Idzie bose, czyli o jaraniu się jajkiem i podwyżce

(…)
The children shared the wonder
Of the leather and the lace
But one child went away, and
one child stayed to play

For one night in the city
One night looking pretty
One night in the city
One night looking pretty

But chains don’t make a wall
And dreams lay where they fall
Dark is never night
When dreams make up the light
(…)”

Fragment utworu „One Night in the City”, z albumu „The Last in Line” DIO, 1984 (https://www.youtube.com/watch?v=EQet9sYssc0)

Na samym wstępie chciałam podziękować osobie, która zostawiła w komentarzach link do „ewangelizacji inaczej”. Ja wiem, że to było dawno, ale jestem pewna, że pamiętacie, bo tego się NIE DA zapomnieć. Dzień w dzień, przez potwornie długie stulecia, jarałam się Marią (za darmo), aż przepaliło mi się kilka obwodów w głowie, zapewne tych kluczowych, i to będzie miało wpływ na całe moje dalsze życie, a może już ma, bo zaczęłam na przykład przemawiać do przedmiotów nieożywionych. Ja rozumiem – gadać do siebie, albo do zwierząt, bo one przynajmniej odpowiadają, ale wystawcie sobie: idę do drewutni, chwytam siekierę, ustawiam na pieńku klocek brzozowy do połupania na mniejsze kawałki, i po kilku łupnięciach mówię do tej brzozy: „Wiesz co? Jak ty się tak ładnie, równo łupiesz, to może cię weźmiemy na rozpałkę?”. Zupełnie jakbym się spodziewała, że ona mi odpowie. („Och tak! Całe życie marzyłam o tym, by zginąć w płomieniach!”).

Albo na przykład wywożę sobie gnój taczką do ogrodu, a ona mi zaczyna piszczeć. Wiecie, taczka nie jest pojazdem skomplikowanym mechanicznie i ma tylko jedno kółko, ale nawet gdyby miała pół kółka, to te pół kółka w końcu musiałoby zacząć piszczeć, bo taka jest natura rzeczy martwych – złośliwa. No więc to kółko najpierw nieśmiało popiskuje, żeby po ósmej rundzie z porcją gnoju zacząć drzeć japę na całego, no i mówię do tej głupiej taczki: „Oh come on, don’t pull that shit on me now!”. Bo to oczywiste, że taczki lepiej rozumieją po angielsku. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce moja jest jakaś głupia – nic nie zrozumiała, i dalej piszczała jakby ją z resztek rdzy obdzierali. No i musiałam poszukać czegoś do smarowania złośliwych rzeczy martwych, a że niczego sensownego nie znalazłam, to nakarmiłam ją olejem rzepakowym, trochę używanym (do smażenia ryby dnia poprzedniego), no i się wzięła w końcu i zamknęła, ale sami widzicie, co taka ewangelizacja robi ludziom w głowę, choć ze mną nie jest jeszcze tak źle, jak na przykład z panem Dżerym.

Pan Dżery obiecał swojemu sąsiadowi Sławkowi, że zje jego psa Fafika, a Kanionkowi, że się z nim ożeni. To znaczy OŻENIŁBY SIĘ, gdyby Kanionek już nie miał męża. Sama nie wiem, co straszniejsze: ten biedny Fafik w postaci pieczonych żeberek (bo serio, ten pies jest mniejszy od Pimpacego i składa się praktycznie z SAMYCH żeberek), czy ewentualny ślub z panem Dżerym. Drugą nurtującą mnie kwestią jest: czy pan Dżery zje Fafika z nienawiści („bo mnie ten Fafik *ebany strasznie wku*wia”), czy z oryginalnego, uczciwego głodu („te ku*wy *ebane nie dały mi prawa do renty, że niby do roboty mam zapie*dalać” – chodzi oczywiście o Zakład Upartych Sku*wysynów, przypis Kanionka, „a te MOPSY *ebane mi cofnęły zasiłek”). Choć Fafikowi to pewnie wszystko jedno.

No więc tak się rzeczy mają po zimie, ale oto zaprawdę powiadam Wam – idzie wiosna! Patrzajcie bowiem, co ja znalazłam:

jajko z Meliny

Dla porównania ujęcie z jajkiem od kury:

dla porownania

TAK, to Melina zrobiła to jajko! Porzuciła je ot tak, na ziemi, na terenie małego wybiegu, w dodatku rankiem po tej nocy, gdy znów było minus pięć, więc jajko zabrałam, bo i tak nic by z tego nie wynikło. Na drugi dzień było już następne, a potem znów, i pojawiło się coś na kształt gniazda. Na polskim forum hodowców drobiu wyczytałam, że gęś znosi jajko co trzy, a nawet co cztery dni. Melina składa jedno dziennie, a w piątek zaszalała i rano złożyła jedno, a wieczorem kolejne. Czy jaja są „przy nadziei” to już ciężko powiedzieć, trzeba by inkubować, ale w sobotę po raz pierwszy widziałam, jak Menel z Meliną bawili się w mamę i tatę, i choć Menelowi niezgrabnie to szło, to kiedyś pewnie nabierze wprawy. No i teraz nie wiem, co robić. Zostawić jej te jajka? W nocy wciąż miewamy przymrozki, a ona po złożeniu jajka siedzi przez kilka minut na „gnieździe”, a potem sobie idzie i w ogóle do niego nie zagląda. „Gniazdo” ujęłam w cudzysłów, bo sami Państwo zobaczcie, jak się prezentuje efekt Melinowych wysiłków budowlanych:

gniazdo meliny

No ale kim ja jestem, żeby ją krytykować? Ja mam inkubator Z KARTONU. I część mebli też.

Pytanie co z tymi jajkami? Inkubować? Z tego co wyczytałam, inkubacja jaj ptactwa wodnego to wyższa szkoła jazdy. Zabierać na noc (bo przymrozki) i rano podrzucać z powrotem? Nie chciałabym, żeby Melina zniechęciła się do macierzyństwa, a rozumiecie, że takie znikające i pojawiające się znikąd jajka mogą wzbudzić w niej podejrzliwość. No więc nie wiem i się denerwuję, a małżonek mówi, że i tak nic z tego nie będzie, bo gniazdo jest tuż przy siatce i psy na dłuższą metę tego nie zniosą, zrobią dziurę i zeżrą jajka, albo tak długo będą ujadać na gęś, że ta w końcu sama zrezygnuje z wysiadywania. Szkoda mi tych jajek. Jeśli nie małe gąski, to chociaż jajecznica mogłaby z nich być, albo taki omlet: https://youtube.com/watch?v=OBibHmHzLKw (autorka tego materiału umieściła na youtube również filmik o tym, jak jej gęś znosi jajko, a te jej gęsi to wypisz, wymaluj Menel i Melina: https://youtube.com/watch?v=Imdhv6uml60).

Tymczasem Prezes Kaczka całkiem zwariowała i też mi jej trochę szkoda, bo w sensie gatunkowym jest sama. Albo sam. Nadal nie wiem, czy Kaczka jest kaczką, czy kaczkiem. No w każdym razie Kaczce padło na głowę i wydaje jej się, że jest kogutem. Nie dość, że wdzięczy się do kurczaków, to samozwańczo mianowała się strażnikiem kurzego gniazda. Zaglądam sobie przez okienko do tego większego kurnika, który niedawno wysprzątałam i do którego wstawiłam drewnianą skrzyneczkę po owocach, wyściełaną siankiem, żeby kurczaki nie składały jajek gdzie popadnie (na przykład w ogródku), a w skrzyneczce zostawiłam jedno jajko na zachętę, i dnia następnego zaglądam przez wspomniane okienko żeby sprawdzić, czy skrzynka spełnia swoje zadanie, no i co widzę: w skrzyneczce siedzi kura, z twarzą pełną skupienia produkując jajko, a obok skrzynki siedzi Kaczka i na mój widok zaczyna syczeć! Nastroszyła pióra na czubku głowy, rozwarła dziób i syczy, że mam spie*dalać, i nie wtykać nosa w nie swoje sprawy (i najwyraźniej uważa, że te jajka to JEJ sprawa, a w niedzielę widziałam, jak się wtrącała w gniazdo Meliny – coś tam poprawiała dziobem, coś tam złośliwie komentowała, aż ją Menel musiał pogonić).

No to zabrałam głowę z okienka i już miałam się zabrać całkiem z małego wybiegu, gdy zza drzwi koziarni dobiegł mnie zrozpaczony głos Ireny (kozy właśnie wracały z łąki na południową sjestę):

–  …i teraz one się rozmnożyły i jest ich JESZCZE WIĘCEJ! Ja mówiłam, że tak będzie!
–  No i co? – odpowiedział przepity głos Bożeny – ty też się zaraz rozmnożysz i będzie cię jeszcze więcej.  Swoją drogą – wyglądasz jakbyś kajak połknęła, a on ci utkwił w poprzek, he he.
–  Ale tu jest KOZIARNIA! – wrzasnęła rozwścieczona Irena – i to chyba NORMALNE, że kozy się tu rozmnażają, nie? Czego nie można powiedzieć o owcach, tak? I sama jesteś kajak. Wielki, rozpuchły, zatęchły, zbutwiały, stary kajak, a w środku siedzi wielki, otyły, wąsaty kajakarz, co się obżarł starej mielonki i spuchł, i…
–  A w łeb chcesz? – przerwała jej spokojnie Bożena.

No i powiem Państwu szczerze, że się nie dowiedziałam, czy Irena chciała w łeb, bo mnie samą już od tego wszystkiego łeb rozbolał – gęś odmrażająca sobie jajka, kaczka na straży kurzego gniazda, kozy w nastroju prenatalnym – to wszystko zbyt wiele jak na jednego człowieka, więc sobie poszłam do ogrodu, sprawdzić czy wiosnę już widać, no i owszem, trochę widać. Pamiętacie, jak w ubiegłym roku Mp wysłała mi sadzonki czosnku niedźwiedziego? No i on tak niby ciężko zniósł tę podróż i po wetknięciu w ziemię zaraz zmizerniał i przepadł całkiem, aż się Mp zmartwiła, a tu proszę:

czosnek niedzwiedzi2 czosnek niedzwiedzi

Może nie jest tego wiele, ale to jego pierwsza wiosna u mnie i mam nadzieję, że mu się spodoba i się rozrośnie. Z ziemi zaczął też wyłazić szczypiorek cebuli siedmiolatki, więc niedługo zjemy pierwszą jajecznicę z wiosenną nowalijką.

siedmiolatka

A propos jajecznicy – stan dzikiego drobiu na dziś to dziewięć kur i CHYBA sześć kogutów, ale pewności nie mam, bo oni się codziennie rozłażą po lesie, a część, jak przypuszczam, nie nocuje w kurniku, tylko na strychu obory. O, tu widać separatystyczny duet samobójczy buszujący w olszynowym lasku na zachodzie:

frajer pompka

To znaczy widać tylko koguta (frajer!), bo kura ma barwy maskujące. I w ogóle powiem Wam szczerze, że hodowla kurczaków wolnowybiegowych jest nie tylko nieopłacalna, ale i frustrująca. Ile ja się nachodziłam przy tych kurczakach z inkubatora i ile nerwów mnie kosztuje przeliczanie kurczącego się stada, to wiem tylko ja, ale nie tylko ja dochodzę do takich wniosków. O, tu jest taka babka: http://ourmountainhearth.com/ducks-vs-chickens/, która twierdzi, że kaczki znoszą jajka przez prawie cały rok, do tego są kulturalne i nawet jeśli wlezą do ogródka, to nie rozgrzebią go jak banda studentów pierwszego roku archeologii, nie wydziobują oczu swoim ziomkom i są praktycznie samowystarczalne, poza sezonem zimowym. No i są śliczne i zabawne, a od siebie mogę jeszcze dodać, że psy z jakiegoś powodu nie interesują się kaczką i gąskami, za to kurczaki zwyczajnie działają im na nerwy. Nie żebym zaraz chciała całkiem pozbyć się kurczaków, ale… Chciałabym mieć więcej kaczek. A ponieważ tak mnie zauroczyły te biegusy (oczywiście, że to WASZA wina), to chcę właśnie biegusy, których NIGDZIE nie ma, i ja się Was pytam, co ja mam teraz zrobić? Pozostaje mi puszczać sobie kaczkę na stawie i marzyć o gruszkach na wierzbie.

kaczka zadowolona

A teraz konkursik bez nagród (bo łatwy) – znajdź jeden szczegół nie pasujący do tego obrazka:

czterech muszkieterow

czterech muszkieteow 2 czterech muszkieteow 3

Parafrazując tekst piosenki ze wstępu: „But one child got away, and one child stayed to play, for one day in Sheep City”. A reszta stada się rozlazła:

rozlazlo sie

stado w rozsypce

I jeszcze trochę tych słodkości:

Wirus Moira i Misery Misery(2) matka karmiaca Moira Mariusz trojca paranormalna baranek Mariusz baranek paranormalny z matka wirusy sa zawsze wesole baranek Mariusz 2

W sobotę wzięliśmy pieski na spacer do lasu; my zrobiliśmy niecałe trzy kilometry, a pieski w tym czasie nakręciły pewnie z piętnaście.

spacer z pieskami2 spacer z pieskami bazie na wierzbie bazie na wierzbie2

Zdjęć zrobiłam mało, bo w połowie drogi znalazłam piękną gałąź sosny, jeszcze świeżą, którą po prostu MUSIAŁAM zabrać, bo koziołki bardzo lubią sosnowe igły, a w pobliżu domu mają głównie świerki, i w ogóle gałęzie sosny rzadko spadają z nieba. No więc ręce miałam zajęte, małżonek coś tam mruczał, że bez sensu targać sosnowy konar przez jakieś kilometry, ale ja lubię zrobić moim kozom przyjemność, a konar wcale nie był AŻ TAK ciężki, zwłaszcza pod koniec drogi, gdy niósł go małżonek, więc o czym tu gadać. No i oczywiście, że kozy się na niego rzuciły i opędzlowały w kwadrans, nie tylko z igieł, ale i kory – nie został nawet centymetr kwadratowy, i aż żałuję, że nie znalazłam więcej.

Znalazłam za to, podczas wiosennego przeglądu zapasów nasion, zmiętą torebkę z garścią nasion rukoli, więc kompulsywnie wysiałam (ta podłużna „doniczka” jest kolejnym przykładem na to, że w życiu można się w sumie urządzić na samych kartonach – tu karton podprowadzony ze sklepu, wyłożony starym workiem po ziemi do rozsad. Worek przyszyty do brzegów kartonu zszywaczem biurowym, ziemia pożyczona z kreciego kopca):

rukola

Będzie do kanapki z jajkiem, albo dam gęsiom na Wielkanoc. Wysiałam też seler, choć obiecywałam sobie, że nigdy więcej się w rozsadę selera bawić nie będę, bo to kapryśne nasionka są, a gotowe sadzonki można kupić na rynku po 30 groszy za sztukę. No ale miałam jeszcze 1/3 torebki starych nasion, więc żeby się nie zmarnowało…

poczatki selera

Te nasionka są malusie. Mniejsze od pchły. Może wielkości pchlej rzepki kolanowej. No i kłopot z nimi taki, że kiełkują tylko przy dostępie światła słonecznego, więc nie wysiewa się ich normalnie, zasypując ziemią (już sobie tak kiedyś czekałam, aż seler wzejdzie, i zanim się zorientowałam że nic z tego nie będzie, miałam miesięczne opóźnienie z rozsadą), tylko zostawia nasiona na wierzchu, a że na ciemnej ziemi nic nie widać (a ja MUSZĘ widzieć co się dzieje), to wymyśliłam sobie, że wysieję nasiona na kawałku ręcznika papierowego zwilżonego wodą. No i to się sprawdza, bo widać wyraźnie, czy nasiona kiełkują, czy nie, tylko trzeba pilnować wilgotności podłoża. Ja umieszczam ten mokry ręcznik w tacce po kurczaku z marketu, nakrywam tackę od góry folią, w której robię kilka dziurek dla wentylacji, i mam taką miniszklarnię, w której wszystko widać jak na dłoni. O, tu widać, że nasiona zaczęły kiełkować:

poczatki selera zblizenie

No i wtedy następuje drugi etap produkcji rozsady, czyli ostrożne przenoszenie skiełkowanych nasion na ziemię w doniczce. Używam do tego drewnianego patyczka do szaszłyków – dzięki przyciąganiu międzycząsteczkowemu mokre nasionka przylegają do końcówki patyczka, a żeby je umieścić na ziemi i nie uszkodzić, wystarczy stuknąć patyczkiem o brzeg doniczki.

seler na patyku

Dwa lata temu zrobiłam w ten sposób dwieście sadzonek selera. W tym roku będzie ich może ze trzydzieści, bo już wiem, że dwieście selerów to lekka przesada. Tak wygląda nasionko rzucone na glebę:

seler rzucony na glebe

nasiane jak mrowek

I trzeba je delikatnie zrosić wodą, żeby malusi korzonek naprawdę zaliczył glebę, ale DELIKATNIE, żeby kruchego dziadostwa nie uszkodzić, i żeby te wszystkie pchły nie spłynęły w jedno miejsce.

zroszone

Po upływie doby roślinki zaczynają wstawać z kolan i jest nadzieja, że coś z tego wyniknie.

powstanie selera

Za kilka tygodni, gdy sadzonki będą miały po kilka centymetrów wzrostu, trzeba będzie każdą z osobna przesadzić do malusiej doniczki. A po dwudziestym maja – do ogrodu. Ale można też po dwudziestym maja kupić trzydzieści sadzonek po trzydzieści groszy każda, jeśli się ma trochę rozumu w głowie.

Z ogłoszeń duszpasterskich: SERdecznie zachęcam do zamawiania serów, zanim podrożeją. A podrożeją od 1 maja, ponieważ wszystko drożeje, nawet owies i siano, a rząd odrzucił mój wniosek o dotację w wysokości dwudziestu sześciu milionów, bo kościół pod wezwaniem Świętego Kanionka Od Kóz ma zbyt mało wyznawców, by się z nim liczyć.

prowans pomid

PS. I jeszcze oparta na doświadczeniach własnych porada dla początkujących wiejskich gospodyń: NIGDY nie smarujcie twarzy wazeliną, choćby nie wiem jak zimno było na zewnątrz, przed pracą w charakterze pomocnika pilarza. No chyba, że po robocie wybieracie się na konkurs na najbardziej autentyczną żonę drwala i twarz oblepiona pyłem drzewnym jest Wam na rękę.

PPS. No i owszem, zaczęłam chodzić boso. Tak trochę. Na razie tylko po domu. I odrobinę na zewnątrz. Wiecie, jak się człowiek tak całkiem zjara Marią, a ona go zdrapie z chodnika, to człowiek już nigdy nie będzie taki sam. A poza tym – od kilku tygodni czytam kilka blogów związanych z tematem berfutingu, i tak: autor jednego z nich jest fizykiem (dwadzieścia lat bez butów), drugi profesorem biologii wykładającym na pewnym amerykańskim uniwersytecie, a ten facet, którego raz widziałam na boso we Fromborku, okazuje się być astronomem. No to ja Państwa bardzo przepraszam, ale przecież nie będę gorsza. Nauki ścisłe zawsze były moją piętą Achillesową, ale buty jeszcze zdjąć potrafię. Więcej o bosych eksperymentach, powodach które kierowały autorką oraz innych pikantnych szczegółach – w następnym odcinku.

Menel rodzice kazdy ma swoj kartonik

396 thoughts on “Idzie bose, czyli o jaraniu się jajkiem i podwyżce

  1. ng 13/03/2016 at 22:21

    HA HA HA HA!!! Ależ Ci wyszedł odcinek komediowy! Uśmiałam się bardzo, dziękuję CI!

    A ten fragment o wazelinie na sam koniec – jak wisienka na torcie.

    • kanionek 13/03/2016 at 23:39

      No co Ty – jaka komedia? To jest ciężkie życie na wsi z pyskatymi zwierzątkami :D

  2. ciociasamozło 13/03/2016 at 22:28

    Dzieki :) Już się odskreciłam :)
    No Melina to się postarała!
    Zdjęcie matki karmiącej na drodze the best!
    Chyba jednak założę jeszcze dzisiaj buty na spacer z psem, choć fizycy i astronomowie prawie mnie przekonali.

    • kanionek 13/03/2016 at 23:36

      :D
      Nie wiem jak tam w wielkim świecie, ale u nas teraz szron na trawie, i też bym się jeszcze bez butów wyjść nie odważyła. Za to wczoraj zrobiłam boso pół kilometra po leśnej drodze, bo było parę stopni na plusie. O dziwo temperatura nie robi większej róznicy (bo gdy idę, to jestem rozgrzana), za to wszystkie kamyczki, patyczki i inne formy urozmaicenia terenu wciąż odczuwam dość dotkliwie. Tak ma być przez nawet pół roku, a później się podobno przyzwyczaję ;)

      Tak, Melina się postarała, no i w końcu mam pewność, że Menel jest facetem. Przeżywam te gęsie jaja jak pierwszą komunię, tylko tym razem mam lepszą fryzurę ;)

      • ciociasamozło 14/03/2016 at 09:46

        W wielkim świecie, a przynajmniej na okolicznych ulicach wczoraj wieczorem i dzisiaj rano też szron.
        Ja potrafię odmrozić sobie palce u nóg przy +5 więc zaczekam do wyższych temperatur więc chyba jeszcze zaczekam (a może masaż patyczkami tak poprawia krążenie, że jest cieplej?).
        Poza tym bardzo chętnie chodzę na bosaka wszędzie poza moim obsranym/obszczanym/zarzyganym/wysypanym tłuczonymi butelkami miastem :(

        • kanionek 14/03/2016 at 11:25

          Podobno z czasem organizm się przyzwyczaja do niskich temperatur (to znaczy tych powyżej zera, bo do minus dziesięciu to chyba trudno się przyzwyczaić), a nasi nie tak odlegli przodkowie znali termin „hartowania się”. Dzisiaj jest trudniej, bo wszystkie pomieszczenia są ogrzewane, nasze wewnętrzne termoregulatory rozkalibrowane itd. Ten facet, co od dwudziestu lat chodzi wszędzie bez butów, pisze że „tłuczone szkło” jest chyba pierwsza myslą, jaka ludziom przychodzi do głowy, gdy go widzą boso :) I że owo szkło jest mocno przereklamowane, to znaczy wcale nie tak łatwo w nie wdepnąć. Do tego podeszwy jego stóp mają grubość… pół centymetra (!) i on po tłuczonym szkle jak po bukietach fiołków może chodzić (lekko przesadzam, ale idea jest taka, że stopy też są w stanie przystosować się do środowiska). Dużo by mówić, facet prowadzi bloga od kilku lat, pisząc kilka wpisów tygodniowo – tego się nie da streścić w kilku zdaniach. Po obsranym też bym nie chciała chodzić, nawet jeśli wiem, że skóra jest doskonałą barierą ochronną – po prostu sama myśl o wdepnięciu w g… Ugh. Dlatego też słabo siebie widzę na własnym podwórku :D
          Z drugiej strony – facet pisze, a ja potwierdzam, że gdy człowiek zaczyna chodzić boso, nagle również zaczyna zwracać uwagę na to jak i po czym chodzi.

          • ciociasamozło 14/03/2016 at 12:59

            Chyba trudniej by mi było przyzwyczaić się do zimna niż do tłuczonego szkła :) Niejedne wakacje przebiegałam boso (i to już jako osoba dorosła) – szyszki, igliwie, żwirek, kamulce itp nie są mi straszne. Może po paru miesiącach, po szkle bym też umiała chodzić?
            Ale wyobraź sobie, że te półcentymetrowe podeszwy musisz wcisnąć w elegancki obów… No nie wiem czy jestem gotowa na takie poświęcenie ;) Chyba wolę być wakacyjną „berfuterką” ;)

          • kanionek 14/03/2016 at 23:45

            To i tak jesteś lepsza ode mnie. Ja zawsze byłam taka bojąca i delikutaśna, że bez kapcia po mieszkaniu ani rusz. Nawyk jakiś, czy co? A odkąd raz mnie w stopę osa dziabnęła (wylazłam z jeziora, właśnie na wakacjach, i szłam do ręcznika po trawie), to już nie dla mnie było szuranie bosą stopą po porannej rosie. No więc teraz nawet jak nadepnę na nasionko selera to poczuję ;)
            I w ogóle jeśli w teren, to zawsze w ciężkich buciorach, a w pracy oczywiście wysoki obcasik, więc łatwego życia moje stopy ze mną nie miały, i nic dziwnego, że teraz takie „oj boli”.

            Niee no, oczywiście, że albo elegancki obuw, albo fanatyczny berfuting, dlatego tamten pan od dwudziestu lat chodzi boso. Nie tylko podeszwa robi się grubsza – stopa bez buta ma szansę używać wszystkich mięśni, jakie jej biologia przypisała, więc też i szersza i „grubsza” wszędzie się robi (acha, bo i kości robią się grubsze i silniejsze), i potem ciężko taką wcisnąć w balowy pantofelek ;)

          • zeroerhaplus 16/03/2016 at 20:29

            Łoj tam, szkło, kamyki i gałązki. Już czekam na relację z Pierwszego Kanionkowego Biegu Po Węglach!
            Nie mylić z biegiem po węgiel ;)

  3. dolmik 13/03/2016 at 22:53

    Maluchy uśmiechnięte, Mając uchachana, nawet Dr. Ekspert z błogim uśmiechem. Dobrze im u Kanionka i Małego Żonka 😊
    Myślę, że Melina jeszcze nie bardzo wie jak, ale wreszcie dopracuje proces produkcji Meliniątek i będą kolejne maciupki dreptały za mamuśką.
    Przybyło trochę wody w stawie? Dosyć mokro było ostatnimi czasy…
    A co u Białego Kątoszczyla? Zaczął się cywilizować? A wychodzi w ogóle na dwór? I tam próbuje się załatwiać?
    Dzisiaj było trochę słońca i dość mocno grzało. Szkoda, że większość tego czasu przesiedziałam w pracy… Ale jest nadzieja, że wreszcie coś jest na rzeczy z tą wiosną. ..

    • kanionek 13/03/2016 at 23:29

      A dziękuję, przybyło, choć jeszcze nie do pełna. Panter i owszem, od jakiegoś czasu jest kotem wychodzącym (bo albo on wychodzi się wyszczać, albo mi wychodzą włosy z głowy), i chyba nawet sobie chwali. Futerko mu się poprawiło, i czasem przez okno widzę, jak sobie poluje na myszki. Tylko Jałowiec znów odbywa karę aresztu domowego, bo smarka. Byle do lata :)

      • ciociasamozło 14/03/2016 at 09:36

        Panter na zdjęciu puchaty i czyściutki jakby mu nigdy nic nie dolegało :)
        Za to Jałowiec przy nim jakoś sierotkowo wygląda. Ale to pewnie kwestia wyglądania z pudełka ;)
        Fajny taki „czarny kot/biały kot”.

        • kanionek 14/03/2016 at 11:30

          No właśnie! Jałowiec jest niefotogeniczna, ale naprawdę tylko na zdjęciach wygląda jak sierota z kartonu pod opuszczonym kościołem. ZAWSZE przymyka oczy, gdy robię zdjęcie – może to wina flesza? A ten mały kartonik, w którym siedzi, zajęła z własnej woli, choć zrobiłam jej ładne posłanko gdzie indziej. Ale sama wiesz, jak to jest z kotami – można im pałac zbudować, a one i tak wolą kartony!

          • ciociasamozło 14/03/2016 at 12:33

            Czarne są b. niefotogeniczne. Zrobisz bez flesza, to czarna dziura, nie wiadomo gdzie głowa, gdzie łapy; zrobisz z fleszem to wyleniały wypłosz z paprochami na wypłowiałym futrze.
            Jeśli włożysz do pudełka swoją czyściutką, uprasowaną bluzkę w kolorze kontrastowym do kota, to na bank kot tam wlezie. Ewentualnie zamiast bluzki mogą być b. ważne dokumenty.

          • kanionek 14/03/2016 at 23:51

            Dokładnie tak :D

          • ciociasamozło 16/03/2016 at 10:13
  4. mitenki 13/03/2016 at 23:01

    Ale owczoły porosły z tych mizerotek :) Rodzynek z końkursu to mój chrześniak? Bo wydaje mi się, że składane uszka widziałam…
    Jest dużo ogłoszeń o bieguskach
    http://olx.pl/oferty/q-kaczki-biegusy/ – wybierz coś blisko Ciebie.
    Zwizualizowalam sobie Kanionka w drzewnym pyle :)))))))))) A gdzie fota, pytam ja się?

    • kanionek 13/03/2016 at 23:24

      No tak, jak ostatni raz sprawdzałam na OLX, to „blisko mnie” było 235 km stąd. Teraz najbliżej mam do Bielkówka, w obie strony „tylko” 140 km, rozważam :)
      Nosz oczywiście, że to Twój składany samolocik, który się uparł zostać owcą przez wymuszoną adopcję :D
      Jaasne, ja opublikuję zdjęcie mojego pyska umazanego wazeliną i oblepionego drzazgami, a świat obiegnie wiadomość, że już wiadomo, gdzie mieszka Yeti. Niedoczekanie :)

      • kanionek 13/03/2016 at 23:58

        Eee, źle policzyłam. Ponad dwieście kilometrów wyjdzie w obie strony. Ale wciąż rozważam.

        • mitenki 14/03/2016 at 01:10

          Poczekaj jeszcze, może będzie ogłoszenie bliżej Ciebie :)

          Swoją drogą, czemu tak jest, że jak się czegoś szuka, to najwięcej ogłoszeń i najlepsze oferty są na drugim końcu Polski.

        • Monika 14/03/2016 at 07:06

          Spoglądaj na zachód… W Wielkim Tygodniu znajdziesz pod bramką.

          • kanionek 14/03/2016 at 11:33

            Monika, Ty byś się nadawała do służb specjalnych :D Ta grypsera, te zaszyfrowane informacje! Nie wiem o co chodzi, ale i tak się cieszę na niespodziankę :D
            (no niby coś zaczynam podejrzewać, ale… czy to możliwe, że…? No nic, poczekam :))

  5. pluskat 14/03/2016 at 01:31

    Kurcze, ten seler in vitro mi zaimponowal. I gesie jajka i baranki wielkanocne takie apetyczne, a mamusia godna i pogodna! Alez tym zwierzetom sie trafilo! Jadlam jejecznice z zielonego jajka emu, cakiem dobra.

    • kanionek 14/03/2016 at 11:36

      Mi też się dobrze trafiło – niby tak na nich wszystkich narzekam, no bo czasem dają mi w kość, ale jakiż smutny miałabym zima widok za oknem, gdyby nie te dziady kolorowe? Kocham ten mój cyrk, nawet jeśli sama dorabiam w nim za małpę ;)

  6. ciociasamozło 14/03/2016 at 09:58

    U Kanionka to trochę jak w tej grze http://www.giercownia.pl/gra/11656/farm_frenzy ;) tylko z zyskiem gorzej :(

  7. teatralna 14/03/2016 at 10:27

    Kanionku napisałam maila w sprawie sera … tymczasem na zdjęciach i pierwszy i drugi wygląda smakowicie, jak rozumiem jest to jedyna oferta, tylko z czym one są? i jaka cena?. Dostałaś tego maila?
    koziełek i owieczki małe ))) do schrupania, a z selerem to masz świętą cierpliwość czy się z kimś założyłaś, ze własnoręcznie wysadzisz tysiącpińćset sadzonek pęsetą?
    pozdrawiam nijako i przełomowo, bo u nas cholerawiejak, ni to zima ni to wiosna …
    zimno jednak

    • kanionek 14/03/2016 at 11:13

      Tak, właśnie dzisiaj miałam odpisać na kolejna porcję maili :) Te sery na zdjęciu to przykład (jeden z ziołami prowansalskimi, drugi z pomidorami suszonymi, czosnkiem i bazylią), ale ser mogę zrobić z czym chcesz, albo bez dodatków, czyli „naturalny”. To jest ser krótkodojrzewający, może sobie leżeć w lodówce kilka tygodni, kroi się normalnie w plasterki, i nie wiem, co tu jeszcze o nim napisać :D Aha, że cena do 1 maja to 40 zł za kilogram (na fotkach widać krążki półkilogramowe), a po 1 maja – 50 zł.
      Robię też twaróg (jest bardziej delikatny od sklepowego, krowiego) za trzy dychy, robię sery wędzone (ale to więcej roboty i cena dużo wyższa, choć w smaku – świetne) i umiem zrobić fetę, ale proces jej produkcji jest dość długi, i nie opłaca się robić małych ilości typu 30 dkg, a nie sądzę, żeby komuś potrzeba było od razu kilogram…
      Jeśli się na coś zdecydujesz, napisz, mogę wysłać np. za tydzień, lub kiedy sobie zażyczysz :)

      Jeśli chodzi o seler, to nie jest święta cierpliwość, tylko gen samobójcy ;) Po prostu uparłam się, że jeśli coś mogę zrobić sama, to nie będę kupować, choć w przypadku selera to NAPRAWDĘ przegięcie.

      Zimno wszędzie :-/ U mnie teraz ledwo powyżej zera.

      • teatralna 14/03/2016 at 12:37

        dziękuję ))))) napiszę maila

        a w temacie selera, bo pasjonujący jest, czy Ty potrzebujesz jakieś przemysłowe ilości? dla kóz na przykład ;-)bo mleko po nim lepsze albo fryzura?
        i powiem ci, że teraz te kilka sadzonek zakupowanych przeze mnie będę traktować z należytą atencją. bo nie wiedziałam, że się tyle napierd.lić trzeba z tym selerem.

        • kanionek 14/03/2016 at 23:50

          Och, kozy seler bardzo chętnie – zimą korzeń, jesienią nać, wiadrami! Nać można też suszyć i dodawać do ludzkiego i koziego żarcia :)
          No i myślę, że tzw. masowy producent sadzonek to się tak nie pie*doli z selerem jak Kanionek, tylko wysiewa np. dwa razy więcej nasion niż potrzebuje, i wiadomo, że zawsze coś tam z tego wyrośnie. No i „badylarze” to mają jakies ciepłe inspekty, automatyczne zraszacze i inne cudawianki, więc ja się ze swoją manufakturą chowam ;)

  8. kaczka 14/03/2016 at 10:54

    Kazdy chce miec wiecej kaczek. Z wyjatkiem mego malzonka.

    • kanionek 14/03/2016 at 11:03

      :D :D :D

    • ciociasamozło 14/03/2016 at 12:19

      Może postawił na jakość a nie ilość ;)

      • kaczka 14/03/2016 at 12:39

        Gdybyz! Obawiam sie jednak, ze to ma zwiazek z charakterem kaczki :-)

  9. diabel-w-buraczkach 14/03/2016 at 13:34

    Oooooo, bazie! Ja do tej pory widzialam tylko krokusy u nas. Fajne byly. Niech idzie ta wiosna szybko, bo ja juz naprawde nie moge dluzej.

    Gniazdo Meliniarzy rzeczywiscie wypasione, nie ma co :) Ale nie od razu Kraków zbudowano, dajmy im troche czasu.

    • kanionek 14/03/2016 at 23:36

      Bazie, bazie, w całym lesie, który obleźliśmy, tylko ta mała wierzbinka miała bazie, a reszta jeszcze się nie obudziła! Matko z bazią, jaki dziś był piękny dzień – jeden stopień powyżej zera, wiatr i mżawka, a później deszcz. Gdybym była wierzbą, spakowałabym swoje bazie do walizki i poleciała na Księżyc, bo chyba nawet tam jest cieplej, niż tu!

  10. zośka 14/03/2016 at 15:49

    Kanionek, ja mam taką teorię, że Twoje gęsi zachowują się jak prawdziwa rodzina Meneli. Dzieciaków narobio i porzuco no i niech Państwo martwi, a społeczeństwo łoży po pińcet plus na każde jajco. Zauważam także, że prawdziwa troskliwa rodzina, to wije przytulne gniazdko dla swoich dzieci, a Menele walnęli jajca na ziemie , nogą przyklepali i poszli produkować kolejne dzieci.
    Oraz mam taką teorię, że Twoje Owce są z kosmosu. One patrzą jakoś tak dziwnie, rozumnie i świdrująco jakby wiedziały więcej od ludzi. Ja bym się ich bała, wiesz? No dziwne są i ja to od początku mówiłam, żeby potem nie było, że nie ostrzegałam. Koza Irena ma racje, ona tak samo czuje jak ja:)))). Też im od początku nie ufała! A ta mała koza co się koleguje z tymi małymi kosmitami to wyrośnie na jakiegoś agenta, zobaczysz.
    No to może już koniec moich teorii z kosmosu.
    Niezmiernie pozdrawiam kochaną koziarnię, bo tak naprawdę, to lubię całą tę Kanionkową gromadę, Tylko owce mnie niepokoją, ale oj tam. Muszę przyjechać i pogadać o tym z kozą Ireną.

    • kanionek 14/03/2016 at 23:32

      Taa, pogadać. Jeśli z Ireną, to chyba tylko posłuchać, bo ona Ci nie da dojść do głosu ;)
      Wirus już ma zadatki na agenta – kręci tymi składanymi uszami we wszystkich kierunkach, jakby cały las podsłuchiwał (no i teraz wiadomo, skąd owce WSZYSTKO wiedzą).

      Co do państwa Meliniarskich to masz rację, i chyba muszę uważać jak nazywam swoich podopiecznych, bo to się później odbija na ich charakterze. A dzisiaj Melina zrobiła dwa jajka, każde w miękkiej skorupce! Tak to jest z tą patologią, że za co się nie weźmie, to spie*doli, i tylko im ciągle polewaj i polewaj. Jedyna wada gęsi i kaczek – muszą mieć ciągle głęboką michę pełną wody, bo lubią puszczać bańki nosem, a i stopy zamoczyć i wodę wylać też. Kilka dni temu natargałam im wiadrem ze stawu 80 litrów wody i już połowy nie ma w wanience. No ale jeśli Melina wychowa choć dwa małe Meliniątka, to wszystko jej wybaczę.

  11. zośka 14/03/2016 at 15:50

    yyyyy!!!!!!!!! dlaczego dostałam nowy obrazek przy niczku??? Co to za rożowa bromba, za przeproszeniem??? mowiłam? kosmity.

    • kanionek 14/03/2016 at 23:21

      Zemsta owiec :)
      Za zniewagę, albo za ujawnienie zawartości ich teczek, hłe hłe :)

    • Ania W. 15/03/2016 at 19:22

      Od razu muszę sprawdzić, czy ja przypadkiem też nie zamieniłam obrazeczka, oj muszę…

      • kanionek 15/03/2016 at 20:53

        Co tam Wasze obrazeczki przy tym co JA zamieniłam. Wyobraźcie sobie, że Menel okazuje się być Meliną, a Melina Menelem. W dodatku dzisiaj Kaczka poderwała Melinę (czyli dawnego Menela) i z nią chodzi, a Menel został sam!

        Gdy dostałam te gęsi w postaci dwóch żółtych kulek powiedziano mi, że ta większa kulka, co nie staje na nogach, to pan gęś. I żyłam w tym przeświadczeniu do dziś (te małpy dodatkowo mnie zmyliły, bo Menel czasem siadał na gnieździe i coś tam poprawiał), ale dziś wyraźnie widziałam kto kogo ten tego (w weekend widziałam tylko przez okno w kuchni i trochę od tyłu), więc już nie mam wątpliwości. Melina jest większa od Menela i WYGLĄDA jak facet! Biedny pan gęś… Jajka niby jego, ale jego laska puszcza się z kaczką. Gdyby Menel miał konto na Fejsbuku, w statusie związku wpisałby „to skomplikowane”…

        • ciociasamozło 16/03/2016 at 10:12

          Boszszsz… „Moda na sukces” i Eurowizja w jednym!
          Kanionku, sam opis relacji damsko-mesko-gęsio-kaczych wprwiłby w euforię niejedną redakcję brukowca ;) A jak jeszcze zdjęciami sypniesz to co ambitniejsi paparazzi dostana zawału z zazdrości !

    • mitenki 15/03/2016 at 21:11

      Kozy Kanionka zjadły obrazeczki.

      • kanionek 15/03/2016 at 23:48

        Uważaj, bo Twój jest w grupie najwyższego ryzyka – takie apetyczne kwiatki na przedwiośniu :D

  12. thais 14/03/2016 at 17:51

    Kanionku oglądałam Okrasę jak robił glazurę do polędwicy i mało z krzesła nie spadłam jak powiedział „dodajemy ocet z kurdybanka bo ładnie pachnie ” :))
    Sery apetyczne bardzo:)

    • kanionek 14/03/2016 at 23:20

      Nie dość, że ocet z kurdybanka, to jeszcze w telewizji? Ja nie wiem, w dzisiejszych czasach byle śmierdziel może zrobić karierę!

  13. mp 15/03/2016 at 16:33

    No masz, nie może sobie nawet człowiek spokojnie popielęgnować deprechy, bo mu przed oczy stawiają a to Rosoły, a to futernogi większe i mniejsze, a do tego – zmartwychwstały czosnek niedźwiedzi, com go nielegalnie pozyskiwała w ogrodach księżnej Doroty de Talleyrand-Périgord (stamtąd trafił do mojego ogródka, więc możliwe, że Twój już z prawomyślnym pochodzeniem, jakby co).
    Co do śmierdzieli- kwestia gustu, kurdybanek mi nie straszny, gorszy po stokroć podagrycznik – masz tę zarazę u siebie, czy szczęśliwie cię ominęła ?

    • kanionek 15/03/2016 at 20:46

      Matko z dołkiem i zapadką – Ty TEŻ masz deprechę? Co jest grane? Wczoraj mi się wydawało, że miałam zły dzień. Dzisiaj wiem, że wczoraj to jeszcze był całkiem niezły dzień. Aż strach się bać jutra :-/

      Czosnek z książęcym pochodzeniem! Z salonów pod strzechy :D

      Czy mnie podagrycznik ominął? Chyba żartujesz. Podagrycznik jest wszędzie, nie zdziwię się, jeśli również na Marsie, i nie ma mocnych na niego. Już wyłażą pierwsze listki w ogrodzie. Tyle, że on nie śmierdzi.

      U mnie teraz minus trzy, a będzie zimniej, bo się właśnie pięknie rozchmurzyło. Do dupy z taką wiosną.

      • mp 16/03/2016 at 10:53

        Jak nie śmierdzi, jak śmierdzi ??? Akurat tego zapachu nie znoszę. Choć zapachy to faktycznie bardzo indywidualna sprawa, kiedyś koleżance wiozłam z Francji Eden Cacharela i cichaczem psiknęłam sobie odrobinę na nadgarstek- musiałam zjechać na najbliższą stację i umyć porządnie rękę, bo nie mogłam tego zapachu znieść. A do deprechy oficjalnie się nie przyznaję i zamierzam ją siłom i godnościom osobistom zwalczyć, właśnie zaordynowałam sobie na jutro jeden dzień urlopu na rycie w ogródku , pora chyba zlikwidować słomiane chochoły, skoro zaraz tulipany zakwitną. No popatrz, z kompletnego szczękościsku i niemoty popadam w słowotok, może faktycznie potrzeba mi było tylko trochę słońca, żeby podładować bateryjki, i parę zdjęć moich ulubionych Rosołów ? (do tej kategorii zaliczam wszystkie człapiące i grzebiące, Menelstwo i Kaczkę również).

  14. Kaja 15/03/2016 at 21:03

    Najpierw w kwestii chodzenia boso – znam się na tym, gdyż w dzieciństwie wielokroć przepowiadano mi zostanie sołtysem w oparciu o wróżbę wynikającą z wdepnięcia w krowi placek. Sołtysem nie zostałam, ale panią kurewniczką i wysoką biurwą, owszem. Krowie guano jest znośne, jak już musisz wdeptywać w fekalia, polecam placki, zwłaszcza że potem się awansuje. Natomiast nie zna życia, kto się nigdy na kaczym produkcie nie poślizgnął. Więc z kaczkami ostrożnie.
    Co do szkła, to też mam doświadczenia – włazi jak w masło, gorzej z wyjęciem.

    Zdjęcie owczego przychówku na tle hollywoodzkiej ścianki – bomba! Zauważyłaś, że one mają bardzo różne oblicza? Niby owca to owca, a jednak – jaka różnorodność!

    • kanionek 15/03/2016 at 23:44

      Potwierdzam, z tym kaczym (i gęsim też, oj bardzo też!) gównem – w obuwiu też ładnie się na tym jeździ, a moce produkcyjne to te ptaszyska mają.
      Tak, owca ma wiele twarzy :D Ciekawa jestem, ile owiec trzeba mieć, żeby nie być już w stanie odróżnić jednej od drugiej. No i charakterki tez mają różne – Mariusz to odważniak, ale to chłopak. Moira jest ciekawska i też szybko przestała się mnie bać, za to Misery to grzeczna panienka, z takich co to siedzą w kąciku i szyją serwetki (no ale czasem się okazuje, że w wieku dojrzałym sztyletują mężów, czy coś), i wciąz jeszcze nie do końca mi ufa.

  15. mitenki 16/03/2016 at 14:29
  16. mitenki 16/03/2016 at 14:49

    A może tutaj? W sąsiednim województwie.
    http://wilgosiewicz.pl/

  17. zeroerhaplus 16/03/2016 at 20:56

    Jaka fajna pani od omletów!!! Się prawie zakochałam :)
    Gęsie jaja są w pytę. Ale wszystkie przepisy kucharskie idą się walić z takim produktem (tak na marginesie przypomniałaś mi historię z moją teściową w roli głównej, która (teściowa, nie rola) podawała mi „zajebisty super ekstra przepis” na ciasto pierogowe. Jajo, konkretna ilość mąki, wody i sól. Trzy razy do niej dzwoniłam, czy na pewno do tej ilości tylko jedno jajo. I dopiero kiedyś pod mocnym wpływem się przyznała, że gęsie to jajo ma być. Że jej nie udusiłam wtedy, to cud jakiś chyba był.)
    Ale chyba już raz to opowiadałam.

    Foty są śliczne, miałabym kłopot z wybraniem ulubionej. Ale za to ze stworzeń biegających nie mam problemu wybrać, bo stanowczo wielbię Wirusa. I z góry odpowiadam na wiszące w powietrzu pytanie: nie, nie mam gdzie trzymać kozy;) A w chałupie za cholerę się nie zmieści ;)

    Że prezes Kaczka wariuje, to chyba niejako ma wpisanie odgórnie w CV zwane przeznaczeniem, ale co ja tam w sumie wiem o prezesach ;)

    Można wiedzieć, jakie biegusy sobie wybrałaś, konkretniej?

    Z ciekawostek przyrodniczych: dziś rano znów widziałam białe podwórze. Jest szansa na białe święta. Dzieci się ucieszą z bałwana, zapewne.

    • mitenki 16/03/2016 at 21:05

      Zeroeha+, nawet jakby Ci się zmieścił, to nic z tego. Nie oddam chrześniaka!

    • kanionek 18/03/2016 at 01:01

      Niee, nie było jeszcze historii z jajem teściowej :)

      Wirus (do którego mówię „mój ty króliczku”, bo jest jak ten klasyczny, biały królik z kapelusza magika) to naprawdę śmieszny gość. Dzisiaj spał sobie z Misery w kąciku porodówki :) Owce trzymają się razem i raczej z dala od kóz, ale Wirusa tolerują.
      A biegusów to chyba nawet nie będę wybierać (w sensie – grymasić), raczej chętnie wezmę co będzie, jeśli w ogóle będzie skąd wziąć. One zresztą wszystkie ładne :)

  18. zeroerhaplus 16/03/2016 at 21:00

    Ach, zapomniałabym zapytać – z czystej ciekawości, bo mię temat zaintrygował: czy pan Dżerry zaznaczył w oświadczynach, co zrobiłby ze swą aktualną połowicą? Ciekawi mnie jego spojrzenie na problem :)

    PS. I czy w obliczu świetlanych perspektyw roztoczonych przez pana D. dałaś już „namsze” za długie i zdrowe życie MałegoŻonka? ;)

    • kanionek 18/03/2016 at 00:53

      A widzisz, pan Dżery nie musi się o to martwić, gdyż albowiem jego „połowica” wcale nie jest jego połowicą… Może posłużę się znowu nomenklaturą fejsbuka i powiem tylko: „to skomplikowane” ;)

      Na mszę nie dałam z powodów ideologicznych (id est – jeśli mam dać pieniądze darmozjadom, to równie dobrze mogę je dać panu Dżeremu), ale żebyś wiedziała, że długie i zdrowe życie Małego Żonka jest dla mnie teraz wartością bezcenną ;)

  19. pluskat 16/03/2016 at 21:23

    Ja nie na temat, ale zeby Ci to wilcze gowno nie eksplodowalo. Bo jak slonko przygrzeje…

    • kanionek 16/03/2016 at 22:48

      Prędzej eksploduje mi głowa.
      Irena właśnie powiła TROJACZKI. Prześliczne. Same chłopaki.

      • zeroerhaplus 16/03/2016 at 23:06

        Jesusmaria!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

        • Ajka 17/03/2016 at 07:41

          o rany!
          dawno się nie odzywałam, ale teraz musiałam…

          a swoją drogą zacytuję to co przeczytałam dziś namazane na brudnym dostawczaku: „i na chuj do raju?” ;)
          myślę, że adekwatne ;)

          • kanionek 17/03/2016 at 18:39

            No na chuj do raju, gdy na ziemi można sobie nahodować koziołków i mieć małe, prywatne piekiełko :)

      • ciociasamozło 17/03/2016 at 09:34

        Mała, nerwowa Irenka? Trojaczki? To się dziewczyna postarała!
        Gratulacje dla mamuśki. I dla Kanionka, że przeżyła potrójny poród :)

        • kanionek 17/03/2016 at 18:29

          Łii, poród był łatwy. Muszkieterów trzech, więc każdy malutki. Irena wszystkich urodziła na stojąco, bez sapania i jęczenia, a gdy wylizywała jedno młode, drugie już chlup! i na świecie było. No ja się denerwowałam jak zwykle, a potem musiałam posprzątać, więc TROCHĘ tych gratulajców mogę przyjąć ;) Dla Ireny to brawa za to, że całą trójkę donosiła i żadnemu nic nie brakuje :) (może tylko cycków, cholera!)

          • ciociasamozło 18/03/2016 at 09:43

            Gratulajce Ci się należą, że trupem nie padłaś jak zobaczyłaś, że cała trójka to chłopy.
            Gdzie Ty to rogate towarzystwo będziesz trzymać? może antresolę w koziarni zrobisz? I chyba bez osobnego wybiegu się nie obejdzie :(

      • paryja 17/03/2016 at 21:12

        Się wahłam czy gratulajcować czy nie ale mimo wszystko GRATULAJCE !

        • kanionek 18/03/2016 at 00:38

          A ja się waham, czy dziękować ;)
          Tak się właśnie wczoraj zastanawiałam co u Ciebie i Twojej koziej ferajny :)

  20. mitenki 17/03/2016 at 00:47

    O psiakostka!!!!!!!!!!!!!!

  21. pluskat 17/03/2016 at 07:51

    o kurcze, jak na wojne….

    • Iza 17/03/2016 at 09:12

      Wojnę w koziarni to Kanionek ma jak w banku za parę miesięcy… :(

      • kanionek 17/03/2016 at 18:30

        Żebyś wiedziała :-/
        Najgorsze, że oni wszyscy rogaci będą, na sto procent. Tyle żyrandoli w jednym sklepie, to się nie może dobrze skończyć.

        • mitenki 18/03/2016 at 00:09

          A nie można by jak u pana Herriota – posmarować czymś te zawiązki rogów, żeby odpadły? Nie wiem, czy tak się u nas robi, ale by było chyba bezpieczniej…

          • kanionek 18/03/2016 at 00:35

            Nie pamiętam co to dokładnie było, ale na pewno żrące – wyobraź sobie co to musi być za substancja, żeby spowodowała trwałą martwicę tkanki. Tak się już chyba nie robi, za to robi się jeszcze „lepiej” – wypala się zawiązki rogów specjalną wypalarką. Jest to „zabieg” kurewsko bolesny, z wypalanych rogów idzie dym, najczęściej jest przeprowadzany bez żadnego znieczulenia (cytat z lokalnego hodowcy bydła: „no czasem cielaki mdleją, ale po kilku minutach już wstają”) i nie skłamię mówiąc, że wolałabym odciąć zwierzakowi łeb siekierą, niż zadać mu takie długotrwałe cierpienie. Na youtube można znaleźć filmy z takich akcji, nie wiem czy po polsku też, bo po polsku już nawet niczego nie szukam, bo mi szkoda czasu. Serdecznie nie polecam. I wracając do triku z książki – przypuszczam, że gdyby istniała cudowna maść, po zastosowaniu której rogi by nie rosły i nie byłoby komplikacji, to nikt by ich nie wypalał.

          • mitenki 18/03/2016 at 01:26

            Myślałam, że od czasów pana Herriota wymyślono coś lepszego i bardziej humanitarnego…

    • kanionek 17/03/2016 at 18:36

      Żebyś wiedziała, jak ja teraz zaklinam brzuch Bożeny… Jeśli ona też ma trójkę chłopaków… Co ja pocznę?

      • Iza 18/03/2016 at 08:34

        Pewnie i tak będziesz dawać ogłoszenie „Zamienię energicznych chłopaków na wstydliwe panienki”, więc liczba w tym ogłoszeniu jest kwestią wtórną… choć być może ciut utrudniającą.

        • kanionek 18/03/2016 at 23:00

          Ech, żeby było tak letko, jak nie jest ;) Powiem Ci, że nawet ślepa i kulawa koza dwa razy starsza od Bożeny byłaby przez każdego hodowcę bardziej pożądana, niż stado choćby najpiękniejszych chłopaków. W każdym stadzie co roku rodzą się koziołki i wszyscy hodowcy mają to samo zmartwienie – co z nimi zrobić?

          • Ynk 19/03/2016 at 07:05

            Barbarella wie, co robią hodowcy w Hiszpanii. Jelitka.

          • Ania W. 20/03/2016 at 13:16

            Kiedyś mi taki znajomy koniarz mówił, że koń nie powinien stać sam w stajni, bo się zaczyna kiwać (WTF?). I że w ramach remedium to się kupuje takiemu koniowi kozę.

            Nie wiem na ile to prawda, ale jeśli, to byłby to jakiś pomysł na opylenie koziołków?

  22. dolmik 17/03/2016 at 08:50

    Are…. że trzech chłopa.. . .?? 😨 Qrdeeee…… Który ze starszych to taki męski krawiec…? Może trzeba mieć dwóch z jajami na wszelki wypadek? Jeden damski, drugi męski….. ( i trzeciego – trzeci nijaki… 😈 )
    Irena trzeci cycek musi sobie zainstalować……..
    Oj. Trzym się mocno Kanionku. Ściskam!

    • kanionek 17/03/2016 at 18:34

      Do cycków chłopaki w kolejce stoją, na razie grzecznie, bo ledwo rzeczywistość ogarniają ;) Za kilka dni pewnie dwa z nich okażą się bardziej przebojowe, ale na razie się nie martwię – Irena ma dużo mleka, w ub. roku też miała więcej, niż było trzeba, i pewnie nawet czwórkę by wykarmiła.
      Ale że trzech chłopaków w jednym miocie, to ja sama jeszcze nie mogę rozumem ogarnąć. Ojcem na bank jest Lucek, nie ma innej możliwości, bo z kalendarza wynika, że do zapłodnienia doszło w połowie października.

      • Ania W. 17/03/2016 at 20:27

        Lucuś zuch chłopak!

        Gratulajce!

        • kanionek 18/03/2016 at 00:44

          No nie wiem, Ania. Lucek chyba nie bardzo rozumie ideę przetrwania gatunku – stado składające się z samych samców daleko nie zajedzie, a on najwyraźniej w tę stronę kombinuje :D

          • Iza 18/03/2016 at 08:43

            No to zamiast siedzieć w koziarni i kontemplować, będziesz mu od czasu do czasu czytać literaturę przedmiotu – może załapie, bystry chłopak. :D

          • Ania W. 18/03/2016 at 17:29

            No ale wiemy, że nie strzela ślepakami!

  23. zerojedynkowa 17/03/2016 at 09:35

    O, ja nie mogę!
    Trzech chłopców… To gratuluję „trzech”, bo „chłopców” byłoby chyba złośliwe.
    Może trzeba zacząć myśleć nad innym przeznaczeniem koziołków? Na ten przykład uczyć ich chodzić w zaprzęgu czy cóś… Bądź co bądź kozy to też przeżuwacze, jak renifery…
    Przytulam Cię, Kanionku.

    • kanionek 17/03/2016 at 18:24

      Dziękuję, Zerojedynkowa, akurat mi trzeba. Irena się ociągała z łożyskiem (OGROMNE łożysko po tych trzech świnkach morskich!), z koziarni wyszłam około pierwszej w nocy, dziś też ręce pełne roboty, bo dzień jak co dzień i nie ma zmiłuj, ale częściej latam sprawdzić, czy wszyscy żyją.
      Kachna od kilku dni zasadniczo leży, a że coś jej morale spadło i daje się wszystkim szturchać (jak ją raz Bożena popchnęła, to się Kaśka wywróciła), to musiałam ją odizolować, więc mam teraz jeszcze więcej kombinacji do ogarnięcia, zwłaszcza w porach karmienia. No ale nic, co nas nie zabije, i tak dalej. Miałam czosnek posadzić i za rozsady się wziąć, ale się nie wyrabiam. Byle do grudnia ;)

  24. ng 17/03/2016 at 12:04

    o matko z córką (i synami) – straciłam rachubę, bo miało być do 10 kóz, że niby tyle masz mocy przerobowych. Zróbmy spis inwentarza:

    ….. kóz
    5 owiec
    2 gęsi
    1 kaczka
    … rosoły
    4 koty
    3 psy (a może 4?)

    proszę poprawić jeśli się mylę

    • kanionek 17/03/2016 at 18:16

      Bo miało być do dziesięciu kóz KÓZ, a nie milion pińcet kozłów na dodatek :D

  25. pluskat 17/03/2016 at 12:33

    psy cztery, to pewne: Atos, Laser, Majac i Pimpacy… koz sie nie podejmuje wyliczyc

    • kanionek 17/03/2016 at 18:15

      Tak, psy cztery, choć Pimpacego można spokojnie policzyć podwójnie, bo taki jest szybki, że potrafi byc w kilku miejscach jednocześnie ;)

  26. pluskat 17/03/2016 at 12:33

    bo to juz trzecie pokolenie idzie

    • zeroerhaplus 17/03/2016 at 13:30

      Tradycja:
      – Lucek i Kachna
      – Wirus
      Irena:
      -Roman i Krówko (+Kazik)
      -„trojaczki”
      Bożena:
      -Kocyk i Pippi (+Guzik)
      Oraz Andrzej Pecikowski.
      Szesnaście? Kogoś pominęłam?

      Żródło: http://kanionek.pl/wp-content/uploads/2015/07/rysunek-pogladowy.jpg ;))

      • kanionek 17/03/2016 at 18:14

        Wszystko się zgadza. Kozłów mam teraz więcej niż kóz, więc może nie mówmy już o koziarni, tylko o kozłowni…

      • Ola 17/03/2016 at 20:53

        No nareszcie ktoś się podjął, Zeroerha, bo pogubiłam się porządnie…
        Gratulajce Kanionek :)

        • kanionek 18/03/2016 at 00:42

          Eee no, jeszcze nie jest ich tak dużo. Przy dwustu będziemy stękać ;)

          • Iza 18/03/2016 at 08:48

            Wyobraziłam sobie ilość siana na zimę dla dwustu… Hm.
            Kanionek, masz skąd skombinować namiot cyrkowy albo cuś? Może się przydać jako M200, i nawet do entourage’u będzie pasować. :)

  27. zeroerhaplus 17/03/2016 at 13:36

    Jak głupia się wpatrywałam w to zdjęcie, na którym porównujesz rozmiar jajec, zastanawiając się, co to za ustrojstwo, na którym oba jajca położyłaś. I przeżyłam oświecenie pod tytułem „podkładka z kawowym tematem wiodącym”. A już miałam pytać, co to takie fajne z korbką ;)

    • kanionek 17/03/2016 at 18:13

      Jakeżeż znowu arystokratyczna podkładka z motywem – to zwykła cerata na stole jest :D
      Ale takie fajne z korbką to moja Mama kiedyś miała i kawę się w tym mieliło (mełło, mło, młóciło, miętolło).

  28. mitenki 18/03/2016 at 01:17

    A, miałam Ci napisać jeszcze, że wg tego co wyczytałam na jakimś drobiarskim forum Prezes kaczka jest prawie na pewno facetem :)

    • zerojedynkowa 18/03/2016 at 08:38

      A weź, Kanionek, zrób zdjęcie ogona kaczki. Rzucę na nie moim fachowym (buhahahaha) okiem i określę płeć. Masz pięćdziesięcioprocentową pewność, że się nie pomylę. ;) Albo sama zobacz, czy ma zakręcone piórko – wtedy na pewno facet.

      • Monika 18/03/2016 at 15:15

        Oj, facet z całą pewnością. Kwadratowa szczęka, brwi zrośnięte, ułańska fantazja. Poza tym ewidentny brak torebaszki i szminki.

      • kanionek 18/03/2016 at 23:09

        Nie ma zakręconego piórka :D
        Ale ewidentnie zaleca się do dziewczyn – czy to do Meliny, czy kurczaków. Na jajkach nie siada, tylko ich pilnuje jak Cerber. Może on (ono?) jest zagubiony…? Może jeszcze nie zdecydował/o, kim chce być?

        • Monika 19/03/2016 at 00:10

          Z biegusami sprawa prostsza. Pan biegus ma zielony dziobek i jest wysoki – ale nie kanionkowy. Kanionkowy ma żółty dziobek, jest przystojniacha i ma piękną żonę… .

  29. Ynk 18/03/2016 at 14:10

    W obliczu Wieści składam gratujajce ;-)
    Zapewniając, iż wierzę w Ciebie. Zarówno bosą jak i obutą.
    A czy inkubować? Zostało mi w lodówce 5 przepiórczych. Korci mnie, żeby spróbować
    https://www.youtube.com/watch?v=IPOnn9EBX74

    • kanionek 18/03/2016 at 23:12

      Ale jaja :)
      Wiara góry przenosi, to fakt, ale nie słyszałam, żeby na przykład powiększała budynki gospodarcze ;) A dla żyrandola trzeba więcej miejsca, niż dla takiej np. Irenki, która zmieści się w byle przegródce na listy.

      • Ynk 19/03/2016 at 07:14

        Zorganizuj chłopakom Zagrodę Przetrwania. Survivalową taką, dla Prawie-Dzikich. Pod gołym niebem, także na celsjuszowych minusach. Wykonable?

  30. zeroerhaplus 19/03/2016 at 11:15

    Dłuuuugo się ociągałam. Bo nie wiedziałam, czy to bardziej dopust boszy czy błogosławieństwo. Teraz widzę, że pomiędzy, więc spóźnione, lecz nadal aktualne:
    Gratulajce :))

  31. paryja 19/03/2016 at 15:42

    Borsucz mi się uzewnętrzniła :D w postaci dwóch malusich dziewuszek :) Lecę na ryj jakbym to ja rodziła ;) Jak się pozbieram i net pozwoli to postaram się zdjęcia wrzucić.

    • mitenki 19/03/2016 at 15:56

      Gratulajce Paryja! Jak się będą nazywać? :)

      • paryja 19/03/2016 at 16:12

        Dziękuję, dziękuję :)
        Imion jeszcze nie mają i nie będę się wysilać: same się nazwą :)

    • dolmik 19/03/2016 at 17:31

      O! O….. dwie…. Brawo Borsucz!! Gratulajce Paryjo!!! To teraz czekam na zdjęcia :D

      • dolmik 19/03/2016 at 17:39

        O!! Som!! Zdjęcia som!! :D

    • ciociasamozło 19/03/2016 at 20:58

      Piękne panienki :) Gratulacje!

    • zeroerhaplus 20/03/2016 at 06:07

      To jednak wojny nie będzie :))
      Gratulajce, Paryjo!!!

  32. Ynk 20/03/2016 at 09:48

    Gratulajce, Paryjo. Przystojne kozietki Borsucz Ci sprezentowała :-) Zdrowia dla wszystkich !

    • paryja 20/03/2016 at 11:16

      Dzięki za gratulajce :)

      • Ania W. 20/03/2016 at 13:19

        Gratulajce, gratulajce!

  33. prowincjonalna nauczycielka 20/03/2016 at 10:10

    Kanionku,
    znajoma ma biegusy i m.in. gęsi kanadyjskie. Ewa z Wesołowa k. Węgorzewa, taka od jogi i starej szkoły. Nie mam namiarów, ale poprosiłam Mamę, żeby Ci podesłała:-)

  34. kanionek 20/03/2016 at 16:52

    Gratulajce, Paryja :) :) :)

    Kozy kochane – krótki raport z pola walki. Jestem już po wykotach. Mam problem z Kachną – słaba, nie chce jeść, rodziła pół nocy (o piętej rano poszłam spać wyzuta z sił), łożysko zaczęło wychodzić dopiero po 12 godzinach i nie chce wyjść całe, wody płodowe buro-zielone, ciężko mi było nawet porządnie posprzątać przy kozie, która słania się na nogach i co chwilę się kałdzie. Dzieci żyją, matka nie ma mleka, kradnę siarę od Bożeny, karmię z butelki.

    Wetka mnie okłamała, że jest na szkoleniu i nie może przyjechać. kazała asystentce przygotować dla mnie zastrzyki – wapno, witaminy, antybiotyk. Pojechałam, odebrałam, pytam kiedy wetka wróci, a asystentka zdziwiona pyta: skąd wróci? pani doktor jest cały czas, jeśli pani chce żeby przyjechała to musi pani zadzwonić (a co ja niby kurwa zrobiłam?). No więc tyle w temacie pani doktor. Pół godziny temu zrobiłam swoje pierwsze w życiu zastrzyki domięśniowe w szyję, choć buk mi świadkiem – bałam się zrobić kozie krzywdę. Kachna prawie nie ma mięśni, ale chyba dobrze zrobiłam, bo jeszcze żyje.
    Ja jestem na granicy załamania nerwowego, dwie doby łażę o jednej kanapce, i w ogóle jestem prawie trup. Małżonek pomaga i literalnie podnosi mnie z podłogi.
    Wybaczcie, jeśli jakiś czas nie będę się udzielać. Robię Wasze sery, we wtorek wyślę, i wtedy się wyśpię i coś Wam napiszę, OK? Buziaki, trzymajcie kciuki za Kachnę. Nie wiem, co jest z nią grane, a wet na telefon to trochę chujowe rozwiązanie diagnostyczne, co nie? Podsuwam Kachnie wszystko, co mam – warzywa, jabłko, owies, pszenicę, płatki zbozowe, siano, rodzynki, i nic jej nie pasuje. Przeczesuję Internet. Nadal gówno wiem.

    • paryja 20/03/2016 at 17:45

      Trzymam kciuki Kanionku !

      • Iza 20/03/2016 at 18:37

        Przepraszam, ale weterynarz odmawiający pomocy (nie darmowej przecież) zwierzęciu, które się ewidentnie męczy po wykocie, to kurwa przekracza moje zdolności pojmowania…. :(((
        Kachna, trzymaj się jakoś… :(

        • kanionek 20/03/2016 at 19:37

          …i rozumiem, że w weekend mogło jej się nie chcieć, ale gdy zapytałam, czy w poniedziałek przyjedzie, to nie odpowiedziała, tylko zaczęła wypytywać o objawy itd.
          Ja nawet nie wiem, czy to kwestia „męczenia się po wykocie” – zauważyłam u Kachny słabszy apetyt już tydzień przed wykotem (słabszy, ale jadła, a teraz wącha i nie chce) i to, że czasem odpuszczała sobie wycieczki ze stadem, ale to nie były objawy niepokojące – każda koza inaczej znosi ciążę, niektóre dużo leżą przed wykotem, Kachna ogólnie wyglądała dobrze (sierść, kolor wewnętrznej powieki, nogi i kopytka – wszystko niby w normie), a każdą kozę oglądam codziennie, bo karmiąc i dojąc każdą z osobna mam taką wygodną możliwość.
          Ona wstaje, żeby „nakarmić” dzieci (choć mleka nie ma już NIC, bo i z czego ma się brać?), mówi do nich, jeszcze nawet czasem coś tam wylizuje, ale tak poza tym leży jak półtora nieszczęścia. Ma lekko podwyższoną temperaturę (39,6 – to się wręcz mieści w górnej granicy normy), no i zwyczajnie nie wiem, czy wyszło z niej całe łożysko.
          Może ta wetka nie jest ekspertem od kóz, ale już kilka razy do niej dzwoniłam w ciągu tych dwóch lat (wtedy to oczywiście były fałszywe alarmy), kupuję u niej środki na odrobaczenie i sądziłam, że ona potraktuje mnie poważnie, jako „stałą” klientkę, że wywnioskuje z moich wypowiedzi, iż nie traktuję swoich zwierząt po macoszemu, i że skoro wie, że ma klientkę z kozami, to sie trochę w temacie małych przeżuwaczy doedukuje, czy coś. Ale koza to widocznie nie klient, tylko zawracanie dupy (nie wiem, co napisała Paryja zanim skasowała, ale od innych koziarzy wiem, jaki jest poziom usług weterynaryjnych jeśli chodzi o kozy, a często i tak ogólnie). Martwi mnie to niejedzenie, bo kozy bardzo szybko tracą na wadze. Człowiek tak nie schudnie po tygodniu głodówki, ani nawet pies, ale dla kozy to oznacza najczęściej śmierć. W żwaczu są bakterie, one muszą coś żreć, żeby przeżyć, a koza też ich potrzebuje, żeby przeżyć.

          Dałam jej trzeci zastrzyk, tym razem antybiotyk, który ma dostawać przez trzy doby. Po wapnie zero zmian, więc nie jest to tzw. „gorączka mleczna”, bo strzał z wapna pomaga momentalnie (co wiem od Herriota). Dwa dni temu chętnie zjadła gałązkę świerku, więc dzisiaj małzonek poleciał naciąć z takiego drzewa, które pilarze ścięli, a oni gałęzi nie biorą. Nie tknęła. Poszłam poszukać wierzby i nacięłam jej młodej kory – zero zainteresowania. Zjadła kilka malusich pędów pokrzywy, to poleciałam szukać więcej i w pół godziny udało mi się narwać miseczkę, może litr pojemności, ale Kachnie już się odechciało pokrzywy. leży i nic jej nie ruszy. Ja jestem kłębkiem nerwów.
          (przy okazji, bo nie wiem, kiedy znów napiszę – Bożena też powiła parkę, silne dzieciaki, w godzinę po porodzie już za matką chodziły, a Bożena ma mleka na dziesięć koziołków, po prostu pęka w szwach. Irenkowe chłopaki są cudaczne i też już skaczą po całej koziarni, a te biedulki od Kachny nawet z butelki słabo jedzą i więcej mleka mam na spodniach, niż one w żołądku)

          • Kachna 20/03/2016 at 20:32

            Brak mi słów i dreszcze chodzą po plecach, bo jakbyś opisywała bardzo mi znaną rzeczywistość ostatnich dni…..
            Kanionku – trzymajcie się jakoś…..
            Halo! – Niech jakieś Anioły Stróże wreszcie coś zadziałają, no bo jak to tak!

            Kachno moja damy radę – prawda?

          • kanionek 20/03/2016 at 21:26

            Obyśmy wszystkie dały radę, Kachno kochana…
            Mój dzień się dzisiaj szybko nie skończy, zaraz znowu idę do koziarni, potem kończę przedostatnią partię serów. Zniosę wszystko, mogę klęczeć i 14 godzin, tylko żeby koza wydobrzała. I coś w tym jest, że anioły zaspały, a na mnie chyba jakaś klątwa spadła, choć małżonek mówi, że to się po prostu zdarza w naturze. Muszę kończyć, Kozy Kochane. Może jutro będę.

          • Kachna 20/03/2016 at 20:34

            A – jeszcze – A pani weterynarz życzę dużo zdrowia – bo się może zdarzyć, że pogotowie przez telefon będzie ja ratowało……

            Cholera jasna psiakrew.

          • Iza 20/03/2016 at 20:40

            Z życzeniami dla wetki zgadzam się w całej rozciągłości…

            Kanionku, a pogadaj z Bożeną, może ona by maluchy podkarmiła bezpośrednio? Bo im może być trudno ze smoczkiem…
            Oby nie przejęły od Kachny jakichś zaburzeń elektrolitowych czy cokolwiek to jest… Może ona je słabo żywiła wewnątrzmacicznie ostatnio, jeśli sama nie chciała jeść i stąd osłabione…
            Trzymam kciuki jak nie wiem co…

          • kanionek 20/03/2016 at 21:20

            Z Bożeną próbowałam – nie ma mowy. Bożena to stanowcza baba i jak tylko poczuła co się szykuje, chciała Kachny dzieciaka w kosmos wysłać. Musiałabym ją związać, serio :-/

    • paryja 20/03/2016 at 19:09

      Kanionku podobno kozom osłabionym porodem podaje się glukozę (w zastrzyku najlepiej) a Kachna ma prawo być osłabiona.
      pewnie o tym wiesz ale kiedy szukam (niestety tylko w polskim necie)mam wrażenie że mam wpływ i pomagam Kachnie i Tobie.
      Gdyby to było porażenie powinno jej przejść po wapnie. Tylko czy po pierwszym zastrzyku. Jeszcze mi ketoza wpadła w oko, objawy podobne i chyba może zdarzyć się po porodzie (ciężki poród mógł być konsekwencją ….) Wtedy oddech
      i takie jeszcze
      „Zasadowica podkliniczna – pogarsza zdrowotność oraz wzrost i rozwój cieląt. Psuje rozród (trudniejsze porody, zatrzymanie łożyska, opóźniona inwolucja macicy, pogorszenie inseminacji).”
      Bardzo Cię przepraszam że będę wrzucać wszystko co znajdę ale i tak będę wrzucać ;) ale nie musisz czytać ;)

      • paryja 20/03/2016 at 19:13

        Przy ketozie nie dopisałam: oddech może pachnieć acetonem .

      • kanionek 20/03/2016 at 20:17

        Paryja, dzięki, ja oczywiście też szukam, ale nic mi do końca nie pasuje. Acetonu nie czuć, w ogóle nie pachnie jej z pyska niczym. I ja rozumiem „osłabienie po porodzie”, ale ja jej żarcie podtykam pod nos, już mnie plecy bolą od klęczenia przy niej.

  35. pluskat 20/03/2016 at 18:12

    Biedna Kachna, biedny Kanionek, ale zeby wetka tak sie zachowala?

    • paryja 20/03/2016 at 18:25

      Napisałam długachnego posta na temat większości weterynarzy ale się powstrzymałam i skasowałam. Mimo to nieco mi ulżyło ;)

  36. Iwona 20/03/2016 at 21:56

    Nie znam się na kozach, ale to też przeżuwacze, jak krowy. Ja robiłam takie pójło po porodzie: na 10 litrów wody- 1 kilo cukru, cztery pełne oburęczne garście otrąb przennych, 2 kurze jaja, rozbełtać, dać pić. Na wzmocnienie i żołądek. Jeśli masz glukozę, to lepsza. Trzymam kciuki za Was. A pani wet przesyłam garść „ciepĺych” słów.

    • Iwona 20/03/2016 at 22:05

      Wet mi kiedyś objaśnił, że zatrzymane łożysko można wyjąć po 48 godzinach, bo wtedy się odkleja już dobrze. Ale najpierw przyjechał obejrzał, dał leki i wytłumaczył.

  37. Ania W. 20/03/2016 at 22:43

    Trzymajta się dziewczyny! MUSI być dobrze.

  38. mitenki 21/03/2016 at 02:51

    Postępowania wetki szkoda komentować, Herriotem w spódnicy to ona na pewno nie jest.
    Myślę podobnie jak Paryja – nie bardzo mam jak Ci pomóc, mogę tylko poszukać jakichś podpowiedzi w necie. Wiem, że też szukasz, ale może akurat na to nie trafiłaś.

    Wklejam z koziego forum (kózka po porodzie też nie jadła i nie chodziła):
    „KETOZA – choroba atakuje najczęściej w ostatnim okresie ciąży. Niechęć przyjmowania pokarmu i osłabienie chodu. Jest to obniżenie się glukozy we krwi,w zaawansowanym stanie koza leży. Leczenie: wet – zastrzyki z glukozy w kilku porcjach(do 500g dziennie). Hodowca-może wykluczyć z pożywienia kiszonki.
    PORAŻENIE OKOŁOPORODOWE – w chorobie obniżony poziom wapnia i fosforu,w odróżnieniu od ketozy występuje na końcu ciąży i tuż po porodzie,drżenie mięśni i skurcze,koza leży na boku i wygina szyję,przyspieszony oddech i temp do 40st.C. Leczenie: wet – zastrzyki wapniowo-fosforowe. Hodowca – przed i po porodzie podawać fosforan wapnia.
    TĘŻYCZKA – wyst.u kóz ciężarnych i w okresie laktacji,jest to niedobór magnezu we krwi i w płynie mózg.rdz.objawia się to zaburzeniami nerwowymi,koza ma niezgrane ruchy,drżenie mięśni,przyspieszony oddech,kładzie się na boku. Leczenie: wet – zastrzyki magnezowe. Hodowca-powoli przechodzić z karmienia zimowego na pastwisko, przed wyjściem na zielonkę podać siano.
    ZADŁAWIENIE – występuje wtedy ślinotok, koza może się zagłodzić. Większy przedmiot można wyczuć w przełyku, nie trzeba wtedy weta, można samemu go spróbować przesunąć w stronę żołądka. Twoja koza mogła połknąć sznurek, folie, szmate, przez co nie wystąpiło może typowe jeszcze do tego odkrztuszanie.”

    Przytulam Kanionku i trzymam kciuki za Kachnę :)

  39. zeroerhaplus 21/03/2016 at 05:25

    Trzymajcie się, powodzenia, zdrowia.
    Niech będzie dobrze.
    (…)

  40. wersja 21/03/2016 at 09:50

    oj. gratuluję maluszków i trzymam mocno kciuki za Kachnę.

  41. teatralna 21/03/2016 at 10:20

    noż kurwa, dopiero przeczytałam o Kachnie i pani weterynarz… i ja jej serdecznie życzę usług pogotowia ratunkowego przez telefon!!!
    Kanionku dzwoń do innych wetów w okolicy, jeśli masz, a jeśli daleko to choć telefonicznie, cholera jasna. Nie spotkałam idealnego weta. nigdy. i nie rozumiem jak można traktować zwierzęta hodowlane inaczej niż milusińskie koty, psy… każde czuje i cierpi. trzymam kciuki i denerwuje się, bo nic innego nie moge zrobić…

  42. dolmik 21/03/2016 at 16:04

    I co? I jak? Chętnie poklęczałabym z Tobą Kanionku nad Kachną….. Pazury mam już ogryzione do łokci z nerwów (wirtualnie, bo pazura w zęby nie wezmę, ale mentalnie mam już zjechane do cna). Szanowna wet. ruszyła wreszcie 4 litery? Wylazło łożysko do końca? Jeżuuuuu, naprawdę ciągle o tym myślę. Zaczęła jeść? A pije? Kachna trzymaj się dziewczyno…….

    • Iza 21/03/2016 at 16:17

      Też sprawdzam co chwilę… Ale jeśli Kanionek nie ma czasu pisać, to nadal walczy… Czyli jest nadzieja…
      Coraz natrętniej się zastanawiam, czy był już jakiś weterynarz, którego w Polsce skazano za nieudzielenie pomocy cierpiącemu zwierzęciu. Krwiożerczo miałabym ochotę na (prawdopodobny) precedens, gdyby nie było mi szkoda Kanionkowego czasu, pieniędzy i nerwów.

  43. Ynk 21/03/2016 at 16:27

    Trzymajcie się Ludzie i Kozy kochane! Trzymam kciuki i zaklinam los. Musi być dobrze!

  44. Ola 21/03/2016 at 23:08

    Ach jo :( Trzymam kciuki.

  45. kanionek 22/03/2016 at 00:32

    Kozy Najl;epsze, skończyłam właśnie pracę na dziś i padam. To nie jest figura retoryczna.
    Wasze sery są spakowane, w chłodnym miejscu czekają na jutrzejszy przyjazd kuriera. Jesli kurier nawali – ROZSZARPIĘ, przysięgam, bo jestem na granicy załamania nerwowego i potzrebuję ofiary.

    Kachna dzisiaj trochę lepiej, ale jeszcze nie skakałabym z radości – wstaje częściej, pije wodę, pogryza sianko, chętnie je chlebek, z warzyw i owoców nadal nic nie tknie. Sama chciala wyjśc ze swojego pokoju (w dziecięcym siedzi razem ze swoimi szkrabami), polizała sobie kostkę mineralną, więc już jej tę kostkę powiesiłam w dziecięcym.

    Znajoma klientka z E. dorwała swojego weta póxnym wieczorem i przywiozła mi siatkę preparatów wapniowo-fosforowych, jakiś proszek do rozpuszczenia w wodzie (elektrolity), drożdże (nie pomoże, nie zaszkodzi, zobaczymy) i jeszcze coś z glukozą (wwszystko dla bydła, muszę przeliczać dawki na krasnala).
    „Elektrolity” Kachna sama chętnie wypiła, nie dziwię się, bo musi jej teraz brakować mniej więcej wszystkiego, drożdże musiałam jej wpompować strzykawką. Jutro ostatnia dawka antybiotyku (temperatura nadal 39,5), no i te wszystkie cudowne proszki dla krów. Widzę, że ma już inne spojrzenie, po prostu widzę, że jest lepiej, ale wciąż kurewsko daleko od „okej”.

    Dzieciaki dokazują. Załapały o co chodzi z butelką i teraz tak ciągną, że mi butelkę w dłoni wsysa. Muszę uważać, żeby nie dać za dużo naraz.

    No nic. Dziękuję za Waszą pomoc – będę próbować wszystkiego. Za dnia nie piszę, bo mi się wydaje, że komp się odpala trzysta godzin, a ja już muszę lecieć, ale jutro/pojutrze już się chyba zacznę wyrabiać na zakrętach ;) Wiem, że napisałam chaotycznie, co zresztą odzwierciedla pierdolnik w mojej głowie. Trzymajmy się ramy i kozich rogów, kiedyś będzie lepiej :-*

    • zeroerhaplus 22/03/2016 at 04:49

      Wiem, że jeszcze nie jest okej, ale ulżyło mi :)
      O kozach nie mam pojęcia, ale znam ten moment, gdy chore zwierzę w końcu znów zaczyna jeść :)
      Tak trzymać :)

    • paryja 22/03/2016 at 07:22

      Uf :) dobre wieści, teraz będzie już tylko lepiej ! Napięłam się do granic możliwości teraz może trochę poluzuję. Niepokój gnał mnie do kóz co chwilę, bo przecież koza chora! jakby Kachna w mojej obórce była ;)
      Kciuków nie puszczam !

  46. shal 22/03/2016 at 00:52

    Z niepokojem czekałam na wieści.Dobrze,że nie jestes z tym sama.Kiedyś to m u s i być lepiej.Oby jak najszybciej .Moc dobrych myśli przesyłam.

  47. pluskat 22/03/2016 at 07:44

    No to kamien z serca, idzie ku dobremu. Widzialam, jak rodzona matka odtraca dziecko, a co dopiero cudza! Tak, ze nie wymagalabym za wiele od Bozeny.

  48. Iza 22/03/2016 at 08:33

    Nie no, do Bożeny nikt nic nie ma. Niejedna ludzka matka ma instynktowne podejście „tu są moje dzieci, a reszta świata niech się powiesi”. :-)
    Kanionku, jesteś WIELKA, wiesz? Kachna pomału da radę, maluchy dadzą radę, Ty się w końcu wyśpisz… Chyba pora na wiosnę. :-)

  49. mitenki 22/03/2016 at 08:51

    Uff! Je, znaczy idzie ku lepszemu :) Kamień z serca :))

  50. dolmik 22/03/2016 at 09:08

    Je i pije!!! Ufffff…. Ale zaciskam dalej.

  51. bila 22/03/2016 at 12:36

    Kanionku dzielny, jestem przy Tobie i stadku myślami. Pozdrawiam nowe i starsze zwierzątka, oby Kachna dała radę…
    Jak już będzie dobrze, odpoczniesz, Kochana. A będzie, bo my tu wszystkie myślimy i ślemy dobrą energię. Idzie wiosna! Buziaczki for all!!!

  52. RozWieLidka 22/03/2016 at 14:09

    Powiem krótko: o ja cie!!! I uffff. I oby teraz już tylko ufff.

    Choć mało mnie widać, ale jestem ciągle i wciąż i siem przejmuje każdą kropką i przecinkiem. Pozdrawiam Was wszystkie bardzo cieplutko. I Klucha też pozdrawia 😉

  53. Ania W. 22/03/2016 at 19:26

    Uf uf uf uf uf !

  54. kanionek 22/03/2016 at 21:51

    Kozy Kochane, dziękuję – robimy z Kaśką małe kroki ku lepszemu. Dzisiaj, chuda jak wieszak na ubrania, zapragnęła wyjść na zewnątrz. Poskubała coś na łące, weszła za mną do warsztatu, gdzie – jak wszystkie kozy i owce wiedzą – Kanionek ma ziarenka, i nawet dwie garście owsa zjadła. Zaniosłam specjalnie dla niej wyselekcjonowane, najładniejsze kawałki warzyw, ale wzgardziła marchewką, buraczkiem i jabłkiem, i zjadła tylko kapustę. Popiła elektrolitów, przeżuła trochę siana. Potem znów odpoczywała z dziećmi u boku, ale do pokoju dziecięcego wracać nie chciała i po jakims czasie drugi raz wyszła na łąkę. Jest słaba, lekko się chwieje na wietrze, ale poprawa nastroju jest wyraźna. Chciałam ją jeszcze uszczęśliwić preparatem z wapnem, glukozą i olejem roślinnym, ale niestety nie posmakował jej, większość wypluła bokiem pyszczka, a potem przez kilka minut chodziła marudząc pod nosem, że „świństwo i paskudztwo”. Ja też nie jestem wielką fanką medykamentów.
    Zrobiłam jej ostatni zastrzyk antybiotyku i mam nadzieję, że już nie będę musiała jej więcej kłuć. Dzieciaki nadal piją mleko z butelki, ale widzę że od mamy też coś tam próbują wyciągnąć.

    Łeb mi pęka i plecy też. Kurier przyjechał o dwudziestej – gdybym wiedziała, że tak będzie, nie pakowałabym wczoraj tych serów o północy, ale nie rozszarpałam go, bo po pierwsze przyjechał, a po drugie i tak nie mam już siły na szarpanie.

    Wetka się do mnie przyjeżdżać nie kwapi. Powiedziała, że antybiotyk działa (temp. Kachny dzisiaj – 39,2), jeśli resztki łożyska zostały to same wypłyną, a w sprawie słabego apetytu mogę przyjechać do lecznicy po jakąś mieszankę „na wzmocnienie”.
    Weterynaria korespondencyjna, kurwa. Przyspieszonego kursu robienia zastrzyków domięśniowych też mi przez telefon udzieliła (a dokształciłam się na youtube), i nawet nie wspomniała, że trzeba uważać żeby nie wkłuć się w żyłę, że nie wspomnę o wbiciu igły w kość. To kurwa cud, że na 5 zastrzyków nie odwaliłam ani jednej chały, ale co to wetkę obchodzi. No dobra, nie mam już nawet siły psioczyć na nią, bo zeżarłam wszystkie nerwy.

    Dziś jeszcze jedna wizyta w koziarni, jedna w kotłowni, i idę spać. Małżonek właśnie sprawdził wiadomości z kraju i ze świata, i co ja mogę powiedzieć… Witajcie u schyłku Europy jaką znaliśmy.

    Aha – Mariusz jest już tak tłusty, że robi się kwadratowy, a Wirus jest jedynym facetem jakiego znam, któremu jest NAPRAWDĘ obojętne, czy cycki są wielkie jak arbuzy, czy małe jak suszone figi. Zobaczył dziś Kachnę wychodzącą z pokoiku dziecięcego, oko mu błysło („duże, białe, ma brodę i cycki… To musi być moja matka!”) i w te pędy poleciał szturchać Kachnę pod brzuchem. Musiałam go siłą wyrzucić z koziarni i zawołać Ziokołka, żeby Wirus zrozumiał swoją pomyłkę.

    Dziękuję Wam, Kozy, że jesteście :-*

  55. Monika 22/03/2016 at 22:04

    Kanionku! Jesteś mistrzynią świata w budowaniu napięcia! Całusy i spokojnej nocy, bo jutro też jest dzień. Muuuusi być słoneczny :)))

    • ciociasamozło 23/03/2016 at 11:31

      Coś czuję, że Kanionek wolałby nam zapodawać historie sielskie anielskie ;)
      A przynajmniej te historie z życia wzięte.
      Zatrucie kurdybankiem Mariusza to już zupełnie co innego ;)

      • kanionek 23/03/2016 at 21:14

        Tak, wolałabym.
        Ale małzonek ma rację – im więcej zwierząt, tym większe prawdopodobieństwo, że w końcu coś się któremuś niemiłego przytrafi.
        Ja się cieszę, że bogowie pokarali mnie padalcem jeszcze przed tymi ostatnimi wykotami, bo nie wiem, jak dałabym radę.

    • kanionek 23/03/2016 at 21:10

      Co ze mnie za mistrzyni PRZY TOBIE :D
      „Muuuusi być słoneczny” – tak, teraz rozumiem, dlaczego musiał.

      Wyobraźcie sobie – zajeżdża do mnie listonosz, wykręca furę tyłem do bramy, wysiada (a rzadko wysiada, bo po co), otwiera pakę z tyłu (a normalne przesyłki ma na przednim siedzeniu) i mówi jakimś takim dziwnie słabym głosem: „ja tu dla pani jakieś kaczki mam… ekhem”.
      A tam… A TAM! A tam elegancki, plastikowy kontenerek, a w nim… A W NIM! (przepraszam, ale muszę trochę emfazy i suspensu), no co? NO CO?!
      Dwa biegusy!
      Kaczuszka i kaczorek!
      Przepiękne!
      Kochane!

      Jezusmaria, mówię Wam :)

      Kaczorek jest biały i ma żółty (pomarańczowy?) dziobek, I ZAKRĘCONY KUPEREK, a pani kaczuszka jest w kolorze kaczki dzikiej. Są malusie! Myślałam, że to młodziaki jakieś, a potem przeczytałam dołączony do kontenerka list, w którym Monika napisała, że mają rok. No i ten, pan kaczorek po kilku godzinach już przystąpił do działań erotycznych na pani kaczuszce, więc na pewno wczoraj się nie urodził :D

      Nic Wam więcej nie napiszę, zrobiłam fotki i nawet filmik, to sobie zobaczycie :)
      Monice już dziękowałam, ale nigdy dosyć – DZIĘKUJĘ, Monika, to był prawdziwie słoneczny dzień :)

      • Monika 23/03/2016 at 21:35

        I o to chodziło! Dziękuję za dziękowaczki. Z tego wszystkiego bigos wyszedł mi przepyszny, ale po badaniu organoleptycznym stwierdzono: „Brak kapusty!”.

        • kanionek 23/03/2016 at 21:49

          :D
          U mnie jest zawsze: „znowu żeś tego wińska nalała, jak na wesele w Kanie Galilejskiej” ;)

      • ciociasamozło 24/03/2016 at 09:56

        Dawaj te filmusy-biegusy jak tylko wyjdziesz ze śledzi, serów i pilnowania Kachny :)
        Monika jesteś wielka !!!

        • dolmik 24/03/2016 at 11:11

          Monika!! EXTRA!!
          Paczajcie Pańswo… Knuła, knuła i uknuła :D
          Duuużo dobrych myśli w Twoją stronę! :*

      • zeroerhaplus 24/03/2016 at 21:24

        Monika, jesteś faktycznie niezłą agentką ;)

        • Monika 24/03/2016 at 21:54

          Taaak, agentka 007 wiążąca 13 szynek! Paluchy poprzecinane sznurkiem. Buziaki dla każdej Kozy i oczywiście Gospodyni.

          • kanionek 25/03/2016 at 21:48

            Czynaście szynków? To już awansem i na Boże Narodzenie…? ;)

  56. Ola 22/03/2016 at 22:46

    Dobranoc Kanionek :) Ufffff…..

    • kanionek 23/03/2016 at 21:12

      Jeszcze nie uffam, jeszcze chcę zobaczyć Kachnę tłuściutką i skoczną, ale malutkie „uff”, ewentualnie… :)

  57. pluskat 22/03/2016 at 23:55

    Kanionku, spij snem sprawiedliwej, walczylas jak lwica.

    • kanionek 23/03/2016 at 21:13

      Raczej jak stary pies pasterski, z przetrąconym kręgosłupem i kulawą nogą, ale niech będzie :)

  58. Fredzia 23/03/2016 at 14:26

    Siedem kóz temu chciałam napisać, że coś mało mojej chrześnicy na zdjęciach i poproszę o ładną tapetową fotkę Misery, może być z Wirusem w przytulasie, ale teraz napiszę tylko, że jesteś Kanionku bardzo dzielną kobietą i chociaż nie doda Ci to sił ani czasu, przesyłam całą swoją pozytywną energię (negatywnej mam niestety więcej, ale też się nie zmarnuje – zaadresowałam do pani w.).
    Touch the screen! Touch the screen! ;)

    Może jestem nieczułą biczą, ale żadna ludzka krzywda mnie tak nie wzrusza jak nieszczęście jednego zwierzęcia. Owszem, współczuję rodzinom ofiar, jestem za surowym karaniem sprawców itd., ale mogę o tym czytać, rozmawiać i pisać, podczas gdy newsa o piesku w Chinach, którego bito, żeby dał potem miękkie mięso, nie dość, że nie dokończyłam, to jeszcze do dziś nie mogę wyrzucić z pamięci.

    Kanionku, musi być dobrze, bo gdzieś na tym pieprzonym świecie musi być miejsce, w którym dobro zwycięża. Jakby to pompatycznie nie brzmiało, jesteś w tym morzu gnojówki wyspą człowieczeństwa.

    • Kachna 23/03/2016 at 15:20

      Fredzia…..
      Podpiszę się specjalnie pod tym co napisałaś – bo niezwykle trafnie: ONA jest Wyspą Człowieczeństwa na morzu gnojówki.
      Oraz ODPOWIEDZIALNOŚCI.
      A to jakoś niemodne słowo w moim tzw pobliżu….
      …………………
      I jak kurde żyć???????? W tej gnojówce???

      • kanionek 23/03/2016 at 21:46

        Kachna – jak żyć w gnojówce: starać się utrzymać nos wyżej poziomu gówna i cały czas płynąć! Najlepiej do przodu :)

    • kanionek 23/03/2016 at 21:33

      W morzu gnojówki to dosłownie, czy w przenośni? ;) Ale wyspy chyba nie toną (no dobra, Atlantyda poszła na dno), a ja czasem tak.
      O tym psie też nie mogłam :-/ Najgorsze, że przy każdym takim niusie myślę o tym, ile (setek tysięcy, milionów?) zwierząt cierpi rozmaite krzywdy, niewygody, często dotyka ich bestialstwo człekokształtnych, ile jest takich zapuszczonych Burków u mnie, za miedzą, i że nic na to nie mogę, i wtedy mam już dzień z głowy. Jest pod B. taki pies bez jednej łapy, całkiem spory, który „pilnuje” kilku pustaków i kupy cegieł, oczywiście jest na łańcuchu, w każdą pogodę. Animalsi nic nie moga, bo ma „budę”, przepisową długość łańcucha i pewnie jakąś miskę. Ale co to kurwa za życie. Jak on ma się rozgrzać przy minus dziesięciu (krótki włos!), kuśtykając na trzech łapach, na tym pieprzonym łańcuchu? Czekałam kiedyś w samochodzie na małżonka, przez prawie pół godziny patrząc na tego psa, zwiniętego w kulkę. Nawet nie chciał siedzieć w tej głupiej budzie, bo w niej tak samo zimno jak na zewnątrz. Kurwica mnie bierze na takie gówno. Teren jest ogrodzony, więc po diabła pies na łańcuchu? I w ogóle – pies stróżujący cały rok, na łańcuchu, o trzech łapach, KRÓTKOWŁOSY? Gdzie ludzie mają rozum, w dupie? Jezu, znowu się wkurwiłam.

      Misery jest śliczna i też całkiem tłuściutka, posyła dla Ciebie całusy i mówi, że będzie pozować do portretu ;)

      („Touch the screen!” – czy ja dobrze pamiętam, że to z kawałka Genesis „Jesus He Knows Me”? Tego nie ma chyba w tekście, tylko w teledysku pojawia się w tle taki typowy, amerykański „telewizyjny kaznodzieja”. Lubię ten kawałek, a z „touch the screen” śmiałam się do rozpuku, zwłaszcza gdy w Gdańsku pewnego dnia pojawiła się w kioskach gazeta [nie pamiętam, może Dziennik Bałtycki, albo Wyborcza?], która rzekomo była „dotknięta” przez jakiegoś uzdrowiciela-cudotwórcę, w sensie że cały nakład był macany, no i kto kupił gazetę temu miało się generalnie wszystko polepszyć. Cały nakład sprzedali)

      • Fredzia 24/03/2016 at 12:10

        To teraz zdradzę trochę dziennikarskiej kuchni – tabloid, w którym pracowałam, co jakiś czas wypuszczał materiały w rodzaju „trójkąt naładowany uzdrawiającą mocą bioenergoterapeuty podziała dobroczynnie na nerki i pęcherz moczowy”. Polegało to na tym, że przychodził do redakcji bioenergoterapeuta, dostawał wydrukowany kolorowy trójkąt, przykładał do niego ręce i przekazywał swoją bioenergię Temu Trójkątu. Ten Trójkąt był fotografowany, wydruk wędrował najczęściej do kosza, a grafik na komputerze ustawiał daną stronę gazety wkomponowując w nią zdjęcie. Następnego dnia nakład schodził jak świeże bułeczki, a mnie zawsze zastanawiało, kto się na to nabiera. Bo żeby jeszcze ten bioenergoterapeuta ładował swoją moc w blachę na maszynie, która potem drukuje stronę z Tym Trójkątem, ale w kartkę, która na oczy nie widziała egzemplarzy leżących w kioskach? Mieliśmy też oczywiście „ręce, które leczą” – rozkładówkę ze zdjęciem dłoni bioenergoterapeuty. Touch the paper! Touch the paper! :D

        • Ola 24/03/2016 at 12:38

          Ja to się w ogóle dziwię, że był jakiś bioenergoterapeuta :D

          • kanionek 25/03/2016 at 22:01

            Ja też!

        • paryja 24/03/2016 at 12:42

          Po jaką cholerę tylko ten bioenergoterapeuta ? ;)

          • Ynk 24/03/2016 at 14:13

            Dla zachowania pozorów? ;-)

        • zeroerhaplus 24/03/2016 at 21:21

          Touch the energoterapeuta ;) A pamiętacie Kaszpirowskiego?
          Jeszcze był podobno pan „ręce które leczą”, ale wtedy już miałam szlaban na tv ;)

  59. buskowianka 23/03/2016 at 14:41

    Trochę mnie życiowe zawirowania odciągnęły od Kanionkowa a tu tyle wydarzeń.
    Na samym wstępie przyjmuję podziękowania z samego wstępu. Nie ma za co, absolutnie! :DD (jednakowoż, wszystko zaczęło się od białych kaloszy, które wrzucił ktoś inny! więc dzielę się zasługą, nie będę pazerna ;))

    Gratulajce nowego przychówku! Faceci, ech, ci to zawsze. Same problemy z nimi. Albo ich nie ma, kiedy trzeba (story of my life), albo, kiedy nie trzeba, są w nadmiarze.

    I trzymam dalej kciuki za powrót Kachny do dawnej formy. Cudownie o nią walczyłaś, Kanionku.

    Co do wetki – jeśli tylko masz w okolicy innego weta, przemyślałabym opcję interwencji w jej samorządzie zawodowym.

    • Iza 23/03/2016 at 15:55

      Nie wiem, jak Izba Weterynaryjna (może lepiej), ale największą szansę ukarania przez Izbę Lekarską ma człowiek, który się publicznie negatywnie wypowiedział o umiejętnościach / etyce kolegi po fachu. Całą resztę daje się usprawiedliwić / wytłumaczyć. A przede wszystkim, trzeba przedstawić pięciu bezstronnych (zdaniem Izby) świadków i kilogram papierów. Oglądałam własnoocznie. Tak, że tego…

      • buskowianka 23/03/2016 at 16:05

        Meh ;/
        W sumie trochę się tego obawiałam, doświadczenia nie mam w temacie.
        Czyli bezkarność, w sumie, może stąd ta bezczelność.

      • kanionek 23/03/2016 at 21:47

        Iza – nic dodać, nic ująć. Szkoda zachodu, bo to zżera czas i nerwy, a jeśli wejdę na ścieżkę wojenną, to już na zawsze będę „trędowata” dla okolicznych wetów.

        • ciociasamozło 24/03/2016 at 09:50

          Czasem (podkreślam – CZASEM) pomaga taka zwykła, szczera rozmowa z wetem/lekarzem/panią na poczcie/itp. z wyartykułowaniem co się nie podoba i porównaniem oczekiwań z możliwościami ;)

    • kanionek 23/03/2016 at 21:44

      Buskowianka – och, spoko, już się nawet przestałam jarać Marią, bo małżonek przynosi mi inne hity z pracy. Na przykład „Bądź moja królową”. Nie dość, że biedak marznie cały dzień (pracodawca oszczędza na ogrzewaniu, wszyscy siedzą w kufajach i czapkach PRZY KOMPUTERACH), to radio ustawione jest na kanał polskich kitów. Przepraszam, hitów oczywiście.

      Z wetami tutaj bieda, przynajmniej takimi do rzeczy. Ta jedna, jedyna wetka umie się przynajmniej wysłowić! Bo z resztą rozmawia się jak z burakami na polu… No cóż, dochodzimy z małżonkiem do wniosku, że sami musimy się na tyle dokształcić, żeby w razie czego umieć postawić diagnozę i żądać konkretnych leków. Taka wiedza jednak często przychodzi dopiero z doświadczeniem, a ja mam kozy od ledwie dwóch lat i w sumie do tej pory były bezproblemowe. Wciąż nie wiem, co zrobiłam źle, co przegapiłam, dlaczego tak się stało i czy mogłam temu zapobiec, i to mnie dręczy.

      • Iza 23/03/2016 at 22:19

        Kanionku, pamiętasz historię Miśka, który siedział przy otwartym oknie w mitenkach? :-))) Pociesz MałegoŻonka, że -20 C raczej mu chwilowo nie grozi, więc jest NIEŹLE…

        • kanionek 23/03/2016 at 23:55

          Misiek w Mitenkach?
          (Mitenki – nie bądź taka i pochwal się, co to za Misiek!)

          O tak, szukamy dobrych stron. Na przykład: teraz jak małżonek wraca do domu, to ciemno się robi dopiero za około godzinę, a wcześniej było ciemno zanim wyszedł z pracy. I nie musi pracować na nocnej zmianie, a w nocy wciąż mamy przymrozki (teraz minus pięć). I nadal nie ma umowy o pra… A nie, to nie ta strona, to ta ciemniejsza;)

          • Iza 24/03/2016 at 11:38

            Misiek jeździł z moim mężem na delegacje do Szwecji. Chłop miał zwyczaj klepać w klawiaturę przy otwartym oknie w trakcie szwedzkiej zimy, okutany w kożuch i z mitenkami na rękach (bo jakoś trzeba było klepać w te klawisze), twierdząc z uporem „No czego wy ode mnie chcecie, przecież jest RZEŚKO!”
            Hasło „no co, rześko jest, nie?” weszło tym sposobem do rodzinnego słownika… :-)))

          • kanionek 25/03/2016 at 22:02

            Aaa, teraz sobie przypominam! Tyle różnych historii się przewinęło przez komentarze, że ciężko spamiętać :)

      • Ola 24/03/2016 at 12:42

        Hej Kanionek, wszystkiego nie przewidzisz, nie zauważysz, nie zapobiegniesz… Daj spokój. Zdarzyło się. Jak sama mówisz, kozy masz ogólnie bezproblemowe.

  60. kanionek 23/03/2016 at 22:01

    No i jeszcze krótko o Kachnie. Wzięłam dzisiaj na łąkę trzy pieski i siatkę z Biedronki. Pieski szalały po swojemu, a ja dziubałam w ziemi, wyrywając co zieleńsze źdźbła perzu, mikroskopijne listki krwawnika i minikoniczynkę. Nazbierałam jedną trzecią siatki, wiatr mnie przeleciał jak jeszcze nikt w życiu, i to wielokrotnie, ale opłaciło się – Kachna wyżarła wszystko, do ostatniego listeczka. Gałązka sosny też się znalazła i trochę pokrzywy i nawet liść paproci, a kozy lubią. Troszeczkę oddałam biegusom, bo należało im sie po podróży, a jeszcze boje się je wypuścic na podwórko; niech się najpierw dobrze rozejrzą.

    Elektrolitów najpierw nie chciała, ale jak podstawiłam miskę pod nos Irenie, to nagle włączył się w Kachnie znany kozi odruch pod tytułem: „o, kurwa, nie. Może mi nie smakuje, ale TEJ MAŁPIE nie dam”, no i podeszła i wypiła do dna :D
    Sianko jadła, owies jadła, trochę warzyw, bez szału, ale na przeżycie wystarczy. Czekam, kiedy zgłodnieje NAPRAWDĘ, bo wiem ile żre przeciętna koza. Jutrzejszy dzień wiele mi powie, bo antybiotyk już nie będzie działał. A teraz idę Wam odpisywać na maile, zwłaszcza dziewczynom, które czekają na wieści o serach :)

  61. kanionek 23/03/2016 at 22:07

    I przepraszam za literówki i ogólne niedbalstwo stylistyczne – trochę się spieszę, bo jeszcze do koziarni muszę, a dzisiaj oprócz cudnych biegusów spadła na nas niespodziewanie wielka siata śledzi i dwa leszcze, których nie można było wypuścić na wybieg, więc wiadomo – skrobanie, patroszenie, zbieranie łusek jak na polu bitwy, no i czas mi się znowu skurczył ;)

    • ciociasamozło 24/03/2016 at 09:52

      Deszcz ryb w Kanionkowie ;)))

    • Iza 24/03/2016 at 11:39

      Leszcz na wybiegu mnie zabił. :D

  62. Ajka 24/03/2016 at 12:43

    no to takie małe uf uf uf dla Kachny! :)

    i ja coś czułam pismo nosem, że biegusy przybiegną ;)
    super!

  63. teatralna 24/03/2016 at 13:06

    na mnie spadła wielka siata dorsza ale wylądowała w zamrażarce… kurier do mnie dzwonił właśnie i czekam, będzie za pięć minut))))
    o nieszczęściu psim i kocim w okolicach … na ile mogę się angażuję ale mogę niewiele. jedną sunię pilnującą jakichś śmieci wyratowaliśmy w dość dramatycznych okolicznościach… i też jestem suczą, która bardziej przezywa zwierzęce nieszczęście niż ludzkie.

    • kanionek 25/03/2016 at 21:59

      Teatralna – wielu ludzi tak ma i wydaje mi się, że wytłumaczenie brzmi: zwierzę jest zawsze bezradne. Człowiek ma nad nim zawsze przewagę (no chyba, że spotka głodnego niedźwiedzia w lesie, a akurat nie jest myśliwym, tylko grzybiarzem). Ale na tej samej zasadzie wściekam się na los ludzi starszych i dzieci, oszukiwanych, bitych, czy wykorzystywanych. Chodzi o tę bezradność, naiwność, zdradzone zaufanie.

  64. ng 24/03/2016 at 21:31

    shit fuck! chwilę mnie nei było (szkolenie firmowe), a tyle się wydarzyło. W sumie (i w różnicy też) może lepiej, że się odnalazłam, jak już Kachnie się polepszyło, bo wrażliwa dosyć jestem.

    Kachnie życzę dużo zdrowia, a Tobie Kanionku siły, siły, jeszcze raz siły – chociaż wiem, że mocarzem jesteś.

    A propos weta – skoro i tak telefonicznie ta suka leczy, to może można lepszego telefonicznego weta znaleźć. Może na tych forach kozich ktoś ma dobrego weta, co to i przez tel dobrze poradzi. Nie znam się i nie bardzo mam czas, ale postaram się w wolnej chwili zerknąć. Może inne kozy też poszukają dobrego KOZIEGO weta na tel?

    • kanionek 25/03/2016 at 21:52

      Ale wiesz, jak potrzebny np. antybiotyk, czy innne świństwo na receptę, to przez telefon i tak nie dostanę, a tę lecznicę mam przynajmniej blisko – 15 km. I jednak nie ma to jak lekarz, który WIDZI pacjenta, może go pomacać itd., więc następnym razem (oby nie było następnego razu!) zamierzam być stanowcza i żądać usługi przewidzianej ustawą, czy coś. Tym razem byłam zestresowana, zaskoczona sytuacją i… Dobra, prawda jest taka, że mi się często włącza tryb „przepraszam, że żyję, i że przeszkadzam” :-/

  65. paryja 25/03/2016 at 19:57

    Kanionku, jak Kachna ? tak zamilkłaś i się martwię.
    A wszystkie skrobiecie(piszecie,malujecie) jajka ? tak tu cicho …

    • ciociasamozło 25/03/2016 at 20:53

      Kanionek pewnie biega za biegusami sprawdzając czy im niczego nie brakuje :)

      Jajka mam już oskrobane. Teraz parzę palce spodem do mazurków i nadwyrężam kręgosłup sięgając na pawlacz po koszyczek. Wczoraj za to depilowałam boczek. Sięgnęłam po depilator, bo szczecina na boczkowej skórze nie chciała się opalić.

      • kanionek 25/03/2016 at 21:07

        Biegałam za biegusami w całkiem innym interesie :D
        Monika mi napisała, żebym je zainstalowała w ogródku. No ale zanim to przeczytałam, wypuściłam je na małym wybiegu, gdzie cały drób codziennie dostaje ziarenka, gotowane obiadki i inne frykasy, no i jest tam wielka wanna z wodą, do której muszę dolewać wiadrami ze stawu, bo gęsi jak wlezą to połowę wyleją. I myślałam, że biegusom będzie tam fajnie.

        No a teraz biegam, żeby je ZŁAPAĆ i jednak przeprowadzić do ogródka, bo Menel i Melina choć nie wysiadują jajek, to czują się w obowiązku pilnować gniazda i kaczki (obce kaczki, bo Prezes to wiadomo, że ma dożywotnie stanowisko) są im nie w smak. Nie robią im żadnej krzywdy, tylko zmuszają do ciągłego… biegania. Biegające kaczki i tak sobie świetnie radzą i swoja porcję jedzenia i picia zawsze dostaną, ale ile tak mozna żyć w ciągłym biegu?

        Moniko, ratuj :D Jak złapać biegusa?

        • kanionek 25/03/2016 at 21:35

          Boczek depilatorem?! Jeżu w Zgierzu, takie poświęcenie…
          I Ciociu kochana, dziękuję, za pamięć i nie tylko. Tak pakujesz prezenty, że ja się czuję jak dziecko, kiedy je otwieram :) I specjalne ucałowania dla Antka za pisankę z kaczuszkami, a uścisk graby dla Tego Drugiego Dziecka za polepszacz smaku i zapachu dnia codziennego ;)

          • ciociasamozło 26/03/2016 at 08:57

            Niezamaco :) Przekażę instancjom Wyższym i Niższym :)
            Cieszę się, że dotarło przed świętami. Zawartość wyszła trochę w temacie Lanego Poniedziałku ;)

        • Monika 25/03/2016 at 22:39

          Aaaa to Ty chcesz je złapać i zanieść do ogródka? I tak co rano? No można i tak. Twoje biegusy łapałam w kurniku (swoim kurniku). Wcześniej, gdy je przywiozłam od gospodyni, były przez noc zamknięte , rano otworzyłam drzwi i tak idąc pomalutku, z daleka machałam raz jedną ręką raz drugą, czasem dwiema jednocześnie aż weszły na ogród. Teraz biegają same i do kurnika przed zmierzchem wchodzą bez pomocy. Poza tym one pochodzą z takiego gospodarstwa, w którym wszelkiego ptactwa ilość niezliczona – kaczki, kury, gęsi i indyki.

          • kanionek 26/03/2016 at 01:08

            Nie, nie co rano :D
            Chciałam im w ogródku budkę jakąś sklecić, żeby się tam zadomowiły i czuły jak „u siebie”. Tam miałyby spokój, żarcia mnóstwo, mogłyby rodzinę założyć… Na zimę oczywiście wróciłyby na wybieg, tylko jeszcze jedna rzecz mnie zastanawia – one nie wchodzą do kurnika (a mam dwa kurniki i miejsca w nich od czorta) i nie wiem, czy nie potrafią (Prezes Kaczka potrafi, i to bez drabinki), czy też się boją. Szczerze mówiąc sama bym się bała, bo z kurnika czasem dochodzą takie odgłosy… Jakieś skrzeczenie, przeciągłe warkoty, albo zwyczajnie – odgłosy napie*dalania się kogutów. Bo moim Kurokezom nawet jak dasz milion grzęd, gniazd i drabinek, to i tak liczy się tylko jedna i wszyscy muszą z niej korzystać.

            Takie zaganianie na machające ręce też znam, bo tak właśnie wyprowadzam gęsi i Kaczkę nad staw, żeby się popluskały, i potem zaganiam z powrotem na podwórko :) Ale biegusy są niemożliwie szybkie i zwrotne w porównaniu z moim starym, kaczo-gęsim trio :D

    • kanionek 25/03/2016 at 21:01

      Gorączka przedświąteczna :) Albo zapalenie płuc – wczoraj wieczorem byłam w aptece i pani przede mną miała na recepcie antybiotyk na zapalenie płuc. Farmaceutka specyfiku już nie miała, bo jej cały był się sprzedał, obdzwoniła inne apteki i stwierdziła, że „jakieś zapalenie płuc ostatnio panuje, bo ten antybiotyk schodzi na pniu”.

      Kozy Kochane. Oprócz tego, że smacznego jajka i spokojnych świąt, przepraszam za przerwę w życiorysie Kanionka. Wczoraj się całkiem rozsypałam (za dużo stresu w minionym tygodniu) i po prostu padłam, żeby spać 10 godzin. Dziś czuję się zresetowana.

      Kachna rzuciła się dzisiaj na michę warzyw i zjadła za trzech! Jadła i jadła, poprawiła owsem z wiaderka obok, dostała też suszone morelki i garść żurawiny, skończyła na suszonym chlebku i poleciała do dzieci. Się rozpłakałam z tego szczęścia, bo taki widok, po tych wszystkich dniach, gdy leżała, nie jadła, i wydawało mi się, że umiera, po prostu odblokował mi wzbierające wodospady. Chyba już się nie muszę martwić. Pojawiło jej się nawet trochę mleka, ale tylko w jednym strzyku – drugi jest cały czas malusi i być może w ogóle nieczynny. Dzieci dokarmiam z butelki i chyba mnie już kojarzą z mlekiem, bo na mój widok czasem robią dzióbek i merdają jęzorami.

      • Iza 25/03/2016 at 22:45

        Wieści da się podsumować tylko w jeden sposób – tak mi pisz, tak mi dobrze!!! :))) Kachna najedzona, Ty wyspana… :)
        Co do biegusów natomiast, mój ślubny doradca techniczny stwierdził, że jako posiadaczka stawu powinnaś być również posiadaczką podbieraka. Ewentualnie, w wersji romantycznej, siatki na motyle… Nie wiem, co na ten pomysł biegusy, ale moja wyobraźnia wizualna zaczęła też robić dzióbek i merdać ozorkiem, więc ja ten pomysł usilnie popieram. :D

        • kanionek 26/03/2016 at 00:59

          Mam gdzieś podbierak, choć nie z racji posiadania stawu, tylko karty wędkarskiej (od lat nieopłacanej, bo już nigdzie na ryby nie jeżdżę), ale jakoś słabo to widzę :D
          A biegusy pewnie jeszcze słabiej, choć one z innych powodów ;)

          • Ola 26/03/2016 at 11:34

            „Mam gdzieś podbierak” – czytam i czytam, i zastanawiam się, dlaczego tak się odgrażasz! :D

      • ciociasamozło 26/03/2016 at 08:57

        No to teraz mogę powiedzieć UFFF!!! :D

  66. Ynk 26/03/2016 at 09:27

    Zdrowych, wesołych jajec, jaj i jajników życzywszy! :-))

  67. dolmik 26/03/2016 at 12:34

    Wiwat Kachna! 😚 Też bym płakała.
    Poza tym, Kanionku: orzeł wylądował, orzeł wylądował!
    Aaaale pyszności!! Jejuśku…. Człek by się po cichutku schował w kąciku i SAM by się naćkał po uszy. A tu konkurencja… dyszy nad głową i patrzy na ręce. 😈
    Z patykami… MNIAM….
    Czerwony…. OBŁĘD JAKIŚ….
    Grono fanów serowych Ci rośnie. 🐐🐐🐐

    • Kaja 26/03/2016 at 13:12

      Myślałam, że zwariowałaś, zanim się domyśliłam, że chodzi Ci o sery ;) Czerwony orzeł wylądował z patykami.

      Na zdrowie! Psychiczne też ;)

      • dolmik 26/03/2016 at 14:31

        Dziękuję 😆 Zdrowia psychicznego można mi śmiało życzyć 😆 Zatoki postanowiły dać mi czadu akurat teraz i zalewają mózg wiadomo czym 😒 Nie wpływa to dobrze na psychikę…
        Czerwony orzeł z patykami 😂 A. Do tego. Jakże przydatny wypełniacz paczuszki. Prawdziwa słoma 😆 Zrobiła furorę u moich sierściuchów 😆 A teraz jest elementem dekoracji świątecznych.

        Wesołego jajka Kozy!! 🐰🐇🐣🐥🐑🐏🐐

        • teatralna 28/03/2016 at 11:03

          o matko u mnie czerwony też bije rekordy popularności i słoma posłużyła do dekoracji świątecznych ))))

          • kanionek 28/03/2016 at 20:14

            Teatralna – naprawdę się cieszę, że tak Wam smakują te sery :)
            I mam nowość – ser z kozieradką. Zupełnie zapomniałam, że kozieradka była tu przez Was kiedyś polecana, w końcu ją kupiłam, przetestowałam, i TAK, to jest dobre. Ser z kozieradką ma posmak orzechowy (lekka nuta orzecha włoskiego, ale nie gorzka), a choć ziarenka są oryginalnie twarde jak kruszonka z cegły, to po trzech dniach w serze robią się przyjemnie rozgryzalne – coś jak skiełkowane ziarno czegoś innego, np. pszenicy, tylko że mniejsze.

          • paryja 28/03/2016 at 20:58

            Kanionku, a dawałaś kozieradkę kozom ? Dałam moim Łajzom mieloną kozieradkę prosto z dłoni i myślałam że mi okorują rękę :) na którymś forum przeczytałam że ona robi dobrze kozom i chciałam sprawdzić czy lubią :)

          • kanionek 28/03/2016 at 22:05

            Żeby jeszcze ta kozieradka ciut taniej za kilogram wychodziła…
            Moje łajzy to mają swoje humory dietetyczne. To znaczy są pozycje stałe w menu, które nie nudzą sie nigdy, ale np. niełuskane pestki dyni raz żarłyby garściami (albo wiadrami, ale mnie nie stać, żeby sprawdzić), a innym razem dmuchną nosem w pojemnik i tyle. Co gorsza, każdego dnia każda z kóz ma inny humor, więc podtykam wszystkim to, co mam. To samo było z orzeszkami ziemnymi – kupiłam im „na święta” troszkę prazonych, ale bez soli i oleju. Żarły. Poczytałam na amerykańskim forum, że kozy orzeszki jak najbardziej, najlepiej w łupinkach. Kupiłam w łupinkach (o niebo taniej) – ni wuja, nie tkną, albo plują po rozgryzieniu. A zależało mi, bo jednak orzeszki mają sporo tłuszczu. Się wzięłam za rozłupywanie i dałam gołe – TEŻ NIE CHCĄ. Prażone mają być, kurde ich balans i kuc z dyliżansem.

  68. Barbarella 26/03/2016 at 18:12

    Najserdeczniejsze Wielkanocne buziaki dla całego Kanionkowego mikrokosmosu o wielu nogach, wymionach, pyskach i dziobach!

    • agiag 26/03/2016 at 18:56

      Radosnych pisanek, dużo świątecznego czasu na sen i zdrowia (somatycznego głównie, bo psychiczne to i tak rzecz względna) :)

  69. kanionek 26/03/2016 at 22:56

    Och, Kozy Moje…
    Nie chcę Wam zepsuć świąt. Tylko że.
    Nie cieszyłam się długo. Dzisiaj wczesnym popołudniem zniknęło nam dwoje dzieci. Córeczka Kachny (jedna z zaledwie dwóch dziewczyn w tegorocznych wykotach) i synek Bożeny.
    Przeczesaliśmy z małżonkiem kilkakrotnie cały obszar, który należy do kóz i owiec. Raz zkozami, raz z psami, raz sami. Nie ma śladu. Kachna i Bożena na próżno nawołują.
    Ja… Ja już nie wiem, ile jeszcze wytrzymam.
    Wczoraj wieczorem karmiłam dzieci Kachny z butelki i zrobiłam dla Was zdjęcia. Córka Kachny była taka rezolutna, bystrzejsza od brata i zawsze wyciągnęła mi więcej mleka z butelki. Bożenie w tamtym roku obiecałam, że jej drugiego syna nazwę Stanisław. Nie zdążyłam nawet raz zawołać go po imieniu. Był piękny, duży, wczoraj zdecydowałam, że zostanie kolejnym rozpłodnikiem. Teraz ich nie ma, a ja nie wiem co się stało. I nie rozumiem. Przez jeden tydzień wydarzyło się w moim stadzie więcej złego, niż przez dwa lata mojej hodowli. Sprawdziliśmy wszystko, byliśmy wszędzie. Cisza i pustka. Nie umiem pocieszyć Kachny i Bożeny, tylko z nimi płaczę. Wiem, że to głupie i naiwne, ale nie rozumiem – dlaczego tak…? Jestem zmęczona, i wszystko jak krew w piach.

    • ciociasamozło 26/03/2016 at 23:04

      Kanionku, nie wiem co napisać… Ściskam Cię mocno.

    • paryja 27/03/2016 at 08:17

      Strasznie mi przykro Kanionku.

    • Ola 27/03/2016 at 12:44

      Kanionek, no… Nie wiem co pisać. Smutno.

  70. Ynk 26/03/2016 at 23:11

    Kanionku, przytulam Cię i płaczę razem z Tobą.

  71. dolmik 27/03/2016 at 09:01

    O ludzie…. Jak to….?
    Kanionku….. Tulę….

  72. Tymofiejski 27/03/2016 at 09:10

    Kanionku, zgłoś na policję. Jeśli psy nie zrobiły rabanu, to nie było to zwierzę ani ktoś obcy. Zgłoś szybko. To wygląda na kradzież. Ściskam cię bardzo mocno.

    • Iza 27/03/2016 at 11:31

      Cholera jasna…. Weszłam tu, żeby złożyć życzenia radosnych świąt… Słów mi zbrakło… Przytulam, Kanionku… :((((
      I zgadzam się z Timofiejskim, niestety. Czy jest możliwość, że psy na coś nie zareagowały albo Ty ich nie usłyszałaś? Na co / na kogo psy mogły nie reagować w ciągu dnia? Znajomy człowiek? Duży ptak typu orzeł? Na czworonoga by się pewnie wydarły…

  73. pluskat 27/03/2016 at 09:31

    o jak przykro… takie maluchy… sciskam mocno

  74. pluskat 27/03/2016 at 13:11

    Kanionku, jesli to drapieznik, moze pora gowno rozrzucic?

  75. Monika 27/03/2016 at 14:40

    Święty Antoni Padewski
    Patronie Niebieski
    Niech się stanie wola Twoja
    Niech się znajdzie ( Ty wiesz czyja)zguba!
    Wiem, że się nie rymuje, że naiwne ale może podziała?

    • Kachna 27/03/2016 at 18:25

      Amen.
      ……………………..
      ……………………..

  76. Ania W. 27/03/2016 at 17:16

    Kanionku, może nie wszystko stracone…? Może jeszcze się coś odwróci na lepsze?

  77. kanionek 27/03/2016 at 20:46

    Kozy Kochane.
    Jeszcze mam odruch nasłuchiwania i wpatrywania się we wszystkie krzaki, ale po tak długim czasie nie ma już na co liczyć. Nadzieja to okropne, zadręczające uczucie – kolejny obchód, zaglądanie we wszystkie kąty, oczy aż bolą z potrzeby ZOBACZENIA tych dzieciaków. Chcę je zobaczyć, a rozsądek podpowiada, że nie, nie wypełnię tych dwóch pustych miejsc w wyobraźni, i w sercu robi się ciężko.
    Długo wczoraj rozmawialiśmy z małżonkiem. Dopiero co zdążyłam wspomnieć, tu w komentarzach, że im więcej zwierząt, tym większe prawdopodobieństwo, że któremuś coś się stanie. Człowiek niby wszystko rozumie, ale nie chce się z tym pogodzić.

    Pierwsza nasza myśl też była taka, że ktoś te koziołki ukradł, ale nie oszukujmy się – po co? Kto byłby takim idiotą, żeby zabrać takie mikrusy, które musiałby karmić mlekiem z butelki? No chyba, że to był kompletny kretyn, ale serio – poza sezonem grzybiarskim nikt tędy nawet nie przejeżdża, prócz (sporadycznie) robotników zwożących drewno, ale przecież nie w święta. No więc kto i po co? Na mięso to rozumiem że Kazika i Guzika można by jeszcze wziąć, choć też więcej by z nimi było roboty niż żarcia. A zgłoszenie na Policję… Naprawdę czasem się zastanawiam, czy Wy aby nie piszecie do mnie z jakichś innych, lepszych światów. Bo Policja wszczynająca postępowanie w sprawie domniemanej kradzieży dwóch koziołków, o wartości rynkowej zero złotych, bez żadnych śladów przestępstwa, nawet poszlak… Nie, to chyba nawet w innych, lepszych światach byłoby nierealne.

    Macie zapewne choć blade pojęcie o tym, jak bardzo dręczy mnie pytanie: co się tak naprawdę stało. Wydaje mi się, że te koziołki były zbyt duże dla lisa, zwłaszcza Stasio, bo dziewczynka Kachny była drobniejsza. Ale nawet gdyby przyjąć, że to Rudy Ryj, to musiało ich być dwóch, bo w jednego lisa targającego dwa koziołki nie uwierzę. Ptak drapieżny? Myszołów, kania, orlik krzykliwy oczywiście odpadają. Największy jest tutaj błotniak, ale musiałby zeżreć ofiarę na miejscu, a nie znaleźliśmy NIC.
    I znowu wracając do lisów – w ubiegłym roku Rudy Ryj wyniósł nam nie pamiętam już nawet ile kur i trzy kaczki, ale nigdy nie połasił się na koziołka, a przecież wszystkie szkraby chodziły z matkami, tak jak teraz. Pozostaje wilk/wilki.

    Jakieś dwa, może trzy miesiące temu wilki zabiły krowę i dwa cielaki, w gospodarstwie oddalonym od nas o kilka kilometrów. I od razu Wam powiem, że przelazły przez ogrodzenie wysokości półtora metra (och, ja na własne oczy widziałam, jak to robił Wąski, i nie zajmowało mu to więcej jak cztery sekundy), czego nie dały zeżreć to zostawiły. Już wtedy zaczęliśmy liczyć, ile kosztowałoby ogrodzenie z siatki leśnej tego naszego dzierżawionego terenu, i nie, nie mamy tylu tysięcy złotych. Gdybyśmy mieli takie ogrodzenie, to miałoby sens o tyle, że moglibyśmy tam wtedy razem z kozami trzymać psy, bo bez ogrodzenia psy niestety wolą tropić dzika w lesie, niż pilnować dobytku.

    A propos psów i ich zajebistej czujności. Jakieś trzy tygodnie temu, jeszcze przed tymi wszystkimi wykotami, szłam sobie do kotłowni, wszystkie pieski były na podwórku, a tu patrzę – środkiem drogi gruntowej idzie sobie niespiesznie lis. Idzie na wschód, w stronę gospodarstwa pani Żozefin, kita mu się majta, a pieski… KURWA NAWET NIE DRGNĘŁY. Lis przystanął, obejrzał się, nawiązaliśmy kontakt wzrokowy, i on tak sobie stał i patrzył na mnie, choć dzieliła nas odległość ledwie 50 metrów. Dopiero gdy ruszyłam ku niemu zdecydowanym krokiem, wołając Majkę, Pimpacego i Lasera (którzy NADAL nic nie zwietrzyli), Rudy Ryj porzucił patrzenie mi w twarz i potruchtał (nie „puścił się szaleńczym pędem”, tylko potruchtał!) dalej. Za to jak na niebie pojawi się większy ptak drapieżny, albo np. bocian, to Atos drze paszczę i pianę z pyska toczy, jakby to były niemieckie bombowce, zaś Laser NIE POZWOLI, żeby dzikie kaczki wylądowały na naszym stawie. I weźcie kurwa z takimi owczarkami…

    Pluskat – ja po prostu mam za mało tego gówna. Teren plądrowany przez Kurokezów dam radę jeszcze tym obesrać, ale nie obydwie łąki :-/

    Wzięłam się dziś za robotę (oprócz serów, które i tak bym robiła), żeby za dużo nie myśleć. Konkluzja na dziś jest taka, że skoro zamarzył nam się odludny, leśny zakątek, to trzeba się liczyć z koniecznością płacenia podatku w naturze. To nie jest myśl na pocieszenie, to taki karny kopniak w dupę za naiwność i zachłanność. Bo co mi się niby wydawało, że wszyscy będziemy zawsze zdrowi, uśmiechnięci i najedzeni? Nie wiem, jak długo trwa proces „odmiastowiania”, ale widzę, że po tych pięciu latach wciąż mi daleko do prostego, życiowego, rozsądnego wieśniaka.

    Może zakończę czymś trochę nawet zabawnym: jeden z Rosołów przeleciał dziś…. kaczuszkę bieguskę. Nie mam pojęcia, czy mu się pomyliło, bo kolor podobny, czy jest jednym z tych facetów, którym w sumie wszystko jedno co, byle było jeszcze ciepłe ;)
    Spieszę poinformować, że kaczuszka nie doznała uszczerbku, po wszystkim wygładziła piórka i wróciła do skubania młodej trawki.

    Hej, cieszmy się tym co jest, bo kto wie co będzie jutro, prawda?

    • Grace 27/03/2016 at 21:35

      Kanionku, nie wiem, co napisać…
      Przykro mi bardzo, bardzo…
      I przytulam, i głaszczę…

      • kanionek 27/03/2016 at 23:34

        Dziękuję, Grace.
        Żebym chociaż miała pewność, że już po nich, nie żyją, pozamiatane. Ale wciąż myślę, że jeśli gdzieś tam są… A potem mysle, że to bzdura, bo niby gdzie miałyby być, a później znów, że jeśli żyją… Kurwa mać.

    • Iza 27/03/2016 at 22:10

      Wszystko cacy, ale… ta rajza wilków u „sąsiadów” miała miejsce w biały dzień? Bo normalny na umyśle wilk to przecież wieczorem poluje… Poza tym, masz w okolicy świetnie wychowane wilki – czysto jedzą, cichutko i nawet naczynia po sobie zmywają, żebyś się nie wystraszyła kropelki krwi. :P
      Tyle, że po mojemu te wilki to raczej dwunożne są, i nie aż tak wprawione do myślenia, żeby większą porcję mięsa złapać zamiast mniejszej. Albo nie tak pracowite, żeby się z większym koźlęciem użerać zamiast malucha myk i do worka. Wiem, trudniej przyjąć, że dwunożne…
      No nic, tak czy owak, koszty własne odludzia, tu masz rację. :( Chyba by Ci się przydał jakiś pies bardziej „wyszczekany”…

      • kanionek 27/03/2016 at 23:32

        No nie, faktycznie tamten atak miał miejsce w nocy, a ja swoje zwierzaki na noc zamykam. Małżonek też mi mówi, że idiotów i zwykłych *ujów nie brakuje – może komuś się spodobały po prostu? Ale wiecie, ja ciągle jestem albo na zewnątrz, albo przez okno w kuchni co chwilę zerkam, taki wyrobiony odruch, i zwykle wiem co się dzieje w naszym obejściu.
        Raz, cztery lata temu, widziałam tutaj wilka w biały dzień. Szedł tą gruntową drogą, tak jak lis, o którym pisałam. Szczekanie psów (wtedy się kapnęły, że coś obce idzie) spływało po nim jak woda po kaczce. Po prostu szedł, chudy, wysoki, czujny, ale pewny siebie. Ale masz rację, że atak w biały dzień tuż przy ludzkim domostwie jest wysoce mało prawdopodobny, i to samo powiedział nam leśniczy.

        • Iza 28/03/2016 at 10:22

          Ty masz oczy w głowie, ale inne dwunożne też – poczekać, aż czymś się zajmiesz z drugiej strony domu, żadna sztuka. Pisałaś, że fotki im robiłaś – daj jakiemuś sołtysowi albo komuś, kto częściej we wsi bywa, jeśli maluchy nie skończyły w garnku, to prędzej czy później przyuważy, w końcu nie każdy ma kozy.
          A jak Twoje psy reagują na obcych ludzi (typu kurier, na przykład) w obejściu – drą paszczę, czy wyniosła obojętność, jak na Rudego Ryja?

          • kanionek 28/03/2016 at 20:08

            Na każdy przejeżdżający pojazd drą mordę – nawet na rowerzystę. Ale psy nie zawsze są na podwórku, bo jeśli na przykład chcę otworzyć mały wybieg, żeby gęsi i kaczki wyszły na zieloną trawkę, to na jakiś czas zamykam psy w domu, ponieważ Laser kradnie jajka Melinie, Mając wyżera resztki kurzego żarcia, a Pimpacy czatuje pod kurnikami, licząc na ofiarę…
            Teraz, gdy wspominasz o samochodach, przypominam sobie taką dziwną sytuację: któregoś wieczora kilka dni temu byłam w aptece. I gdy zamykałam za sobą bramę przed opuszczeniem gospodarstwa, w stronę naszego domu jechało czarne, błyszczące audi. Już myślałam, że to ta moja klientka z E., bo różnymi samochodami przyjeżdża, ale tak bez zapowiedzi? No i to audi mogło jechać tylko do lasu, bo ta droga to droga leśna i mój dom jest ostatnim zamieszkałym „przystankiem”, a ono wjechało na dróżkę prowadzącą do naszej bramy, wycofało, zawróciło i pojechało… z powrotem tam, skąd przyjechało. Bez sensu, bo skoro nie do nas, to po co było jechać kilometr w las i pod naszym domem zawrócić? Ale z drugiej strony – na wuj komuś z takim wypasionym audi dwa mikre koziołki, i to ukradzione, gdy wiadomo, że tu kozy kosztują tyle, co flaszka.

          • Iza 28/03/2016 at 20:34

            Wypaśne Audi mogło zwyczajnie paść ofiarą GPSa i nie mieć gdzie zawrócić wcześniej. :)
            Ale to, co Spokostanka pisze, że maluchy potrafi sparaliżować ze strachu i wtedy nie płaczą i nie odpowiadają, wlało mi trochę nadziei… Chociaż, po takim czasie…

          • kanionek 28/03/2016 at 20:45

            No właśnie, po takim czasie o głodzie i chłodzie…
            Chyba długo nie zaznam spokoju myśląc, że jednak mogą być blisko.

    • teatralna 28/03/2016 at 11:18

      Kanionku, nigdy nie będziesz prostym, bezrefleksyjnym wieśniakiem …życiowym, rozsądnym? i całe szczęście, bo ja widzę tych wieśniaków …bez serca w większości, bez wiedzy i wyobraźni.
      Wiem, że ciężko i nie będzie lepiej. Wilki to poważna sprawa i faktycznie, by się przydały odstraszacze ale o psy też bym się bała, bo ja nie wiem, czy pies ma szansę w starciu z wilkiem…a z drugiej strony szkoda mi też i lisów i wilków…

      • kanionek 28/03/2016 at 20:38

        Nie, moje psiaki z wilkiem nie miałyby szans. I też czasem trochę myślę tak, jak Ty – że wilki i lisy też mają swoje szczeniaczki i muszą im dać jeść. Wiadomo jednak, że wolałabym, żeby dały im do jedzenia coś innego, niż moje zwierzęta.

  78. ciociasamozło 27/03/2016 at 21:33

    Ech… Masz rację Kanionku blisko natury to też zgodnie z naturą. A to oznacza nie tylko cudowne miękkie pyszczki nowonarodzonych koźlątek ale też śmierć żywych stworzeń :( Nic za darmo :((
    Strasznie ciężko się z tym pogodzić.

    Teoria z wilkiem wydaje mi się spójna ze zniknięciem Rudego Ryja (jeśli wilcze gówna miałyby faktycznie odstraszać lisy).

    • kanionek 27/03/2016 at 23:36

      No właśnie, „jeśli”. Tak jak wspomniałam – ta niewiadoma, co się naprawdę stało, mnie wykańcza. Małżonek mówi, że poszuka jakiegoś monitoringu z demobilu, czarno-białego szajsu, byle było coś widać, i że może zainstaluje dwie kamery. Ja myślę o fosie i chińskim murze.

  79. Magda Spokostanka 27/03/2016 at 22:57

    Kanionku, trzy razy mi zginęły malutkie kozlątka i za pierwszym razem godzinami przeszukiwaliśmy z mężem różne chaszcze, doły i wądoły, aż uznałam, że maluchy utopiły się w pobliskim stawie, bo przecież nie mogły tak po prostu zniknąć. Na drugi dzień zupełnie przypadkowo odkryłam je w piwnicy, śpiące w węglu. Wepchnęły okienko do wewnątrz i wpadły razem z nim na dół. Kolejny zaginiony maluszek wpełzł w stodole pod pryzmę cegieł i nie był w stanie stamtąd się wydostać. Musieliśmy zdjąć ok. 100 cegieł żeby go uwolnić. To miejsce na szczęście wskazała koza matka, bo nigdy w życiu bym tam nie szukała. Masz pewnie u siebie sporo takich miejsc, gdzie rozsądek mówi, że kozlątko by się nie zmieściło, a jednak. Szukajcie jeszcze. Trzymam kciuki i ściskam serdecznie!

    • kanionek 27/03/2016 at 23:24

      I znowu nadzieja…
      Ale dziś też szukaliśmy, a ja wiem, jak się potrafią drzeć małe koźlątka, gdy są wystraszone – czasem nawet gdy się któreś na ręce weźmie, a ono uzna, że tym razem dzieje mu się krzywda, wrzeszczy tak że uszy zwijają się w rulon. Zresztą sama wiesz…
      Oprócz kradzieży i ataku drapieżnika wymyśliłam jeszcze taką możliwość: stado polazło z młodymi (choć najczęściej takie szkraby zostają w koziarni, gdy matki wybierają się „gdzieś dalej”, i już kilka rzy dałam się nabrać na tę sztuczkę; ja ich szukam, rwąc włosy z głowy, a one skitrane w najciemniejszym kąciku i ani mru mru), coś je spłoszyło, stado ruszyło z kopyta, a te dwa pędraki albo się zagapiły, albo w panice poleciały w złą stronę. Jeśli poszły w las i szły przed siebie, to szukaj wiatru w polu (choć skraje lasu też przeszukałam). Ale z drugiej strony – chodziłam ze stadem, Bożena beczała ile sił w płucach, Kachna jęczała najgłośniej jak umie, i szłam z nimi właśnie z tego powodu – liczyłam na to, że jeśli dzieciaki zbłądziły, głosy matek naprowadzą je na właściwą drogę powrotu. Nie wiem już, gdzie jeszcze mogłabym poszukać. W stawie się u nas ciężko utopić, bo przy brzegach jest płytko; zresztą wypłynęłyby na wierzch.

      • Magda Spokostanka 28/03/2016 at 11:16

        No właśnie nie, zupełnie nie krzyczały. „Skitrane, ani mru mru” Przypuszczam, że w sytuacji śmiertelnego zagrożenia, zamierają w bezruchu i milczą, tak jak sarenki. Nie reagują na wołanie matki ani na zbliżającego się człowieka, itp.
        Ryzykując, że potraktujesz mnie jak niespełna rozumu kobitę, chciałam Ci jeszcze coś napisać. Zgubiłam kiedyś w lesie maleńki kluczyk do domu. Kilka hektarów ściółki leśnej i malutki kluczyk. Parę godzin go szukałam bezskutecznie, aż przypomniałam sobie, co trzeba zrobić. W tym miejscu umieść co chcesz, co Ci jest bliskie – może to być rytuał szamański, może być klasyczna modlitwa do św. Antoniego , po prostu prośba do wszechświata lub własnej podświadomości. Kluczyk znalazł się natychmiast. Podobnie znalazłam telefon, który mi wypadł z kieszeni i utonął w głębokim śniegu (oczywiście nawet nie wiedziałam, że mi wypadł, zorientowałam się dopiero w domu ) W odnalezieniu kozlątek nie pomogły mi ani żadna moja przenikliwość ani doświadczenie pasterki kóz ani nic z rozumu. Nigdy w życiu bym ich nie znalazła, gdyby „coś” mi nie pomogło.
        Trzymaj się!

        • kanionek 28/03/2016 at 20:33

          Magda, JA miałabym kogoś uznać za niespełna rozumu? To byłaby bezczelność.
          Owszem, dzisiaj też szukałam, choć już tak „na pół serca”. Owszem, telefony, klucze, fajkę elektroniczną i buk wie co jeszcze gubiłam wielokrotnie, i zawsze znajdowałam.
          Prawdę mówiąc wolałabym zgubić telefon, niż te dwa koziołki. Gdybym mogła się z losem zamienić, to niech bierze jebafon, a odda dzieciaki, nawet nie mrugnę.
          Po Twojej relacji z gubienia koziołków pozaglądałam nawet do komórki na siano (bez sensu, jest „szczelna”), drewutni (też bez sensu, od tyłu tylko zwarte dechy) i w kupkę drewna za drewutnią. To już naprawdę wszystkie zakamarki, w które teoretycznie mogłyby dzieciaki wejść i mieć problem z wyjściem. Nasze kozy bowiem nie chodzą po podwórku, gdzie tego typu skrytek jest więcej, tylko na zewnątrz. Całe podwórze wokół domu jest ogrodzone ze względu na niegdysiejsze psiejskie wycieczki do lasu (psy znikały na kilka godzin, a ja czekałam, obgryzając paznokcie do obojczyków), a kozy mają z koziarni wyjście z tyłu obory i do dyspozycji dwie łąki, staw i brzegi lasu. W głąb lasów się nie zapuszczają, pewnie instynkt samozachowawczy im podpowiada, że bliżej domu jest bezpieczniej.

          I przypuszczam, że masz rację z tym „milczą jak sarenki”. Nie tylko zresztą sarenki – gdy Atos uszkodził sobie kręgosłup i leżał w lesie, jakieś 50 lub więcej metrów od drogi, nawet nie pisnął, gdy go wołaliśmy, i małżonek stwierdził, że to był cud, żeśmy go w ogóle znaleźli. Przechodziliśmy, wołając i gwiżdżąc, dosłownie 10 metrów od niego, a on nic! Kątem lewego oka złowiłam to jego szarawe udo i czarny grzbiet, a skubany leżał na domiar złego w lekkim zagłębieniu terenu, zasłonięty przez chaszcze. Możliwe więc, że jeśli ta parka zgubiła się i poleciała gdzieś na oślep, to potem przycupnęła w ukryciu i przeszła w tryb „bezpieczeństwa”. Przeczesaliśmy obie łąki, ale to 1,8 hektara, trawy są beżowe, Stasio był koloru Pippi, a córka Kachny też taka buro-szaro-brązowa. O lesie to nawet nie wspomnę – jeśli zwierzaki siedziały cicho za choćby krzaczkiem czy pniem drzewa, to wyobraźcie sobie, że musielibyśmy każde drzewo obejść dookoła… I wciąż nie byłoby wiadomo, czy nie skończyliśmy o metr w głąb lasu za wcześnie.

          Klasycznej modlitwy nie odmawiam, ale uwierz – błagałam wszystkie siły, jakie mogły mnie usłyszeć. Moja wola, pragnienie odnalezienia tych dzieci była chyba widzialna w powietrzu. Wczoraj przez okno w kuchni zobaczyłam koziołka kicającego na skraju lasu – wyskoczyłam jak stałam, biegnąc na złamanie karku, tylko po to, żeby przywitać się z Gamoniem :-/

  80. mitenki 27/03/2016 at 23:21

    Jestem w szoku. Weszłam, żeby życzyć Wam Wesołego Alleluja, a tu takie wieści…
    Przeczytałam, co napisały dziewczyny wyżej i myślę tak jak Spokostanka – Kanionku nie poddawajcie się jeszcze. Może wlazły w jakąś mysią dziurę, psią budę, do kurnika, za graty jakieś… Przytulam i trzymam kciuki Kanionku :)

    • kanionek 27/03/2016 at 23:38

      Dziękuję, kochana. Psie budy i kurniki wykluczone, wejścia nie z tej strony ogrodzenia, no i jestem pewna, że gdyby utkwiły w jakiejś pułapce, ale w zasięgu głosu swoich matek, to już dawno by się odezwały – Bożena i Kachna dzisiaj też nawoływały :-/

  81. zeroerhaplus 28/03/2016 at 05:53

    No to macie, kurna, „święta”…
    Na zostanie „prostym, życiowym, rozsądnym wieśniakiem” i tak nie masz szans (sorry, Kanionek), strata zawsze będzie bolała, bo przecież inaczej się nie da.
    Całe szczęście czas i reszta zwierzyny powoli leczy Twoje rany (wiem, że wyświechtane, ale prawdziwe).

    • kanionek 28/03/2016 at 19:56

      Masz rację. Dziś był taki piękny, prawdziwie wiosenny dzień. Słońce, prawie 15 stopni, muchi powstawali z martwych, motylki łączyły się w pary, pliszki kręciły śmigiełkami, kosy prześcigały się w konkursie na NAJDZIWNIEJSZĄ piosenkę…
      Zwodowaliśmy gąski i wszystkie kaczki w stawie – bieguski doskonale pływają (o, niespodzianko), Kaczka robiła „motorówkę”, gęsi nurkowały (Melina jest chyba zbyt tłusta, bo ledwie jej się udaje wepchnąć pod powierzchnię wody), ropuchy pełzły przez podwórko do wody.
      Andrzej obgryzał nam kołnierze, Bożena przyszła się po prostu przytulić, grzejąc prawy bok w słońcu, owce robiły „BAAA” tak dla zwykłej draki, a piątka najmłodszych koziołków szalała, urządzając sobie sprinty wzdłuż brzegu i wspinaczkę na co większe kamloty.

      Sielanka. Tylko tamtej dwójki wciąż żal.

  82. teatralna 28/03/2016 at 11:47

    co Ci napisać, no nie wiem.. mam nadzieję, że zdarzy się cud.

  83. Modra 28/03/2016 at 12:16

    Kanionku, bardzo ci wspolczuje koszmarnych przezyc. Tez mam nadzieje na cud. Choc mysle tez ze ludzie to ku..wy i zywego nie uszanuja, a mloda jagniecina np, spotkana na drodze co sama pcha sie w rece moze byc w takiej jak twoja okolicy uznana za prezent od losu. Sama wiesz z jakim mental component w okolicy masz do czynienia. Choc bardzo chce aby sie znalazly…

    • kanionek 28/03/2016 at 20:41

      Co do ludzi (przynajmniej większości tutejszych) to masz rację, ale wciąz w głowie mi się nie mieści, żeby to na mięso miało być, bo serio – na takim koziołku mięsa mniej niż na kurczaku! To są szkieleciki z kupą futra; co innego taki tłusty Mariusz.Tak, Mariuszem by się człowiek najadł, ale Stasiem? Małżonek mówi, że jeśli ktoś faktycznie ukradł, to raczej do hodowli, bo dziwnym trafem parka zniknęła. Ale jeśli tak, to musiał być masochista lub debil, bo te koziołki trzeba jeszcze przez kilka tygodni mlekiem karmić.

      • dolmik 28/03/2016 at 21:28

        Popieram Małżonka. Od początku podpadło mi, że to parka…. Ale to raczej nikt z okolicy, bo chyba dowiedzielibyście się o nowej hodowli w pobliżu…? I kradzież by się wydała. A może…. jakiś idiota z okolicy, połaszczył się na hodowlę, bo „miastowe mają, to pewnie się opłaca”…. nie myśląc nawet, że kradzież się wyda :/ Fiut. Sama myśl mnie podnosi z fotela…. :/

        • kanionek 28/03/2016 at 22:13

          Jeśli zobaczę gdzieś w okolicy moje koziołki, to nie wiem co zrobię ze złodziejami. Nie spalę i nie rozszarpię, bo za to kryminał, a czy Policja mi na słowo uwierzy, że akurat te to moje?
          Właśnie wróciłam z ostatnich poszukiwań, bo wpadłam na kretyński pomysł, że w nocy, w świetle latarki, lepiej widać oczy. Wiecie, jak oczy lisa, sarny, czy kota w świetle reflektorów samochodu. No i znalazłam dwa koty, jednego w lesie, drugiego na łące (jest tak ciepło, że Gamoń i Kotek ani myślą wracać do domu), a trzeci, czyli Panter, łaził za mną wiernie krok w krok. Panter to jest prawdziwy kot towarzyszący. Serio, żaden z naszych kotów się tak nie zachowuje. Panter szukał z nami koziołków chyba za każdym razem, choć chodziliśmy w kółko i z pozoru bez sensu. Był cały czas dwa metry za nami. Czasem łazi za mną lub małżonkiem, gdy kursujemy między kotłownią a drewutnią, i też mu nie przeszkadza, że to bez sensu. Gdyby jeszcze sikał do kuwety, to byłby kotem idealnym. Jest bardzo, bardzo kontaktowy i miły.
          Znalazłam też pierdyliard kopulujących ropuch. Wiosna idzie.

          • ciociasamozło 28/03/2016 at 22:24

            Co do dowodu na pochodzenie koźląt – robiłaś im zdjęcia?

            Panter sierotka ma problem z usamodzielnieniem ;)

          • kanionek 29/03/2016 at 00:06

            Tak, zdjęcia mam. Ale jeśli trafię na nich za np. kilka miesięcy, to nie wiem, czy Policja będzie powoływać biegłego w identyfikacji koziołków…
            Ja ich poznam okiem i sercem, a zdjęcia są tylko martwymi obrazkami.

          • RozWieLidka 29/03/2016 at 11:59

            Te nocne poszukiwania coś w sobie mają, bo ja znalazłam dzisiaj Twoje koziołki. U mnie. Dwa domy dalej. Pół kraju od Ciebie. Szkoda tylko że we śnie😐

          • kanionek 29/03/2016 at 20:55

            Też żałuję :(

  84. RozWieLidka 28/03/2016 at 12:26

    Nic mundrego nie napisze, bo co tu po mundrościach. Przytulam Cię Kanionku mentalnie i ślę pozytywne wibracje i co tylko najlepsze w Twoją stronę.

    • kanionek 28/03/2016 at 20:43

      Dziękuję, RozWieLidka.
      Wiecie, dzis zauważyłam, że Roman nam się w końcu zaokrągla :) Mogę się mylić, ale w połowie grudnia i potem jeszcze w styczniu Lucek przetańczył z Roman kilka wieczorów ;) Jeśli się nie mylę, to między połową maja a połową czerwca będziemy mieli ostatni wykot.

      • ciociasamozło 28/03/2016 at 22:25

        No to trzymam kciuki, żeby sypnęła dziewczynami :)

        • kanionek 29/03/2016 at 00:13

          Byłoby miło, bo na razie stado nawet idei parytetów nie uznaje ;)
          Obecnie mam dziesięciu chłopa… na siedem dziewczyn. Nawet kurczaki się lepiej urządziły – 6 Rosołów na 9 pań.
          Właśnie – dzwoniła dziś do mnie pani Żozefin, że chyba jedna z jej kur ma ochotę posiedzieć na jajkach i czy ja bym ją chciała. Bo ona ma jednego koguta na ponad czterdzieści kur i nie ma pewności, czy wszystkie jajka są zalężone, więc po co kura ma siedzić bez sensu. No to tak sobie myślę, że może posadziłabym tę kwokę na Meliniarskich jajach? Czytam, że kury są najlepszymi wysiadywaczkami gęsich jaj, ale jedna kura da radę wysiedzieć do sześciu jaj naraz. Melinie już buchnęłam chyba dziewięć (mrozy po -5 stopni, a na gnieździe nikt nie siedzi), więc część mogłabym metodą kukułki…
          A pani Żozefin z przyjemnością oddam jednego koguta – siedzą pół dnia w kurniku, jak idioci, i robią sobie konkurs Kurowizji, piejąc jeden przez drugiego, zamiast swoich kobiet pilnować.

          • ciociasamozło 29/03/2016 at 09:40

            Żeś nazwała gęś Melina to teraz imprezuje zamiast na jajach siedzieć ;)

            Żozefin ma ponad czterdzieści kur?! No proszę! I nie wyrzuciła nadmiaru pod lasem? ;)
            A takie „normalne” kury mieszają się z zielononóżkami?

          • kanionek 29/03/2016 at 10:08

            Tak, w ub. roku kupiła 40 sztuk… W dodatku ktoś jej wcisnął, że to zielononóżki, zapłaciła chyba 16 zł za sztuke, a to kundle są (nóżki mają różowe, a kogucik cienki jak farbowany makaron). Ja polityki pani Żozefin nie rozumiem i nie wnikam – chce mieć dużo kur, żeby móc sprzedawać jajka, ale kur siedzących na jajkach nie chce. I kto jej zabroni? ;)

          • ciociasamozło 29/03/2016 at 11:06

            To się nazywa wolność! Robiem co chcem i nikomu nic do tego ;)
            Jak chcem to 10 nospów wezmę w godzinę. O!

            Zdecydowanie nie wnikaj.
            A kurokezami się wymień dla obopólnej korzyści :)

          • kanionek 29/03/2016 at 20:55

            Co ona dzisiaj odwaliła, to jest dopiero numer wszech czasów! Ale to już może zostawię na kolejny wpis, który podobno kiedys będzie.

          • zeroerhaplus 29/03/2016 at 12:00

            Może nikt jej nie wcisnął :)
            Weźmy taką scenkę: idzie pani Ż. na targ i żeby nie zapomnieć, czego jej trzeba, podśpiewuje jak Czerwony Kapturek w drodze do babci (wymachując koszyczkiem): zielononóżki… lalala… zielone nóżki, żółte puszki… zielone różki, różowe brzuszki… żurowe nóżki brzydkiej kaczuszki… różowe nóżki… o!
            Panie! Dej pan czterdzieści różowych nóżek!

            To i tak cud w takim razie, że z wieprzowiną do domu nie wróciła ;)

          • kanionek 29/03/2016 at 20:59

            …trzy kąkole, myszołapki, daj pan słonia w żółte ciapki.

          • Kaja 29/03/2016 at 15:50

            Kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej! (to do Zeroerhaplus, nie wiem, gdzie ten komentarz trafi, jakaś niekumata dziś jestem od rana)

  85. Ania W. 29/03/2016 at 17:27

    „Dzieci z Bullerbyn” !

    Kurcze, Kanionku, serce mi się skręca z żałości… Buuu…

    • kanionek 29/03/2016 at 21:07

      „Kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej” to jedna z niewielu rzeczy, które jeszcze pamiętam z tej książki, a bardzo ją lubiłam.

      I moje się skręca. Z żalu, złości, bezsilności, i od pytań bez odpowiedzi :-/

      • Buba 31/03/2016 at 13:38

        A ja pamiętam cukierki ślazowe. Cokolwiek miałoby to znaczyć.

        • kanionek 01/04/2016 at 22:50

          Tak, cukierki ślazowe też! Pamiętam, jak mój móżdżek próbował je sobie jakoś wyobrazić, zwłaszcza smak. I z jakiegoś powodu uznał, że cukierki ślazowe powinny być czarne i smakować lukrecją. Do dziś nie wiem, jak smakują ślazowe, i dla mnie nadal są czarne i o smaku lukrecji – siła wspomnień z dzieciństwa, tego pan nie wykasujesz.

          • buskowianka 01/04/2016 at 23:08

            O, a ja sobie wyobrażałam, że to takie jak werther’s original. Może dlatego, że rozdawał je dziadek i siłą skojarzenia z reklamą?

            A teraz internet mowi, że ślazowe to karmelki z wyciągiem z prawoślazu:
            https://www.alma24.pl/krakowski-kredens/slodycze-u4/cukierki-slazowe-karmelki-twarde-50g

          • kanionek 01/04/2016 at 23:33

            Buskowianka – mojego mózgu nie przekonasz. Ślazowe są nie tylko czarne, ale i miękkie. Takie do żucia :)
            Ale czekaj – jak Ci się mogło z reklamą kojarzyć, skoro wtedy o reklamach w telewizji tośmy jeszcze na oczy nie słyszeli? No chyba, że czytałaś „Dzieci z Bullerbyn” już w czasach dobrobytu ;)

  86. Owca 29/03/2016 at 21:28

    Kanionku drogi, to ja Owca, wysłałam przed chwilą mejla. Czy dotarł?

    • kanionek 29/03/2016 at 21:41

      Droga Ofco, właśnie zajrzałam i – przekażę komu trzeba :)
      Zaraz Ci też odpiszę w sprawie zamówienia.

  87. Owca 29/03/2016 at 22:02

    W porządku, dziękuję, bałam się, że mnie poczta nie słucha. :*

  88. ng 29/03/2016 at 23:26

    kurde, już zaczynam podejrzewać, że ja mogę mieć coś wspólnego ze zniknięciem :((

    Bo przed świętami i w święta i po świętach nie miałam czasu czytać. A jak ostatnio nie miałam czasu czytać, to Kachna zaniemogła. Teraz koziołki porwali. Żesz w mordę, no!

    Ja się zobowiążę, że będę czytać codziennie, tylko niech się znajdą, nawet u kogoś w okolicy. Bo chyba nie bierzesz na serio pomysłu, że to jakiekolwiek zwierze się nimi zajęło?

    • kanionek 30/03/2016 at 17:25

      Człowiek, zwierzę – czasami na jedno wychodzi. Nie wiem już w co wierzyć, fakty są za to jasne i proste – nie ma dzieciaków.
      Nieee, to nie Twoja wina :) Na nas się coś ostatnio uwzięło. Czarna seria, i jak się wczoraj okazało – to wcale nie koniec. Ale kiedyś się skończy, prawda? Serie zawsze się kiedyś kończą, i tego będę sie trzymać.

      • ng 30/03/2016 at 17:40

        Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. W końcu wszystko się ułoży – jestem pewna!!

        • ciociasamozło 30/03/2016 at 18:42

          Howgh!
          (I jeszcze kilka znaków, żeby komcio poszedł)

        • kanionek 01/04/2016 at 23:28

          Zwykłam mawiać, że owszem, się ułoży – dwa metry pod ziemią ;)
          Ale wiem, wiem, będzie lepiej i tego się trzeba trzymać.

  89. mitenki 30/03/2016 at 01:57

    Jak się znajdą, piechotą pójdę do Kanionkowa…

    • kanionek 30/03/2016 at 17:22

      Jak się znajdą, to ja Ciebie z nimi piechotą odwiedzę. Na boso.

  90. buskowianka 30/03/2016 at 13:06

    Ech :(
    (do dobrych ludzi nieszczęścia chyba przychodzą stadami. znajduję to niefajnym.)

    • Kachna 30/03/2016 at 13:18

      Tak właśnie jest kochana.
      Coś wiem o tem….
      ………………………………

      „Znajduję to niefajnym”,
      Rozmiękam od takiego stylu:)

      • kanionek 30/03/2016 at 17:22

        Z tymi stadami to też Buskowianka ma rację. Wczoraj straciliśmy pięć stów, ot tak, jak w pysk dał, albo raczej od pyska odebrał. Może napiszę w nowym wpisie, jeśli moje nerwy na to pozwolą.

        • ciociasamozło 30/03/2016 at 18:40

          Opisz, opisz. Różni tacy twierdzą, że podzielenie się problemem z innymi ma działanie terapeutyczne. Podobno.

          • kanionek 01/04/2016 at 23:26

            Tylko że ja się już wyprztykałam z emocji – gniewu, żalu, frustry, a nawet nienawiści. Teraz to mi tylko smutno i ech.
            Ale jutro przyjeżdża moja Mama, zrobimy nowego stracha na wróble, a może i stracha na strachy nam się uda z rozmaitego wypleść ;)

        • baba aga 30/03/2016 at 22:12

          O zesz k…. Moja córka wczoraj zgubiła portfel z pięcioma stówami, co za dzień, ale dzisiaj się znalazł. Może dzisiaj się u Ciebie też coś się znalazło? Jakaś taka trudna pora chyba u wszystkich. Aby do wiosny

          • kanionek 01/04/2016 at 23:23

            Nie, u nas przepadło na wieki :-/
            No kurczę – jak „do wiosny”? Przecież niby już jest. Maki u mnie z ziemi wyłażą, żonkile szykują kwiatki, niektóre krokusy już się rozwiązały, że nie wspomnę o podagryczniku w ogródku – w trzy dni z jednego listka zrobiły się setki, jeśli nie tysiące ;)

  91. Iwona 31/03/2016 at 08:39

    Nie wiem co napisać…. . Najgorsza ta niepewność.

    • kanionek 01/04/2016 at 23:17

      Tak, niepewność jest najgorsza. Poprosiłam listonosza, żeby dał mi znać, gdyby zobaczył gdzieś, u kogoś…
      Ja w życiu nie odwiedzę tyle miejsc, co listonosz w tydzień, ale wolę sobie nie robić nadziei. Mam już nerwicę wyglądania przez okno; zawsze wyglądałam „przy okazji”, tak żeby mieć oko na podwórko i wiedzieć, gdzie akurat są kozy, ale teraz to już jest chorobliwe. Zmywam gary i wykręcam łeb do tyłu, żeby spojrzeć, czy wszystko OK. Zakręcam kran, gdy wydaje mi się, że coś jedzie (samochód, motocykl… od kilku dni gówniarze przejeżdżają raz, dwa razy dziennie przez las, bo może papaierów nie mają, żeby po asfalcie jeździć). Przez ten pomysł z kradzieżą mam wizje koziołków pakowanych do furgonetek, ale nie tylko. Wilków też wypatruję, i lisów. Chodzę napięta i dwadzieścia razy dziennie przeliczam stado. Ech.

  92. mitenki 31/03/2016 at 10:29

    Skąd te plagi egipskie na Kanionka, na górze pomylili adres?

    • Iza 31/03/2016 at 10:45

      Zgubili wszystkie inne… :(

    • Kachna 31/03/2016 at 13:21

      Mają co najmniej dwa. Adresy. Uwierz mi…

      • kanionek 01/04/2016 at 23:02

        Kachna, jeśli wierzyć w siłę przypadku i tajemniczej analogii, to… Koza Kachna ma się coraz lepiej. Jeszcze wygląda trochę szkapio, jeszcze długo nie zarosną jej te wygolone miejsca po zastrzykach, ale Irenie w łeb już dała i się przy tym nie przewróciła ;)
        Jak na ironię ma teraz wystarczająco dużo mleka, żeby samodzielnie wykarmić dwójkę dzieci, a że zostało jej tylko jedno, to synek jest wesół i niczego mu nie brakuje (butelkę już dawno odstawiłam w kąt). Przyjaźni się z córeczką Bożeny. Może to przypadek, ale ona straciła brata, a on siostrę, i teraz bawią się razem, a Trzech Muszkieterów Ireny to osobna paczka.

        Słuchaj, może też powinnaś dać komuś w łeb?

        • Kachna 02/04/2016 at 00:40

          Dałam.
          Wyleciał za bramę.
          Dosłownie.
          Kto mnie zna – nie wierzy.
          I specjalnie czekałam z napisaniem tego do 2 kwietnia.
          O i tak jest.

          • baba aga 02/04/2016 at 14:35

            Czuję, że powiedzenie zaprzyjaźnionego policajta będzie na miejscu. „Ale wy baby jesteście głupie, niezależnie od orientacji” ma prawo tak mówić, bo jest to policjant o dużej wrażliwości społecznej i pomógł już trzem moim koleżankom pozbyć się psychopaty z domu. Kachna są tacy i naprawdę potrafią pomøc, nie wiem czy trafiłam w temat, ale tak na wszelki wypadek, żebyś wiedziała, że ludzie chcą pomagać i nawet policjanci też ;-) gdybyś potrzebiwała pomocy w takim temacie to mam pod ręką osoby doświadczone i chętne do pomocy, Kanionek ma mój adres.

    • Modra 31/03/2016 at 14:00

      A nawet trzy. I nie pomaga zmiana adresu na inna szerokosc geograficzna, bo te lajzy znajda drage nawet kiedy wydaje sie czlowiekowi, ze zaszyl sie na emigracyjnym zadupiu wiec choc stara bieda jeszcze sie ciagnie za czlowiekiem , to nowa znalezc nie powinna… A ta franca snuje sie bez sensu zadnego i dobrych ludzi trafia, zamiast tych co sobie bardziej zasluzyli :-(

      • kanionek 01/04/2016 at 22:48

        Bo jak mówi stare powiedzonko – złego diabli nie biorą. A jeśli złego nie biorą, to kogo mają wziąć?

  93. dolmik 01/04/2016 at 11:36

    W modły nie wierzę, ale w moc dobrych myśli – jak najbardziej.
    Posyłam Wam, Kanionku i Kozy drogie, duuuużo dobrych myśli! Niech to zło się odwróci!!
    Duuużo.

    • kanionek 01/04/2016 at 22:45

      Dziękuję i proszę o więcej, bo na razie działa – nic mi więcej nie zniknęło!
      Tylko jeszcze mnie szarpie… Wczoraj chciałam zrobić nowy wpis, bo zaległości przecież jak stąd do bitwy pod Grunwaldem, zrzuciłam zdjęcia na kompa, zaczęłam przeglądać, przy dzieciach Kachny i Bożeny wymiękłam nerwowo, wuj bombki strzelił i poszłam spać :-/

  94. Skorpion pandeMonia 01/04/2016 at 19:44

    O rany. Dajcie mi fotel ile się to zdarzyło! Zalegnę w nim, Kanionek siadaj obok. OMGlewam. Wody!

    • kanionek 01/04/2016 at 22:39

      A ić z tą wodą! Co mi się za oborą porobiło po tych deszczach – kozy i owce sterczą tam codziennie całym rozbeczanym tłumem, czekając na swoją kolej do ziarek i/lub dojenia, no i co robią? Kupę robią. Masowo. Na przestrzeni dziesięciu metrów kwadratowych, może dwudziestu. Owce to już w ogóle – jak one sypną kulek… No i popadało, to się wszystko rozmemłało, grząsko, ino kląsko, i po tym jak kilka razy wycięłam piruet musiałam się wreszcie wziąć. Kilka taczek wywiozłam do ogrodu, z ostatnią dojechałam tylko do tyłów drewutni, bo moje plecy rzekły: albo gówno, albo my, wybieraj Kanionek. No i ta taczka tam stoi i czeka na mnie, i kółko zaciera z uciechy, że jutro znów jedziemy :-/

      Skorpion, ja się boję do Ciebie zajrzeć, bo u mnie się tyle zdarzyło, że na to, co zdarzyło się u Ciebie musiałabym pożyczyć od kogoś pół doby pewnie. I u Kaczki tak dawno nie byłam… Czy już opływacie w luksusy? Bo książka chyba na wiosnę miała wyjść?

      • Skorpion pandeMonia 02/04/2016 at 12:59

        Jeszcze nie opływamy. W zasadzie chyba nie będziemy opływać w nic, prócz sławę wiekuistą. Ponoć to najlepsze, prócz miłości, co się może człowiekowi zdarzyć, no ale ja może w gówno wdepnęłam przy urodzeniu no i tak się za mną ciągnie. Mówią, że w gówno wdepnąć, to szczęście wiekuiste, no więc się cieszę.
        Ta sława z Tyrmandem ma nas spać dość oczekiwanie w czerwcu, ale odwleka egzekucję.
        Ściskam Cię Kanionku umilony, wybacz me milczenie, ale trochę mi niebo na łeb spada ostatnio. I spokojnie, możesz włazić w moje progi, bo nie mam 315 komentarzy, a i życie na bloga nie nadaje się na bardzo.
        Tęsknię do Twych serów i nie omieszkam użyć tej tęsknoty w słusznej sprawie. No i tęsknię do Ciebie! ♥

  95. Fredzia 02/04/2016 at 14:36

    A to widać po małych koziołkach, że chłopczyk czy dziewczynka?
    Tak z dwojga – a może i trojga – złego, chyba lepiej, że do ludzi na hodowlę poszły, niż by je wilk miał wszamać. Bo po pierwsze primo, może komuś pożytek przyniosą, może w złe (nawet jeśli lepkie) łapy nie trafiły. A po drugie primo – jakby ten wilk poczuł, że tu restauracja, częściej by się zapuszczał.
    Nie umiem pocieszać, wolę przytulić. Albo poszukać racjonalną drogą pełnej połowy szklanki. I tak sobie myślę, że wilk przecież dwóch naraz by nie chwycił, jedno ze strachu by mu smyrnęło. Ludzie… na mięso nie, więc na handel albo hodowlę. Pomyśl, że może kawałek świata zwiedzą i pocztówkę kiedyś przyślą z Madery ;)
    A listonoszowi to tak za bardzo nie ufaj, bo jak myślisz, skąd niby ten ktoś wiedział, że tu koziołków tyle i luzem chodzą…

  96. Kachna 04/04/2016 at 13:01

    Dziewczyny i chłopaki żyjecie???
    Czy tak jak ja – nie….
    …….
    Z ostatniej chwili – połamany ząb u „9,5”, który się trzyma w dziąśle – ten ząb mimo połamania.
    Wizyta stomatologiczna z „9,5” – najkoszmarniejszy koszmar.
    Co jeszcze?
    Ja się pytam kiedy będzie dosyć?!!!

    • ciociasamozło 04/04/2016 at 13:20

      Jutro test szóstoklasisty u 12,5….
      Wczoraj zgubił okulary…

      Trzymaj się Kachna! Co nas nie zabije to nas wzmocni… podobno… ;)

      • Kachna 04/04/2016 at 13:22

        Podobno….jakoś przestaje w to wierzyć.
        Chyba, że jako ten Feniks z popiołów jak już się spopielę całkiem całkowicie.
        Jeny – no co jest????
        Czymam ciuki za 12,5! Zazwyczaj więcej strachu i nerwów (u mamusi…) niż to warte.

        • cicha wielbicielka 04/04/2016 at 18:47

          Kachno, pamiętaj, że masz fanklub.
          Postury trochę marnej ale nic to … ona ma siłę, nie wiesz jak wielką …
          także jakby co to daj znak… tajemny :)

        • thais 04/04/2016 at 20:43

          Kachno, myślę że wiele osób Ci kibicuje i trzyma kciuki, może nie wiem do końca o co chodzi, ale to nie ważne, życie jest jedno i szybko przemija, żyjmy najlepiej jak potrafimy.

        • Kachna 05/04/2016 at 09:28

          Nie wiem co napisać – a to mi się rzadko zdarza.
          Dziękuję po prostu.

      • paryja 04/04/2016 at 20:30

        Ciociusamozło, co nas nie zabije to nas wkurwi ;)

        Moja Trzynastka też jutro pisze test, oczywiście przeżywam ja (i doprawdy nie wiem po co )

        • cicha wielbicielka 04/04/2016 at 22:02

          co nas nie zabije to nas wzmocni i dlatego jestem aluminium, beton stal :)
          a do wszystkich matek zdających egzaminy swoich dzieci – będzie dobrze bo niby jak ma być inaczej;)

        • ciociasamozło 05/04/2016 at 09:13

          Paryja, święta racja! i z wkurwieniem, i z tym, że nie wiem po co ;)

  97. dag 04/04/2016 at 20:57

    to i u mnie jutro test szóstoklasisty…

  98. Iwona 04/04/2016 at 21:49

    Trzymam kciuki za Wasze dziatki, a za Was jeszcze mocniej. Ja przeżywałam bardziej od córy, żeby dziecia nie stresować udawałam twardą. Na egzaminach gimnazjalnych jeszcze gorzej. Za trzy lata matura, zejdę pewnie z nerwów, jak dożyję.
    @ Kachna
    Ściskam Cię, walcz, choć czasem sił brak już, i myślisz, że więcej już nie zniesiesz. I czasem trzeba dobić do dna, i nagle dostrzec wszystko z innej perspektywy, i wypłynąć. Ja chyba dobiłam właśnie, w końcu…

    • ciociasamozło 05/04/2016 at 09:17

      Jak dożyję matury Młodego, to chyba wyjadę na ten czas gdzieś daleko. A wydawało mi się , że taka wyluzowana jestem…

  99. ciociasamozło 05/04/2016 at 09:12

    Oborowa Grupa Wsparcia jak zawsze niezastąpiona :)
    Pewnie, że nie ma się czym stresować… To tylko test szóstoklasisty… Boszsz! przed chwilą zaczął pisać!!! Aaaa….

    • ciociasamozło 05/04/2016 at 09:15

      No i kciuki za wszystkie Matki szóstoklasistów! ;)

    • zośka 05/04/2016 at 09:25

      Ciotko „Oborowa Grupa Wsparcia” mnie poskładała:))). Zarąbista nazwa. W każdym razie ja się zapisuję do OGW i wspieram wszystkie Dziatki, a przede wszystkim Matki! Będzie dobrze, wiem co mówię, bo mam to już za sobą dwa razy. Test 6 klasisty to przedbiegi, ale na maturze swoich dzieciaków byłam posrana gorzej od nich. Dałam radę, Wy też dacie:)
      Kanionek, co tam kochana? Ogarniasz jakoś? Wiem, że jesteś silna ale się czasami martwię.

      • mitenki 06/04/2016 at 18:09

        Tylko dziatki i tylko matki? A inne kulawe kaczęta to bez wsparcia mają być?
        Protestuję!

  100. Kachna 05/04/2016 at 09:25

    Czekolada. Przygotujcie ulubione czekolady. Mój dwa lata temu zjadł dwie tabliczki przed i dwie po.
    Tak po prostu jak kanapkę chrupał.
    Zadziałało – 39/40 pkt :))))
    …………………….

    • ciociasamozło 05/04/2016 at 10:25

      Batoniki figowe :)
      I obietnica obiadu „u Włocha” po :)

      • paryja 05/04/2016 at 11:10

        Chyba jestem wyrodną matką …

        • Kachna 05/04/2016 at 11:14

          Rozwiń paryja….
          Na czym twoja wyrodność polega?

          • paryja 05/04/2016 at 13:20

            Żadnych czekoladek,uroczystych obiadów w nagrodę i innych specjalności z okazji testu ;)
            Nawet mi do głowy nie przyszło żeby jakoś dzień wyróżnić.
            Ze starym dzieckiem było tak samo i nie jestem pewna czy o pisaniu testu nie dowiedziałam się po fakcie ;)

          • Kachna 05/04/2016 at 13:26

            Jesteś wyrodną matką;)
            Czekolada gorzka jednakowoż ma masę magnezu oraz szybkiej glukozy do pracy mózgu jak znalazł:)
            I taka czekolada należy się (może bardziej) matce również. Jak psu zupa lub kozie owies:)

          • ciociasamozło 05/04/2016 at 14:14

            Paryja, obiad u Włocha, bo Małż kanapki robił w szkole i nie miał czasu obiadu przygotować. A batonik figowy bo śniadanie kiepsko wchodziło :) . A poza tym synu memu potrzeba duużo pozytywnego wzmocnienia za jakąkolwiek aktywność naukową, bo uważa, że sam z siebie jest tak genialny, że nie musi się uczyć ;)

  101. Kachna 05/04/2016 at 09:29

    A to dla Was rodzice egzaminowanych żeby Was jeszcze bardziej rozkleić:))
    https://www.youtube.com/watch?v=vj-gtxNXcCc
    No.
    Mee.

  102. dolmik 05/04/2016 at 13:28

    Moja pisze. Jakoś nie przeżywam. Bardziej mnie ruszyło, że mogą nie zdążyć zjeść kanapek na przerwie. Młoda jest w grupie dyslektyków i mooocno przedłużył im się egzamin. Zwykłe grupy zaczęły już drugi egzamin a nasi dopiero wyszli na przerwę. No, ale napchałyśmy im brzuchy, kopa w tył i nara.
    Byłam w grupie,,karmiącej”. Taka tradycja w szkole, rodzice przygotowują >lanczyk <

    • ciociasamozło 05/04/2016 at 14:10

      U nas Małż w grupie karmiącej :)
      Ja przeżywam bo nasze rejonowe gimnazjum jest mocno ujowe (dzieci wychodzą głupsze niż przyszły), a trzeba się wykazać, żeby dostać się do jakiegokolwiek innego (nie chodzi o takie z pierwszej dziesiątki, czy nawet piętnastki! naprawdę nie jestem matką z przerostem ambicji!).
      Chory system zwiększający różnice w wykształceniu już u trzynastolatków. Kiepsko ci idzie, masz beznadziejnych nauczycieli to idziesz do beznadziejnego gimnazjum, które jeszcze bardziej ci udupi. No chyba, że ma się farta do rejonu :(

      • Modra 05/04/2016 at 19:36

        Eee Ciocia, ale te lepsze gimnazja to nie specjalnie interesuja sie testem panstwowym. Maja dodatkowe swoje egzaminy i punktacja z nich dopiero ma znaczenie przy naborze. Tak bylo przynajmniej jeszcze bardzo niedawno temu, kiedy moj Mlodzianek aplikowal do porzadnego gimnazjum.

        • ciociasamozło 05/04/2016 at 22:57

          Dodatkowe egzaminy mają szkoły/klasy dwujęzyczne i sportowe (państwowe oczywiście).

  103. Buba 05/04/2016 at 20:45

    OMG a gdzie Kanionek? Ostatni wpis był, jeśli dobrze widzę pierwszego kwietnia a dziś już jest piąty. I cisza !!!!! KAAAANIOOONKUUUUU, żyjesz???

    • thais 05/04/2016 at 22:17

      myslę że Kanionek ma wszystkiego serdecznie dosyć

      • kanionek 06/04/2016 at 17:33

        Ano zgadłaś, Thais. Mam już tak serdecznie dość tego pecha i lęku o to, co będzie jutro, i czy damy radę i różne takie.
        Mam dużo pracy (wiosna, więcej kóz, więcej dojenia, sery, rozsady, napalone kozły, namierzone przez małżonka cztery zabiedzone i zawszone kozy w pobliskim mieście i w związku z tym DYLEMAT) i prawie same zmartwienia.
        Ale nie będzie tak źle (sama siebie przekonuję), choć czuję w kościach, że zbiera mi się na migrenę roku.
        Siadłam i piszę nowy wpis, a Mama kroi cebulę. Dwie kobiety w domu to dwa razy więcej roboty opędzone, i ja się już wcale nie dziwię instytucji wielożeństwa.
        Nie wiem, czy dzisiaj wrzucę, ale wierzcie mi – piszę, na raty.
        Ponieważ jesteście tego warte, moje Kozy Nieocenione :)

        • ciociasamozło 06/04/2016 at 17:55

          Uff! Nie zostawiłaś nas ;)
          Najbardziej w Tobie podziwiam, że nawet jak nie masz siły to masz siłę (choćby pogrzebać łopatką na dnie stawu) :)
          Przesilenie wiosenne jest do dupy. Moje kości mi mówią, że już tylko eutanazja może pomóc. Ale nie mam na nią siły. D3 pomogła tylko na chwilę.

          Pozdrowienia dla Mamy!

        • mitenki 06/04/2016 at 18:06

          Sama całego świata nie zbawisz Kanionku… Przytulam

          A trzy kobiety, to trzy razy tyle roboty zrobione, tylko co na TO Mały Żonek?

        • Buba 06/04/2016 at 18:42

          Dacie radę (bo jak nie Wy to kto?) a jutro będzie futro. Od całej koziarni macie wsparcie mentalne a jak będzie potrzebny inny rodzaj wsparcia to pisz, na pewno wspólnymi siłami coś da się wymyślić:-)))

        • RozWieLidka 06/04/2016 at 21:11

          Uff znaczy się żyje. Kamień z serca, a skoro dostrzega jeszcze inne biedy to objaw pozytywnego trendu 😊Trzymamy Cię Kanoniku 😉

          • kanionek 06/04/2016 at 23:24

            A weź.
            Na te kozy to mnie taki wkurw złapał, że łeb kwadratowy. Pani sobie w zeszłym roku kupiła, bo były małe i słodkie. Pani za niedługi czas wyjechała do Włoch, a kozy zostały z jej matką i synem (oraz jakimś pie*dolniętym dziadziem). Kozy mieszkają w ruinie. Kozy mają „wybieg”, otoczony siatką stalową, taką typową, w rombik plecioną, w której rzekomo WYGRYZAJĄ dziury i uciekają, a tuż obok droga asfaltowa, a sąsiedzi narzekają, bo to ku*wa miasto, a tu kozy biegają. Dziury w ogrodzeniu są zastawiane starymi oknami. Pod inną ruderą stoją stosy szklanych tafli. W naszej obecności kozy, które są zdziczałe, przebiegły się po tych taflach (dużo brzdęku), a jedna zwiała niezakrytą dziurą w płocie. Dwie kozy miały mieć półtora roku, ale nie wyglądają i wszystkie zęby mają jeszcze mleczne. Jedna wodzi za sobą koźlątko płci żeńskiej, druga poroniła dwa miesiące temu, podobno miesiąc przed terminem. „Właściciele” ją doili (!) przez jakiś czas, ale przestali. Jeden strzyk jest rozciągnięty, drugi prawie niewidoczny. Czwarta koza to kozioł (prawdopodobnie rasy „polska biała uszlachetniona”), bardzo sympatyczny, uwiązany na sznurku do palika, bo wariat. Wygląda najlepiej z nich wszystkich, ale to kozioł – nie był w ciąży, nie karmił młodych.

            Na wybiegu prócz tłuczonego szkła, rupieci i rudery bez dachu – wydeptana ziemia. Kilkanaście metrów dalej wielki komin, z którego wali dymem węglowym aż miło. I nie wiem, co żyje wewnątrz tych kóz, ale na skórze aż roi się od robactwa. Nigdy czegoś takiego nie widziałam, ale ja w sumie niewiele widziałam, bo moje psy, koty czy kozy nigdy nie miały ektopasożytów, jeśli nie liczyć kleszczy. W każdym razie nie trzeba szukać, wystarczy odchylić sierść w dowolnym miejscu, a tam całe miasta i wioski. Po powrocie do domu wpadliśmy do łazienki i zostaliśmy tylko w gaciach, reszta ciuchów od razu do pralki. Wszoły nie żerują na człowieku, ale nie chcieliśmy ich „sprzedać” naszym zwierzętom.

            Właściciele kłamali w sprawie wieku, ale szybko ich przekonałam, że z sobie podobnym idiotą nie gadają, więc nagle data nabycia małych kózek przesunęła się z „wczesnej wiosny” do „może to było latem”. Jak wiecie Krówko i Pippi zaszły w ciążę wcześniej, niż bym sobie tego życzyła, ale one były i są karmione jak królowe egipskie i dziś wyglądają pięknie i zdrowo. Tamte biedy żyją chyba tylko dlatego, że koza to twardy zwierz.
            Jak można mieć zwierzęta przez rok i nie wiedzieć, że są zawszone? Kozy zmatowiałe, brudne i ogólnie nędzne, żadnego poidła w zasięgu wzroku, żywione podobno sianem i pszenicą (oczywiście całym ziarnem). Synuś (na oko ma przynajmniej trzydziestkę na karku) na pewno ma internet, od mamuni i dziadunia nie wymagam niczego, bo to typowi idioci. Mówcie co chcecie, ale założę się, że mają wypasiony telewizor, serwetki na kredensie i boazerię, choć otacza ich krajobraz jak z gry komputerowej „Fallout” (taki po zagładzie nuklearnej), a po „podwórku” biegają zawszone, chude i zaniedbane kozy. W życiu takich ludzi zwierzęta ZAWSZE mają najniższy priorytet. Nieważne, czy to pies, kot, czy koza. To tylko „bydlę”, istota niższa, bez duszy, bez praw, bez znaczenia. O, przypomniało mi się. Dziadzio był tak napalony na to, że weźmiemy te kozy od razu, że już zaczął kombinować, jak by tu je ZWIĄZAĆ, żebyśmy mogli je do samochodu osobowego wsadzić.

            Cena wywoławcza: 450 zł. Przedstawiłam miłym państwu koszty leczenia i stopień ryzyka, jakie bym na siebie wzięła wraz z tymi kozami, napomknąwszy również o ich znikomej wartości użytkowej, i rzekłam, że więcej niż 200 zł nie dam (za darmo wiem, że nie oddadzą, bo przecież AŻ TAKIMI idiotami nie są: „pani, my na siano sto złotych wydaliśmy!”), na co synuś stał się bardzo oficjalny i odrzekł, że on nie ma „autoryzacji do negocjacji poniżej 350 zł”. Już mu chciałam w łeb dać, za autoryzację i całokształt, alem się resztką sił powstrzymała.

            Ledwieśmy zdążyli odjechać, zadzwonił telefon. Pani z Włoch. Już jej widać wszystko zreferowali, bo nie chciała negocjować, a ja jej powiedziałam wprost, że jeśli wezmę te kozy, to z litości. A ona na to, że byłaby bardzo wdzięczna. Kurwa jej wdzięczna mać.
            I jeszcze w drodze powrotnej Policja nas zatrzymała do rutynowej kontroli drogowej, włączyc światła, wcisnąć hamulec, dmuchnąć w rurkie, mignąć kierunkowskazem. Nic nie znaleźli wartego mandatu, ale to zawsze nerwy, bo a nuż koniecznie się uprą znaleźć? Już myślałam, że się wczołgają pod Gwiazdolota żeby sprawdzić mocowanie rury wydechowej i skrytkę na uchodźców, ale sobie odpuścili.

            No i tak. Męczy mnie myśl o tych kozach. Już niby wiem, gdzie można zrobić izolatkę, środki na odrobaczenie mam, tylko kwestia transportu pozostaje, no i pytanie: zostać znowu frajerem roku, czy „zapomnieć”? Bo odkąd wzięłam dwa „całkiem zdrowe koty” od „całkiem uczciwego weterynarza”, pech zdaje się mnie nie opuszczać. Małżonek jest „za”, bo mówi, że się te kózki wyrychtuje i będą jak reszta kanionkowych królewien, a koziołek ze sznurka to świeże geny w stadzie. A ja się boję, że nie wyrobię z tym wszystkim, ale z drugiej strony – one tam teraz siedzą na gołej ziemi, albo skaczą po szkle, i żrą je wszoły. Nie mogę „uprzejmie donieść” na tych ludzi, bo kozy są niekolczykowane, a schroniska nie biorą kóz, więc pewnie skończyłoby się na humanitarnej eutanazji (albo upomnieniu dla właścicieli, po czym kozy zostałyby zaciepane siekierką, bo tylko z nimi kłopoty).

            Dobra, łeb mi już pęka.

          • Ola 07/04/2016 at 00:45

            Jeśli piekło istnieje, to…

          • kanionek 07/04/2016 at 21:08

            …boryka się z problemami lokalowymi?

  104. RozWieLidka 06/04/2016 at 07:08

    Ta cisza u Kanionka jest bardzo złowieszcza. Aż mi ciarki po krzyżu chodzą.
    Testy, matura i inne takie są niczym wobec grozy milczenia Kanionka

    • ciociasamozło 06/04/2016 at 09:24

      W wersji optymistycznej siadły internety :(

    • zośka 07/04/2016 at 00:48

      No nie wiadomo co radzić, bo z jednej strony szkoda tych bid zawszonych i głodnych, a z drugiej strony strach o to, czy dacie rade. Ale tak sobie myślę, że jak już naprawdę nie dasz rady, to najwyżej je sprzedasz, znajdziesz im jakiś lepszy dom? Lepsze to, niż ta ich niedola. Nie wiem czy ja dobrze myślę. Weź sobie daj spokój z tą rozkminą, bo Ci tylko głowa będzie pękać, a w końcu i tak je weźmiesz. Wiem, ze ich tak nie zostawisz, bo nie zaznasz spokoju. Kanionek, zamiast się dręczyć pomyśl jak je przywieźć, jak potrzebujesz pomocy to pisz albo dzwoń. Coś się załatwi.

  105. Kachna 06/04/2016 at 09:39

    Siadły. Na pewno.
    …………………………………….

  106. mitenki 06/04/2016 at 15:05

    Też mnie niepokoi brak Kanionka…

  107. Ania W. 06/04/2016 at 17:27

    No i dalej nic…? Kurcze…

  108. wersja 07/04/2016 at 08:46

    Kanionek, że też tego synalka w głupi łeb nie strzeliłaś, to podziwiam. Nic mądrego nie doradzę, bo to nie sztuka czyimś czasem i gotówką dysponować „weź, weź, kózki ratuj”. no mać! chciałabym, żeby świat za dobre uczynki nagradzał, ale nie mam złudzeń. cokolwiek zrobisz, nie ma ostatecznego wpływu na to, co będzie później. w sensie może kozy staną na nogi i zyskasz cudownego ogiera dla swojej hodowli (capa? ogier brzmi lepiej). ale jest tyle zmiennych i niewiadomych, że może będzie całkiem inaczej pomimo ogromu dobrej woli, ciężkiej pracy i innych nakładów. pozdrawiam Cię serdecznie. i Małego Żonka też.

    • zośka 07/04/2016 at 09:35

      Właśnie, właśnie, taka decyzja wiąże się z finansami, to nie tylko wziąć kozy i puścić na trawkę, dlatego ciężko tu coś doradzać rozsądnie. Na pewno Wam wszystkim ciężko na sercu, Kanionku. Nie wiem czy tam wyżej mądrze doradzam, nie wiem. Pozdrawiam Cię serdecznie i Twoich bliskich.

      • kanionek 07/04/2016 at 20:54

        Zośka, nic nie martw, od tego jest Gupi Kanionek ;)
        Ja przecież wiem, że decyzja i odpowiedzialność za nią są po naszej stronie, a Waszym zadaniem jest modlić się (lub czynić wszelkie znane uroki), żeby się wszystko dobrze skończyło :)

    • kanionek 07/04/2016 at 21:07

      Dziękujemy, Wersjo :)
      I to prawda, co napisałaś. A ja do tej prawdy chyba dopiero dojrzewam; jakoś nie zawsze dociera do mnie, że nie znajdę odpowiedzi na każde „dlaczego”, i że nie na wszystko mam wpływ, nawet jeśli wiele ode mnie zależy.

  109. Kachna 07/04/2016 at 09:28

    Kanionku Kochany Mój!
    Jakbym miała szczerze co myślę o takich ludziach to nie było by miłe. W ogóle.
    Po prostu pamiętaj, że możesz liczyć na mnie. I już.
    Nawet w wersji „flak wymoczony i wysuszony” jestem.
    (Flak wysuszony to jedynie przenośnia tycząca się mojego stanu psyche. Moje fizis to wciąż dorodna kaszanka. Niestety…)
    Serdeczne pozdrowienia dla Twojej Mamy oraz Małżonka.

    • ciociasamozło 07/04/2016 at 14:13

      Kaszanka zawsze lepsza od pasztetowej ;)

      • Kachna 07/04/2016 at 16:09

        :)
        …………………………………………………………………..
        Lof!

        • kanionek 07/04/2016 at 20:45

          Wy to zaraz mięsem rzucacie. Nie lepiej powiedzieć, że Kachna jest jak śliczny torcik z wisienką? I piękna, i słodka, i dobra na wszystko? (ja wiem co mówię, bo zdjęcie mam ;-P)

          • Iza 07/04/2016 at 23:58

            Jakim mięsem??? Gdzieś Ty widziała mięso w kaszance albo pasztetowej???
            Co nie zmienia faktu, że lepiej. :-)

          • Kachna 08/04/2016 at 13:09

            Ojej. Zarumieniłam się jak jabłuszko.
            Ale wiecie – to taki TŁUSTY torcik z kremem na masełku……
            A wisienka z nalewki ofkors;)

          • kanionek 08/04/2016 at 14:58

            Czyli same dobre rzeczy i nie ma się czego czepiać. Poza tym GRUBO przesadzasz :)

    • kanionek 07/04/2016 at 21:03

      Kiedyś siedliśmy sobie z małżonkiem i zastanawialiśmy się, czy gdyby morderstwo nie było karalne, to faktycznie bylibyśmy w stanie zabić człowieka. I doszliśmy do wniosku, że raczej tylko w afekcie, za to gdyby można było komuś bezkarnie skopać dupę, to często by nas nogi bolały.

      Dziękujemy za pozdrowienia :) Mama właśnie rozpieszcza Jałowca, który łazi po chacie, zaczepia pieski i już nie wie, co ze sobą zrobić.

      • mitenki 07/04/2016 at 23:52

        No nie mów, że Jałowiec waży 3 kilo? Czym Ty ją karmisz? :))

        • kanionek 08/04/2016 at 14:46

          No jak to czym – gruzem i kartonami :)
          I w ogóle wysłałam do Ciebie niedokończonego esemesa, bo pisałam, pisałam, i nagle jak nie dupło! Dwa razy pie*dolnęło coś tak, że z sufitu obory posypał mi się śmietnik na głowę (jakaś kora z belek i szczątki siana, co zalega na strychu). Myślałam, że wojna.
          Kozy w te pędy przyleciały do koziarni, Irena oczy jak 5 złotych, Roman tak wyciągała szyję, że urosła o pół metra, ja pie*dolę, co za stres!
          Dzwonię do Urzędu Miasta i Gminy z pytaniem, czy wydali zezwolenie na jakieś dziwne akcje typu „budowa tunelu do Chin metodą wybuchową”, a oni, że nie. No to mówię, że może wojsko, i że może by wojska zapytali, czy się wojsko głową na dupę nie zamieniło, bo co to urwa ma być, że mi się obora zatrzęsła w posadach, a myśmy z Mamą mało zawału nie dostały. Pan obiecał sprawdzić i oddzwonić.
          Za pół godziny oddzwania inny pan i lekceważącym tonem mówi, że „pani pytała, czy to wojsko, to tak, to wojsko”. Ja pytam, czy Urząd Miasta ma na to jakiś wpływ (np. uprzejma prośba telefoniczna lub pisemna, żeby wojsko poszło ze swoimi zabawkami gdzieś dalej, bo tu ludzie mieszkają), a pan mi na to, że nie. Siła wyższa, jak się wyraził.
          No to wuj. Jak zwykle nikt nic nie może, dopóki komuś sufit na łeb nie spadnie, a i wtedy nie będzie winnych.

          • ciociasamozło 08/04/2016 at 16:08

            Wiesz, nie chcę karmić Twoich lęków, ale armaty pod ruską granicą jakoś optymistycznie mnie nie nastrajają :(
            Pociesz się, że mnie ostatnio nic optymistycznie nie nastraja. No chyba, że Burak Czesław ;)

          • kanionek 08/04/2016 at 22:55

            Ciebie też…?
            A tak a propos armat i innych rzeczy, które robią wielkie jebs, to ja się zastanawiam, czy w XXI wieku wojna faktycznie tak by wyglądała. Wiesz, czołgi, armaty, machiny oblężnicze, karabiny jakieś. To wszystko przecież ciężkie, nieporęczne, paliwa fchuj wymaga, a Ruscy na bank mają dużo lepszą broń, choćby biologiczną. Budzisz się rano z gorączką 41 stopni, odpadają ci ręce i świecisz na zielono, gnije wątroba, i pozamiatane, a żołnierzom się nogi w butach nie pocą.
            Nie dziękuj, ja lubię pocieszać ludzi.

          • Iwona 08/04/2016 at 21:17

            Zadzwoń do garnizonu w B. Na ich stronie są numery w zakĺadce kontakt. Oni będą wiedzieć co i kto. I zgłoś, że taka sytuacja zaistniała, bo nawet głupi błąd w namiarach mogli mieć. Nie wiem, jak blisko poligonu mieszkasz.

          • kanionek 08/04/2016 at 22:49

            Poligon mają w samym B., będzie ze dwadzieścia kilometrów, ale może jakieś manewry „w polu”? Tyle, że tu dokoła same lasy, pola uprawne i wioski. Małżonek był w robocie i też słyszał, jak dupnęło, ale u nich tynk ze ścian nie leciał. Nie mam czasu wnikać, co może wojsko podczas manewrów ćwiczebnych, ale to co dupnęło to pewnie gdzieś niezłą dziurę zrobiło.

          • Monika 08/04/2016 at 23:10

            „Idzie żołnierz od B…wa
            Buciskami o bruk tłucze
            Lipa kwitnie, ptaszek śpiewa
            Pachną kwiaty i… onuce”

          • ciociasamozło 08/04/2016 at 23:13

            Nosz faktycznie poczułam się lepiej ;)
            Mój małż pociesza, że prędzej chemiczna lub bomby grafitowe (spięcie w kabelkach i cała elektrykę szlag trafia).
            Taki optymistyczny akcent na dobranoc ;P

  110. Ag. 07/04/2016 at 13:58

    Moi znajomi od kóz prowadzą schronisko dla zwierząt, kozy też mieli chyba z interwencji, z interwencji na pewno żółwie i króliki, no i wszystkie psy ;)
    Nie oddają koziołków na mięso, a na „kosiarki”.
    Może do nich spróbować napisać.
    Nam się trochę urwał kontakt, więc dawno tam nie byłam.
    Podaję stronę http://www.piesszukadomu.pl/
    Może oni coś wymyśla?
    Prezes Fundacji jest/był inspektorem Animalsów, więc może by ich nawet postraszył i odebraliby kozy za darmo…

    • kanionek 07/04/2016 at 20:52

      Się zaśmiałam, bo dzisiaj gadałam przez telefon z tą moją klientką/znajomą z E., a że ona zna chyba wszystkich, to nawet wie o kogo chodzi. Powiada, że ci ludzie już dwa mandaty od Straży Miejskiej dostali, bo Straż Miejska te ich uciekinierki kilka razy ganiała po ulicy i odstawiała do właścicieli. Synuś rosły jak dąb, a głupiego ogrodzenia nie umie załatać tak, żeby kozy dziurą nie wyłaziły.

      Ja nikogo nie chcę straszyć, bo to się może źle skończyć dla zwierząt. Zośka, coś czuję, ma rację. Pewnie po prostu je wezmę.

  111. ciociasamozło 07/04/2016 at 21:56

    Kozi dylemat, kurde :(
    W temacie bezmiaru ludzkiej głupoty i okrucieństwa – w poniedziałek byłam świadkiem jak do lecznicy przyniesiono szczeniaka. W ramach interwencji wyciągnięty z jakiegoś pseudoschroniska, w którym było kilkadziesiąt (kilkaset?) psów. Bez szczepień, bez odrobaczania, bez kontroli nad rozmnażaniem. Sądząc po stanie szczeniaka to i bez jedzenia. Po 1-2 dniach w domu tymczasowym – biegunka. Niestety parwowiroza. Szczeniak nie przeżył. I pewnie większość szczeniaków z tego „schroniska” też to spotka.

    • kanionek 08/04/2016 at 14:28

      Nawet nie zaczynajcie o psach…
      Gdybym miała otworzyć schronisko i zabrać wszystkie okoliczne biedy, nie wystarczyłoby mi ziemi. Nie mówię nawet o własnej, wliczam już tę dzierżawioną :-/

  112. ciociasamozło 07/04/2016 at 21:58

    Kanionku, kozy w koniczynie (?) piękne!

    • RozWieLidka 08/04/2016 at 08:52

      Mają te kozy życie u Ciebie, że hej! Głowę dam se uciąć, że gdyby wiedziały z jaką to się dla Ciebie harówą i stresem wiąże, to by same się doiły przynajmniej 😉.
      A w temacie koniczyny to zawsze mam dylemat, bo niby że ona, jeśli nie po kwitnięciu, to powoduje wzdęcia. A skąd ja mam wiedzieć czy ona już kwitła, czy nie? Przecie nie będę pilnować każdej pojedynczej kępki, więc Klucha się obywa smakiem. A tu Twoje kozy tak bezkarnie sobie ją pałaszują. Więc?

      • Iwona 08/04/2016 at 09:24

        Koniczyna nie może być mokra, czyli z rosą lub po deszczu. Moje prosie lubi mleczyk, już delikatnie zieleniną dokarmiam i jest kwik, bo mało, dawaj więcej, co tam marchewki, jabłuszka i inne takie, zielone dawaj, łachudro jedna, bo ona z głodu się słania przecież! Strach do domu wejść, bo wydziera się od progu, terror czysty.

        • kanionek 08/04/2016 at 14:53

          Miałam kiedyś chyba z osiem świnek morskich naraz, więc wiem o czym mówisz :D

        • RozWieLidka 08/04/2016 at 20:43

          Hehe skąd ja to znam 😉

      • kanionek 08/04/2016 at 14:52

        Eee, z tym przed i po to jakaś bzdura. W przypadku moich kóz to nawet to z rosą i mokrą trawą też bzdura.
        A przynajmniej moje kozy nigdy nie słyszały o wzdęciach po mokrej zieleninie, żrą kiedy chcą, rano, wieczorem, po deszczu, bez znaczenia, i jeszcze ani jednego wzdęcia nie było. Jednakowoż jeśli chodzi o domowych pupilków, wypieszczonych francuzików, to owszem, może się sprawdzać, zwłaszcza w przypadku podania zbyt dużej ilości zielonego naraz, bo przecież całą zimę nie żarły, więc się jelitka mogły odzwyczaić. Z bydlęciem wypasanym regularnie na zewnątrz jest o tyle inaczej, że np. moje kozy już od marca wyżerają cokolwiek z ziemi wyrośnie, a że mało tego, to i mało jedzą, no i tak się stopniowo do zielonego przyzwyczajają. Ja nie ingeruję, nie wydzielam, się nie „wtrancam”, bo nie ma po co.

    • kanionek 08/04/2016 at 14:30

      No właśnie, tu się coś za moimi plecami wyrabia, a że moje plecy albo zgięte w polu, albo w koziarni, albo przy garach, to nawet nie widzą co i kiedy.
      Małżonek chyba poczuł wiosnę i potrzebę zmiany otoczenia, przynajmniej na blogu.
      Tak, to stara fotka, jeszcze z ubiegłego roku. Koniczyna jest teraz w fazie „wyjść, czy nie wyjść, oto jest pytanie”.

  113. mitenki 07/04/2016 at 22:47

    O jeju! Miałam coś napisać i z wrażenia zapomniałam co…
    Kanoniku, brzozy Ci zajumali!

  114. teatralna 08/04/2016 at 11:59

    Kanionek weź te kozy i już. Odwdzięczą się. będą nie mlekiem ale serem !!! strzelać z cycków, zobaczysz.
    i apropos sera …kiedy się uprzejmie pytam, jakieś wiadomości.
    Wiem żeś zajęta i zatyrana i głowa Cię napierdala od tej ludzkiej podłości i w ogóle
    przepraszam, że pytam. i cmokam. już się martwić zaczęłam, że coś się stało…

    • kanionek 08/04/2016 at 14:56

      Eee, serem to niech lepiej nie strzelają, bo to zły objaw (zapalenie gruczołu mlecznego objawia się czasem, między innymi, takimi strzępkami „serowymi” w mleku; nie widziałam, bo nie miałam jeszcze tego problemu, ale wiem z lektury).
      No i weź, przecież ja do Ciebie już dawno maila wysłałam z info i pytaniem „na kiedy chcesz”, i myślałam, że wyjechałaś w Bieszczady, czy coś, bo nie odpisujesz!
      Teraz to najprędzej za tydzień :)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa