Ziokołek Krzywousty, czyli jak królowej pościelisz, to i tak się nie wyśpisz

Nie wiem jak Wy, ale choć nienawidzę sprzątać, a w koziarni już od dawna sprząta małżonek, bo ja po kilku taczkach puchnę jak stara konserwa, to wprost uwielbiam to uczucie, gdy po sprzątaniu nasypiemy do koziarni nowej, suchej i pachnącej słomy, która szeleści jak dobrze nakrochmalona pościel, a dookoła są te wciąż białe ściany, i świeża woda, i wonne sianko w koziej karuzeli, i czuję się wtedy tak, jakbym samej Królowej Elżbiecie pościeliła łóżko z baldachimem, i mówię do niej: „pani zobaczy, pani Elżbieto, jakie mięciutkie i wygodne”, a ona dotyka, dłonią w białej, jedwabnej rękawiczce, i tym dystyngowanym, królewskim skinieniem głowy daje mi do zrozumienia, że tak, dobra robota, Kanionek, i ja wtedy taka jestem dumna i czuję się tak doniośle, i wpuszczam te kozy do środka, i one zupełnie nie wiedzą, jak być angielską królową! Bożena natychmiast zaczyna ryć w tej nakrochmalonej pościeli w poszukiwaniu kłosów z ziarnem, rozpędzony Andrzej zahacza rogiem o koszyk z sianem, wprawiając go w wirujące wahadło, wahadło spotyka się twarzą w twarz z Doktor Ekspert, która spłoszona wpada na wiadro z wodą, Baśka już sobie wygrzebuje dziurę w ściółce do gołego betonu, bo nie wie jak się zdejmuje kurtkę i zawsze jej za gorąco w tych bogatych piernatach, a reszta klienteli lata w tę i nazad, nierzadko po ścianach, w poszukiwaniu najlepszej miejscówki i najlepszego siana, a wiadomo, że najlepsze siano to zawsze akurat to, które dostało się komuś innemu. No i tak to – natury nie oszukasz, koza nie arystokracja, a jedyne białe rękawiczki jakie dane jest mi tu oglądać, to te lateksowe z Lidla, które zakładam do pracy.

Natury nie oszukasz – wrzesień chciał udawać, że jesień nigdy nie nastąpi, ale wpadł piździernik i mówi „co tu się kurde wyprawia”, i już mamy siedem stopni wg Celsjusza i dziesięć w skali Beauforta, i człowiek się nawet nie może uśmiechać na siłę, zgodnie z filozofią pozytywnego kondycjonowania mózgu, bo co się uśmiechnie, to mu wiatr zęby z gęby wyrywa. A małżonek się snuje, tocząc wkoło wzrokiem ponurym, i wiedźmińskim głosem powtarza, że oto nadchodzi „czas białego zimna i białego światła”, i komu to ma w czymkolwiek pomóc, ja się pytam?

No ale w środę do ARiMR i do sklepu musieliśmy jechać, i małżonek patrzy na mnie z niesmakiem, i pyta: „ty nadal boso?”, a ja mu na to, że owszem, boso, i że buty są dla słabych, a on na to, że to dobrze wiedzieć, kto tej zimy będzie dygał z węglem do kotłowni, a ja mu na to, że miałam na myśli siłę psychiki, a on wtedy, że jeśli ja będę ten węgiel siłą woli przenosić, to nawet lepiej. Jak to sobie głupi człowiek zawsze w bosą stopę strzeli… I wcale nie było mi zimno i jeszcze się okazało, że chodzenie boso jesienią ma taką zaletę, że ludzie odwracają od nas wzrok („ja nie mogę patrzeć, że pani tak boso!”), a to się doskonale składa, zwłaszcza gdy miałam umyć włosy, ale nie zdążyłam, a maskującą czapkę z daszkiem gdzieś diabli ponieśli, czyli na pewno Mając, i raczej zeżarł, bo po co gdzieś nosić, jak można zjeść na miejscu.

A teraz na chwilę odwróćmy wzrok od dramatycznych scen z bosą kobietą pośród jesiennej szarugi, i spójrzmy na uroczego Pacanka:

waleczny-pacanek-2 waleczny-pacanek

Oto dobitny dowód na to, że nie da się trzymać razem dwóch, a co dopiero więcej, pełnojajecznych kozłów. Wszystko było ładnie pięknie przez kilka tygodni, a wczoraj znów im odbiło. Wystarczyła jedna godzina wspólnego pobytu w zagrodzie, żeby Lucek namalował tę rzeź niewiniątek swoimi rogami na czerepie Pacanka, a Pacanek nie tylko mu nie ustępował, ale wręcz zaczepiał i prowokował (klasyka gatunku: „masz jakiś problem?” i „cho na solo, kutasiarzu!”). Dobrze, że akurat z wodą dla wszystkich kursowałam i zdążyłam rozdzielić idiotów, zanim Lucek zrobił z Pacanka sznycel po wiedeńsku w posypce ze świerkowych igieł. Przypięłam Pacanka łańcuchem do słupka na podwórku, żeby go jakoś obmyć, rany zdezynfekować, ale zapomnijcie – taki był wciąż naładowany emocjami, że nie dał się dotknąć. Obeszczany, chudy jak pies i zakrwawiony, prezentował sobą postać tak tragiczną, że gdybym go u kogoś na podwórku zobaczyła, to zaraz leciałabym go „ratować”. No szlag. Pacanek znów mieszka w izolatce i trzeba go będzie prowadzać na spacerki prozdrowotne, Lucjan drze ryja z zagrody, bo teraz jest sam, a dziewczyny z kolei, wiecznie zakochane, wydzierają się z drugiej strony ogrodzenia, aż niektóre zachrypły, i nasze obejście powoli zamienia się w coś na kształt zbrodniczych przedmieść Sosnowca, czy innego Chicago, gdzie bezwstydne panienki głośno chwalą swoje wdzięki, a kosę pod żebra można dostać jak chleb z masłem, czyli wszędzie i bez większego problemu.

Oprócz kobiet upadłych mamy też takie, które skosztowały owocu zakazanego tylko raz, a i tak zostały pokarane. Fifa Ziokołka wyglądała tak:

fifa-2

Nadal obstawiam, że to była osa w śliwce i ropień w charakterze komplikacji po użądleniu, a że ropień, to potwierdziła pani Superwetka. Wziął się akurat i pękł w dniu jej wizyty (kolczykowaliśmy Andrzeja, Pacanka i Krysię pod narkozą), więc go pani oczyściła i zdezynfekowała, i poradziła, że gdyby jeszcze kiedyś takie coś, to zawsze lepiej wziąć igłę, przekłuć i zobaczyć, co jest w środku. Ziokołek była całkiem odmiennego zdania, a pompowanie woreczka po ropniu roztworem jodyny uznała za totalne nieporozumienie i niebywałą potwarz, i pani Superwetka mogła się na własne oczy przekonać, jak dwoje dorosłych ludzi nie jest w stanie utrzymać jednej kozy, która w ułamku sekundy z pozycji horyzontalnej przechodzi w taką:

286836

Dokładnie tak wyglądała, tylko biała i z fifą. (pomnik jest z Konina, a zdjęcie stąd: (http://www.polskaniezwykla.pl/pictures/original/286836.jpg)

Ale że nawet najgorsze miasto ma swoje anioły, to sytuację, statystyki i twarz tego wpisu ratuje Bożena, a raczej jej urocze cherubinki, powite w środę, 28 września:

aniolki-bozeny-5 aniolki-bozeny-4 aniolki-bozeny-3 aniolki-bozeny aniolki-bozeny-2

Na razie zdjęć mało i wszystkie spod ściany, bo matka dalej chodzić nie pozwala. Prawda, że zestaw prawie identyczny, jak u Krówko? I też dziewczynka jaśniejsza, choć to się jeszcze może zmienić, jeśli Państwo pamiętają, jak wyglądał Lucek za młodu, a co z niego wyrosło.

Z innych ładnych rzeczy to mam jeszcze do pokazania kawałek zbutwiałej brzozy w kolorze petrol:

brzozowy-petrol-2 brzozowy-petrol

I ostatnie plony z ogródka (dyni jeszcze nie zebrałam):

ostatnie-pomidory kukurydza

cukinia

No i jedną z tych dłuższych kiełbasek!

pies-pilnuje-kielbasy

A z rzeczy o urodzie wątpliwej, tylko dla dziwaków i koneserów, ławkę wierzbową po ponad roku od daty produkcji. Ławka przed ogarnięciem, czyli w ogóle nie wiadomo o co chodzi:

lawka-przed-poskromieniem

I po ułożeniu niesfornych kosmyków:

lawka-po-zabiegach-fryzjerskich

Bób raczy wiedzieć, co z tego wyniknie, ale będziecie informowani.

I wiem, że jeszcze wiele rzeczy obiecywałam pokazać, ale tak mnie dzisiaj łeb napimpacza, że nie dam rady. W akcie zemsty wszyscy rozczarowani mogą zgłosić wniosek do Rady Języka Polskiego o zmianę powiedzonka „obiecanki-cacanki” na „obiecanki-kanionki”. Przynajmniej w sposób trwały zapiszę się na kartach historii, bo małżonek mówi, że w Internecie to się nie liczy – wystarczy pierwsza lepsza bomba elektromagnetyczna i serwery sfajczą się jak cienka frytka w woku.

PS. A ten gąsior, co to nam był obiecany, ale próba jego podjęcia się nie powiodła, na drugi dzień przyjechał do Żozefin na motorze. To znaczy sam nie jechał, facet go wiózł, chyba pod pachą, bo motor nie miał bagażnika, a facet nawet plecaka, a do Żozefin, bo to Dżerego znajomego znajomy. Ten facet, nie gąsior, co należało wyjaśnić, bo Dżery ma naprawdę bardzo różnych znajomych. No i Żozefin do mnie dzwoni, żebym wracając z miasta zajechała do niej po tego gąsiora, i jeszcze mówi, że taki ładny, szary, więc zajechałam, i w tym deszczu i pod wiatr dzielnie maszeruję w jej progi, a ona mi mówi, że jednak wcale nie wiadomo, czy to na pewno gąsior, i że w sumie to ona go sobie zostawi i zrobi z niego czarninę. No to ją pytam, po diabła ja właściwie do niej zajeżdżałam, a ona mi na to, że przecież i tak miałam po drodze, więc co za różnica. No w sumie niby żadna, choć gdyby zapytać gąsiora, to mógłby mieć inne zdanie.

62 thoughts on “Ziokołek Krzywousty, czyli jak królowej pościelisz, to i tak się nie wyśpisz

  1. Lidka 06/10/2016 at 01:39

    Dwa wpisy w przeciagu niecalych dwoch tygodni, no no, klasa, Kanionku! Czuje sie przez to jak wojt malej gminy: rozpuszczona i dowartosciowana.
    Lawka cudna. Czy tych odrosli to sie jakos nie korygujaco nie przycina, czy tylko sie je wiaze?

    • kanionek 06/10/2016 at 11:27

      :D
      Na razie tylko podwiązuję, bo te gałązki mają być grubsze. Chyba. Tak to sobie przynajmniej wyobrażam, że jeśli kiedyś mamy na tej ławce siedzieć, to ona musi być solidniejsza, niż teraz. A po kilku latach to pewnie będę odcinać niepotrzebne pędy, czy coś. Tutoriale dla konstruktorów ławek wierzbowych kończą się zwykle na wbiciu gałązek w ziemię i ukształtowaniu w „ławkę”, a co potem, to już nie wiadomo.

  2. nw 06/10/2016 at 01:53

    Jezusiczku, zimno mi sie w stopy zrobilo na sama mysl o Twoim lataniu na bosaka!
    I musialam je zaraz kocykiem ogacic.
    Kiedy zobaczylam fotki Pacanka pomyslalam, ze tak sobie ucho zakolczykowane pieknie rozcharatal. A tu prosze, meskie gry i zabawy.
    Masz szczescie, ze sie jakis funkcjonariusz TOZ nie napatoczyl;)
    Kiedy czytalam Twoj sugestywny opis koziarni po sprzataniu, az mi sie w nosie i glowie zakrecilo na wspomnienie zapachow stajni w tych samych okolicznosciach. Ten sam szelest, za to zamiast rozroby kozio-owczej, stlumione potupywanie konskich kopyt w swiezej slomie, cicha gra konskich sledzion i od czasu do czasu stuk poidla. I spokoj.
    Noce w stajni, ech.
    ps. pizdziernik:) moge se wziac?

    • kanionek 06/10/2016 at 11:24

      No właśnie to ucho mnie najbardziej zmartwiło, bo to była zaledwie doba po kolczykowaniu, i tak się cieszyliśmy, że wszystko poszło ślicznie pięknie, bez obrażeń i rozlewu krwi, a tu o, taki pasztet. Ale dzisiaj już Pacanek wygląda znośnie, jeśli można tak powiedzieć o koźle, który obsikuje sobie twarz, nogi i co jeszcze sięgnie ;)
      A piździernik był tu już chyba w ubiegłym roku, albo i wcześniej, i nawet nie pamiętam, czy go wymyśliłam, czy on ogólnodostępny był, więc jasne, bierz i używaj aż do listopada :)

      Noc w koziarni to już też w sumie spokój i cisza, mącona jedynie odgłosami pralek do siana. Pamiętam, bo ta noc podczas której czuwałam przy chorej Kachnie, jest z gatunku niezapomnianych.

  3. nw 06/10/2016 at 01:55

    Lidka, ahoj!

  4. irena 06/10/2016 at 03:25

    Patrzac na to zbutwiala brzoze mam wrazenie,ze jest to rodzaj grzyba ktory rosnie na obumarlych galeziach lezacych na ziemi.
    Ale nigdy go w Polsce nie widzialam.

    • kanionek 06/10/2016 at 11:20

      To może my tu mamy taki minirezerwat tego grzyba :)

      • Irena 06/10/2016 at 15:32

        Sama sie zastanawiam.
        Co to moze byc.
        Ja takie galezie widywalam w lesie i przynosilam je do domu.
        Fascynowal mnie ich kolor.
        Znajdowalam je w lasach lisciastych,albo mieszanych.
        No ale widzialam i nie wiem wszystkiego

  5. Lidka 06/10/2016 at 04:00

    Ahoy, NW- Ty pracujesz, czy tak jak ja -inna strefa czasowa? Sciskam i Pozdrawiam.

    • Irena 06/10/2016 at 15:35

      Dopiero teraz sie zorientowalam,ze to tutaj trzeba nacisnac aby odpowiedziec .
      Zerknij troche nizej na moja odpowiedz

    • nw 07/10/2016 at 00:10

      Lidko, w kraju siedze, ale taka mam sytuacje, ze nocami tez czesto nie spie do pozna. I nie, nie jest to praca. Ale rozrywka tez nie.
      (a tak w ogole, to „nw” to zredukowany stary nick, ale to chyba widac?)

      • Lidka 07/10/2016 at 04:37

        Dzieki, Nikt Wazny, tak myslalam, ze to Ty. Usciski.

  6. zeroerhaplus 06/10/2016 at 05:51

    Siedem stopni, powiadasz?! Plus siedem?! Minus jeden u nas… myślałam, że mi się cyferki poprzestawiały, ale nie. Bazylia w doniczce (stojąca jeszcze na zewnątrz, bo przecie miało być dzisiaj plus cztery) potwierdza wynik. Zaczyna się.

    Co do Superwetki – nie zdążyłam wyrazić zachwytu pod poprzednią notką, więc teraz. Taki ktoś to skarb. Oby się nic nie zmieniło z upływem czasu!

    Piękne plony, przecudne koziołki, ławka kompletnie szalona ;)

    A ten petrol to małżonkowi pokaże, ciekawe czy dalej się będzie upierał, że to sinizna.

    Długo masz zamiar popylać na bosaka? Masz jakieś założenia, czy też robisz to „na czuja”? Ciekawam :)

    • diabel-w-buraczkach 06/10/2016 at 07:18

      MINUS JEDEN?! obozesztymój……
      u mnie +6. Minus jeden na razie nie umiem sobie nawet wyobrazic, juz teraz ubieram 2 swetry, filcowy plaszcz, szalik i czapke jak wychodze rano z domu.

    • kanionek 06/10/2016 at 11:19

      Wyrazy współczucia! U nas był taki niby przymrozek, jakieś lokalne minus jedna dziesiąta stopnia, ale tylko niektóre liście od kiełbasy trochę zwiędły i na tym koniec.
      Założenia są takie, że jak mi stopy odpadną, to będzie oznaczało, że już nie należy chodzić boso ;)
      A tak serio to pewnie zmięknę w grudniu. I raczej nie piszę się na pokonywanie boso zasolonych chodników, bo pewnie obżarłyby mi stopy do kości :)

  7. diabel-w-buraczkach 06/10/2016 at 07:16

    Ta wierzbowa platąnina wyrosnie na bardzo ladną lawke – godną Prezesa Kaczki!
    Gąsior na motorze! jakzesz to bardzo „moje”!!! :)))

    • ciociasamozło 06/10/2016 at 09:23

      Diabeł, maluj gąsiora! :)))

      • kanionek 06/10/2016 at 11:15

        Ale jeśli to ma być nasz-nie-nasz gąsior, to żeby był realistyczny, powinien jechać na Romecie z butelczyną pod pachą. I nie chodzi o soczek Pysio :)

  8. Irena 06/10/2016 at 07:17

    Do Lidki
    I pracuje i inna strefa czasowa

  9. Becia 06/10/2016 at 09:31

    łał ta fifa to niezła była, jakoś sobie ją mniejszą wyobrażałam.. Czyli Mały Żonek jednak miał rację z tą igłą. Maluchy przesłodkie:) Silne geny ma ten Lucek bo koźlaki rzeczywiście kropka w kropkę do siebie podobne:) Próbował Kanionek kiełbasy czy wszystko zwierzaki zżarły? kabaczkowa? A petrol na gałęzi to chyba jakiś porost z tych o plesze rozproszonej szczególnie że łatwo się na futro przenosi. Sinizna (czyli strikte grzyb) raczej tak nie brudzi.. ale kto to wie… przyroda cuda wyprawiać potrafi

    • kanionek 06/10/2016 at 11:13

      Fifa była jak mirabelka, a w ciągu ostatnich dwóch dni jeszcze urosła. Teraz też jeszcze nie koniec naszych zmagań z fifą, bo trzeba codziennie dezynfekować i paczać, czy aby się nie odnawia.
      Nie, jeszcze kiełbasy nie jadłam i podejrzewam, że i tak oddam wszystko zwierzakom, bo mi ich szkoda – coraz mniej fajnych rzeczy do jedzenia na łące i podwórku.

      • kanionek 06/10/2016 at 11:14

        I zaraz muszę kończyć Wam odpowiadanie, albowiem bierzemy kosy w dłoń i ruszamy trzebić teren pod pastucha na tej drugiej łące. Pogoda nadal cudowna…

  10. ciociasamozło 06/10/2016 at 09:39

    Piździernik miesiącem zagrzebywania się w ściółkę :(
    Zbudowana jestem wielce postawą Pani Wetki. Oby się towarzystwo umiało zachować i jej nie zniechęciło ;)
    Kolor drewienka nasuwa mi myśl, czy to nie ślad po zerodowanym miedzianym drucie?
    Czy poza wiatą na siano nie szykujecie osobnej obórki dla jajcarzy? Bo w obecnym stanie to ktoś z nerwów wykorkuje, i podejrzewam, że nie kozy ;)
    Ławeczka z wierzby „plączącej” bardzo, bardzo a ostatnie plony imponujace!
    Dzieci Bożeny pięknie puchate :)
    Czy Krystyna, Ela i Czesiek są już z resztą?

    • kanionek 06/10/2016 at 11:10

      Aaaale to strasznie dużo tych drutów by w lesie musiało być, bo te petrolowe drewienka są tu dość liczne – na dawnych bagnach, gdzie rosną tylko brzozy i tylko czarne koźlaki, jest tego najwięcej, i czasem w większych kawałkach. Też mi się z miedzią po przejściach ten kolor kojarzy, może i brała ona w tym wszystkim udział, choć z drugiej strony – podobno polskie ziemie w miedź są akurat ubogie. A może czegoś o tych terenach po prostu jeszcze nie wiemy.

      Tak, nowe trio chodzi ze stadem, to znaczy niby „z”, a jednak trochę jeszcze osobno :) Ale to ich wybór.
      Osobna obórka dla jajcarzy? Chyba masz na myśli DWIE, bo w jednej też by się pozabijali :-/ Nie wiem jeszcze, co my z tym fantem zrobimy. Najchętniej oddałabym komuś Lucka. Komuś, kto nie ma innych kozłów. Prawdę mówiąc od kilku miesięcy się zabieram za napisanie ogłoszenia…

      • ciociasamozło 06/10/2016 at 12:05

        Aaa! to na „pobagniu” te petrole!
        To mogą być jakieś związki żelaza :
        „Siarczan żelaza(II) – FeSO4.7H2O – powstaje w wyniku roztwarzania żelaza w kwasie siarkowym. Hydrat zwany jest witriolem żelaza i tworzy bladozielone kryształy.”
        „Heksacyjanożelazian(II) potasu – K4[Fe(CN)6] – żelazocyjanek potasu, powstaje po dodaniu do roztworu soli żelaza(II) cyjanku potasu. Tworzy jasnożółte kryształy. Związek charakteryzuje się dużą trwałością, na tyle dużą, że nie jest toksyczny. Ze stężonych roztworów kwas solny wytrąca biały osad wolnego kwasu – H4[Fe(CN)6]. Kwas w zetknięciu z powietrzem utlenia się z utworzeniem niebieskich produktów.”

        • kanionek 06/10/2016 at 23:40

          A mogą! Żelaza to tu pełno, zwłaszcza w wodach gruntowych i nawet 20 metrów pod ziemią.
          No ale wciąż nie wiem, skąd te witriole i heksacy… no petrole skąd się wzięły na grzbiecie koziarni. Jak złapię kogoś na gorącym żelazku, tfu, uczynku, to już będę wiedziała :)

  11. Monika 06/10/2016 at 10:26

    A ja dziękuję za Żozefinę – już za nią tęskniłam.

    • kanionek 06/10/2016 at 11:03

      Powiedziałabym, że ja też, no ale nie powiem. Dwie rozmowy telefoniczne i jedna twarzą w pysk, w ciągu zaledwie kilku godzin, i człowiek do końca dnia taki skołowany chodzi i się całkiem nie umie w życiu odnaleźć!

      • diabel-w-buraczkach 06/10/2016 at 15:12

        a co ma powiedziec gąsior! jezeli oczywiscie jeszcze jest wsród zywych…

        • kanionek 06/10/2016 at 23:36

          I dlatego musisz go namalować, czyli uwiecznić, bo u Żozefin wiecznie żywy to on nie będzie. Zupa ma być dla córki podobno, która nie wiadomo kiedy przyjedzie, ale myślał gąsior o niedzieli, a tu w środę przyszedł komornik :-/

  12. sunsette 06/10/2016 at 19:30

    O jaaaa…. Nowy wpis zupełnie z nienacka, ledwo w komentarzach poprzednich sie rozsmakowałam i w wieściach o Superwetce, a tu taki suprajz😊 Tylko ten gąsior to mnie załamał trochę. Czernina? Fuj! Szkoda gąsiorka…
    Tez myślałam, że ta posoka to po kolczykowaniu jakieś powikłania, a tu takie chłopaki wyrywne, no, no!
    U mnie najzimniej było wczoraj, 3 stopnie, dziś niby 10, ale nie czułam, że cieplej. Zebrałam pomidory zielone, bo się wystraszyłam, że przemarzną. Kanionku, a wiesz, że dynia piżmowa u mnie jeszcze eksperymentalnie od zeszłego piździernika leży? (Też lubię eksperymenty, a propos słoików twoich;)) Jakby kozom smakowała, to warto sobie posiać, bo plenna i można przechować długo. Chciałabyś nasiona? Niezbyt wybredna i w sumie rośnie byle gdzie.
    Pozdrawiam i idę dać jeść mojej kozie (niestety, mleka nie daje, ale za to jak grzeje!;)).

    • kanionek 06/10/2016 at 23:23

      No właśnie, fuj! Ja tego w życiu nie jadłam, ale wiem „co to”, bo dzieckiem niewinnym będąc i na wakacjach u prababci na południu Polski przebywając usłyszałam, że wujkowie jadą na polowanie na dzikie kaczki i ciotki będą robić czerninę (czernina, czarnina, czarna polewka, to jeden pies). I od tej pory to ani wujków, ani czerniny na oczy oglądać nie chciałam!
      I w ogóle się zastanawiam, czy Żozefin na pewno wie co robi. Ile tej zupy można zrobić z jednej ptaszyny?

      • kanionek 06/10/2016 at 23:24

        A nasionka to no pewnie, jeśli masz za dużo, to może w zwykłą kopertę i zwykłym listem…? Ja bardzo chętnie, zwłaszcza wszystko to, co samo jedzie i nie grymasi, że pod górkę ;)

        • sunsette 07/10/2016 at 08:39

          Nasionka są w dyniach jak na razie;) Nie potrzebuję aż tyle, wiec się zastanawiałam właśnie, czy opłaca się wydłubywać (jak mam nasiona to od razu czuję przymus, żeby wszystkie wysiewać, a potem mam dżunglę, jak w tym roku właśnie, bo jeszcze wymyśliłam sobie dynię hokkaido i jakąś na dodatek od koleżanki dostałam, potem jeszcze cukinia wylazła z kompostu sama;))
          Dziś u mnie był niestety przymrozek w nocy, więc nie wiem, co z tego wyniknie, dymiom może nie zaszkodził, ale cukinie chyba zasilą kompost… i wyrosną na wiosnę;)

          • kanionek 07/10/2016 at 21:36

            „jak mam nasiona to od razu czuję przymus, żeby wszystkie wysiewać” – mów mi o tym jeszcze :D
            A jak już się wysieje i widać nawet okiem Mająca, że za dużo tego wszystkiego, to i tak się sadzonek nie wyrzuca, no bo przecież skoro już wyrosły, to niech sobie żyją, dzieciaczki. I się je upycha gdzie tylko wolny centymetr kwadratowy pustką zaświeci…

  13. Lidka 07/10/2016 at 04:42

    Podesle stad ciepelka z checia. Dzis bylo prawie 30 stopnii Celsjusza i wilgotnosc prawie 89%. Powietrze stojace. Caly dzien. Geste, granatowe chmury. Za to wieczorem, jak nie pieprznelo, to – jak to w gorach mawiaja- ino roz…

    • sunsette 07/10/2016 at 08:42

      Lidka, Ty mnie nie drażnij !!! U mnie 0 stopni nadal. Słownie ZERO.

    • Kachna 07/10/2016 at 10:11

      30 stopni – straszne!!!!
      Wolę moje 3,5 rano…
      Ale to już chyba onegdaj pisałam, że ja z tych chłodnolubnych.
      No i nie wyobrażam sobie gipsu w 30 stopniach;)
      …………….
      „10” rano w samochodzie:
      – Mama chyba mi zimno.
      – Eee nie powinno jesteś ciepło ubrany.
      – Oj bo ja zobaczyłem , że mi powinno byc zimno bo tylko 3,5 stopnia….

      Siła sugestii wielka jest.

      • kanionek 07/10/2016 at 21:33

        Kachna – :D
        No bo tak, bo człowiek zobaczył, że powinno mu być zimno, i nie chciał wyjść na jakiegoś dziwaka :)
        A ja zawsze wyciągam rękawiczki we wrześniu, choć wszyscy mówią, że omatko, przecież to jeszcze nie zima. A co, to jesienią już zmarznąć nie wolno?
        30 stopni też uważam za straszne, ale 3,5 straszniejsze. Ja tam jestem człowiekiem kompromisu, poproszę 24 w cieniu i będę zadowolona.

        • Iza 08/10/2016 at 21:06

          26 C i wilgotność w dzień 24%, w nocy 50-60%, przyjmiesz? Szybko schnie pranie… Tylko w razie cuś to się pospiesz, bo oferta bardzo krótkoterminowa, niedługo zjeżdżamy do 20 C.
          A ja się już nauczyłam, że 30 C to jest nadal miły chłodek. :D

        • Melodia 09/10/2016 at 21:09

          Ja w rękawiczkach zaczynam chodzić przy ok. 10 stopniach na plusie. Inaczej ręce mi zaczynają wysychać i mam całe dłonie w małych rankach…

          Maluchy Bożenowe prześliczne – mają już imiona?

          Plony z ogródka piękne. Ja mam na parapecie dojrzewające niedobitki z ogródka rodziców, ale jeden już zapleśniał niestety. Ale one od zieleni startują.

          A gąsiorka może wypożyczysz, żeby Meliny miały trochę rozrywki przed zimą? Znając Żozefin może zapomnieć, że pożyczała…

          • kanionek 09/10/2016 at 23:04

            Niee, Żozefin by nie zapomniała. Za to Dżery już tak. Dżery zapomniał, jak pięć lat temu pożyczył ode mnie dwie dychy, i rok później trzy ;)

            Mam tak samo z dłońmi jesienią i zimą! Te małe ranki są OKRUTNE. Niby małe, ale pełno, i pieką przy byle okazji – sok z cytryny, detergenty…
            Wiesz, co mi pomogło? Super-w-kosmos-wyczesany krem do… stóp. Jakiś taki z serii „błyskawiczna regeneracja”, „ostatnia deska ratunku”, „pomocy, stopy mi uschły na wiór i odpadły”. Serio. W Rossmannie chyba kupowałam. Wystarcza posmarować raz dziennie, a nawet raz na dwa dni, najlepiej przed snem, żeby już nie zmyć. Tylko pamiętaj, szukaj takiego z wykrzyknikami, że jak już nic Ci nie pomaga, to tylko ten krem Cię uratuje.

            Maluchy nie mają imion! Straszne niedopatrzenie, granda i skandal, ale jeszcze się ich imiona nie ujawniły. My ostatnio do tyłu ze wszystkim, bo walczymy z przeciwnościami terenu pod pastucha na drugiej łące, a tam jest duuużo trudniej, niż na tej mniejszej łące, i nawet o rocznicy ślubu zapomnieliśmy (tak, znowu!), co była tydzień temu. Ale imiona się znajdą, na pewno.

    • ciociasamozło 07/10/2016 at 10:38

      Lidka, a Matthew Wam nie grozi?

      • Lidka 07/10/2016 at 14:19

        @ciociasamozlo, na szczescie Matthew nam nie grozi, ale beda dochodzic tutaj jakies koncowki w postaci wiatrow i deszczow. To, co wczoraj wieczorem nas uraczylo przyszlo znad Kansas i nie bylo to ladne. Ostatnimi laty, z jakiegos powodu dolina tornad przesunela sie bardzo na wschod, czyli Chicago praktycznie zaczyna byc w sasiedztwie. Stad te straszliwe burze.

        • nw 08/10/2016 at 01:36

          A ta dolina tornad bywa tez nazywana aleja? Bo tak mi sie gdzies obilo o oczy.
          Ze wszystkich zywiolow najbardziej przeraza mnie wiatr. Burze tez, a juz burza z silnym wiatrem to w ogole. Brrrr.

          • Lidka 08/10/2016 at 04:23

            Aleja- jak najbardziej! Dolina tez, bo tu gdzie mieszkam jest plasko, preria. Dziwne uczucie, kiedy zbliza sie tornado: kompletna cisza w przyrodzie, powietrze nie rusza sie, listek na drzewie nie drgnie, ptak nie przeleci. I to swiatlo: zolte chmury i swiatlo za nimi takie sztuczne, jakby ktos zaswiecil lampe. Czlowiek sie czuje bardzo nieswojo.
            Z zywiolow najbardziej przeraza mnie ogien. I blyskawice.
            I ja tez wole chlodniej. Dla mnie tutejsze lata sa mordercze, obrzydliwe i ledwo do przebrniecia. Gdyby nie klimatyzacja pewnie bym siedziala w domu i beczala. Po wyjsciu z domu tylko przez pierwsze piec minut czlowiek czuje sie jak kobieta, bo potem to juz ciuchy przyklejone do ciala, wlosy a la Diana Ross, a nakladac make up to w ogole nie warto, bo zaraz plynie.

          • kanionek 08/10/2016 at 17:04

            No to pomijając upały, mój małżonek byłby u Was zadowolony – on wypatruje burz i ciekawych chmur na niebie, i czasem wzdycha, że tutaj „nic ciekawego” pod tym względem się nie dzieje. Jest też trochę rozdarty emocjonalnie, bo z jednej strony chciałby zobaczyć jakieś ciekawe formacje burzowe, trąbę powietrzną, piorun z jasnego nieba rozszczepiający wierzbę na pół, no ale z drugiej – na co nam spalony las, zerwany dach i latające kozy, prawda ;)

    • diabel-w-buraczkach 07/10/2016 at 14:32

      Lidka, wez przestan! To podpada pod psychiczne znecanie sie!!! (nad nami biednymi, zmarznietymi i przemoklymi, z paluszkami struchlalymi, co sobie na nie chuchamy najpierw zeby móc cos na klawiaturze wystukac…)

      • kanionek 07/10/2016 at 17:16

        Ha ha ha! Akurat sobie chuchałam na te zdrewniałe opuszki palców, odpalając sekcję komentarzy :D

    • nw 08/10/2016 at 01:30

      Rety, to ja juz wole nasze kilka stopni. Upaly sa fe! A jeszcze ta wilgotnosc, zdechnac mozna… A jak jest chlodniej, to czlek sie moze jakos cieplej ogacic i juz jest lepiej.
      Bardzo mnie uradowala wizja Kanionka w rekawiczkach, moze i czapce, za to na bosaka:)
      Tylko sie obawiam, ze co na to nasze, slynace z tolerancji spoleczenstwo;) Moze Ty sie, Kanionku zaopatrz w jakis papier, zes dorosla i w pelni praw i mocy umyslowych, na wypadek, gdyby ktos chcial Ci dobrze zrobic (obuc, ogrzac) wbrew Twojej woli;)

      A opowiesc Kachny przypomniala mi taki stary program Traperow znad Wisly, w ktorym jeden z nich ogladal prognoze pogody i po wysluchaniu prognozy biomet (bardzo niekorzystnej) zaczal odczuwac wszystkie potencjalne, przytoczone przez pogodynke objawy: rozdraznienie, niepokoj, itp. I gdy juz, juz mial z tej narastajacej frustracji rozpoczac demolke w pokoju, pani pogodynka wszystko odwolala, gdyz albowiem pomylila sie:)

      • kanionek 08/10/2016 at 17:07

        Hłe, hłe :)
        Już teraz wyglądam dość kuriozalnie, nawet bez czapki – ciepłe rajstopy i spodnie, gruby sweter z golfem i zimowa kurtka, a stopy gołe. Ale mają normalny kolor, w przeciwieństwie do dłoni, które zaraz robią się sino-zielone. Może dlatego, że jak się idzie, to stopa pracuje, a ręce tylko głupio wiszą i marzną ;)

        • nw 08/10/2016 at 23:30

          W Skandynawskich krajach zgubilabys sie w tlumie:)
          Pamietam taki pozny pizdziernik, niemal listopad, dzien krotki, rano ciemnica, zimno, wietrznie, wilgotno. Ja okutana, cieple skarpetunie, buty na grubej podeszwie, a tu inne panie owszem, w kurtkach, za to w rybaczkach i crocsach na golych nogach:)
          Pamietam tez deszcz zgrozy, gdy o tej samej porze roku, wieczorem, zobaczylam pare mlodych ludzi z niemowlakiem, takim mniej niz pol roku, na rekach. A dziecko swiecilo gola lysinka w na tej pizdziawicy.
          U nas nie do pomyslenia.

          • nw 08/10/2016 at 23:31

            jezderkusie: dReszcz zgrozy, to raz, oraz skandynawskich, a nie Skandynawskich.

          • Lidka 09/10/2016 at 04:53

            @nw, podobnie tutaj ludzie chodza ubrani: kurtka, szorty i klapki. Male dzieciaki – gola pala i gole stopy. Zimny wychow. Po jakims czasie i ja tak sie zaczelam ubierac. I o dziwo, nie bylo mi wcale zimno. W Polsce takie wyjscie byloby nie do pomyslenia.

          • kanionek 09/10/2016 at 21:14

            No bo tak jesteśmy nauczeni: załóż czapkę, bo przez łeb najwięcej ciepła ucieka (zdania naukowców w tym temacie są podzielone), załóż skarpetki bo się przeziębisz, nie pij oranżady, bo ci się żaby w brzuchu zalęgną ;)
            Wiele takich „prawd życiowych” jest powtarzanych z pokolenia na pokolenie, bez namysłu i weryfikacji, bo… Bo mama i babcia przecież muszą mieć rację :)
            Już chyba o tym pisałam, ale nie byłam przeziębiona od trzech lat, co przez całe moje życie było nie do pomyślenia, bo co najmniej cztery razy do roku musiałam być chora, choćby i w lipcu. Brak kataru i zapalenia oskrzeli przez tak długi czas przypisuję temu, że mało przebywam wśród ludzi. Tutaj potrafię lecieć przez podwórko bez kurtki i czapki przy minus dwudziestu stopniach, bo mi się zwyczajnie nie chce trzysta razy dziennie ubierać i rozbierać, i nie choruję. W mieście? Zawsze w ciepełku, za to pod ciągłym atakiem bakterii i wirusów: w komunikacji miejskiej, w sklepach, w pracy…
            Tutaj, przypuszczam, mogę złapać tylko dwa wirusy groźne dla zdrowia: tego od boreliozy (ale odpukać, przez tyle lat nic) i tego od koziej głupawki (czuję, że mój system odpornościowy kiedyś wymięknie).

          • kanionek 09/10/2016 at 21:20

            Eee, dobra, boreliozę wywołują bakterie, ale z wirusów mamy jeszcze odkleszczowe zapalenie mózgu.

  14. zośka 07/10/2016 at 12:13

    Sobie zaszłam wieczorem nadrobić komentarze z poprzedniej notki, a tu taki suprajs:) Podoba mi się ta ławka, ma potencjał. Jak gałęzie będą grubsze, a ławeczka stabilniejsza to można tam sobie siedzieć i czytać, dziergać na szydełku, albo po prostu tylko siedzieć albo leżeć i nic nie robić. I zaraz mnie walniesz w łeb, bo przesz Ty masz zawsze co robić;ppp. A kozy nie zeżrą tej ławki? Natomiast kiełbasa mnie przeraża, wygląda jak obcy zrzucony z kosmosu, to na pewno nie jest zwykłe warzywo, ja się na obcych znam. Biedny Ziokołek, księżniczka z taką fifą, te dwie wredne Bożena z Ireną na pewno mają z Ziokoła beke.

    • kanionek 07/10/2016 at 21:28

      Niee, spoko, już mnie Irena wyszkoliła – nie dawać w łeb, tylko wlepiać mandaty!
      Na przykład mandacik karny za nieuważanie na blogu: ławka wierzbowa jest w ogrodzie, więc jej kozy nie zeżrą :)
      Gdyby była poza podwórkiem, to już po GODZINIE nie zostałyby z niej nawet gołe kikuty. Serio, wierzbę to kozy uwielbiają i żrą całe gałęzie, nie że tylko listeczki :D

      No prawda, Ziokoł wyglądał komicznie, ale fifa w niczym jej nie przeszkadzała, a najważniejsze, że nie ograniczała możliwości pobierania żarcia paszczą, bo to byłoby gorsze od jakichś tam podśmiechujek ;) A dzisiaj już prawie nie ma śladu po fifie – wczoraj jeszcze ją opróżniliśmy, bo znów trochę wezbrała, przy okazji urwał się kawałek martwej już skóry, i dzisiaj jest ładny, suchy strupek. Do kolejnego wesela się zagoi, a wesela planujemy na początku listopada. Pacanek już nie wyrabia w blokach startowych…

  15. Daszka 11/10/2016 at 00:14

    Czy Pacanek żyje i ma się już dobrze?

    • Daszka 11/10/2016 at 00:15

      Doczytałam właśnie. Wnioskuję, że chyba tak ;) „Pacanek już nie wyrabia w blokach startowych…”

      • kanionek 12/10/2016 at 01:25

        Daszka, dobrze wnioskujesz :) Pacanek wyglądał strasznie, ale to powierzchowne rany – kozy bez rogów zawsze obrywają po tych guzkach, które mają na głowie zamiast rogów, ucho krwawiło, bo pewnie mu Lucek rogiem o kolczyk zahaczył, a na pysku i szyi to już tylko pomazane miał, bo Lucek krew wroga miał na rogach. ALe gdyby ich zostawić wtedy ze sobą na dłużej, to różnie mogłoby się skończyć. Pacanek nie przyjmuje do wiadomości, że brak rogów stawia go na przegranej pozycji, i o swoje laski będzie walczył do upadłego.

        A dzisiaj zakochane były: Ela i Irena. Ela beczy tak, jakby właśnie umierała i prosiła przekazać babci Stefanii, że bardzo ją kocha i że to nie ona ukradła fajki z kredensu w dwa tysiące piętnastym. Serio – beczy długo i przeciągle. A Irena trzy razy złapała się w siatkę (ogrodzeniową), bo chciała lepiej się rozejrzeć, gdzie przetrzymujemy chłopaków. Dobrze, że miłość to tylko góry umie przenosić, a pastuchów elektrycznych nie bardzo ;)

  16. teatralna 24/10/2016 at 09:52

    no i zapomniałam napisać komentarza zanim doczytałam do konca wszystko mi uciekło….
    a ławeczka w pytkę będzie ))

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa