„Cała jego ciężka praca, wszystko było *uja warte”, czyli Wielki Zły Tydzień

Dzięki, Panie!
Za cudowny show, święte wojny, chytry kler.
Ty? No chyba że nie Ty.
Dzięki, Panie!
Za rozbieżny zez, HIV-a, raka, i za świerzb.
ALLELUJA, ALLELUJA!
Ja nie skamlę,
Nie – ja pluję w twarz.
Jestem śmieszny Czort, wiec śmieję się,
Ja nie skamlę,
Nie – ja pluję w twarz.
Jestem śmieszny Czort, wiec śmieję się;
Dzięki za ból, dzięki za trąd, dzięki za wszy i wielki garb,
Dzięki za śmierć!
(…)”

Fragment utworu “Odi profanum vulgus”, z albumu “Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach” grupy KAT, 1996.

 

No cóż. Ja się nie śmiałam. I niestety skamlałam, a napluć w twarz nie było komu, bo winny zbrodni się nie znalazł, ale o tym później.

Natura ma swoje mroczne prawa i odwieczne porządki, w które nie warto ingerować; ma też tajemne rytuały, których być może nigdy nie będzie nam dane zrozumieć. Jednym z takich rytuałów są wiosenne gonitwy Rosołów, a jedno z mrocznych praw brzmi: “Nigdy nie próbuj zrozumieć Żozefin. Nie pytaj, nie wnikaj, nie kwestionuj. Po usłyszeniu natychmiast zapomnij”.

Pamiętacie filmik “Dej pięć złotych” o tym, jak Rosół ganiał Rosoła, mało obaj nie padli? No to w tym roku, dokładnie we wtorek po świętach i dokładnie w tym samym stylu, Krzysiek leciał za Rafałem, z tą tylko różnicą, że latali po podwórku. Wiem, bo akurat okna myłam, gdyż – wbrew powszechnie panującym trendom – PRZED świętami umyłam drzwi. I przy pierwszym oknie, gdy Krzysiek z Rafałem pojawiali się i znikali z pola mojego widzenia, zastanawiałam się czy wyjść i ich zatrzymać. Przy drugim oknie byli już porządnie zmęczeni, dystans pomiędzy nimi wynosił półtorej długości koguta, i wyglądali jak dwóch szaleńców na tandemie, co to nie zauważyli, że ktoś im rower zajumał, a ja doszłam do wniosku, że nie. W końcu muszę się dowiedzieć, o co chodzi z tym corocznym maratonem, bo fakty dają wiedzę, a domniemania jedynie dręczącą niepewność. W połowie trzeciego okna Rafał pękł i wszystko się pięknie wyjaśniło – oczywiście chodziło o to, że Krzysiek chciał Rafałowi dać w lampę, a Rafał nie chciał dostać, ale Krzyśkowi bardzo zależało, bo chował urazę od ubiegłego roku. No więc gdy już dogonił Rafała to dał mu w lampę, ale powiem Wam szczerze – słabe to było i wcale się nie dziwię. Przeróżne i przedziwne mamy dzisiaj dyscypliny sportu, ale maratonu z ustawką na mecie nikt jeszcze nie zorganizował, bo jak tu się zdrowo naparzać, gdy nogi się same pod dupą składają, a płuca leżą obok wyplute? Podyszeli, ponadymali się, Krzychu chciał Rafałowi efektownie dać po łbie, ale się prawie sam przy tym przewrócił, i było po zawodach.

Tego samego dnia zadzwoniła do mnie rozemocjonowana Żozefin, czy ja bym nie chciała kury, która siedzi na jajkach. No to ja jej na to, że pewnie, że bym chciała, bo bym tej kurze kilka gęsich jaj podrzuciła, a kury są najlepszymi matkami zastępczymi dla gęsich jaj. Na to Żozefin, że to fajnie, bo u niej jedna taka siedzi już od kilku dni, i żebym po tę kurę przyjechała. No to ja znowu na to, że może lepiej będzie, jak z jajkami przyjadę i się tej kurze jajka podrzuci, bo taka kura ze stresu związanego z podróżą mogłaby się wkurzyć i trzasnąć to siedzenie w pierony. No ale Żozefin się uparła, że ona chce mi tę kurę dać, bo inne kury też składają jajka do tego gniazda, a ona przecież jajka chce sprzedawać, a nie magazynować pod kurą, a koguta ma tylko jednego na ponad czterdzieści kur i jajka pewnie niezalężone, i w ogóle “bierz pani ta kura” i nie ma gadania. No to w zamian za wypożyczenie kwoki siedzącej zaproponowałam jej koguta, albo nawet dwa, i umówiłyśmy się na odbiór kwoki w środę.

W środę przed południem zadzwoniłam, żeby się upewnić, czy umowa jest aktualna, bo z panią Żozefin różnie bywa, no i szło to mniej więcej tak:

–  Dzień dobry, pani Żozefin, czy ta kwoka nadal siedzi?
–  A skąd! Pani Aniu! Jest dokładnie tak, jak pani mówiła! Ja jej dzisiaj wszystkie te jajka zabrałam, i ona już nie siedzi!
–  (……………..) (czyli dłuższa chwila milczenia z powodu otępienia, osłupienia i niedowierzania)
–  Pani Aniu! Jest pani tam?
–  No jestem… Ale jak to – WSZYSTKIE jajka jej pani zabrała?
–  No tak! Bo ja się boję, że one mi te jajka pogniotą, te kury, bo one tam grzebią. No i ona gdzieś poszła i już nie siedzi, wie pani?
–  No teraz już wiem… Ale pani Żozefin… Skoro pani jej wszystkie jajka zabrała, to NA CZYM ona ma siedzieć?
–  No… na gnieździe!

Niech mi ktoś zrobi lobotomię. Ze zwykłej, ludzkiej litości.

Post Scriptum. BARDZO Post Scriptum. Się niedawno okazało, że to wszystko i tak bez znaczenia, bo obydwie moje gęsi składają jajka (miałam szczęście i WIDZIAŁAM). A ta mniejsza, brana z początku za Melinę, a od niedawna za Menela, nadal posuwa tę większą. Nawet się nie zastanawiajcie, kto tu zwariował – ja, czy one. Wszyscy jesteśmy po*ebani i stałych czytelników tego bloga nie powinno to ani trochę zaskakiwać, prawda, a jeśli macie niedosyt wrażeń, to proszę: Rosół Rafał, który przegrał wiosenny maraton, dostał od Kurokezów zakaz wstępu do kurnika, więc śpi w psiej budzie, a za dnia czai się w krzakach i posuwa gęsi z zaskoczenia. Niby w lampę dostał słabo, ale jednak wystarczyło, i teraz on też zasługuje na lobotomię, a gęsi to nawet na liposukcję, bo są tak tłuste, że nie dają rady zanurkować w stawie i mogą się tylko kiwać na wodzie jak dwa wielkie, białe spławiki.

A teraz musimy się cofnąć w czasie aż do dwudziestego trzeciego marca, bo przecież mamy ogromne zaległości, a był to dzień słoneczny i z nieba spadały kaczki. No dobra, nie kaczki, tylko BIEGUSY, i nie z nieba, tylko od Moniki. Przywiózł je z lekka wstrząśnięty listonosz, w takim eleganckim opakowaniu (kaczki w eleganckim, bo listonosz ma służbowy sweter koloru “szkolny fiolet” z wyszywanym emblematem, i wygląda jakby się urwał z gimnazjum):

opakowanie biegusow

(przy okazji: dopiero po kilku godzinach odkryłam, że pod wiekiem kontenerka przyklejona jest koperta z dłuugim listem. A potem Monika wysłała mi filmik, który ściągnęłam i… całkiem o nim zapomniałam. Dzisiaj obejrzałam i… (znowu i…) Monika, czy Ty mi oddałaś POŁOWĘ SWOICH KACZEK?!)

I co ja będę długo opowiadać, jakie słodkie, śliczne, kochane i cudowne. Sami zobaczcie:

To były ich pierwsze chwile na nowej drodze życia, a dzisiaj są już starymi wyjadaczami podwórkowej trawy i robaków:

biegusy

I trzymają się z kumplami “po płetwie”:

czas na podryw

w grupie

razniej

czasem spia

Długo czekałam, by im zrobić zdjęcie w stanie spoczynku – te kaczki są niezmordowane! Ciągle muszą gdzieś lecieć, i za każdym razem, gdy wyglądam przez okno lub przechodzę przez podwórko, biegusy akurat dokądś się spieszą, kwacząc sobie pod nosem, że “jeszcze tu, jeszcze tam, jeszcze tyle dzisiaj spraw do załatwienia, widziałem wczoraj żabę, więc może na południowej stronie podwórka są już jakieś muchy, wzięłaś klucze?, nie zapomnij torebki, co to ja jeszcze chciałem, cioci Krysi trzeba wysłać widokówkę…”, i już znikają mi z oczu. Kochane, pracowite maleństwa. Kaczorek to ten biały, ma zakręcony kuperek i chyba jest trochę nieśmiały, bo jak trzeba komuś napyskować, to oddaje głos małżonce. Oboje są szczupli i zgrabni, jak na długodystansowców przystało, a Prezes Kaczka jest całkiem rozdarty. Już się pogodził z tym, że ma nieślubne dzieci z kurczakami, i że po godzinach musi tyrać przy gnieździe dwóch Melin, bo tam niechlujstwo, nieład i czysta patologia, a tu ni stąd, ni z kacząd, taka długonoga, smukła piękność się pojawiła na podwórku, la petite cane, bonjour mon amour, i to się przecież samo nie poderwie, a losowi trzeba pomagać. Tylko kiedy?! (ja też nie mam kiedy, więc tkwię przy małżonku już prawie dwanaście lat, święty porze jak ten czas leci)

Jeśli już mi zaczęliście zazdrościć tych ślicznych kaczuszek, to wcale się Wam nie dziwię, jednak nie tylko szczęście mnie kopie ostatnio. Ale o tym będzie zaraz po trojaczkach Ireny, bo muszę zachować porządek chronologiczny, choć to wcale nie takie łatwe, bo jestem w trakcie degustacji wina jeżynowego marki “Karambol”, o którym będzie na samym końcu, a któremu zawdzięczacie cały ten wpis, bo na trzeźwo to mi się ręce tylko do sznura wyciągają. No więc Irena.

Irena może i połknęła kajak, jak jej to złośliwie wytykała Bożena, ale urodziła trójkę uroczych koźlątek, bo koza zje wszystko i potem przerobi na mleko, albo na koźlątka. Z recyklingu kajaków wychodzą takie cuda:

leszcze troche mokre jeszcze

Urodziły się późnym wieczorem, szesnastego marca. Sprawdzałam więzadła (robię to już odruchowo, po kilka razy dziennie, u wszystkich ciężarnych), jakoś wczesnym popołudniem, i były jeszcze na tyle wyczuwalne, że niczego się nie spodziewałam, wieczorem weszłam do koziarni z kostką siana na kolację, a tam Irena, na środku sali głównej, stoi cała skupiona i produkuje pół metra śluzu grubości ręki. No to sobie westchnęłam i poleciałam do domu po torbę akuszerki, a gdy wpadłam ponownie do koziarni, Irena miała już dwie głowy! Za późno na przenosiny do porodówki, więc Irena rodziła na środku koziarni, przy wytrzeszczającym gały kozim tłumie (tylko panów zamknęłam na porodówce, bo żyrandole są nieprzewidywalne – mogliby na przykład na okoliczność narodzin zacząć się wykłócać o ojcostwo i kto ma prawo się napić wódki, a kto musi się wypchać sianem), ale Irena w ogóle nie zwracała na tłum uwagi, tylko chlup!, a potem plump!, a za chwilę ślurp! – w dwadzieścia minut wyrobiła normę za półtorej kozy, a stajenny nie nadążał tych śliskich leszczy ze śluzu wycierać. Owszem, była trochę zdziwiona, ale uwierzcie – nie tak, jak ja. Trzech Muszkieterów! Trzech Rycerzy Koziego Żyrandola. Trzech synów Lucyfera, każdy diablo uroczy. Ale jednak TRZECH, nie trzy, ani nawet ich troje. Westch.

diablatko Ireny diablatko Ireny 2 diablatko Ireny 3 diablatka Ireny 4 diablatka Ireny 3 diablatka Ireny 2

diablatka Ireny

Ale gorsze było jeszcze przede mną, a o najgorszym nie miałam bladego pojęcia.

Rankiem osiemnastego marca więzadła Kachny zniknęły. Kachna już od przynajmniej dwóch dni siedziała sobie w pokoiku dziecięcym, na świeżutkiej ściółce, otoczona siankiem i miseczkami z owsem, warzywami, i wszelakim dobrem, którego TROSZECZKĘ podjadała, tak tylko na przetrwanie, jak zatwardziała anorektyczka, a siedziała zamknięta na osobności, bo chodzenie przestało ją kręcić, a Bożena ją popychała i Kachnie plątały się nogi. Oglądałam ją z każdej strony i zaglądałam we wszystkie zakamarki (wewnętrzna strona dolnej powieki – pod kątem anemii, kopytka – pod kątem czegokolwiek, zęby i wnętrze pyszczka – pod kątem czegoś wbitego, uwierającego itp., co mogło zniechęcać do jedzenia, kozia dupa – pod kątem podejrzanych wydzielin, no i temperatury) i na chłopskie oko, ucho i przyrządy pomiarowe (termometr) to była zdrowa koza. Która jednakowoż wolała leżeć, niż chodzić, i nie jeść, niż żreć jak dzika świnia, co robią wszystkie moje kozy i robiłyby nawet podczas porodu, gdybym im pozwoliła.

Uznałam, że jest zmęczona ciążą i że podupadło jej morale, bo Bożena się na nią uwzięła, urządziłam apartament macierzyński w pokoiku dziecięcym i czekałam na rozwój sytuacji. W piątek rano, jako się rzekło, po więzadłach przyogonowych pozostało jedynie wspomnienie, a ja się ucieszyłam, że wszystko się wreszcie wyjaśni. Little did I know…

Przez cały dzień zaglądałam do niej co godzinę, wypatrując oznak porodu i naiwnie podtykając pod nos świeże warzywa, owies i siano. Kachna na tym etapie uznawała już tylko suszony chleb, a i to nie za wiele – może pół kromki naraz. Późnym wieczorem pojawił się nieśmiały glutek śluzu prawidłowego zabarwienia i pozbawiony zapachu, a stajenny miał dylemat – czekać czuwając, czy iść spać, by śnić koszmary o trudnych porodach i tym podobne.

O pierwszej w nocy szłam do koziarni na ostatnich nogach, postanawiając sobie, że jeśli “nadal nic”, to idę spać. Glutek był o parę centymetrów dłuższy, a Kachna pobekiwała cichutko i smętnie. Westchnęłam, polazłam do domu po torbę akuszerki i ciepłe koce (i tutaj podziękowania dla Ewy z Łodzi, znanej nam również jako EEG, za ten cudowny koc z rękawami; Ewa ma jeszcze jedną sprawkę na koncie, która warta jest całego wpisu i owszem, ten wpis się w końcu pojawi), dwie grube czapki (bo już niestety włosy miałam umyte i całkiem mokre), zawinęłam się w gruby kokon w kąciku apartamentu Kachny i czekałam. I czekałam. A czas stanął w miejscu i słychać było tylko radosną pracę wielu żwaczy, miarowe i jednostajne przeżuwanie wielu kozich szczęk, i od czasu do czasu szelest słomy, gdy Kachna poruszyła nogą. Przy każdej najdrobniejszej zmianie pozycji wyłaziłam z kokonu i własnej skóry, żeby zobaczyć choć cień porodowego postępu, którego nie było. Trwałyśmy tak całe wieki, aż kwadrans przed trzecią obiecałam sobie, że o trzeciej idę do domu, bo jeśli nie wyjdę z koziarni, to się w niej obudzę.

No i za pięć trzecia coś ruszyło, stajenny momentalnie otrzeźwiał, otrząsnął się z sennych majaków, wystrzelił z kokonu i… Jeszcze długo czekał. Kachna rodziła prawie dwie godziny. Wody płodowe były koloru nieciekawego, a chłopiec urodził się tyłem przy lekkiej pomocy z zewnątrz. Bladym świtem wynosiłam z koziarni worki z brudną ściółką i niosłam czystą do Kachninej porodówki, choć łożysko było dopiero na początku drogi. Młode (chłopiec i dziewczynka) były prawidłowo rozwinięte, Kachna troskliwie się nimi zajmowała, choć sama chwiała się na nogach, miała trochę mleka w strzykach (sprawdziłam drożność kanałów), a ja nie miałam już siły czekać na łożysko i w końcu poszłam spać. Okazało się to wcale niegłupim pomysłem, albowiem łożysko tkwiło w Kachnie przez całą sobotę, aż zwątpiłam w to, że kiedykolwiek się z Kachną rozstanie, a i z samą świeżo upieczoną matką nie było różowo. Apetyt jak u wróbelka, inne kozy mało mi drzwi do pokoiku dziecięcego nie zeżarły z zazdrości, że tam michy z TAKIM ŻARCIEM, Kachna cichutko gadała do swoich dzieci, stojąc cierpliwie, gdy wysysały resztki mleka z jej kurczących się cycków, a wyglądała jak śmierć na chorągwi. Gdy wypełniony koziołkami brzuch się opróżnił, na wierzch wylazły wszystkie kości, a do tego ta spuszczona głowa i smutne, ciche beczenie.

Zadzwoniłam do pani weterynarz zaklinając ją w myślach, żeby odebrała, bo przecież był weekend. Odebrała. Wysłuchała (koza słaba jak trzeci napar z jednej torebki herbaty, apetyt zero, temperatura 39,6, mleko w zaniku, łożysko w dupie). Wymyśliła, że kozie trzeba podać domięśniowo antybiotyk (co dobę przez trzy dni), a i nie zaszkodzi też wapno i zastrzyk z witamin (to już była moja sugestia, bo skoro koza nie je, to chyba ma niedobory, czy coś?), ORAZ WYMYŚLIŁA, że sama mogę to zrobić. Historię Mojego Wkurwienia już znacie z komentarzy do poprzedniego wpisu, więc sobie daruję epitety. Pojechaliśmy z małżonkiem do lecznicy (ledwie 15 km), odebraliśmy od asystentki pakiet ratunkowy i wróciliśmy gdybać nad pacjentką (“gdzie tu jest jakiś mięsień? Tu jest sam kręgosłup…”, “i tak trzeba szyję ogolić, to może będzie coś widać”, “kazała wbić igłę do połowy, to ja przecież wyląduję po drugiej stronie kozy!”). To jest ten pakiet, który w ciągu trzech dni władowałam w Kachnę:

pakiet Kachny

Nie przelałam ani kropli koziej krwi, miejsca po wkłuciach się nie paprały, nie było obrzęków, ropni ani wybroczyn, nawet nieśmiałego siniaczka, ale ja swoją porcję Solpy zeżarłam, a strzępki nerwów to mi przed oczami jeszcze kilka dni latały, więc proszę Państwa – brawa, kurwa, dla Kanionka, albowiem nie wiedział co czyni, aliści nikt wskutek działań jego nie zginął. I skracając długą historię o tym, jak to Kachna odrzuciła jeszcze wiele miseczek z frykasami, jak dziobałam niczym kura na łące w poszukiwaniu zielonych źdźbeł perzu i mikropokrzywy dla niej, jak miała mnie już serdecznie dość z moimi strzykawkami, elektrolitami, drożdżami i ciągłym powtarzaniem “Kasieńko, będzie dobrze, zobacz jakie masz śliczne dzieci” i tak dalej, Kachna z wolna zaczynała dochodzić do siebie. A to zjadła trzy skrawki liścia kapusty, a to poprosiła, żeby ją wypuścić na łąkę, a to w końcu przypomniała sobie, że przecież lubi owies… Aż wreszcie wydobrzała na tyle, że dała w łeb Irenie za obwąchiwanie jej dzieci, i wtedy już wiedziałam na pewno, że będzie zdrowa.

Zanim to jednak nastąpiło, krasnale musiałam karmić z butelki, bo były cienkie jak szczypiorki i ciągle męczyły Kachnę o mleko, którego nie miała już całkiem nic. I tu przyszła nam z pomocą Bożena, która rozwiązała się półtorej doby po Kachnie, czyli w niedzielę dwudziestego marca, też wieczorem, a cycki jej pękały w szwach i mogłaby wykarmić przeciętne przedszkole wraz z przedszkolanką, a i dla pana z kotłowni zostałaby szklaneczka.

Dzieci Kachny wyglądały tak (na pierwszym planie córka):

dziecki Kachny dziecki Kachny corka z przodu

synek Kachny

coreczka Kachny przy butelce synek Kachny przy butelce

A dzieci Bożeny tak (synek na pierwszym planie):

dzieciaki Bozeny Bozena z dziecmi  Stasio syn Bozeny

Bożena nie poszła w ilość, tylko w jakość – ta dwójka to największe kozie dzieci w historii naszej koziarni i w dodatku pobiły rekord w biegu do baru, bo jeszcze nie do końca wylizane i z pałętającą się między nogami pępowiną już były u cycków, a w godzinę po porodzie, gdy sprzątałam łożysko, dzieciaki Bożeny wyszły ze mną z porodówki i zaczęły beztrosko zwiedzać koziarnię. Gdybym nie była przy porodzie powiedziałabym, że mają już kilka dni życia za sobą (powyższe zdjęcia zostały zrobione w półtorej doby po porodzie).

Jak już większość z Was wie, tydzień później synek Bożeny, który miał się nazywać Stasiem, tak jak Bożenie obiecałam, i córeczka Kachny, jeszcze bezimienna, zaginęli bez wieści. Wiecie, że szukaliśmy. Wbrew zdrowemu rozsądkowi nawet w czwartej dobie od zaginięcia łaziłam po okolicy nasłuchując i wytrzeszczając oczy, choć niby wiedziałam, że dzieciaki nie miały szans przetrwać tak długo bez jedzenia. Nadzieja naprawdę umiera ostatnia. Ja już swoje wypłakałam i nie chcę do tego wracać. Teraz syn Kachny i córka Bożeny (od początku mówię na nią “Małabożenka” i tak jej pewnie zostanie) są najlepszymi przyjaciółmi i trzymają się razem, jakby byli rodzeństwem. Małabożenka wcale nie wygląda jak Bożena i jest dużo większa od synka Kachny, ma bardzo miłe usposobienie i nie wiem, czy Bożena jest z tego dumna, ale ma jeszcze czas nauczyć małą kilku złośliwych sztuczek. Nikogo też nie muszę karmić z butelki, bo Kachna ma teraz wystarczająco dużo mleka; wystarczyłoby i dla córeczki… Ale nie chcę do tego wracać.

Kachna z synkiem 2 Kachna z synkiem Malabozenka

co knuje Malabozenka

No i tak to. Buk dał, buk wzion. A kto daje i odbiera… Nigdy mi się nic kupy nie trzymało w tych wszystkich religiach, za to gdy słucham Kata, to mam jasność umysłu i pewność tego, że umrę, by nigdy nie powstać. A jak sami wiecie, niepewność jest najgorsza.

PS. Jeżynowy Karambol zapowiada się na bardzo dobre wino, nawet jeśli tylko ja i moja Mama tak twierdzimy. Został po raz trzeci zlany znad osadu, którego tym razem nie było już prawie wcale, i teraz wygląda tak:

gasiorek z Karambolem

Czterolitrowy słój szklany przerobiłam na gąsior do wina w ten sposób, że małżonkiem wywierciłam dziurę w blaszanej zakrętce, w dziurę wetknęłam “na ścisły wcisk” tę specjalistyczną gumkę z kolejną dziurką, a w dziurkę w gumce specjalną rurkę, która robi “bul”. Gwoli ścisłości – “bul” robi woda wlana do rurki. Słój owinęłam gazetą, żeby światło nie drażniło wina, czy coś, no i postoi sobie jeszcze trochę, zanim odważę się zlać je do butelek i zabunkrować w piwnicy.

gasiorek w opatrunku

Naprawdę bardzo dobre wino. Już jest klarowne, o głębokiej, rubinowej barwie, wytrawne, ale z nutką słodyczy na końcu, i co najważniejsze – żadnego posmaku siarki, drożdży, czy innych niepożądanych wrażeń. Nie jest ani za mocne, ani za słabe. Powiedziałabym nawet, że jest kusząco aksamitne, niepokojąco tajemnicze, i przywodzi na myśl dziki seks w jeżynowych zaroślach, skąpanych w porannym słońcu, gdy jego niesamowicie przystojna twarz rozmyta w pryzmacie tęczy igrającej wesoło na kropelce rosy zwieszającej się z dorodnego owocu co oszałamia swym ciężkim od upalnego lata aromatem i tak dalej, ale taka ze mnie Michalak, jak z koziej dupy cymbałki. W każdym razie wypiłam już trochę wina za trzy dychy z Biedronki i mogę śmiało powiedzieć, że moje mu nie ustępuje w niczym. Nie mam pojęcia jak je zrobiłam, bo to w ogóle nie miało być wino, tylko syrop jeżynowy, a zmiana kierunku przetwórczego nastąpiła bodaj dwa dni po zasypaniu owoców cukrem, zapewne pod wpływem impulsu wywołanego zakłóceniami w mózgu na tle niestabilności emocjonalnej związanej z cyklem menstruacyjnym, czyli po prostu “jebłam wino, bo tak”. I teraz nie pamiętam ile dałam cukru, ani kiedy, ani czy dosypywałam w trakcie produkcji, ani jak długo stało do pierwszego zlewania, ani w ogóle nic, bo to było pół roku temu, i nigdy już takiego samego nie zrobię, ale co tam. Mam cztery litry, sporo bigosu na tym opędzę, a skoro szczęście tak lubi sprzyjać początkującym idiotom, to następnym razem wezmę się za cydr lub pasztet z borsuka.

zdegustowany Karambol

(mamy jeszcze prawie pół litra odlane do butelki, celem dalszych badań nad tajemniczością, rosą i wpływem księżyca na życie seksualne biedronki, więc życzcie nam “na zdrowie”)

PPS. A Wielki Zły Tydzień wcale się nie skończył po świętach. Otóż dowiedzieliśmy się, że od pięciu lat jesteśmy dłużnikami telewizji kablowej, tylko nic o tym nie wiedzieliśmy. Podobno nie zapłaciliśmy jakiegoś rachunku, i z 50 zł zrobiło się 500 zł, wskutek działań sądowych i komorniczych, a “sprawa” ostatecznie trafiła do firmy zajmującej się skupowaniem i ściąganiem długów. Pamiętam, że przed przeprowadzką dopięliśmy wszystkie sprawy na ostatni guzik, wypowiedzieliśmy wszystkie umowy (telefony, internety, telewizje, prądy i gazy i co tam jeszcze) i zdaliśmy wszystkie graty, a cała sprawa mi zalatuje. Zawsze miałam nerwicę płacenia rachunków i nigdy nawet nie czekałam na wybicie terminu zapłaty, tylko płaciłam rachunki “od ręki”. Firma ściągająca długi miała nam wysłać całą dokumentację, a wysłała tylko wezwanie do zapłaty. Przez pięć lat nikt do nas nie zadzwonił, nie udało się ustalić naszego nowego adresu, i tylko licznik bił, choć oczywiście kablówkowi mieli nasz numer telefonu. Mówię Wam, że telewizja to samo zło i w ogóle dziecko Szatana, i lepiej się trzymać od niej z daleka. My się trzymamy od pięciu lat, a i tak nas dopadła!

A wczoraj trafił mnie jasny szlag na pisemko z ARiMR, ale na to już nie mam siły. Może innym razem upuszczę sobie krwi, a może i ropy, bo czuję że robią mi się czyraki na mózgu i mam ochotę odcinać ludziom głowy i robić z nich świeczniki.

PCV. I zrobiłyśmy z Mamą wiosenne śmieciobranie:

wiosenne plony wiosenne plony2

Dwie taczki z górką i cztery wiadra cebulackich dóbr. Kilka godzin zbierania, tudzież wyszarpywania z ziemi, bo czasem wystaje tylko rąbek od spódnicy (lub kalosza, koszuli, słoika, kłębu drutu).

I tak to się jakoś ostatnio układa, że jak nie grzebię w gównie lub cudzych śmieciach, to siedzę pod stołem i płaczę. I co wstanę, się otrzepię, i zbiorę siły by żyć, to jakaś nowa chujnia z grzybnią wyłazi spod kamienia. Tak poza tym – wszyscy zdrowi, przynajmniej na ciele.

przedszkole kolorowo Guzik z mamusia pomieszanie z poplataniem to wszystko nie moje sprawy

jestem kotem i co mi mozesz zrobic

263 thoughts on “„Cała jego ciężka praca, wszystko było *uja warte”, czyli Wielki Zły Tydzień

  1. ... 09/04/2016 at 01:56

    Napisz do e-sadu, bo to zapewne on wydal nakaz zaplaty, o przywrocenie terminu na zlozenie sprzeciwu. Jesli skutecznie wypowiedzieliscie umowe, a kablowka Was wowczas nie scigala, to sprawa smierdzi rzeczywiscie. W ostatnich latach mnostwo jest spraw dotyczacych windykowania rzekomych dlugow. Ale to na pewno oboje wiecie.

  2. Iza 09/04/2016 at 09:23

    …..a ponadto sprawa mi wyglada na przedawnioną, takie „długi” przedawniają się bodajże po 3 latach…

    • buskowianka 09/04/2016 at 11:19

      Tak, dla tego rodzaju roszczeń przedawnienie wynosi 3 lata, ale sąd nie uwzględnia przedawnienia sam z urzędu, tylko trzeba podnieść zarzut, że się przedawniło. Jeśli rzeczywiście był wydany nakaz z e-sądu, to jeśli był on uznawany za skutecznie doręczony na Wasz dawny adres i przez to się uprawomocnił i poszedł do egzekucji, to możecie próbować z tym zawalczyć. Może jest u Was świadczona jakaś sensowna bezpłatna pomoc prawna gdzieś w okolicy?

  3. hanka 09/04/2016 at 09:33

    Pantera podtuczyłaś, jest śliczny, grubiutki i puszysty.
    Seks w jeżynach – bałabym się próbować tego wina:-)

    • zośka 09/04/2016 at 15:25

      Fajnie się ogląda ten filmik, te dwa tłuste jak kluchy Menele poganiające dwie szczuplutkie, o arystokratycznym wyglądzie bieguski:)) . Niesprawiedliwa jesteś Kanionek dla pantera, może on wcale nie lubi chodzić taki upierdolony?? Tylko na nim najbardziej widać! Po całej gromadce widać, że każdy jest traktowany troskliwie, indywidulanie i z miłością, jesteście fajnymi ludźmi, mimo, że planujesz zrobić świeczniki z ludzkich czaszek! Ale po moich ostatnich doświadczeniach z urzędami i sadami, jestem skłonna Ci w tym procederze pomóc.

    • kanionek 09/04/2016 at 23:55

      Hanka – to nie moja zasługa, po prostu służy mu wiejskie życie. Z początku był cienki i wystrachany, a teraz – pan na włościach :) I nawet gęsi go lubią, a Gamonia szarpią za kołnierz. Może dlatego, że Panter jest biały, więc uznały go za kogoś z rodziny ;)
      Seksu w jeżynach też bym się bała, i raczej poprzestanę na winie – nie kłuje w plecy :D

      • hanka 10/04/2016 at 12:02

        Mogę wysłać do Ciebie na wczasy zdrowotno-kondycyjne mojego Murzyna? Bo jest miejskim, anemicznym, wątłym kotem. Gdzie mu tam do miss Panter. Przydało by mu się sanatorium.

        • zośka 10/04/2016 at 12:30

          O! ja bym swojego też chętnie wysłała na takie wczasy, ale to taka sierota, że obawiam się, że codziennie by miał gigantyczną kocówkę oraz regularny wpierdol, nawet od kur.

          • kanionek 10/04/2016 at 23:24

            Hanka – Zośka ma rację. U mnie nie sanatorium, tylko poligon, albo inny obóz survivalowy :D

  4. teatralna 09/04/2016 at 09:37

    Kanionek, otóż Ci odpisałam i złożyłam zamówienie!!! duże , nie dostałaś maila??

    • kanionek 10/04/2016 at 00:04

      Sprawdziłam jeszcze raz – ostatni mail od Ciebie był 24 marca, o tym, że ser dotarł i po świętach złożysz kolejne zamówienie. No i odpisałam, a po tym już nic od Ciebie nie przyszło. Dziwne, kurde, bo to drugi zgłoszony przypadek „zaginionego w akcji” maila. Może spróbuj z innego konta e-mail (chodzi o tzw. czarne listy; jak serwer na taką listę trafi, to dupa, inne serwery korzystające z tej listy go nie puszczą).

      • teatralna 11/04/2016 at 09:17

        ok napisałam odpowiedz 31 marca na Twoim mailu.
        piszę jeszcze raz TERAZ i właśnie wysłałam i zobaczymy, daj znać proszę czy dotarł?? choć jednym zdaniem..

        • kanionek 11/04/2016 at 12:27

          Jednym zdaniem dotarło :)
          Analizę możliwości produkcyjnych fabryka przesle wieczorem, OK?
          Nowe kozy właśnie dostały mieszankę warzyw z otrębami i witaminami + wapno. Kurwa, co tam się dzieje, gdy żarcie wchodzi! Lecę. Muszę im zielonego nazbierać. Robactwo zewnętrzne częściowo wybite, ale widzę że co twardsze osobniki jeszcze żyją. Jaj pierdyliardy. Muszę sprawdzić jak i w czym wykąpać kozę. Zanim wpuszczę „kozy włoskie” do stada muszę mieć pewność, że są czyste, choć oczywiście wszystkiego nie prześwietlę. Trzymanie ich w izolatce na dłuższą metę jest męczące i dla nich, i dla mnie, więc w maks pięć dni chcę je oczyścić z wszlkeigo kurestwa.

          • Ola 11/04/2016 at 17:04

            Zwierzakom odmienił się los :) Trafiły za życia do koziego raju. Ech Kanionku :)
            P.S. A czy to Pimpacy tak wyleguje się na parapecie? Tak po kociemu?

          • kanionek 11/04/2016 at 23:01

            TAK, byłam ciekawa kto zauważy/zapyta. Coś mu odbiło i przez dwa dni spał na parapecie w kuchni, choć jedna nóżka mu wciąż spadała na grzejnik :D

            Na razie zwierzaki trafiły do izolatki i powiem Wam, że kozioł nie jest zadowolony! Jego nosi, jak starą ulotkę po osiedlu. Był całe życie na sznurku (nie miał nawet obroży, tylko zaciskającą się pętlę; wiem, bo byłam przy jej zdejmowaniu), a ma bardzo wesołe usposobienie i aż kipi energią. W ogóle podejrzewam, że poprzedni właściciele rzucali kozom cokolwiek do żarcia na ziemię i nie zwracali uwagi na to, kto ile zje. Dla mnie to jest oczywiste, że najwięcej zeżre kozioł, który jest większy i silniejszy, albo Bożena, więc racje żwynościowe są u mnie wydzielane każdej kozie z osobna. No a tam pewnie wesoły koziołek opierniczał większość, więc ma się najlepiej z całej ferajny.

          • ciociasamozło 11/04/2016 at 17:44

            Na jaja świństw różnych podobno jest dobra woda z octem.

          • kanionek 11/04/2016 at 23:05

            Ocet dobry na wszystko! Tylko te kozy by chyba ocipiały od smrodu.
            Na razie zastosowałam eprynomektynę na wszy (lub wszoły, wciąż nie mam pewności), i pewnie będę powtarzać. Właśnie wyczytałam, że kwarantanna powinna trwać dwa tygodnie :-/ Się nachodzę przy tych kozach.

          • Iza 11/04/2016 at 20:59

            Znaczy, przeważa entuzjazm dla żarła czy panika przed dwunogiem? Bo ja na ich miejscu byłabym rozdarta jak ta sosna… :D
            I zgadzam się z Olą w temacie koziego wniebowzięcia za żywota. :)

          • kanionek 11/04/2016 at 23:27

            Toteż i one rozdarte. Ta mała kózka, która rzekomo poroniła na miesiąc czy dwa przed terminem, jest tak przerażona, że gdy podchodzę kuli się w kącie i cała drży, a przy pierwszej okazji wyskakuje jak z procy w drugi kąt. Do żarcia więc doskakuje i – na byle ruch ręką z mojej strony – odskakuje. Żal patrzeć.

            Za to z moimi „starymi” kozami nowy cyrk. Pisałam, że wprowadziłam zmianowy wypas? Chłopaki osobno, dziewczyny osobno. No więc Lucek, Kazik i Guzik są tak napaleni, że dzisiaj zaczęli molestować Andrzeja i Kocyka, którzy są bez jaj, więc pewnie nie pachną zbyt męsko. Musiałam wprowadzić zmianę w zmianach i teraz samce z jajkami osobno, dziewczyny i bezjajeczni osobno.
            A z fajnych przygód to: małżonek zwlókł się dzisiaj z łóżka dwie godziny wcześniej, żeby jeszcze przed robotą załatwić badanie techniczne Gwiazdolota, bo już termin wybił. No i podczas badania… tadam! pękł przewód hamulcowy. Nie ten, co nam pękł parę miesięcy temu w B., tylko drugi, po przeciwnej stronie. Małżonek się spóźnił do pracy, musiał żebrać żeby mu ten przewód zrobili, bo nie miałby jak do domu wrócić, wrócił o 230 zł lżejszy i bardzo zadowolony.
            Rok temu podczas badania technicznego też pękł przewód hamulcowy, tylko z tyłu (akurat ja wtedy byłam z Gwiazdolotem na przeglądzie), więc został nam jeszcze tylko jeden do pęknięcia w grom wie jakich okolicznościach. Alleluja!

          • Iza 11/04/2016 at 23:37

            Łomatko, kto tę małą tak skrzywdził? Pasy bym darła… :((( Pewnie i poroniła ze strachu. :(
            Jak to, „kiedy” pójdzie ten ostatni przewód? Wiadomo, przy kolejnym badaniu technicznym. :D Czyli rok spokoju przed Wami, przynajmniej pod tym względem.

          • kanionek 12/04/2016 at 22:23

            No właśnie nie wiem i dla własnego zdrowia psychicznego nie chcę o tym myśleć, ale ta kózka wyraźnie boi się ludzi. Nie boi się dwa razy większego kozła, ani swojej koleżanki, też trochę od niej większej, tylko ludzi.

            Obyś miała rację z tym przewodem, bo serio – krew mi się mrozi w żyłach gdy pomyślę, że w niedzielę wieczorem wiozłam Mamę na dworzec, w poniedziałek rano małżonek zasuwał do pracy, i że taki fuks, że ten przewód pękł podczas badania, a nie w trakcie mojej lub małżonka jazdy. Bo on, ten przewód, na dobrą sprawę nie pękł, tylko wysunął się z mocowania (chodzi o połączenie przewodu miękkiego z twardym), i płyn hamulcowy spierniczył w trzy sekundy, więc gdyby to się stało podczas jazdy, byłoby zero hamulców z tak zwanego nienacka. Mechanik powiedział, że w życiu czegoś takiego nie widział.

          • ciociasamozło 11/04/2016 at 23:42

            Smród octu nie taki straszny jak się wydaje ;). Szybko wietrzeje z sierści.
            I lepiej się te dwa tygodnie nabiegaj, niż potem całe towarzystwo masz leczyć :(

          • kanionek 12/04/2016 at 22:45

            W sumie racja, gorsze są na świecie zapachy – na przykład kurdybanek :D
            A powiedzcie mnie Ciociu, ile wody na ile octu?

            Wiem, że lepiej się teraz przemęczyć, niż później żałować. Wczoraj późno w nocy trafiłam na takie baardzo szczegółowe opracowanie: http://www.pet-informed-veterinary-advice-online.com/lice-pictures.html
            z którego wynika, że każdy żywiciel ma sobie przypisany gatunek wszy i te gatunki są specyficzne dla żywiciela. Czyli są kocie wszy, kozie wszy, końskie, kurze, ludzkie i tak dalej, i że koza nie złapie wszy od psa czy kota, a człowiek od konia czy kozy. Oraz że poza żywicielem taka wesz długo nie pociągnie – parę godzin zaledwie, a jajo może kilka dni, ale larwa też zdechnie w kilka godzin po wykluciu, czy coś. To mnie pociesza, bo obawiałam się że rozwlokę to dziadostwo na szerszy inwentarz i nie powiem, ileśmy już pralek „puścili” z ubraniami, w których wizytujemy kozy włoskie ;)

          • zeroerhaplus 13/04/2016 at 19:40

            Też zauważyłam kociego Pimpacego, ale jak widać za późno ;)

          • ciociasamozło 13/04/2016 at 20:45

            Woda z octem – znalazłam proporcje 1:3 ale i 1:10.
            Ocet powoduje odklejanie się gnid ale dorosłym i larwom też pewnie humoru nie poprawi ;)

            Kilka godzin życia pasożyta, żeby przenieść z kozy na kozę wystarczy, więc Twoje pranie od czapy nie było ;)

          • kanionek 14/04/2016 at 20:57

            Ależ Ciociu, ja już na dwa dni przed zawleczeniem zarazy potraktowałam całe moje stado tą eprynomektyną, żeby były pod ochronnym parasolem, a tylko o psy i koty (no i drób) się bałam. Kupiłam jeszcze deltamektrynę, też w postaci do wylania na kark, w razie gdyby wesz włoska okazała się na eprynomektynę odporna. Jestem kryta na cztery kopyta, i wolałam zapobiegawczo wydać tę stówę z kawałkiem, niż później rwać włosy z głowy z nerwów. A deltamektryna i tak się przyda na koniec sezonu, gdy kleszcze znów dostaną pierdolca.

            No właśnie, z tym octem i wywarem z peta – muszę mieć pewność, że to coś da, bo wyobraźcie sobie czasochłonność zajęcia: dwie kózki pi razy oko wielkości Krówko, jeden bardzo ruchliwy kozioł i jedna malusia dziewczynka, niby w wieku Wirusa, ale kruszyna jeszcze. Małżonek musiałby trzymać bydlę, a Kanionek wcierać, a nawet małą kozę jak rozpłaszczyć, to pewnie metr kwadratowy wyjdzie tej powierzchni, a kozioł w dodatku ma długą sierść.

            Dzisiaj zrobiłam ponowną inspekcję futra i widziałam mnóstwo martwych osobników. Nic nawet nie drgnęło. No ale gnidy mają jeszcze czas.

          • ciociasamozło 13/04/2016 at 20:51

            Znalazłam jeszcze, że przy usuwaniu jaj gzów z sierści koni zalecają wodę zakwaszoną octem, więc zakładam, że na wszy/gnidy 1:10 w zupełności wystarczy.

  5. buskowianka 09/04/2016 at 11:22

    Kanionku, czytam i czytam i gdzieś tam mi się w głowie tłucze, że „los się musi odmienić”. Młodziaki przepiękne!

    A Żozefin tradycyjnie poskładała mnie w drobniutką i równiutką kosteczkę ;))

    • kanionek 09/04/2016 at 23:50

      Dziękuję, Buskowianko :)
      Tylko niech się ten los odmieni NA LEPSZE, a nie że się zaraz okaże, że on ma dupę i z przodu, i z tyłu ;)

  6. Skorpion pandeMonia 09/04/2016 at 11:58

    Jak ja Cię podziwiam, to Ty nie masz pojęcia, a mądra baba jestes, więc pojęcie masz ogromne.
    Jejku, zapałałam dziką żądzą do tego wina, do tego seksu dzikiego w jeżynach, gdzie oko i ucho ludzkie nie sięga, ani rozum, a przez to spuszczone emocje ze smyczy powodują gonitwę śliskich myśli pod grzywką. I w tym stylu dalej i dalej pędzą krętymi ścieżkami pragnień. Ach!

    • kanionek 09/04/2016 at 23:46

      Nie taki Kanionek mądry, jak go Skorpiony malują, serio.
      I co tu podziwiać, po prostu miałam fuksa, że tej biednej kozy nie dobiłam, i nadal jestem zła na wetkę.
      Ha. Jeśli nie zepsuję Karambola przez następne pół roku (bo dopiero po roku ma być naprawdę fajne), to wyślę Ci buteleczkę, weźmiesz Małża pod kołdrę i poszalejecie w tych jeżynowych zagajnikach ;) Tylko od razu mówię, że za ewentualne OWOCE szalonej degustacji nie odpowiadam ;-P

      • Skorpion pandeMonia 10/04/2016 at 09:45

        Hahaha :)
        Powiem Ci, że buteleczkę Twojej wiśnióweczki obciągnęłam sama i to chyba w marcu :) O matko, to było niebiańskie, sensualne przeżycie!
        Więc i do orgii w jeżynach nie będę go ciągnąć. Owocem spożycia może będzie jeżynowy erotyk, co Ty na to, Kanionku? Reflektujesz? :)

  7. zośka 09/04/2016 at 12:02

    To jest na pewno przedawnione, niech CI nie przyjdzie do głowy się z nimi układać na raty lub płacić, bo przerwiesz bieg przedawnienie. Celowo wyczekują kilka lat, żeby się z 50 złotych zrobiło 500 i jeszcze wysyłają na nieaktualny adres, żeby się uprawomocniło. To jest kwestia jednego pisma i dadzą Ci spokój. Kanionek napisałam Ci esa.

    • buskowianka 09/04/2016 at 13:36

      Masz rację, jeśli nie było wydanego nakazu zapłaty, to owszem, wszelka korespondencja o rozłożeniu na raty jest uznaniem długu i przerywa bieg przedawnienia. Ale ten termin w tym przypadku raczej już minął, więc bardziej w grę wchodzi nie przerwanie biegu terminu (bo nie można go przerwać, skoro upłynął) tylko zrzeczenie się zarzutu przedawnienia, a z tym już nie tak łatwo.

      Natomiast jeśli był wydany sądowy nakaz zapłaty to już jest inna bajka, bo roszczenia stwierdzone nakazem mają nowy bieg przedawnienia – 10 lat od dnia wydania nakazu. Więc jeśli był nakaz wydany, to samo milczenie i odmowa zapłaty bardziej szkodzą, bo mija czas, w którym można podjąć jeszcze pewne działania przed sądem.

      Z wpisu Kanionka wynika, że firma windykacyjna powołuje się na koszty sądowe i komornicze, a to sugerowałoby, że nakaz był, uprawomocnił się i poszedł do komornika. Byłoby jednak dość dziwne, żeby komornik nie znalazł Kanionka w lesie i umorzył egzekucję, więc to może być ściema. Ale w sumie nie musi.
      Zależy od treści pisma itd.
      Tak czy owak, mogą być jeszcze pewne szanse, żeby z tego się wykręcić.

      • zośka 09/04/2016 at 14:38

        No tak, tak wygląda z wpisu Kanionka, niemniej praktyka wskazuje, że kwoty 50 złotych się nie oddaje do sądu, ponieważ koszty takiego postępowania( zazwyczaj upominawczego) przekraczają wartość kwoty dochodzonej. Więc wierzycielowi się to nie opłaca, woli sprzedać taki mały dług w pakiecie za 1 złotych i wrzuci to sobie w koszty. Poza tym firma, która kupiła dług nie przysłała dokumentacji, tylko wezwanie z czego wynika, że po prostu postępowania komorniczego nie było, a ta cwana firma kłamie i liczy, że ktoś machnie ręka, przestraszy się kłopotów i zapłaci.

        • Iwona 09/04/2016 at 15:39

          O to chodzi, kupili w pakiecie po 1 zł. I wysyłają hurtem, kto się złamie, przestraszy, zapłaci dla świętego spokoju. Mi śmierdzi, bo sprawy od komornika do firm windykacyjnych raczej nie trafiają. Mi przyszło za rzekomy dług z roku 2000(serio, teraz w styczniu), na panieńskie nazwisko i adres. Z rzekomych 45 zrobiło się 90, ale nie 500, .uwa!. Rzecznik praw konsumenta się zajmuje takimi sprawami, pełno teraz tego. Poleconym przyszło, czy zwykłym?

        • buskowianka 09/04/2016 at 15:46

          Widywałam nakazy wydane na 50 zł, więc daleka jestem od tego, żeby zupełnie i na 100% wykluczyć tę możliwość. Wysłanie pozwu do e-sądu to kilka kliknięć, opłata od pozwu też jest niska, więc zdarza się, że tzw. masówki są przepychane taką drogą, zanim wierzyciel sprzeda wierzytelność.

          Niemniej zgadzam się z Tobą, że pewnie bardziej prawdopodobne jest, że postępowania przed sądem nie było, dług poszedł w jakimś pakiecie a obecnie wierzyciel-windykator tylko ściemnia, że doszły koszty sądowe i komornicze. W takim przypadku oczywiście można się zasłonić przedawnieniem i to w zupełności powinno wystarczyć, żeby dali sobie spokój.

          Z tym że nie wiemy na pewno jak było, a w obu przypadkach można się jeszcze wybronić, tylko sposoby na to są zupełnie inne. Więc to trzeba ustalić w pierwszej kolejności.

          Przede wszystkim jednak nie wiemy, czy Kanionek sobie życzy tych wyjaśnień, bo pewnie przewałkowała już internet i wie to wszystko ;))

          • zośka 09/04/2016 at 15:53

            tak jest, masz rację:) dlatego już się nie wdaję w dalsze rozkminy w tym temacie:))

          • kanionek 09/04/2016 at 23:36

            Kozy Niesamowite, dziękuję!
            Rozjaśniłyście mi w głowie. Faktycznie lipne to wezwanie do zapłaty, wysłane zwykłym listem, a poprzedzone jedynie telefonem od pani z Hoist Finance, która najwyraźniej kłamała w sprawie sądu i komornika (dla zrobienia „lepszego” wrażenia zapewne, choć takie coś powinno być karalne), ponieważ w wezwaniu nie ma o tym ani słowa. Są numery dwóch faktur, nie wiadomo za co, i krótka treść – w skrócie: „wpłaćcie kasę na podane konto, bo kupiliśmy wasz dług i teraz nam wisicie”.
            No więc dzięki Wam, o Kozy Mądre i Doświadczone, bośmy już chcieli grzecznie wyskakiwać z portek i ostatniej koszuli, jak jacyś naiwni. Co za czasy!

          • buskowianka 10/04/2016 at 00:00

            Kanionku, to świetnie! Skoro nie powołali się w piśmie na żaden nakaz ani wyrok a tylko same faktury, to wszystko raczej wskazuje na to, że nic z sądu nie mają. Żadnych sygnatur ani nic tego rodzaju nie ma w piśmie na pewno?

            Jeśli tak, to oblicz sobie po 3 lata od terminu płatności każdej z faktur, odpisz im grzecznie, że zgodnie z art. 117§1 w zw. z art. 118 zd. 2 ustawy z dnia 23 kwietnia 1964 r. Kodeks cywilny, ich roszczenie, jako związane z prowadzeniem działalności gospodarczej przedawniło się w tym to a tym dniu, więc nie jest już wymagalne i nie mogą żądać sobie od Ciebie zapłaty. Sprzedaż wierzytelności nie ma znaczenia, nabywca wierzytelności wchodzi w termin przedawnienia, który biegnie przeciwko zbywcy.
            I nie wyskakuj z ostatnich portek, bo jednak dość chłodno ostatnio. :)
            Mam nadzieję, że na tym się skończy i się odczepią.

          • kanionek 10/04/2016 at 00:27

            Na wstępie powołali się na „art. 509 i następne Kodeksu Cywilnego (Dz. U. 64.16.93 ze zm.)” pisząc, że „w wyniku przelewu wierzytelności zobowiązanie wynikające z nieopłacenia dokumentów księgowych (wykaz na odwrocie pisma) na rzecz ITI Neovision SA (kablówka – przypis Kanionka) zostało przeniesione na EQUES DEBITUM bla bla bla, który odtąd jest uprawniony do dochodzenia tej wierzytelności”. I dalej, że w związku z tym wpłaćcie kasę (z odsetkami ustawowymi) na konto bla, bla, bla. I na odwrocie pisma jest wykaz „dokumentów księgowych składających się na zadłużenie”, a w nim dwie FV i dwa tajemnicze INB. Z tego co wiem, sygnatury sądowe mają inne oznaczenia.

            (a też tak masz, że co spojrzysz na zegarek elektroniczny, to jest np. 12:12, 23:23 itp.?)

          • buskowianka 10/04/2016 at 00:03

            (Ou, ale się wystrzeliłam z tym poprzednim postem, w godzinę zero)

          • buskowianka 10/04/2016 at 11:38

            Wygląda na to, że jest dobrze :)
            Te INB to pewnie numery umów przelewu albo wykazów wierzytelności do umów, czy coś tego rodzaju. Sygnatura sądowa to byłoby (cyfra rzymska) Nc (Nc-e dla e-sądu) numerek / numerek (rocznik wniesienia pozwu), np. VI Nc-e 1234/14.

            Czyli, Kanionku, nie rozmawiajcie z nimi przez telefon, najlepiej nie odbierać lub rozłączać się od razu. Odpowiedzcie im na piśmie za potwierdzeniem odbioru i nie dajcie się zastraszyć.

            Krótkie poradniki:
            https://uokik.gov.pl/faq_dzialalnosc_firm_windykacyjnych.php#faq1317
            http://www.prawnicy.bialystok.pl/s,jak_odpowiedziec_na_wezwanie_firmy_windykacyjnej_,59.html
            http://www.prawokonsumenta.pl/2013/03/29/windykacja-i-terminy-przedawnienia-dlugu/
            http://www.federacja-konsumentow.org.pl/n,38,1004,5,1,przewodnik-po-praktykach-windykacyjnych.html

            https://superpolisa.pl/plik/wzor-odpowiedzi-na-wezwanie-firmy-windykacyjnej-do-uiszczenia-przedawnionej-skladki-lub-jej-raty-za-ubezpieczenie/ – przykładowy wzór odpowiedzi, dotyczy OC, do przerobienia na swoje

            Gdybyś miała jeszcze jakieś pytania, napisz mi maila, jeśli chcesz (chyba widzisz mojego podanego przy komentarzu?)

            (co do godzin, na zegarku zawsze widzę daty historyczne! 15:25, 19:39, 14:44 itd. itp. albo godziny rodzaju: 12:34, 23:45)

          • buskowianka 10/04/2016 at 11:41

            Aha – ale w tej rozmowie telefonicznej nie godziliście, że coś zapłacicie?

          • Iwona 10/04/2016 at 13:19

            Nie odpisywać, bo będzie zachęta do korespondencji, może jednak się złamiecie. A paragrafy ładnie brzmią w takiej korespondencji. Koszty, komornik, windykacja, na każdego to działa, zaczynasz się zastanawiać i denerwować, może naprawdę. Zapłacę dla świętego spokoju. Firm windykacyjnych na rynku jest pełno, niektóre oprócz przedawnionych długów skupują stare bazy danych i wysyłają nakazy zapłaty, kto tam pamięta o rachunku sprzed kilku lat, a jeszcze były klient. Zawsze znajdzie się kilka osób, które zapłacą dla świętego spokoju, i z tego jest biznes. Uczciwa korespondencja przychodzi poleconym, zwykłe listy to śmieci. Masz wątpliwości, idź do najbliższego rzecznika praw konsumenta. I nie piszę tego ot tak, naciągactwo kwitnie, ostatnio odbyłam rozmowę z panią z kancelarii windykacyjnej, która domagała się rozmowy z panem X. Powiedziałam, że nie jest to możliwe, a kiedy będzie, nigdy- odpowiedziałam. Pani stanowczo zażądała kontaktu, i niech pan X nie zwleka, bo to źle wpłynie na prowadzoną sprawę, odsetki, koszty windykacji itp. itd. Pytam, o co chodzi, niestety tylko z panem X pani w konkrety wejdzie. I tu mnie jasny szlag trafił w końcu, bo widzicie moje drogie, pan X od 10 lat nie żyje. A rozmowa odbywała się przez telefon stacjonarny. A pani zapowietrzyła się na chwilę i zapytała, kto jest teraz abonentem. Japierdolękurwamamtegopokokardkę. Nie wspominam już o telefonach z firm telekomunikacyjnych, wygranych w konkursach, promocjach i zaproszeniach na pokazy. I proszę podać dane w celu weryfikacji.

          • buskowianka 10/04/2016 at 13:34

            IMO jednak odpisać. Krótko i stanowczo, nie zapłacę, bo jest przedawnione i wiem, że nie macie prawa tego ode mnie żądać. Oni wiedzą, że to jest przedawnione, liczą tylko, że Ty nie wiesz i zapłacisz albo zaczniesz się układać. Tak jak pisała wyżej Zośka: wszelkie: „zapłacę ale trochę mnie albo trochę później albo na raty” to uznanie długu, które przerywa bieg przedawnienia, ewentualnie może też być uznane za zrzeczenie się zarzutu przedawnienia, w tym przypadku (bo termin przedawnienia minął).
            Jak im dasz do zrozumienia, że wiesz, to większa szansa, że się odczepią. Jeśli nie odpiszesz, będą wydzwaniać, manipulować Tobą, żebyś w rozmowie przyznała, że wiesz, uznajesz, tylko nie masz z czego zapłacić, pisać smsy, straszyć dalej.

          • ciociasamozło 10/04/2016 at 16:26

            To INB jest prawdopodobnie wewnętrzną sygnaturą firmy windykacyjnej.

            Ale mądre jesteście Kobity! Proponuję przerzucić informacje, które tu zebrałyście na forum. Bo pewnie nie jedną Kozę taki czuły liścik od firmy „Wyskakuj z kasy!” może zaskoczyć.

          • ... 10/04/2016 at 22:42

            Zgadza sie, z firmami windykacyjnymi najlepiej w ogole nie rozmawiac przez telefon, bo tak prowadza rozmowe, by uzyskac jakiekolwiek stwierdzenie, ktore daloby sie podciagnac pod uznanie rzekomego dlugu. Ewentualnie mozna im wyslac mailem (albo poleconym) pisemko z żadaniem przeslania kompletu dokumentow dotyczacych RZEKOMEGO zadluzenia, a dopoki nie otrzymacie takich dokumentow, kazdy inny kontakt z ich strony, czy to telefoniczny (nagrywacie rozmowy), czy listowy, czy inny, bedzie traktowany przez Was jako nekanie i proba wyludzenia. I stanowic bedzie podstawe do zlozenia doniesienia o popelnieniu przez firme wind. przestepstwa do prokuratury.

          • kanionek 10/04/2016 at 22:52

            „Zgadza sie, z firmami windykacyjnymi najlepiej w ogole nie rozmawiac przez telefon”
            …ale tego nie wiedzieliśmy…
            I owszem, małżonek powiedział przez telefon, że zapłaci, ALE powiedział tak dlatego, że został wprowadzony w błąd. Pani z windy bowiem powiedziała, że odbyła się już sprawa sądowa i wszczęto postepowanie egzekucyjne (zauważcie, że wtedy nie wiedzieliśmy tego, co wiemy teraz) itd., więc małżonek uznał, że nie mamy wyjścia, a kopanie się z koniem pogorszy sprawę. Czy orzeczenie woli spłaty długu jest ważne, jeśli zostało wydane na podstawie fałszywych przesłanek? Wiem, że rozmowy są nagrywane, więc gdyby takie nagranie miało służyć za dowód w sądzie, to moglibyśmy podnieść taki argument, że zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Na dobrą sprawę to było wyłudzenie orzeczenia woli spłaty długu. Czy sie mylę?

          • ... 10/04/2016 at 23:04

            W takim razie wyslijcie pismo poleconym, w ktorym nadmienicie, ze zostaliscie wprowadzeni w blad, a wrecz oszukani przez przedstawicielke firmy windykacyjnej (posiadacie nagranie rozmowy, w razie potrzeby wykorzystacie je w sadzie) dlatego stanowczo odmawiacie zaplaty RZEKOMEGO zadluzenia poniewaz nic Wam nie wiadomo o takim dlugu.
            Żądacie przesłania kompletu dokumentów, a dopoki icjh nie otrzymacie – j/w (nekanie, proba wyludzenia – prokuratura).

          • ... 10/04/2016 at 23:08

            A gdyby sie okazalo, ze faktycznie mieliscie takie zadluzenie (szczerze watpie) i sprawa oparla sie juz o e-sad (szczerze watpie) , wowczas mozecie wystapic do e-sadu o przywrocenie terminu na zlozenie sprzeciwu od nakazu zaplaty, jesli zostal wydany (szczerze watpie) .

  8. Ania W. 09/04/2016 at 14:26

    No i sprawdź dobrze co to za firma windykacyjna i czy na pewno masz ten dług, bo mnie kiedyś ścigał Kruk (o ile dobrze pamiętam), przysyłając do domu koperty opatrzone czerwonym napisem „DŁUŻNIK” (chyba po to, żebym się wstydziła przed listonoszem) oraz wydzwaniając do pracy. Się spięłam, się przyjrzałam sprawie (internety mi się przydały) i pogoniłam dziadów na drzewo. Skutecznie. Czego i Tobie życzę.

  9. ciociasamozło 09/04/2016 at 19:25

    1. Lobotomia to jedyna droga do zrozumienia Żozewfin.
    2. No to chyba kura od Żozefin i tak niewiele by zdziałała jak ty masz taki dżender wśród gęsi…
    2. Nie wiem kto wymyślił nazwę „biegusy” ale to trafniejsze chyba nawet od nazwania leniwca leniwcem.
    3. Panter jak pączek w maśle!
    4. Muszkieterowie Irenki – Pozytyw, Negatyw i Greyscale ;). A rysunek na pyszczku a’la Darth Maul ;)
    5. Kanionku, zasługujesz na tytuł Wielkiej Koziej Pielęgniarki!
    6. Jeżynowy Karambol (wygląda obłędnie!!!) ruszył mnie z krzesła prosto w objęcia pigwóweczki. A miałam ograniczyć picie…
    7. A może pod zbawiennym wpływem Karambolu do firmy windykacyjnej i ARiMR wyślesz po porcyjce plonów pocebulackich? A potem przerobisz ich (i windykatorów, i urzędasów, i cebulackich) głowy na świeczniki? I będziesz na tych świecznikach robić dekupaż ze zdjeć rogatych kozłów i sprzedawać norweskim satanistom… Pigwówka chyba zadziałała…

    • kanionek 09/04/2016 at 23:27

      :D
      Co do punktu szóstego, ostatnie zdanie – a po co?
      Tak poza tym zgadzam się ze wszystkim :)

  10. baba aga 10/04/2016 at 11:16

    Kanionku i wszystkie Kozy też, warto mieć zainstalowany w telefonie program który z automatu nagrywa wszystkie rozmowy, nazywa sie ACR, jedyny minus ze czasem trzeba usunąć stare rozmowy, ale w przyoadkach kiedy dzwoni panienka i straszy, jest potem jak znalazł, poza tym czasem probują nam coś sprzedać, a potem się powołują na nagraną rozmowę w której zgodziliśmy się, wtedy wystarczy spytać a kiedy ta rozmowa, bo ja też mam nagrane, no czasem przydaje się w sytuacjach dziwnych, np kiedy ktoś Cię oskarża że spowodowałeś wypadek i che odszkodowania, a było to dwa miesiące temu, myśmy tak mieli, że przyszło pismo z hesti ,że szkoda była, sprawdziliśmy nagrania z tego dnia i wyszło nam, że naprawialiśmy samochód pod domem. Więc polecam ACR.

    • kanionek 10/04/2016 at 23:30

      Fajna rzecz, ale pewnie na te nowsze, bardziej zaawansowane telefony? Bo my mamy takie samsungi dla dziadka i babci, co to wiesz, zadzwonić i esemesa wysłać owszem, ale niewiele poza tym ;)

  11. mp 10/04/2016 at 11:35

    W pierwszych słowach mojego komentarza chciałabym zalecić Kanionkowi stanowcze ograniczenie dawkowania KATa- na poprawę humoru i ogólnej zdrowotności.
    A w drugich słowach powiem tak- piękniejszego zwierzyńca od Kanionkowego jeszcze nie widziałam ! Wychuchany, puszysty, błyszczący, wypasiony dosłownie i w przenośni :-)

    • kanionek 10/04/2016 at 23:28

      A to Ci jeszcze dopowiem, że oregano od Ciebie też budzi się po zimie :)
      Wierzbę pokrętną niestety skasował Mając :/ Skasował też sadzony przeze mnie biały bez i akację małżonka. Demon wstąpił w Mająca i kazał mu zagryzać krzaki na śmierć. Nawet ligustrowi nie przepuści. Najpierw miała jazdę na gówno drobiowe, później na wykopki, a teraz obgryza krzaki! Bez opitoliła do wysokości 30 cm nad ziemią…

      • mp 11/04/2016 at 19:47

        Mogę podesłać parę sadzonek dla Mająca, a jak posadzisz gdzieś w ukryciu, to może odrośnie i dla kóz się nada. A mój czosnek niedźwiedzi pięknie się rozrósł w ogródku, mam nadzieję, że nie będę musiała z nim walczyć jak z barwinkiem i trawą żubrową, które kolonizują moje mikrowłości jak baobaby planetę Małego Księcia.

        • kanionek 11/04/2016 at 23:12

          Mój czosnek też wygląda pięknie :) U mnie rozrost mile widziany, bo chętnych nie zabraknie :D
          Wiesz co, już mi zaczyna brakować miejsc „w ukryciu”! Po prostu wszędzie coś łazi, drapie, grzebie lub zębami szarpie. Zrobiłam sobie trzy sadzonki z mojej najlepszej leszczyny (ogromne orzechy daje) i teraz kombinuję jak je zabezpieczyć przed mordercami. Zalazłam kilka kawałków rur plastikowych o dużej średnicy, wysokie na metr, to chyba powinno załatwić sprawę.
          A z kolonizujących ogródek chwastów też mi się nowe gatunki pojawiły, jeszcze niezidentyfikowane, ale dzięki ściółce ich wyrywanie jest śmiesznie łatwe – ziemia pod nią pulchna i luźna, wszystko wychodzi jak z masła.

          • mp 14/04/2016 at 16:19

            Nie masz gdzieś kawałka ziemi, który dałoby się odgrodzić (siatką leśną?) , żeby psy i kozy się nie dostały ? Reszta towarzystwa sadzonkom krzewów i drzewek nie powinna specjalnie zaszkodzić.

    • ciociasamozło 11/04/2016 at 10:21

      MP, może dla równowagi z KATem https://www.youtube.com/watch?v=Y4R-o8pAd_g ?

      • mp 11/04/2016 at 19:43

        Ciocia, po ostatnich zachętach do obejrzenia występów nawiedzonej pannicy boję się zajrzeć w linka :-)))

        • ciociasamozło 11/04/2016 at 22:38

          Spoko, to całkiem grzeczne Domowe Melodie :)

          • Kachna 13/04/2016 at 11:03

            Domowe Melodie są bardzo!
            Czasami niekoniecznie „grzeczne”….ale w porównaniu – ro jednak lajt:)

  12. dolmik 10/04/2016 at 14:14

    Że tak zacznę roszczeniowo…: czwarte zdjęcie od dołu… a cóż to za przystojne zwierzę długowłose? Piękne. I tu roszczenie – częściej zdjęcia poproszę, bo dzieciaki rosną, dojrzewają i po kilku tygodniach to już są do Bydgoszczy, bo nie do poznania. Nawet Irena jakaś bardziej kolorowa mi się wydaje….. 😊 Także, khm… Postuluję o zwiększenie częstotliwości wstawiania portretów domowników, z podpisami oczywiście.
    A czo tam u szłychać u owiecz paranormalnych i szanownej progenitury? Czy Panie Matki zapałały już pełnym zaufaniem do człowieków? Czy też zachowują nadal dystans pełen rezerwy?
    A czy Atos sobie radzi? A Mając zaczyna coś widzieć? A reszta piesów?
    Mówiłam, że będzie roszczeniowo….. 😎
    A poza tym przypomniałaś mi o moich nalewkach….. stoją z owocami jeszcze od zeszłego roku. Chyba do niczego już. Zapomniane i zaniedbane haniebnie pewnie już zapleśniały. Wieczorem do nich zajrzę. Może nie wybuchną. Ech….
    A poza tym, Kozy Drogie Kochane…. WIOLOLOLOLOSNA!!!!!!! Krzaczory kwitną!!!!! Już mnie ładuje bomba kolorów i energii słonecznej!!! Wczoraj wróciłam z działki przed dwudziestą i był zaledwie zmierzch… i niebo różowo fioletowe! 😚 Miałam połamane plecy od walki z chwastem 😃😄 Kocham to!! Zboczona jestem, wiem. Kanionku! A Ty w sercu tego wszystkiego! Zazdroszczę! Pozytywnie!

    • Iwona 10/04/2016 at 14:20

      Ej, no wiesz co? Zapleśniała nalewka? Czo Ty? Dżem, sok, kompocik, ale nalewka? Z owocami? Pysznościowe pewnie.

      • Iwona 10/04/2016 at 14:27

        Wiosna! Leje, zimno, w piecu palę. No dobra, zielono się robi, powoli. W marcu nawet burza z grzmotami była, ale na bezlistne drzewa pierwszy raz zagrzmiało i stare ludzie mówio, że nieurodzajny rok będzie.

    • kanionek 10/04/2016 at 23:20

      Czwarte od dołu to oczywiście Guzik :) Już prawie tak duży, jak jego mamusia! Guzik i Kazik niestety nie dają żyć Kachnie, która ledwo znad grobu wstała (nie wiem, czy coś jej się popierniczyło i ma ruję, czy może chłopaki powariowali), więc do spółki z Luckiem, który też ma jajka, dostali bana na stado i znów mam wypasanie zmianowe kóz :-/

      Panie Owce nadal niestety dzikie, i z niedowierzaniem patrzą na swe dzieci, które Strasznego Kanionka wcale się nie boją ;)
      Atos jest zadowolony z życia, choć w kwestii chodzenia bez zmian, a Majka już nigdy widzieć nie będzie… I zupełnie się tym nie przejmuje. Pimpacy robi postępy, tzn. już da się go odwołać od ataku na kurczaka, choć jeszcze samego wśród drobiu zostawić nie można. Laser jak zawsze smukły, lśniący i umięśniony, choć broda coraz bardziej siwa :) Koty zadowolone – regulują populację jaszczurek na podwórku i grzeją tyłki w wiosennym słońcu.

      Wybaczcie, że tak skrótowo, ale na dzisiaj mam dość. Przywieźliśmy kozy. Odwieźliśmy Mamę. Zrobiłam milion kilogramów sera. Boli mnie łeb.
      Kozy od Włoskiej Pani w dzień słoneczny wyglądają jeszcze gorzej niż wtedy, gdy je pierwszy raz widzieliśmy. Przygotowalismy dla nich elegancką izolatkę, w której od razu zaczęły wpierniczać słomę. Nazbieraliśmy we trójkę dwa wiadra zielonego na łące – żarły tak, jakby nigdy zielonego na oczy nie widziały. Stopniowo będę im wprowadzać owies i warzywa, bo się boje, że się posrają z nadmiaru szczęścia ;) No i oczywiście były przerażone, są przerażone i jutro pewnie też będą przerażone. Myślałam (dawno temu we wrześniu), że Bożena i Irena były dzikie, ale TE kozy wolą wdrapać się po pionowej ścianie, niż dać się dotknąć. Za wyjątkiem kozła – ten jest bardzo odważny i towarzyski :)

      Idę spać, zanim umrę.

      • wersja 11/04/2016 at 08:35

        iiija! to teraz musisz koniecznie częściej pisać (tak, tak, wiem, że nie masz kiedy), bo przy taaakim stadzie, to Ci się narobią strrrrraszne zaległości i potem nie nadrobisz, a my roszczeniowo chcemy być na bieżąco :) (mam dobre przeczucia co do tych Dzikusów. będzie konkurs na najładniejsze imiona? któraś się powinna nazywać Piętaszek (skoro dzikusy) :)

        • diabel-w-buraczkach 13/04/2016 at 09:22

          Ja sie przyznam wstydliwie, ze juz dobre pól roku temu sie pogubilam, kto jest kim… ;) W dodatku one rosna jak na drozdzach i zmieniaja kolory, i wez tu czlowieku sie wyznaj.
          Kanionek, ja sie dziwie, ze Ty sie nie mylisz. Ja bym pewnie musiala im tabliczki pozawieszac na szyjach, z imionami ich oraz rodziców.

          • kanionek 13/04/2016 at 16:47

            JESZCZE się nie mylę, moja droga, jeszcze…
            Małżonek już wymięka :D
            No ale ja ich wszystkich znam od pierwszych minut życia, więc mi łatwiej.

      • teatralna 11/04/2016 at 09:46

        nowe kozy się oswoją…i pewnie faktycznie nigdy zielonego nie jadły, to masz teraz roboty w cholerę. ale i wiosna tuż i lato za pasem i złe pójdzie w cholerę, ne może być fatalnej passy przez wieki.
        Brawa kurwa dla Kanionka za zimną krew, na stojąco !!
        co do firm windykacyjnych, powiem Ci, że osobiście jeszcze nie doświadczyłam
        ale najgorsza jest bezsilność i brak wiedzy. Tak więc blogowe komentarze z informacjami to skarb. Uściskuje…

      • zerojedynkowa 11/04/2016 at 13:56

        Ale jak to: Guzik?! To jest GUZIK?! Mój malutki słodziutki Guziczek? No, nie wierzę…
        Trzy razy liczyłam które to zdjęcie, bo nie chciało mi się wierzyć, że tak szybko urósł. Zresztą czas mi tak nap…, tak biegnie, że wszystko jest możliwe…

        Uprzejmie proszę pokazać nowe kozy przed tuningiem. I potem po, czyli za jakiś czas.

        • kanionek 11/04/2016 at 22:45

          Taa, teraz to jest GUZIEC, nie Guzik. Czas zapierdala, mówisz? Ja już nie patrzę na zegarek, tylko na kalendarz!
          (i znów mnie mało, bo w „wolnym czasie”, ha ha, ryję w temacie wszy, wszołów, gnid, cyklu rozwojowego, kwarantanny itp., a łeb mam jak betoniarkę)

          Pewnie, że będą zdjęcia, może nawet film, ale one nie pokażą tej nędzy tak dokładnie, jak ją widać z bliska i na żywo. MAm taki problem, że kozy w izolatce zbijają się w kupkę w narożniku, a kozioł wręcz przeciwnie – obgryza mi guziki i wszelkie sznureczki przy ubraniach, bodzie tym gołym łbem, albo skacze dokoła jak popierdolony. Ma ADHD, jak nic. No i nie mogę w takich warunkach zrobić sensownego ujęcia z bliska; już nie mówię o wszach, ale w ogóle o stanie sierści tych kózek. Mam ochotę je wyprać w Perwollu i wypastować jak parkiet, bo mnie boli patrzeć na nie, a w dotyku są szorstkie jak szczota do kibla. I już się biedule kapnęły, że zawsze wchodzę z żarciem, i mało im oczy na wierzch nie wyjdą gdy drzwi otwieram.

          PS. Są TAK wygłodzone, że białą i zapewne paskudną zawiesinę przeciwpasożytniczą WYSSAŁY mi ze strzykawki! Małżonek poszedł ze mną, żeby mi pomóc przytrzymać delikwentów do aplikacji dopyszcznej, i mało nie padł ze śmiechu. Zeżarłyby to świństwo wraz z plastikową butelką.

          • zerojedynkowa 12/04/2016 at 13:49

            Ja nie wiem, ale z ratowania zwierząt od niechybnej śmierci mam jakąś chorą satysfakcję. Co prawda udało mi się uratować tylko jednego kota, więc za bardzo nie ma się czym chwalić, ale Kanionek sprawia, że cieszę się każdą uratowaną biedą, nawet jak nie jest to moją zasługą.
            Było to pisane tutaj wiele, wiele razy, ale i tak powtórzę: Kanionek, JESTEŚ WIELKI. Szacun i podziw.
            A nawiasem mówiąc byłabym zdziwiona, gdybyś ich NIE wzięła.

          • kanionek 12/04/2016 at 23:13

            Jeden kot więcej po dobrej stronie mocy, a poza tym – od każdego wedle możliwości.
            Też byłabym zdziwiona, gdybym ich nie wzięła, ale dopóki są w tej izolatce i wyglądają tak, jak wyglądają, to jednak myślę sobie (tak ze trzydzieści razy dziennie), „i na co ci kolejny kłopot, frajerko”. I będę tak myśleć dopóty, dopóki te biedy nie wyjdą na prostą.

          • Buba 12/04/2016 at 15:38

            Moje sąsiadki ze wsi zapodały mi następujący patent, który z powodzeniem (podobno) stosowało się w daaaaawnych czasach. Otóż: bierzesz balię, 2 paczki Sportów (takie papierosy), ze Sportów gotujesz kompocik, wlewasz do balii, rozcieńczasz wodą do odpowiedniej objętości i kąpiesz w tym kozy. Podobno wybija wszelkie insekty. Podobno na psy także działa. Tzn. na psie pchły. Tylko nie wiem czy Sporty jeszcze istnieją. Inne papierosy mogą nie zadziałać. Fajnie, że wzięłaś te kozy:-)

          • kanionek 12/04/2016 at 23:16

            Kto pije i pali, ten nie ma robali :D
            Może zamiast kąpieli w balii, która byłaby kłopotliwa (kozy bojące, a wodę musiałabym podgrzać), po prostu zaniosę im paczkę Sportów i poczęstuję nalewką z tarniny?

          • ciociasamozło 12/04/2016 at 16:15

            Buba, nikotyna ze Sportów na pewno tłucze robale, ale obawiam się, że kozie też mogłaby zaszkodzić. Nie ryzykowałabym :(
            Kiedyś, jak nie było nic lepszego to różnymi świństwami ludzie smarowali i siebie i zwierzaki, żeby ich robactwo nie zeżarło żywcem ;)

          • Iza 12/04/2016 at 18:33

            Skoro na mszyce i przędziorki działa oprysk z naparu tytoniowego, to i na wszoły czy inne draństwo może pomóc. Co do szkodliwości… one sobie liżą sierść? Wątpię. Zresztą pasożyty im zaszkodzą bardziej.

          • kanionek 12/04/2016 at 23:21

            Iza, czasem liżą, ale raczej nie o to chodzi. Nikotyna wchłania się przez skórę i błony śluzowe (dlatego np. dymem z fajki się niby nie zaciągasz, ale przez błonę śluzową jamy ustnej nikotynę pobierasz, albo weź np. takie plastry nikotynowe), choć nie jestem pewna, czy w roztworze wodnym też. Może musi być odpowiedni nośnik?

          • Iza 13/04/2016 at 10:37

            Ale żeby je w roztworze odpowiedniej mocy wykąpać (wtedy na pewno doszłoby do skóry), to musiałabyś wykupić pół (no, ćwierć) hurtowni papierosów – ciut kosztowne. :P
            Ja to widzę raczej jako spryskanie ich, daj borze pół-litrem na sztukę. Myślisz, że od tego od razu w nałóg wpadną i zaczną Ci po kieszeniach szukać fajek? :D Chyba nie będziesz im celowo po śluzówkach lecieć…
            Jedyny problem, jaki widzę, to że po zabiegu mogą śmierdzieć i wymagać wyprania. Masz ten Perwoll…?

          • kanionek 13/04/2016 at 16:48

            Ni mom. I z ciepłą wodą w takiej ilości byłby problem, a i nie za ciepło obecnie na zewnątrz, więc zaraz bym się martwiła, że takie mokre zmarzną ;)

          • Iza 13/04/2016 at 10:52

            Tak w ogóle to mam najgłupsze pytanie świata, proszę nie zwracać zbytniej uwagi… Nie dałoby się ich zwyczajnie ostrzyc, tym samym urządzając większości lokatorów szybką eksmisję?

          • kanionek 13/04/2016 at 16:52

            To wcale nie jest głupie i niektórzy stosują z powodzeniem.
            Ja nie mam odpowiedniej maszynki, a ręcznie to do grudnia byśmy się w to bawili, no i kozy dzikie, więc już widzę, jak by stały spokojnie i dały się golić :D
            No i jest jeszcze jeden problem. Poparzenia słoneczne. Nawet w kwietniu, że nie wspomnę o maju, zwierzak może ucierpieć, bo to nie człowiek, co się goły rodzi i jest dość odporny na UV. Sierść u kóz odrasta dłuuugo. Po ubiegłorocznym strzyżeniu, i to nie do gołej skóry, Andrzej jeszcze teraz nawet nie ma okrywy swojej dawnej długości. Nie wiem, ile centymetrów by musiało odrosnąć, żeby kozę chronić przed słońcem, ale chyba zbyt długo by jednak musiały tkwić w tej izolatce. I przepraszam za chaotyczny bełkot – się nie wyrabiam z czasem normalnie.

          • zeroerhaplus 13/04/2016 at 19:49

            Kanionek, nie kąp ich w tym! Jak im się spodoba to potem na plastry nie wyrobisz ;)

          • kanionek 14/04/2016 at 21:20

            Hłe, hłe :) Na plastry to mnie nie stać, ale paczkę ruskich kameli mogłabym im od czasu do czasu kupić. Tu z przemytu całe wioski żyją ;)

          • Buba 13/04/2016 at 19:58

            Kochane Kozy. Nie było moją intencją namawianie Kanionka do trucia insektów nikotyną. Szczególnie, że cywilizowanych środków do tego celu zapewne u wetów nie brakuje.

            Ot, po prostu, wiedzę ludową posiadła żem, tom się chciała podzielić.

            Jednakowoż sąsiadki kategorycznie twierdzą, że nikt od opisanej metody nie ucierpiał (poza insektami), ani żadna koza ani nawet żaden producent kompociku.

            Z ciekawości policzyłam, na podstawie dostępnych w Internecie danych na temat zawartości czystej nikotyny w papierosie i dawki śmiertelnej dla człowieka, oraz przyjmując że :
            – do balii wchodzi ok 50 l wody,
            – w człowieku mieszczą się (wagowo) w przybliżeniu 4 kozy,
            – wrażliwość na nikotynę człowieka i kozy jest podobna i wyszło mi, że opisywany roztwór nikotyny w wodzie miałby stężenie około 0,07% i koza musiałaby wciągnąć przez skórę około 20 litrów takiego roztworu, żeby jej poważnie zaszkodziło. Dla porównania, tzw. liquidy do e-papierosów zawierają od 0,6 do 3,6% nikotyny czyli duuuużo, dużo więcej.

            Ale, ja tylko tak, żeby nie było, że coś komuś.

          • kanionek 14/04/2016 at 21:19

            Buba, jeszcze do tematu dodam, że te „cywilizowane środki” od wetów to często też „samo zuo”, choć mniejsze jednak, niż życie z pasożytami, zwłaszcza gdy pasożyty zaczynają brać górę nad żywicielem. I ja nie mam nic przeciwko ludowym mądrościom i poradom – na rozmaite dziadostwo w ogródku stosowałam ów wywar z peta, i to w dużo większym stężeniu. Zatem doceniam i zawsze rozważam „za i przeciw”, i dziękuję za Wasze zaangażowanie i chęć pomocy :)

          • ciociasamozło 13/04/2016 at 20:31

            O, Buba, super, że policzyłaś. Ja zaczęłam ale najpierw znalazłam trzy różne dawki uznawane za toksyczne, a potem już mi czasu zabrakło na zgłębianie tematu :) Pewnie masz rację, że przy takim rozcieńczeniu kozom by nie zaszkodziło.
            Tylko z liquidem bym nie porównywała, bo jednak nie zlizuje się go tylko wdycha po małej dawce co jakiś czas ;)

          • kanionek 14/04/2016 at 21:13

            Z zawartością nikotyny w papierosie (tym analogowym, nie elektronicznym) też jest trochę inaczej, niż się wydaje. Liczona jest, o ile pamiętam, a kiedyś się tym interesowałam, przez automat „palący”, a trzeba wiedzieć, że większość nikotyny z papierosa nie trafia do krwiobiegu, bo się zwyczajnie spala. Nie pamiętam temp. rozpadu nikotyny, chyba coś powyżej 250 stopni, a w żarze papierosa jest jakieś 900. Ja to rozumiem tak, że wartość podana na paczce papierosów jest wartością faktycznie wdychaną, a nie wyjściową, która w takim razie musi być dużo wyższa.
            Ale zgoda, że ilość o której rozmawiamy raczej by kozom nie zaszkodziła. Musiałyby wyjarać osobiście te dwie paczki, żeby się źle poczuć. Tylko że, tak samo jak z octem, chciałabym mieć stuprocentową pewność, że to zadziała, bo roboty z takimi kąpielami od groma, a i dzień musiałby być w miarę ciepły, żeby mi bidy szybko wyschły.

          • zeroerhaplus 13/04/2016 at 21:07

            A ja sobie tylko jaja robię, jak na wiejskiego głupka przystało :) Bo nikt by tu przecie czegoś szkodliwego raczej nie polecał :)

          • paryja 14/04/2016 at 21:07

            Kanionku a czytałaś o iwermektynie ? Kiedyś podobno miała siedem dni karencji na mleko, potem zmieniły się przepisy i nie podaje się jej nawet poza laktacją. Weci ciągle stosują. To się podskórnie podaje(co to dla Ciebie zastrzyk) i tłucze wszystko! i wew i zewnętrzne świństwa (chyba nie daje rady świerzbowi)
            Pewnie już masz to przerobione ale a nóż jeszcze nie dotarłaś?

          • kanionek 14/04/2016 at 21:36

            Tak, czytałam (chyba już wszystko czytałam :D), i z góry skreśliłam – doczytałam o jakichś komplikacjach, powikłaniach, papraniu się miejsca wkłucia i że nie zawsze jest skuteczna, więc sobie odpuściłam całkiem. A, i ten zastrzyk jest bolesny! Ziokołek to dostała raz, u tego faceta od którego ją kupiliśmy, i wrzasku było więcej, niż przy kolczykowaniu :-/

      • paryja 11/04/2016 at 14:03

        Nie miałam najmniejszych wątpliwości że weźmiesz „bidy” :D
        Odkarmisz odchuchasz i będą jak malowane.
        I nie zapomnij zrobić zdjęć przed i po :) (odchuchaniu)

        • kanionek 11/04/2016 at 22:50

          O, to już w sumie odpowiedziałam w tym temacie pod komentarzem Zerojedynkowej :)

  13. Monika 10/04/2016 at 21:13

    Wiosennie i pracowicie pozdrawiam wszystkie Kozy. Drogi Kanionku, czy biegusy już znoszą jajka? Moja Felicja od 4 dni mości gniazdko i już są 4 jajka! Ot, tak chwalesie:)

    • kanionek 10/04/2016 at 22:58

      Gratulajce :)
      Na razie kaczorek wkłada dużo pracy w to, żeby ewentualne jajka były zalężone ;)
      Ale gniazdka nigdzie nie widzę; może szukają bezpiecznego miejsca? Obawiam się, że na małym wybiegu takiego nie znajdą, bo choć potencjalnie dobrych miejsc jest sporo, to jednak wszędzie rządzą Rosoły i dwie Meliny! Zamykam cały drób na noc na małym wybiegu, a gniazdko poza wybiegiem też bez sensu, bo Laser to jest pies na jajka i wywęszy smakołyk, choćby biegusy zakopały gniazdo metr pod ziemią. Miałam je przeprowadzić do ogrodu, ale tak się zżyły z Melinami i Kaczką, że już sama nie wiem…

      • Monika 14/04/2016 at 14:38

        Cel był taki: biegusy na ślimaki! Faktycznie, one uwielbiają robale, biegają po ogrodzie, obejściu i gdzie chcą. Ostatnio szalały w czosnku i truskawkach, nawet nie trąciły roślinek. Wszyscy zadowoleni – czosnek, truskawki, kaczki i ja. Decyzja należy do Ciebie. Buziaczki i wyrazy podziwu za całokształt!!!!

        • kanionek 14/04/2016 at 21:43

          O śnięty jeżu, u Ciebie truskawki już widać? W sensie, że wiem, że nie owoce, ale u mnie ledwie trzy zielone listki na krzyż się pojawiły. Cholerny biegun zimna i zła.
          No i właśnie chciałam Ciebie zapytać, jak to z tymi ślimakami jest, bo u mnie ich teraz nie ma. To znaczy niby nie ma, bo nie widać, ale wiem, że gdzieś siedzą skitrane, szubrawce, i tylko czyhają aż coś wyjdzie z ziemi. Nie podagrycznik, nie perz i nie mleczyk, kurna ich jednonożna mać oślizgła, tylko czekają normalnie na moją sałatę czy zielony groszek. I wtedy wyłażą. No więc czy biegusy je wywęszą? Bo jeśli nie, to mi w tym ogródku z głodu padną! Gdyż albowiem, jako się rzekło, u mnie jest wciąż za zimno na wszystko, za to na podwórku wszystkie „płetwy” i kurczaki już używają w najlepsze, bo trawa i chwasty rosną pięknie. A w ogródku, rozumiesz, ściółka, więc i chwastów tak nie bardzo :-/

          • Monika 15/04/2016 at 06:55

            Za namową mądrego Kanionka wyściółkowałam jesienią wszystko, co się dało. Teraz kaczuchy -sztuk 2- używają właśnie w tej ściółce. Z trawy wyciągają tylko dżdżownice i wsuwają jak makaron. Ślimaczory już są. Siedzą pod namiotem i ostrzą noże na moją rzodkiewkę. Tylko patrzeć inwazji. Myślę, że mogłabyś na kilka dni zainstalować kaczki w ogródku. Z głodu nie padną, a ściółkę przewalą jak nic! Doświadczenie warte mszy. Dobrego dnia!!

          • kanionek 16/04/2016 at 00:10

            No to jakoś na dniach spróbuję :)
            Niech Ci ściółka ze wszech miar wynagrodzi :)
            A swoim biegusom dajesz jakieś „sztuczne” gniazdko (skrzynka, koszyk, coś?), czy same sobie decydują co, gdzie i jak?

  14. diabel-w-buraczkach 11/04/2016 at 07:48

    Ale fajni ci nowi panstwo Kaczorowscy :) Tacy szczupli, wysportowani i pelni gracji! (Mój nauczyciel w-f nazywal sie Kaczorowski, tez byl bardzo szczuply i wysoki, tylko nie mial tyle gracji.) Nie dziwie sie, ze Prezes Kaczka nie wie, gdzie oczy podziac.

    • Monika 14/04/2016 at 14:40

      Prezes – Król i jego dworzanie! Bractwo płetwowe dosłownie wypasione. Potwornie ciekawa jestem tych włoskich kóz.

      • kanionek 14/04/2016 at 23:36

        Muszę im deczko przyciąć ziarenka, dla ich własnego dobra. Płetwom, nie kozom :)
        A kozy włoskie oczywiście pokażę, tylko na razie mam mało materiału – w izolatce ciężko każdą uchwycić, kozioł spuszczony z oka na sekundę zaraz zabiera się za obgryzanie moich uszu, guzików, sznureczków, aparatu foto itp., no i z czasem trochę nie wyrabiam. Właśnie skończyłam solenie dzisiejszej partii serów, dorzuciłam do pieca na noc (szykuje się przymrozek) i zaraz idę spać.
        Wczoraj widzieliśmy paskudny wypadek; kiedy przejeżdżaliśmy obok, ratownicy właśnie wycinali kogoś z samochodu, który był o połowę krótszy, niż przed wypadkiem. Zginęły trzy osoby, bo ktoś MUSIAŁ wyprzedzać na wariata (prosta, piękna droga, pogoda doskonała, trzeba się postarać, żeby tak zginąć), w tym sprawca i dwoje niczego się niespodziewających ludzi jadących z naprzeciwka. Dzisiaj musiałam aż dwa razy być w mieście i trzymając kurczowo kierownicę nie mogłam wyrzucić tego tragicznego obrazu z głowy. Za dużo mam wrażeń ostatnio. Wciąż myślę, że to mogliśmy być my, i robi mi się niedobrze. Nam to już byłoby wszystko jedno, nie zdążylibyśmy nawet westchnąć, ale nasze rodziny… I zwierzaki czekające tutaj na próżno, gdy po nas tylko miazga, sprasowana blacha i potłuczone szkło. A mogliśmy nadal jeździć konno. Jakoś nie słyszałam, żeby koń sie kiedyś zderzył z koniem, a człowiek to jednak debil i niektórym nie można dać nawet szklanej kulki do ręki, bo się udławią, a upadając przygniotą kogoś na śmierć.

        • Iza 14/04/2016 at 23:59

          Kanionku, mój-żonek stwierdził, że za mało czytałaś Mniszkówny i innych takich historycznych… „koń ją poniósł i wrócił do stajni z pustym siodłem dopiero wieczorem, kiedy na ratunek było za późno”.
          Nie wiem, kiedy on Mniszkównę „i inne takie” czytywał, bo nie przy mnie… :O :P

          • kanionek 16/04/2016 at 00:08

            Mniszkówny to ja chyba nawet wcale nigdy.
            Ale widzisz – koń ją poniósł i jeden trup, a tu kogoś audi poniosło i trzy trupy. Jest różnica.
            Dzisiaj w tym miejscu płoną już znicze.
            Posiedziałam dziś wieczorem trochę dłużej z kozami, i już mi lepiej. Choć gdybym im powiedziała, że zostały nam już tylko dwa worki owsa, mogłabym nie wyjść z koziarni o własnych siłach :D

  15. Ynk 11/04/2016 at 15:42

    Świetne maski mają Trzej Synowie Lucyfera, czy też przyłbice Trzej Rycerze Koziego Żyrandola.
    A bieguski – prawdziwe pacemakers ;-)
    Za wina słój ( z seksem, czy bez) podziw i życzenia „na zdrowie”!

    • kanionek 11/04/2016 at 22:53

      Tak, piękni są :) Irenka ma zacięcie artystyczne i fantazję – Krówko łaciata, Roman popielata, teraz ta trójka w diablomaskach. Nie to, co Ziokołek – białe, białe, białe, które się zrobiło czarne… Nuuuda ;)

  16. bila 12/04/2016 at 11:55

    Trzej Synowie Lucyfera są zaiste, piękni. W ogóle Zwierzyniec Kanionka jest urodziwy i sama już nie wiem, co dać na kolejna tapetę. Mogę, prawda???
    Kanionku, zmieniasz świat, mówię Ci. Na lepsiejsze, oczywiście, żeby nie było. Najpierw- świat zwierzaczków, potem- nasz… To jest zaraźliwe, mówię Ci. Buziaczki forol.

    • kanionek 12/04/2016 at 23:03

      Bierzcie i tapetujcie z tego wszyscy, albowiem to są fotki moje i ja Wam pozwalam.

      Ech. Tak sobie czasem myślę, że choćby nie wiem jak zaraźliwe było (ratowanie zwierząt od nędzy i rozpaczy), to tych „zarażonych” i tak jest zawsze za mało. ALbo może bezmyślnych skurwlów za dużo. Na jedno wychodzi.

      • diabel-w-buraczkach 13/04/2016 at 09:12

        Zwierzaka mozna jeszcze przygarnac i odratowac, ale co zrobic z „bezmyślnym skurwlem” ? To jest,pani droga, problem…

        Bila, zrób sobie jako tapete pokaz slajdów – ja tak robie odkad Windows oferuje ta opcje, bo na jeden obrazek sie nie umiem zdecydowac ;) A tak to co wejde na pulpit, to mam inny i jest git! :)

        • bila 14/04/2016 at 11:55

          Aaaaa, dzięki Diable! Tak uczynię!!!Buziaczki!!!

      • ciociasamozło 13/04/2016 at 13:14

        Bo jeden skurwl może generować więcej nędzy i rozpaczy niż jeden „zarażony” jest w stanie uratować.

        • kanionek 13/04/2016 at 16:53

          Dlatego najlepiej byłoby wyeliminować skurwli, ale to niehumanitarne ;)

        • Iza 13/04/2016 at 20:07

          Tak czytając, co się dookoła dzieje, to coraz głębiej mam ten cały, jakże jednostronny, humanitaryzm… :P
          Hej, Gerwazy, masz gwintówkę…? :D

  17. Ynk 12/04/2016 at 16:20

    A poza tym… a poza tym… proszę Ludzi i Zwierza… chłodna ta wiosna, ale WIOSNA : -))
    https://www.facebook.com/robin.crossbailey/posts/10207952915734076?fref=nf&pnref=story

    • kanionek 12/04/2016 at 23:27

      Dlatego zawsze wyczesywaliśmy Atosa na podwórku! Każdej wiosny miał tony podszerstka na zbyciu i pitaszki rozmaite chętnie korzystały z puchowych kulek.
      W tym roku Atos, jako pies spędzający większość zimy w domu, nie ma już grubego swetra i ptasi drobiazg będzie zapewne zawiedziony.

      • diabel-w-buraczkach 13/04/2016 at 09:18

        Podrzuc im troche „baranka” :)

      • paryja 13/04/2016 at 20:49

        Możesz ptaszyny wysłać do mnie, Luśka na zimę zapuściła takie futro że jeszcze do dziś wyczesuję z niej kłęby wełenki, nawet rozważałam czy sobie podusi nie zrobić ;)

  18. zeroerhaplus 13/04/2016 at 19:59

    Aż mi się w oczach mieni od tych kożlątek :) Kachna jest piękna, przepiękna. Koźlątka słodkie. A od posta, znaczy jego początku – się pokwiczałam ze śmiechu :)
    I biegusy są śliczne. Jeśli jeszcze jedzą ślimory w tempie takim, jak obiecuje instrukcja, to chyba pora zacząć budować kurnik… albo raczej kacznik?

    Za całokształt – od zastrzyków po nowy nabytek – ściągam po raz enty beret z głowy. A jak znów powiesz, że nie ma przed czym, to nakrzyczę ;)

  19. zeroerhaplus 15/04/2016 at 12:18

    A tak poza całym kształtem, pytanko mam. Kanionku, jak się ma Twoje bosochodzenie? Trzymasz się kanonów czy popuściłaś?

    • kanionek 16/04/2016 at 00:00

      Wczoraj mało nie popuściłam… Gdy mi nóż wypadł z glinianego garnka na przybory kuchenne i wbił się dokładnie w sam środek małego palca u prawej stopy. Coś akurat smażyłam, nie mogłam przerwać, uznałam że od noża w małym palcu jeszcze nikt nie umarł, małżonek wszedł do kuchni i powiada, że paluszek mi się zepsuł, a ja że spoko, nic mi nie będzie. Za jakieś pół minuty spoglądam w dół, a tam już krwi kałuża jak po świniobiciu!
      Ale nie dam się. Na razie wciąż tylko po mieszkaniu i czasem wyskoczę do kotłowni, ale chodzę boso, bo mi się podoba. I chyba faktycznie przybyło mi mięśni w stopach, bo sławetne, zielone buty, obsikane przez wszystkich Andrzejów, są już na mnie za ciasne. Teraz mieszczę się już tylko w zielonych kaloszach. Pewnie dlatego, że kupiłam o numer za duże.

      • Iza 16/04/2016 at 08:55

        To se chodź boso po salonach, a nie po przestrzeniach roboczych. Już się dowiedziałaś, że „obuwie robocze” ma sens? :P
        I słuchajcie no, Kanionek, ja tylko nadmienię, że jak sobie do końca uszkodzicie układ jezdny, to kozy z głodu zdechną… chyba że zwalicie, Kanionek, całą robotę na MałegoŻonka, jak ta ostatnia…
        No.
        Sorki, musiałam. :-***

        • dolmik 16/04/2016 at 19:27

          A ja jeszcze dodam, że chodzenie boso po podwórku, gdzie wyłażą z ziemi skarby po Cebulackich, to taki sobie pomysł…. Szczepienie na tężec aktualne? Pozostań jednak może na salonach….
          A tak nawiązując do wiosny… Odkryłam hamerykę, że rozsadę trzeba rozsadzać…. 😎 Jak nasionka ruszyły z kopyta i do tego hurtem… dopiero mnie oświeciło. Brawo ja. Teraz będę się czaić, żeby rozparcelować je w dobrym momencie… Głupia ja. 😳

          • kanionek 16/04/2016 at 21:46

            Ale co – że już do ogrodu z nimi lecisz? Matkobosko, ja też muszę seler rozsadzić, bo w doniczce zielony pióropusz!

          • dolmik 17/04/2016 at 13:59

            No dzie, do ogrodu…? Przecie dopiero ruszyły :) Pindorki truskawkowe se wysiałam ,,z własnego nasienia” i pooooszły…. Na gęsto… Bazylia różnej maści też ma potencjał, zobaczymy. Na szczęście cukinię i ogóry wetkłam po dwa nasiona, to nie będzie szalu. A! jeszcze trawa pampasowa… Tu już nie wiem, bo to trawa przeca… Póki co, cały nabój stoi na parapecie i denerwuje kota. A od początku maja (chyba) wyprowadzę całość na balkon do hartowania… Do ziemi to dopiero po Zośce się odważę… Zresztą ciekawe, czy wszystko tak pięknie ruszy…. Ogórki jeszcze mają wątpliwości, czy aby warto. :)

          • kanionek 18/04/2016 at 23:28

            Uff, bo myślałam, że u Ciebie już lato, a ja coś przegapiłam ;)
            U mnie dopiero zakwitła forsycja (pińć marnych kwiatków), a w mieście kwitną od dwóch tygodni. Ogórki? Ja jeszcze cebulę suszę przy kaloryferze… Fikuśne pomidory z nasion od Zeroerha wysiałam, powschodziły, też muszę przepikować, a tu coś mi małych doniczek brakuje. I czasu.
            Ale co ja się martwię – w czerwcu i tak przyjdzie przymrozek :D

        • kanionek 16/04/2016 at 21:46

          Zawsze jeszcze mogę pełzać!
          I skąd ja Ci wezmę salony? A poza tym – ile razy można sobie wbić nóż w stopę? Statystyki na pewno nie przewidują więcej niż jeden raz ;)

          • zeroerhaplus 17/04/2016 at 12:38

            Nóż w wodzie, nóż w nodze, kałuża krwi na połodze, klimaty jak z horroru a Ty się ogródkiem przejmujesz? ;)
            Masz rację, statystyki nie przewidują. To znaczy, że się trafić jak najbardziej może ;)

          • kanionek 18/04/2016 at 23:29

            W sumie racja, zwłaszcza że mówimy O MNIE. Nóż w każdym palcu i siekiera w kolanie, na pohybel statystykom ;)

      • paryja 16/04/2016 at 21:07

        Chłop mój od kiedy go znam jest „bosakiem”;) Buty zakłada zimą, na motor
        i w mieście… bo się brzydzi :) Czasem w coś wdepnie: a to gwózdek a to kupa… Zawsze mnie zadziwia ze podeszwy ma mięciutkie jak dziecko a wydawało by się że powinien mieć grubaśne i twarde (no ja podeszwa ;))

        • kanionek 16/04/2016 at 21:48

          I teraz zaczęłam się zastanawiać, kiedy ja ostatni raz widziałam podeszwy mojego małżonka… :D

          • paryja 17/04/2016 at 07:08

            A nie ja nie widziałam :) zresztą zwykle są pokryte warstewką gleby ;)
            Się w łóżku kiedyś i zupełnie niechcący otarłam stopą o te podeszwy i się zdziwiłam.

  20. Monika 16/04/2016 at 00:10

    Taaaak, i mamy Fionę. Nóż, różdżka… wsio ryba. Zamiast Kanionka- mamy Fionę -zwłaszcza, że pora … Jest fajnie, życie się leje po palcach, podłodze. Ludzie, ta kobieta dąży do samozagłady. Idę spać, a rano będzie dziesiąte jajko.

    • kanionek 16/04/2016 at 21:42

      Zazdraszczam. Tych dziesięciu jajców. One naprawdę je wysiedzą? Jedna z moich Melin siedzi uparcie na swoich (i tych od drugiej Meliny), ale TYLKO W NOCY. W dzień – wyrodna matka – szlaja się po wszystkich stronach świata, wyleguje na słoneczku, pluska w wannie, i w ogóle nie w głowie jej macierzyństwo. Niby kilka dni temu wszystkie jajka jej zabrałam, bo po co ma się męczyć z wysiadywaniem ślepych naboi, ale sobie złożyła trzy nowe i siedzi. W nocy.

      Skończyliśmy właśnie pracę na dziś, a jeszcze po ciemku zaganiałam bractwo płaskiej płetwy do małego wybiegu, bo kursując ze słomą do koziarni nie domknęłam furtki i się towarzystwo rozlazło (wszyscy, oprócz Meliny Siedzącej). Gęś i Kaczkę namierzyłam szybko, bo tłuściochy daleko nie uszły, ale biegusy musiałam tropić „na ucho”. Gdyby nie to ich ciągłe gadanie pod nosem, musiałabym iść po latarkę.

      Ja już nawet na kalendarz nie patrzę, bo się boję. Bo wydaje mi się, że zaraz będzie maj, a ja jestem baaardzo do tyłu z ogrodem.

      • Monika 17/04/2016 at 10:51

        Dzisiaj byłoby jedenaste ale… wprowadził się szczur. Zabrał jajko, zżarł pod progiem. Drugie nadgryzł. Rety! Jak ja te gryzonie wyprowadzę z kurnika? Porozkładałam trutkę jak Kargul miski dla kota. Najbardziej boję się o małe gąski i mulardy. Biegusy przepłoszone, biegają jeszcze szybciej. Zabrałam resztę jaj do domu – będę sama wysiadywała.
        Ogród nie zając, jeszcze jest trochę czasu.

        • kanionek 18/04/2016 at 23:31

          O, a jaką trutkę rozkładasz, że jej drób nie tyka?
          OOO, i miałam zapytać – jak właściwie wyglądają jajka biegusów? Bo może one składają tam, gdzie kurczaki, a ja nie rozróżniam i nie wiem.

          • Monika 19/04/2016 at 20:47

            Jajka zupełnie jak kurze,niemal białe, bardziej gładkie. Zwykła trutka w granulkach poza zasięgiem drobiu.

          • kanionek 22/04/2016 at 23:40

            U mnie nie ma czegoś takiego, jak „poza zasięgiem drobiu”! :D
            Przez dwa miesiące kurczaki robiły sajgon na strychu obory (bywało, że doiłam sobie kozy, a na głowę sypały mi się drobinki siana ze strychu, bo kurczaki urządzały sobie wykopki albo sparingi bokserskie), aż się wkurzyłam i małżonek zabrał im drabinę. I co? I futro! Włażą bez drabiny. Odbijają się od daszku psiej budy, trochę pomachają skrzydłami, i już są na górze. Wejdą/wlecą/wpełzną/wczołgają się wszędzie. WSZĘDZIE.

  21. Barbarella 18/04/2016 at 09:14

    Kanionek, to przypadkiem nie są te twoje wąskie kaczki?
    Masz dla nich winnicę?
    https://www.youtube.com/watch?v=JbtN952jK9c

    • kanionek 18/04/2016 at 23:18

      Oż kurde blać… Tak, to są właśnie takie kaczki, i teraz widzę, że Monika wpuściła mnie w maliny. A raczej w winnicę. Drogo mnie będą te kaczki kosztować, no chyba że dadzą się nabrać i ten krzaczor jeżynowy w ogródku wezmą za winnicę. W końcu wino z tych jeżyn zrobiłam, więc tak jakby trochę się zgadza. Swoją drogą – dziewięćset biegusów robi wrażenie.
      (a ja mam już cztery wąskie kaczki! Niedziela rano, psy ujadają, paczam w lusterko wsteczne we wnęce okiennej, a pod bramą jakiś mały, niebieski samochód. Ki diabeł? Wychodzę rozczochrana, deszcz bębni w okulary, a z samochodu wysiada bardzo zadowolona z siebie znajoma. Pod pachą tacha wielki karton i krzyczy: „mam dla ciebie kaczki!”, i mało nie pęknie z dumy i wzruszenia. No i miała – parkę biegusów! Co to się działo… Panowie biegusy najpierw zerżnęli cudze małżonki, a potem zaczęli się szarpać za kurtki. Niegroźnie, bo to tylko małe kaczuszki, ale żaden nie chciał ustąpić i ufajdali się w błocie aż miło. Już im przeszło i teraz pilnują własnych małżonek przed Rosołem-zboczeńcem i Melinami)

      • Barbarella 19/04/2016 at 20:57

        E, no to zapoznanie kaczek odbyło się zgodnie z sawuarwiwrem prawilnych wszechpolskich grillów i imprez plenerowych!
        Jak ich jest już cztery, i to aktywne w tym zakresie, to do 900 już niedaleko.

      • mp 20/04/2016 at 20:58

        Czy wobec tego możemy czekać na film z domowej produkcji biegusów ? :-)
        Jakby co, to sadzonki winogron mogę dla Ciebie wyprodukować !

        • kanionek 22/04/2016 at 23:47

          MP – ja tam mogę inkubować, tylko niech one jajka jakieś złożą. Wyczytałam, że po zabiegu przeprowadzki biegusy przestają się nieść na około miesiąc, więc jeszcze cierpliwie czekam :)
          I dziękuję za nowe sadzonki! Mając mówi, że będzie o nie dbał, ale ja już nie taka głupia – wetknęłam je w ogrodzie, pod płotem, poza zasięgiem Mająca. Może je sobie co najwyżej powąchać, z daleka. Herbatą podzielę się z kozami, jeśli pozwolisz (to znaczy troszkę im zostawię na zimę, a resztę sama wypiję, bo lubię zieloną; kiedyś piłam nałogowo – napar taki, że szanującego się Chińczyka zabiłby na miejscu), a czekoladki to już ten, są zaledwie wspomnieniem :D Dzięki :-*
          (myslisz, że winogrona się u mnie uchowają? Na tym zimnym wygwizdowiu?)

  22. dolmik 21/04/2016 at 12:03

    Cicho wszędzie, głucho wszędzie…. Alo!! Żyjeta Kozy??!

    • RozWieLidka 21/04/2016 at 15:22

      Meee żyjeeeemy, żyjeeemy. Przynajmniej ja 😊😉

    • zeroerhaplus 22/04/2016 at 05:16

      Żyjemy. Też diabła widziałam, czasem miał numer 502, czasem 504, ale już znikł, diabli go wzięli.
      Z tym życiem utajonym, to ja wiosnę jako winną wszystkiemu podejrzewam. Każdy popyla jak może, korzystając z ustąpienia przesileniowego stuporu. Mylę się?

      A jak ktoś ma ochotę na wolną pogadankę, to niech mi powie, o co chodzi z tym fenomenem damskiej torebki. Znaczy, żeby mieć ich więcej niż jedną. Bo to podobno mus jest?
      Ja jak sobie wyobrażę to codzienne przekładanie betów z torby do innej torby to aż mnie palce bolą na samą myśl…

      PS. Kanionku, strusie to sobie jednak załatw u siebie. Biję się w pierś niezapadłą i kajam wijąc (wyjąc?) po glebie, ale ode mnie jednak strusia nie będzie. I’m sorry, so sorry.

      • dolmik 22/04/2016 at 09:17

        Jeśli te torebki to mus…. to ja nie wpasowuję się w trend. Zawsze mam tylko jedną. I jeszcze męczy mnie kupowanie nowej kiedy stara dokona żywota. Najchętniej zanabyłabym plecak i z głowy. Ale mąż chce podobno kobietę za żonę. Nadal szukam modelu doskonałego (torebki, nie męża). Ale jakoś żaden jeszcze nie spełnia moich wymagań.

        • zeroerhaplus 22/04/2016 at 11:20

          Ja jedną nosiłam prawie dwadzieścia lat aż się rozpadła, ale i tak nie wyrzuciłam, liczę na to, że się uda sklecić do kupy :) Teraz mam drugą ;)

          • paryja 22/04/2016 at 19:54

            Miałam … jedną cudowną, z takiego zgrzebnego lnu, w typie pielgrzymim ;) Mieściła tygodniowe zakupy dla rodziny a i na wyjazd kilkudniowy się w nią spakowałam . Najpierw była zgrzebno-szara potem ją farbowałam na coraz ciemniejsze kolory (bo już się nie dawała doprać). Teraz służy jako tachaja leśna i pewnie jeszcze kilka lat posłuży. Jestem jej tak wierna że nie mam żadnej nowej a majątek (?) upycham po kieszeniach ;)

      • Ynk 22/04/2016 at 10:26

        Torebki dwie. Ciemniejsza-mniejsza na zimę.
        I jasna plecaczkopodobna (bo można ją tak i tak. Nosić) na mocnosłoneczne pory roku.

        • zeroerhaplus 22/04/2016 at 11:21

          Sorry, Ynk, to za mało ;)

          Nadal czekam na głos „prawdziwej kobiety” (hihi, Dolmik, sama zaczęłaś), która wytłumaczy, jak to jest NAPRAWDĘ z tymi WIELOMA torebkami :D

          • Ynk 22/04/2016 at 11:33

            Dla mnie za dużo. Bo też nie lubię przekładać :-) Ileż to razy zostawiłam Coś Ważnego w tej drugiej torbie..
            A co do „prawdziwej kobiety”, z różnych quizów wynika, żem zaledwie połowiczna ;-)) 56% Female , 44% Male. Ale, co? :-)

          • kanionek 23/04/2016 at 00:10

            Ynk – ja bym się już nie odważyła takich quizów… Torebki nie mam żadnej od co najmniej trzech lat. Wszystko po kieszeniach noszę, jak – za przeproszeniem – facet. Gdy jadę do miasta, portfel i klucze w kieszeni (zimą łatwiej, bo jest kurtka), albo w łapach. Chusteczka też. A kiedyś nosiłam torby godne listonosza i było w nich wszystko – dokumenty (czasem starsze niż węgiel), oczywiście kombinerki (się przydawały!), kosmetyki do doraźnych napraw ubytków w elewacji, tabletki na różne przypadłości (bo co, jeśli akurat w pracy złapie mnie zapalenie pęcherza moczowego, albo zawał?), portfel (a w nim tona paragonów, zdjęcia jakieś, karty do wszystkiego, nawet telefonu z budki, choć już dawno nieważne), zapasowe materiały higieniczne (bo co, jeśli akurat w pracy…?), plaster opatrunkowy (to zrozumiałe; zawsze lubiłam sobie coś uciąć lub przynajmniej rozharatać znienacka), wodę utlenioną, i grom wie co jeszcze. Dzisiaj z torebką czułabym się jak z psem pod pachą – ani to wygodne, ani mi potrzebne. No ale teraz jestem dzikim człowiekiem. Już prawie bez butów chodzę i strach się bać, co będzie dalej.

          • Ola 22/04/2016 at 12:47

            No ja mam kilka, bo lubię. Zwłaszcza duże takie. Żeby WSZYSTKO się zmieściło. Ale jak co do czego przyjdzie, to i tak noszę ciągle jedną. Powód? PRZEKŁADANIE! I potem: o matko! znów nie mam kluczy, karty czasu pracy, biletu miesięcznego, balsamu do ust, dropsików, skierowania do okulisty, parasola – niepotrzebne skreślić. Dziękuję za uwagę. :)

          • mp 22/04/2016 at 13:14

            Nie wiem, czy to objaw rozbuchanej kobiecości, czy raczej bzika , ale torebek mam stertę, jakby dobrze policzyć, to pewnie grubo ponad dwadzieścia… A i to już po ostatnim „remamęcie”.
            Noszę regularnie ze trzy „robocze”na zmianę, bo mi się nie chce przekładać klamotów :-))) Inne w zależności od fantazji albo na specjalne okazje. Jestem też ostatnią deską ratunku dla znajomej, która zawsze u mnie coś wyszuka do swojej kreacji .
            Córa genu torebkowego bzika nie odziedziczyła, ostatnio od Mikołaja dostała 2 torebki, bo nie mógł już zdzierżyć patrzenia na letnią szydełkową czarną, która służyła jej na wszelkie okazje i pasowała wg mojej córy zarówno do dżinsów, letniej sukienki, jak i zimowego płaszcza.
            Tak, wiem, że to bzik i można to leczyć, ale na razie nie chcę :-)

          • ciociasamozło 24/04/2016 at 00:44

            A propos quizów, coś dla wielbicieli Pratchetta:
            http://www.pratchett.pl/swiat-dysku-quiz.php
            (najwięcej mam w sobie Vimesa i niani Ogg ;))
            To chyba bardziej prawdziwe niż testy na kobiecość ;)

          • Ynk 24/04/2016 at 09:31

            Aaaa-ha-ha! Marchewa i Bibliotekarz. Uuk :-) No rzeczywiście, mało kobiecy mix.

          • Ynk 24/04/2016 at 09:49

            Kanioneczku, ależ ja te quizy z przymrużeniem obu oczu. I tak mięwięcę raz na 2-3 lata. Bo mie to lata ;-)
            Macham do Cię stopą bosą, ale bosą tylko w zetknięciu z podłogą (teraz), piaskiem, trawą, kamieniem (za tydzień). Mach-mach.

          • zeroerhaplus 24/04/2016 at 10:17

            No właśnie miałam pytać, gdzie dają takie testy na kobiecość, aleście mnie Pratchettem skusiły ;) Lecę machnąć i to, i to. Nie omieszkam poinformować o wynikach, czy ktoś chce, czy nie ;)

          • zeroerhaplus 24/04/2016 at 10:29

            Ojessu, Niania Ogg :) Rozbawiło mnie pytanie „Czy w nowym miejscu spieszysz od razu zabijać/gwałcić innych?” czy jakoś tak. No, a są jakieś inne rozrywki? ;)
            Ale to i tak pikuś w porównaniu z tym, czego się dowiedziałam potem – że jednak jestem mężczyzną :O Tyle lat kamuflażu na marne. I co ja teraz powiem mężowi!!

          • Modra 24/04/2016 at 10:49

            Hi hi, se zrobiłam test – uwielbiam testy wszelakie – i jestem Cohen Barbarzyńca :-) Także ten tego, ide siać strach :-)

          • Ynk 24/04/2016 at 10:54

            Niania Ogg tuż-tuż za Bibliotekarzem (jakieś niecałe 2%, ale za). No i dlaczego tylko 5 postaci decyduje o wyniku quizu? A dzie Magrat, dzie Sybil Ramkin od Smoków, dzie Angua i Cudo Tyłeczek? Bez Nobbsa, Detrytusa i Cohena B. nie liczy się ;-)

          • ciociasamozło 24/04/2016 at 19:38

            Też uważam, że ten test jest niekompletny, zwłaszcza jeśli chodzi o Nobbsa. A brak CudoTyłeczek i Detrytusa to czysty gatunkizm!

          • baba aga 26/04/2016 at 13:12

            Niania Ogg 73.26%
            Cohen Barbarzyńca 72.27%
            Bibliotekarz 70.29%
            Marchewa 66.33%
            Samuel Vimes 63.36%
            Co do torebek, jeśli ich ilość jest miernikiem kobiecości, to jestem bardzo kobieca, jest jedna podstawowa, duża czarna, oprócz tego jest 6 noszonych często, wiszą pod ręką, poza tym dwa największe kartony z Ikei na specjalne okazje. Torebek mam tyle, że często ubieram się do torebki, ale to są tylko wyjścia specjalne. Co do przenoszenia, to mam portfel z dokumentami drugi z kasą, kosmetyczkę z narzędziami i tabletkami, reszte wysypuje na stoł i zgarniam do nowej, czasem nawet sprzątam orzy tej okazji. No i oczywiście mam też nerki :-D kogoś takiego szukałaś Zeroerhaplus?

          • zeroerhaplus 26/04/2016 at 13:59

            Tak, BaboAgo, kogoś takiego. Aż sobie mlasnęłam z zadowolenia :)
            Już co prawda zapomniałam w trakcie, po co tego kogoś szukałam, ale tak ;) Zapewne chciałam zadać pytanie typu „po co to wszystko”, ale rozmieniłyście mnie na drobne (i pół metrówki gratis). Nie, że w złym znaczeniu. Wprost przeciwnie :)

            Dzięki, moje panie :D

      • Buba 22/04/2016 at 12:15

        Bo to trzeba mieć taką torebkę w torebce. Rodzaj kosmetyczki czy coś.
        I w tym wszystko,co ważne, trzymać. Zmieniając torebkę zewnętrzną wyciąga się to coś wewnętrzne przekłada ze wszystkim i już.

        • Iza 22/04/2016 at 13:40

          Mam takie, ale się nie sprawdza za bardzo. Bo „wszystko ważne” stanowczo się w takim nie mieści. :)
          Torebki zawsze miałam duże, żeby się A4 swobodnie mieściło. No i parę innych rzeczy też… :P Zbuntowałam się, kiedy odpowiedzią na „czemu ona taka ciężka, do diabła?” okazały się noszone od pół roku kombinerki, duży młotek i taśma miernicza. Więc teraz mam malutką kopertówkę i kolejny problem – jak zmieścić jednocześnie smartfona i paczkę papierosów…. Czy mówiłam, że kocham „bojówki”? :D

          • Kachna 22/04/2016 at 16:53

            Popatrzyłam na Twoją wypowiedź przez same rzeczowniki: kombinerki, młotek(duży), taśma miernicza, kopertówka, smartfon, paierosy, bojówki….

            Ciekawa osobowość się jawi:)
            Bardzo mi znana…..z lusterka:) (no może bez papierosów ale to nieistotny drobiazg).
            Pozdrawiam z kopertówką:)

          • Iza 22/04/2016 at 17:58

            Młotek i kombinerki były pokłosiem mieszkania w jednym mieszkaniu, a remontowania drugiego. Natomiast taśma miernicza – mojego kompletnego braku wyczucia odległości. Stały numer: „Mamusiu, ale to się tu nie zmieści…” :)

          • ciociasamozło 22/04/2016 at 21:49

            Hi, hi, kombinerki i taśma się zgadzają :)
            Zamiast młotka szydełko nr 12.
            Trochę psich chrupek, koszmarne ilości paragonów, czasem butelka z wodą, często książki, zawsze grzechocze duże opakowanie Ibupromu.
            Nie bawię się w torebkę bo mój kręgosłup nie uznaje jednostronnego obciążenia. Jeśli duży czarny plecak byłby zupełnym obciachem to mam mały brązowy torebko-plecaczek.
            Bojówki po wielokroć tak. Ewentualnie jeszcze nerka.
            I pomyśleć, że moja babcia miała naście torebek w różnych kolorach i do nich dobrane buty i rękawiczki (rękawiczki przechowywała w odpowiednich torebkach).

      • kanionek 22/04/2016 at 23:54

        Zeroerha, ale jak to STRUSIA NIE BĘDZIE? Ja już wszystko dla strusia mam! Gniazdko, kołyskę, grzechotki, fotel wiklinowy od grudnia mu wyplatam (żeby miał na starość), wybieg wysypany piaskiem (bo gdzieś musi łeb chować, nie?) I W OGÓLE!
        I co ja mam teraz z tym wszystkim zrobić? Żyrafie nie dam, bo popsuje. FOCH.

        • zeroerhaplus 24/04/2016 at 10:14

          Cholera, no, głupio wyszło. Ale. Piaskowy wybieg przyda się Panterowi, kołyskę szykuj dla Meliniątek, grzechotki tudzież. Fotel wiklinowy się opchnie na allegro albo kozy zeżrą – podejrzewam, że chętnie.
          Bo żyrafie faktycznie nie można – to oczywiste ;D

      • mitenki 23/04/2016 at 00:17

        Ja mam więcej niż jedną, ale jak sobie jakąś ulubię to noszę bez przerwy jak rok długi. Albo i dwa.
        Tak że ten, kobiecą kobietą nie jestem :]

        • Ajka 24/04/2016 at 09:07

          ooo ja podobnie jak mitenki. Mam trochę, ale jak się zakocham w jednej to noszę nonstop.
          Rozmiar nie ważny, bo mam tam tylko klucze, portfel, chusteczki, telefon, maluteńką kosmetyczkę z lekami, no i pikacza do pracy.
          Ostatnio jak jechałam na święta do mamy, to się spakowałam w tzw. szoperkę. Miny rodziny bezcenne: a gdzie bagaż? ;)

          Najlepszą historię z torebką to miała moja koleżanka, która tachała wielki wór, a w nim WSZYSTKO!
          Jak zaszła w ciążę, to mąż zabronił jej tachania ciężkiego wora i zaprowadził do sklepu, żeby kupiła jakieś maleństwo. Przy przepakowywaniu okazało się, że koleżanka ma w torebce między innymi „krowę”, którą wieźli na imprezę u znajomych ok pół roku wcześniej…

          • zeroerhaplus 24/04/2016 at 10:11

            Z chińskiej księgi wróżb: flaszkę zapomnianą w ekwipunku znaleźć – stan rodziny powiększy się niechybnie ;)
            No, niezły wór to być musiał, skoro takie skarby przez lata bunkrowała ;) Ja tam mam tylko rzeczy najpotrzebniejsze – metrówkę (co mają baby z tymi metrówkami… każda prawie nosi), próbówkę, nóż, sznurek, plastry, pieprz i sól… Zestaw harcerza. Ale jakby co, trzy piwa się mieszczą ;)

      • buskowianka 25/04/2016 at 11:07

        Mam kilka, ale zwykle w bieżącym użyciu dwie: jedną dużą (a obecnie to właściwie bardzo dużą) i jedną malutką.
        W dużej zawsze co najmniej ze dwie paczki chusteczek, no klucze, portfel to wiadomo. Malutka kosmetyczka z podpaską, składana szczotka do włosów, książka do czytania w poczekalniach/zbiorkomach, kalendarz, notes, paragony, torba lniana na zakupy, albo dwie, butelka z wodą, czasem druga z sokiem pomidorowym. Telefon, nigdy nie używane etui na telefon, długopisów zwykle kilka, i tak nigdy nie mogę znaleźć kiedy potrzebny. Parasolka, słuchawki do tel., ibuprom, gumy do żucia, okulary.
        Czyli nudy, panie, żadnej miarki, żadnego młotka :(
        Małej używam jak wychodzę na szybkie zakupy/spacer, gdzie wielka torba tylko by mi przeszkadzała. Zawsze w niej trzymam paczkę chusteczek (jestem całoroczną katarzystką), przekładam tylko klucze, portfel i telefon.
        Reszta toreb leży zwykle w szafie i do ich używania skutecznie zniechęca mnie przepakowywanie właśnie.

  23. EEG 21/04/2016 at 16:09

    Żyje, żyję, ale co to za życie ( jak się mówiło u mnie w domu rodzinnym).

    • kanionek 22/04/2016 at 23:49

      EEG – ja też tak zawsze mówiłam, i nadal mówię :D

  24. ciociasamozło 21/04/2016 at 20:25

    Nie mam siły, ale żyć trzeba…
    Jakieś problemy mam ostatnio z zaglądaniem do Kanionka. W sensie mówią mi, że błąd 502 czy cóś :((

    • paryja 21/04/2016 at 20:36

      No! i diabła pokazujo !

      Też żyję :)

      • dolmik 21/04/2016 at 21:07

        Diabła i to czerwonego…. czyżby w buraczkach :D

    • Ola 21/04/2016 at 22:59

      no ki diabeł, już chciałam wici po internecie słać w poszukiwaniu Kanionka…

    • Kachna 22/04/2016 at 09:51

      I ja przestraszona….straszne czerwone coś z widłami i mówi: nie ma Kanionka!
      A kysz!!
      A kysz!
      Tu trzeba jakiegoś poważnego Anioła Stróża postawić. To ważne miejsce w świecie i necie jest cholera jasna psiakrew!
      Ja żyję też .
      O dziwo.
      I podejmuję miliard decyzji. Się uzbierało:)
      Mee.

      • diabel-w-buraczkach 22/04/2016 at 12:27

        To nie ja!!!! Naprawde!!! (gdziezbym smiala, przeciw takiemu gangowi;)

  25. mały żonek 22/04/2016 at 00:13

    Godzina w plecy, ale powinno już być OK. Były ataki na serwer… Jeśli dalej jest coś nie tak, dajcie znać.

    • ciociasamozło 22/04/2016 at 09:39

      Niech Żyje Mały Żonek! Uratował Kanionkowo!
      A swoją drogą, to już przegięcie. Rozumiem Bliski Wschód, rozumiem Paryż czy Bruksela ale ataki na serwer z Kanionkiem?! Tego chyba nikt się nie spodziewał.
      Może to Inkwizycja? I jeszcze ten diabeł prawie buraczkowy…. ;)

      • Kachna 22/04/2016 at 09:54

        Nie damy!!
        Widły w dłoń! (nie mam….).
        Miotły w dłoń! (mam 13 szt. – taki pan przywozi i mi sprzedaje a ja kupuję…..).
        Może komuś miotełkę – porządna, na długim kijku z miękkich gałązek.

        • Ynk 22/04/2016 at 10:23

          Miotłę? Chętnie.
          Bo jeśli nie do schrupania (mee..)
          To do polatania (fiuu!)
          A gdy się już nalata, to do donicy sporej, balkonowej wetknąć da się, witkami do góry. To i może zazieleni się (hej ;-) )
          A zapasową do szurania w liściach klonowych późnojesienną porą.

          • Kachna 22/04/2016 at 11:00

            Dawaj jakiś adres:) jakibądź. Wyślę.
            Na jesień będę na pewno miała następne:))

            Fakt – do liści są niezłe.

          • Ynk 22/04/2016 at 11:36

            To może via Kanionek zrobię wioo… ;

        • mitenki 23/04/2016 at 00:19

          A da się na niej latać Kachna? Jeśli tak – biorę!

          • Ynk 23/04/2016 at 14:57

            Znaczy – czy ma napęd na cztery witki, przerzutki i blokowanie styliska?

          • Kachna 23/04/2016 at 21:44

            Nie wiem – nie latałam. Musze pod tym kątem spojrzeć na miotełki. Spróbuję może jutro dosiąść (mina moich synów będzie bezcenna…), bo niektórzy twierdzą, że jestem czarownicą. Moim zdaniem jedynie skromną ….czarodziejką. Ha. Ha. Ha.
            ………………………..
            Wniosek z dziś: człowiek bywa baaardzo dziwny.
            Jak się mu da co mu się należy.

          • kanionek 23/04/2016 at 22:44

            Ha! Pytanie „co się komu należy” to dla mnie jedna z wielu niewyjaśnionych zagadek Kosmosu ;)
            Mam dla Ciebie czyjś adres, Kachna, miałam już przesłać, ale znowu zdycham. Dziś było Wielkie Pozimowe Sprzątanie Koziarni. Dżizas i Marijas…
            Na małym wybiegu mamy mały Giewont z obornika. Kurczaki zadowolone, robiły sobie wyścigi na szczyt i zjazdy z górki na pazurki, Melina niewysiadująca zajęła miejsce na samej górze i wszystkim chciała dawać w łeb, a Kaczka nie ustawała w wysiłkach, żeby się wdrapać na górę i dać w łeb Melinie (no bo Prezes może być tylko jeden i to on daje w łeb, c’nie?). I choć większość machania widłami odwalił małżonek, bo ja bym tego przez tydzień nie wywaliła, to i tak zdycham. W takie dni jak dziś zdjęcie butów Atosowi po ostatnim wybiegu urasta do rangi nadludzkiego poświęcenia. Kozy mają świeżo pościelone, cała podłoga została na kilka godzin zachlorowana na śmierć, a potem zmyta, wszystkie miseczki i pojemniczki wyszorowane, tylko wapnowanie zostało odłożone na czerwiec, bo szybciej wyschnie, a poza tym strusie jajo byśmy znieśli, a się w jeden dzień nie wyrobili. Jutro ma lać cały dzień, więc dzisiaj już uwędziłam sery, i jutro chyba będę miała niedzielę. A po niedzieli wywożenie Giewontu taczką do ogrodu. Zadanie matematyczne dla ambitnych: półtorej tony obornika trzeba przewieźć taczką do ogrodu. Oblicz, ile kilometrów i ile taczek zrobi Kanionek, jeśli jednorazowo taczka może zabrać 50 kg gówna, a odległość od Giewontu do ogródka to średnio 35 metrów w jedną stronę.

            (i zadanie z gwiazdką: w ile dni lub tygodni się Kanionek z tym wyrobi i ile wyemituje do atmosfery słów niecenzuralnych?)

            Dobranoc, Kozy Kochane :)

      • diabel-w-buraczkach 22/04/2016 at 12:29

        i ty przeciwko, mnie, Brutusie…. ?!

        • diabel-w-buraczkach 22/04/2016 at 12:30

          (to bylo do ciocisamozlo) ;)

          • ciociasamozło 22/04/2016 at 15:23

            Hej, Diable, prawie buraczkowy diabeł, inkwizycja, ataki…, wiesz, w mojej głowie pojawiło się milion skojarzeń, ale bardziej w tę stronę co u Ynk ponizej ;)

      • kanionek 22/04/2016 at 23:55

        No przecież mówiłam, że jakieś Złe się na Kanionka ostatnio uwzięło, to czemu by na serwer nie miało napaść.

  26. Ynk 22/04/2016 at 10:18

    Ja zrozumiałam, że właśnie Buraczkowy Diabeł jest tu Stróżem, i czekałam cierpliwie, aż odparuje ataki, zneutralizuje moce blokujące. I już jest tak.

    • diabel-w-buraczkach 22/04/2016 at 12:32

      Choc jedna dusza po mojej stronie :)

      (wspieralam Malego Zonka mentalnie, ofkors ;)

  27. kanionek 23/04/2016 at 00:24

    I W OGÓLE, moje Kozy Najkoziejsze, pragnę jedynie przeprosić za dłuższą przerwę w nadawaniu (jeszcze mi na Wasze maile trzeba odpowiedzieć, ale to już jutro, czyli w sumie dzisiaj) i za to, że nadal nie wiecie, jak wyglądają Kozy Włoskie Zawszone. Mam filmy, mam zdjęcia, nie mam tylko czasu (ani życia za życia, a na życie po życiu też chyba nie mam co liczyć), ale tak się zorganizowałam z produkcją serów, że w niedzielę już tylko wędzenie, i jeśli nic nie pie*dolnie znienacka, to w końcu Wam te kozy pokażę :) Ja nawet nie wiem, jak i kiedy te dwa tygodnie przeleciały. Kozy są futrowane żarciem (na co nie narzekają), coraz okrąglejsze, sierść już nawet lepiej wygląda, choć wyłysienia jeszcze widać i pewnie trzeba będzie miesiąca lub dwóch, żeby zarosły. Robactwo zdechło, ale w niedzielę wszyscy programowo dostaną jeszcze deltamektrynę. Nie pławiłam ich w żadnych roztworach, po prostu nie wyrobiłabym się; z pomocą małżonka jedynie porządnie wyczesałam bardzo gęstą szczotką (specjalnie dla nich kupioną), i myślę, że będzie dobrze.
    Jaskółki już przyleciały :)

    • Ynk 23/04/2016 at 15:02

      Ha! Do ziemi robactwo, do ziemi.
      Ale jak to jaskółki? Z północy w tym roku przyleciały?? Bo u nas jeszcze ani jednej. Na Moniki (od lat wielu) zaczynają mazać po tutejszym niebie.

      • kanionek 23/04/2016 at 22:26

        Pierwsza była już ponad tydzień temu. Pokręciła się po okolicy, obczaiła nasze włości i odleciała. A przedwczoraj było kilka, świergotały sobie nad moją głową, gdy doiłam kozy (na strychu obory jest sporo gniazd), jedna skorzystała z otwartych drzwi i zrobiła rundkę po warsztacie, i… też odleciały. Może urzędujący na strychu Kurokezi je zniechęcili?

  28. dag 23/04/2016 at 08:20

    Kozy zerknijcie tutaj https://polona.pl/item/20246887/6/ oprócz tej pozycji inne perełki:)

    • kanionek 23/04/2016 at 22:24

      Mnie się tam nic nie wyświetla :-/

  29. dag 24/04/2016 at 09:20

    to może samo to https://polona.pl/

  30. sunsette 24/04/2016 at 18:41

    No i proszę, u mnie Marchewa wygrywa o włos z Nianią Ogg ściganą przez Babcię Weatherwax;) Kanionku drogi, u mnie w torebce (a raczej w TORBIE z mnogością zasuwanych kieszeni) zawsze i od lat: artykuły paramedyczno – higieniczne, czyli tabletki od gardła, witamina C 1000, dawniej też tabsy od bólu (obecnie nie używam, hurra…), podpaski, zapas chusteczek, maść z witaminą A, balsam do ust), dokumenta w sensie dowodu, kart płatniczych i innych różnorakich – nie noszę w portfelu, odkąd zostawiłam go na ławce w galerii handlowej, pakując zakupy;)), ponadto taśma metrówka, szmatka do okularów, lustereczko małe (bo jak rzęsę wydłubać z oka????), siata zakupowa wielka, siata zakupowa mniejsza, siata zakupowa termiczna, czasami parasol, jak go zapomnę wyjąć, i jeszcze dwa telefony, żeby było weselej;) Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jestem niezmotoryzowana i lata dojazdów ze wsi do miasta nauczyły mnie zapobiegliwości, nie mówiąc o przymusowych zakupach w drodze do pracy lub z. I jeszcze dodam, że w swoim 42 – letnim życiu nigdy nie używałam małej torebeczki. Uffff. I jeszcze chciałam Kanionku zauważyć (jak już się dorwałam do głosu po długim czasie;), że masz teraz kuuupę nawozu do użyźniania po tych porządkach, zawsze to jakiś plus;)
    U mnie jaskółek niet…
    Pozdrawiam!

  31. Iwona 25/04/2016 at 08:58

    Ja mam jedną, jak się zużyje, kupuję następną* w ciuchu, i zawsze mam problem, bo zanim się przyzwyczaję do rozkładu,nic nie mogę znaleźć. Metrówkę mam, oczywiście, lusterko, grzebień, pilniczek, bandaż, plastry, nożyczki, podpaski, chusteczki, zapalniczki, notes, kalendarz, drugi notes, torba na zakupy, długopisy,scyzoryk, kombinerki, taśma izolacyjna, piguły na rzucanie palenia, papiery wszelakie potrzebne, a raczej nie, pomadka ochronna, krem do rąk, rękawice wampirki i nie chce mi się dalej grzebać ;-). A kiedyś nosiłam z pół roku trutkę na szczury, to nie wiem co tam może być jeszcze.

  32. Buba 25/04/2016 at 17:43

    A już myślałam, że jakaś dziwna jestem bo się bez metrówki z domu nie ruszam.

  33. mp 25/04/2016 at 18:16

    Zamiast ciężkiej metrówki mam papierowe centymetry z marketu budowlanego- poskładane mieszczą się w portfelu i nie dociążają torby.
    Posiadanie większej ilości torebek ma , niestety, również istotne wady.
    Ktoś jeszcze znalazł po dwóch tygodniach zakupy spożywcze w torebce ? Sprawdzałam, co tak podejrzanie zajeżdża w przedpokoju :/
    Na całe szczęście szyneczka była dość szczelnie opakowana i przepuszczała tylko zapach, a nie wypłynęła.

    • buskowianka 25/04/2016 at 22:20

      Ach, tak! Kiedyś dałam urlop jednej torbie a potem znalazłam w niej skórkę od banana, zjedzonego gdzieś na mieście, gdzie nie było kosza na śmieci. Nie wiem, ile dokładnie tam leżała, ze 2 tygodnie minimum.
      Całe szczęście, skórka była w woreczku foliowym a całość w bocznej kieszeni, takiej naszytej na zewnątrz torby.

      • ciociasamozło 25/04/2016 at 23:38

        Całkiem niedawno zasuszyłam w plecaku mandarynkę. Byłam przekonana, że to brelok od rzadziej używanych kluczy.

    • kanionek 27/04/2016 at 14:54

      U mnie dzisiaj zajeżdża w przedpokoju, wcale nie podejrzanie, bo wiem czym. Albo kim. Gamoń od kilku tygodni jest w szale oznaczania wszystkiego, co jego. Czyli oznaczania wszystkiego, kropka. Myślę, że sobie zrobię z niego torebkę i też w końcu będę miała. Od razu z maskotką, bo ogonek się zostawi, a w główkę wstawi szklane paciorki. Miaaaaau!

      • zeroerhaplus 27/04/2016 at 18:28

        A czy to nie miła odmiana, kiedy nagle dom pachnie NIE Panterem? Hę?

        • kanionek 27/04/2016 at 21:47

          Od tej strony nie rozpatrywałam zagadnienia :D Ale Panterowe nie śmierdzą tak bosko, jak Gamoniowe, bo Panter wykastrowany. Za to jak leje, to oceany, a Gamoń tylko zaznacza.

          • zeroerhaplus 28/04/2016 at 08:15

            … więc gdy Gonzales da sobie w końcu siana z amorami, Panter usłyszy długo oczekiwane „Panterku, jak ja uwielbiam twoje szczyny” ? ;)

  34. sunsette 25/04/2016 at 20:58

    No, ja metrówkę mam w formie breloczka, więc poręczna i lekka;) Zapomniałam, że też plastry jeszcze noszę, i pilniczek, i grzebyk mały, i długopisy oczywista, jeszcze słuchawki małe do smarkfona;) a torbę mam jedną i noszę do zdarcia, potem kupuję dopiero nową.

  35. zeroerhaplus 26/04/2016 at 14:09

    Wiecie co? Tak sobie pomyślałam, czytając Wasze torebkowe spisy treści, że fajnie byłoby może wrzucić temat na forum pod tytułem „pokaż kotku, co masz w środku”, czyli o zawartości damskiej torebki. Szkoda, żeby takie perełki zaginęły w czeluściach komentarzy. Każda panna trzasnęłaby fotę wyprutych z torby flaków i zamieściła jako post na forum. Ciekawie byłoby pooglądać te Wasze skarby :)
    Co Wy na to?

    • ciociasamozło 26/04/2016 at 14:32

      To materiał nie tylko na forum, ale wręcz na pracę naukową ;)
      Np: „Postmodernistyczny interakcjonizm symboliczny w torebkach współczesnych Polek” ;))

  36. ciociasamozło 26/04/2016 at 14:18

    A ja się pytam:
    – gdzie zdjęcia kóz rasy zawszano italiano?
    – co z rzekomym długiem?
    – czy kura Żozefin siedzi?
    – czy powstał już jakiś świecznik?
    i czy zostało trochę „seksu w jeżynach”, czy Kanionek już wszystko wtrąbił?

    • zeroerhaplus 26/04/2016 at 15:06

      Ujmując to jednym zdaniem: hop, hop, Kanionku?

  37. Kachna 26/04/2016 at 20:58

    Ad torebek damskich.
    Dobra – robię coming out…..
    Mam wiele. Lubię w sposób niezdrowy.
    Duże i małe. Szmaciane i zamszowe (ach!). Listonoszki i filcowe różnych wymiarów.
    Moja torba na dokumenty i laptopka jest w stylu bardzo boho haftowana i wyszywana koralikami i szkiełkami we wszystkich kolorach tęczy. Bardzo wygląda nieprofesjonalnie wśród skórzanych aktówek;)
    Mam torby-wory i mała czerwona na łańcuszku.
    Uffff…..
    Więcej grzechów nie pamiętam.
    No może najnowsze lody Grycana – śliwka w czekoladzie.
    Torby niezależnie od wielkości wypełniam. I noszę wszystko. Znaczy – za dużo.
    ………………………………………………….
    Hop, hop – Kanionku!!!

    • baba aga 28/04/2016 at 12:15

      Kachna to my są pokrewne dusze, ja kocham torebki i szale, mam ich o wiele więcej niż butów. Boho ach, sprowadziłam do sklepu w którym pracuję, jeśli mogę to lokowanie produktu zrobiem : http://www.facebook.com/SwiatIgora . Są tam też zdjęcia toreb. Mam dodatkowe obciążenie bo każda dostawa kończy się nową torbą i to niekoniecznie jedną. Kocham miłością niezdrową.

      • zeroerhaplus 28/04/2016 at 12:38

        Fajne macie te sklepy :)

      • Kachna 28/04/2016 at 22:47

        ..I szale!!!! Och mam tez troszkę! Oraz rękawiczki. Znaczy więcej rodzaju minet…prrrr – mitenki;)
        Ja wiem czy to niezdrowa miłość???? Krzywdy nikomu nie robimy, świat jakby piękniejszy wkoło, Poważni Panowie w Garniturach, którzy widzą mnie – „antybiznesłumen” z kolorową torebeczką z lapkiem – jakby rozproszeni:)
        Uważam, że to bardzo fajna słabostka. Lubię.

        • mitenki 28/04/2016 at 23:43

          Droga Kachno, masz słabość… do mnie? ;)

          • Kachna 29/04/2016 at 06:59

            Moja droga =no tak wychodzi….:)

  38. kanionek 27/04/2016 at 15:08

    A weźcie, Kozy Przenajlepsze, przyznajcie, do czego nam wszystkim metrówka w torebce?
    Bo jasne, że faceci całe życie próbują nas nabić w butelkę jeśli chodzi o długość w centymetrach (if you know what I mean…), no ale jak się ma już takiego na stałe i bujać to my, a nie nas, to co się jeszcze mierzy w nieprzewidzianych okolicznościach?
    Ja dzisiaj z tak zwanego rana pojechałam do miasta z małżonkiem, zostawiłam go w robocie, i poszłam po drugi garnek na mleko, bo w jednym już nie wyrabiam. No i producent takiego, który mi odpowiadał, podał jedynie średnicę dna, więc musiałam skorzystać ze wzoru na objętość walca, żeby sobie obliczyć ile mi tego mleka tam wlezie. No i brakowało mi wysokości, na oko wyglądało na dwanaście, ale oko się z wiekiem rozjeżdża i wiecie, lepiej mieć pewność. No i nie mam torebki, więc nie mam metrówki! Pani przy kasie pożyczyła mi taką właśnie z breloczka, i się okazało że oko dobrze widziało te dwanaście centymetrów.
    Co mierzycie?

    PS. No hop i hop, Kanionku. Wczoraj zaczęłam klecić nowy wpis, w tym czasie gdy się ścinał w garnku skrzep na ser, ale się nie wyrobiłam, znów padłam do łóżka o 23 i „dupa z pisaniem, **uj z poczytaniem” (cytat z „Dnia Świra”, oczywiście). Jest godzina piętnasta ziobro ziobro, zaraz biorę pieski na łąkę, bo im szajba odbija, potem napalę w piecu, zjem może śniadanie, ale pewności nie ma, i już muszę jechać po małżonka, a razem z nim od razu do gościa, który ma jęczmień. Nie że na oku, tylko ziarno, bo mi owies wyszedł i Bożena już mi dzisiaj obiecała nasrać do butów, jeśli będę od niej podstępem brała mleko za darmo. Wrócimy pewnie koło dwudziestej, trzeba będzie kozy pozamykać, donieść sianka, dolać wody, dorzucić do pieca, zjeść obiad (być może) i znów będzie koniec dnia i ja się tak nie bawię :-/
    A wczoraj PRAWIE zameldowałam biegusy w ogródku, co mnie to nerwów kosztowało, ale znowu dupa, bo one są za wąskie! I przełażą przez oczko siatki leśnej, nawet takie witką leszczynową na pół podzielone. Muszę kończyć, wszyscy żyją, oczywiście nowy wpis niedługo będzie, przysięgam że robię co w końskiej mocy!

    • ciociasamozło 27/04/2016 at 16:02

      Dzielność nad dzielnościami! Do powszechnego obiegu powinno wejść: „haruje jak Kanionek”.
      Dobrze, że się odezwałaś, łatwiej czekać na wpis ;)
      Miarką mierzę np. deseczki – może się nadadzą na ramę do obrazu (robię tę ramkę od 3 lat), psa znajomej (w sensie obwód, czy chudnie), nogawki spodni i rękawy bluz w lumpeksie (czy na Młodego będą pasować), plazdikowy koszyczek (czy zmieści się w szafce w łazience) itp. itd.
      Może łatwiej biegusom jakieś poszerzacze zamontować (np. gustowne kołnierze hiszpańskie) niż siatce oczka zwężać? ;) (a jakbyś miała metrówkę pod ręką, to mogłabyś zmierzyć obwod biegusa, wyliczyć średnicę i porównać ze średnicą oczek w siatce, ha! ;P )

      • zeroerhaplus 27/04/2016 at 18:27

        Można je jeszcze odpowiednio przytyć. Biegusy, ma się rozumieć ;)

        Co mierzymy? Raczej czego NIE mierzymy ;)
        Do powyższych Ciocinych dodam: śrubki i gwoździe, uszczelki, rurki i wkręty, dyble i haki wszelakie (bo w sklepie nie zawsze wszystko jest dokładnie opisane), deski, klepki i listewki (na wyjazdach gościnnych), szerokość portek w pasie (bo na rozmiary liczyć nie można), wszystko, co w łapy wpadnie i pasować do czegoś innego musi :)
        A jak nie mierzę to sobie noszę metrówkę po budowlanym i robię w kieszeni takie „prrrrrrrrrp” palcem o metrówkę. Brzmi, jakbym miała tam trzmiela i podobnie wibruje :) Bo to jest metrówka z funkcją dodatkową ;)

        • kanionek 27/04/2016 at 21:43

          Takie „prrrrp” strzelane mimochodem z metrówki zapewne daje sprzedawcom do zrozumienia, że z byle kim nie gadają i kity dla nieogarniętych panienek mogą sobie na półkę odstawić ;)

          • kanionek 27/04/2016 at 21:45

            A Ty wiesz, jak szybko te biegusy obczaiły codzienny rytuał rozdawania ziarek? Rano łażą za mną sznurkiem i mam „dawaj ziarka łachudro” na cztery głosy. Jeszcze tak trochę pojedzą i z biegusów zrobią mi się leżaki. Stara Kaczka już ledwo łazi, taka jest tłusta!

          • zeroerhaplus 28/04/2016 at 08:32

            Stara Kaczka jako prezes łazić nie musi. Ona tylko decyduje. A od reszty ma wykonawców ;)

            Jessu, jak się kawy zaraz nie napiję to strolluję wszystko dookoła. Śniegu nasypało jeszcze więcej, niż ostatnio, szlag trafił warzywa i część owoców, temperatura na minusie, ocieplenie globalne. Znajdź wyraz, który nie pasuje do reszty w poprzednim zdaniu. Poza tym nie mam mleka do kawy.
            Czym można zastąpić mleko w kawie? Jogurtem? Startym żółtym serem? Styropianem?!

          • ciociasamozło 28/04/2016 at 10:01

            Śmietanką z „serka wiejskiego”?

          • zeroerhaplus 28/04/2016 at 10:04

            Ty tu śmichy-chichy urządzasz, a kawa dalej nie wypita ;)

        • ciociasamozło 28/04/2016 at 10:20

          To może krówki rozpuść w tekj kawie? To prawie jak mleko skondensowane ;)

          • zeroerhaplus 28/04/2016 at 10:43

            Kobieto! Gdybym miała krówki, nie potrzebowałabym kawy ;)

          • zeroerhaplus 28/04/2016 at 10:44

            Moment. Czy krówki dają mleczko?
            I tak nie mam krówek. Bu.

          • ciociasamozło 28/04/2016 at 11:49

            Podobno może być mleko z biedronki, ale te chyba jeszcze śpią :(
            Wypiłaś już tą kawę?

          • zeroerhaplus 28/04/2016 at 12:42

            Nie.
            Z białych rzeczy mogę sobie jeszcze śniegu dosypać. Do kawy. Tej niewypitej ;)

          • ciociasamozło 28/04/2016 at 13:17

            Śnieg jak śnieg, ale lody waniliowe w kawie to pychota :)

          • zeroerhaplus 28/04/2016 at 22:34

            Lody, tjaaa… :)

            Własnie wrócił małżonek z roboty i przywiózł mleko :D

      • kanionek 27/04/2016 at 21:41

        Biegusy są TAK CIENKIE, że nie mają nawet obwodu! I jeszcze chciałam zauważyć, że zadziwiająco silne. I – niesłychane – potrafią podrapać! (się okazało, że na płetwach mają pazurki). A dzióbeczki mają jak łyżki do butów i oko wyłuskać z twarzoczaszki też mogą, a co. To są tylko z pozoru takie cichobieżne cienkokaczki, a tak NAPRAWDĘ to bestie. Zamordowałyby z zimną krwią, mówię Wam. I dlatego tym bardziej chcę je widzieć w ogrodzie. ZEMSTA NA ŚLIMORACH! Więc albo poprzyczepiam wzdłuż całej siatki ogrodzeniowej półmetrowe paski folii, tak od dołu tylko, albo firanki jakieś… Tylko najpierw muszę zaszczepić jabłonie – Mama przysłała mi gałązki z Jabłoni Strzelającej! Nigdy tego nie robiłam, ale może choć jedna się przyjmie? I będę miała jedno Strzelające Jabłko raz na dwa lata :D Zawsze cuś.

        • Monika 27/04/2016 at 22:19

          Na szczepienie jabłoni … ostatni moment (zrazy nie puściły pąków). Jeśli dożyję, zapisuję się na zrazy – można? Co Ty wyprawiasz z tymi kaczuchami? One prawie nie jedzą zboża. Pod wieczór nieco skubną- dla przyzwoitości- a od 6.15 do 20,30 szaleją, gdzie chcą. Cudnie reagują na gospodynię z łopatą. „Co tam masz? Daj robala, daj robala… No dobra, szukamy same… , eee Twoje lepsze, daj robala…”. Uwielbiają ściółkę, bo fajnie dziobami się robi. A tak poza tym, rozmyślam nad araukanami. Co Kanionku? Bierzemy? Dobrej nocki całej KOZIARNI!

          • kanionek 28/04/2016 at 14:16

            No właśnie – zrazy. Ani moja Mama, ani ja nie mamy w tym doświadczenia. Mama poprosiła szwagra, czy jakoś tak (ja nie ogarniam tych wszystkich zięciów, szwagrów i pociotków), żeby wlazł na drzewo i uciął gałązek, no to uciął. Mama musiała je na pół jeszcze ciachnąć, bo gdyż za długie były albowiem. No i potem podróż pocztą, jedna doba garowania u mnie, bo akurat wczoraj choćbym się skichała, to nie dałabym rady, więc teraz dopiero idę składać jabłkowe puzzle i niech bogowie mają te zrazy w opiece. Jeśli powiesz/narysujesz dokładnie co i jak, to w przyszłym roku szwagrowujek natnie i Tobie :) Chyba dożyjesz :D

            To nie ja wyprawiam w kaczuchami! To Meliny i Kaczka je nauczyły! „O, tu, widzicie, gupi Kanionek przynosi ziarka, TAKIE PYSZNE, można się nawpychać z rana i leżeć do wieczora”. A ja te ziarka przecież kurczakom noszę. A w ogrodzie biegusy pilnie szukały, owszem, WYJŚCIA Z OGRODU! Ale ja je pokonam, choćbym zdechnąć miała. Będą żarły ślimaki i inne robaki, których u mnie jest do wypęku (i dlatego kurczaki nie mają wstępu do ogrodu, bo jak raz wpadły to mi z ogrodu bitwę pod Grunwaldem zrobiły), i taka dieta na pewno im lepiej posłuży.

          • Ola 28/04/2016 at 15:30

            Ale właśnie Kanionek, wytłumacz, dlaczego biegusy mogą do ogródka iść robale jeść, a kurczaki nie?

          • ciociasamozło 28/04/2016 at 16:11

            Ola, bo kurczaki robią rozpierduchę a biegusy podobno z szacuneczkiem do roślin tylko ślimory zżerają ściółkę ledwo wzruszając. :)

          • Ola 29/04/2016 at 17:49

            Niedobre kurczaki!

        • zeroerhaplus 28/04/2016 at 08:37

          Szczep!!! (i Toń?)
          Szczep koniecznie!!! Mimo, że wydaje się skomplikowane, to przeważnie kończy się powodzeniem!
          Na pewno zrobisz to dobrze. Jestem przekonana, że (prawie) wszystko się przyjmie :)

          • kanionek 28/04/2016 at 14:36

            Buhahahaha! Jestem zdolna niesłychanie, najpiękniejsze mam ubranie… No, ubranie to może akurat nie. W sumie to nie wiem co. Może kozy.
            No w każdym razie ZDOLNA jestem. Jak dotąd o szczepieniu drzew owocowych jeno czytałam i WYOBRAŻAŁAM to sobie po swojemu. Mama nacięła mi gałęzi po pół metra (a grom wie, czy one jednoroczne, czy stuletnie) i ja myślałam, że każdą ciachnę po skosie na końcu, gałązkę drzewa macierzystego tudzież, obie połączę, zakleję plastrem i już. Omamo… :D :D :D
            A teraz sobie na wszelki wypadek filmik na jutubach obejrzałam: https://www.youtube.com/watch?v=WFhjz1znwgc

            Ahahahahahahaaa!
            Buuuhahahahahaa!

            No, to idę to zrobić porządnie. Chyba. Takie patysie malusie mam wklejać? Do wieczora się nie wyrobię :D Na każdej gałązce od Mamy mam ich bez liku :D NO a każdej szkoda, prawda. Żegnajcie, drodzy czytelnicy, do zobaczenia w grudniu, po południu :D Oessu, nie mogę przestać się z siebie śmiać :D

            Eeeeheheheheheheheeeee….

          • paryja 30/04/2016 at 06:56

            I co ? Dalej składasz gałązki ?
            A może te co obcięłaś z własnej jabłoni zaszczepić na następnej ? A z następnej na świerku a świerk na wierzbie ? ;)

          • kanionek 30/04/2016 at 12:55

            Czytasz w moich myślach :D
            W przyszłym roku – gruszki na wierzbie!
            I owszem, coś tam poprzyklejałam do dwóch jabłonek, ale czarno to widzę. Po pierwsze – dawno już jest po dziesiątym kwietnia. Po drugie – moje jabłonki mają więcej, niż 10 lat. Po trzecie – moje zrazy miały już liście!
            No ale może, jakimś cudem, w ramach zadośćuczynienia za inne krzywdy od losu…?
            No i nieee, nie składałam gałązek, tylko nowy wpis dla Was. Na raty oczywiście, w serowarskich przerwach i w nocy. Mam nawet filmy załadowane na serwer, a to połowa sukcesu, więc dziś się spodziewajcie :)

    • ng 27/04/2016 at 19:26

      Ten fragment o Bożenie – o tu widać cięte pióro mistrza. Się w głos śmiałam!

      • kanionek 27/04/2016 at 21:49

        Ściętego mistrza chyba (wróciliśmy faktycznie chwilę przed dwudziestą, bo jeszcze przymusowy przystanek w szczerym polu był z tytułu ubytku cieczy chłodzącej i zagotowania się silnika), a poza tym – ja Wam tylko powtarzam. I to nie wszystko, bo nie wszystko się nadaje :D

        • zeroerhaplus 28/04/2016 at 08:25

          Kanionek, nasz mistrz cięty,
          Czasem bywa śnięty.
          Lecz mu tego nie pamięta
          Bożena, koza pierdolnięta ;)

          • Kachna 28/04/2016 at 08:50

            ….i Kachna grubachna;)

          • ng 28/04/2016 at 13:27

            nie wiem czy się Bożena nie obrazi

    • baba aga 28/04/2016 at 12:27

      Mierzę psy, bo szyję im ubranka, mierzę ludzkie głowy bo szyję czapki, często pasujące do ubranek ;-) mierzę nadgarstki bo robię bransoletki. Mierzę szafeczki, półeczki, kawałki materiału, wykładzinę, bo uwielbiam zmieniać coś w domu i jest to jedyny moment kiedy sprzątam z zapałem, więc czasem muszę coś zmienić, zanim bałagan mnie pokona.

  39. Iza 28/04/2016 at 14:38

    Torebki i metrówki torebkami i metrówkami, a mnie ciekawi, jak tam włoskie kozy się mają? Ich lokatorzy już się wyprowadzili? A kozy zorientowały, że Kanionek jest jednostką nieszkodliwą, a nawet chwilami pożyteczną?

  40. Iwona 23/05/2016 at 23:39

    Hooop hooop! Próba

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa