Umarł pomidor, niech żyje ogórek, czyli kozy na pięciolinii i życie pod prąd

Nie pomogły zastrzyki,

recenzje i pomniki

ni kwaśne mleko…”

(Fragment utworu „Śmierć poety” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego)

Ani nawet serwatka z koziego sera. No nic nie pomogło, choć ja akurat nawet nie próbowałam ratować tych pomidorów, a Żozefin spryskała szklarnię całą tablicą Mendelejewa i pomyjami z elektrowni w Czernobylu, i też nic jej z tego nie przyszło. O czym ja mówię? A o zarazie, co padła na pomidory, podobno nie tylko moje i Żozefinowe, ale wszystkie pomidory w całej okolicy. Żozefin uparła się, że to szara pleśń, a mnie to raczej wygląda na zarazę ziemniaczaną:

zaraza ziemniaczana zaraza ziemniaczana 2

No więc ona spryskała („Pani Aniu! Kupi mi pani taki środek na szarą pleśń!”, „No dobra, a on się jakoś konkretnie nazywa, czy wszystko jedno?”. „Szara pleśń się nazywa!), a ja nie, bo z zasady niczym swoich upraw nie pryskam, i stawiam na proste, a przez miliony lat sprawdzone mechanizmy ewolucji: przeżyją osobniki najsilniejsze i najlepiej przystosowane. Nie wyrwałam krzaków, choć żal patrzeć na ten pomór, bo moje pomidory jeszcze walczą, wypuszczają nowe liście i pędy, więc trzeba dać im szansę. Najlepiej, jak na razie, bronią się odmiany „Black Cherry” i „Tigerella”, z nasionek od Zeroerhaplus (a właśnie – gdzie jest Zeroerha?):

tigerella od Zeroerha 1 tigerella od Zeroerha tigerella od Zeroerha 2 black cherry od Zeroerha 1 black cherry od Zeroerha

No i oczywiście kiełbasa, która występuje poza konkursem, i podejrzewam, że żadna zaraza nie dałaby jej rady:

wychodzimy pies pod kielbasa

O, a tu JEDNA sadzonka, co położyła podporę w ogródku, ale sobie dopełzła do ogrodzenia i jedzie dalej:

kielbasiany najezdzca

Piękna roślina, zaradna, uparta, silna i delikatna zarazem, imponuje szybkim przyrostem masy i ma dobrze rozwinięte cechy kobiece – wszystkiego się czepia i idzie po trupach do celu, tylko nie nadaje się do szklarni, gdyż osiągnąwszy pułap sufitu zabudowuje go liśćmi i ze szklarni robi się ciemna piwnica.

Kapusta pod firanką poległa, bo firankę porwał wiatr, na co te wściekłe motyle tylko czekały, a ziemniaki zeżarła mi stonka. STONKA! Poletko ziemniaków miało kilka metrów kwadratowych, ot tyle, żeby na kilka jesiennych obiadów starczyło, a menda w paski i tak je wypatrzyła, sobie siadła i zjadła. Małżonek mówi, że to koniec świata, no ale szarańczy jeszcze nie było. Za to w tym roku po raz pierwszy od lat mogę powiedzieć, że mam ogórki:

ogory

Kilka takich wiader zebrałam i już się kiszą w piwnicy. O, a kolejną taczkę cukinii postanowiłam ususzyć w plasterkach, dla zwierzaków na zimę, a że się zrobiło słonecznie, to wyłożyłam je na tej wolierce, która służyła za odchowalnik dla małych kurczaków i gęsi:

suszenie cukinii

Ale długo nie posuszyłam, bo plasterki zwąchał Rosół i natychmiast zawołał wszystkie swoje małżonki:

kury i zlodzieje

A przecież dostają tej cukinii codziennie po dziesięć sztuk, wielkich jak maczugi, no ale to są kurczaki, i może Pimpacy ma rację, że tak ich nie cierpi, bo to wredny naród złodziejski i szkodnik i morderca. Kurczaki, nie Pimpacy. Chociaż Pimpacy czasem też. No w każdym razie nie ma suszonej cukinii, i zobaczymy, co naród dziadowski będzie zimą jadł, za to nareszcie mogę się pochwalić, że mamy już ogrodzenie elektryczne, które działa. Na razie ogrodzona została łąka północna, ta ze stawem:

e-pastuszek 5 e-pastuszek 4 e-pastuszek 3 e-pastuszek 2 e-pastuszek

I na początku drutów było cztery, bo mieliśmy niczym nieuzasadniony przypływ optymizmu, ale się okazało, że Kredens jest w stanie przeskoczyć pomiędzy drugim a trzecim drutem od ziemi (i jeszcze się okazało, że umie ryczeć basem), a Ziokołek to nawet nie skakała, tylko zwyczajnie przelazła, i nawet słowem nie pisnęła, gdy zahaczyła cyckiem o drut. Twarda z niej sztuka – Pacanek tylko nosem dotknął i odrzuciło go na pięć metrów do tyłu (ale musiał dotknąć jeszcze z siedem razy, żeby się przekonać, że nie lubi prądu i nie chce mieć z nim więcej do czynienia). Próba generalna była późnym popołudniem i nikomu już się nie chciało lecieć z rolką drutu, żeby dorzucić brakującą kreskę na pięciolinii, a następnego dnia rano przestał działać śliczniutki, nowiutki elektryzator, i główny dyrygent był bliski podcięcia sobie gardła smyczkiem.

Kupiliśmy drugi elektryzator, pociągnęliśmy ten piąty drut, i kozy odzyskały wolność:

kozy wolne owce tez wolne

Małżonek zrobił dla elektryzatora taką budkę:

budka

Od której idzie sobie kabelek zasilający, początkowo w rurce pcv:

kabel w rurce

A później po ścianie komórki na siano:

do komorki

A później wchodzi do komórki, gdzie znajduje się normalny, kulturalny włącznik. A gdybyście kiedyś potrzebowali gniazdka naściennego, a dysponowali tylko takim zwykłym, podtynkowym, to naścienne z podtynkowego można zrobić tak:

gniazdko natynkowe typu homemade

Pudełko po tym pilingu cukrowym trzymałam chyba ze cztery lata i jestem niemożliwie wręcz dumna z tego, że wcale nie trzymam po kątach zbędnych rupieci, tylko kluczowe podzespoły do instalacji elektrycznych. A małżonek już kończy budować swój własny elektryzator, na wypadek, gdyby sklepowy znów zawiódł:

elektryczne pomidory

To po lewej to cewka zapłonowa od starego BMW, a po prawej układ, o którym nie mam bladego pojęcia. W tle widać próbę przekucia porażki w sukces, czyli ocalałe z ziemniaczanej zagłady pomidory „Black Cherry” w zalewie słodko-kwaśnej, na zimę (nie pasteryzuję! Ogórków też nie). To wszystko będzie jakoś ze sobą połączone (oprócz pomidorów), tylko nie mam aż tak dużych pudełek po pilingu, więc cewka jest na razie bezdomna, za to firmowa etykieta na elektryzator już jest:

DSC05015

Tak wygląda oscyloskop:

oscyloskop

A tak krajobraz po zerwanej podłodze (tę właśnie robotę małżonek musiał rzucić, by zająć się elektrycznym pastuszkiem):

moj jest ten kawalek braku podlogi

A tak wygląda Kanionek, do którego nie przyjechał rycerz na spalinowej wykaszarce:

Kanionek z wykaszara

A pamiętacie ten dowcip o kobiecie, co jedzie autostradą, a w radiu mówią, że po autostradzie jakiś wariat jedzie pod prąd, a ta kobieta mruczy pod nosem: „żeby jeden! Ja tu już kilkunastu minęłam!”? No to ja też się kiedyś z niego śmiałam…

Pojechaliśmy w miniony piątek do Elbląga, załatwić jedną sprawę i pomacać węgiel. Może nie wiecie, ale dobry gospodarz zawsze maca węgiel przed zakupem, oraz indaguje wystraszone panienki z biura składu węglowego o zawartość siarki, popiołu, wilgotność, kaloryczność, i inne takie kwestie kluczowe. A przynajmniej małżonek tak robi. No więc pojechaliśmy organoleptycznie ocenić jakość naszego zimowego opału przed zakupem, a że nie do końca wiedzieliśmy, gdzie ten węgiel się znajduje, tośmy jechali tak trochę na „wydaje mi się, że”. No i po drodze trafił się Metalzbyt, to jeszcze zajechaliśmy pomacać zasuwki (do koziarni), siatki stalowe o drobnych oczkach (przyszłościowa szafka do dojrzewania serów w piwnicy), i przy okazji zapytaliśmy sprzedawcę gdzie ten węgiel, no i on nam powiedział, że trzeba pojechać mostem Unijnym, z mostu w lewo i zaraz w prawo, no i poszliśmy do samochodu roztrząsać kwestię, czy ten most tośmy już minęli i trzeba jechać w lewo, czy może jest jeszcze przed nami i z Metalzbytu trzeba skręcić w prawo. Po namyśle i trzech rzutach monetą wyszło nam, że jednak należy zawrócić, czyli w lewo.

No i tu dochodzimy do tego, co Kanionek odwalił za numer. Otóż dojeżdżając do drogi głównej, wziął i skręcił w lewo. I przez chwilę tylko się zastanawiał (ułamek sekundy króciutki), dlaczego u diabła musi przekroczyć linię ciągłą, ale gdy już ją przeciął, wszystkie troski poszły precz (słowo daję – miliony lat ewolucji, a mój mózg potrafi jedynie stwierdzić: “hej, coś tu jest nie tak, ale SPOKO, jedź dalej”), a małżonek to w ogóle niczego niezwykłego nie zauważył, bo w głowie już sobie ten węgiel przesypywał i torturował niewinne panienki, i tak sobie ujechaliśmy ze sto metrów, gdy jadący z naprzeciwka samochód (prawym pasem jechał) dał mi nerwowy sygnał długimi światłami. Spojrzałam na pokrętło od świateł Gwiazdolota – światła mijania włączone, spojrzałam w lusterka – nic nam się nie dymi, ani za nami nie ciągnie, więc o co mu cho… I nagle natenczas, a nawet na horyzoncie, nie tak bardzo znów daleko, oczom mym ukazały się samochody. Jadące po tej samej jezdni, lewym pasem, prawym pasem, a wszystkie w kierunku dokładnie przeciwnym do naszego, całkiem jakby nam na spotkanie. Noż urwał nać!

Udało mi się w czasie poniżej dziesięciu sekund wyhamować, wykonać manewr zawracania na trzy, i ruszyć w odpowiednim kierunku, z miną „jak gdyby nigdy nic”, zanim te samochody nas dopadły. A małżonek tylko stwierdził, że o jasny szlag, gdybyśmy się nadziali na gliny, to pierwsza tona węgla kosztowałaby nas ponad tysiąc złotych. Ja tu pod prąd, jak blondynka z dowcipu zaiwaniam, jak ten beton bezkomórkowy jednokierunkową w złym kierunku gnam, a ten mi o węglu! Ja tego do końca dnia nie mogłam przełknąć. Taki śliczny Kanionek, taki mądry, taki zdolny, takie ma ładne prawo jazdy od lat dwudziestu będzie z okładem, i jedyne dwa mandaty co w życiu dostał, to za się spieszenie do pracy, a tu taki… taki… no jak to będzie w moim CV wyglądało!? No jak dupa w elbląskim kanale maczana.

I taka już byłam do końca dnia zdenerwowana, że nawet nie pamiętam, jak żeśmy do tego węgla dojechali, i tylko taka scenka, co się pośród czarnych hałd rozegrała, mi w pamięci została, którą Wam pokrótce przedstawię.

Po zwyczajowym przesłuchaniu w biurze składu opałowego (popiół, siarka, klasa, badania, a czy węgiel w hali, czy pod gołym niebem), w wyniku którego Pani Obsługująca wpada w bełkotliwy słowotok (moja taktyka! Dużo mówić, żeby zmylić i zmęczyć przeciwnika), małżonek życzy sobie wizji lokalnej i macania trupa. Znaczy się surowca. Pani prowadzi nas czarnym szlakiem płyt betonowych pokrytych warstwą węglowego miału, wprost do takich eleganckich, murowanych z gazobetonu boksów („jak dla zwierzątek”, myślę od razu), a w każdym boksie mniejsza lub większa kupka węgla innego sortymentu. Nas interesuje groszek, czyli rozmiar 25-50. Bardzo nas interesuje. Wciąga i pasjonuje. Pani cofa się o trzy kroki i patrzy na nas jak na dwa zdziczałe lemury, co się urwały z rezerwatu: jeden lemur jest bosy i właśnie dokonuje inspekcji czarnych od węglowego pyłu podeszew, stojąc na jednej nodze i zaglądając sobie pod spód drugiej, a drugi lemur, ubrany jak na pogrzeb samego Lucyfera, kuca przy kupce węgla i rzuca wybranymi bryłkami o ziemię.

„To musi pan mocniej cisnąć, żeby się ten węgiel rozpadł” – podpowiada pani. „A to niedobrze” – ciska kolejną bryłką pogrzebowy lemur. „… i w ten sposób otrzymujemy stop stopy z węglem…” – mruczy do siebie bosy lemur, na co pani już nie wie, co powiedzieć, więc zaczyna dyskretnie stukać w swojego smartfona („Ale kogo tu wezwać – Policję, czy pogotowie?”).

A w poniedziałek rano…

Pakuję Wasze sery, zwyczajowo szastając taśmą, będzie już półtorej godziny, gdy do kuchni wchodzi małżonek (zajęty uprzednio montażem domku dla elektryzatora – żeby mu deszcz ze śniegiem na głowę nie padał, i w ogóle żeby mu się długo i dobrze u nas żyło), i mówi: „Kanionku, kozy to już by chyba chciały być wydojone, wiesz?”. „Tak?” – odwijam z trzaskiem kolejny metr taśmy – „A co powiedziały?”. „Yyy, ekhem…” – tu małżonek odchrząkuje dyskretnie, dla lepszej emisji głosu, „powiedziały: BEEEE!”. „Aha, no to faktycznie. Powiedz im, że zaraz kończę i do nich idę”. „Oczywiście, Kanionku, POWIEM IM” – mówi małżonek z miną troskliwego ordynatora oddziału psychiatrii dziecięcej. „A nie wiem, czy słyszałaś…” – tu przerwało mu kolejne „srututut” taśmy klejącej, „że ma być podobno tutaj w okolicy organizowany jakiś kurs sensownego pakowania paczek. Pojedziesz?”. „Ale że co – POPROWADZIĆ?”

kotki dwa

PS. A propos konia. Tu macie kilka fotek Kanionka na koniu, sprzed jakichś dziesięciu lat (robione takim aparatem, co lubił wszystko na zielono). Możliwe, że już je pokazywałam, ale nie pamiętam, więc się nie liczy:

My beautiful picture

My beautiful picture

My beautiful picture

I niech Was nie zwiedzie pozorny, sielski urok tych obrazków, że niby Kanionek taki śliczny, tak sobie ładnie siedzi na tym koniu, głową do przodu nawet, taki prawie jakby się na koniu urodził i konia z rzędem zjadł i beczką soli poprawił, a siodła, lonże i popręgi to mu z ręki jadły. Nie-nie-nie-nie. Kanionek na tym koniu był tak sztywny ze strachu (to był najwyższy koń w całej okolicy!), że po półgodzinnej lekcji trzeba go było kijem strącać, bo sam by nie zszedł. Małżonek mi kupił trzy lekcje (na urlopie na Kaszubach byliśmy, i to była znienackowa niespodzianka), i wierzcie – przez te trzy dni paczka Solpadeiny poszła. I nie myślcie sobie, że ja się tak z przyjemności uśmiecham – ten uśmiech miałam przyklejony na stałe, bo wyczytałam gdzieś, że koń WIE, kiedy jeździec jest niepewny siebie, a bardzo mi zależało na tym, żeby ten akurat koń nie wiedział, więc uśmiechałam się jak ta łagodna łania do mglistego wrzosowiska, ale wszystko na nic, bo koń i tak WIEDZIAŁ (to jakaś cwana klacz była), i wbrew instrukcjom tej pani na drugim końcu lonży próbował przechodzić w kłus (a moje serce w galop), albo stawać na tylnych nogach (a moje serce po prostu stawać), albo odwracał łeb, by popatrzeć na mnie kpiąco, i co ja mogłam? Się tylko uśmiechać, a w duchu powtarzać: „wszyscy zginiemy”. No więc ja się koni boję, ale podobno każdy strach można przezwyciężyć, a Bożeny też się przecież bałam, a teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. No więc ja nie mówię, że zaraz sobie kupię konia, ja tylko mówię, że bym chciała.

PPS. A z tą jazdą pod prąd, to nie żebym się tłumaczyła, ale akurat bardzo gorąco było, a w Gwiazdolocie na tylnym podszybiu suszył się cząber, a cząber ma zapach wprost OSZAŁAMIAJĄCY, i cała kabina Gwiazdolota była pełna tej atmosfery oszołomienia i pośpiechu, A W DODATKU był to dzień zaraz po niżu znad Morza Czarnego, a ja jestem psychobiometeopatką.

A wiecie, że dżem z jarzębiny leczy hemoroidy? To znaczy DOUSTNIE się go stosuje, a i tak leczy. Tak tylko pytam, dla odwrócenia uwagi.

ja tez sie susze

424 thoughts on “Umarł pomidor, niech żyje ogórek, czyli kozy na pięciolinii i życie pod prąd

  1. nw 26/08/2016 at 03:57

    Jesli pierwszy raz siedzialas na koniu mialas prawo miec stracha.
    Ale pani instruktorka powinna pokazac Ci jak wyglada prawidlowy dosiad, bo od niego duzo zalezy np. zdanie konia o jezdzcu;)
    Znalam kiedys takiego konia, klacz dokladnie, zlosliwa malpe, ktora tylko czekala, zeby jezdziec przesunal swoj srodek ciezkosci do przodu, pochylajac sie nieco naprzod np., i dawala taki strzal z tylnich kopyt, ze wiekszosc w takiej sytuacji leciala wysokim lukiem przez jej glowe na glebe:)

    • kanionek 26/08/2016 at 23:41

      Nw – ależ ona mnie UCZYŁA, jak wygląda prawidłowy dosiad, bo to podstawowa podstawa i oczywista oczywistość ;) ALE. JEDNAKOWOŻ. No cóż. Ja byłam w stanie skoncentrować się tylko na tym: „jeszcze siedzę, jeszcze siedzę, jeszcze siedzę” :D I w tym prawidłowym dosiadzie to mi się wydawało, że zaraz będzie „juz leżę”. Że nie wspomnę o tym, jaki człowiek się robi zdziwiony, że konia trzeba ściskać nogami, a mięśnie odpowiedzialne za to ściskanie kończą się po około trzech minutach! I już nie chcą niczego ściskać, tylko by tak sobie zwisały bezwładnie, jak u szmacianej lalki. I wtedy mi się wydawało, że jazda konno kosztuje więcej pracy, niż pchanie samochodu pod górkę, ale pani powiedziała, że to tylko na początku. Do tej pory nie wiem, czy to prawda, bo na „początku” się skończyło. Może dla mnie faktycznie tylko osioł…

  2. Lidka 26/08/2016 at 04:58

    Kanionek bardzo przystojny na tej klaczce. Kiedy bylam mala jezdzilam oklepem na naszym koniku pociagowym o imieniu Amor. Amor, jaki byl sliczny to tak byl humorzasty i uparty. Ale z jakiegos powodu upodobal sobie mnie do zabawy, a babce z furia zdejmowal chustke z glowy. Nauczylam sie tym oklepem tak dobrze i sprawnie jezdzic, ze po latach, kiedy zaproponowano mi przejazdzke w siodle – uwazam za jedno z najniewygodniejszych siedzen jakie moja szanowna miala okazje zaliczyc. Koniki kocham nadal.
    Laser, widac zalicza wczasy pod grusza na Gwiazdolocie do przyjemnosci tego zycia. Pozdrawiam goraco!

    • kanionek 26/08/2016 at 23:33

      O, Lidka, właśnie mi przypomniałaś. JAK się utrzymać na koniu jadąc bez siodła? Bo przecież brak siodła oznacza brak strzemion, tak? A koń jest szeroki, gładki i śliski!

      • Lidka 27/08/2016 at 00:48

        Ja sie „trzymalam” kolanami. I rekami za grzywe. Jakby zaczal galopowac na pewno bym spadla.

        • nw 27/08/2016 at 01:50

          E, nie, galop na oklep jest przyjemny. Prawdziwym testem jest za to klus:)
          No bo wez anglezuj bez strzemion – niby sie da, ale nogi trzebaby miec stalowe;) A bywaja konie z bardzo twardym klusem (nazwijmy to: slaboamortyzowanym).
          A juz nie wspomne co sobie mozna potluc o klab (kłąb) w klusie…
          Auuuuuuuuaaaaaaaaa.

          • Lidka 27/08/2016 at 03:09

            Nw, moja kosc ogonowa codziennie wypomina mi glupie lata mlodziencze…

          • kanionek 27/08/2016 at 23:01

            Czyli jednak osioł. Osioł woli iść powoli, za to chętnie pójdzie daleko.
            Co to jest anglezowanie? Pytam tutaj, bo jak wejdę na końskie forum to znów „obudzę” się około trzeciej w nocy ;)

          • nw 28/08/2016 at 02:43

            Och, zebysz chodzilo o kosc ogonowa;)
            Zreszta, zeby sie nia uderzec w klan (kłąb) trzeba by jechac nie tylko na oklep, ale i tylem:)

          • nw 28/08/2016 at 02:48

            Anglezowanie to odpowiednie unoszenie sie nieco nad siodlem w trakcie klusa,, w rytm krokow konia.
            Strzemiona sa w tym pomocne, choc nie powinno sie na nich opierac calego ciezaru. Pracowac powinny kolana, lydki, uda:)

          • ciociasamozło 28/08/2016 at 21:30

            Na oklep się, po prostu, nie anglezuje :) Tak jak kowboje, oni nie anglezują (ale i rzadko jeżdżą kłusem). Miałam okazję zostać przećwiczona z kłusa na oklep (na lonży) i po początkowym telepaniu się na wszystkie strony, rymsnięciu na glebę i ponownym telepaniu, doznałam czegoś w rodzaju olśnienia. Nagle moje ciało przestało być workiem kartofli tylko pięknie zsynchronizowało się z koniem. Magiczny moment! I okazało się, że wcale nie muszę ściskać kurczowo grzywy, a i nogi jakoś mniej się wysilały.

            Lidka, na pociągowym koniku „oklep” może być faktycznie wygodniejszy niż siodło! Mają taki cudownie szeroki, dobrze umięśniony grzbiet i kręgosłup dużo mniej wyczuwalny niż u gorącokrwistych wierzchowców :)

            Ech, przypomniałyście mi młodość ;)

          • kanionek 29/08/2016 at 23:07

            A dla mnie kłusy, stępy i galopy to wciąż tylko pojęcia teoretyczne, i mogę sobie jedynie wyobrażać, że raz jadę szybciej, raz wolniej… ;)
            Obawiam się, że mój koń, jeśli kiedyś taki tu będzie, będzie znał bardzo dziwne komendy: „no ić”, „no weś”, „halohalo” i „omójboże”.

          • nw 29/08/2016 at 00:59

            Ciociu, masz racje, ze na oklep anglezowanie jest unmöglich:) Choc mozna probowac;)
            Ale tez nie na kazdym koniu klus jest przyjemny bez anglezowania. Sa konie tak twarde w klusie, ze jazda na oklep moze skonczyc sie powaznymi otarciami, a nawet stluczeniami:)
            Za to galop jest bardzo przyjemny:) Tylko warto uwazac przy przejsciu z galopu w klus lub step, bo mozna wyladowac na klebie wlasnie, a to boooooli, ojjjj…

  3. A 26/08/2016 at 08:02

    W Kanionkowie jest tak … z charakterem (no chociazby ta firmowa etykieta!)
    Podziwiam Cie, Kanionku, niezmiennie

    • kanionek 26/08/2016 at 23:23

      Dzięki, A :) Etykieta jest dziełem małżonka – czasem gdy długo siedzi nad czymś skomplikowanym i mózg mu się zwinie w trąbkę od nadmiernego wysiłku, to dla odmiany zrobi coś właśnie takiego.

  4. Ania W. 26/08/2016 at 08:37

    Ja też podziwiam! Bardzo!

    • kanionek 26/08/2016 at 23:30

      Dzięki, Ania W. :)
      Wiesz, my tu jesteśmy sami jak te dwa palce alpinisty, któremu osiem zmarzło i odpadło. Nie licząc futrzaków, oczywiście. A że obydwoje jesteśmy pesymistami i łatwo popadamy w deprę, to od czasu do czasu musimy zrobić coś głupiego/śmiesznego/niecodziennego, żeby nie umrzeć na nagły przypadek nudy/zmęczenia/frustracji ;)

      • Ania W. 27/08/2016 at 13:32

        No ale jesteście kurcze tacy naprawdę porządni, mądrzy i dobrzy! I to szczerze podziwiam!

        • kanionek 27/08/2016 at 22:54

          Nieee no, dajta spokój z tymi pomnikami.
          I nic już więcej nie dodam, bo jak napiszę, że jesteśmy w wielu aspektach całkiem przeciętni, to ktoś napisze, że wcale że nie, i wtedy ja będę musiała napisać, że a właśnie, że tak, i tak w kółko ;)

  5. teatralna 26/08/2016 at 09:22

    i znów będę podchodzić na trzy, bo za jednym machem nie dam rady, no więc moje pomidory spotkało to samo(((( tylko ja myślałam, że z powodu rośnięcia poza szklarnią i z powodu opadów ciągłych od 2 miechów… wszystkie zielone zerwałam i wsadziłam do skrzynki żeby sobie doszły a tym czasem… padają jeden po drugim. kuramać.
    Ogórki zaś jakoś dają radę))

    • kanionek 26/08/2016 at 23:14

      No szkoda tych pomidorów, fakt, bo się człowiek nacacka z sadzonkami na wiosnę, a potem długo czeka na efekty, ale ja już się przyzywczaiłam, że w ogrodzie jak nie urok, to sraczka. Zwłaszcza, gdy się jedzie w stylu eko-sreko ;)
      A teraz coś mi mignęło, że już kilkanaście ognisk afrykańskiego pomoru świń w Polsce wykryto, i muszę poczytać ki diabeł, i czy moje kozy są bezpieczne.

      • teatralna 30/08/2016 at 06:37

        Kanionek nieśmiało zapytuje o sery… yyyyy
        i zaraz do ciebie napiszę chyba nie czekając na maila od Ciebie…
        czyli na kiedy dostawa przewidywana ?

        • kanionek 30/08/2016 at 15:15

          Ooo, panie… To zależy, czy już jesteś na ekskluzywnej liście, czy jeszcze nie. Bo jeśli jesteś, to wg listy (i przepraszam, że nie pamiętam, ale lista jest długa i skomplikowana :D), a jeśli nie, to w październiku…
          Był czas, że nie wiedziałam co z mlekiem zrobić, a teraz nie wiem, jak pocieszać strapionych. To znaczy długo oczekujących. A kozy grają mi na nosie! Cały czas o 40% mleka mniej, niż sobie Gupi Kanionek zakładał. A że idzie jesień, to teraz mleczność będzie już tylko spadać :-/

          • teatralna 04/09/2016 at 16:04

            japierdzielę Kanionek nie wypada mi tu, więc maila napiszę w sprawie serów. a może jednak jestem na liście, choć nie podałam konkretów, bo pisałam maila wcześniej ale nie odpisałaś…
            A ja tu widzę, że się rzecz w mym mieście ulubionym dzieje ))
            i się jazdą pod prąd nie przejmuj każdemu się kiedyś zdarzyło…

          • kanionek 04/09/2016 at 23:29

            TEATRALNA! Aż musiałam kapitalikami. To JA czekam na Twój e-mail, bo sprawdziłam skrzynkę aż do czerwca (włącznie), i niczego od Ciebie tam nie ma!

          • teatralna 04/09/2016 at 16:27

            i jeszcze dodam uprzejmię info dla Twego męża, że pakujesz te paczki doskonale i profesjonalnie, co prawda metody nie widzę w przeciwieństwie do Niego ))) i się tu wywnętrzę, że tylko tymczasowy przypływ zdrowego rozsądku mnie uchronił od golnięcia z butelki, bom se pomyślałam…no właśnie nie wiem, co se pomyślałam, chyba że rozdajesz swoje nalewki ;-)

          • kanionek 04/09/2016 at 23:32

            Teatralna, no ja Cię proszę – naleweczki w takich paskudnych plastikach? Butelki 1,5 l przywozi mi (puste) znajoma, bo wie, że mi się przydają. Teraz już będę pisać na nich (już piszę, ale czasem zapominam) czarnym mazakiem: „MROŻONA WODA, nie żaden eliksir młodości”.

  6. sieka 26/08/2016 at 09:48

    Kanionku, czy może KONIOnku! Czy mogę do kolekcji zdanie: „uśmiech łagodnej łani do mglistego wrzosowiska”? Bo ja, trzeba Ci wiedzieć, kolekcjonuję szczególnie interesujące (oczywiście w subiektywnym mniemaniu) zdania. W kolekcji mam (to od mojego Małżonka): „lawinowe domino zmian” i jeszcze jedno od znanej celebrytki (nie napiszę jakiej): „desperacja widoczności własnej osoby”. Mam nawet tablicę korkową na której przyklejam kartki z takimi cudami. Czytanie ich poprawia mi humor. No to co? Mogę?

    • kanionek 26/08/2016 at 23:11

      Ależ prosz :) Będę zaszczycona, mogąc się znaleźć w jakiejkolwiek kolekcji (poza kolekcją robali; kolekcja robali nie brzmi dumnie).

  7. pluskat 26/08/2016 at 10:00

    Kanionku, brawo za refleks, wykonalas najszybszy zwrot na szosie. Ale jak kosisz, zakladaj suchawki i te przylbice, bo nigdy nie wiadomo, czym mozna oberwac. A przepis na te pomidorki gdzies sie znajduje? Poza tym jak zwykle masa przyjemnosci z czytania. Czy lesniczy teraz juz sie od Was odczepi?

    • kanionek 26/08/2016 at 22:55

      Dzięki, Pluskat. Przyłbica mnie zaczęła wkurzać, bo w połączeniu ze słuchawkami zawsze coś mi się zsuwało, więc w końcu ciepnęłam wszystko w pierony, i zostałam z tanimi okularami przeciwsłonecznymi. W końcu oko najważniejsze, zęba można dorobić ;)

      Pomidorki. Najlepiej użyć koktajlowych, ale akurat te Black Cherry też się nadały, bo nieduże są. W słoiki wrzucasz po ząbku czosnku, kilka ziaren pieprzu, szczyptę gorczycy, ze dwa lub trzy ziarna ziela angielskiego i liść laurowy, ja dodałam jeszcze po jednej, suszonej papryczce ostrej. No i układasz pomidorki, a później wszystko zalewasz WRZĄCĄ zalewą: na litr wody szklanka octu, szklanka cukru i dwie łyżki soli. Można dać więcej octu, do smaku. No i niektórzy pasteryzują, a ja właśnie nie. Nie ma ryzyka rozgotowania, a ocet w zalewie powoduje, że się i tak nie zepsuje. Ogórki korniszony też tak robię od ubiegłego roku, te z papryką też. Normalnie wszystko jak zawsze do słoików, zalewę gotuję w garnku kilka minut, potem słoiki zalewam wrzącą zalewą, zakręcam, odwracam do góry dnem (przynajmniej widać, czy zakrętki trzymają szczelnie) na jakieś 10 minut, potem stawiam już normalnie aż do ostygnięcia. Wychodzą kruche i smaczne, a z pasteryzacją ogórków jest ten problem, że łatwo przesadzić i są zbyt miękkie.

      Leśniczy ma ostatnio dużo na głowie, bo kolega poszedł na urlop, ale mam nadzieję, że jak wpadnie, to będzie zadowolony :)

  8. zośka 26/08/2016 at 10:10

    Na oko to sielanka u Was:)) Mnie ta etykieta firmowa elektryzatora rozwaliła i koziołek z takimi gałami jak spiralki, no padłam, made my day girl, dzięki:)) Jeszcze jak mi powiesz, że sama narysowałaś tego koziołka, to doprawdy zdolna jesteś bestyja:))) W ogóle Kanionkowo jest niezwykłe, jesteście niemożliwi oboje, czapki z głów. Pozdrawiam Was serdecznie:)

    • zośka 26/08/2016 at 11:02

      oraz czy tylko ja mam wrażenie, że te dwie owce, to jakieś kosmity są? Od początku je obserwuje i mam przekonanie, ze one są dziwnie ” na boku” całej wesołej gromadki, nie integrują się z nikim, one tylko patrzą, myślą i pewnie w nocy jakimś grypsem wysyłają w koszmosz raporty….

      • kanionek 26/08/2016 at 22:22

        Nie no, oczywiście, że nie tylko Ty masz takie wrażenie! My się z Baśkami znamy już prawie rok, a ja dalej ciemna jak tabaka w rogu, i nie wiem, co one knują. Zwłaszcza Doktor Ekspert mi wygląda na taką bezlitosną przeoryszę klasztorną (oczywiście z innej planety), co jakby mogła, to by mi zorganizowała publiczną chłostę wiązką ostu i pokrzywy. Może właśnie nad tym pracuje… Dlatego staram się wkupić w łaski Baśki, tej bardziej przyjaznej owcy, i liczę że w razie czego da mi znać, co się święci.

    • kanionek 26/08/2016 at 22:43

      Zośka – no pewnie, że każda sielanka najlepiej wychodzi na zdjęciach. Cisza, spokój, nic nawet nie drgnie…
      A koziołka to małżonek zmajstrował. Nie, rysować nie bardzo umie, ale znalazł coś w sieci i trochę poprawił. Na przykład dorobił mu owo elektryzujące spojrzenie. Ja kiedyś rysowałam jak głupia. Mama nie nadążała bloków rysunkowych kupować, i myślała, że się do szkół dla artystów będę wybierać, ale mi przeszło i teraz jak MUSZĘ coś narysować, to się zmuszę, ale ręka już nie ta, co kiedyś. Buziaki :)

  9. Barbarella 26/08/2016 at 10:26

    Etykieta firmowa prima sort, ale obecna obudowa elektryzatora też znakomita, i do góry nogami w ramach strategii zmylenia przeciwnika! A żeby jeszcze bardziej zmylić przeciwnika, to powinnaś chodzić tyłem i w jednym bucie, wtedy juz by się za nic nie połapał, jak na Śląsku (mój mąż zawsze jak jedzie przez Śląsk, to mówi, że oni cały czas mają oznakowanie przygotowane na atak najeźdźcy okupanta, za nic nie można się połapać) (ale nie wiem, czy chodzi o Górny Śląsk, czy o Dolny, bo mi się mylą, bo Dolny na mapie leży wyżej!).

    A co do zapachu cząbru w samochodzie, to kolega nam ostatnio opowiedział taką przygodę, jak został sam w domu na weekend, bo żona z dzieckiem wyjechali do rodziny, no więc się zrelaksował, odpalił skręta, zdążył parę razy pociągnąć, a tu DRRRYŃ! – ksiądz po kolędzie. Spanikowany otwiera drzwi, ksiądz wchodzi i podejrzliwie wącha, wącha, zaciągnął się zapachem, kolega już ledwo żyje i czeka na reprymendę, a ksiądz:
    – HMM, JODŁA! Jeszcze świętami czuć!
    I takiego księdza to ja rozumiem.

    • kanionek 26/08/2016 at 22:37

      No tak, głupio mu się było przyznać, że wie doskonale co to za aromat, więc palnął jodłę, żeby wilk był syty i króliczek wielkanocny cały. I dlatego ja bym nie mogła być księdzem, bo zanim mój mózg by się ogarnął i wymyślił takie wyjście z sytuacji, to już by było po kolędzie, a nawet po wakacjach. A tyłem, choć bez buta, to owszem, dzisiaj chodziłam. Dlaczego mnie tak boli łeb, gdy się zbiera na silny wiatr? I ten sztylet w oku.

  10. Ajka 26/08/2016 at 10:27

    Bobry!
    Kanionku, życie mi ratujesz nowym wpisem :)
    Siedzę na meeeeeeeega nudnym szkoleniu, jest na tyle nudne i słabo prowadzone, że jedna z managerek powiedziała, że powinno się nam zapłacić za słuchanie go i pracę w szkodliwych warunkach ;)
    Na szczęście szkolenie jest na komputerach, więc wczoraj nadrobiłam ostatnie komentarze. A dziś niespodzianka! w poczcie informacja o nowym wpisie :D

    Ogrodzenie wygląda mega fachowo, serio! jest bardzo estetyczne :)
    Na zamówienie serów zbieram się już od dawna… Jak wrócę z delegacji to się odezwę, szczególnie mam smaka na te wędzone.

    Jazdą pod prąd się nie martw ;) miałam podobny przypadek, że na skrzyżowaniu jechałam w lewo i zjechałam nie tym zjazdem, w końcu trafiłam na dobrą jezdnię, ale wjechałam na nią jadąc pod prąd i jeszcze pukałam w czoło do kolesia, który jechał prawidłowo :D – jeśli ktoś kojarzy to koło mac donalda w Gdańsku Oliwie, jak się wjeżdża na grunwaldzką w stronę Gdańska, koło Parku Oliwskiego – zawsze mam tam problem. Tam jest taka durnowata wysepka na środku :D

    Na koniach jeździłam ze 20 lat temu. Spadłam i baaardzo się potłukłam. Nie miałam już potem takiej frajdy. Ale ja jeździłam na wielkopolakach, które miały po 180 cm w kłębie i były mega płochliwe. Myślę, że konik polski jest spokojniejszy, no i jest zdecydowanie mniejszy :D I potwierdzam, odchylenie się do tyłu poprawia komfort jazdy – choć w sumie trochę to się wydaje wbrew naturze, bo przerażony człowiek najchętniej by się skulił :D

    Rozwalił mnie Laser- Hot Dog. Nasza czarna też tak robi – kładzie się na kaflach na balkonie i się smaży na słońcu. Potem wraca do domu, kładzie się pod drzwiami i dyszy. Jak się wydyszy wraca robić hot doga :D

    • kanionek 26/08/2016 at 22:27

      Na nudne szkolenia (i inne długie spotkania służbowe) najlepsze jest Bullshit Bingo! Wygugluj sobie, bo gdzieś miałam, ale nie chce mi się teraz szukać. Z Bullshit Bingo zapoznał mnie małżonek wiele lat temu, i zdechłam :D

      Te czarne tak chyba mają – kumulują energię słoneczną, zapewne w niecnych zamiarach. A Wasza czarna też lubi zakopać się pod kołdrą, zawinąć w szczelny krokiecik, i nie wychodzić, dopóki ostatnia komórka mózgowa nie zawoła: „litości! Tlenu!”?
      Laser powinien już nie żyć. Ale nie narzekam, bo mam z niego zimą całkiem fajny termofor :)

  11. buskowianka 26/08/2016 at 11:36

    1. U nas też pomidory jakoś chorują w tym roku :(
    2. I love Baśki :D Ta pogarda, z jaką patrzą na resztę towarzystwa.
    3. Jazdą pod prąd się nie przejmuj, to chyba jakieś zbiorowe zaćmienie http://kontakt24.tvn24.pl/polska,496/pedzi-pod-prad-i-zmusza-kierowcow-do-unikow-samobojca,209962.html
    4. Pięknie u Was!
    5. To ile metrów ogrodzenia teraz macie (tym samym, ile ma Kanionek do wykaszania)?

    Pozdrawiam całe stado :)

    • kanionek 26/08/2016 at 22:13

      O, znam tę obwodnicę. Tam to faktycznie wpaść pod prąd nie jest śmiesznie, bo ruch spory i prędkość wyższa, niż w mieście. Pewnie bidulka miała cząber w kabinie, a do tego czwartek – niż znad Morza Najczarniejszego, i w ogóle. No i ja rozumiem, że się facet zdenerwował, ale chyba nie sądzi, że ona specjalnie sobie pod prąd wjechała? Współczuję, bo musiała się najeść nerwów, strachu i obciachu, całkiem jak ja.

      Metrów małżonek naliczył 300, albo 350. Na pierwszy rzut kosiłam szerokim pasem, nawet po półtora metra z każdej strony ogrodzenia (bo np. oset i pokrzywa lubią wyrosnąć wysokie, i mogłyby się kłaść na druty podczas wiatru lub ulewy), a już po około dziesięciu dniach musiałam cały ten odcinek przelecieć z nożycami do żywopłotu, bo gdzieniegdzie źdźbła trawy już dotykały najniższego drutu. A że padało, i były mokre, to miejcami było słychać, jak ogrodzenie „cyka”.
      Jak sobie pomyślę, że ta druga łąka jest jeszcze gorsza, pod względem zarośnięcia (krzaczory pod ścianą lasu), i większa, to już mnie ręce bolą! No ale na razie nie mamy tyle słupków, ani drutu, żeby drugą łąkę zrobić. Może później, na jesieni.

      • becia 30/08/2016 at 17:09

        To teraz zrobię to czego Kanionek nie lubi ;) a wiec SŁYSZAŁAM gdzieś ale nie pamiętam gdzie że niektórzy to polecają wypalenie trawy pod drutami. Z takiemi lancyma ognistymi chadzają i se palą a co…
        Ten tego, tak tylko cicho mamroczę sobie pod nosem bo mi poziom kofeiny znacząco spada we krwi ;)

        • kanionek 30/08/2016 at 22:06

          Becia, Ty wiesz, gdzie by mi leśniczy tę płonącą lancę wetknął, gdyby mnie z nią zobaczył?! Toż ja mieszkam w lesie. W LESIE. Nie, że trzy drzewa na krzyż i zagajnik rabarbaru, tylko naprawdę w lesie. Ta łąka jest z każdej strony otoczona lasem, a prawie pośrodku tkwi sobie nasz dom. Połowa łąki od wschodu to jeszcze pół biedy, bo między łąką a lasem (świerkowym, ze ściółką pełną starych, suchutkich igieł – takie coś się pięknie pali) jest droga leśna, czyli pasek piachu z kamieniami. Ale druga wschodnia połowa, południowa i zachodnia to wygląda tak, że gdy kosiłam pas pod pastuch, to niechcący skosiłam borowika, a małżonek wyciął dwa koźlaki spod drutu, więc rozumiesz… Ta druga częśc łąki, jeszcze nieogrodzona, będzie w ogóle trudniejsza, bo granica między łąką a lasem jest baardzo umowna. Las częściowo wprasza się na łąkę, a łąka się broni produkując jakieś krzaki ;)

          No chyba… No chyba, że Ty mówisz o „wypalaniu” randapem („Roundup” marki Monsanto), czyli opryskach herbicydem. Nie wiem, nie wiem. Nie jestem fanką trucia roślin i ziemi takimi środkami. A jakby mi koza zeżarła takie opryskane, ale jeszcze nie całkiem umarłe?

          • becia 30/08/2016 at 22:38

            Nie, nie Randap ja myślałam o wypaleniu ale rzeczywiście w Twojej sytuacji to kompletne nieporozumienie by było

          • wersja 06/09/2016 at 16:57

            cześć :) nie pryskaj roundapem, gdzieś czytałam, że np u klaczy powoduje poronienia (pewnie jak podjedzą takiego spryskanego, a jeszcze nie uschniętego).

  12. RozWieLidka 26/08/2016 at 11:54

    Nie ma to jak nowy wpis Kanionka na początek urlopu 😀😊😊

    • kanionek 26/08/2016 at 22:00

      Nie ma to jak urlop! Zazdroszczę i życzę udanego :)

      • Lidka 27/08/2016 at 01:03

        A co to takiego URLOP?! Zazdroszcze…:((

  13. diabel-w-buraczkach 26/08/2016 at 13:00

    Z wlasnego doswiadczenia to ja nawet powiem tak: ze pomimo tych milionów lat ewolucji mózg mówi czasem: “hej, WSZYSTKO tu jest nie tak, ale spoko, jedź / rób dalej” :)))

    Sciskam serdecznie oba pozytywnie stukniete lemury, nawet brudne od wegla.

    • kanionek 26/08/2016 at 21:59

      No, a najgorsze, że wszystko mu jedno, czy akurat sypiesz sobie sól do herbaty, czy jedziesz kupą złomu na czołówkę – „oj tam, oj tam, pomyliłem się, o co tyle pretensji? A zobacz, jaki ci ładny wieniec rodzina kupiła!”.

  14. Iza 26/08/2016 at 13:52

    Wpis jest tak cudny, że nie wiem, która część mi się bardziej podoba – ta o lemurach na węglu, ta o jechaniu pod prąd (ale w sumie to Kanionek zawsze pod prąd niejako, więc w sumie – nic dziwnego), czy ta o stoickim podejściu Ziokołka do prunda i o całej fence-related reszcie. Wszystkie są cudne, i tyle. :) :)
    Co do mózgu natomiast, to mój mi wysyła sygnały konfuzji niejakiej. Bo podobno nawet jak się człowiekowi wydaje, że wszystko jest OK, ale za dużo ludzi zaczyna mówić, że nie jest, to należałoby dokonać weryfikacji…
    No więc najpierw tutejszy bank powiedział mojemu małżonkowi „Panie, a po co panu ta baba? Zapomnij pan o niej, rezydentką nie jest, to pan możesz być wolny elektron i co komu do tego? Wszystkim tak będzie łatwiej…”
    A dzisiaj z kolei urząd państwowy powiedział „Panie, no dobra, widzę żeś pan się dawno temu z tą babą ożenił, ale to po prostu nie do uwierzenia, żeś pan się jeszcze z nią nie rozwiódł…” No i w ten deseń odmówił wydania istotnego kwita. :(
    Chyba powinnam sobie gdzieś ustawić status „to skomplikowane…” Albo cuś. Bo nawet butelka po rocznicowym szampanie weszła już w posiadanie śmieciarzy i aktualnego dowodu rzeczowego brak.

    • kanionek 26/08/2016 at 21:57

      Ooo, to faktycznie skomplikowane; mój mózg (dzisiaj ze sztyletem w oku, na okoliczność szalejącego wichru) rozłożył się na płasko, stwierdził że „nic nie rozumię” i zażądał czegoś do jedzenia :D
      Ale na wszelki wypadek współczuję, bo skoro urząd odmówił wydania jakiegokolwiek kwitu, to już jest wystarczający powód.

    • Lidka 27/08/2016 at 01:16

      Iza, ja nie mam zadnego dowodu na to, ze bralam slub z rzeczonym facetem, bo bralismy slub w grudniu i nam aparat zamarzl byl w samochodzie pod urzedem. No, mam marriage certificate. Na napomkniecie meza, a moze bysmy se jakies zdjecia po- slubne strzelili malzonko? „Kochanie, bralismy slub w rocznice ataku na Pearl Harbor. Jakby nie patrzyl to i to disaster…”

      • Iza 27/08/2016 at 09:25

        Nas miała fotografować niezależnie trójka znajomych – dwoje nie dojechało, a trzeci zapomniał aparatu. :D Żeby nas pocieszyć, Ojczyzna po wielu latach ustanowiła rocznicę naszego ślubu świętem państwowym (inaczej to uzasadnili oficjalnie, ale chyba o to chodzi, nie? :D ). Rocznicę urodzin naszej najmłodszej zresztą również. :)
        Ale wiesz, na potwierdzenie ślubu to jest chociaż odpis aktu. A ja się właśnie zastanawiam, jak udowodnię BRAK rozwodu, gdyby urzędnikowi nie wystarczył brak adnotacji o takowym na świeżutkim odpisie, który właśnie ściągam z Polski. Nie jestem wielbłądem, nie jestem wielbłądem, nie jestem…

  15. cornick 26/08/2016 at 17:46

    a mnie koty urzekły, jakie cudne, ukradłam i mam je już na tapecie. Addio pomidory:D

  16. becia 26/08/2016 at 17:54

    A Pani Kosiarz to na randkę z chwastami też boso szła? Bo jak tak to podziwiam, ja bym się bała żmijowatych. A z powodu przypadku na drodze proszę się nie batożyć, dawno już sądy uznają pomroczność jasną za całkiem słuszne usprawiedliwienie. Jarzębina dobra na hemoroidy? Biedne kozuchy. To przecież dla nich tak poszukiwałaś jarzębiny ;). A propo kózek. Dziecię me pierworodne kazało mi zrobić spis kanionkowego stada bo chce wybrać JEJ kozuchę ulubioną. A więc tak- mamy półkozła; Andrzejka; kozły: Lucka, Pacanka oraz Sylwka i Irenkowe trojaczki, jeśli jeszcze do weterynarza nie trafiły na pozbawienie klejnotów. Kozy dorosłe: Tradycja, Bożena, Irena, Krówko, Roman, Pipi, Kachna, Kawka, Herbatka, Kredens, Szarik i Tereska oraz panienki: Małabożenka i Małe zło. Łącznie 21szt. Zgadza się Kanionku? Córa na ulubioną wybrała Kawkę i zapytanie ma czy to miła kózka, czy dużo mleka daje i co lubi jeść. Taka ciekawska zaraza z niej.:)

    • kanionek 26/08/2016 at 21:50

      Becia – boso nie, bo tam osty i pokrzywy! A ich boję się bardziej, niż żmii, bo żmija ucieka przed hałasem, a osty i pokrzywy nie :)
      Wczoraj za to polazłam, oczywiście boso, zerwać trochę tej jarzębiny, co rośnie na skraju lasu, i nie zauważyłam dorodnej pokrzywy wśród trawy, no i jak wdepnęłam całą stopą, to uwierz, paliło mnie do wieczora. Z chodzeniem boso po lesie nie ma takiego problemu – jeśli zdarzy się pokrzywa, to widać ją wyraźnie na tle leśnej ściółki, a żmije naprawdę unikają kontaktu z człowiekiem, i wystarczy im szelest liści, czy trzaśnięcie gałązki, i już ich nie ma. Nie dalej jak kilka dni temu jedna taka młodziutka czmychnęła w las, gdy byłam dobre dwa kroki od niej.

      Jarzębiny jest u mnie niewiele, więc jeśli coś ususzę, to raczej dla kurczaków (wredny, podły naród, no ale sami sobie nie zrobią zapasów na zimę), a dżemik zamierzam zrobić w ilości równie skromnej, dla siebie. Wiem, że używa się go do mięs, ale do herbaty też nikt mi nie zabroni, a jestem po prostu ciekawa, jak smakuje.

      Kawka – wspaniały wybór! Mówię do niej „afrykańska królowo”, bo jest piękna, dumna, smukła i w kolorze gorzkiej czekolady. To bardzo mądra, rozsądna koza, która wie kim jest i czego chce. Jej koleżanka Herbatka bywa wredna, albo strzela focha na wszystkich, a Kawka nie. Ona naprawdę mogłaby być królową, gdyby znalazło się dla niej jakieś bezpańskie państwo. I oczywiście, że jest miła! A mleka to może i niedużo daje, od pół litra do trzy czwarte, bo jeszcze podkarmia swoją rogatą księżniczkę, ale to nic nie szkodzi. Co lubi jeść – najbardziej, jak wszystkie kozy, lubi zjadać Kanionkowi wartościowe krzaki, a gdy nie może, to chętnie zje inne zielsko. Ze smakołyków mogę wymienić jabłko, suszony chleb, przeróżne kwiatki (bukiecik róż dla damy jest dobry i bez okazji), pestki słonecznika… Och, lista jest długa :D

      Och, no i zapomniałam Wam powiedzieć: Sylwek i Trzej Muszkieterowie już dawno „rozdani”, dawno czyli w czercu gdzieś to chyba było. Zbyt szybko leci mi czas i zbyt rzadko piszę, no i zawsze coś mi umyka.

      • becia 27/08/2016 at 16:25

        Kawka królowa- dziecię uradowane krzyczy- wiadomo mamo bo najpiękniejsza:)
        Uff to dobrze, że na chłopaków udało się znaleźć chętnych, bo trochę tych kozłów byś nadto miała a wiadomo iż jeść trzeba dać a i chlewiki ino dwa i to nie z gumy a i w mordę lubią sobie dać i pilnować trzeba by krzywdy sobie nie zrobiły albo demolki wokoło. Pecik wiadomo, rezydent, bo „mój ci on” i te sprawy. Lucka będziesz miała do kózek pacankowych a Pacanka do kózek andrzejowych i luckowych i chów wsobny masz w nosie. Mądry Kanionek super to wymyślił :)

        • becia 27/08/2016 at 16:32

          Kanionku właśnie przyszło mi do głowy że w przyszłym roku możesz mieć 14 kóz do dojenia! Biorąc pod uwagę iż na jedną to pewnie min 15 min bo wiadomo dojenie dojeniem ale jeszcze spa dla cycków, to zadkiem do dojalnicy przyrośniesz! No chyba że połowa na dój poranny, połowa na wieczorny. Oj nie dziwię się że Pan Kanionkowy dojarkę rzeźbi, bo inaczej to on żony niewiele za dnia by pooglądał. … A czepek pływacki masz?

          • kanionek 27/08/2016 at 22:26

            Nie mam! A powinnam?

            Tak, obecnie wychodzi mi około 12 minut na kozę, jeśli wszystko idzie gładko. Jeśli natomiast są komplikacje (np. zamiast jednej kozy wedrą się do środka trzy albo więcej i narobią bałaganu, jak niegdyś Kredens, która wykonała iście cyrkowy skok przez przeszkody i przewróciła wiaderko z ośmioma litrami mleka, stojące na półce 1,5 metra nad podłogą…), to potrafię spędzić w warsztacie i dwie godziny. Po dojeniu i przeniesieniu mleka do kuchni następuje filtrowanie, czyli kolejne 15-20 minut, a w przyszłym roku dłużej. No i kilka razy do roku jest przegląd kopytek i ich skrawanie, a że każda koza ma aż cztery nogi, to… Eee, będę się martwić w przyszłym roku ;)

            Ale po co mi czepek…?

        • kanionek 27/08/2016 at 22:38

          Oby się ten mądry Kanionek sam nie pogubił w swoich kombinacjach – oprócz oficjalnej książki rejestracji stada muszę prowadzić osobny zeszyt z zapiskami, kto z kim i kiedy, bo w urzędowych papierkach to tylko numery, które nic mi nie mówią.
          Taak, słabo mi się robi, gdy próbuję sobie wyobrazić osiem lub dziewięć napalonych kozłów w zagrodzie. Wszystkie obeszczane jak pijane trolle, każdy z obłędem w oczach, a część pokiereszowana przez rogi uzbrojonych ziomali. Nie, nie dałabym rady. Pacanek z tej miłości schudł do grubości patyczka do szaszłyków, a ciągnie mnie na smyczy z taką siłą, że jakbym się dobrze piętami w ziemię wbiła, to moglibyśmy komuś pole zaorać.
          Lucek nie ciągnie, ale zrobił się bojowy i teraz obsługuje go małżonek (zaprowadzić do zagrody, wyprowadzić z zagrody). Dziewczyny z Andrzejem zamykamy w koziarni na około dwie godziny przed zmierzchem, żeby Pacanek i Lucek też sobie trochę pochodzili na wolnym wybiegu, ale nie wiem, czy to ma jakiś sens – szukają tylko śladów dziewczyn (tzn. węszą tam, gdzie kozy nasikały) i robią maślane oczy i głupie ryjki (uniesiona górna warga, jak kurde zajączki z rozszczepionym podniebieniem), a potem i tak idą pod tylne drzwi koziarni i odbywa się koncert: Pacanki beczą po jednej stronie dzrwi, a dziewczyny odbekują z drugiej. Pippi była kilka dni temu w tak ostrej fazie zakochania, że beczała cały dzień, stojąc dwa metry przed granicą wyznaczoną przez elektrycznego pastuszka i spozierając tęsknie w kierunku zagrody dla kozłów. Nie jadła, byc może nawet nie spała, tylko beczała. Oszaleć szło :) Teraz kolej na Tereskę i Kachnę… No nic, oby do listopada ;)

          • becia 27/08/2016 at 23:49

            Ano na miłość nie ma rady.. ten tego to Ty teraz jakby swatka jesteś;)
            Po co czepek? Ano tylko to mi wpadło do głowy jako ratunek. Wyobraź sobie- jesteś w zagrodzie, schylasz się by obejrzeć podeszwę bo cosik zakuło a tu znienacka 24 szt koźlątek napadają Cię bandą i robią sobie konkurs fryzjerskich umiejętności.. nic ino czepek inaczej zostaniesz skinem.. ;)

          • kanionek 29/08/2016 at 23:42

            Becia – przy sprzyjających wiatrach koźlątek może byc nawet 30… Czepek? Pfff. Mam kask motocyklowy :)

  17. cornick 26/08/2016 at 18:54

    acha, i o koty chciałam zapytać, te jałowcowe, przy mamusi jeszcze czy już w świat poszły?

    • kanionek 26/08/2016 at 21:23

      No właśnie dwa pojechały, dopiero co :) Został mi się jeden, bo znajomy się rozmyślił, ale zmartwienia wielkiego nie ma. Może weźmie go taka jedna klientka, a jeśli nie, to już sobie obliczyłam, że parapet pomieści sześć kotów ;)

  18. Ekolandia 27/08/2016 at 03:04

    O, dawno mię tu nie było, a tu widzę stadnina się szykuje (oraz gra kozami na pięciolinii, urocze ;).
    Faktycznie, strasznie wysoko na takim koniu, ale przynajmniej nie próbowałaś go udusić – mnie się zawsze wydawało, że siodło i strzemiona to jakaś lipa, a konia trzeba bardzo kurczowo objąć za szyję, żeby nie spaść – przy czym koń widzi to całkowicie inaczej. Wyglądasz godnie, a nie kurczowo, a to najważniejsze.

    Zawsze się zastanawiałam do czego służą te wielkie puszki pilingu. Nie pomyliłam się wiele ;)

    • kanionek 27/08/2016 at 22:58

      :D Bo to był piling do całego ciała, a nie na twarz o powierzchni dwóch metrów kwadratowych!
      I wierz mi, niczego tak nie pragnęłam, jak objąć tę klacz za szyję, i żebym miała dwumetrowe nogi, którymi mogłabym ją opleść jak bluszcz. Ale pani nie pozwoliła leżeć na koniu. To mówisz, że można wyglądać godnie nawet z pełnymi portkami?

  19. becia 27/08/2016 at 16:16

    Dżem z jarzębiny polecam, ja jem go pasjami z chlebem. Szkoły są różne.jedni każą przemrażać owoce inne obotowywać kilka razy, robiłam i tak i tak i powiem Ci Kanionku że mi z tak potraktowanych owoców dżem nie smakuje. Traci charakter, bo ja właśnie tą lekką goryczkę i cierpki posmak w nim cenię. Ja robię tak. Próbuję surowego owocka, jak naprawdę mocno gorzki to walnę go na tydzień w zamrażarkę, jak tak sobie to połowę obgotowuję 5 min a połowę nie. W garze robię dość słodki mus z jabłek, na taki już trochę odparowany sypię odsączone dobrze owoce jarzębiny i wkrajam kilka słodkich gruszek w sporych kawałkach. Jak jarzębina i gruszki się zeszklą ale są jeszcze całe to pakuję w słoiczki, odwracam do góry nogami i pod kocyk na noc. Dodatek cukru zależny od preferencji i słodkości jabłek i gruszek ale tak min. 40dag na kg owoców musi być min bo dżemik może fermentować. Ja robię tak pół na pół i mi dżemy po 3 lata stoją w piwnicy. A i jak jabłka bardziej słodkie niż kwaśne to czasem soku z cytryny dodaję, żeby dżem wyszedł taki winno- gorzkawy. A i jabłek do jarzębiny też tak na oko pół na pół. Fakt faktem iż w rodzinie tylko ja jestem jego amatorem:)

    • becia 27/08/2016 at 17:52

      Babola strzeliłam, cukru biorę 0,5kg na 1kg owoców a nie pół na pół

      • kanionek 27/08/2016 at 22:20

        Dzięki za przepis, Becia. Gruszek już nie mam, ale z samymi jabłkami chyba może być? Kozy odkryły bardzo ciekawą jabłonkę w lesie w ubiegłym roku, i w tym widzę, że trochę jabłek też urodziła. Wyglądają jak papierówki, takie jasnożółte, ale są zupełnie inne w smaku i bardziej „zwarte”. W sumie nawet trochę gruszką zalatują, więc nadadzą się doskonale :)

        • becia 27/08/2016 at 23:52

          Będzie leśny dżem

        • mp 30/08/2016 at 19:58

          To pewnie antonówki, najlepsze do przetworów .

          • kanionek 30/08/2016 at 23:34

            A może i antonówki. Ja to cienka w te odmiany jestem – jabłka strzelające, jabłka leśne… :D
            A dżemor z jarzębiny – bomba! Faktycznie gorzkawy, charakterny, ale ma w sobie właśnie ten urok odmienności. Truskawy i inne słodkie ulepki mogą się schować. Aż mu wymysliłam wierszyk promocyjny: „Ryj wykrzywia, bo jest zdrowy, w dechę dżem jarzębinowy”.

            Aha, robiłam jednak po swojemu i na oko, bo nie chciało mi się wszystkiego ważyć. I najpierw usmażyłam jabłka, żeby się rozpadły i zrobiły „masę”, a dopiero później dorzuciłam jarzębinę. Co ciekawe, pachnie wiśnią ten dżem, a smakuje zupełnie niespodziankowo.
            Muszę znaleźć więcej jarzębiny.

    • Jagoda 25/09/2016 at 09:57

      Dzięki Becia. Właśnie wrzuciłałam przemarzniętą jarzębinę do gara, mus z jabłek zrobiłam wcześniej – ekologiczne jabłka nie dotrwałyby do dzisiaj-to będzie kolejna pracowita i smakowita niedziela.
      Skorzystałam też z podpowiedzi jak z ugoru zrobić żyzną glebę. W tym celu odnalazłam również gorzką Jagodę, za rok będzie efekt, mam nadzieję. Pozdrawiam.

  20. becia 27/08/2016 at 23:52

    Oryginalny przepis jest z samymi jabłkami, ja daję gruszki bo lubię. Przypomniało mi się że Ty mocno słodka jesteś ;)(te 2 łyżeczki cukru do kawy brr) to może do dżemu też więcej tego cukru daj, bo mi on taki kwaskowaty wychodzi. Fakt że ja używam Antonówek.

    • kanionek 29/08/2016 at 23:40

      Becia, dwie łyżeczki do kawy to dużo? Mój ojciec sypał pięć do kubka herbaty. I to nie takiego kubka jak wiadro, tylko zwykłego, 250, maks. 300 ml. Właśnie zrobiłam ten dżemor z jarzębiną i faktycznie goryczka jest (mroziłam jarzębinę przez 3 doby), ale masz rację, że to nadaje dżemorowi oryginalny smak z charakterkiem. A jabłka, te z leśnej jabłonki, wyszły jakieś takie… jak kandyzowane. Ogólnie ciekawy produkt mi się zrobił. U mnie pewnie skończy w herbacie, albo na placuszkach twarogowych, o zgrozo niepojęta :D

      • becia 30/08/2016 at 16:53

        Kobieto droga, dla mnie pół łyżeczki cukru w kawie sprawia iż jest ona blee. Jak można marnować tak napój bogów o ja nie wiem ;) Ale z 5ma to może bym już wypiła bo to już nie kawa a syrop kawowy :):)

        • kanionek 30/08/2016 at 22:08

          Och, ja nie tylko z cukrem, ale i z mlekiem! Buhahahahaa! Może to i zbrodnia, ale dopóki nie jest karalna… ;)

          • becia 31/08/2016 at 17:19

            Spoko to przestępstwo niekaralne jest:)

  21. Jagoda 28/08/2016 at 09:29

    Moja wiara w ekologiczną uprawę warzyw i owoców niniejszym poległa. Chyba jej pomnik postawię😉. A powodem są padające dookoła pomidory. U mnie nie padły chyba tylko dlatego, że rosną w doniczkach pod okapem domu. Ale nać ogórków usunęłam jakieś 2 tygodnie temu, prawie z płaczem bo było mnóstwo maleńkich ogóreczków i zawiązków, a wszystko porażone. Śliwki węgierki po raz pierwszy obrodziły a ja nacieszyłam się tylko widokiem. Zjadłam kilka niedojrzałych, reszta w zawrotnym tempie dostała jakiejś zarazy i teraz zżerają to muszki, motyle i osy. Grusza, z której miałam do tej pory 5 gruszek w ciągu 2 lat również obrodziła latoś nadzwyczajnie. To późna odmiana, ale nie przeszkadza to szerszeniom, osom i muchom. Wpierdzielają równo. Chciałam uratować trochę dla siebie i ukryć pod firanką- tak wymyśliłam bo drzewo nieduże -ale firanki nie starczyło, a ja uciekałam galopem przed rozeźlonymi szerszeniami. I przyszłą wiosną, zgodnie z obowiązującym w naszym kraju trendem na miejscu drzew stanie pomnik upamiętniający poległą wiarę w ekologię. I jeszcze się pochwalę, że dziecięciem będąc jeździłam na oklep. Ale to jakaś niemrawa klacz była, bo tylko stępa. A może była ona mądrzejsza od mojego rodziciela? I pochwalę Ciebie, Kanionku: za pyszne sery, co to ich zapas dobiega końca w lodówce, za wspaniałą lekturę i za serce do zwierząt. A w Elblągu zawsze błądziłam, chociaż to takie przejrzyste miasto jak mawia moja siostra elblążanka. Raczej tylko dla mieszkańców. Zdarzyło mi się wjechać pod prąd w Słupsku i policjant mnie wyprowadził. Nie wlepił mandatu! Ale to było lata temu. Jak patrzę w lustro, to dzisiaj by wlepił. Pozdrawiam obydwa Kanionki i wszystkie czytaczki bloga.
    Ps. Moje koty to Trzej Muszkieterowie.

    • becia 29/08/2016 at 16:42

      O ogrodnictwie to ja mogę godzinami a uprzedzałam iż gadatliwa jestem. Pierwszą grządkę „dostałam” w wieku 7 lat. Potem moim obowiązkiem był ogród rodzinny utrzymywany jak rodzice kazali (czyli z chemią i nawozami sztucznymi bo tak WSZYSCY robili), później swój przydomowy „ekologiczny” bo dzieci okazały się straszliwymi alergikami, potem maleńka w porównaniu z poprzednimi działka w ROD. A od paru lat niestety ino balkon, nad czym boleję strasznie. I moje wnioski są następujące- da się wyhodować w miarę ekologiczne warzywa w przydomowym ogrodzie ALE nie wszystkie i przede wszystkim nie wszędzie. Ogród ekologiczny musi być duży! Tak wiem, te maleńkie działki, ale sorry inaczej się nie da. Gorzka Jagoda na swoim wspaniałym blogu (własny kawałek raju) podkreśla konieczność hodowania gleby, ja uważam iż należy hodować ekosystem. Aby nie używać broni chemicznej przeciw chorobom i szkodnikom musimy im zapewnić naturalnych wrogów lub konkurentów. W ogrodzie warzywnym musi być miejsce na oczko wodne z szuwarami, na stertę kamieni i gałęzi , na dziki bez i żywopłot, na chwasty, na odpowiednie odstępy między poszczególnymi gatunkami, na wysokie rośliny barierowe. Musi się wytworzyć specyficzny mikroklimat na który czeka się tak naprawdę kilkanaście jak nie kilkadziesiąt lat. I siać i sadzić należy więcej bo i tak część stracimy, co jest naszą daniną dla przyrody. No i trzeba przyjąć do wiadomości, że nie na wszystko mamy wpływ. Na przykład w jednym ogrodzie miałam wspaniałe selery a w innym do dupy a wydawałoby się iż robię wszystko tak samo a i gleba podobna. Cóż widocznie mikroklimat im nie odpowiadał i przestałam sobie nimi głowę zawracać, bardziej mi się opłacało kupić worek na jesieni bo swoich się i tak nie doczekałam. No i wbrew temu co się powszechnie mówi taki ogród wcale nie jest mniej pracochłonny. O nie nie nie, wręcz przeciwnie. Fakt można wyściółkować i pielenie mamy w większości z głowy, można do gleby dodać dużo gliny i humusu i po zaściółkowaniu podlewania też będziemy mieli mniej. Jest parę jeszcze trików. Ale walka z chorobami i szkodnikami jest o wiele bardziej pracochłonna bo po pierwsze to czujność cały czas- oglądanie kwiatków zaglądanie pod listki bo większość metod eko działa wtedy gdy pojawiają się pierwsze objawy choroby, jak się rozbuja to można sobie wszystko odpuścić. No i 80% metod ekologicznej ochrony to metody manualne więc latasz skubiesz zbierasz opylasz opryskujesz przykrywasz przerywasz i tak w koło. Ogród Eko wymaga po prostu czasu i wiedzy wynikającej z doświadczenia. I umiejętności rezygnacji również. U mnie z pietruszki korzeniowej. W żadnym z moich ogrodów nie rosła. Zaakceptowałam i przestałam siać. Napisać jak radziłam sobie z zarazą ziemniaczaną na pomidorach?

      • Monika 29/08/2016 at 19:51

        Becia (Beciu) – już Cię kocham. Jaaaaki słowotok! Nie wiem jak Kanionek, ale ja jestem ciekawa, czy na nornice w pomidorach pomogą w przyszłym roku butelki po wodzie, takie pięciolitrowe. Zamiaruję w te butelki powsadzać sadzonki. Z pewnością będą miały więcej korzonków. W tym roku pomidory oparły się zarazie, ale padły po kilku podkopach tych podziemnych stworów. Ogórki wykiwały biegusy, bo uciekły na tyczki i dorastają w towarzystwie fasoli. Jakoś się kręci! :))

        • kanionek 29/08/2016 at 23:47

          Monika, a te butelki to z denkiem będą? O, wiem, można narobić w butelkach otworków (wiertarą, albo rozgrzanym gwoździem), i wtedy pomidory będą mogły część korzeni puścić na zewnątrz, a w razie ataku nornic główna bryła korzeniowa zostanie w butelce i powinny się obronić. Ale chcesz te butelki wkopać w ziemię, tak? Czytałam „coś gdzieś” o takich sposobach, jak wsadzanie sadzonek pomidorów w rury pcv (dużej średnicy) wkopane w ziemię, ale tak, żeby ze 30 cm nad ziemię wystawało. Podobno działa to tak, że ziemia w rurze ponad powierzchnią gruntu dobrze się nagrzewa, a pomidory lubią mieć ciepło również w nogi. Cały wątek o tym chyba był, na forum ogrodniczym.

          • Monika 30/08/2016 at 15:24

            Będąc w czarnej rozpaczy, wymyśliłam sama, że wezmę takie duże butelki, obetnę im tyłki i łby z szyją, powtykam w glebę a w nie sadzonki pomidorków. Jeżeli butelki będą wystawały nieco nad ziemią, to będzie również łatwiej podlewać roślinki, bo o ściółce przy tych ryjach zębatych można zapomnieć. Poza tym nie dziwię się gryzoniom. Koński obornik, ciepełko, wilgotno, ściółka – głupie by były, gdyby nie ryły.

        • becia 30/08/2016 at 16:51

          Monika, gadulstwo to ja mam dziedziczne po babci i niestety przekazałam w genach dalej. Wychowawczyni wpisywała młodszej uwagi za gadanie na lekcjach tylko dopóki mnie nie poznała. ;)
          To co proponujesz to sposób stary jak świat. Ja tak hodowałam w szklarni ogórki, papryki, bakłażany i inne takie które wymagają wymiany gleby bo łatwiej było wybrać glebę z obręczy niż taczką wywozić całość. Czy to będzie dobra metoda na nornice? Nie wiem, ja nie miałam nigdy z tym problemu. Od tego były koty i Łowca.

      • kanionek 29/08/2016 at 22:25

        Becia – nie pytaj, tylko pisaj!
        Ja z zarazą na pomidorach poradziłam sobie tak, że powiedziałam: „niech się dzieje, co ma się dziać”. Poobcinałam chore liście i pędy, no i wszystkie gnijące owoce, nawet te z malutką plamką tylko. No i dzisiaj miskę pomidorów zebrałam. Ogołocone krzaki puszczają nowe liście, a pomidory, które były jeszcze zielone, ale nieporażone syfem, dojrzewają. Może nawet coś ususzę w tym roku, choć te śliczne odmiany od Zeroerha przeznaczam do słoików w całości i do konsumpcji bieżącej.

        Tak, ogród eko musi byc duży i tak, wbrew pozorom jest w nim trochę pracy. U mnie to wygląda tak, że jak się zielsko rozszaleje, to muszę robić porządek, bo np. trzysta milionów nagietków zadusiło mi pietruszkę naciową (ledwie bidulę odnalazłam i uwolniłam z opresji), i tym podobne. W dobrym mikroklimacie i przy żyznej, ściółkowanej glebie, z chwastami też bywa problem. Rosną trzy razy bardziej okazałe od swoich pobratymców na łące :D Najpiękniejsze liście mniszka, babki lancetowatej i innych takich dziadów mam dla młodych kurczaków, czy gąsek, czy innych kaczek, właśnie z ogrodu. I też widzę, że z roku na rok ten ogród radzi sobie coraz lepiej. Jednak jeśli chodzi o walkę ze szkodnikami i duszenie zarazy w zarodku, to ja już sobie muszę odpuścić, bo nia mam czasu. Zaglądam do ogrodu raz na dwa tygodnie (z koszykiem i maczetą), więc zawsze przegapię np. gąsienice motyli. Kapusta tylko pod firanką! Albo inną siatką. W przyszłym roku muszę zorganizować zbiórkę starych firanek – może ktoś trzyma na strychu stare, pożółkłe, niepotrzebne…?

        • becia 30/08/2016 at 16:43

          Pomidory wielkoowocowe miałam tylko w szklarni, poza szklarnią wyłącznie koktajlowe (większość odmian jest genetycznie bardziej odporna na warunki środowiskowe i patogeny). W podłoże w szklarni wkopywałam sporo obornika i wsadzałam sadzonkę, jak podrosła i przywiązałam ją już do podpory obrywałam jej dolne liście i nakładałam obręcz z dużej butli plastikowej po wodzie (rozcinając ją pionowo a potem sklejając taśmą lub zszywając zszywaczem biurowym) do której też wsypywałam żyznej ziemi. Dzięki temu krzaki miały silny system korzeniowy i kopa nawozowego do owocowania. Ziemię wokół ściółkowałam wrotyczem i dosadzałam po „podskoczeniu” do góry pomidorów bazylię, aksamitki i jasnotę. One dobrze robią pomidorom. Pomiędzy roślinami wkopywałam tak na 10-15cm plastikowe butelki po wodzie, do dołu szyjką i one służyły jako lejki do podlewania.Pilnowałam też by pomidory nie rosły zbyt gęsto by miały przewiew i światło bo chorują jak mają mokre liście.Rozsadę robiłam sama w domu dość późno gdzieś tak w po połowie marca by była niewybiegnięta z braku światła i silna. Mimo iż małe to szybko nadrabiały w szklarni. 70% moich pomidorów to były odmiany wczesne i koktajlowe, późne to tylko odporne albo tolerancyjne na zarazę (tak są takie, gdzieś miałam zapisane ale na pewno w ciągu tych 5 lat odkąd nie mam ogródka pojawiły się już nowe). Zaraza ziemniaczana u nas nie przeżywa zimy, musi do nas przywędrować z cieplejszych rejonów więc doczłapuje się tak pod koniec lata a do tego czasu to ja już sporo owoców zbierałam z tych wczesnych. Kilkakrotnie w ciągu sezonu pryskałam krzaki dokładnie roztworem drożdży (zajęcie niszy ekologicznej grzybom chorobotwórczym), kilka razy też rozcieńczoną gnojówką ze skrzypu lub pokrzywy dla wzmocnienia odporności i dokarmienia jednocześnie. ale to jak jeszcze były małe bo potem to już w ten busz opryskiwaczem już się nie pchałam. Nie napiszę że przy takim traktowaniu chorób nie było. Jak lato było wyjątkowo mokre, jak te teraz, to pod koniec lata grzyb się pojawiał gdzieś tam, ale nigdy nie było tak bym została bez zbiorów i zapasów w piwnicy. Obrywanie liści i owoców jak tylko zauważyłam jakieś na nich zmiany i zakopywanie ich też opóźniało rozwój choroby. Ostatnio w ogrodniczym widziałam gotowy preparat na choroby grzybowe na bazie olejku herbacianego ale zabijcie a nie pamiętam nazwy. No i przyznaję się bez bicia, co roku wczesną wiosną dezynfekowałam szklarnię (i szyby i glebę) opryskiem z miedzianu. Uspawiedliwiam się tym iż jest on dopuszczony (a przynajmniej był kilka lat temu) do stosowania w gospodarstwach z atestem ekologicznym. I z moich obserwacji wynika też iż ziemniaki muszą być sadzone jak najdalej od pomidorów. Jak były blisko szklarni zawsze miałam zarazę na pomidorach wcześniej. Może na bulwach w piwnicy zarodniki zimowały?

          • kanionek 30/08/2016 at 22:56

            Ja pimpaczę, Becia, a życie pozapomidorowe to Ty wtedy miałaś? Bo TYLA ROBOTY!
            Ja też jeszcze dwa lata temu gnojówę ze skrzypu i pokrzywy robiłam, do podlewania. Ale ten smród… I psy, które koneicznie chciały się napić z beczki. I wytarzać. I w ogóle kąpać w tym i wcierać sobie wszędzie. I w tym roku nie zrobiłam.
            I w ogóle, jak tak sobie sięgnę wstecz pamięcią, to w początkach mojego ogrodnictwa dalece bardziej się przejmowałam. I kombinowałam. I butelki też były, choć nie dla pomidorów, tylko innych wrażliwych sadzonek. I opryski mlekiem, i cuda przez wianki kijem popędzane. A teraz to nie, żeby mi się nie chciało, tylko… No dobra, już mi się nie chce :) Po prostu sieję wszystkiego dużo i czasem mam nadmiar, a czasem mimo wszystko niedobór, ale da się z tym żyć.

    • kanionek 29/08/2016 at 23:35

      „Jak patrzę w lustro, to dzisiaj by wlepił” – :D
      Taak, ja też zauważam, że im człowiek starszy, tym straszniejszym przestępcą się staje i nagle nawet podeptanie trawnika to 200 zł i nie ma zmiłuj ;)
      Dziękuję za komplementy :)
      A rok jest dziwny pod względem upraw, to fakt. U mnie jedną jabłonkę zaraza zeżarła do gołych patyczków, ale na szczęście ta jabłonka to już za płotem, więc taka trochę „łąkowa”. Pomidory, jako się rzekło, poległy, choć niedobitki jeszcze walczą. Szerszenie siedzą w śliwkach, ale to mam co roku. Borówki zjadły mi ptaki, a w ubiegłym roku miałam nadmiar. Za to nadal zbieram ogórki…

      • becia 31/08/2016 at 17:24

        Eee Kanionku, przesadzasz. Wcale nie było nie wiadomo ile pracy, ja jeszcze inne warzywa uprawiałam a i praca etatowa i hobby jeszcze mam rozmaite. W marcu jakaś godzinka- dwie przy sianiu, miałam jeszcze takie stare pierścienie do spinania z twardego plastiku które napełniałam ziemią i ustawiałam w kuwetach fotograficznych. Do każdego po dwa nasionka wcisnąć. Przy drzwiach balkonowych stawiałam takie rozkładane drabiny ze stopniami pod dwóch stronach na które kładłam kawałki płyty drewnopodobnej i miałam piękny regalik. Na te półki stawiałam kuwety. Codziennie obracałam całą konstrukcję by był równomierny dostęp do światła a że nogi drabiny podkleiłam filcem to było tylko myk i już. Podlewałam co drugi dzień wprost do kuwety to kolejne kilka sekund. Więcej roboty było w maju przy wysadzeniu, a nie tyle przy wysadzaniu co przy robieniu tych pirońskich rusztowań ( u mnie sznurki powiązane z tyczkami bambusowymi) i wkopywaniu butelek do podlewania, no ze 3-4 godziny to na to na pewno schodziło. Potem z 4 może 5 razy oprysk + podwiązywanie dodatkowe- to tak po godzinie na pewno. No i kolejną godzinę na ściółkowanie (wrotycz zbierałam przy okazji spacerów więc tego nie liczę) i dosadzenie ziół. No i ze 2-3 godziny na dołożenie obręczy. Podlewałam średnio co 2 tyg a lanie do butelek z konewek szybko idzie. Pielenia praktycznie nie było, ja pomidorów nie tnę jak nie muszę więc czasu na to nie traciłam. Wiesz Kanionku ja hurtu nie prowadziłam,(a sama wiesz ile roboty jest przy 3 kozach a ile przy 20stu- ilość robi różnicę) miałam w szklarni może z 15 sztuk pomidorów. Przetwory robiłam z koktajlowych które rosły w gruncie jak chwasty. Wolałam je bo mam taką przystawkę do maszynki do mielenia mięsa co wyciska sok z pomidorów i wtedy nie trzeba nic kroić tylko umyte koraliki sruu do tej maszynki i miałam gotowy sok pomidorowy do spasteryzowania lub dalszej obróbki. Wygodna jestem:) Brakuje mi tego, brakuje mi zapachu ziemi.. nawet połamanych paznokci mi brakuje.. :(

        • kanionek 31/08/2016 at 22:21

          Wierzę. Ciotka B. mi mówiła, że zatęsknię za miastem i wygodą, ale ni chuchu. Za to wiem, że w mieście tęskniłabym właśnie za zapachami: ziemi, leśnej mgły, siana i słomy, małego koźlątka. Kilka dni temu sobie pomyślałam, że ta nasza plastikowa przybudówka (sień?) pachnie jak babcina altanka na działce – czosnkiem (bo się dosusza w warkoczach), ogórkiem, jakimś suszonym zielskiem, starością, trochę butwiejącym drewnem, ziemią i nie wiem – słońcem? Bo po południu słońce do niej zagląda i tak ją nagrzewa, że wszystkie te zapachy ożywają i mieszają się ze sobą, przywodząc na myśl właśnie te czasy, gdy jako dzieciak jadłam chleb z pomidorem w babcinej altance, a kieszenie miałam wypchane strączkami zielonego groszku. Wciąż nie mogę uwierzyć, że teraz mam ten zapach na własność. A w mieście, no cóż. W mieście wszystko śmierdzi, ale zaczęłam to czuć dopiero po trzech latach mieszkania tutaj.

  22. Ynk 28/08/2016 at 10:07

    Jesteście Nie-sa-mo-wi-ci! (Wiem, to słabo zamocowany komplement, bo od Koziej Ciotki rezydującej w niewielkomiejskim betonowym kwadracie, ale napatrzeć się nie mogę na efekty Waszej pracy).
    Jak się ustawiasz do kwestii ekoland a choroby upraw?
    Baśki. Nie ulega wątpliwości, że to Byty z innej planety.
    Macham nóżkom bosom, pokojowo(m) ;-)

    • kanionek 29/08/2016 at 23:24

      Ynk – z bosym pozdrowieniem!
      Choroby upraw? No cóż. Ja też czasem choruję, i jak wiecie ciężko mnie do lekarza wypędzić. No to z roślinami tak samo – radźcie sobie, albo zejdźcie mi z oczu ;) Jeszcze dwa lata temu, albo trzy, latałam z jakimś wywarem z peta i pryskałam ogórki, ale szkoda nerwów i zachodu. Co ma przezyć, przeżyje, a co ma szlag trafić, to trafi.

      A propos efektów naszej pracy – muszę przyznać, że miałyście rację, dobre ciotki, z tym pastuchem. No prawie całkiem jestem z niego zadowolona. Schludnie wygląda, nie boli mocno w oczy, tylko to wykaszanie… Znowu trawa urosła!
      Aha, o efektach. Pacanek wylazł w nocy z porodówki. Cały, niepołamany, nic mu się nie urwało. Jak? NIE WIEM. Patrzyliśmy na niego rano jak na przybysza z obcej galaktyki. Mam zdjęcia, to sobie same zobaczycie, że nie miał jak stamtąd wyjść inaczej, jak tylko wyfrunąć. Pegaz normalnie.

  23. Kenna - Joanna 28/08/2016 at 14:01

    Kanionku – byłam dziś u Ciebie we śnie. Masz jakiś straszny labirynt w domu, do tego całe mnóstwo kobiet w tym labiryncie. Jakąś babską imprezę organizowałaś? I to na stojąco?:) Ani jednego mężczyzny, a co więcej – ani jednej kozy czy innego zwierzaka nie widziałam. A Ty – taka drobna, malutka, a przecież Ty postawna kobita jesteś! Zanim impreza rozwinęła się, małżonek mój raczył był obudzić mnie wracając nad ranem i sen poooszedł w czorty. Może dowiem się co było dalej?:)))
    PS. Świętuję (w otoczeniu nalewek) pierwszą rocznicę odkrycia Kanionkowa. Zdrowie Waćpani Gospodyni, Małego Żonka i wszystkich zacnych Kóz z Obory!!!

    • kanionek 29/08/2016 at 23:17

      Kenna-Joanna, wszystko bardzo dobrze w tym śnie widziałaś – labirynt z samymi babami to przecież sekcja komentarzy na „kanionku” :D
      I żem drobna i malutka też dobrze widziałaś – toć ja mam 168 cm po długości, w pasie 75 (musiałam iść się zmierzyć, pierwszy raz od czasów służby państwowej, kiedy to miałam szyty na miarę mundur. To znaczy miał być na miarę, a był na oko i krzywe zapiski wiecznie pijanego krawca. Wiecie, te państwowe kontrakty…), a w cyckach niewiele więcej. Tylko biceps mi trochę spuchł w tym lesie i palce od dojenia, ale gdybym się na przykład na taką Żozefin przewróciła, to strzepnęłaby mnie jak muchę.
      Na zdrowie! (a wiecie, że czyta nas jeden Kozioł, tylko się nie chce ujawnić?)

  24. Modra 28/08/2016 at 21:55

    Z pomidorami to kicha jest. Moj tata caly PRL sadzil pomidory w ogrodzie dla nas dzieciakow. Najpierw byly cale parapety zastawione sadzonkami w kubeczkach po kefirze, a potem nareszcie wysiew do ogrodka. Nienawidzilam tych kubeczkow z sadzonkami i mam uraz :-) Nie posadzilam u siebie nawet pol pomidora od kiedy mam ogrod. No ale co do pomidorow, to niestety choroby zra pomidory na potege. jak taka plesn sie pojawila raz, trzeba bylo wyrwac wszystkie sadzonki, dobrze zebrac pozostalosci i spalic. Nic na te swinstwo nie pomagalo. A dodatkowo niestety po kilku latach sadzenia pomidorow w jednym miejscu ziemia sie potwornie wyjalawia. Minelo ze 30 lat, a rosna tam wciaz pojedyncze roslinki. Powinno sie taka ziemie spod pomidorow wymieniac zupelnie co jakis czas. Takie mam doswiadczenia z domowej uprawy pomidorow prowadzonej przez lata :-)

    • kanionek 29/08/2016 at 23:04

      Owmordesz. Nie chce mi się ziemi ze szklarni taczką wywozić, że nie wspomnę o przywożeniu nowej. Narzucę warstwę kompostu i gównianej ściółki z koziarni, i zobaczymy, co przyniesie kolejny rok. Ale ja też pamiętam, że u Babci na działce pomidory rosły na wolnym wybiegu, Mama też miała małego ROD-a i również bez szklarni pomidory pędziła. Cieplej było, czy co?

      • becia 30/08/2016 at 16:45

        Pomidory dla których w szklarni nie stosowałam zmianowania. Rosły zawsze w tym samym miejscu a ziemię dla nich wymieniałam co 4-5 lat. Oczywiście co sezon gnój musiał być.

  25. kanionek 28/08/2016 at 22:27

    Kozy Kochane. Ja Wam wszystkim odpowiem póxniej, albo jutro. Czy już wspominałam, że kto ma kozy, ten nie ma sobót, niedziel, świąt, ani urlopów?
    Dzisiaj miałam małą awarię wędzarni, więc właśnie kończę wędzenie serów w świetle latarki. To znaczy w dymie się wędzą, ale ja latam z latarką doglądać. A jeszcze trzy leszcze… Dostaliśmy od Żozefin, nie dało się odmówić („pani weźmie, pani Aniu, bo ja już nie mogę na te ryby patrzeć”), ja chciałam je sprawić i kotom dać (to są konie, nie leszcze! Kręgosłup siekierką trzeba…), ale małżonek wymyslił, że pyszne są wędzone. No może i pyszne, ale przez ten niewypał z wędzarnią skończę wędzić o północy. A zaraz muszę listy przewozowe wypełniać, bo mam czas tylko do godz. 00:00.

    A godzinę temu się okazało, że Pacanek nauczył się fruwać. No bo nie wiem, jak inaczej on mógł wyleźć z porodówki (całe szczęście, że do wędzarni latam i zauważyłam, bo tak to by te kozy zamęczył do rana). No ale wylazł, nawet dwa razy, i trzeba było wraz z małżonkiem iść i z porodówki zrobić szafę zabudowaną po sufit, a małżonek też ledwie łazi, bo wrócił do rwania podłogi i to jest kolejna opowieść o gruzie i ku*wach. Piękna to była niedziela, ja już nie powiem, ile mi się śrubek w d… poluzowało. No nic, wracam do roboty, później może coś zjem, a odpiszę Wam jeszcze później.

    • becia 29/08/2016 at 16:38

      Ach miłość łamie wszelkie bariery

      Kobylaszcze leszcze są też pyszne pieczone. Jeden taki wielki jak prosiak był hitem mojego wesela. Nikt nie zgadł co to za ryba. Teraz czasem też je robię ale rzadko bo strasznie trudno je kupić. Wypatroszonego i oskrobanego solę, skrapiam cytryną obsypuję ziołami ( w tym czosnek) i odkładam do lodówki na trochę, żeby przeszedł. Potem do brzucha wkładam mu albo trochę drobno poszatkowanych warzyw albo uduszone pieczarki z cebulą albo gałązki zieleniny ząbki czosnku i cytrynę w plastrach. Po wierzchu polewam odrobiną oleju. Piekę na termoobiegu w 175st. aż podważony widelcem kręgosłup łatwo wychodzi z mięsa. Mi smakuje potem nawet taki na zimno. Dobry też jest pokrojony na wąskie półdzwonka, obsmażony i zalany zalewą octową. Ja trzymam zalewę gorącą na gazie jak smażę rybę. Gorącą rybę wkładam pionowo w słoiku pakując ile się da i od razu zalewam tą gorącą zalewą, szybko nakręcam zakrętkę i zostawiam do ostygnięcia. Parę miesięcy w piwnicy stoją. Śledzie też tak robię jak gdzieś tanio kupię tylko do zalewy dodaję koncentrat pomidorowy i trochę cukru do smaku. To taka rezerwowa kolacja dla męża jest.

    • becia 30/08/2016 at 17:01

      Może podkop pod ściółką zrobił i ma tajemne przejście do kochanek. Sprawdziłaś pod żłobem ;)
      :):)

      • kanionek 30/08/2016 at 22:59

        A wiesz, że już nawet w podkop w betonie jestem skłonna uwierzyć? To, albo wersja ostateczna: on już tak schudł z tej miłości, że po prostu unosi się nad ziemią na oparach hormonów i lewituje pod sufitem, a gdy zaśnie, to spada, oczywiście po „babskiej” stronie zasieków.

        • ciociasamozło 31/08/2016 at 09:30

          Po babskiej, bo się zaciąga feromonami a takiego leciutkiego jeden niuch może przemieścić na drugą stronę koziarni ;)

          • becia 31/08/2016 at 17:36

            Serduszka w oczach anielskie skrzydełka na pleckach i koziołek przebierający nóżkami jak w baleciku:):) i normalnie stare disneyowskie bajki mi się przypomniały :):)

  26. dolmik 28/08/2016 at 23:28

    Dziwna ta zaraza pomidorowa… u mnie przynajmniej. Pochorowały mi się wszystkie sadzonkowane, a takie ładne były… truskawkowe, z pindorków z Lidla…. I dupa. Dzisiaj zrobiłam postrzyżyny. Zobaczymy czy coś z tego będzie. A wszystkie dzikusy – samosiejki, dzieci zeszłorocznych koktajlowych, zdrowe jak ta lala… A rosną też między tymi porażonymi. Chyba poniosę kubek truskawkowych i wysypię na grządce… Niech się sieją na za rok 😎😎
    Ogórki też marniutko… szału nie ma. Może dlatego, że prowadzę je do góry…? Co roku kicha. Za rok spróbuję po bożemu, poziomo… 🤔😕 Chociaż szkoda mi miejsca.
    Baśki fajne… po prostu introwertyczki. Nieśmiałe takie. Nie chcą nikomu głowy zawracać 😊
    Laser mnie powalił 😃 zachowuje się jak mój kot, uwala się na pełnym słońcu i rozkoszuje ciepełkiem… A pies chowa w najciemniejszym i najchłodniejszym kącie i dyszy….
    Oj tam, że pod prąd nie można jeździć… Oj tam. Mnie też się kiedyś udało. Ale to był świt, było pusto na ulicy, byłam po nocce…. itd. itp. 😂😂
    Kanionek na kuniu… cacy 😀😊 Bardzo ładnie. Ja miałam nieprzyjemność spaść kilkanaście razy w trakcie dwuch lekcji. Amator instruktor, choć medalista wśród jeźdźców… I ja antytalent. Skutecznie mnie zniechęcił. Ale to było w zamierzchłych czasach…. 😊
    Mały Żonek – szacunek. Prund jest złyyyy…. oj złyyyy…… I tak mi się nasuwa zawodowo… Czy przy scalaczkach zachowuje warunki ESD? 😎😂 Czy scalaki tam nie są potrzebne…?

    • mały żonek 29/08/2016 at 01:20

      Kłania się, choćby, kwestia litografii…

    • kanionek 29/08/2016 at 23:00

      Dolmik – nosz kurde! Ty też? Wszyscy mają jakieś doświadczenia z końmi, tylko ja taka jakaś… A w Gdańsku byłam rodzona, a Sopot niedaleko.
      No nic, na starość nadrobię („bułki do mleka” – jak mawiała moja pani od angielskiego z liceum).

      A ogórki tylko pionowo. Piękne, nieumazane ziemią, łatwo zrywać, nie depcze się niechcący krzaków. Zauważyłam, że ja np. nie powinnam siać ogórków w maju, ani nawet w maju do ogrodu sadzonek wtykać, bo amba i mogiła. Za to w czerwcu jak wsadzę, to już jadą :)

      • dolmik 30/08/2016 at 23:30

        No… ja też… :D A teraz mieszkam w mieście ze stadniną i wcale mnie nie ciągnie :D
        To mówisz, w czerwcu siać…? Spróbuję, bo w sadzonki już nie dam się wpuścić. Jakaś grzybnia z patatajnią mi w tym roku wyszła, więc to był pierwszy i ostatni raz.
        Za to chyba udało mi się wyjałowić moją najpierwsiejszą grządkę… Uprawiam ją od trzech lat, a w tym roku nic mi z niej nie wyszło oprócz pietruszki naciowej…. Buraczki wielkości malutkiej rzodkiewki :D reszta też w miniaturce. Na weekend zaplanowałam przekopki i poplon, a później z poplonem poleci obornik z paczki. Nakarmię ją po kokardę :D

        MałyŻonku…. litości…. Ty do mnie o litografii… procesora niedajbuk??!! Toć ja zwykły szary śmiertelnik, robotniczek – wyrobniczek, tyle, że od 23 lat mobbingowany zasadami ESD przez zakładmatkękarmicielkę :D Dlatego takie mam skrzywienie, kiedy patrzę na jakiekolwiek płytki… Wybacz…. :D

  27. Kachna 29/08/2016 at 12:17

    O jeny!!!!
    Jak tylko uporam się z kontrolami (właśnie wróciłam z urlopu i srrrru kontrole dwie).
    To już ja się tu rozpiszę – oj bójcie się!

    Buziaki!

    • Lidka 29/08/2016 at 22:47

      Kachna, juz sie boimy!;))

    • kanionek 29/08/2016 at 23:51

      Łii tam, ja się nie boję!
      (…i pewnie się okaże, że właśnie ja powinnam najbardziej)

      • Kachna 30/08/2016 at 08:29

        Dziś, zaraz kontrola nr 2.
        Dziś się okaże KTO się powinien bać….

        …………………..

        „14,95” podczytuje przez ramie właśnie co piszę i mówi: Mama ciebie???
        ….
        No ja go rozumiem, ale, ale….tym razem będę groźna wrrrrrrr!

        • kanionek 30/08/2016 at 15:23

          Ja wiem, kto się powinien bać. Zeroerhaplus! Za to, że ciągle jej nie ma. Zaczynam się martwić, bo państwo Zeroerha mają tak samo dziwne pomysły, jak my, i kto wie, co się mogło stać. Mogli się zatrzasnąć w piwnicy, bez telefonu. Mogli zejść do studni i drabinka im spadła. Albo mógł im się sfajczyć komputer, i ze wszystkich czarnych wizji ta jest najjaśniejsza.

          (no dobra, wiem, że chodzi o mnie, tylko nie wiem za co. TROCHĘ zaczynam się bać)

          • Kachna 30/08/2016 at 15:55

            Zeroerhaplus!!! Hop hop!
            Ależ Kanionku – ona zupełnie nie ma się czego bać – z mojej strony nic jej nie grozi.
            Tobie chyba też nie -ale KTOŚ może już wie o co chodzi.

            Idę zjeść co mi dziecko „prawie 10” ugotowało i wieczorem się pojawię. Wirtualnie oczywista:)

            Paa!

          • kanionek 30/08/2016 at 22:12

            No to ja dalej w lesie i nic mądra nie jestem…

          • ciociasamozło 30/08/2016 at 18:28

            Nosz faktycznie Zeroerha zanikła :(
            Kanionku, nie siej tu paniki. Zaraz tam komputer sfajczyć. A może boi się odzywać z powodu kiełbasy? Albo przerabia cukinię na sałatkę?

          • kanionek 30/08/2016 at 23:01

            Eee, nie, Zeroerha się niczego nie boi :) A jeśli coś przerabia, to już prędzej sypialnię na przedpokój, czy coś. No ale jednak możliweż to, żeby tak całkiem nas zostawiła, dla kilku śrubek i płyty z kartongipsu?

          • zeroerhaplus 02/09/2016 at 12:08

            No gdzież ja bym Kanionka.pl zostawiła!!! Wypraszam sobie!!!

            Wytłumaczyłam się już poniżej, więcej grzechów nie pamiętam, a Ciebie ojcze Kanionku proszę o zadanie… eeee to nie tak ;)
            Ha! Nasza studnia jest tak sprytnie zrobiona, że nie da się z niej nie wyjść! Ma schodki! To znaczy prawie schodki, dlatego szalunek do niej zrobić (w celu pogłębiania) było dla nas równie skomplikowane jak projekt sondy kosmicznej… A w piwnicy nie da się zatrzasnąć bo ma trzy wyjścia…
            Ale z tym komputerem to faktycznie byłaby tragedia ;))

        • Ynk 31/08/2016 at 10:17

          Gdyby nie to, żem wielce spokojnym Dorosłym Dzieckiem Choleryka jest, to oj, wrrr… oj, bym postraszyła Straszącą Kachnę. Co to naobiecywała, że Supraśl, że urlop, że spotkanie. A nie. I żadne zusy-srusy Jej nie pomogły. By.

          • becia 31/08/2016 at 18:26

            Czy byłby ktoś tak uprzejmy i powiedział mi co zacz ta kiełbasa i na co ona byłabym wdzięczna. Melon? Tykwa?

          • kanionek 31/08/2016 at 22:53

            Kiełbasa na opakowaniu miała napisane: „Kalebassen”. To coś z dyniowatych, o ile pamiętam. No a jak kiełbasa, to przecież, że dla psa ;)
            Jak mi Zeroerha wysłała paczkę z różnymi zabawnymi nasionami, to zaraz pieskom powiedziałam, że oto nauka poszła naprzód i teraz już można siać kiełbasę w ogródku. Pieski nadal czekają na owoce.

          • becia 31/08/2016 at 18:28

            Nie bądźmy pesymistami, może po prostu ORH+ ma urlop w głuszy bez netu?

          • Kachna 31/08/2016 at 21:54

            Ynk – moja wina – bardzo wielka…..
            Że Cię nie uprzedziłam….
            Ale winna naprawdę noga mojej mamy – że się świnia zwichnęła i uziemiła mamę a co za tym idzie mnie na 6 tygodni w domu….
            Ale wszak mam nadzieję nic straconego.
            Wybaczyła. Byś?
            Ja też jestem DDCh :)))

          • kanionek 31/08/2016 at 22:00

            Ynk :D
            No i dlatego dziecię drogie pytało: „Mama, CIEBIE?” A my się bali, jak jacy gupi. Kachna, na szkolenie z terroru i przemocy słownej musisz się wybrać :D

          • Ynk 31/08/2016 at 22:05

            No już dobrze, dobrze.. ;-) (się domyśliłam, bo nie wiem czy wiesz/-cie, ale ja bardzo domyślna jes… bywam)

  28. Lidka 29/08/2016 at 23:50

    Ja mam pytanie: czy ktoras Koza ma POMYSLA, jak wyeksmitowac, mozliwie jak najbardziej pokojowo, popielice ze strychu? Naczytalam juz cuda, ale malo o tepieniu ich, a nie chce zabic, bo sa cudne… Chce tylko, zeby sobie poszly.

    • Modra 30/08/2016 at 12:32

      Lidka, az sobie wyguglalam co to takie :-) I mowie ci piekne sa. Ja bym adoptowala, nic tylko tylko tulic i glaskac! :-) Moze klatka lapka pomoze, bedziesz mogla wylapac i wywiezc w bezpieczne miejsce.

    • RozWieLidka 30/08/2016 at 18:49

      O jakie toto ładne i pod ochroną na dodatek :) A w czym toto przeszkadza na strychu? Może niech se mieszka, a jak za głośno tupie to im paputki udziergać😉

      • Lidka 30/08/2016 at 20:42

        @RozWieLidka, moja imienniczko- nie da sie spac, bo tak rozrabiaja! Pare dni temu wpadlam na pomysl zawieszenia na strychu jakichs przszkadzajek. Zawiesilam dzwonki. Jak zaczynaja szalec- ruszam sznurkiem, z przedluzeniem z kuchni, zaczepionym do dzwonkow na strychu. Przez godzinke plus mamy cicho, a potem znow zaczynaja. Oszalec mozna!!!!!

        • ciociasamozło 31/08/2016 at 09:50

          Może strach na popielice? Np. zabawka przypominająca kota albo sowę ze świecącymi oczami? I jeszcze głośniczek z sowim hu-hu.
          A moze kocią kuwetę z zawartością tam wstaw?
          Alke czekaj, to chyba nie są popielice, bo Ty za oceanem, a popielicowate tylko w Euroazji i Pn. Afryce? No chyba, że ktoś hodował i mu się rozlazły…

          • Lidka 31/08/2016 at 17:32

            @ciociasamozlo, powiedzieli mi, ze to cos sie nazywa dormouse. Toto ten sam gatunek. Wystawilam klatki lapki. Zobaczymy, ile sie da nabrac…

        • RozWieLidka 01/09/2016 at 09:54

          Hihi jak się nie da wyeliminować, to może się przyłączyć do tych harców? 😉😁

  29. Lidka 30/08/2016 at 15:17

    No wlasnie, Modra, SLICZNE, kurcze nic, tylko przytulac. I nie boja sie mnie absolutnie. Mysle, ze mieszka ich u mnie okolo piec. Zadzwonilam wczoraj do miasta do animal control i rzeczywiscie maja klatki lapki i dadza mi i pokaza jak toto zalozyc, zeby se palcow nie poobcinac przy okazji.

  30. becia 30/08/2016 at 16:32

    Kachna, stawiam iż Kanionkowy Pan ochrzan dostanie bo puszki po śliwkach nie użył;)

    • kanionek 30/08/2016 at 22:14

      O, ktoś tu ma dobrą pamięć :)
      Szkoda takiej fajnej puszki na pastuchy, malżonek pewnie trzyma ją na lepszą okazję.

      • Kachna 30/08/2016 at 23:08

        Otóż – tak. Tak.
        Poczułam byłam bezsens pracy mej.
        Ach! Ale fakt, że prawdopodobnie TAKIEGO rozmiaru puszki nie produkuję.
        Posiadam natomiast TAKI piling ku ciału. Więc w najbliższym czasie przyjrzę się nieco bliżej szczegółom konstrukcyjnym tego plastikowego PUDEŁECZKA.
        Przed zamknięciem mojej małej fabryczki powstrzymuje mnie jeno myśl, że takich zdolnych ludzi jak Mały Żonek na szczęście bardzo niewielu jest na tym świecie. Na szczęście dla producentów różnych rzeczy, które zdolny człowiek zrobi wszak z innych rzeczy.
        ………………………
        No to już.
        Piękną mamy pogodę tego późnego lata nieprawdaż?
        I koty zszyte na okrętkę się zrosły i już prawie zarosły:)
        ………………………………..
        ……………………………….
        Kanionku – czasami czytałam jak to niektórzy podobno ze śmiechu przed monitorem coś tam opluli itp. No mi się do przedwczoraj to nie zdarzyło.
        Ale. Ale fragment fabuły w składzie węgla i ze stopą jedną i drugą oraz z opisem przesłuchiwania panienki z węglowego okienka – no właśnie spowodował, że dołączyłam do grona wybuchającego rechotem na głos itp.
        I od razu miałam refleksję nad tym (tu będzie poważnie), że ten wpis ma świetną formę (bo treść – wiadomo!).
        No.
        ……………..
        Raport pokontrolny: te kontrole były bardzo fajne – bo było wszystko w najlepszym porządku (sanepid i …..zus:)))).

      • ciociasamozło 31/08/2016 at 09:33

        Jako ciociaSAMOZŁO przypomnę, że dobra pamięć Beci wynika z faktu, że jest świeżo po lekturze całości ;)
        Becia a forum też już zaliczyłaś?

        • becia 31/08/2016 at 17:42

          Ciocia, jak nie pamiętać jak to bodajże w zeszły piątek było;) Fakt że popełniłam błąd. Duuży błąd, bo najpierw coby się zapoznać z Kanionkowem przeczytałam same wpisy, ale cóś za dużo było odnoszenia się do komentarzy, jakiś myśli rwanych, niedomówień, rzeczy oczywistych które oczywistymi nie były i wróciłam od początku czytać wszystko z komentarzami no i wtedy załapałam że to inszy blog niż wszystkie. A FOK no jak nie jak tak Ciociu droga, sie wi ;)

        • kanionek 31/08/2016 at 21:57

          Ciocia, ale wyobraź sobie – ona to wszystko w tydzień przeczytała! TYLA treści, trzy razy tyle komentarzy, a Kóz jest tu bez liku i każda ma swoją historię, więc szacun, bo prawdę powiedziawszy – jakieś pięć sekund mi zajęło, żeby załapać o jaką „puszkę po śliwkach” chodzi :D

          • ciociasamozło 01/09/2016 at 12:36

            No wiesz jak ONA sobie te pomidorki tak od niechcenia hodowała między pracą a hobby rozmaitem to podejrzewam, że ma dostęp do dłuższej doby, zaginacza czasoprzestrzeni czy innego dynksu, dzieki któremu ma dłuższą dobę ;)

          • becia 01/09/2016 at 13:59

            Jak ja wam powiem że razem z prowadzeniem ogrodu to ja jeszcze chleb piekłam własne wędliny robiłam i balsamy i maści kręciłam a i co dzień podłogi myłam to stwierdzicie że to niemożliwe i jestem kosmitką:) Jak patrzę z perspektywy czasu to też zastanawiam się jak dawałam radę. Ale jak mawia mój chłop- grunt to motywacja. U mnie to macierzyństwo się nazywało. Moje dziewczynki jak były małe były megaalergikami, pokarmówki, kontaktówki, kurz, pyłki, mieliśmy wszystko. Tylko jak sama w domu coś zrobiłam to mogły to jeść. No ale trzeba przyznać iż pracę miałam umysłową więc sił fizycznych ze mnie nie wysysała. No i ponad 10 lat młodsza byłam, teraz bym chyba nie dała już rady. I zdrowie zaczyna szwankować więc bardziej się cackam ze sobą. Kiedyś było- cooo ja nie podniosę tego worka? ja nie podniosę? I podnosiłam chodź kręgosłup trzeszczał. A teraz pożyczam wózek od sąsiada, a czasami i sąsiada;) A Ciocia zgadła. Miałam dłuższą dobę bo w młodości wystarczało mi 4-5 godz. snu. Teraz niestety tak dobrze już nie mam- 7 godz. musi być , co za strata czasu :(

          • kanionek 01/09/2016 at 20:25

            Ja się dowiedziałam, że mam kręgosłup, gdy nabyliśmy działkę typu ROD, jeszcze w mieście. A że mam kręgosłup na każdym odcinku zdegenerowany, to wyszło na jaw dopiero tutaj. Swoją drogą ciekawa sprawa – czy gdybym dalej spędzała 12 godzin za biurkiem dziennie i wszędzie jeździła samochodem, to np. za 20 lat mój kręgosłup zwinąłby się w ósemkę i zdechł? Czy może właśnie teraz, gdy po latach degeneracji zafundowałam mu wycisk bez urlopu, zbuntuje się za – powiedzmy – 5 lat, i zostanę młodą rencistką?

    • Kachna 30/08/2016 at 22:53

      Tja….

    • Kachna 30/08/2016 at 23:09

      Ależ, że pamiętasz!?
      Puszka ta po śliwkach chyba trochę za duża;)

      • kanionek 30/08/2016 at 23:23

        Ja już wszystko wiem, bo poszłam do małżonka poświecić mu lampą w oczy. Otóż owszem, na cewkę zapłonową ta duża była za mała i zbyt miękka (tam straszne, ale to straszne prądy będą, i chodzi chyba o jakieś współczynniki przebicia, czy inne szajse. Małżonek mówi, że gdyby on to tylko dla siebie robił, to by się tak nie spinał, ale ponieważ leci z nami Gupi Kanionek, to woli to zrobić tak, żeby wszyscy przeżyli), a na resztę flaków z kolei za duża, i szkoda, bo przyda się do czego innego. Jedna już się przydała – wisi w koziarni, gdzie małzonek zrobił śliczniusią instalację z oświetleniem nie tylko sali głównej, ale i porodówki, i pokoiku dziecięcego. Czy ja to Wam pokazywałam? Pewnie zapomniałam. A zdjęcia mam, od ho, ho, ho. Są włączniki schodowe, żeby można było włączać i wyłączać z każdego końca (no bo drzwi też jest dwoje), i jest już nawet oświetlenie na zewnątrz z tyłu koziarni (rzadko, ale się przydaje) i WOGLE.

        No i jedna z puszek po śliwkach właśnie w koziarni wylądowała. A druga się nie zmarnuje, już Wy się nie bójcie :)

        Kachna – no to gratulajce pokontrolne! Celebrujesz? Bo jak ZUS i Sanepid się nie czepiają, to święto :)

  31. becia 30/08/2016 at 16:58

    Bojku jak ja bym chciała by moja”prawie10″ coś ugotowała, oprócz sadzonych oczywiście. Jej..

    • Kachna 30/08/2016 at 23:13

      Becia – on ma stały repertuar – albo jajecznica na kiełbasie (z przewagą kiełbasy) albo tosty francuskie (tak-umie) albo makaron z czymkolwiek np. z tuńczykiem z puszki. Kropka:) Albo serca z parówek z jajem w środku – gdzieś w necie znalazł:))
      Tym razem był makaron.
      Po 10 godz pracy, taki podany makaron na talerzu – to najlepsze danie świata.!

      • becia 31/08/2016 at 17:44

        O tak tak, to delicje som najwspanialsze :)

  32. Modra 30/08/2016 at 23:32

    No to w kwestii koni… Jest taki kon, co szuka przystani. Moze ktos cos..
    https://www.facebook.com/taraschroniskodlakoni/photos/ms.c.eJwzNDA0NTYzMDQ2NDEzNDM1MNYzRBIxxhAxMQSKAAAaWAp3.bps.a.10153601314536503.1073742308.298099306502/10153601314616503/?type=3&theater

    Moze jest opcja na dogadanie sie z fundacja na pomoc np. w pokryciu czesci kosztow utrzymania konika, dajac mu u siebie dom.

    Czy ktosiowi z Obory serce do Pierniczka zabije. Umaszczenie ma piekne, to pewne. Taki w typie Kawki i Herbatki :-)

    • mp 31/08/2016 at 09:26

      Kurdesz, może jednak na początek Kanionkowi przydałby się koń, który widzi… Po pierwsze, miałby być wykorzystywany również do zadań bojowych (objazdy terenu, po drugie- sporo u Kanionkostwa innej zwierzyny, więc niewidomy koń musiałby być od niej odizolowany (przynajmniej na początku), więc pewnie trzeba byłoby tworzyć nową zagrodę, a i doświadczenie w opiece nad końmi przydałoby się, bo jeśli i koń, i nowy właściciel zaczęliby od naturalnych w takiej sytuacji reakcji lękowych, to ułożenie wzajemnych relacji mogłoby być bardzo trudne.

      • Modra 31/08/2016 at 10:45

        No moze i tak, jak rozsadek przewaza nad serduchem. U mnie niestety odwrotnie i stad 6 futer na stanie, znaczaco przeciw rozsadkowi przygarniete :-(
        A i Kanionek przygarnal co nieco tych mniej zdatnych do prac w obejsciu. Czasem czlowiek zobaczy zwierzaka i wie, ze musi. A skoro w Oborze ludzie z serduchem wielkim dla zwierzat to udostepniam informacje, bo wazna rzecz. Moze zabije czyjes serce mocniej na widok tego pieknego kuca. Widomy, czy niewidomy na pewno ma on potencjał!

        • kanionek 31/08/2016 at 22:08

          Modra, on wygląda na takiego, co ma potencjał by zostać głównym pieszczochem obejścia.
          A i sobie jeszcze przypomniałam, nie tylko w kwestii Pierniczka, ale konia jakiegokolwiek – Laser jest rąbnięty i konia dziabnąłby w łydkę (być może tylko raz, bo potem leżałby w gipsie; krowę, a może byka, udało mu się kiedyś), a że psy u nas tworzą stado (sforę, stworę, potworę), to solidarnie obszczekują konne wycieczki, co się tędy przechadzają, bo szlak leśny długi i idealny do końskich przejażdżek. Na wypadek więc przyjęcia konia w dom będziemy mieli masę roboty z nauczeniem psów, że „konia to ty szanuj”. To jest wykonalne (patrz: Pimpacy kontra kurczaki), ale czy niewidomy koń miałby nerwy to znieść? Dużo wątpliwości. Rozsądek musi wziąć górę nad sercem, gdy chodzi nie o 30 kg, a 300 lub więcej.

      • kanionek 31/08/2016 at 21:53

        No to w sprawie Pierniczka. Jak wczoraj odpaliłam link, to skończyłam o 1 w nocy. I zasypiałam z myślą, że skoro mamy Mająca, to czemu nie ślepy Piernik? Tam ludzie piszą, że to bardzo miły, kochany konik. Dziś cały dzień z tą myślą chodziłam, uruchamiając wyobraźnię, i doszłam do tych samych wniosków, co MP. Ledwie odróżniam przód od tyłu konia, nie umiem nic przy nim zrobić, a on nie widzi, za to jest w nowym miejscu, czuje nowe zapachy, słyszy psy, kozy, gęsi, i cały ten cyrk. Nie zna terenu. Widzę, jak coś go płoszy, a on biedny leci na te druty pod prądem, a że nie wie, co ma przeskoczyć i jakie jest wysokie, to po prostu tnie sobie skórę o naciągnięty drut, albo leci razem z nim i dziesięcioma słupkami do lasu, a ja co? Wołam: Pieeerniiiczku…!? Nie znam się, więc może widzę to źle, ale nie chciałabym, żeby Pierniczek skończył z kroplówką Nervosolu i tikiem nerwowym, bo i tak ma już w życiu przes*ane. I druga rzecz: faktycznie chcieliśmy (bo decyzja musi być podjęta wspólnie, przeze mnie oraz małżonka; mogę sama zdecydować o kocie, ale nie o koniu), żeby konik miał u nas jakieś zajęcie (czyli choćby służył do jazdy), a na utrzymanie dwóch koni… No wiecie, rozumiecie. Gdybym mogła mieć dwa konie (i miałabym już jakieś doświadczenie), to jednym z nich mógłby być Pierniczek. I źle się teraz czuję, bo przecież OCZYWIŚCIE, że Pierniczek od razu pożarł moje serce. Dobrze mu z pyska wygląda, ludzie piszą, że taki cudowny, ale muszę być rozsądna, bo to koń, nie pies, którego mogę w razie problemu wziąć pod pachę, a na noc pod kołdrę.
        Ja wiem, że Modra może niekoniecznie miała mnie na myśli, tylko kogoś, kto może czyta Kanionka i miałby możliwość i tak dalej. No ale teraz i tak czuję się jak wyrodna, niedoszła końska matka. I jeszcze będę o tym myśleć.

        • becia 01/09/2016 at 07:53

          Kanionku, na tym świecie jest wiele nieszczęśliwych istot, których nikt nie chce. Nie dasz rady przygarnąć wszystkich. I nie jest to powód do wyrzutów sumienia. Pewne rzeczy są ponad siły. Nawet Kanionkowe.

  33. Monika 31/08/2016 at 13:12

    Są!! Doszły w sianku. Pyszność nad pysznościami. Dziękuję Kanionku!

  34. Monika 31/08/2016 at 17:13

    Z konfiturą malinową – miodzioooo!

    • kanionek 31/08/2016 at 22:43

      Aaale ser, czy twarożek, z tymy malynamy? Cieszę się, że smakuje :)
      I nie ma za co – to ja dziękuję, w imieniu kóz i drobiu (zarabiamy na ziarka i siano).

  35. Lidka 31/08/2016 at 17:34

    Droga Oboro, na chwile sie wylacze i pojde sie wyplakac. Zeszlej nocy odeszla ode mnie na zawsze moja kicia Boo. Miala 14 lat. Serce mam zlamane.

    • zośka 31/08/2016 at 20:03

      :( wypłacz się w kąciku Obory. Przytulam.
      Mój Lolek też już ma 14 lat i nie wyobrażam naszego domu bez tego kota.

      • Jagoda 03/09/2016 at 05:56

        Też mam kota Lolka😀. Bardzo całuśny.

    • RozWieLidka 31/08/2016 at 21:36

      Współczuwam i głask, głask.

    • zeroerhaplus 02/09/2016 at 11:59

      Nie wiem co powiedzieć, ale współczuję. W sensie wspólnego czucia.
      Takie kurna życie.
      Trzymaj się Lidka.

    • Jagoda 03/09/2016 at 05:57

      Przykro mi.

    • bila 06/09/2016 at 13:36

      Lidko przesyłam ciepłe myśli i przytulam…

  36. becia 31/08/2016 at 17:46

    Przytulam Cię mocno. Pomyśl Lidko, że ona zawsze będzie z Tobą póki o niej pamiętasz.

    • kanionek 31/08/2016 at 22:49

      A ja to właśnie uważam za najgorsze, że one są, choć już ich nie ma. Pamięć i zdjęcia, a pod dłonią pusto i brak. Wolałabym szybciej zapominać. Szeryf, pies którego nie ma z nami już pięć lat, wciąż mi się śni, i serio – za każdym razem budzę się z takim żalem w sercu, że kawa z paczką cukru tego nie osłodzi.
      Lidka, uściski :-*

      • becia 01/09/2016 at 07:49

        Rozumiem, ale ja mam odwrotnie. Jak sobie wspomnę to się cieszę że byli, że dane były nam te wszystkie szczęśliwe chwile, że byłam kochana. A mogliśmy się gdzieś minąć we wszechświecie i się nie poznać, a spędziliśmy razem kupę lat i było tak wiele dobrych chwil. Życie jest zawsze za krótkie.

        • Lidka 05/09/2016 at 03:29

          Dziekuje Wam Kozy, goraco za wsparcie duchowe. Dzis odebralam z kliniki gipsowy odcisk lapki Boo i pol godziny znowu wycieralam oczy. Tak, Becia, ciesze sie i jestem wdzieczna losowi, ze ja i ona mialysmy szanse spotkac sie i przezyc tyle lat i wiem, ze ona mnie tez kochala. Sni mi sie po nocach i slysze jej glos, a Rafal wczoraj nawet powiedzial, ze juz dwa razy slyszal miauczenie w miejscu, w ktorym na pewno kota nie bylo. Smuteczek…

  37. mp 01/09/2016 at 12:57

    Melduję posłusznie, że sery wczoraj dotarły !
    Miałam nosa, zamawiając nie po jednej gomółce :-)
    Pychota, są bardziej zwartej konsystencji niż te , które robiłam sama (z mleka krowiego) i te, które kupuję u siebie na rynku (czyli więcej sera w serze !), doskonale przyprawione ziołami (na pierwszy ogień poszedł ten z miętą i jeden wędzony z cząbrem i tymiankiem). Miałam zapytać Cię, czy do dłuższego przechowywania w lodówce trzeba zdjąć tę foliową osłonkę, ale raczej nie mam już takiej potrzeby, przy oszczędnym gospodarowaniu może na weekend serki jeszcze wystarczą…
    A sianko jako skrzętna gospodyni zachowam na święta- ludzie, jak ono pachnie !
    Bonus, czyli herbatkę zostawiam sobie na jesienne wieczory :-) Też robię własną mieszankę, ale ona ma znacznie mniej szlachetną nazwę :”śmieciucha” :-)
    Podsumowując- ludzie , ustawiajcie się w kolejkę „za serami”, bo warto !

    • kanionek 01/09/2016 at 20:34

      Taak, wszystkim nowym degustatorom piszę, że sery spokojnie trzymają fason przez dwa tygodnie, ale nie przypominam sobie, żeby ktoś mi napisał: „tak! Faktycznie, sprawdziłam/em, i po dwóch tygodniach są wciąż dobre”. Częściej zdarza się: „wiesz co? Wczoraj doszły sery, dzisiaj już ich nie ma. Gdzie jest koniec kolejki?” ;)

      A teraz koniec kolejki jest gdzieś na początku października. I wszystko się może przesunąć nawet dalej w jesień, bo kozy nadal skąpią i wygląda to tak, jakby chciały zwinąć interes. Może zima jest tuż za rogiem, i one o tym wiedzą?

      Aha, w sprawie przechowywania serów, to tak: wędzone dość dobrze znoszą zafoliowanie nawet przez tydzień, choć dobrze jest dać im „odetchnąć” raz na kilka dni, otwierając woreczek/pudełko na chwilę. Sery się „pocą”, wiadomo. Te niewędzone też kilka dni spokojnie wytrzymają, a potem również należy je raz na jakiś czas przewietrzyć. Przechowywane całkiem na golasa będą jednak szybko wysychać, a skórka – ostrzegam – zrobi się spękana i twarda jak kamień. To są sery prasowane pod obciążeniem (tak, więcej sera w serze, bo mniej serwatki w środku), więc nie trzeba im wiele, żeby wyschnąć na amen.

  38. zeroerhaplus 02/09/2016 at 11:56

    Ogórek, sznurek, dwa otwory (?!),
    Szlag trafił pomidory.
    Lecz nic nie stanie się kiełbasie –
    Nie da sie :)

    Pozwoliłam sobie na prymitywny rym częstochowski z okazji pierwszego piątku miesiąca (zamiast spowiedzi?), oraz że poczułam się jak półtora celebryty na pudelku, a wszystko dzięki Kanionkowi i Kozom Oborowym (łamane przez Wyborowym):D Jesteście niepowtarzalne :D
    Przez ostatni czas miałam nalot lotników, tfu, LETNIKÓW, a jak letniki, to i czas inaczej płynie (z dużym akcentem na słowo „płynie”;) i się jakoś nie da wejść do internetu, bo rzeczywistość zajmuje wszystkie wymiary ;) Stąd i cisza z tej strony wynikła, ale jeszcze będziecie za nią tęsknić, zaprawdę powiadam wam ;)

    Państwo Kanionkowie! Ogrodzenie jest bomba!!! Szacuneczek i tupecik z głowy :D
    Czyli Kanionku już znasz z autopsji efekt „porażenia” pastuszkiem? Czy Cię to bawi czy raczej wkurza?

    Bardzo mi się spodobał „stop stopy z węglem”. Ja bym was na miejscu tej pani nie wypuściła stamtąd tak szybko :) Potem byś mnie na blogu przeklinała jak tego dziadka owsianego, ale co tam :D Raz się żyje i tylko parę razy ma naprawdę ciekawego klienta ;)

    Kanionku, małe Jałowce wydane, a gdzie, przepraszam, foty?!? Czy nie znasz podstawowego prawa internetu: fota kota MUSI być?!??? I do tego małe kotki, tak bez fotografii?!??? Foch!!!!!

    A Kanionek na koniu faktycznie robi wrażenie :)
    Dołączam do klubu nielicznych, które nie miały nic wspólnego z koniem. To znaczy nie do końca – raz dałam koniu marchewkę przez płot, ale jak mi chuchnął w łapę to nie wiem dokładnie co było potem, ale podejrzewam, że się teleportowałam parę metrów dalej. Bo na swoich nogach raczej nie szłam ;)
    Koni boję się, są mi za duże. Podobnie jak krowy. Generalnie optymalną wielkość ma dla mnie kot :)

    Fajnie wrócić do Kanionka,
    Długa była ta rozłąka.
    Brak nam było tego bloga…
    O!
    Laboga :D

    • kanionek 02/09/2016 at 18:41

      Ajlowju :D
      Odetchnęłam z ulgą.
      I już się tłumaczę. Że faktycznie dałam dupy z tymi kotofotkami, ale czy one się musiałmy narodzić wtedy, gdy akurat dupę miałam mocno przeciążoną? Sęk w tym, że rodzina Jałowców dość szybko zamieszkała w Różowym Apartamencie, bo Matka Jałowiec nie czuła się bezpiecznie w moim pokoju, po którym ciągle kręciły się włochate potwory (czyli psy) i notorycznie próbowała te młode gdzieś wynosić, co z kolei mnie wpędzało jeszcze głębiej w nerwicę („któryś pies się w końcu wkurzy”, „jak ona je poutyka po kątach, to nie znajdę, albo rozdepczę”). No więc zamieszkali w Różowym, gdzie było i posłanko, i zapas wody na tydzień (na wszelki wypadek), i żarcia dla Jałowca jak dla nosorożca. Zaglądałam, oczywiście, codziennie, popatrzeć, pogadać, sprawdzić, ale zawsze jakoś w przelocie między jednym urwaniem dupy a drugim, i ciągle sobie obiecywałam, że raz przyjdę z aparatem i zrobię im sesję. No i czas zleciał, dzieciaki już nie chciały mleka, bo dostały puszeczki od cioci Zerojedynkowej, a później minikulki od cioci Mitenki, i mogły już powoli opuszczać gniazdo… NO DAŁAM DUPY, WIEM. Ale został mi jeszcze jeden ancymon, zwany roboczo Szczurokotem, i PRZYSIĘGAM, że zrobię mu fotki.

      PS. Nieee, no co Ty? Ja tego diabelstwa nie tykam! Ja tylko widziałam, jak się kozom podobało bliskie spotkanie z drutem, i żadna siła mnie nie zmusi. I też żałuję, że one musiały się na własnej skórze przekonać jak to działa, no ale siła wyższa. Za to od długiego czasu spokój, nie podchodzą bliżej, niż na metr do ogrodzenia :) O, a Pimpacy jest prądoodporny! Już kilka razy sobie przeleciał w jedną i drugą stronę, na banko go strzeliło, ale on nic sobie z tego nie robi.

  39. Iza 02/09/2016 at 12:59

    Do klubu nie-koniowatych też się zapisuję. Znaczy – lubię, nawet podziwiam, ale z daleka.
    I co do „ciekawego klienta” – pełna zgoda. Ja mam nawet zwyczaj zaprzyjaźniać się z ciekawymi klientami – BO TAK, i co pan mi zrobisz? :D Z jedną taką zaprzyjaźniłam się… łomatko, to już 16 lat?! Po czym ją poznałam z drugą ciekawą klientką i tak sobie stanowimy trio…
    Ale ja tu nie weszłam składać oświadczeń, tylko pokazać TO:
    https://www.youtube.com/watch?v=JmGSCIy7-kk
    Nawet jeśli było, to myślę, że nie zaszkodzi powtórzyć. :)

    • kanionek 02/09/2016 at 18:23

      Aaaale fajne :) Fajniejsze, niż mięsny jeż (ty to chcesz, ty to chcesz!). Też chcę plac zabaw dla kozich dzieci! Jest w planach, ale ciągle coś – a to płoty, a to podłogi, te wiatrownice też trzeba w końcu zamontować, a na małżonka wciąż czeka robota przy gałęziówce, i to w tym roku takiej wrednej, drobnej. No ale stare opony mamy na stanie, jakieś drągi się znajdą, kamieni kupa też jest, coś się w końcu z tego poskłada.

      A małe koziołki są rąbnięte :)

  40. hanka 02/09/2016 at 13:15

    Dziewczyny, a raczej Kozy z OK – robiła któraś może czeremchówkę? Nazbierałam sobie dzisiaj kilo czeremchy i pomyślałam, że na nalewkę przetworzę. Oczywiście w internecie sto przepisów, ale każdy inny. Wiem, że tu siedzą doświadczone w temacie, więc liczę na Wasze rady. Jak zrobić nalewkę z czeremchy (pestek nie zamierzam wyjmować, bo by mnie chyba przy tej robocie diabli wzięli)?

    • becia 02/09/2016 at 19:40

      Nalewki nie robiłam i nie piłam ale soki z czeremchy pyszota, albo kisielek na nich zrobiony, mniam

  41. zeroerhaplus 02/09/2016 at 15:35

    Słyszysz, Kanionek? Jest jeszcze czeremchówka :D

    • hanka 02/09/2016 at 17:36

      Pewnie że jest i podobno bardzo smaczna:-) Liczę, że Kanionek już robił i powie jak.

      • kanionek 02/09/2016 at 18:12

        Jeszcze nie robił! (mam dziurę w serze, tzn. krótką przerwę, więc Wam poodpowiadam)
        Ale myślał już o sadzeniu czeremchy, jako alternatywy dla czereśni – jest ponoć bardziej odporna. Nadal nie umiałabym jej rozpoznać „na żywo”, nawet gdyby zdjęła kapelusz i mi się ukłoniła, więc niewykluczone, że rośnie gdzieś w okolicy, tylko ja jeszcze o tym nie wiem. Tak samo było z tarniną („ale ładnie kwitną te krzaki! Ciekawe, co to…”), którą poznałam osobiście dopiero po pięciu latach mieszkania z nią przez miedzę.

        Jeśli chodzi o nalewki, to sorry selery i porry, ale ja już wszystko robię na oko. Pamiętajcie, że cukru zawsze można dosypać, w trakcie, i po „skończeniu” nalewki. Druga ważna rzecz to taka, żeby nie zalewać spirytusem. To alkohol tak mocny, że „ścina” owoc z zewnątrz i przez to soki nie mają jak wypłynąć do nastawu (jeśli więc chcemy zwiększyć moc nalewki, to spiryt dodajemy na końcu, przed butelkowaniem na przykład). Nie można też skąpić wódki, żeby nam nalewka nie zaczęła fermentować, ale też nie uznaję przepisów typu „pół kilo owoców plus litr wódki”, bo to wódka z posmakiem owoców, a nie nalewka. No i nie wiem, jak soczysta jest czeremcha. Tarninę po zasypaniu cukrem ugniotłam trochę takim gniecidłem do ziemniaków (nie żadna praska, tylko kawał sztywnego drutu na rączce, takie stare, jeszcze z peerelu, Mamie ukradłam), żeby jej się lepiej z wódką zapoznawało ;) Tym samym rozwiązałam dylemat „z pestką czy bez”, bo mogłam trzymać nastaw krócej. Tarninówka po roku to jest cymesik, że ach jo!

        • hanka 02/09/2016 at 18:31

          Tarninówkę zrobiłam rok temu, zainspirowana przez Ciebie:-)
          W takim razie czeremchówkę na oko będę robić. Ja zalewam wódką z dodatkiem spirytusu (ale najpierw wódka, żeby się nie ścięło jak piszesz). Potem zlewam i owoce zasypuję cukrem. Owoce czeremchy wyglądają na drzewie (a raczej większym krzewie) jak czarna porzeczka. Mają jedną pestkę jak czereśnia. Niektórym podobno zdarzyło się pomylić z kruszyną. Owoce są bardziej soczyste od tarniny i są słodkie z lekką goryczką. Z gniecidłem do ziemniaków dobry pomysł.

          • kanionek 02/09/2016 at 18:46

            No właśnie właśnie, wolałabym z czymś nieciekawym nie pomylić. Bez czarny od koralowego to łatwizna odróżnić, nawet po kwiatach, ale czeremcha jest dla mnie wciąż tajemnicą. Przyjdzie czas i na nią.
            No to sukcesu z nalewką życzę :)

          • ciociasamozło 02/09/2016 at 21:31

            Gniecidło ziemniaczane (wersja blaszki z dziurkami) używamy jako „prasy” do winogron przed nastawieniem ich na wino :)

        • becia 02/09/2016 at 19:45

          Kanionku drogi, czeremchy z niczym nie da się pomylić, szczególnie w okresie kwitnienia. Nos urywa z kilku metrów tak pachnie. Wierzyć mi się nie chce że w Twoim lesie może jej nie być bo na Mazurach leśnicy często sadzą ją jako podszyt a potem sama się rozsiewa. Kozy z jedynej koziarni jaką znam w realu ją uwielbiają.

          • kanionek 02/09/2016 at 19:47

            No więc pewnie jest… Mówię Ci, że ja tarniny przez pięć lat „nie widziałam”. Po prostu – masa krzaków, co na wiosnę obsypują się białym kwiatem, i tyle :)

          • becia 02/09/2016 at 19:58

            Wiesz co Kanionku, ja na wiosnę poprzechadzam się po tym Twoim lesie i co ciekawsze krzaki Ci oznakuję, cobyś się znowu 5 lat nie zapoznawała z nimi, ile to wspaniałych nalewek przez ten czas nie zrobisz. Wszak to ode mnie rzut beretem. ..taki dłuższy..

          • kanionek 02/09/2016 at 21:53

            Beretem czy nie, ale ile tego lasu jest do obejścia! Do jesieni 2017 się może, MOŻE wyrobisz. Swoją drogą – nadal nie wiem, gdzie są jałowce, o których mówiła mi Żozefin. Podobno „rzut beretem” od mojego domu! Na razie mam jeszcze owoce, które sobie zerwałam z jej krzaków na podwórku (za pozwoleniem, oczywiście), ale na tegoroczny bigos może już nie wystarczyć. Muszę je w końcu namierzyć, te jałowce, ale serio – to się tak wydaje, że można poznać las kawałek po kawałku. Owszem, wiele miejsc, zwłaszcza grzybnych, mamy już złażone i do nich trafimy, ale nawet w tym roku udało nam się raz zabłądzić.

          • A 02/09/2016 at 20:09

            a wiecie, ze w Polsce sa miejsa, gdzie na owoce czeremchy mowia: korcipki?

          • kanionek 02/09/2016 at 22:01

            O, fajne :) A Żozefin na tarninę mówi „ciarki” (i ja przez lata nie wiedziałam, o co jej chodzi, gdy mówiła: „tam w tych ciarkach, za tymi ciarkami”), ale nie wiem, czy to regionalne, czy osobiście Żozefinowe.

          • dolmik 03/09/2016 at 00:00

            Kanionku, ciarki to potoczna nazwa tarniny na Warmii. Jako dziecko nie wiedziałam, że ciarki to tarnina 😊

  42. zeroerhaplus 02/09/2016 at 16:12

    A jakby tak tę trawę i chasze pod pięciolinią, zamiast zwalczać, to czymś przykryć? Zaściółkować, zakryć czymś, co nie przepuszcza wody ni światła i zahamuje wzrost… czymś, co jest tanie i dostępne (lub nawet „za darmo” typu skoszona trawa, tylko trwalsze), w miarę wytrzymałe… Brzmi absurdalnie, ale może ktoś na coś wpadnie? W sensie na jakiś pomysł? Pomyślmy…

    • RozWieLidka 02/09/2016 at 17:28

      Eternit 😈😉😨

      • kanionek 02/09/2016 at 18:19

        :D Nie mam tyle.

        Tak, też wpadłam na pomysł „ściółkowania”; najlepszy byłby żwir, bo wieczny, ale to droga impreza. Potem myślę – zrębki! No ale tym moim niemieckim nakurwiaczem to robiłabym te zrębki do pogrzebu Bożeny chyba, czyli jeszcze ładnych parę lat. Potem myślę – szyszki, ale nazbierać, przenieść i ułożyć tyle szyszek, to patrz wynik przemyśleń o zrębkach. Folia? Trzeba ją jakoś mocować, żeby nie odfrunęła, a poza tym folia i guma to kozi przysmak ;)
        Jeśli wpadniecie na jakiś pomysł, który tu się sprawdzi, to ozłocę! Albo podaruję np. słoiczek dżemoru na hemo… Znaczy z jarzębiny :)

        • zeroerhaplus 02/09/2016 at 18:25

          Z tańszych rzeczy: wykafelkować ;)
          Ale tylko marmurem karraryjskim :D

          • kanionek 02/09/2016 at 18:49

            A tak, mysleliśmy też o czymś w rodzaju chodniczka, wiesz, z płytek betonowych, ale TAJASNE. Nawet na chodniczek na małym wybiegu dla kurczaków, z którego gęsi i kaczki zrobiły bagienko, nas nie stać. To znaczy na ten na małym wybiegu jeszcze byśmy jakoś uszarpali, tylko zawsze jest coś ważniejszego (np. teraz nowy łańcuch do piły), ale kilkaset metrów chodnika to już musiałabym ukraść. We Fromborku ostatnio układali jakieś granity…

          • zeroerhaplus 02/09/2016 at 19:15

            Teoretycznie jakby polać murawę wrzątkiem… Bez chemii, ale czy efekt długotrwały? Przyznać się, wylał kto wrzątek na trawę? Bo jak nie to lecę nastawić czajnik ;)
            Ale już widzę Kanionka, jak popyla kilometry w tę i nazad z czajniczkiem… tjaaa.

          • kanionek 02/09/2016 at 19:43

            JUŻ WIEM! Rozwiązanie bezkosztowe i ekologiczne, tylko surowiec trzeba zmagazynować, więc to raczej na przyszły rok. Otóż, jak wiecie, Atos nie sika sam, tylko Kanionkiem. A tam, gdzie nasika, najlepiej kilka razy, szybko powstaje placek ziemi martwej (wiecie, jak się ludzie wkurzają, gdy im cudzy pies sika na żywopłot, bo wszystko co jest regularnie obsikiwane przez psy niszczeje?). Należy więc – zamiast marnować ten naturalny randap – zbierać siki Atosa do butelek, i potem tylko obficie podlewać… :)
            Mówcie mi „geniusz ekologicznego rolnictwa i hodowli zwierząt łamane na geniusz innowacyjnych rozwiązań w domu i zagrodzie”. No wiem, że trochę długie. Ostatecznie może być sam „geniusz”.

          • zeroerhaplus 02/09/2016 at 19:59

            Geniuszu (w skrócie – Gieniu?), toż to genialne :)
            Tylko czy Antoni podoła?

          • kanionek 02/09/2016 at 21:59

            Już liczę: minimum 1 litr dziennie, razy 30, to jest 30 litrów na miesiąc. Pomnóż przez minimum 7, bo tyle miesięcy wyjdzie do następnego sezonu, to masz już 210 litrów herbicydu! O kurde, faktycznie może być mało… 0,6 litra na metr kwadratowy, przy założeniu, że pryskamy tylko pas zerokości metra pod drutem. Gdyby wszystkie pieski chciały się zrzucić, byłoby idealnie, ale jakoś słabo to widzę.

          • wersja 12/09/2016 at 09:25

            moja mama traktuje wrzątkiem chwasty na podjeździe – działa na kilka tygodni (zależnie od pogody). czytałam, że w jukeju do ściółkowania grządek używa się papieru gazetowego (makulatury papierowej) – z powodzeniem zastępuje agrotkaninę, chociaż raz na jakiś czas wymaga wymiany. myślę, że można rozkładać gazety i przykrywać skoszonym zielonym.

          • kanionek 12/09/2016 at 21:54

            Wersja – ściółkowanie gazetą stosowałam w ogrodzie (chyba nawet pokazywałam Wam zdjęcia cebuli na gazecie), kartonami też, i wiem, że się sprawdza, ale tylko dobrze przykryte wystarczająco ciężką warstwą czegoś, co utrzyma gazetę w miejscu. Ścięta trawa w tym przypadku będzie do luftu, bo szybko wyschnie i odleci razem z gazetą (albo, jak miałam okazję zaobserwować w ogrodzie, co silniejsze chwasty uniosą gazetę wraz z tą trawą na wierzchu i porobią garby sięgające drutu pastucha), a zbyt gruba warstwa to problem z gatunku „skąd wziąć tyle ściętej trawy” ;) Od gazety lepszy karton, bo tak szybko się nie rozpada. Tylko wciąż pozostaje problem ROZMIARU przedsięwzięcia. Raz: zdobyć tyle gazet/kartonu, dwa: poukładać to wszystko i przysypać „czymś”. Jeśli już mam ganiać z taczką i widłami lub łopatą, to wolę bez gazet i kartonu podsypać pastuch ściółką z koziarni.
            Niedługo zima i problem chwilowo sam się rozwiąże. No chyba, że spadnie 30 cm śniegu i wtedy będziemy ganiać z szuflą :)

      • Lidka 03/09/2016 at 05:29

        W moich rodzinnych stronach, w poludniowo- wschodniej Polandii mowimy na czeremche „kocierpka”, na tarnine „tarka”, a na pytanie, jak sie gosciu miewasz- odpowiadamy: „a bajka, bajka”.

        • kanionek 03/09/2016 at 22:40

          O, „bajka, bajka” całkiem fajne.
          A my z małżonkiem eksploatujemy od wielu tygodni tekst „naszego” mechanika (to ten od ciągników i innego ciężkiego złomu, no i naszego Gwiazdolota). Mechanik w godzinach popołudniowych jest, że tak powiem, całkiem nie do użytku, a i konwersacja z nim wymaga wyostrzonych zmysłów i umiejętności składania łamigłówek na czas, ale nieważne. Pożyczył nam swój samochód na czas naprawy naszego, bo on i tak nigdzie nie jeździ. Po kilku dniach wpadliśmy do niego zobaczyć, jak się miewa Gwiazdolot, oraz poinformować mechanika, że w jego furmance coś dziwnie napiżdża, stuka i dudni. I usłyszeliśmy: „toooo… tyyym sięęęę… nnnie przeeejmuj… Sobie tankuj i sobie jeździj”.
          No i teraz jak coś się nieźle rypnie, urwie, złamie, zgniecie lub w inny sposób zepsuje, to mówimy sobie: „tyyyym się nie przejmuj. Sobie tankuj, i sobie jeździj”. I życie od razu jakieś bardziej zabawne się zdaje ;)

      • becia 03/09/2016 at 09:31

        Kartony przyszpilone zgiętym drutem? …Kozy zjedzą?

        • zeroerhaplus 03/09/2016 at 10:06

          Znając ich zwyczaje mogę spokojnie przypuścić, że wtrąbią karton w mig a drutu użyją jako wykałaczki ;)

          • becia 03/09/2016 at 10:10

            No zaraz ale te kartony pod drutem z prądem będą a one już nauczone że auć boli

          • kanionek 03/09/2016 at 22:46

            Ale TYLA kartonów?! Becia, 350 metrów kwadratowych kartonu! Weź to skądś przytargaj, a potem zamocuj… No i z doświadczeń ogródkowych wiem, że karton i owszem, dobry na zagłuszenie życia roślinnego jest, ale tylko na krótko. A kilkugodzinny opad deszczu rozmoczy go na tyle, że i mocowanie drutem psu na zupę warzywną się zda.
            Pamiętajcie też, Drogie Kozy, że docelowo ogrodzenie będzie miało około ośmiuset metrów długości, bo czeka jeszcze łąka południowo-wschodnia.

          • ciociasamozło 04/09/2016 at 15:31

            Kanionek, podziwiam Twoją umiejętność przeliczania wszystkiego. Normalnie tworzysz wzory na nowe jednostki: moczometry, kartonometry.. ;)

          • zeroerhaplus 04/09/2016 at 15:35

            … kaczkolitry, sianotony i kozolata ;)

          • kanionek 04/09/2016 at 23:13

            :D

            No muszę liczyć, żeby się nie przeliczyć ;)

        • dag 04/09/2016 at 15:45

          a może czarna folia?

          • dag 04/09/2016 at 15:46

            Sama sobie odpowiem: nie:) czytam komentarze od dołu i doszłam do odpowiedzi kanionka:)

          • kanionek 04/09/2016 at 23:25

            Dag :D
            A ja odpowiadam z poziomu panelu admina i dopiero teraz widzę, że już sobie odpowiedziałaś :)

          • kanionek 04/09/2016 at 23:19

            Tak, pewnie, że czarna folia dałaby radę. Tylko: musi być gruba, żeby jej byle patyk nie przebił, i żeby nie wybrzuszała się i nie falowała na wietrze, bo ją zaraz szlag trafi, musi być odporna na działanie UV i zmiennych, często skrajnych, warunków atmosferycznych (przemarzanie zimą do -25 i nagrzewanie się latem do +50) i do tego musi być tania :D Najlepiej w rolkach o szerokości min. 1,5 metra. I najrzadziej co metr trzeba ją przygwoździć do ziemi. Czymś.

    • Barbarella 09/09/2016 at 18:28

      A papa z taką posypką z grubszego żwiru?
      Papę też zeżrą? Grubsza niż folia i nie trzeba przyszpilać. Chyba.

      • kanionek 09/09/2016 at 21:57

        KOCHAJĄ PAPĘ!
        W ubiegłym roku małżonek zrywał starą i dziurawą już papę z komórki na siano (a potem położył na niej tę blachodachówkę z trzeciej ręki), i jak tak sobie stał na drabinie i zrywał, to trochę czasu upłynęło zanim się zorientował, że Andrzej podprowadza co ciekawsze kawałki tej papy, a i Bożena się tam kręciła i gówniaki jakieś. Skończyło się tak, że on zrywał, a ja wynosiłam poza zasięg kozich zębów.
        ALE. Pal dziadu te kozy, bo w końcu ile papy można zjeść. Mnie bardziej martwi, że papa sama by „wyszła”, pod osłoną nocy, a później w cudowny sposób zmaterializowała się na daszkach i dachach okolicznych domów, komórek i psich bud. Papa, panie, to jest piniondz, co piechotą nie chodzi, a jak piniondz leży na ulicy, to się go podnosi i zabiera.

        Mam jeszcze jeden pomysł. Teraz się przemęczymy, a wczesną wiosną, gdy nadejdzie czas generalnych porządków w koziarni, podsypie się pod pastuchem tej ściółki, mocno już ubitej, wymieszanej wiadomo z czym. W ogrodzie działało przez długi czas, a nawet gdy chwasty zaczęły rosnąć, to tylko tu i ówdzie, pojedyncze osobniki. Takie coś łatwiej opanować. Tylko te długodystansowe wycieczki z taczką i widłami słabo widzę, no ale może wiosną wstąpi we mnie nowy duch tytana pracy (z tytanowym biodrem i blaszką w głowie).

        • Barbarella 10/09/2016 at 12:12

          No to jak one smołę jedzą, to chyba coś wspólnego z diabłem mają, jak legenda głosi. No już wszystko, ale SMOŁĘ?…

          Prawda, że nie wzięłam pod uwagę czynnika ludzkiego, a w szczególności drobnej przedsiębiorczości lokalnej; może się zasugerowałam tym, że ciągle piszesz, że mieszkasz za daleko od wszystkiego. Tylko zawsze trzeba brać poprawkę na „za daleko od wszystkiego, no chyba, że trzeba coś podpierdolić”, a to już zupełnie inna para kaloszy (o ile nie ukradną kaloszy).

          • kanionek 10/09/2016 at 23:32

            Diabeł to do Bożeny na korki chodzi. Poza tym jedzenie jedzeniem, ale uciech z taką papą byłoby więcej – można poszarpać zębem, skopać kopytkiem, albo pociągnąć całą płachtę i wrzucić do stawu.
            „Drobna przedsiębiorczość lokalna” – jaki ładny eufemizm! Jest tu taki (żeby jeden…) lokalny przedsiębiorca, co „naszą” leśną drogą chadza na grzyby, jest byłym pensjonariuszem (if you know what I mean) i chwali się, że zna lokalną mafię. Ja nawet nie wiedziałam, że tu jest jakaś lokalna mafia!
            (Kaloszy jeszcze nie ukradli. Całe szczęście, bo to będą moje buty na zimę. No chyba, że się zahartuję i jednak boso… Czy mafia okrada ludzi niespełna rozumu?).

  43. hanka 02/09/2016 at 19:25

    Miotacz ognia – mały żonek pewnie raz dwa skonstruuje. Wyobrażacie sobie Kanionka z takim narzędziem zniszczenia?:-))

    • kanionek 02/09/2016 at 19:45

      Ja miotacz bardzo chętnie, do urzędów by się przydał, ale w lesie to trochę nie bardzo :) Już mi tu Becia taką lancę proponowała, ale mówię Ci – leśniczy by się wkurzył.

      • zeroerhaplus 02/09/2016 at 19:56

        Miotacz pary? Wodną mam na myśli ;)

    • zeroerhaplus 02/09/2016 at 19:53

      Miotacz pary? Wodną mam na myśli ;)

      • zeroerhaplus 02/09/2016 at 19:56

        Ooo, jakaś nowa sztuczka. Komentarz zdwojony. Przepraszam, sama nie wiem, jak się to stało.

        • kanionek 02/09/2016 at 21:48

          No normalnie – serwer tak się za Tobą stęsknił, że teraz wszystko co napiszesz będzie multiplikował.
          Miotacz pary… Nie wiem, czy małżonek podoła. Ale idźcie dalej tą drogą, idźcie… Spotkamy się w lesie :D

          • hanka 02/09/2016 at 22:39

            Możemy Ci podesłać trochę „herbicydu” od naszych pupili. A tu prawie każda ma jakiegoś kota lub pieska. Tylko co na to listonosz?

          • ciociasamozło 03/09/2016 at 00:06

            Gnojówka. Gnojówka też wypala.
            A jakby tak zebrać moc(z) wszystkich domowników? ;)

          • kanionek 03/09/2016 at 22:21

            „A jakby tak zebrać moc(z) wszystkich domowników?” – już widzę te rozmówki małżeńskie…
            – No gdzie, GDZIE TY SIKASZ!? Do butelki miałeś nasikać!
            (co mi przypomina, jak wymyśliłam sobie „kompostowy kubeł”, czyli taki kosz na śmieci z pokrywką, do którego miały być wrzucane wszystkie odpadki nadające się na kompostownik, a nienadające się do zjedzenia przez zwierzątka. Kubeł jest zresztą cały czas w tym celu używany; jak się zapełnia, to ja go wynoszę i zawartość ląduje na kompostowniku. Aha, i na skorupki od jajek był osobny pojemnik. I z początku małżonek ciągle o tym zapominał, a jak tylko Kanionek zobaczył skorupkę w koszu na śmieci, lub skórkę od banana, to było: „no gdzie mi to wyrzuciłeś!? Na kompost miało iść!”. I zyskałam sobie przydomek Kompost Nazi vel Śmiećsłużba. To teraz pewnie byłabym Strażą Moczną).

          • dolmik 03/09/2016 at 00:07

            O! O o o! Wysyłamy do Kanionka zużyty żwirek z kocich kuwet!! A listonosz na pewno ma samochód albo rower z przyczepką 😁

          • zeroerhaplus 03/09/2016 at 00:14

            Hyhy… jak tak tak dalej pójdzie będziesz miała, Kanionku, największą kolekcję gówna w historii blogosfery :)

          • kanionek 03/09/2016 at 22:32

            „Za siedmioma gównianymi górami, za siedmioma mocznymi rzekami, mieszkał sobie Kanionek, z elektropastuszkiem i waniejącymi kozami”.

          • Kachna 03/09/2016 at 17:35

            Umrę przez Was przedwcześnie ze śmiechu. Jak bonedydy!!!
            Weźcie się no!
            Ale jakby co – to i ja mogę żwirek wyekspediować. W puszkach!

          • kanionek 03/09/2016 at 22:49

            Kachna, nie umieraj! To już lepiej się ze śmiechu posikać. A NAJLEPIEJ do butelki, adres do wysyłki znasz :D

          • ciociasamozło 04/09/2016 at 15:44

            Taki zasikany i wyschnięty drewniany zbrylający się żwirek to dość lekki jest. I można by tak rozsypać na trawę i podlać. I ekologiczny, biodegradowalny… A z kolei bentonitowy, to sam w sobie by może blokował wzrost trawy jak się skorupka zrobi?
            Kanionek, wyliczaj żwirkometry ;)

          • kanionek 04/09/2016 at 23:15

            Ale jakie – żwirkometry kwadratowe, czy od razu sześcienne? Bo trzeba ustalić, jaka grubość warstwy wystarczy, i wtedy te sześcienne nam wyjdą.

          • zerojedynkowa 08/09/2016 at 09:40

            Obśmiałam się jak norka! :D Kozy Kochane z Wami od razu lepiej się choruje!
            Chciałam Kanionkowi na urodziny (jutro ma) wysłać jakiś drobiazg, ale widzę, że kupa sików i zawartość kuwety może ją bardziej uszczęśliwić. Będzie praktyczniejsze.

          • kanionek 09/09/2016 at 23:02

            ZEROJEDYNKOWA! To Ty żeś wszystko wyśpiewała!
            Kupa sików brzmi fajnie – jak dwa w jednym :D
            Dziękuję, kochana, żadnych drobiazgów mi tu proszę nie wysyłać (już ja znam te Wasze „drobiazgi”), tylko dbać o siebie. Proszę się zobowiązać i podpisać.

  44. becia 02/09/2016 at 20:01

    Żelazko ze stacją bazową pary:):)

    • ciociasamozło 02/09/2016 at 21:29

      Albo w ogóle żelazko! Tylko czy prasowanie trawy nie będzie bardziej upierdliwe od jej wycinania? ;)

      • kanionek 02/09/2016 at 22:04

        Już mi taka jedna radziła nastawiać żelazko w ogrodzie. Widzę, że od przeznaczenia nie ucieknę :D
        (ale to chyba faktycznie bardziej upierdliwe, od wycinania. O reputację się już nie martwię, bo nie wiem, czy jeszcze jest o co)

        • zeroerhaplus 03/09/2016 at 00:14

          O właśnie! Lokówką badyle potraktuj :)

          • kanionek 03/09/2016 at 22:31

            Nie mam lokówki :-/
            Ale Mama przyjeżdża za tydzień, to powiem jej, żeby wzięła ze sobą. Już widzę te trawy kędzierzawe i fantazyjne loczki u ostów :D

          • ciociasamozło 04/09/2016 at 15:28

            I od razu jakiś turnus dla dla praktykantek fryzjerskich można zorganizować, niech sobie dziewczęta poćwiczą na trawkach, ostach i pokrzywach zanim komuś siano na głowie zrobią ;)

          • zeroerhaplus 04/09/2016 at 15:54

            Gdyby jeszcze praktykantki chodziły sikać „pod pastucha”, to normalnie prawie perpetuum mobile by było ;)

          • kanionek 04/09/2016 at 23:28

            Świetny pomysł! A jak Dżery wracający z grzybów zobaczy te sikające, młode praktykantki, to mi zemdleje z wrażenia, padnie na druty i trzeba będzie ustawiać od nowa. A na drugi dzień będę tu miała pół wsi (te męskie pół) :D

          • zeroerhaplus 05/09/2016 at 00:50

            … a jak te pół wsi też nasika…
            Niekończąca się historia ;)

          • mitenki 05/09/2016 at 11:01

            Jesteście wariatki :DDD
            Mój kot zdeklarował się, że też może nasikać. Tylko on musi zakopać co zrobił, więc nie wiem czy się przyda ;)

          • Iza 05/09/2016 at 11:54

            Te męskie pół wsi można wykorzystać przy okazji do cięższych prac – będą mieć alibi, żeby zostać dłużej, więc powinni ochoczo się zgodzić. :D

          • ciociasamozło 05/09/2016 at 12:00

            Albo rzucić „wyzwanie” na facebooku (jak te wszystkie Ice Bucket Challenge itp.)! Sikanie pod elektrycznego pastucha (cóż za dreszczyk emocji!) na rzecz kóz Kanionka i od razu pojawią się tabuny hipsterów ;)
            A może i nie bo w pobliżu Kanionkowa nie ma knajpy z wifi i latte z mlekiem sojowym :(

          • Kachna 05/09/2016 at 13:03

            Oświadczam, że nie będę więcej czytać tego wątku bo…zaczynam w niego wierzyć. Bo ja łatwo wierna jestem.
            I w ogóle to jesteście nienormalne. Wszystkie. Z Główna Pasterką na czele.
            …………………
            A tak w ogóle, to ja jakoś pamiętam, że nasze owce po prostu wygryzały trawę pod pastuchem…..Ale teraz rozumiem, że owca to nie koza….

          • becia 05/09/2016 at 21:06

            Ach no tak .. zapomniałam.. sielsko ma być ;) Poetycko :) Nie ma to jak błyskanie gołą pupą we mgle wczesnego poranka :)
            :) :):)

        • becia 05/09/2016 at 16:46

          A może zamiast grupowej forumowej zbiórki moczu i zawartości kuwet tudzież nęcenia sąsiadów sikającymi fryzjereczkami po prostu kupić worek mocznika w ogrodniczym?

          • Ania W. 05/09/2016 at 19:55

            Ale ten worek mocznika to taki prozaiczny… A sikające MŁODE fryzjerki wręcz przeciwpołożnie :)

  45. pluskat 03/09/2016 at 17:24

    Po mojej wiosce chodzi facet z palnikiem do spawania i butla gazu na plecach i wypala chwasty na chodniku. Ale mowi, ze to wystarcza na miesiac, potem odrastaja.

    • kanionek 03/09/2016 at 22:48

      Dobry i miesiąc, bo teraz co tydzień trzeba z nożyczkami latać. Ale serio, niczego ogniowego się tu nie odważę użyć, bo za podpalenie lasu idzie się chyba do pudła.

      • zeroerhaplus 04/09/2016 at 10:22

        Mało, że do pudła. Potem ekspresowo do piekła, nawet jak kto nie wierzy ;)

  46. pluskat 04/09/2016 at 14:03

    a wlasnie nasi magicy podpalili drzwi od garazu w wiosce: +35 °C od wielu tygodni, ani kropli deszczu, a oni z chwasty przy drewnianych drzwiach wypalaja ogniem.

    • kanionek 04/09/2016 at 23:12

      Pluskat, to pewnie z tego upału myślenie im się wyłączyło ;)
      Ale gdzieś, chyba w Polsce, znów ktoś sobie zrobił kuku przyświecając zapalniczką, by zobaczyć ile benzyny zostało w baku, więc panowie od garażu to jeszcze pikuś.

  47. becia 04/09/2016 at 15:46

    Kanionek a jakby dolny drut wymienić na gruby sznurek? Kozuchy już się nauczyły że tam przeciskać się nie należy, to może się nie zorientują a ty będziesz musiała kosić dopiero jak trawa dojdzie do drugiego druta. Głupi pomysł? Za sprytne te one są?

    • kanionek 04/09/2016 at 23:24

      Becia, koncepcja z pozoru niegłupia, ale OWSZEM, za sprytne one są. Nie ma siły, żeby nie zauważyły różnicy między drutem a sznurkiem. One widzą KAŻDĄ zmianę. I WSZYSTKO potrafią zepsuć, prędzej czy później. Ja Wam muszę pokazać, co one ostatnio wygięły, a czego Kanionek by chyba nawet młotkiem nie zamęczył. Poza tym musimy mieć na uwadze małe brzdące, które są ciekawskie, a do tego skaczą w sposób nieprzewidywalny (chyba nawet dla nich samych), no i łudzimy się, że ten najniższy drut będzie skuteczny przeciwko Rudym Ryjom.

  48. Iza 04/09/2016 at 17:03

    A propos tych docelowych 800 metrów pastucha, to czytałam to
    http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,codziennie-z-ciezarowek-wyladowuja-tu-stare-okna,210652.html
    i oczy mojej duszy ujrzały tam setki potencjalnych słupków do pastucha – drewnianych, PCV… Tylko trochę daleko… ale może jest coś podobnego gdzieś bliżej? Albo dałoby się dogadać, skoro facet ma nakaz uprzątnięcia tego DOKĄDŚ (gdzie pewnie by musiał zapłacić za odbiór)?

    • kanionek 04/09/2016 at 23:38

      Iza, zaraz przeczytam, ale w kwestii słupków drewnianych mogę napisać od razu: one są potrzebne tylko w miejscach, gdzie łamie się linia prosta ogrodzenia. Pomiędzy nimi o niebo lepiej jest wtykać te plastikowe, bo:
      a) mają gotowe zaczepy na druty/taśmy na przeróżnych wysokościach
      b) są lekkie, banalnie łatwe w montażu (mają stalowy „kolec”, który wchodzi w ziemię jak w masło)
      c) są równie łatwe w demontażu, w razie konieczności zmiany położenia pastucha
      d) są odporne na wilgoć, robaki, mróz (podobno), UV (też podobno)

      Wkopywanie drewnianych słupów na głębokość pół metra, co około trzy metry, trwałoby wieki. To był zresztą jeden z głównych powodów, dla których ostatecznie zrezygnowaliśmy z ogrodzenia z siatką.

      • Iza 04/09/2016 at 23:49

        Skoro tak, o nawet nie masz po co czytać tego linka – zapomniałam o wkopywaniu. :(

  49. Lidka 04/09/2016 at 18:27

    Widzialam tutaj w sklepie takie plyty 25×25 z jakiegos interesujacego tworzywa, nie bylo to drogie, wyginaly sie i byly lekkie i na kartce informacyjnej pisalo, ze eco. W Polsce na pewno tez toto jest. Moze cos takiego polozyc, Kanionku?

    • kanionek 04/09/2016 at 23:41

      Ale to w kwestii zduszenia życia roślinnego pod pastuszkiem? Bo jak one lekkie, te płyty, to znów trzeba by je czymś do ziemi mocować.
      Ale i tak jestem ciekawa, co to może być.

      • Lidka 05/09/2016 at 01:49

        Tak, w kwestii zduszenia zycia pod pastuszkiem. Dopytam w sklepie jak toto mocowac, bo moze wpierw trzeba by jakis zwirek pod spodem, a to juz powazniejsza robota.

  50. wiadomo 04/09/2016 at 23:11

    Kanionku, ja niechciane chwasty rosnące poza trawnikiem posypuję solą lub robię roztwór soli z wodą. Bardzo skuteczne.

    • kanionek 04/09/2016 at 23:46

      Tak, słyszałam o sposobie z solą, ale czy możesz podać, choć w przybliżeniu, ile soli wychodzi Ci na metr kwadratowy, żeby było skutecznie? I czy to trzeba kilka razy z rzędu, czy raz wystarczy? Przy suchej, czy mokrej aurze? I trochę się obawiam, żeby drzewom nie zaszkodziło – nie wiem jaki „zasięg” ma taki solny obsypunek, ale jak padną drzewa wzdłuż linii mojego ogrodzenia, to leśniczy pomyśli: „przypadek? Nie sądzę!” ;)

      • Iza 05/09/2016 at 00:38

        Tu dziewczyna zrobiła pracę na Olimpiadę Biologiczną – całkiem pouczające
        http://biologhelp.com/wplyw-chlorku-sodu-kupkowke-pospolita-praca-badawcza-olimpiady-biologicznej

      • wiadomo 05/09/2016 at 23:05

        – Nie wiem w jakiej odległości masz drzewa, ale ja sypię nawet na chwasty, które rosną na granicy trawnik-kostka (ciężko je tam wyrwać z korzeniami) i nic niepożądanego się nie dzieje, trawnik ok.
        – Do tej pory przy szczególnie upierdliwych chwastach musiałam raz powtarzać.
        – Jeśli chodzi o aurę, to myślę, że lepiej, jak jest mokro, szybciej wtedy wsiąknie.
        – Nie wiem niestety, jak z dawkowaniem, bo u mnie to na dużo mniejszą skale i robię to na oko. Do roztworu za dużo i tak nie dasz, bo będzie szybko nasycony i sól się nie rozpuści.
        – Spróbuj, Kanionku, na niewielkim odcinku, w ciągu tygodnia ocenisz rezultaty.

        • ciociasamozło 06/09/2016 at 09:26

          A nie ma ryzyka, że ta sól będzie zachęcała kozy do wylizywania pod pastuchem? Wtedy drogowej nie można używać, a kuchenna trochę drogo może wyjść :(

    • zeroerhaplus 05/09/2016 at 13:10

      A to można sobie tak? Bo w takim Dojczlandzie na przykład, to zabronione. Ocet i sól zakazane jako herbicyd.
      I pono nawet kara 50000 euraków, ale to niepotwierdzone – i wydaje mi się, że nierealne.

  51. becia 05/09/2016 at 16:44

    Sól do drzew a fe.. za szybko je wykańcza.

  52. pluskat 07/09/2016 at 11:59

    Moze ulozyc jakies plyty chodnikowe z demobilu.
    Przepis na ogorki w occie prima sort, tylko daje polowe cukru. Zawsze tak robie.

    • kanionek 07/09/2016 at 20:01

      To byłoby rozwiązanie idealne, ale niestety – płyty chodnikowe to chodliwy towar, nawet te z demobilu. A my tu potrzebujemy chodniczka, który wystarczyłby małemu osiedlu.

      Kozy Kochane, przepraszam że mnie nie było. Panter zniknął, nie było go cztery dni (cztery dni!), i trochę smuta złapałam, że ktoś go ukradł, albo rozjechał. On jest wykastrowany, więc na dziewczyny nie poszedł, i jest „przytulany”, więc nie posądzałam go o szwendactwo. No i dzisiaj rano, jak gdyby nigdy nic, siedział sobie na parapecie, puszysty i biały. Taki wyluzowany, że tylko fajki w zębach mu brakowało.
      Oni mnie wszyscy wykończą.

      Idę z małżonkiem jakiś film obejrzeć, czego nie robiłam już ze sto lat, a to na okoliczność uczczenia faktu, że skończyliśmy dzisiaj ocieplanie podłogi w jednym pokoju. Gryzie nas wełna, potykamy się o graty, ale podłoga leży, jeszcze tylko małżonek musi deski poprzykręcać do legarów. Buziaki, może jeszcze Wam dzisiaj poodpisuję :)

  53. baba aga 07/09/2016 at 21:04

    Tydzien mnie nie było i pół dnia czytania zaległości. Ja do Lidki w sprawie popielic, moja mama miała na strychu kuny, tupały, drapały i gryzły, spać się nie dało i po wielu nieudanych pomysłach powykładała w kilku miejscach takie grające pocztówki, i nie wiadomo dlaczego ale pouciekały, wcześniej było radio i tylko na chwilę pomogło a melodyjka z pocztówki je zirytowała, a że to gra przez kilka dni to się wyniosły. Do dzisiaj cała rodzina ze Stanów wie, że do mamy wysyła się grające pocztówki :-) powodzenia!!!

  54. baba aga 07/09/2016 at 21:06

    Ojej, mam nowego potwora, ale wygląda dokładnie jak ja po sezonie, obłęd w oczach i krzyk na ustach :-D

  55. sunsette 07/09/2016 at 22:06

    Kanionku, dostałaś mojego maila? Wysłałam przedwczoraj.
    Już mi serce zamarło odnośnie Pantera, ale zdążylam doczytać resztę i jakoś ruszyło;)
    Cztery dni… Co on robił??? I gdzie?
    Gratuluję podłogi:)
    Nie wiedziałam o tej soli.
    Zeroerhaplus, u nas wszystko wolno, skoro nawet rundapem po ziemniakach osobiście widzę w sąsiedztwie) i rzepaku, a ponoć i gryce leją. To co taka niewinna sól…

    • zeroerhaplus 07/09/2016 at 23:05

      I ten ziemniak to przeżywa?!??

      • sunsette 08/09/2016 at 13:55

        Leja po posadzeniu, kiedy chwasty juz sa a ziemniaka jeszcze nie widac, sami potem jedza te ziemniaki…

        • kanionek 08/09/2016 at 23:07

          A ja od miejscowych słyszałam, że się leje również tuż przed planowanym zbiorem. Bo „nać” wtedy zdycha i nie wplątuje się w zawiłości machiny do zbierania ziemniaków. Ja tam się nie znam, ale może lepiej byłoby coś poprawić w konstrukcji machiny, niż tym morderczym środkiem traktować rośliny jadalne. Możliwe, że coś źle zapamiętałam, ale na 100% leją przed zbiorem po to, żeby się łatwiej ziemniaki zbierało. Roundup wnika, zdaje się, również w korzenie, a więc pewnie i w bulwy. No chyba, że zbiorą, zanim zdąży. Ale kto by się tam przejmował – w końcu te ziemniory będą jedli jacyś obcy ludzie bez twarzy i nazwiska. O zamgławianiu ziemniaków w przechowalniach pewnie też już wiecie? Jest taki gaz, który się rozpyla w pomieszczeniu, w ktrym trzyma się ziemniory, a ten gaz powstrzymuje kiełkowanie. Musi być pycha i zdrowy. Można go kupić nawet przez internet.

          • Lidka 10/09/2016 at 16:46

            Taaa, a potem sprzedaja jako produkt organiczny, z ekologicznie przeciez czystych terenow. Znam to skads…

          • kanionek 10/09/2016 at 23:16

            Tak. Ja np. wiem, jak wygląda kwestia uzyskania certyfikatu gospodarstwa ekologicznego w Polsce, i w dużym skrócie to jest tak, że uzyskać nie jest łatwo, ale gdy się już go ma, to… hulaj dusza. Kontrole są zapowiedziane, powiedzmy dwa razy do roku, a nawet gdyby były niezapowiedziane, to naprawdę nie problem ukryć „ślady zbrodni”, jak opakowania po środkach niedozwolonych. Kontrole produktów też muszą być wyrywkowe, bo nie sposób sprawdzić każdy towar, każdego dnia trafiający na rynek. Ja nie mówię, że gospodarstwa eko są ściemą, tylko że oszuści byli, są, i zawsze będą.

  56. sunsette 07/09/2016 at 22:10

    yyyyy…. też mam nowego dziabąga. Śliczny, wypisz, wymaluj – ja wychodząca dziś z pracy;))) Cuś na kształt zombie.

  57. pluskat 08/09/2016 at 09:33

    a moj potwor dlaczego taki KWADRATOWY? to jakas aluzja jest?

  58. ciociasamozło 08/09/2016 at 11:16

    Ojej, a mój nie ma skrzydełek :(
    Za to ma zielony ogon :)
    Tylko nie widzę, czy to coś różowe na czubku to łysa głowa bezszyjowca czy mózg wystający z kwadratowego głowotułowia. Wolę mózg. Szare (różowe?) komórki trzeba przewietrzać :)

    • ciociasamozło 08/09/2016 at 12:35

      Powiększyłam sobie obraz i już wiem, że mam mózg :)

      • Kachna 08/09/2016 at 13:25

        Piszę kontrolnie……i…..

        • Kachna 08/09/2016 at 13:28

          No i tak.
          No to jak myślałam. Ja nie mam mózgu.
          Jam z samego serca złożona.

          Niech to licho!!

          • Kachna 08/09/2016 at 13:59

            Hm….coś jeszcze sprawdzę….

          • ciociasamozło 08/09/2016 at 14:01

            Jeszcze masz nóżki, dużo nóżek. I jakie szczuplutkie ;))

          • Kachna 08/09/2016 at 14:15

            Otóż to właśnie dziwne…bardzo dziwne….

          • Ynk 08/09/2016 at 15:44

            Serce ze śliwki w czekoladzie ;-)

          • Ynk 08/09/2016 at 15:48

            O, a mój niczym małż wylaźnięty z muszli. Hymmm….

          • ciociasamozło 08/09/2016 at 16:07

            Ej, Ynk! właśnie Ci się zmieniło! był brązowy małż a teraz jest zielone na sprężynce!

          • Ynk 08/09/2016 at 17:17

            Ja nadal widzę małża. Może to przymiarki tylko przed (..gulp..) dobrą zmianą (?)

          • ciociasamozło 09/09/2016 at 09:29

            Ynk, pluj i odpukuj!
            Faktycznie znowu małż :/

  59. Ania W. 08/09/2016 at 12:21

    Muszę sprawdzić czy i ja dostałam nowy obrazek. Jak wszyscy to wszyscy :)

  60. sunsette 08/09/2016 at 13:57

    Aaaa, jak wpisze innego maila, to jest inny obrazek!

  61. zeroerhaplus 08/09/2016 at 14:04

    Ja jakimś cudem dostałam tego, nad którym Paryja się kiedyś zastanawiała, czy to wyleciane flaki, czy wymioty ;)
    PS. Kiedyś już było o najbardziej niepotrzebnych rzeczach na świecie, które można kupić. Mam coś nowego: gumka do mazania „na baterie”.
    https://www.youtube.com/watch?v=90O6MF4DgcI
    Przyznać się, która już wyposażyła w to cudo swoje młode?

  62. Ania W. 08/09/2016 at 17:51

    Test innego emaila. Zobaczymy, co mi się tym razem trafi :)

    • Ania W. 08/09/2016 at 17:52

      Łomatko. Uskrzydlony karaluch w spódniczce…

  63. Buba 08/09/2016 at 19:29

    A ja????

  64. Bisia 08/09/2016 at 20:00

    Przedszkole! 😜

    • kanionek 08/09/2016 at 23:11

      :D :D :D
      Moje Kozy! Jak tu ich nie kochać?

      Swoją drogą ciekawe, ile jeszcze dziwnych stworów ma w rękawie ta wtyczka od komentarzy. Bidula będzie się musiała napracować przez te Wasze testy :D

  65. mały żonek 08/09/2016 at 23:13

    Ponoć trzeba się dzielić, a że żadna z Was kapciem mnie nie sięgnie, idzie sobie żart – podaj dalej. Przepraszam, ale muszę.

    Był ponoć mężczyzna, który zrozumiał kobietę i jej logikę. Nie przekazał jednak tej wiedzy innym, bo umarł ze śmiechu.

    Dziękuję i pozdrawiam.

    • Kachna 09/09/2016 at 13:07

      Nie sięgnie kapciem….?
      Nie bądź taki pewien!

  66. kanionek 08/09/2016 at 23:14

    Dopra, dopra, idę odpowiadać na maile. Jeśli chodzi o maile, to byłam na czilałcie, bo wiem, że i tak nikomu nie zrobię sera wcześniej, niż za miesiąc. To znaczy mam na myśli nowe zamówienia. No ale topsz, już idę pisać :)

  67. ciociasamozło 09/09/2016 at 09:17

    Kanionku!
    Sto lat, sto lat!
    Żebyś zdrowa była, żeby Cię kozy słuchały, żeby Pimpacy od kur się definitywnie odpimpaczył, żeby USy, ZUSy i inne SRUSy odpimpaczyły się od wszystkiego, żeby urodzaj wszelki był w sam raz, żeby Małyżonek skonstruował „coś” co przyniesie pożytek Wam i całemu światu i jeszcze zarobicie miliony, żeby Ci się chciało dalej prowadzić bloga…
    i w ogóle, żeby Ci dobrze było :)

    • kanionek 09/09/2016 at 22:17

      Dzięki, Ciociu :) Ale z tym, żeby mnie kozy słuchały, to grubo przesadziłaś – życzenia powinny być choć w teorii możliwe do spełnienia :D

      • ciociasamozło 09/09/2016 at 22:24
        • ciociasamozło 09/09/2016 at 22:27

          znaczy refren.
          A drugą i trzecią zwrotkę, nich Ci Małyżonek śpiewa ;)

          • kanionek 09/09/2016 at 23:05

            Łoo, kochana, do drugiej i trzeciej zwrotki to mój internet musi się najpierw doczołgać. Ale refren spoko. Zaśpiewam Bożenie, może mnie nie opluje owsem ze śmiechu.

  68. Gosia 09/09/2016 at 11:42

    Szanowne Kozy Kochane oraz Ty, Mały Żonku! z lubością wielką od dawna Wasze stado obserwuję, ale nie odzywałam się, bo z natury taka więcej małomówna jestem. Jednakże nadejszła ta chwila wiekopomna i daję głos, bo Mały Żonek napisał, że dzielić się trzeba.
    Więc dzielę się starą, słowiańską opowieścią. A było to tak…
    Złowił rybak złotą rybkę, ale jakieś to małe, niepozorne, po co mu takie coś, więc zamachnął się, żeby ją na powrót do stawu wrzucić.
    – Nie rób tego! – rybka ludzkim głosem zawołała -Zanim mnie wrzucisz, muszę trzy twoje życzenia spełnić, bo inaczej żabą zostanę!
    Rybak zaskoczony ludzkim głosem nie był. Bajki znał, wiedział, że tak się zdarza. Popatrzył na rybkę, a ona odwzajemniła się głębokim, łzawym spojrzeniem i zatrzepotała wdzięcznie długimi rzęsami.
    -Prooooszęęę…
    – No dobra, dobra, nie becz tylko. Co ja bym chciał, co ja bym chciał…. – zamyślił się – Już wiem, mądrzejszy chcę być. Bo jak mądry będę, to ze wszystkim sobie w życiu poradzę.
    Łypnęła rybka na niego a w oczach jej błękitnych uśmiech zamigotał. Machnęła płetwą i poczuł się rybak mądrzejszy.
    – Rybko, dopiero teraz widzę, jak mało wiedziałem i jak mało jeszcze wiem. Uczyń mnie tysiąc razy mądrzejszym!
    Machnęła więc rybka płetwą raz jeszcze.
    – Rybko, dopiero teraz widzę, jak mało wiedziałem i jak mało jeszcze wiem – powtórzył rybak – Uczyń mnie milion razy mądrzejszym!
    I rybka uczyniła go kobietą.

    • Kachna 09/09/2016 at 13:09

      Hi hi hi:)
      Ładne wejście Gosia!
      Hejka! – jak mawia „9,99” :)

      • Gosia 09/09/2016 at 13:37

        hejka! i dobrze, że hi, hi :)

  69. pluskat 09/09/2016 at 12:12

    Teraz kolej na Małego Żonka, sam chciał.

    • mały żonek 09/09/2016 at 19:51

      OK. Podnoszę rękawicę. Jeśli się mnie pamięć nie myli, Kachna jest blondynką, więc proszę:

      Idą trzy dziewczyny przez pustynie blondynka, brunetka i szatynka.
      W pewnym momencie brunetka zauważa lwa bierze piasek i sypnęła mu w oko.
      Po chwili szatynka też zauważa lwa bierze piasek i sypnęła mu w oko.
      Za chwilkę biegnie całe stado szatynka i brunetka zauważają drzewo i wdrapują się na nie i mówią:
      – Ej blondynka ratuj się właź na drzewo
      – Ja nie sypałam!

      • Kachna 10/09/2016 at 16:01

        Przepraszam, ale skoro NIE SYPAŁA to po co ma wchodzić na drzewo????
        No.
        …………..
        Jestem podwójna blondynką – ciemną rozjaśnioną do jasnej:)
        Tak i jestem z tego dumna!

        • mały żonek 10/09/2016 at 17:59

          W sumie…

    • mały żonek 09/09/2016 at 20:08

      No i żeby nie było, że kogoś tu wyróżniam:

      Jedną z niewyjaśnionych tajemnic kobiet tego świata jest to, w jaki sposób 6 czekoladek może zmienić się w 6 kilogramów nadwagi.

      Tradycyjnie, dziękuję i pozdrawiam.

      • kanionek 09/09/2016 at 21:40

        Łiii, słabe!
        (fikam, bo mogę. W końcu solenizantów się nie bije, no chyba że bukietem kwiatów. Właśnie – gdzie jest mój bukiet kwiatów!?)

        • Monika 09/09/2016 at 21:57

          …i w łeb,… jubilatów!… i w łeb… tym bukietem kwiatów to w jubilatów.
          Buziaki – Wrześniowa Pani!

          • kanionek 09/09/2016 at 22:20

            No tak :D
            Dzięki, Monika :)

        • Lidka 10/09/2016 at 15:22

          No przeciez Twoje bukiety kwiatow to kozy jedza…

          • kanionek 10/09/2016 at 23:17

            No prawda, ale mogłabym najpierw dostać bukiet, nacieszyć się i nawąchać, a dopiero później się z małpami tym torcikiem podzielić ;)

      • ciociasamozło 09/09/2016 at 22:22

        Tak mi się przypomniało, w końcu po 22 już jest…
        Dlaczego blondynki mają siniaki wokół pępka?
        Bo blondyni też nie grzeszą inteligencją….
        ;)

  70. Kachna 09/09/2016 at 13:13

    Kanionku – a wiesz, że mój „15”!!!! – tak, tak – już „15” od poniedziałku:)
    A „9,99” jeszcze do poniedziałku :)

    Życzymy Ci dużo zdrowia. Oraz cierpliwości. Oraz Mocy.

    Ściskamy nie za mocno: Kachna, 15 i 9,99 oraz Stefa i Lala.

    P.S. podobno życzy się podświadomie komuś tego czego samemu brakuje….

    • kanionek 09/09/2016 at 22:13

      Dziękuję, Kachno z załogą :)
      No to ja Wam, oczywiście, również – mocy, zdrowia, wytrwałości i słońca!

  71. Gosia 09/09/2016 at 13:35

    Kanionku, stolaty ślą ku Tobie, a ja o złotej rybce bajki opowiadam. Czy ja już pisałam, że małodomyślna jestem? Ale skoro już się domyśliłam też ślę stolata oraz życzenia, żeby droga zawsze miękko układała się pod Twoimi stopami.

    • kanionek 09/09/2016 at 22:11

      Dzięki, Gosia, i witamy w Oborze :)
      (…i żeby jeszcze w lesie założyli ogrzewanie podłogowe na zimę, i żeby jeżyny były bezkolcowe… Bo dzisiaj znów wdepnęłam w cierń).

  72. becia 09/09/2016 at 16:37

    Dużo zdrówka!!!!

    • kanionek 09/09/2016 at 22:09

      Dzięki, Becia, przyda się :)

  73. Ynk 09/09/2016 at 17:39

    Kanionku, niech Ci wschodzi, dojrzewa, mnoży się zdrowo, mlecznie, jajecznie, serdecznie :-) A Wasze intuicje i intelekty niech dają radę przeciwnościom i innym ościom. Cmok jak Smok !

    • kanionek 09/09/2016 at 22:08

      Dziękuję, Ynk :)
      Ekhem. Już się jedno rozmnożyło…
      I OCZYWIŚCIE, że nic więcej nie powiem. Muszę Was potrzymać w napięciu – w serialach tak robią, że na końcu każdego odcinka jest jakaś zagadka, niedopowiedzenie, coś wybucha, a nagranie urywa się w momencie, gdy główny bohater wylatuje w powietrze, i FIGĘ, nie zobaczycie, czy on spadł, czy może uratował go błękitny jednorożec. Trzeba czekać na kolejny odcinek. Och, jak cudownie być reżyserem :)

  74. baba aga 09/09/2016 at 18:08

    No tak bo my som prawie jak blizniaczki, tylko ja ta ciut spozniona bo z jutra. Zdrowia(bo w naszym wieku to juz najważniejsze ;-) pieniędzy, no tego tłumaczyć nie muszę, szczęścia i miłości! Dobrze , że ktoś wymyślił świeczki z cyferkami, co?

    • kanionek 09/09/2016 at 22:02

      Dziękuję, Babo Ago, i wszystkiego najlepszego z okazji jutra!
      (Tak, zdrowie najważniejsze. Dzisiaj zostałam jednorękim bandytą, bo zepsuł mi się lewy kciuk. TAK PO PROSTU. Budzę się rano, a tu kciukiem nie da się ruszyć, a mniej więcej pośrodku drogi między podstawą kciuka a nadgarstkiem – obrzęk i ból. I co zrobisz? No nic nie zrobisz. Mówię Wam, że człowiek bez kciuka jest gorszy od małpy. Bo do braku kciuka nienawykły).

  75. Iza 09/09/2016 at 19:29

    Kanionku, niech Ci się darzy – w domu, w ogrodzie i koziarni. Żeby kozy tłuste były i gadatliwe, skrzydlate towarzystwo jaja znosiło wielkie i układało je od razu w lodówce, a Rudy Ryj & Co. wysłał Ci kartkę z pozdrowieniami Karaibów (albo z Antarktydy, jeśli woli). I w ogóle żeby wszystko robiło się samo, a Ty będziesz leżeć i pachnieć. No dobra – przez tydzień, bo więcej i tak nie wytrzymasz. :)

    • kanionek 09/09/2016 at 21:41

      No bo po tygodniu leżenia to już się tak trochę jakby nie pachnie… :D
      Dzięki, Iza :)

  76. ng 09/09/2016 at 21:20

    chwilę mało dłuższą mnie nie było i od razu jakaś imprezka?!?!?! to tylko się mogę domyślać z jakiej okazji. To się przyłączam do życzeń i życzę sto i dwieście i szacunku w całym mieście! :)

    • kanionek 09/09/2016 at 21:37

      Dzięki, dzięki, Ng :)
      (chodzi o sto lat ciężkich robót i dwieście kozich bobków w charakterze zapłaty, tak?)

  77. Ania W. 09/09/2016 at 21:47

    Dobrze, że tu zajrzałam :). Stolaty Kanion, wielikalepne ! Niech Ci się darzy i szczęści!

    • kanionek 09/09/2016 at 22:25

      Dzięki, Aniu :)
      Ale spoko, nie ma stresu, czterdzieste drugie urodziny to żadna wielka okoliczność. Ani to okrągłe, ani przełomowe jakieś… Na pięćdziesiątkę Kanionka będziemy sikać szampanem. Pod prąd!

      • Buba 10/09/2016 at 10:05

        Piękny wiek :-). 100 lat i spełnienia marzeń. Oraz żeby był pokój na świecie.

        • kanionek 10/09/2016 at 23:34

          Dzięki, Buba :)
          Ale że jak – tylko jeden pokój na całym świecie?

  78. sunsette 09/09/2016 at 23:36

    Jak zwykle opóźniona jestem, ale z całego serca życzę, żeby się darzyło w domu i w zagrodzie! A na początek życzę naprawy kciuka:)))
    I co się rozmnożyło??????????Coooo??????

    • kanionek 10/09/2016 at 23:50

      Dziękuję, Sunsette :) Kciuk dzisiaj ma się lepiej, choć kulka wielkości spłaszczonej wisienki pod skórą została. Mama mówi, że to reumatyczne, i że spoko, prawie wszyscy w rodzinie to mamy, albo będziemy mieć. Jedną już mam na grzbiecie dłoni, drugą, też dość świeżą, przy stawie małego palca, to teraz mam trzecią. Taka sobie będę, dziwnokształtna.

      Nie powiem cooo :D Ale podpowiem, że odpowiedź rymuje się z pytaniem (nie, nie chodzi o „wszystkooo”). W sumie nic nowego… Ale radocha jak zawsze.

      • becia 11/09/2016 at 09:57

        Kurczaczki?

        • kanionek 11/09/2016 at 21:12

          Nie, choć cztery młode kurczaczki w sumie też biegają po małym wybiegu. Ile to one teraz mają – miesiąc? Czas tak zapimpacza, że stajenny nie nadąża wpisów do pamiętnika robić ;)

      • buskowianka 11/09/2016 at 11:40

        Coooo? Kaczątkoooo…?

        • buskowianka 11/09/2016 at 11:42

          Och, też mam nowego dziabąga. Jakie on ma wcięcie w … talii? I obfitość kształtów poniżej. To by się, ekhm, zgadzało ;>

        • kanionek 11/09/2016 at 21:13

          Nie kaczątko… Choć… O kaczątkach będzie później, bo to też miała być niespodzianka :)

  79. nw 10/09/2016 at 01:33

    Kanionku, wszystkiego dobrego!

    • kanionek 10/09/2016 at 23:45

      Dziękuję, Nw :)

  80. Lidka 10/09/2016 at 06:42

    Wyjsc stad na chwile to trzysta trzydziesci komentarzy te Kozy napstrykaja…
    Sto lat, Kanionku! ZDROWIA i SWIETEGO SPOKOJU! Bo to dwa najdrozsze towary na swiecie, a zycze jak najlepiej.
    Ja tam nie mowie nikomu ile mam lat, ale juz od trzynastu lat swietuje 30ste urodziny, i o.
    Rafal ostatnio przyszedl do domu z nosem zwieszonym. Co Ci?- pytam. „Zestarzalem sie”- padla odpowiedz. „Ze co?!” – „No bo jak dzis kupowalem piwo w sklepie to przy kasie nawet sie mnie o wiek nie zapytali, tylko sprzedali bez gadania…”
    Pozdrawiam goraco.

    • kanionek 10/09/2016 at 23:44

      Dziękuję, Lidka :)
      Pociesz Rafała, że jeszcze nie jest tak źle. Mnie nigdy o dowód nie pytali, nawet jak miałam 20 lat, i – teoretycznie – mogłam wyglądać na mniej niż osiemnaście. Za to gdy w skrzynce na listy zaczynają się pojawiać ulotki z reklamą Geriavitu, czy czopków na potencję, to podobno już coś jest na rzeczy ;)

  81. Lidka 10/09/2016 at 07:08

    Baba Aga, dla Ciebie rowniez zyczenia ZDROWIA I SWIETEGO SPOKOJU.
    Moje popielice zostaly wylapane w klatki lapki. Bylo ich szesc. Mili panowie z animal control je zabrali. No i zaraz potem Lidzia wpadla w panike, no bo co bedzie jak zlapano rodzicow, a dzieciaki gdzies zostaly schowane w kacie?! Przeszukalam caly strych. Nie znalazlam zadnego gniazda z mlodymi, ani nawet sladu po jakimkolwiek gniezdzie. Przychodzily z wizyta, czy co?! Porozstawialam wszedzie grajace kartki. Ciekawa jestem czy jeszcze do mnie wroca….?

    • kanionek 10/09/2016 at 23:39

      Jaciekręce, Lidka :D
      Wyobraź sobie, że ktoś, kto nie wie nic o żadnych popielicach, wchodzi na Twój strych (no nie wiem, elektromonter, kominiarz, zagubiony wędrowiec?), a tam… Grające kartki! Nic, tylko te kartki, może jakaś pajęczyna, ciemność, stary pluszowy miś w kącie, i cichutka, elektroniczna kakofonia różnych melodyjek. A może kupiłaś wszystkie jednakowe i grają zsynchronizowane? Ale mimo wszystko. Ja bym ÓMARŁA.

      • pluskat 11/09/2016 at 20:16

        Kanionku, Ty to masz talent! Tak to zobaczyc! Trzymaj sie zdrowo!

      • becia 12/09/2016 at 22:47

        Kanionek za dużo żeś horrorów się naoglądała:) Ja tam bym się co najwyżej lekko zdziwiła że ktoś disco dla myszy robi ;) ale ja z zasady ŻADNYCH horrorów ani inszych dreszczowców nie oglądam, uraz z dzieciństwa..

      • Lidka 12/09/2016 at 23:00

        Teraz to ja mam przez Was i moja glupia wyobraznie stracha na wlasny strych wlezc…

        • kanionek 13/09/2016 at 13:31

          Nie wchodź, Lidka. Za kilka lat będzie jeszcze fajniej! Więcej pajęczyn, myszy wygryzą misiowi oko i pół twarzy… Może nawet coś się tam rozłoży i wyewoluuje w jakiś byt egzotyczny? Ja bym nie wchodziła. Za kilka lat wynajmiesz strych ekipie filmowej i będziesz zarobiona :)

          • zeroerhaplus 13/09/2016 at 13:37

            Ale przez te lata baterie w karteczkach się wyczerpią i nastrój diabli wezmą…

  82. EEG 11/09/2016 at 12:34

    To ja spóźnione sto lat i sto kózek , Kanionku !
    I skoro kiedyś coś zgadłam, to i teraz zaryzykuję. Co się urodziło? Znów się okociło!
    EEG

    • kanionek 11/09/2016 at 21:16

      Dziękuję, EEG :) Sto kózek na stulecie Kanionka, czy jakoś tak bardziej niebawem? :D
      Niee, nie okociło się :) To znaczy w sensie, że nie chodzi o koty. Przestańcie zgadywać, bo zaraz wszystko będzie wiadomo, i po napięciu :D
      Wiem, że zalegam z tym nowym wpisem. Miał być już w piątek, no ale Mama u mnie była i nadrabiałyśmy inne zaległości. Może jutro się jak człowiek ogarnę.

  83. Kaja 11/09/2016 at 20:23

    To ja już wiem, co Cebulaccy zakopywali w ziemi – to była inwestycja. Trzeba ją tylko odpowiednio porąbać i poukładać pod pastuchem.

    • kanionek 11/09/2016 at 21:34

      Toż zlituj się, Kaja – porąbać stare kalosze i puszki po makreli? Gdyby to się jakoś przemielić dało na drobne, to jeszcze. Ale jak by taki śmietnik w lesie wyglądał?
      Choć może gdyby był zmielony na drobne, a później wdeptany w ziemię, to taka mozaika kolorowa by wyszła. Mieniąca się w słońcu. Tu szkiełko, tam blaszka, i nić bawełny z koszuli w kratkę. Neoromantyczny recykling praktyczny.

      • ciociasamozło 12/09/2016 at 09:58

        No i już sobie zwizualizowałam jak kozy chodzą sobie w te i z powrotem i podziwiają mozaikę pod pastuchem, od czasu do czasu skubiąc co ciekawsze kawałki ;)

  84. sieka 11/09/2016 at 21:05

    No oczywiście, że staropolskie STO LAT Kanionku. Ja to zawsze z poślizgiem, ale jestem jak Wałęsa, nad datą narodzin własnych dzieci też mi się zdarzą zawiesić. Niech Ci się darzy!!!

    • kanionek 11/09/2016 at 21:22

      Dziękuję, Sieka :)
      (A propos Wałęsy – podobno wystąpił niedawno w jakimś programie telewizyjnym, w skarpetkach i sandałach. I podobno poruszył i spienił fale internetowego oburzenia. A ja się zastanawiam, czy należy mu się ochrzan za obciach, czy szacun za tak wysoki poziom „zwisa mi to i co mi kto może zrobić”. Bo z jednej strony prezydentem jest się do końca życia, ale człowiekiem w sumie też).

  85. Lidka 11/09/2016 at 21:44

    Mieszkajac 16 lat w Usa, chyba zelzaly mi czy zluzowaly sie „standardy ubraniowe”- z braku innego okreslenia, ze tak powiem. Zupelnie nie przeszkadza mi to kto jest w co ubrany. Byle by bylo czyste, cale i nie smierdzialo. W sobote rano zasilam szeregi miliona kobiet, ktore ubrane w sportowe ciuchy, z wlosami w kicke i bez makijazu, leca do sklepu na zlamanie karku, bo trzeba szybko zakupy, bo milion innych waznych spraw czeka na zalatwienie. W Polsce taki „wystep” by mi nie przeszedl bezkarnie. Kiedy w Polsce wychodzilam tak ubrana do sklepu, moja siostra malo egzorcyzmow nade mna nie odprawiala, bo „pomalujze choc oko kobieto”. Prawde mowiac, mam w nosie te konwenanse. Panie Prezedencie, tak trzymac!
    PS. Tutaj, jezeli widac w sklepie jakas perfekcyjnie ubrana i umalowana kobiete, to od razu wiadomo, ze Polka albo Rosjanka.

    • Iza 11/09/2016 at 23:02

      Zasiałaś we mnie wątpliwość we własną narodowość, Ci powiem… Pomalowane oko to ja miałam ostatni raz… a, wiem, dokładnie 5 lat temu. A wcześniej… z 15 lat przerwy? Wszelkie malowidła miałam tą metodą dosyć jednorazowe, bo czego się spodziewać po 15-letnim tuszu albo szmince?

      • ciociasamozło 12/09/2016 at 09:50

        Iza u mnie podobnie :)
        Nawet kredkę do oka, co to mi się wydaje, że używam baardzo często (raz na dwa tygodne?) mam już kilka lat. Jedyne co mi się zużywa to krem typu BB. Dwa w jednym, i tak trzeba się czymś posmarować, żeby skóra nie zlazła a ryj po tym jakby gładszy i bez słoninowego połysku.

  86. sieka 12/09/2016 at 10:32

    no i co u się dziwić, że na forum jest 8 (słownie: osiem) postów w dziale „Uroda”. Ja maluję ryłko tylko żeby nie straszyć współobywateli, bo mam plamy od słońca, pomyśleliby że trąd albo co. A w domu od wejścia zmywam i ściągam stanik. Ha zalety miseczki A! (nie czuję, że rymuję)

    • ciociasamozło 12/09/2016 at 12:13

      Jedna ręką buty, drugą stanik ;)
      Do tego coś miętkiego na tyłek (przecież od dżinsów żylaki się robią ;) )

    • RozWieLidka 12/09/2016 at 20:38

      Hehe ze stanikiem mam tak samo😉 homonto to samo zuo 😈

      • RozWieLidka 12/09/2016 at 20:39

        Ooo zmieniło mi dziabąga 😮 a piszę z tego samego maila 😞

      • Iza 12/09/2016 at 21:39

        Przepraszam, a co to jest stanik? Nie po to wyjechałam w klimat tropikalny, żeby takie coś nosić… Chociaż ostatnio, fakt, wydałam na takie coś całe €2,50 u Chińczyka, bo ramiączek nie miało wcale – dokładnie tak, jak 2/3 moich sukienek itp. więc może się przydać, jak mnie na jakieś garden party u królowej zaproszą – albo cuś.

  87. Lidka 12/09/2016 at 16:38

    W takim razie, dziewczyny Kozy, NAPRAWDE odnalazlysmy sie na tym blogu i jestesmy siostrami!
    Do pracy ubieram sie, tak jak mowilam, czysto, zeby nie za ciasne i nie smierdzialo. Jakis tam make up nakladam, bo jestem z tych, co oblewaja sie rumiencem przy byle okazji. Do marki ciuchow przywiozuje na tyle wage na ile sa na wyprzedazy i te lepsze sie lepiej piora. Stanik sciagam przez rekaw, a dzinsow nie mialam na sobie z 10 lat. Trudno kupic dzinsy rozmiaru szafy gdanskiej- tak o mnie moja rodzona siostra mowi, dla ktorej KAZDY jest gruby, poniewaz ona jest rozmiaru 0. Po przylocie do Polski i wizycie w sklepie w mojej wsi, uslyszalam od kolezanki -i z ta mina skrzywiona powiedziane- ze „wiem, ze mieszkasz w ameryce, to myslalam, ze bedziesz moze troche lepiej ubrana”. Nie wiem, czego one sie spodziewaly, ze przyjde do wiejskiego sklepu ubrana w garniturze i szpilkach?!

    • Iza 12/09/2016 at 21:18

      A jak, toż spodziewały się pokazu w stylu „kapelusz z rajerem, 20-centymetrowe szpilki i kolia z brylantów jak kurze jaja”, a co dostały? Wielkie nic! Też bym była zawiedziona… „Harpie” Chmielewskiej czytałaś? No, więc…

      • kanionek 12/09/2016 at 21:41

        Hłe, hłe :D

        Lidka – ja też ściągałam stanik przez rękaw, kiedy jeszcze nosiłam tę uprząż, której nienawidzę.
        Rozmiar 0 :D A może jest taki rozmiar… Ja się nie znam.
        Bez mejkapu to jeszcze 5 lat temu z domu bym nie wyszła, ale nie dlatego, żem taka elegancka, tylko z kompleksów. Albowiem składam się z kompleksów, a tkankę łączną stanowi poczucie winy. A jakiś czas temu kompleks pod tytułem „mam blady ryj bez wyrazu i wyglądam jak mój stary” usechł, jak jakaś zbędna brodawka, i odpadł. Zresztą, teraz chodzę boso, więc kto będzie patrzył na mój pysk? I tylko raz na ruski Rok Pająka wyciągam starą tubkę z tuszem, pędzelek do nakładania cieni (mam już tylko cień w kolorze granatowym i takim właśnie podbarwiam linię brwi i robię „kreskę” na powiece), no i kredkę do ust. Od dwudziestu lat używam takiej samej kredki, polskiej marki, jedynej, która pasuje mi kolorem, twardością i trwałością, więc jakieś 10 lat temu kupiłam 15 sztuk tych kredek przez internet i zostały mi jeszcze cztery. Do końca życia wystarczą. Szminki nie umiem używać, a poza tym zaraz ją zjadam, więc całe usta maluję kredką konturówką i nie narzekam. Aha, z czasów korpo zostało mi jeszcze kilka buteleczek lakierów do paznokci, więc też używam, bo szkoda takie ładne wyrzucić.
        Może za wygląd by mnie z USA nie wyrzucili?

        • dolmik 12/09/2016 at 23:21

          O! Kozy Wy moje! Dołączam do stada bezcyckowego :) Uprząż działa tylko miękka sportowa, bo mam rozmiar niegramotny, sylwetka pływaka…. tia…. czyt. szerokie bary i brak biustu…. Szał ciał i uprzęży….
          A makijaż tylko w dni robocze, i tylko oko: mazakiem kreska i maskara. I tylko po to, żeby w pracy ciągle nie pytali:” Ooooo, chora jesteś?” Nie! Urwał nać! Po prostu nie cierpię się malować! Ale pracuję głównie z młodymi dziewczynami i one jakoś tego nie pojmują… Ych…. Czekam na emeryturę… Albo na wygraną w totka… może zacząć grać…?
          I STOLAT Kanionku, z poślizgiem, ale szczerze! :*

          • kanionek 13/09/2016 at 13:29

            Dzięki, Dolmik :)
            DOKŁADNIE tak samo miałam, gdy zdarzyło mi się wpaść do roboty bez mejkapu (ale miałam zestaw małego malarza-tynkarza w torbie i później się malowałam w zakładowej łazience), „ojej, Ania, CO SIĘ STAŁO?!” :D

      • ciociasamozło 13/09/2016 at 09:30

        Lidka, obowiązkowy imidż a’la Alexis z „Dynastii” ;)

  88. becia 12/09/2016 at 21:48

    No numeru ze stanikiem zazdraszczam, u mnie przy miseczce EE się nie da.. jak karmiłam były jeszcze większe to w staniku nawet spałam.. ech życie.. nie mogłoby nas tak obdzielić równo tą miseczką B..
    A wiecie że istnieją na tym świecie cyckonosze dla kóz? Serio, serio..

    • kanionek 12/09/2016 at 22:02

      No właśnie – nie mogłoby…? Powiedziała właścicielka rozmiaru „ą”.
      A dla kóz to sobie wyobrażam, że mogą być staniki, bo u niektórych kozich dam cycki się nieco wyciągają i czasem mają tendencję do ciągnięcia się po ziemi, albo obijania o kolana. Jak taka koza niesie w zbiornikach dwa, albo i więcej litrów mleka, to i nosić ciężko, i biegać niewygodnie.

    • Iza 12/09/2016 at 22:06

      Kozy mają do nich taki sam stosunek jak i my, podejrzewam…?
      Całość mojego licznego potomstwa nosi miseczki co najmniej H, więc patrzą na mnie… no, wiecie jak. :(
      ALE w upały to ja jestem górą, o!

    • Ania W. 13/09/2016 at 13:07

      O Becia , jak to dobrze, że nie jestem sama z tymi cyckami :). Tylko ja mam 70FF oraz pretensje do świata, że nie dał mi miseczki B.

  89. Iza 12/09/2016 at 22:17

    Kozy kochane, zupełnie nie w temacie, ale dziecko mi właśnie podesłało i zawyłam na ten widok jak kojot, to co Wam będę żałować… :)))
    http://www.shropshirestar.com/news/emergency-services/2016/09/12/a5-blocked-in-shropshire-after-lorry-sheds-20-tonnes-of-pasta-and-bolognese-sauce/

    • kanionek 13/09/2016 at 13:36

      Fajnie – można się ślizgać jak na torze saneczkowym. Ale aż dziwne, że się zwierzątka żadne nie zleciały – gdzie są ptaki chociażby? Taka wyżerka!
      Jak się w Rosji wywaliła ciężarówka z wódą, to ludzie z asfaltu zlizywali, a w tej Anglii takie marnotrawstwo!

    • zeroerhaplus 13/09/2016 at 13:39

      Ale czekajcie… Nie znam angielskiego, muszę więc zapytać: on to spaghetti tak luzem wiózł? W tej (nomen omen) wywrotce?!?

      • Iza 13/09/2016 at 14:33

        Nie Ty jedna się dziwisz – ludzie w komentarzach też. :D
        Powstały przypuszczenia, że przeterminowane i na paszę, ale z kolei pasza nie ma prawa zawierać mięsa, więc zdziwienia ciąg dalszy.
        Oraz gremialne życzenia smacznego dla potencjalnych / niedoszłych konsumentów. :D

        • kanionek 13/09/2016 at 19:30

          O, nie zauważyłam, że Iza już odpowiedziała. Może to dla studentów…? Student podobno wszystko zje i jeszcze podziękuje.

      • kanionek 13/09/2016 at 19:27

        Napisali, że luzem, ale przypuszczam, że nie ot tak, luzem w przyczepie (no bo to chyba jadalne miało być, dla ludzi, czy coś?), tylko może w jakichś większych opakowaniach luzem? No ale śladu po opakowaniach nie widać, a napisali, że luzem… Dziwni jacyś ci Angole, wodę w kranie mają inaczej niż reszta świata, to może i makaron z sosem wożą luzem w ciężarówkach.

  90. sunsette 13/09/2016 at 06:37

    W temacie malunkow i stanikow vel cyckonoszy… rzeczywiscie po powyzszych tekstach czuje sie w naszej koziarni jeszcze bardziej u siebie:)))) Kanionku, rozmiar Ą! Wreszcie wiem, jaki mam… I w zasadzie do niedawna mialam wlasnie tak, ze na wejsciu do domu rozdziewalam sie przede wszystkim z cyckonosza, jednak od kiedy kupilam w lidlu taki jakis typ bawelna, miekki ale sztywny (no, wiecie o co chodzi;)) ROZMIAR C (szok), nie czuje, ze nosze i widac, ze mam biust!
    (potem popedzilam po lidlach i kupilam w sumie 8, byly po 2 pakowane). A malowanie sie… uuu, to niedostepna dla mnie umiejetnosc, uzywalam tylko podkladu przez jakis czas, ale mnie wkurzalo to smarowanie, teraz moj jedyny kosmetyk do twarzy to masc ochronna z wit. A z apteki;) w przesuszonuch strefach li i jedynie. Pazury od lat na krotko, od wielkiego dzwonu bezbarwnym lakierem, mialam kiedys faze na te u stop pazury, kolorki rozne, ale mi przeszlo, szkoda mi na to czasu. Na szczescie nie obchodzi mnie kompletnie, co ludzie mysla o moim wygladzie, ubraniu, co za cudowne uczucie (a nie zawsze tak bylo) Dzinsy lubie, chodze przez 3 pory roku, byle byly rozciagliwe lekko;)
    O rany, pisze znowu w busie i trwa to 30 minut rowne!!! Pozdrawiam Koziarnie!

    • ciociasamozło 13/09/2016 at 09:25

      Sunsette, mnie się zawsze wydawało, że mam A, lub najwyżej Ą, za to 75 cm pod, ale poszłam raz do jednej takiej pani co „ustawia biusty” i okazało się że mam 65C (a w niektórych firmach nawet D). I fakt, taki dobrze dobrany biusthalter to +10 do sylwetki, do tego podobno profilaktyka nowotworowa (że w sensie nie blokuje naczyń limfatycznych czy jakoś tak), ale co ja poradzę, że mnie ciśnie żebra i jak tylko mogę bez wzbudzania zgorszenia to ściągam i udaję, że ciągle mam A ;)

      Ps. takie bawełna, miękki ale sztywny mieli swojego czasu w Marks&Spencer. Nie do zdarcia! Kupiłam trójpak jakieś 5 lat temu, piorę w pralce i nadal się trzymają.

      • sunsette 14/09/2016 at 06:33

        Jak cisnie, to chyba jednak nie bardzo dobrany? Bo niby nie powinien…

  91. Gosia 13/09/2016 at 07:26

    To ja, jako nowa Koza w Oborze, powiem nieskromnie, lecz z radością, że wpasowałam się w Stado. Stanika w domu nie naszam, malunków nie uskuteczniam, pazury krótko bez lakieru, z dżinsami mam jak sunsette oraz tak samo oduczyłam się zastanawiania, co ludzie pomyślą. A już nie w temacie powiem, że mam na nazwisko Kawka. Czyyyy juuuuż mooogęęę móóówiiiić dooo Waaaas sioooostryyyy? Meeee… Tooo jaaaak?

    • sunsette 14/09/2016 at 06:29

      Powitac, powitac:))))
      Zeroerha tam jakies nalewki wczora uskuteczniala, ze niby ksiezyc, czy cos, moze jej zostalo do brudzia;)

      • sunsette 14/09/2016 at 06:35

        A nie, sorry, to Kachna byla!

  92. Monika 13/09/2016 at 07:43

    Co rano, gdy zerkam w lustro,przypomina mi się taka historyjka:
    Szary świt, miasto Óć. Starsza, dystyngowana pani w kapelutku i z laseczką pomyka chodnikiem. Kioskarz uwija się przy paczkach z prasą.
    – Dzień dobry panie Henryku. Jak zdrówko?- Zagaja pani.
    – Dziękuję, dobrze pani Mario. – odpowiada kioskarz
    – Oj nie dobrze, bo morda pomarszczona jak u małpy. – Szczerze zmartwiła się pani.

    Więc wszystkim Kozom gładkiej mordy z rana i pogodnego dnia życzę.

    • kanionek 13/09/2016 at 13:21

      Monika :D :D :D

  93. Kachna 13/09/2016 at 10:18

    Hm…jak wszystkie to i ja.
    1. Noszę. Nie wyobrażam sobie bez….. – DD z tendencją do EE.
    2. Lubię niebieściutki tusz do rzęs. Na to ciemne okulary;)
    3. Usta – mają być wilgotne. Naturalny lub lekko różowy błyszczyk. Lub bez.
    4. Dżinsy – nnniieeee. Dzianinka lejąca.
    ……………………………
    ……………………………
    A może się tez wypowie w temacie MałyŻonek ?
    Ostatnio tak miał dużo do powiedzenia……:-p

    • zeroerhaplus 13/09/2016 at 10:41

      MałemuŻonkowi odpłaciłyście tym gadaniem o miseczkach z nawiązką ;)

      • kanionek 13/09/2016 at 13:15

        „R… r… revenge!” :D
        Zawsze, gdy słyszę o zemście, widzę tę scenę z „Rybki zwanej Wandą”: https://www.youtube.com/watch?v=YgJvgESR920

        • Kachna 13/09/2016 at 13:51

          Ach – jedno z moich marzeń – przejechać się takim walcem drogowym….albo ewentualnie wieelkim tirem!
          W sensie poprowadzić!

    • mały żonek 13/09/2016 at 14:12

      Mały Żonek jest tu sam jak ten palec i między drzwi to go pchał nie będzie moja droga; z wyłączeniem wyższej konieczności.

      • kanionek 13/09/2016 at 19:29

        A to są w dodatku drzwi obrotowe! W sensie, że mają więcej niż jedno skrzydło.

        • zeroerhaplus 13/09/2016 at 23:19

          A, faktycznie, skrzydeł wchuj)

          • Kachna 13/09/2016 at 23:52

            0rh+ co pijesz???:)
            Ja dziś mam noc z naleweczką….
            Zapraszam. Malinowa z 2013 roku.
            To chyba przez ten p…….y księżyc. A może nie..
            I jestem nie ja zwykłe skrzydło ale jak WROTA DO STODOŁY!

  94. zeroerhaplus 13/09/2016 at 10:39

    „Gładkiej mordy z rana i pogodnego dnia” – genialne, Monika :) Jest to dobry wstęp do życzeń urodzinowych :)
    Kanionku, gdyby nie to, że na cztery dni odcięło mnie od internetu (ale tak na ganc, jak to się ładnie po hiszpańsku mówi), to miałabyś jeszcze jedne życzenia o odpowiedniej porze!
    A tak, to masz życzenia o porze nieodpowiedniej (czy istnieje pora nieodpowiednia dla życzeń?) i szlus :)
    Życzę Ci, żeby tego rachunku za ogrzewanie podłogowe w lesie przypadkiem do Was nie wysłali (do zapłaty, a jak). Żebyś się w końcu nauczyła latać, bo obiecanki cacanki, a wiatrownica czeka. Żeby dojalnica (działająca!) spadła Wam z nieba, ale nikogo przy tym nie zabiła. Żeby pod pastuszkiem zagnieździła się jakaś taka pariazita, która wyżera wszystkie rośliny, ale tylko metr od. I żebyście na sprzedaży tej roślinki zarobili ciężkie worki dukatów. I żeby Wam się od tej kasy we łbach nie namąciło i w dupach nie poprzewracało. I żeby wszyscy żyli długo i szczęśliwie w zdrowiu i dostatku, hej :))

    • kanionek 13/09/2016 at 13:18

      Dzięki, Zeroerha :)
      Wiatrownice jak ten wrzód na dupie… Przerzuciliśmy deski na strych obory, i małżonek co jakiś czas „kupuje linkę”, żeby uprawiać taternictwo na dachu, a ja za każdym razem odciągam go od regału z tymi cholernymi linkami, bo jakoś tego nie widzę. Chyba musimy po prostu uzbierać kasę na rusztowanie, bo takie coś się w życiu przyda, nie tylko do montowania wiatrownic. Pana Wiesia też – szczerze mówiąc – nie widzę, jak montuje te dechy na wysokości ośmiu metrów nad ziemią. Swoją drogą – pana Wiesia to nikt od lat nie widział.

      • zeroerhaplus 13/09/2016 at 13:31

        Nooo, każdy ma taki wrzód, mniejszy lub większy :)
        Naszym do niedawna była studnia (od siedmiu lat!), ale w końcu się zebraliśmy i – odpukać – działa :D
        A jeszcze niedawno robiliśmy cztery metry podłogi przez cztery lata. Ta podłoga przeszła we wsi do historii ;)
        Więc ten, tego… chciałabym powiedzieć tylko, że znam temat wrzodu na dupie od podszewki :)

      • zeroerhaplus 13/09/2016 at 13:31

        A pan Wiesio pewnie cały czas motór naprawia, żeby miał do was czym dojechać ;)

  95. zeroerhaplus 13/09/2016 at 13:47

    Kanionek, masz nowe koziołki?!?

  96. Lidka 13/09/2016 at 14:50

    Wlasnie mialam pytac o pana Wiesia…

    • Lidka 13/09/2016 at 19:09

      O koziolki tez…

      • kanionek 13/09/2016 at 19:32

        Pan Wiesio i jego moped przepadli. Może Dżery ich ze wsi pogonił, bo chodziły słuchy, że pan Wiesio szukał spokojnej przystani u pani Żozefin. Ale to tylko ploty, więc dajmy spokój gdybaniu. Koziołki? Niby jakie koziołki? ;-P

        • zeroerhaplus 13/09/2016 at 23:20

          Kanionek jesteś świnia, nie koza ; )

        • zeroerhaplus 13/09/2016 at 23:21

          Zaraz mnie zabiją za to, co powiedziałam :D

          • kanionek 13/09/2016 at 23:29

            Nie no, masz rację – nie powinnam tak o panu Wiesiu…
            :-P

  97. Ola 13/09/2016 at 19:56

    Zagrzebałam się w szlamie, ale coś mię tkło i zaglądam – a tu impreza! Kanionku, sto lat!!! Stopy niech twarde będą a serce miękkie, jak to u Kanionka przecież. Najlepszego :)

    • kanionek 13/09/2016 at 23:30

      Dziękuję, Ola :)
      Jak to – w szlamie? Fajne to jest? I długo tak trzeba? Pytam, bo może warto.

      • Ola 14/09/2016 at 23:54

        Raczej nie są to borowiny ku zdrowotności. Marazm mnie dopadł jakiś okropny. Więc ten… nie polecam.

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa