-)). Nie wiem czy zrobię na święta, bo za mną chodzi babka majonezowa, ale opcja śniadaniowa to jest strzał w 10. I na 100% będzie po świętach.

    Kózki prześliczne, tfu, tfu! A Ida z tymi różkami i makijażem – kobietka pierwszej wody. A na pierwszym zdjęciu to szukają kreta?

    Z tym zapachem ziemi, to cię doskonale rozumiem. Uzależnia. I jak to z używkami bywa ma skutki uboczne – człowiek chodzi połamany ;-)).

    • kanionek 14/04/2017 at 00:10

      Tak, to jest bardzo uniwersalne ciasto, nie tylko na święta, a do tego długo może leżeć w lodówce i nie traci walorów.

      Nie wiem, co tak zafascynowało te koziołki, ale obrabiały ten kreci kopiec z zacięciem godnym naukowców :D Rozkopywały kopytkami, obwąchiwały, skakały po nim… Kozy są trochę jak psy :)

  5. ciociasamozło 13/04/2017 at 10:54

    1. Pluskwy.! Mniam!
    2. Czy CórEla i SynTeres rozkopały kreta?
    2. Wcale się nie śmieję. Do znerwicowania i labilności dodaj ponadnormatywną świadomość i wrażliwość na niesprawiedliwości świata (a jak bardzo chcesz to Ci jeszcze parę jednostek chorobowych do przeanalizowania podeślę ;P)
    3. Zestaw koźlątek kojarzy mi się z takimi grafikami: https://cafessima.pl/o-kawie/przepisy-na-dobra-kawe/
    U Kawki to już w ogóle latte z podwójnym mlekiem ;)
    4. Małe Zło urodziło chyba Większe Zło. Niby taki słodki koziołek, ale z twarzy taki bardziej mhoczny.
    5. Zaangażowanie Pusi z Ekipą jest wręcz wzruszające
    6. Czemu mnie nie dziwi, że ogródek jednak będzie ;)
    7. Kura oddała życie za godną sprawę.
    8. Na widok zaawansowanej technologii dojarki (i profesjonalnego podejścia Małego Żonka) oczy mi urosły i nie chcą zmaleć. Ale brawo będę bić po udanej próbie na kozach ;P
    9. Kaczka-Prezes Niezłomny.
    10. Jesteście Wielcy!

    • kanionek 14/04/2017 at 00:41

      Córella i Synteres :D
      A koziołek od Małego Zła już nie wygląda tak mrocznie, bo wysechł i zrobił się jak inne koziołki – puchaty, mięciusi, śliczny jak z japońskiej kreskówki :) Naprawdę udany z niego egzemplarz, dorodny i bystry – już dzisiaj wyszedł z mamusią na zewnątrz, a taki np. synek Romana to wciąż mała, zahukana myszka. No ale może to kwestia wychowania, bo Roman też cała w stresie, trzęsie się nad tą swoją myszą i co chwilę go ostrzega, że „a nie idź tam”, „a uważaj jak kopytka stawiasz”, „a daj ci wyliżę uszka, bo może pięćdziesiąt razy to za mało”, itp.

      Ech, próby dojarki na kozach to dopiero będą zabawne… Pamiętam, jak podłączyliśmy Bożenę do prototypu opartego na tej szwedzkiej pompie z lat sześćdziesiątych – wszystko szło dobrze, ale Bożenie mało oczy z orbit nie wyszły gdy zobaczyła, co to za dziwny koziołek wyciąga jej mleko z cycka :D Najbardziej nas martwi duży rozrzut wielkości kozich cycków – od naparstków po wielkie dzwony, jak u Ziokołka. Taka Ela ma na przykład bardzo duże wymię, ale strzyki jak pół skuwki od długopisu, i weź tu coś dopasuj, żeby wszystkim było dobrze, zwłaszcza gdy na rynku królują akcesoria do udoju krów, a kozie fanaberie to chyba w sklepach typu „żart” ;)

      • ciociasamozło 14/04/2017 at 10:05

        Jak czytam „synek Romana” to słyszę od razu piosenkę „Zuppa Romana” ;P

        Pewnie przez te niestandaryzowane cycki trudno o dojarkę dla kóz. Może z tym dopasowaniem nie będzie tak źle. W końcu kobiece piersi są równie różnorodne a laktatory robią w jednym rozmiarze ;)

        • nw 18/04/2017 at 00:52

          A ja jak slysze „zupa Romana”, to wlasciwie slysze i spiewam pod nosem „dupa Romana”:)

  6. nw 14/04/2017 at 03:10

    Hm, bylam przekonana, ze Kredens to ksywa Ziokolka… A tu sie okazuje, ze to dwie rozne kozy.

    A dlaczego Maly Zonek kroil ser z precyzja kartografa, a nie np. neurochirurga? Kartografowie cus kroja?
    Co do ziemi i Kostrzewskiego, to moze on spiewajac „szczęście ziemią pachnieć winno”, mial na mysli sytuacje, kiedy czlowiek moze sie sztachac tym zapachem ziemi, podobnie jak zapachem kwiatkow: OD SPODU?
    I nie stresuj sie Kanionku, nie takie okazje w zyciu odpuscilam z powodow o wiele mniej racjonalnych ( w koncu migrena to jest calkiem dobry powod!). Nie chce sie chwalic, ale w ogole nie masz startu do mnie wzgledem tego mentalnego „kalectwa”.

    ps. moge po swietach sie odezwac? Konto takie jak pod koziolkiem z koszyczkiem? I cena 50 pln aktualna, czy moze podrozalo?:)

    • kanionek 15/04/2017 at 23:52

      No tak, Ziokołek MIAŁ być Kredensem, ale postawiłam na swoim. Choć w sumie nie bardzo, bo ja ją nazwałam Tradycją, a i tak została Ziokołkiem :D
      Za to Kredens (a pamiętasz słynne „japka! japka! ja chcę japka!”? To właśnie Kredens, który był wtedy wielkości psa) jest nazywany Taboretem… Ja się jeszcze w tym nie gubię, ale Wam współczuję.

      Nie wiem, czy kartografowie coś kroją, ale na pewno muszą być precyzyjni! Neurochirurdzy pewnie też, ale jakoś mi do sera nie pasowali.
      No ale ja się właśnie nie umiem nie stresować :-/ I tą odrzuconą propozycją romantyczną Ewy też się stresowałam, bo byłam wprost niemożliwie rozdarta wewnętrznie, tak bardzo chciałam, i tak bardzo się bałam, że będzie jak zawsze, czyli nosze, piana, sufit…

      PS. Tak, wszystko się zgadza :)

  7. Teatralna 14/04/2017 at 11:59

    no więc Kanionku nawet by mi przez myśl nie przyszło pomyśleć o Tobie głupia koza i inne takie no nigdy/przenigdy (hmmm przymierzam się do zamówienia sera )
    oraz koziołek od Małego Zła cudowny tak sam w sobie nie tylko z powodu niebycia białym he he oraz prezes Kaczka jak zwykle niezrównana/y choc w zasadzie od prezesów wolę meliny, taka historia.
    Pan Łąka za to i dla odmiany świnia i wichrzyciel oraz kombinator tfu tfu jego mać
    i żeby mu coś zbiory oblazło!!
    i tym optymistycznym akcentem zażyczam Wam Wszystkim, całemu towarzystwu pięknej i stabilnej wiosny w te święta. hej.

    • kanionek 15/04/2017 at 23:55

      No piękna ta wiosna, jak ja o poranku, jeszcze przed pierwszą kawą. Dziś cały dzień padało, i zimno było, i całkiem do dupy, jak to mówią moje kozy.
      Przymierzaj się, albo nawet zamawiaj, bo mleka coraz więcej i serowa fabryka zaraz odpala maszyny :)

  8. zeroerhaplus 14/04/2017 at 17:47

    Hej ho!
    Białe kozy rządzą!!! Pomijam milczeniem płeć świeżorodków, z grzeczności też nie zapytam, co to z nimi będzie, tja. Ważne, że zdrowe, jak już niejedna powyżej napisała…
    No i śliczne, co mniej ważne, ale miło na te słodkie ryjki popatrzeć :)

    Z Twoim „mazurkiem” jest jak z testem Rorschacha – ja naprawdę nie wiem, gdzie pan Fater te pluskwy zobaczył. I żeby nie było – zguglowałam sobie pluskwy dokładnie (ale nie mieli zdjęć warstwy pluskiew na cieście – jak wam jeszcze raz ktoś powie, że w internecie jest WSZYSTKO, to nie wierzcie, mówię wam) i już wiem, jak wyglądają. No chyba, że chodziło mu o pluskwy takie do słuchania. Albo pluskiewki? Też się kupy nie trzyma ;)

    Te bale drewna okorowane przez sarenki strasznie mi się podobają i jakby kiedyś stać mnie było na tak zwany dom z bali, to tylko z takich poproszę. Bo to jest prawdziwy dyzajn, proszę państwa, a nie jakaś bzdurna moda-chwilówka :)

    A rosołu udaję, że nie widziałam, bo to była na pewno świąteczna prowokacja. Kto to widział, żeby taki ładny rosół ludziom pokazywać? Głodnym? Kanionek, nie wiem, czy wiesz, ale niektórzy tu poszczą ;) Nie żebym od razu ja, ale występuję w imieniu znękanej ludzkości ogólnie ;)

    Czekam na zdjęcie z uśmiechniętym Ziokołkiem ;)

    • kanionek 16/04/2017 at 00:02

      No patrz, a ja nawet tych pluskiew nie guglowałam, bo byłam przekonana, że ojciec wiedział co mówi, i że pluskwa wygląda jak płatek owsiany!
      I weź tu wierz rodzicom – najpierw się okazuje, że Swięty Mikołaj nie istnieje, a później takie coś! No i muszę sprawdzić, jak wygląda pluskwa :-/

      Jak już Cię będzie stać na dom z bala, to prosta sprawa: najpierw budujesz dom z bala nieokorowanego, a później zapraszasz do domu kozy (mogą być moje, albo gdzieś bardziej po sąsiedzku znajdziesz), i masz okorowane w góra jeden dzień, serio.

      A po szczo pościsz? Albo – dlaszczego?

      • zeroerhaplus 16/04/2017 at 05:08

        No, wiedziałam, że coś pokręcę, czyli napiszę tak, że i tak nikt nie będzie wiedział, o co lata ;) Nie, nie poszczę, niedejboże, to znaczy na pewno by się przydało, ale nie dla mnie takie zabawy. Wszystko, co wymaga uporu i wytrzymałości mogę od razu skreślić, w ten sposób omija mnie kupa stresu i niepotrzebnych wyrzutów.
        Chodziło mi o to, że akurat czytałam to w dniu, który ponoć oficjalnie jest ostatnim ustalonym oficjalnie dniem postu ścisłego dla (teoretycznie) 87% społeczeństwa i komuś niepotrzebnie tak zwana „gula mogła skoczyć” z nadmiaru rosołowych wrażeń ;)
        (no chyba, że już tego postu nie ma, nie jestem ostatnio na bieżąco)

        Myślisz, że jak te kozy do korowania zaproszę, to one potem same wyjdą? Hmmmmm…
        Jeśliby postawić obok inny, nieokorowany dom, pewnie do niego pójdą… Ale potem znów ten sam problem.
        Chyba tak powstają osiedla.

        • kanionek 16/04/2017 at 22:05

          „Chyba tak powstają osiedla” :D
          No ba, tak musiały powstać pierwsze ludzkie osady!
          (jeśli nie wyjdą po korowaniu, a wszystkie domy dokoła mają plastikowy sajding, to trudno – taka jest cena za bycie „cool & trendy”)

          • zeroerhaplus 17/04/2017 at 04:25

            Trudno lub nie – obory też muszą jakoś powstawać ; )

  9. Ynk 14/04/2017 at 18:52

    Hej-ho :-) I ja owsiany przez lata ćwiczyłam, ale inny trochę. Za to równie śniadaniowy, konkretny. Z samych prażonych płatków owsianych, wymiąchanych z koglem-moglem+bitą pianą z białek. Upieczony na złoto bardzo był mouthwatering. A zamiast pluskiew miał karaluchy i prusaki w środku (śliwkę suszoną). Od dwóch lat już go nie robię. Właściwie nie wiem dlaczego.
    Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia z Mycobacterium vaccae przeżyłaś? To i ruszyła produkcja endorfin, i euforia gotowa. Chyba że to taka legenda motywująca Działkowców i Ogrodników :-)
    Coraz bardziej cała jesteś w koziołkach-ach, a śliczniochowate z nich dzieciaki, że hej (i ho-ho), i te bieluchne, i herbaciane. A Czarny (z silver lining) mocą promieniuje, ye-yee.
    Wesołego AlleJaja !

    • kanionek 16/04/2017 at 00:08

      Wesołego!
      A ze śliwką suszoną (i orzechami laskowymi i połamanymi herbatnikami) to ja najbardziej lubię coś, co się za komuny nazywało „blok czekoladowy” i zawierało bardzo dużo mleka w proszku. Takiego w proszku, nie granulowanego. Ależ to było tłuste i słodkie! I mleczne.

      Tak, czytałam coś o tych „bakteriach szczęścia”, ale nie wiem, może wciągnęłam trochę nosem, bo na dłoniach to miałam gumowe rękawiczki :)

  10. Jagoda 15/04/2017 at 13:10

    Kanionku kochany, szanowny Małyżonku i Kozy drogie! Świąt Wam życzę pogodnych i fajnych, jajeczka smacznego i suchego lanego poniedziałku. Szczerze. Wiem bowiem, że pogoda na Warmii przeplata trochę zimy trochę lata… a ja cóż…. nie odmówiłam zaproszenia na Fuertaventurę. Tu jest kóz więcej niż stałych mieszkanców, ale sery kozie najlepsze od Kanionka. W sprawie biegusów skontaktuję się po powrocie. Nie wiem skąd, ale miałam jakąś pewność, iż warzywniak kanionkowy będzie nie mniej niż w roku ubiegłym obfity, pomidory też będą.
    Inaczej u mnie. Mam 2 (dwie) grządki warzywne, takie wysokie bo kręgosłup i inne wymówki. 1/ 3 jednej grządki obsiałam przy ładnej pogodzie, ale za to siałam punktowo, no i się przeziębiłam bardzo. Czego to ja nie przyjmowałam, żeby być zdolną wsiąść do samolotu, uch. Ale przed wyjazdem poszłam przykryć włókniną te 1/3 obsianej grządki i omal nie zeszłam. Otóż chłop zadołował akurat tam świerczki przeznaczone do wysadzenia w LESIE! Bo było tak ładnie przygrabione!
    No i tak, pomyśleć tylko , że z takich cudnych koźlątek wkrótce będą obszczane kozły … chociaż im to akurat tego życzę, a Panu Łące jednak nic dobrego wymyśleć nie mogę, a złego nie chcę bo życzenia się czasem sprawdzają.
    Milion dobrych myśli ślę całej koziarni i do Kanionkowa.

    • kanionek 16/04/2017 at 00:13

      Twój mąż jest widać trochę jak moje koty – jak tylko zobaczą, że gdzies jest ładnie przygrabione, to zaraz lecą rozgrzebać. No tylko że one w celach toaletowych raczej ;)
      Udanego wypoczynku :)

  11. Baba aga 15/04/2017 at 22:07

    Kanionku, co do wyprawy w ciepłe kraje to cieszę się bardzo, że poruszyłaś ten temat i że nie jestem jedyna. Pracuję od wielu lat w sklepie z rękodziełem z całego świata, z dużą przewagą Azji, dostawcy to nasi przyjaciele, przyjeżdżają i oprócz towaru przywożą zdjęcia i opowieści. Kilka razy do roku dostaję zaproszenia na podróż życia, nawet się śmieją ze mnie, że mogę wziąć do walizki chleb i ziemniaki, cobym z głodu nie umarła, bo ja żadnych wynalazków nie jadam. Boję się wszystkiego, a właściwie najbardziej swojej reakcji na to wszystko, począwszy od tego blaszanego pudełka co lata, przecież ja nawet autokarami nie podróżuję, bo się czuję w nich za bardzo zamknięta i uzależniona od kogoś ( po pociągu mogę spacerować i jest ok). Rozumiem Cię doskonale i solidaryzuję. Za to po Polsce mogę się szwendać, wsiąść do auta i jechac i zwiedzać, tylko kanapek muszę mieć dużo. Koziołki piękne, dojalnica rewelacja a mazurków nie lubię. Spodni, kolorowych szarawarów, zwanych alladynkami mam ponad 20 par i je uwielbiam, teraz jak już tęsknie do lata bardzo to zakładam pod spód leginsy, na stopy trampki z futerkiem i robie sobie lato, zwłaszcza, że prognozy są nieciekawe, dzisiaj w sklepie usłyszałam taki tekst ” zawsze chciałem zobaczyć śnieg nad morzem, ale niekoniecznie w kwietniu”.

  12. agiag 16/04/2017 at 13:22

    Wielkanocy radosnej i smacznej życzę:)
    I nieśmiało zapytuję czy mój mail w sprawie serów dotarł, bo ja bym bardzo chciała zamówić, tylko nie wiem co i ile mogę (żadnych głupich myśli przy czytaniu posta nie miałam).

    • kanionek 16/04/2017 at 22:07

      Agiag – doszedł, doszedł, tylko taka jedna palma (czyli ja) przegapiła, znaczy zagubił się w tłumie innych, ale już zaraz odpiszę, i przepraszam :)

      • agiag 17/04/2017 at 15:42

        Ha! Dopadłam odpowiedzi i nawet już na nią odpisałam:) Pięknie dziękuje:)

  13. Kachna 16/04/2017 at 19:45

    Hej!
    Wesołych Świąt – wciąż są :)
    Nie wiem jak u Was ale u mnie naprawdę świetna pogoda żeby …odpocząć. Miałam się naspać ale 10,5 postanowił gorączkować całą noc po czym mu przeszło. I już pełen energii i 36,6.
    Luz kulinarny na stole: sałatka klasyczna, pasztet klasyczny, pasztet z marchewki i żurawiny i dla mnie specjalnie bardzo wielkanocne sushi;)
    Ściskam!
    …………………………
    Dojarka robi naprawdę wrażenie. Strasznie jestem ciekawa jak się będzie sprawować.
    Takie ciasto tez pamiętam ale sprzed jakiś 150 lat. Głównie skubałam wierzch:)

    • kanionek 16/04/2017 at 22:12

      Wesołych :)
      My też mamy pasztet, i choć trochę inny, bo nie do jedzenia, to i tak pyszny, a nawet słodki. Ale o tym jeszcze kiedy indziej :)
      No i nas też nie ominął świąteczny śnieg, a teraz powoli skrada się nocny przymrozek. Kwiecień-śmiecień!

      • zeroerhaplus 17/04/2017 at 04:30

        Pasztet, nie do jedzenia, pyszny i słodki… to jakaś zagadka?
        Nazwaliście jednego z koziołków PASZTET?!
        To już podchodzi pod mobbing i TOZ ;)

        PS. Podejrzewam, że kwiecień-śmiecień natychmiast wskoczy do kalendarza na przyszły rok ;)

        • agiag 17/04/2017 at 15:43

          Koniki polskie są słodkie;) Albo małe rysie;)

          • zeroerhaplus 17/04/2017 at 22:45

            Ale jak ma się do nich ten pasztet?
            Kanionek, no weeeeeź……

          • agiag 17/04/2017 at 23:48

            Jak się nagle taki konik (lub ryś) zwali na głowę i próbujesz go czymś nakarmić to dopiero masz pasztet…

          • kanionek 20/04/2017 at 20:52

            No tak, wszystko małe jest słodkie (może za wyjątkiem małych, gorzkich pigułek), ale muszę Was rozczarować – nie ryś, nie konik, nawet morski.
            I nie jest to niespodzianka z gatunku: klękajcie narody, oto kobieta co ma dwie brody. Nie. To taka bardziej zwyczajna oczywistość, choć dla mnie akurat ten pasztet jest kimś wyjątkowym (no wiem, zapytacie, kto w naszej ferajnie nie jest), może dlatego, że wpadł mi w ręce gdy byłam na dnie tego zimowego dołka, i miał swój niebagatelny udział w wyciąganiu mnie z niego. Naprawdę, proszę się nie ekscytować, bo później będę musiała przepraszać, że znowu nie struś! Napiszę, opowiem, gdy mi się ten pasztet ładnie w głowie uformuje. Na razie ma jedynie bogate portfolio w postaci zdjęć.

          • Ania W. 21/04/2017 at 11:00

            Kanionek, no weź i powiedz, bo mię skręca z ciekawości, a że jestem kozą, to sama wiesz, że MUSZĘ wiedzieć. Ba, Obora MUSI wiedzieć :).

          • kanionek 21/04/2017 at 21:42

            Obiecuję, że w następnym wpisie uchylę rąbka tajemnicy ;-P
            Ale nie wiem kiedy ten następny wpis, bo tak sobie patrzę, że tu tylko pisiont komentarzy, w tym połowa moich, i sobie myślę, że już mnie nie kochacie, no a skoro mnie nie kochacie, to czy zasługujecie na kawałek Pasztecika? No nie wiem, nie wiem.

          • zeroerhaplus 21/04/2017 at 12:37

            Hmmm… Czy Mając jest wykastrowany/sterylizowany?

          • kanionek 21/04/2017 at 21:44

            Tak, wszystkie psy i koty ze schroniska są wydawane już po zabiegu, taki przepis.
            Jedyny jajeczny u nas to Atos. A co? Aaaa! Już wiem, jak kombinujesz :)

          • zeroerhaplus 22/04/2017 at 13:40

            Bohaterów?! Szantażem?!?!?

            FOCH!

          • kanionek 22/04/2017 at 22:30

            Foch na Kanionka? W sieci jedynego, cudownego, wspaniałego?
            FOCH!

            PS. Choć tak po prawdzie to fakt, że z Was bohatery, a nawet weterany – tyle lat wytrzymać z Koninkiem… Krzyż zasługi i pentagram odwagi się należy jak nic.

          • zeroerhaplus 22/04/2017 at 22:45

            Jeśli Ty foch i ja foch, to co wtedy? Bo nie doszłam jeszcze tak daleko w edukacji emocjonalnej.
            Etam, pentagram zasługi od razu… Nie zapomnij, że my z Tobą wytrzymujemy WIRTUALNIE ;P
            A wirtualnie to wiadomo, nawet seks z obleśnym, stetryczałym satyrem w podkoszulce usmarowanej dżemem i obmierzłych gaciach może być fajny ;)

          • kanionek 23/04/2017 at 22:56

            „Jeśli Ty foch i ja foch, to co wtedy? Bo nie doszłam jeszcze tak daleko w edukacji emocjonalnej” – no jak to CO? Ciche dni! Tak długo, aż ktoś pęknie, zmięknie, niewyczymie ;)
            Z tym seksem w obleśnym dżemie to ja się nie mogę zgodzić. Ale może dlatego, że nie próbowałam?

          • mitenki 23/04/2017 at 13:55

            Chyba przesadziłaś Zeroerha… ja mam WYOBRAŹNIĘ! :D

          • mitenki 23/04/2017 at 13:56

            Z tym seksem ofkors ;)

          • Paryja 23/04/2017 at 23:14

            Ło mamuniu nie mogłam znaleźć początku wewątku. Napisać chciałam, że na seksie wirtualnym to ja się całkiem nie wyznaję ale koszulka (zwana wpierdolką, taka siatkowa bokserka znaczy) to ona tłuszczem z kiełbachy powinna być ufajdana a nie żadnym dżemem.

          • zeroerhaplus 23/04/2017 at 23:16

            Paryja, tłuszcz z kiełbachy to był wczoraj. Dziś wegańsko i bezglutenowo się wpierdolki upierdala ;D

          • Paryja 23/04/2017 at 23:19

            To i bezcukrowo. Ble to obrzydliwe! Dzem bez cukru? a może jeszcze stewią słodzony…

          • zeroerhaplus 23/04/2017 at 23:23

            Ksylitolem ;)

        • kanionek 20/04/2017 at 20:44

          „Nazwaliście jednego z koziołków PASZTET?!” – nie, ale teraz chyba będziemy musieli, bo mi się spodobało :D
          Jak ja mogłam nie mieć kozy imieniem Pasztet?! Niedopatrzenie jakieś.

          • ciociasamozło 21/04/2017 at 09:33

            Pasztet, Mortadela, Metka, Kabanos, Kindziuk, Prosciutto i Klops.
            Mmm, cóż za niewyczerpane źródło inspiracji! ;)

          • kanionek 21/04/2017 at 21:40

            I krakowska sucha! I salceson :)

          • Bo 21/04/2017 at 20:31

            I Zasmażka!

          • kanionek 21/04/2017 at 21:45

            Zasmażka to piękne imię dla kozy! Przyda się na pewno.

          • Ynk 22/04/2017 at 11:37

            Bigos. (Big Ass. Bee Goes. Lub jakoś podobnie ;-)

          • zeroerhaplus 22/04/2017 at 22:50

            Jakby się komu nudziło, to można też nazywać kozy jak obywateli miast w strefie niemieckojęzycznej: Badradkersburszczanka, Sinabelkirchnianin, Freudensztadtańczyk, takie tam ;)

      • becia 19/04/2017 at 11:46

        7 koziołków w jeden dzień to był niezły acz słodki pasztet.. kozuchny pobiły rekord? 10 koziołków w jeden dzień ????

        • kanionek 20/04/2017 at 20:58

          Becia, na razie mamy przerwę w wykotach, choć dwie delikwentki są zapisane na „zaraz, już”. I część na początek maja.

  14. becia 19/04/2017 at 07:45

    Zastanawialiśmy się jak Pacanek wymykał się do dziewczyn..
    https://www.facebook.com/Avantgardens.org/videos/1711110845569336/

    Ot naiwne..

    • wy/raz 19/04/2017 at 12:13

      Nie no to niesamowite!!! Mnie się zakręciło w głowie, a one sobie tak hasają po pionowej ścianie.

    • kanionek 20/04/2017 at 20:57

      Omamuniu. Net mam taki, że film mi się załadował tylko do połowy, ale nic nie szkodzi, bo i tak NIE MOGĘ NA TO PATRZEĆ. śliczne te kozy. Dopóki nie spadną na sam dół! Brr.

  15. dolmik 21/04/2017 at 22:16

    Wiem! Ten pasztet to pewnie mała sarenka, młody rudy ryj, albo wręcz szczenię wilka!! I takie atrakcje tam się dzieją a OBORA nic o tym nie wie….??? Szkanal!! :)

    • mitenki 21/04/2017 at 23:37

      Albo młody dźwiedź brunatny!

      Kanionku, będzie czysta komentarzy albo i pińcet, jak uchylisz rąbka tajemnicy (mały szantażyk).

  16. nw 22/04/2017 at 00:20

    Hmmm. Pasztet…
    To moze to maly zajaczek?;)

  17. Bo 22/04/2017 at 10:33

    Wybudzony przedwcześnie Jeżyk?

  18. becia 22/04/2017 at 18:11

    Nowy kociak albo psiak..

  19. mitenki 22/04/2017 at 18:38

    Pisklę orła albo jaszczompia, wypadnięte z gniazda?
    Wiewiórczę?

    • kanionek 22/04/2017 at 22:34

      Chyba zapomniałam zaznaczyć, że nie będę się odnosić do zgadywanek, bo to oczywiste, że w końcu wymienicie wszystkie gatunki dostępne na tej planecie i ktoś zgadnie!
      Ale pisklę jaszczompia byłoby w dechę – wytresowalibyśmy go tak, żeby odstraszał inne jaszczompie, a może nawet i rude ryje. I komornika :D
      (Paryja – to byłoby coś a la Aleksandretta Obronna!)

      • Paryja 23/04/2017 at 20:20

        Jeszcze możesz mu założyć obrożę i jeśli on się za to obrazi to będzie komplet ;)

        • zeroerhaplus 23/04/2017 at 21:08

          Nie myślicie, że komornik w obroży mógłby wyglądać troszkę niepoważnie? ;)

          • Paryja 23/04/2017 at 21:40

            A gdyby obroża była z ćwiekami? ostrymi ?

          • zeroerhaplus 23/04/2017 at 23:20

            No dobra, ale tylko, jeśli na smyczy go będzie prowadził dzielnicowy w lateksie :)
            Wtedy wzbudzą szacunek :))

  20. Jagoda 23/04/2017 at 13:41

    Na koziej wyspie będąc zajrzałam do koziej farmy. Widziałam profesjonalne dojarki, chyba z 50 par naraz. I fajnie to wyglądało, prawie sterylnie, a kozy pono tak wytresowane, że do boksów wchodzą w ustalonej kolejności.
    Ale tak sobie myślę, że kanionkowe.kozy mają o niebo lepiej, chociaż taki kwiecień -śmiecień daje popalić. No dobra, daje popalić Kanionkowi, nie kozom. Kozy mają lepiej, bo oglądają świat w realu, jedzą zdrowo, koźlęta mają przy sobie. A kozy mleczne z koziej wyspy spędzają życie w zagrodach przy sztucznym świetle. Widziałam na 5 m kwadratowych 34 koźlątka, beczące i ssące palce gości. Jednakowo malutkie, różnej maści, ale ani jednego białego. Za to kozy mięsne żyją całkiem na wolności. Mogą wędrować po całej wyspie, ale są zakolczykowane, przynajmniej dorosłe. I wniosek mój taki, że kanionkowe sery są o niebo lepsze, bo od szczęśliwych kóz. A koziny nie jadłam. Pasztet …pasztet…Pasztet… dumam.

    • kanionek 23/04/2017 at 23:12

      Te kozy tak pewnie grzecznie wchodzą, każda do swojego boksu, bo też są już w pewnym sensie zautomatyzowane.
      Nie mogłabym prowadzić takiego biznesu. Nie dlatego, że jestem święta, czy jakoś szczególnie inna od innych. Możliwe, że nawet większość ludzi się do tego nie nadaje. Gdyby mi ktoś dzisiaj dał milion złotych na „rozwój”, to jest taką właśnie hodowlę na dużą skalę, to musiałabym odmówić.
      Fakt, mamy aż za dużo pracy przy tych kozach, czasem się łamiemy, fizycznie i psychicznie, a zima tutaj jest straszna, STRASZNA, i zasadniczo nie mam nic przeciwko maszynom i automatyzacji pracy, bo wiele ułatwiają, ale… Jest jakaś granica, którą można przekroczyć tylko wtedy, gdy się sobie amputuje serce. Albo gdy się go od początku nie miało. Albo może jestem głupia, w każdym razie wypowiadam się tylko za siebie – ja bym nie mogła, bo bym umarła. Potrzebuję prawdziwego, uczuciowego kontaktu ze swoimi zwierzętami, one też mają swoje potrzeby, i bynajmniej nie jest to tylko potrzeba jedzenia, spania i defekacji. Zresztą – Wy to wiecie. Oczywiście mam nadzieję, że „sery od kóz uśmiechniętych” zapewnią nam i im samym byt na poziomie „da się przeżyć”, ale gdyby miało chodzić tylko o robienie pieniędzy na serach, to dla mnie straciłoby to cały sens. Równie dobrze mogłabym robić cegły.

      A zima mogłaby się wreszcie skończyć, co? My już mamy naprawdę dość :-/

  21. sunsette 23/04/2017 at 21:11

    To specjalnie o tym Pasztecie było, żebyśmy zgadujących komentarzy nabiły odpowiednią ilość;) Kanionnnnnku drogi, nie daj się prosić (a może to prosiątko????) To naprawdę jest znęcanie się nad Oborą.
    No dobra, to ile komentarzy potrzeba, żeby nowy wpis się pojawił?

    • kanionek 23/04/2017 at 23:16

      Ale wiesz, jaka powinna być typowo babska odpowiedź? „Teraz to już wcale! Możecie nie pisać żadnych komentarzy, nie potrzebuję, foch!” :D
      Będzie, będzie, może jutro, może we wtorek, na pewno jeszcze w kwietniu :)

      • Paryja 23/04/2017 at 23:20

        Nie będziesz nam tu pisać co my możemy ! O ;)

        Ale jej napisałam:D

        • mitenki 23/04/2017 at 23:56

          Paryja – „co my możemy na TWOIM blogu” dodaj :D

          • Paryja 24/04/2017 at 10:14

            Nie będziesz nam tu pisać,co my możemy na Twoim blogu nie robić !

            Może być?

  22. sunsette 24/04/2017 at 08:28

    Paryja, no! :)))))
    Ale jak jeszcze w kwietniu, to moze jakos wytrzymamy, ufff…..
    Tak zupelnie bez związku, to chyba mam półpaśca. Pod pachą. Lewą. Moze to podpasiec… oboro, ratuj!

    • becia 24/04/2017 at 19:17

      Biedna Sunsette :( a może to nie półpasiec? oby nie..

  23. ciociasamozło 24/04/2017 at 09:44

    No tak, wystarczy na chwilę odejść w celu ratowania świata (telefon od sąsiadki z dołu: „Wiesz, właśnie wróciliśmy z wyjazdu i widzimy, że coś od was cieknie…”) a tu taka aktywność w sekcji komentarzy! Komornik w ćwiekowej obroży trzymany na smyczy przez dzielnicowego w lateksie to chyba jednak za dużo jak na poniedziałek rano ;)

    A hydraulik nie przyszedł… :(

    • Paryja 24/04/2017 at 10:25

      Kostium dobiera…

      • ciociasamozło 24/04/2017 at 10:35

        Ała!
        Po południu mąż się będzie z nim męczył. Może hydraulik strój pokojówki wybierze?

        • becia 24/04/2017 at 11:59

          Jasne :) strój pokojówki świetnie pasuje do klucza francuskiego ;)

          • ciociasamozło 25/04/2017 at 09:21

            Niestety pojawił się w stroju hydraulika, pomądrzył się, że cieknie bo silikon za wanną nieszczelny (tia, pewnie całą niedziele lałam wodą po ścianie, żeby sąsiadów zalać), nie chciał słuchać, że ciekło niezależnie od używania wanny a przestało dopiero po zakręceniu zaworu ciepłej wody i se poszedł… Dobrze, że mnie w domu nie było, bo żywy by nie wyszedł.
            I dalej jesteśmy bez ciepłej wody, za to ze zdemolowaną kuchnią i łazienką (bo przeca trzeba było szafki zdemontować, żeby ściana schła i dostęp do rur był).
            Tak się musiałam wyżalić. Idę czytać nowy wpis Kanionka na pociechę :)

      • zeroerhaplus 24/04/2017 at 12:13

        Behhhehhe, Paryja :D

  24. wersja 24/04/2017 at 10:01

    ho ho ho, no nie wiem, czy może być lepszy Pasztet od tej wizji z komornikiem (tak, to taka cienka próba prowokacji).
    Kanionek, prawda jest taka, że musisz napisać o Pasztecie jeszcze w kwietniu, bo w maju daję oczy do recykli… to jest do rekultywacji laserowej i potem będę mogła czytać dopiero w czerwcu, a każąc mi czekać Tyle czasu, wyjdziesz na strrrraszną okrutnicę, a na pewno tego nie chcesz, co nie?

    • becia 24/04/2017 at 11:58

      Wersja a jaką masz wadę wzroku? Bo ja też siem zastanawiam czy by mojej krótkowzroczności nie zlikwidować bo jak mi się nałożyło zwyrodnieni starcze to z trzema parami okularów na zmianę tańcuję, kurczak :( A fajnie nie jest.. np. siedzę na wykładzie- jedne mam na nosie do patrzenia na to co z rzutnika leci, potem szybka zmiana na te w których piszę coby notatkę zrobić, po chwili zmiana bo nowy slajd. kur…. można dostać :( A do komputera jeszcze inne- każde z nich umożliwia mi ostre widzenie z innej odległości.. Pół roku temu się tak pospułam :( ech ..

      • Jagoda 24/04/2017 at 15:44

        oj, znam to. i pamiętam moją mamę, jak ciągle szukała właściwych okularów. I jeszcze Ci powiem, że jedne dobre są tylko trochę droższe od trzech byle jakich, a ile złych emocji znika… ale nawet te dobre trzeba zmieniać co trzy lata, co mnie właśnie czeka.
        A Pasztet milutki i cieplutki to może być królik…

      • nw 24/04/2017 at 17:07

        Becia, mam dysonans poznawczy przez Ciebie: nadwzrocznosc starcza plus siedzenie na wykladach…
        Hmm, a moze to uniwersytet trzeciego wieku jest?;)
        Przepraszam, glupie zarty:)

        • nw 24/04/2017 at 17:14

          Mialam taka fizyczke w liceum, ktora operowala dwoma parami okularow: wpisy do dziennika w jednych, a zeby sprawdzic co odpytywany delikwent pisze na tablicy – drugie. I czesto rzucala tymi okularami, bo emocjonalna dosc byla:) A jak liczyla czy wszyscy odnotowani w dzienniku na poprzednich zajeciach sa obecni, to przy ostatnim rzedzie zawsze pytala: ilu tam Was jest w ostatniej lawce?:)
          Nie lubila tez nosic okularow tzw. do chodzenia, i jak szla korytarzem, a szla szybko i energicznie, to trzeba bylo sie orientowac i pryskac jej spod nog, bo mogla zadeptac i nie zauwazyc tego:)
          Madra i fajna kobieta to byla.

        • becia 24/04/2017 at 19:12

          Kochana ja jestem dokładniusio w wieku Kanionka, więc na uniwersytet trzeciego wieku to jeszcze muszę poczekać. W młodości zrobiłam magistra, teraz dla odmiany inżyniera (ale fakt- jestem najstarsza na roku).. wiesz takie plany na drugą część życia były ale się rypły, a studia trzeba dokończyć. Właśnie dziergam pracę dyplomową.. dość wolno dziergam ;) ale jakoś się doczołgać trzeba do końca..

          • becia 24/04/2017 at 19:22

            Zagadka na czas oczekiwania na nowy wpis Kanionka. Temat mojej pracy brzmi- „Serce miasta”. Co studiuję? :)

          • kanionek 24/04/2017 at 20:58

            Kardiokartoenergobudowlankę?

          • zeroerhaplus 24/04/2017 at 22:02

            Jakiś odłam architektury złamanej komunikacją lub zielenią? Hm.

          • nw 24/04/2017 at 23:20

            Beciu, jesli poczulas sie dotknieta, przepraszam.
            Mam takie zgryzliwe poczucie humoru, z wiekiem coraz paskudniejsze:)
            A ja jestem starsza od Kanionka (i od Ciebie, a pewnie od wiekszosci z Was), wiec to byl taki zarcik troche autoironiczny rowniez.

          • becia 25/04/2017 at 07:59

            NO co TY nw :):):) Ja tam bardzo bym chciała na uniwersytet trzeciego wieku, marzę wręcz o emeryturze:):)

        • becia 24/04/2017 at 21:37

          Kanionku :):):)

          • becia 24/04/2017 at 22:14

            ORH+ wygrałaś trzy uśmiech odmnie :):):)

      • wersja 25/04/2017 at 09:21

        Becio – uśredniając po minus sześć na oko z lekkim astygmatyzmem. i też zaraz będę pewnie potrzebować okularow do czytania, więc chociaż tych stałych spróbuję się pozbyć. ważne: żeby zrobić operację, trzeba mieć wadę ustabilizowaną, czyli po czterdziestce to ona musi być od kilu lat taka sama. jak już będzie po wszystkim, podzielę się wrażeniami.

        • becia 25/04/2017 at 18:45

          Dzięki kochana:)

  25. kanionek 24/04/2017 at 18:14

    No proszę, PROSZĘ, co się narobiło – tylko Wam powiedzieć, że czegoś nie możecie, i już 20 komciów jak z bicza czasł :)

    Wpadłam na chwilę, dopiero cośmy ręce od Krychy umyli (urodziła dzisiaj, zgodnie z zapiskami w moim zeszycie, Krówko zresztą też – dwa dni temu; to porządne kozy są), i powiem Wam tylko tyle, że jestem ogłupiała ze szczęścia – zepsuty cycek Krychy działa! Działa jak powinien!
    Wszystko Wam opowiem w nowym wpisie :)
    Czy już wspomniałam, że cieszę się jak głupi do sera? :D

    • becia 24/04/2017 at 19:16

      Brawo Kanionku!!! Ty jedna w upadły cycek wierzyłaś!!!
      Dawać nowe dane stada bo ja tu rejestr pod ręką mam nieaktualny ;) Napisz chociaż czy dziołcha jakaś jest.

      • kanionek 24/04/2017 at 20:52

        No jest, cała jedna :) Powiem Ci, że wierzyłam do jakiegoś czasu – zimą wciąż zdajałam z niego ten płyn, cycek był zimny i nie chciałam, żeby płyn zamarzł przy ujemnych temperaturach(drugi cycek był ciepły), no ale cień nadziei czaił się do samego końca.
        Już nie pytajcie, bo się zaraz zabieram za ten nowy wpis, i jest szansa, że skończę przed północą (zdjęcia jeszcze…).

        • zeroerhaplus 24/04/2017 at 22:03

          Nie dziwię się, że się cieszysz. Też bym się cholernie cieszyła :))
          Gratulajce :D

  26. Paryja 24/04/2017 at 18:32

    Gratulajce!
    Ale CO urodziły? Ta wiem- białe koźlątka ;)

    Z cycka się cieszę razem z Tobą :) to fajna sprawa jak cycki działają:)

    • kanionek 24/04/2017 at 20:48

      No prawie zgadłaś, bo z czterech koźlątek dwa są białe :)
      Tak, fajna sprawa, bo ja już od kilku tygodni rozmyślałam o tym, jak to zrobić, żeby dzieci nie piły z cycka, który produkuje dziwny płyn nienadający się do spożycia. Oczywiście nie wszystko jest tak różowe, jak bym chciała, ale o tem – potem :)

  27. sunsette 24/04/2017 at 19:20

    No, akurat kończę Allo Allo oglądać i z cycem jestem na bieżąco, żec można. Zepsuty cyc, upadła Madonna, wszystko jedno. Wszystko jedno, jak się ma półpaśca pod pachą, wtedy rzuca się na mózg i człowiek głupoty wypisuje i nawet mówi, na przykład zamiast „mam półpaśca”, to „mam tasiemca” itp. Tak więc drogie siostry, odwiedzajcie mnie, jak juz mnie zamkną we wiadomym miejscu, i nie zapomnijcie o serze od Kanionka…

    • kanionek 24/04/2017 at 20:56

      Kochana Sunsette, spieszę pocieszyć – on mija, ten półpasiec. Ja miałam ooo takiego wielkiego, ciągnął się od cycka, poprzez pachę, aż do kręgosłupa, tych wysp z pęcherzami miałam pięć albo siedem, już nie pamiętam, były ogromne i wredne, ale jakoś przeżyłam. Nawet pamiętam, że z tym półpaścem musiałam do pieca latać, i do zwierząt, bo chyba akurat wtedy małzonek dostał robotę, więc idzie przeżyć, naprawdę :) Tasiemiec byłby chyba gorszy, bo sama świadomość, że ma się takiego pasażera na gapę pobudza wyobraźnię. Ja na bank zastanawiałabym się, co w danej chwili robi mój tasiemiec…

      • sunsette 25/04/2017 at 06:20

        Najgorsze, ze ciagle mi sie myli jeden z drugim, tfu! Naprawde nie wiem czemu!

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa