Styczeń, styczeń, pokaż rogi, czyli o różnych słoikach i hydrozagadce

“Dreaming…
So quiet and peaceful
Dreaming…
Tranquil and blissful
Dreaming
There’s a kind of magic in the air
Dreaming…
What a truly magnificent view!
Dreaming…
A breathtaking scene
With the dreams of the world
In the palm of your hand”
Fragment utworu “A Winter’s Tale”, z albumu “Made in Heaven” grupy Queen, 1995

No więc jeśli życzyliście sobie śniegu tej zimy to wiedzcie, że ja teraz Wasze marzenia szuflą zgarniam. Na kupę. A mogliście sobie życzyć deszczu złotych monet, albo chociaż dużo zdrowia dla babci. Tak tylko mówię.

snow yard

eee tez snieg Atos - tyle koki jeszcze nie widzialem kto lubi zime 2 kto lubi zime sniezny Pimpacy 2 sniezny Pimpacy spacer 13 stycznia zabawa z patyczkiem

Tymczasem kilka dni temu – pół kucam, pół klęczę w piwnicy, trzymając w zgrabiałej dłoni nocną lampkę, której strumień światła kieruję na dłonie małżonka, nawijające pakuły na kolejny gwint. Nie wiem który – szósty, szesnasty? W tej zimnej, ciasnej, głuchej piwnicy czas stoi w miejscu, a najprostsze czynności idą mozolnie, opornie i ciężko, i zdają się multiplikować jak wirus na pożywce, zakażając mózg nieuchronnym szaleństwem. Na wszystko zaś patrzy nietoperz, który… “Kanionek, kurwa! Gdzie ty mi świecisz? Toż ja tu nic już nie widzę! NA NIETOPERZA PATRZYŁAŚ, TAK?!” – warczy oskarżycielsko małżonek. “Nie patrzyłam, przysięgam, po prostu ręka mi się jakoś z tą lampką zmęczyła i obsunęła…”. “Tak? A gdzie jest nietoperz?”. “No tu przecież” – macham lampką, omiatając nietoperza snopkiem światła, jakby i bez tego nie był wystarczająco poirytowany. I w tym momencie wiem, że się zdradziłam, i że on też wie, że oczywiście, że patrzyłam na nietoperza, zamiast świecić gdzie trzeba jak mi kazano. Jak ja nienawidzę tych robótek w piwnicy.

Niewiele ponad tydzień temu – siedzimy z małżonkiem w kuchni, gadamy o czymś po obiedzie, gdy naraz obydwoje, jak psy na komendę, milkniemy, nadstawiając uszu. Pompa w piwnicy zwariowała, wchodząc w fazę cyklicznego kociokwiku. Musicie Państwo wiedzieć, że pompa przy hydroforze wydaje z siebie dźwięki straszliwe i donośne, coś jak kombajn koszący stalowe pręty na gruzowisku, a dźwięki te są zwielokrotnione i pogłębione przez mroczne katakumby naszej piwnicy, ale na to nigdy nie narzekaliśmy. Dźwięki są nie do zniesienia tylko przy otwartych drzwiach do piwnicy, a te z reguły są przecież zamknięte, zaś sam fakt, że pompa głośno pracuje nie raz uratował nas przed jej spaleniem (bo kiedy skończy się woda w studni, pompa mieli powietrze i nie wyłączy się sama, bo steruje nią czujka ciśnienia w hydroforze, a choćby nie wiem ile powietrza pompa próbowała wpompować do worka wewnątrz hydroforu, pożądanego ciśnienia 2,5 bara nie osiągnie). No więc z dźwiękiem pracującej pompy zżyliśmy się i pogodzili, jak człowiek z miasta z zaokiennym hałasem, a nasze mózgi nauczyły się półświadomie czuwać nad prawidłowym przebiegiem pompowania wody, nasłuchując za każdym pompy uruchomieniem, czy franca sama się wyłączy, czy nie. Dnia więc onego, wieczoru poobiedniego, od razu wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, gdy pompa włączała się, pracując przez około pół minuty, po czym wyłączała i za chwilę znów włączała, i tak w kółko.

Po trzech takich cyklach małżonek nie wytrzymał, zerwał się z krzesła, ruszył do przedpokoju i otworzył drzwi do piwnicy, by “lepiej usłyszeć” co tam się wyrabia. Odgłosy mielenia żelbetu i koparki wraz z operatorem ochoczo wpadły do mieszkania, a małżonek słuchał i słuchał, z coraz bardziej ponurym obliczem. “Ja wiem, co on robi” (ten hydrofor) – zawyrokował cicho, a zabrzmiało to mniej więcej jak: “widzę przez okno atomowego grzyba. Jest kilka kilometrów od nas”. Państwo rozumieją, że jeśli grzyb atomowy jest kilka kilometrów od miejsca Państwa pobytu, to już nawet nie ma co się wysilać i wpadać w panikę, więc i ja nie wpadłam, tylko równie grobowym tonem zapytałam: “Co on robi?”. “Wypompowuje wodę z powrotem do studni” – pokiwał smutno głową małżonek. “A to skurwiel, nie hydrofor” – pokiwałam głową i ja. “A słuchaj, dlaczego on nam to robi?” – zapytałam, bo jednak co to za pomysł, żeby wodę do studni, jak drzewo do lasu…? “Musiał puścić zawór zwrotny” – zabrzmiał straszliwy wyrok.

No i co Państwo powiedzą – po upojnych chwilach spędzonych w piwnicy, z gardła zaworu zwrotnego małżonek wydłubał to:

co gryzie zawory Kanionka

Dzięki TEMU zawór nie mógł się zamknąć, by zapobiec wypływowi wody do studni. Woda sobie wracała do źródła, a biedna pompa usiłowała osiągnąć zadane ciśnienie, więc pompowała tę wodę z powrotem do hydroforu, ile tchu w wirniku, i co się biedaczka zatrzymała, myśląc że ma z głowy, to ta woda jej – luuu! z powrotem do studni. To coś na zdjęciu jest wynikiem wieloletnich złogów, jakie są tu w każdej zapewne rurze i takim na przykład zbiorniku z wodą nad sedesem, a wiem, bo już go czyściłam. No i myśleliśmy, że po problemie, wykopaliska zakończone, pompa zadowolona napompowała i ucichła, można iść umyć ręce, a tu… dupa! Zatkana czerwonym kamyczkiem. Z kranu nie idzie woda, ani krew (tego zmielonego operatora koparki), ani nawet lód w kostkach, no zupełnie nic! I byłaby to kolejna hydrozagadka, a mieliśmy ich kilka na przestrzeni zaledwie dwóch tygodni, ale po wykopaliskach w piwnicy nie byliśmy już tacy głupi i śmy się kapnęli, że w wyniku ucieczki wody do studni, siłą natury, co to nie znosi próżni, uciekała również woda już będąca w rurach, lecąc w kierunku dokładnie przeciwnym temu, w którym zazwyczaj woda w rurach płynie, co z kolei musiało wzruszyć do łez, a nawet oderwania się od ścianek, większą ilość czerwonego gruzu. “I on gdzieś tam teraz jest” – wyrzekł udręczonym głosem małżonek, “i jak znam nasze szczęście, to pewnie akurat zatkał rurę gdzieś pod tą podłogą z kafli i betonu”. Bo te rurki, wiecie, to nie jakieś fi czterysta, tylko cienkie takie, może ciut grubsze od makaronu penne, i zatkać toto może się byle czym, no a podłoga w łazience prawilnie zalana betonem i polukrowana terakotą w kolorze starych pistacji wypranych w orzechach i suszonych na słońcu (bladozielone takie, no).

Rozejrzałam się bezradnie po łazience, jakbym spodziewała się dostrzec w którymś z zakurzonych kątów uczynnego krasnala, albo chociaż Ryszarda Petru, który podobno jest wszędzie, więc może by nam podpowiedział co robić, bo podobno wie wszystko, i wtedy wzrok mój padł na stary trójnik pod wanną, a trójnik widać, bo kafelkowa obudowa wanny już dawno na szczęście odpadła i odsłoniła wszystko, czego nikt normalny nie chciałby oglądać (czyli plątaninę rurek, pajęczyn i mysich pamiątek), no i znów wyszło na to, że wszystko w życiu ma jakiś sens, nawet jeśli go nie widać od razu (niewykluczone, że dotyczy to również Ryszarda P.), no i zaraz powiedziałam małżonkowi, że obstawiam ten trójnik, bo jak coś jest stare i łączone, to aż się prosi o problemy, i po wymontowaniu trójnika z instalacji i wydłubaniu z niego kolejnych samorodków bliżej nieznanego nam kruszcu woda nareszcie popłynęła. To znaczy najpierw ponownie zamontowaliśmy (małżonkiem) ten trójnik, żeby nie było.

(i oczywiście, że wiem, iż teraz już jesteście zmęczeni i żałujecie, żeście się kiedyś urodzili, ale niech mi wolno będzie przypomnieć, że to nie ja krzyczałam “nowy wpis! nowy wpis!”, podczas gdy autor wyraźnie informował, że jest nie w formie. Proszę więc teraz ładnie przełknąć tę hydrauliczną żabkę i grzecznie czytać dalej)

Teraz więc będzie o tym, jaka zima jest zła i jak jej wszyscy nie lubimy.
Jakoś nie mogę sobie przypomnieć żadnego przysłowia o styczniu. No bo luty wiadomo, podkuj buty, w marcu jak w garncu, kwiecień to plecień, a co ze styczniem? Widać na przestrzeni dziejów nie znalazł się nikt na tyle kreatywny, by dowcipnie ująć w zgrabną klamrę słów uroki tego ważnego, bo przecież pierwszego w roku miesiąca, więc może ja spróbuję. Moja propozycja brzmi: “styczeń, styczeń, jak ty nas wszystkich wkurwiasz”. Przyznają Państwo, że krótkie i celne, przysłowie to wyczerpuje temat rozlicznych zalet stycznia.

Nie znam nikogo, kto mógłby otwarcie, z dumnie wypiętą piersią i mgiełką sentymentu powlekającą gałkę oczną powiedzieć, że kocha styczeń. Ludzie spłukani i wymęczeni magią świąt i szaleństwem sylwestrowej nocy, z debetami na kontach i złowrogą pustką w lodówce, wychodzą rano z domów skuleni, bezskutecznie usiłując odpalić skute mrozem samochody, po czym spędzają upiorne osiem godzin w sztucznym świetle swych fabryk, by znów wracać po ciemku, z soplem u nosa, do zdychającej już choinki. Z którą w dodatku trzeba jeszcze coś zrobić, a przecież nie pasuje do żadnego z pojemników na szkło, złom metalowy, czy odpadki mokre. Niby to styczeń, niby wszystko dopiero się zaczyna, a wygląda tak, jakby właśnie świat miał się skończyć, umrzeć, zamarznąć i zgasnąć na wieki (nawet w sklepach remanenty, wyprzedaże i czyszczenie magazynów, a przecież takie rzeczy się robi przed śmiercią lub inną formą ogłoszenia upadłości, prawda?). Początek roku powinien być w maju, nie sądzą Państwo?

No i ten cieplejszy oddech zimy nie trwał dłużej niż tydzień, w dodatku zima nakaszlała mi w tym czasie śniegu całkiem grubą warstwę, a od teraz znów zimno w gaciach – w sobotę rano minus osiem i prognozy na przyszłość nienajlepsze. Jedyną rzeczą (choć kto wie, może na tym etapie już bytem świadomym i niezależnym), która ma się dobrze w styczniu, jest mój eksperyment w słoiku. O, proszę, bardzo aktualne zdjęcie:

eksperymenty w sloikach

Nic się nie zmienił. Ten obok, po prawej, to jego kolega, który dołączył w październiku, i choć zapragnął podkreślić swą odmienność przyjmując inny kształt i trzymając się w kupie, w środku jest taki sam. Nie gnije, nie pleśnieje, się nie awanturuje. Po prostu siedzi tam i ma się doskonale. Wnioskując na podstawie wielomiesięcznych obserwacji śmiem twierdzić, że zawartość tych słoików jest najprawdopodobniej wieczna. Za kilka lat sprzedam je NASA, niech sobie porobią odpowiednie badania i wyprodukują, nie wiem, jakąś maść lub inny krem do wcierania dla kosmonautów, dzięki któremu będą oni mogli podróżować w kosmosie całymi latami, nie psując się, nie chorując i nie starzejąc. Albo może lepiej koncernowi kosmetycznemu? Się zobaczy.

A skoro już jesteśmy przy śmiałych marzeniach i ambitnie wzlatujemy wysoko – być może pamiętają Państwo, jak pisałam, że Kaczka jest z zawodu prezesem i lubi przemawiać do podwładnych z podwyższenia? Ale co tam stawanie na cegle, czy jakiejś śmiesznej ławce. Kaczka zawsze pragnęła wyżyn spektakularnych i oto kilka dni temu osiągnęła cel:

Kaczka na strychu Kaczka na strychu 2 Kaczka na strychu 3

Muszą Państwo wiedzieć, że ona się tam nie dostała drogą powietrzną. Znam możliwości tej kaczki, a tych możliwości szczyty miałam okazję obserwować, gdy razu pewnego Kaczka zmuszona była salwować się ucieczką przed Wąskim. Otóż więc po pierwsze: statek powietrzny “Kaczka” wymaga długiego pasa startowego, a po drugie: maksymalny pułap, jaki jest w stanie osiągnąć, to półtora metra, bo gdy tak leciała sobie Kaczka przez pół podwórka i w końcu udało jej się wzbić w powietrze, to przelatując nad ogrodzeniem omal nie zahaczyła podwoziem o krawędź siatki, a widać było, że silniki dały z siebie wszystko. Po trzecie zaś kaczki nie latają na długich dystansach i wtedy też Kaczka nie wybrała się nad żadną rzeczkę opodal krzaczka, tylko przeleciawszy ciężko nad ogrodzeniem z ulgą uruchomiła procedurę lądowania i z gracją właściwą kaczkom rąbnęła w powierzchnię stawu. No więc jak wlazła na strych obory? Wierzcie lub nie, ale po drabinie, i owszem, ja również żałuję, że tego nie widziałam. Musiała pokonywać szczebelek za szczebelkiem, bo kacze nóżki są zbyt krótkie, żeby mogły sobie ot tak, wejść po drabinie pogwizdując pod dziobem.

No i kiedy ujrzałam Kaczkę, a Kaczka mnie, Jej Wysokość nagle stała się bardzo rozmowna, i kłaniając mi się w pas raz po raz, skrzeczała coś, że “witam sąsiadkę”, “co tam słychać U WAS NA DOLE”, “no my tu sobie z kogucikiem właśnie omawiamy ważne sprawy tego kraju” i inne takie, ale tak naprawdę to cała ta nadmiernie ożywiona gestykulacja i paplanina dawały mi wyraźnie do zrozumienia, że Kaczka zwyczajnie nie wie, jak zejść, i jest jej z tego powodu trochę głupio, zwłaszcza że gęsi patrzyły. Czy ja już kiedyś wspominałam, że podziwiam Kaczkę? Ona wie, jak utrzymać autorytet i robić dobrą minę do złej gry, a w tej grze karta jej zdecydowanie kiepsko poszła. Wiedziałam, że moje wdrapywanie się na strych nic nie da, bo Kaczka jest zbyt dumna na to, by dać się pojmać i znieść na dół pod pachą, jak jakiś za przeproszeniem kot, więc postanowiłam zmotywować Kaczkę ziarenkami i obserwować rozwój wydarzeń, będąc w pogotowiu. Poszłam do Różowego Magazynu Zbóż, a widząc mnie zbliżającą się do małego wybiegu z wiaderkiem owsa, Kaczka natychmiast porzuciła wszelki bon ton, oko jej błysnęło, mruknęła “o kurwa, ziarenka”, a widząc, że gęsi już wyciągają szyje w stronę wiaderka, wrzasnęła “po moim trupie!” i rzuciła się w przestrzeń.

Tak, mili Państwo. Okazuje się, że Jordan Radiczkow nie ściemniał we “Wróbelkach” i niektóre ptaki naprawdę potrafią latać na wstecznym biegu, i tylko dzięki tej zaawansowanej technice Kaczka nie rąbnęła popiersiem w wysokie ogrodzenie małego wybiegu. Będąc w połowie lotu z okienka zorientowała się bowiem, że masa kaczki plus przyspieszenie grawitacyjne, razy wysokość, podzielić przez czarne pióro do potęgi minus siedmiu stopni Celsjusza równa się szybki zgon, rosół z kaczki i zero ziarenek, i właśnie wtedy włączyła wsteczny bieg, lądując niby nigdy nic na kupce kompostu, tuż przed siatką ogrodzenia. Gęsiom szczęki opadły, a Kaczka tylko nastroszyła pióra, łypnęła groźnie na swoich poddanych z wyżyn kompostowej górki, po czym z dumnie uniesionym dziobem dokolebała się do wiaderka, rzucając mi tylko krótkie: “dzięki, akurat miałam ochotę coś przekąsić”. I jak tu nie podziwiać Kaczki?

Tymczasem (o tak, tymczasem, bo to jeszcze nie koniec, buhaha!) Gamoń popada w coraz głębszą, styczniową deprechę. Od kilku dni usiłuje połączyć się z miodemem:

polaczenie nie moze byc zrealizowane

i załadować na dysk jakieś ciepłe, miłe wspomnienia lata, ale widać transfer danych ma podobnej prędkości co ja, a poza tym od czasu do czasu musi przerwać połączenie i zejść do miski. I w ogóle jest na mnie obrażony, bo zepsułam mu jedyną rozrywkę, jaka mu w życiu została, czyli polowanie. A dokładniej – odebrałam mu zabawkę, którą sobie znalazł w lesie i ostrożnie przyniósł na podwórko, żeby ją sobie popuszczać, jak nakręcaną myszkę, a podły Kanionek, co niczego sobie sam nie umie upolować, zobaczył wszystko przez okno, wyleciał w klapkach i rajstopach na ten mróz, jak jakiś wariat, nawrzeszczał na porządnego kota i mu zabrał. O, takie coś:

ptaszek konkursowy 2 ptaszek konkursowy

Państwo pozwolą, że wyjaśnię: ja zazwyczaj nie trzymam ptaków w słoikach, ale ten był tak gigantycznych rozmiarów (dla porównania – pudełko zapałek obok słoja), że obawiałam się, iż jeśli uda mu się zbiec, to wejdzie w pierwszą lepszą mysią dziurę i już go nigdy nie znajdę. A chodziło tylko o to, żeby sobie ptaszyna doszła do siebie po stresującym kontakcie z Gamoniem, a później mogła wrócić na łono natury, co zresztą się stało. No i ponieważ jestem Wam coś winna za te wszystkie nudy na pudy i długi okres oczekiwania na najnowsze wypociny Kanionka, to oto taki mały konkursik. Kto pierwszy poda prawidłową nazwę tego ptaka, otrzyma drogą pocztową obrazek Diabła w buraczkach. Dokładnie ten, który pokazałam w odcinku wigilijnym, a który mam w tylu egzemplarzach, że mogę sobie pozwolić na utratę jednego. Szczęśliwy zwycięzca będzie sobie musiał do niego dokupić jedynie ramkę.

Aha, mam jeszcze jedną zagadkę, ale już bez nagród. Znajdź owcę na tym obrazku:

znajdz owce

No tu jest, obżera gałęzie świerków nad stawem:

znajdz owce 2

Oczywiście, że koziołki nauczyły. A skoro jesteśmy przy żarciu, to tu sobie obejrzyjcie wiadra z sałatką warzywno-ziołową dla kóz i owiec:

kozia salatka kozia salatka 2

Gdyby ktoś chciał przepis, to służę: wiadro marchwi, pół wiadra buraków, kilka ziemniaków, kilka jabłek, pół kilo cebuli i jedną główkę kapusty rozdrobnić. Dodać trzy chlusty oleju roślinnego, kilka łyżek kredy pastewnej, garść suszonej naci selera, wiązkę suszonego rumianku bezpromieniowego i kilka gałązek suszonej mięty lub melisy. Podawać w korycie, lub prosto z wiadra.

Na deser proponuję wiechcie suszonego wrotyczu, bylicy, mięty i melisy, dziurawca, pokrzywy, i czegoś podobnego do lucerny:

bukiet na lunch 2 bukiet na lunch

I teraz, gdy myślicie, że może to nareszcie już koniec, to ja Wam wyjadę z fetą. Zrobiłam sobie prawie kilogram “sera typu feta” i wyszedł prawie doskonały. Z fetą jest trochę więcej roboty, niż z tymi serami, które u mnie zamawiacie, a włączywszy etap moczenia sera w solonej serwatce cały proces produkcji trwa kilka dni. Tak wyglądało osączanie pociętego skrzepu na chuście:

odsaczanie skrzepu na fete

A tak blok prawie już gotowego sera:

bryla fety feta pokrojona

Po rozkrojeniu powyższego okazało się, że niezbyt poważnie potraktowałam tę część przepisu, w której była mowa o “rozcieraniu ziarna palcami”, i w strukturze sera widać wyraźnie odcinające się kawałki skrzepu, choć na smak fety to nie wpłynęło. No dobra, w ogóle nie rozcierałam, ani palcami, ani łyżką, bo ziarno wydawało mi się wystarczająco drobne, więc moja feta raczej się kruszy, niż rozmazuje jak ta ze sklepu. A tu etap moczenia w solonej serwatce – dwie łyżki gruboziarnistej soli na litr serwatki dają satysfakcjonujący poziom nasolenia tego sera:

feta w szalonej serwatce

Feta stoi w lodówce już trzy tygodnie, nadal w pełnym zanurzeniu, i wciąż smakuje tak samo dobrze, jak na początku. Będę ją tak sobie trzymać, pobierając co jakiś czas próbki do badania organoleptycznego, i w ten sposób ustalę maksymalny okres przechowywania. Musicie przyznać, że w życiu nie czytaliście nic bardziej fascynującego.

NA ZAKOŃCZENIE (ależ oczywiście, że będzie jeszcze “PS.”) wypadałoby jakoś podsumować ubiegły rok, prawda? No to tak: w roku 2015 wydoiłam z kóz ponad tysiąc litrów mleka i ponad tysiąc razy wysikałam Atosa. Musicie przyznać, że trzeba mieć talent, by tak smakowicie łączyć wątki. Z mleka zrobiłam około stu kilogramów serów i twarogów, trochę wypiłam w kawie, trochę umoczyłam w naleśnikach i budyniu i trochę niechcący rozlałam. Odliczając koszty inwestycji, produkcji serów i higieny udoju (gar, formy, chusty, podpuszczka i bakterie, sita, łyżki z dziurami i tym podobne, ręczniki papierowe, płyn do dezynfekcji wymion, papier śniadaniowy i folię do pakowania, sól, niektóre przyprawy, gaz i prąd), a przede wszystkim koszt utrzymania stada kóz (siano, słoma, owies, warzywa okopowe, kolczykowanie, odrobaczanie), zarobiłam “na czysto” około 1300 zł, co daje oszałamiającą kwotę 108 zł na miesiąc. Czyli można powiedzieć, że mamy akcent pozytywny, bo wyszłam na plus, a przecież mogłam wyjść na minus.

A propos wychodzenia na minus… Jak się wychodzi na minus czternaście stopni na zewnątrz, a w dodatku idzie się wydoić kozę Bożenę, i się tak przy tym stoi na betonowej posadzce warsztatu, to już po dziesięciu minutach ma się ochotę wziąć siekierkę i odrąbać sobie stopy, bo tylko wkurwiają z tym swoim “zimno nam, zaraz odpadną nam palce”. A gdy się tak postoi godzinkę, bo trzeba paru kozom skorygować racice (nie planowałam tego w styczniu, ale kozy sobie wyhodowały długie paznokcie i co im pan możesz zrobić), to już i siekierki nie trzeba, bo stopy same odpadają. No i ponieważ Kanionek nie umie nic innego, jak tylko narzekać, to musiał małżonek westchnąć ciężko, że wszystko na jego głowie, i znaleźć takie obuwie zimowe dla Kanionka:

pantofelki rusalki

Wykonane ze spienionego tworzywa, nieprzemakalne, giętkie i miękkie, ważą niecałe pół kilograma (para, nie każdy z osobna) i są brzydkie jak deszczowa noc w przytułku dla ofiar epidemii syfilisu, ale… Jest w nich cudownie ciepło. I cudownie lekko. W tych butach unoszę się nad ziemią (niczym syfilityczna rusałka), a moje stopy, jak dwa aktywne wulkany, wyrzucają w krwiobieg lawę gorącej krwi, która mi się miło rozchodzi po całym organizmie. Tak, nie zdejmuję ich wcale, jedynie do spania. Rano pierwsze, co robię, to wskakuję w te buty (jak je się szybko i bezstresowo zakłada!), a dopiero później robię kawę. Serio. Muszę sprawdzić, czy nie robią z tego tworzywa aby całych ubrań dla ludzi. Kupiłabym sobie taki jednoczęściowy kombinezon, z dziurami na oczy i usta, i zima mogłaby mi skoczyć. A teraz rzucę Państwu jeszcze garść przypadkowych fotek, ściągam buty i idę spać.

radioaktywni kotki dwa co sie gapi Kazik i Guzik Guzik i Kazik Guzik i Kazik 2 Baski 2 Baski ogrod zimowy

PS. No więc w sprawie odczuwania zimna i zapotrzebowania na ciepło, to mam dla Was jeszcze taką historyjkę. Otóż jakieś półtora roku temu umówiłam się z chłopem, co mi dostarczał słomę, żeby jeden balot podrzucił pani Żozefin, bo ona ma spory kurnik i narzekała, że nie ma czym kurom ścielić. Balot wylądował przed kurnikiem, został okryty czarną folią od góry i… Jest tam do dziś. Pozazdrościć umiejętności tak oszczędnego gospodarowania surowcem. Za to dwie spore górki drewna, co je pan Dżery zwiózł z lasu dwa miesiące temu, już prawie doszczętnie stopniały, i tak się zastanawialiśmy z małżonkiem, bo chcąc nie chcąc widzimy dom pani Żozefin za każdym razem, gdy wyjeżdżamy do miasta, co też im tak szybko to drewno schodzi. No owszem, zawsze, gdy zdarzyło nam się wejść do środka, wydawało nam się podejrzanie gorąco, ale z drugiej strony – wchodzimy tam prosto z samochodu, ubrani w ciepłe kurtki, czapki i rękawice, więc może to było tylko złudzenie? Jednak ostatnim razem rzuciłam okiem na termometr wiszący na ścianie i… Musiałam spojrzeć drugi raz, żeby się upewnić. Trzydzieści sześć stopni Celsjusza! A mnie się wydawało, że jestem wymagająca i delikatna, i twarz mi sinieje, gdy zbyt długo postoję przed otwartą lodówką. Nie no, oczywiście, że to nie moja sprawa. ALE TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ!

PPS. Moja odpowiedź na wszystkie te obrazki i filmy z koziołkami w sweterkach i świnkami w kubraczkach. Co Wy wiecie o sztuce krawieckiej?

szyk i elegancja

 

303 thoughts on “Styczeń, styczeń, pokaż rogi, czyli o różnych słoikach i hydrozagadce

  1. paryja 19/01/2016 at 07:27

    Strzyżyk, ptaszyna, to musi być strzyżyk !
    Chciałam wymyślić przysłowie o styczniu równie zgrabne jak Twoje ale nic z tego, chyba po prostu zawarłaś w tym przysłowiu wszystko i nie da się nic więcej dodać.

    • kanionek 19/01/2016 at 13:11

      Trochę mnie Barbarella zbiła z tropu tym pełzaczem, ale czyżby to jednak strzyżyk?
      Możemy poczekać, może się jeszcze jaki wytrawny ornitolog złosi, ale w sumie adres do wysyłki możesz już chyba do mnie wysłać mailem ;)

      • paryja 19/01/2016 at 13:59

        Nigdy niczego w całem mem życiu nie wygrałam i nie bardzo mi się w głowie mieści że tym razem to naprawdę (robię wielkie oczy)
        Sprawdziłam go (ptaszka) nawet w atlasie i w necie i chyba ornitolog mi nie straszny ;)
        A nazwa naukowa ptaszyny to Troglodytes troglodytes ładnie prawda ?

        • Iza 19/01/2016 at 16:50

          Znaczy, Gamoń napadł na troglodytę?! O, ja cieee…

          • paryja 19/01/2016 at 17:00

            A nawet na troglodytę troglodytę :D

        • kanionek 19/01/2016 at 19:44

          Naprawdę, naprawdę :)
          Tylko nie wiem jeszcze, kiedy nagroda opuści me progi, najdalej za tydzień będziemy jednak musieli się stąd wygrzebać :)

          • paryja 25/01/2016 at 19:54

            DOSTAŁAM ! Dostałam nagrodę :) Pierwszą w życiu ! Prawdziwą, najprawdziwszą.
            Dziękuję Diabłu że obdarzył Kanionka nagrodą, dzięki czemu Kanionek mogła zrobić konkurs a ja nagrodę wygrać :D

            Myślicie że teraz w totka spróbować ? ;)

          • kanionek 25/01/2016 at 20:31

            Nie może być – już doszła?
            A panienka z okienka (pocztowego) TAK mnie namawiała na priorytet. A ja się zaparłam, że nie, wystarczy „zwykły” polecony. A ona mi na to, że priorytetem to już w poniedziałek będzie u odbiorcy. A ja jej na to, że spoko, może być w środę. No bo wiecie już, że tej pani i tej poczty już nie lubimy, my Kanionki.
            No i doszło w poniedziałek, więc jestem tak zadowolona, jakbym to ja coś wygrała ;)

            Paryja, graj, póki szczęście sprzyja :)

      • mitenki 19/01/2016 at 23:08

        Czyżby czyżyk?

        (dlaczemu za mało liter?)

  2. Ajka 19/01/2016 at 07:53

    kurka spóźniłam się… też obstawiam strzyżyka :)

    Tak mi się przypomniało (nieco a propos):

    – Proszę wymienić ptaka na literę a – prosi dzieci pani od biologii.
    – A może to czyżyk? – zgłasza się Jasio.
    Pani lekceważy go.
    – Nie znacie? To może na literę b?
    – Być może czyżyk? – wyrywa się znowu Jasiu.
    Zdenerwowana pani wyrzuca go za drzwi.
    – Drogie dzieci, a może znacie ptaszka na literę c?
    Otwierają się drzwi, Jasio wsuwa głowę.
    – Czyżby czyżyk?

    a śniegu fakt sporo… może by się na biegóweczki do Was wybrać… hm…
    to jedyny plus stycznia ;)

    • paryja 19/01/2016 at 08:47

      Pieprzyć narty, pieprzyć sanki,
      w styczniu zbierać chcę sasanki!

      • kanionek 19/01/2016 at 13:07

        No weź :D Nie mam już więcej nagród do rozdania!

        • paryja 19/01/2016 at 14:01

          Cały dzień szukam rymu do styczeń i do cholery jasnej nie mogę znaleźć.
          Może mam zaparcie umysłowe, a może ten cholerny styczeń nie ma rymu ?

          • paryja 19/01/2016 at 14:03

            Jednak są rymy ale i tak brzydkie : http://www.rymy.eu/rymy/styczen

          • ciociasamozło 19/01/2016 at 16:02

            Dlaczego jako pierwszy rym zobaczyłam „zohydzeń” ?

          • dolmik 19/01/2016 at 23:33

            Pierwszy jest brzydzeń… Wiadomo. Parszywy miesiąc….

          • zeroerhaplus 20/01/2016 at 16:25

            Niech się kończy styczeń.
            Nie mam więcej życzeń.

            ;)

    • bila 19/01/2016 at 12:45

      Może to jest strzyżyk ale dla mnie mały ptaszek to cipiórek. I tej wersji zamierzam się trzymać ;)
      Zdjęcia koziołków i owiec najfajniejsze! Mogłyby startować w Top Animal Model!

      • kanionek 19/01/2016 at 13:09

        Cipiórek :D
        Kazik i Guzik wyglądają jak bracia bliźniacy, Guzik jeno ciut mniejszy od starszego kuzyna. Serce roście, gdy na nich popatrzeć, a potem kurczy się boleśnie, bo co ja z nimi zrobię? Znowu kastrować i trzymać na pohybel domowemu budżetowi…?

        • Iza 19/01/2016 at 15:53

          Wymienić, choćby czasowo, na całkiem nowy model (genetyczny). Chłopaki urodziwe są, kolejka panienek się do nich ustawi. :)

    • kanionek 19/01/2016 at 13:13

      A chcieliśmy sobie kiedyś z małżonkiem takie narty kupić, do szybkiego przemieszczania się w tych zimowych okolicznościach przyrody, ale cena za dwie pary nas wyleczyła z głupich zachcianek. Gumofilce i maszerować!

      • Ajka 19/01/2016 at 13:58

        ja kupiłam używki za bodajże 150 zł razem z butami i wiązaniami, kije niestety musiałam dokupić nowe, pod mój wzrost, najtańsze coś koło 100. Owszem jest to ten starszy system, ale działa :D Myślę, że to była jednak cena okazyjna…

        Niestety nie bardzo jest gdzie jeździć, głównie przez brak śniegu.
        A na Wysoczyznę Elbląską to nam się nie zawsze chce ;)

        • Ajka 19/01/2016 at 18:04

          no to se wlazłam na allegro… nie zrobiłam ci ja wybitnego biznesu z tymi nartami ;)

  3. Ajka 19/01/2016 at 07:58

    a jeszcze wracając do zdjęć:
    Kozinki na tle zagajnika obłęd! jak te co się w Poznaniu trykają :)
    Baśki jak nic Lśnienie… bałabym się pójść do nich po ciemku ;)
    Nie wiem gdzie znalazłaś kaczki, ale kasują wszystkie ubrane zwierzątka :D

    I jak tak czytam sobie o Twoich perypetiach z domem i całym inwentarzem, to się leczę z „pieprzyć wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Jestem za leniwa i błogosławię swój kaloryfer i obleśny biokominek ;)

    • ciociasamozło 19/01/2016 at 10:12

      Oj tak, koziołki cudo! Poznań powinien od Kanionka kupić to zdjęcie za grube pieniądze ;)

  4. ciociasamozło 19/01/2016 at 09:33

    Pozytywnego o styczniu (styczeń-sryczeń) niewiele mogę powiedzieć. No może tylko to, że listopad i grudzień za nami ;) .
    Na śnieg to Ty, Kanionku, tak strasznie nie narzekaj, bo im więcej śniegu, tym na wiosnę więcej wody w stawie. Twój śnieg jest bielutki i świeżutki, nie musisz codziennie rano odskrobywać samochodu i brnąć w ohydnej słonej brei. I Twoje psy nie próbują podnieść na raz wszystkich czterech łapek po przejściu kilku kroków po solonym, ch.j wie po co, chodniku.
    Gdzie MałyŻonek te buty kupił? Ja też chcę takie! I ich kontrowersyjna uroda kompletnie mnie nie zniechęca. Tylko czy tworzywo się od soli nie rozpuści?

    • Ajka 19/01/2016 at 10:02

      Mężu kazał teściowi kupić kalosze jak jechali 4×4 na męską wyprawę na weekend.
      No i teściu se kupił, takie właśnie, w lidlu akurat. Mieliśmy z niego straszną bekę po cichu. Bo on z tych co nie kumają żartu ;)
      Do tego znalazłam podobne w którymś z marketów budowlanych pod hasłem: damskie kalosze ogrodowe.

      O proszę: https://www.obi.pl/decom/product/Kolmax%20Kalosze%20ogrodowe%20damskie/6028070?isi=true nawet są kolory do wyboru :)
      (teściu ma zielone z żółtą wkładką hihihi)

      • ciociasamozło 19/01/2016 at 10:16

        Dzięki Ajka! Tylko tak się zastanawiam czy one nie są z gumy, która na mrozie strasznie zesztywnieje, a kanionkowe są z takiego piankowego tworzywa i miękkie.

        • kanionek 19/01/2016 at 13:03

          To chyba będą te same buty, tylko jak już pisałam, moje były o połowę tańsze! OBI przegięło z tą ceną.

          • kanionek 19/01/2016 at 13:06

            Aha, co do soli to producent się nie wypowiedział, zawsze jednak można maila z zapytaniem wysłać.
            A śnieg śliczniusi, bialusi, puszyściutki i mięciutki, pada sobie znów od kilku godzin. A tak ładnie poodśnieżałam!

          • Ajka 19/01/2016 at 14:01

            niby z „materiału EVA”. Wg gogle to pianka, więc chyba nie guma.
            Do tego napisane w katalogu, że lekkie. Obstawiam to samo co ma Kanionek.
            Może w jakimś innym budowlańcu będą mieli taniej?
            Teściu w Lidlu zapłacił koło 30 zł.

  5. wersja 19/01/2016 at 09:44

    no pa, a ja zawsze uważałam, że to rozsmarowywanie się fety to jej wada uboczna, a to ma być walor docelowy?

    powiedzenie o styczniu proponuję: „styczeń, styczeń, ty wuju”. o, to nie miało być „w” ;)

    wiesz, że o rurach piszesz równie porywająco jak o Wąskim? btw, wiadomo coś o nim? kotki urośli! :)

    • kanionek 19/01/2016 at 13:01

      Jeśli moje wynurzenia z piwnicy wydały się komuś porywające, to tylko dowodzi, jak martwym i pozbawionym atrakcji miesiącem jest styczeń ;)

      „Kotki urośli!” – no chyba! Po tym wszystkim, co zjedli! Ta mała może jeść 17 razy na dobę, nie przesadzam. Nie zdarzyło jej się odejśc od michy, jeśli pozostał w niej choć okruszek :)

      Wąski – zapomniałam Wam powiedzieć :) Nowy właściciel zadowolony, co wnioskuję z pogodnego tonu rozmowy, Wąski podobno ładnie chodzi przy nodze i nie ucieka w siną dal (widać facet nie ma zbyt wielu kurczaków w okolicy), jest wesół jak skowronek (no u nas też był) i… grymasi przy żarciu! Długo się zbierałam, żeby zadzwonić, bo się zwyczajnie bałam złych wieści, a tu proszę – wszyscy zadowoleni :)

      • Ania W. 19/01/2016 at 21:49

        No to po prostu serce rośnie czytając o szczęśliwym Wąskim!

        Rozbawiłam dzisiaj połowę biura cytując przysłowie o styczniu :). I wszyscy jak jeden mąż przyznali, że prawdziwe jak cholera.

        • kanionek 19/01/2016 at 22:53

          Mi też urosło, zwłaszcza, że tak bardzo bałam się zadzwonić i wolałam nie wiedzieć, niż usłyszeć złe wieści. Ale naprawdę zrobiliśmy z małżonkiem ostry przesiew chętnych (choć bywały chwile, że miałam ochotę wcisnąć Wąskiego przypadkowemu grzybiarzowi w lesie i uciec) i ten facet zrobił na nas dobre wrażenie, a my z kolei wywlekliśmy na światło dzienne wszystkie wady Wąskiego, żeby nie było rozczarowań, więc ryzyko było minimalne.

          Z ciekawości zapytam – jak Wam się jabłka przechowywały? Ja wczoraj wyciągnęłam z lochu ostatnie sztuki, lekko podwiędłe, ale wciąż rumiane, pachnące, i bez śladów psucia się. Te od Sławków musiałam zużyć w pierwszej kolejności, bo psuły się szybko i w dużych ilościach – taka „miętka” odmiana.

          • wersja 20/01/2016 at 08:59

            to ja się bardzo cieszę z newsów o Wąskim (ale że tak dałaś radę „zapomnieć”? no chyba masz za dużo kurczaków ;))

            w temacie jabłek nie mam nic do powiedzenia, gdyż nie przechowuję ;)

          • Ania W. 21/01/2016 at 11:33

            Jabłka zostały zeżarte migasem w trzy tygodnie i nie zdążyły nawet trafić do piwnicy . Już teraz zapisuję się w jesienna kolejkę!

          • kanionek 21/01/2016 at 13:58

            Och, muszę Cię zmartwić. W jesienną kolejkę to owszem, ale mówimy tu o jesieni 2017, ponieważ jabłonie mają ruję co dwa lata ;)
            W tym roku nie spodziewam się więcej, niż pięciu sztuk jabłek nieokazałej wielkości, i to samo będzie u Sławków, za to tak się szczęśliwie składa, że jabłonie mojej Babci będą miały „swój rok” właśnie w 2016, i znów będę faszerować Gwiazdolota jabłkami z Gdańska :) Jeśli się uda, jabłek będzie naprawdę dużo i spodoba Ci się któraś odmiana, to na pewno dobijemy targu. Babcia ma tylko stare jabłonie, niektóre prawie tak stare, jak ja, a jej działki nigdy nie zaznały oprysków, więc spoko, też będzie „eko” :)

  6. ekolandia 19/01/2016 at 09:54

    Zważ jak różny masz elektorat, gdyż zainteresował mnie najbardziej fragment hydrauliczny. (Nikt nigdy się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji takoż defragmentacji zaworu zwrotnego!). To znaczy wszystko świetnie i sery i peklowany ptaszek i w ogóle, ale ta pompa to bomba. Znaczy się historia życiowa. Oczywiście nie życzę więcej usterek, hm, a jakże :). ps. Myślę że nastąpił tu moment czułej, fragmentarycznej identyfikacji zwrotnej, gdyż sama niedawno rozbierałam różne instalacje rurkowe w celu wlania w nich 20 litrów octu, by się przepchały i takie tam. Jednak bez męża i nietoperza nie ma to w sobie potencjału epickiego ;)
    Pozdrawiam wylewnie.

    • kanionek 19/01/2016 at 12:49

      O tak, ta pompa to bomba :) Z tym, że porządna bomba wybucha raz i po sprawie, a ta nasza ma jeszcze zapewne kilka wybuchowych rozrywek w zanadrzu, a jakby tego było mało, jest i pompa głębinowa, regenerowana przez małżonka, ale to już odrębna historia, ze studnią głębinową, która będzie bohaterką innej opowieści :)
      (ja również wylewnie, ale 20 LITRÓW OCTU? I co, pomogło?)

  7. ciociasamozło 19/01/2016 at 10:01

    I jeszcze muszę Wam, Kozy Kochane, opowiedzieć, dlaczego zacznę chodzić po ulicach z bejsbolem.
    Szłam ja sobie dzisiaj z suką przez skwerek i zobaczyłam dziarsko maszerującego gościa, a kilkanaście metrów za nim ledwo człapiącego staruszka amstaffa. Gościu najpierw krzyknął coś, żeby popędzić psa, ale ten dalej szedł staruszkowym tempem. No to facet wrócił do psa, wziął go za kark i szurnął nim po śniegu do przodu. Ciśnienie mi błyskawicznie skoczyło, aż para uszami poszła, ale zacisnęłam zęby i tylko kulturalnie zwróciłam uwagę „Panie, co pan robi? przecież ten pies ledwo idzie”, na co usłyszałam „Zamkniej mordę! bo się zaraz tobą zajmę!” . Do „zajmowania się” moją osobą jakoś nie doszło, bo facet przecież strasznie się spieszył (a swoją drogą, mimo, że on w wadze ciężkiej a ja w muszej to kompletnie się go nie przestraszyłam; z wiekiem chyba instynkt samozachowawczy siada, a może obecność Buły tak na mnie działa?)
    Może zamiast bejsbola kamerka byłaby lepsza? Byłby dowód i na znęcanie się nad zwierzęciem i na groźby karalne…

    • Ajka 19/01/2016 at 10:15

      o cholerka….
      nie wiem co bym zrobiła w takiej sytuacji. Mam co prawda czarną bestię, która dyskryminuje starsze psy i na nie szczeka i warczy (nie wiem o co jej chodzi).
      Można by udawać, że na gnoja tak się wydziera.
      Ale jak ktoś się zna na rasach, to nie weźmie jej gróźb na serio. Ugryzł kiedyś kogoś labrador? ;) (w sumie pewnie ugryzł, te psy mają ogromną cierpliwość, ale czasem się kończy…)

      • ciociasamozło 19/01/2016 at 10:26

        Pewnie gdyby gościu wyskoczył do mnie z łapami, to by go moja Buła z krótkim nerwem pogoniła (ciekawe, czy skoczyłaby do rąk, czy do tyłka…?). Ataku ze strony amstaffa kompletnie się nie obawiałam, psiak ledwo szedł i to też z miną „ja z tym panem nie mam nic wspólnego”. Gorzej, gdyby ten złamas wyciągnął kosę na mojego psa :(
        Szkoda mi tego amstaffa-staruszka. Przesrane z takim „panem”. Normalnie, jak jeszcze raz zobaczę, że facet tak psa traktuje to zgłoszę na policję (albo lepiej do TOZ-u – oni bardziej upierdliwi są). Gorzej, że prędzej gościowi wlepią mandat, że pies bez smyczy i kagańca niż przejmą się losem psiaka :(

        • kanionek 19/01/2016 at 12:32

          Ciocia, może telefonem go? Nie, że w łeb, tylko nagrywać. Ja na pocztę już tylko z dyktafonem będę chodzić ;)
          Może pocieszy Cię, że mam taką wizję, jak ten troglodyta się starzeje i też go ktoś szturcha i popycha, a może i w dupę kopie, żeby „szybciej wypadał z tego autobusu”, czy coś.

          • ciociasamozło 19/01/2016 at 13:48

            Toż właśnie taką wizją pocieszam się od rana :)
            Telefonem jak najbardziej, tylko przez tę zimę i rękawiczki, to zanim cokolwiek wyciągnę i włączę…
            Jeszcze mam plan rzucenia na niego klątwy. I tak pewnie okoliczni mieszkańcy mają mnie za wariatkę (ach ten elegancki strój na spacery z psem) więc nikogo nie zdziwi jak jedną ręką trzymając wściekłą Bułę, świdrując złamasa wzrokiem oszalałej staruchy, wyciągnę przed siebie kościsty palec i grobowym głosem przepowiem mu impotencję, zatrucie metanolem i najazd skarbówki.

          • zeroerhaplus 20/01/2016 at 16:32

            Impotencja, zatrucie metanolem i najazd skarbówki to kombinacja estetycznie zachwycająca (w pewnym sensie oczywiście).
            Pomysł piękny, a jełopa i tak nie załapie od razu potęgi i głębi przekleństwa. Poza tym takie typy przeważnie przeraźliwie boją się nieobliczalnych wariatek ;)

    • zerojedynkowa 20/01/2016 at 08:42

      Nie wiedzieć czemu przeczytałam: „…może … klamerka byłaby lepsza?” I miałam wizję zakładania złemu panu klamerki na nos. Jako karę i ostrzeżenie dla innych. Ja się chyba muszę zacząć leczyć…
      A w ogóle podziwiam odwagę, ja ze względu na to, że zawsze w takich sytuacjach jestem z dzieciakami bałabym się nawet popatrzeć, nie mówiąc o odezwaniu się. No, a w ogóle to nie mam psa. I chyba tu jest pies pogrzebany.

  8. Barbarella 19/01/2016 at 10:46

    A ja obstawiam pełzacza.Też miałam przyjemność, kiedy mi rąbnął o okno i później dyszał na parapecie; to takie maleństwo, że sprawdziłam tylko, czy mu się główka nie majta (bo jak się majta, to niestety RIP) i pogłaskałam najmniejszym palcem. Posiedział, doszedł do siebie i odfrunął.

    Z wodą nigdy nic nie wiadomo. Nie na darmo się mówi, że woda ma pamięć, chociaż moim zdaniem to chwilami normalnie złośliwa menda jest. Mieliśmy podobne przygody z pompą do podlewania latem. Czasem była zatkana piachem, a czasem nie – po prostu woda NIE MIAŁA OCHOTY tego dnia podlewać. Chociaż faktycznie, gruz w rurach nie pomaga.

    • kanionek 19/01/2016 at 12:27

      Hm. No niby podobne są, ale to chyba jednak strzyżyk zwyczajny. Jest ich u nas trochę, latem można je pomylić z polnymi myszkami, bo kolor i rozmiar ten sam, szurają szybko po ziemi i niechętnie latają (całkiem jak myszy). Szkoda, że Gamoń pozbawił osobnika w słoiku ogonka, bo byłoby łatwiej z identyfikacją.

  9. diabel-w-buraczkach 19/01/2016 at 11:01

    Prezes Kaczka zawsze wie, jak sie ustawic – to widac cecha wrodzona, bardzo przydatna w tym zawodzie :)
    Kotka bialego ilekroc widze, to mam ochote go porwac i juz Ci nie oddac!!! Z Gamoniem tez czuje wiezi, silne wiezi – bo tez tak leze i wbijam czolo w to, co akurat lezy przede mna. Nie stac mnie jakos na wiele wiecej… Wszystko prez ten styczen wlasnie.
    Mam na niego swoje wlasne przyslowie:

    Styczen – dupa, sniegu kupa.
    Krótko, zwiezle i na temat…

    Ale! Ale, ale. Takie zdjecia z tym, czym sie karmia u was owce i kozy, to najlepsza reklama dla Twoich serów. Patrzac na te ziola i salatki, to sery po prostu MUSZA byc super.

    • kanionek 19/01/2016 at 12:09

      Diabeł, bardzo ładne przysłowie i w ogóle, ale skupmy się na najważniejszym: tego białego kotka to Ci zapakować w pudełko, czy tylko w ozdobny papier? Pisz szybko, bo dzisiaj będzie u mnie kurier po inną paczkę, to i Pantera bym z nim puściła. Koszt nieważny. Kupię mu bilet lotniczy w pierwszej klasie, tylko potwierdź, że go chcesz!
      (niee, no skąd, on wcale nie sika pod kuchenkę gazową, za szafę, ani obok kosza na śmieci. I kupkę PRAWIE zawsze robi do kuwety. Piekny kotek, dobry kotek, dopłacę!)

      • thais 19/01/2016 at 13:47

        Trochę mnie wystraszyłaś że może się trafić taki uparty kocurek co z kuwetą mu nie po drodze. Nie mogę mieć kota w domu, (małolat alergik), ale namówiłam w pracy koleżanki na adopcję (bo pozazdrościłam Ci małej diablicy:) i jutro ma przyjechać kot z fundacji kocia mama. Jak zacznie obsikiwać kable i komputery to wylecę na zbity pysk z koteckiem :)

        • diabel-w-buraczkach 19/01/2016 at 15:47

          Thais, to sie wkopalas ;)
          Kanionek, to ja sie jeszcze zastanowie jednak…

          • kanionek 19/01/2016 at 19:20

            Diabeł – no trudno. To idę go rozpakować :D

            Thais – niee no, ja chyba miałam pecha z Panterem, bo mała Vader na przykład nie ma problemu z kuwetą, wręcz przeciwnie – bardzo gorliwie po sobie wszystko zakopuje, tworząc doskonale zgrabny kopczyk, spod którego nic brzydkiego nie ma prawa nawet prześwitywać. Zajmuje jej to trzy razy więcej czasu, niż czynność zasadnicza :) Gamoń i Kotek też od pierwszego dnia wiedzieli, jak się zachować, więc naprawdę – Panter jest tu wyjątkiem od reguły i zobaczysz, że wszystko będzie dobrze :)

          • Ajka 19/01/2016 at 23:28

            nie znam się na kotach, ale słyszałam, że jak kot ma problem zdrowotny to się załatwia gdzie popadnie…

  10. buskowianka 19/01/2016 at 11:09

    No tak, Kanionek narzeka, że nudy, nie ma o czym pisać a wychodzi z tego powieść sensacyjno-obyczajowa z elementami satyry politycznej („Kaczka jest z zawodu prezesem”).
    Ja chcę Kanionka na papierze!

    I tak, cały śnieg poszedł do Ciebie, bo u mnie tak ładnie by nie wyglądał, zaraz rozdeptany i zasolony.

    • kanionek 19/01/2016 at 12:05

      Ja Was podziwiam, żeście to wszystko przeczytały i jeszcze macie siłę komentować :D

      • Ania W. 19/01/2016 at 21:52

        Dziewczyno, to tak wyczekany wpis, że łomatko i łojezu naraz.

  11. prowincjonalna nauczycielka 19/01/2016 at 11:10

    Kanionku,
    patrząc na miski z żywnością kozio-owczą natchnęło mnie, by Ci wyznać, że chciałabym być Twoją kozą ewentualnie owcą:-)

    • Iza 19/01/2016 at 11:54

      Toż samo – tylko może bez tej kredy pastewnej…? No i ziemniaczki wolę gotowane, jakby cuś.

      • kanionek 19/01/2016 at 12:03

        Iza – ależ ziemniaczki gotowane, jak najbardziej. Ale i tak wszystko niesmaczne, bo bez soli :)

        • Iza 19/01/2016 at 12:11

          A po co mi sól do marchewki albo kapusty, o jabłkach nie wspominając? Skoro ziemniaczki gotowane, to wytłumacz jakoś Bożenie, żeby się posunęła…

          • kanionek 19/01/2016 at 13:19

            Taa, posunęła. Łatwo powiedzieć. Bywa, że otwieram drzwi koziarni, a tam tuż za progiem Bożena, rozlana jak ropa po oceanie, ja chcę wejść, a ona ani drgnie. Szpagaty muszę robić, a ścięgna już nie tak elastyczne, jak kiedyś. Sama jej powiedz :D

          • Iza 19/01/2016 at 13:33

            Zachęcona wizją surówek, idę szukać jakiegoś szkolenia z negocjacji…

    • kanionek 19/01/2016 at 12:02

      Prowincjonalna – witaj w klubie ;) Ale wiesz, że musiałabym Was wszystkie zakolczykować? I wpisać do Księgi Stada? Z numerem matki, pochodzeniem i w ogóle. Wy się jeszcze zastanówcie, drogie Kozy :)

      • bila 19/01/2016 at 12:50

        Kanionku, to jeszcze nie masz dla nas Księgi Stada????? No jak to??? Uuuuuu :(

        • kanionek 19/01/2016 at 13:15

          Bila, no ale jak – mam Was ponumerować? Jakoś tak nie wypada…

          • Iza 19/01/2016 at 13:35

            Imiona posiadamy, a ja na ten przykład bym nareszcie miała przekłute uszy pod kolczyki, w dodatku za free – czysty zysk. :)

          • kanionek 19/01/2016 at 20:12

            Och, wszystko się zgadza, ale… Czy Ty aby nie przegapiłaś tego zdjęcia, na którym prezentowałam moją kolczykownicę? :D

          • Iza 19/01/2016 at 22:14

            Nic nie przegapiłam. Kanionku, ja się boję każdej kolczykownicy – myślisz, że dlaczego nadal nie mam tych dziurek? A skoro i tak się boję, to rozmiar już naprawdę nie ma znaczenia. :D

  12. Barbarella 19/01/2016 at 11:11

    A jeszcze – co do obuwia: otóż polskim hitem eksportowym są wędkarskie kalosze ocieplane, co się je nosi do minus 30 stopni. Nasi znajomi Hiszpanie, co jeżdżą na ryby do Skandynawii (zimą, oczywiście) i na Morze Północne – zawsze jak nas odwiedzą, to wyjeżdżają z pełnymi walizkami tego. Stoją później podobno na lodzie godzinami w tym i nic. Jeśli chodzi o estetykę, to moim zdaniem kwestia PR -u. Takie np. Huntery i Emu WMÓWIŁY ludziom na całym świecie, że są ŁADNE. Wszystko zależy od noszącego.

    • ciociasamozło 19/01/2016 at 11:35

      Szukając tych wędkarskich ocieplanych, o których piszesz, trafiłam na: http://polbut.com.pl/pl/p/BFBORYNA-buty-filcowe-z-gumy-gumofilce-STOMIL/2275
      Urzekła mnie ich nazwa :)

      • Barbarella 19/01/2016 at 11:38

        Te z filcem? TEŻ KUPOWALI! Do siebie, do Galicji – tam nie ma mrozów, zimą jest tak w okolicy plus 10, za to cały czas leje, jest potwornie wilgotno. Ten nasz filc to jest hit na taką pogodę.

        • ciociasamozło 19/01/2016 at 11:51

          Boryna z filcem w Galicji :) Bosko!

          Kanionek! Runo z Basiek filcuj i bedzie na eksport do Hiszpani!

          • kanionek 19/01/2016 at 11:56

            Samo się filcuje. Niby niedawno były strzyżone, a znów wyglądają jak ósme dziecko stróża. Dwoje ósmych dzieci stróża. Biednego stróża, co ma drugi etat przy węglarce. Ale przynajmniej już nie są obesrane.

            Ciociu, poszukaj „Lemigo” firmy Kolmax. Moje kosztowały coś poniżej 50 zł, podałam link w odpowiedzi na komentarz Barbarelli.

        • paryja 19/01/2016 at 11:53

          Gumofilce to najlepsiejsze i najboższe obuwie na świecie !
          Chłop mnie do nich długo przekonywał ale kiedy już kupiłam zostanę im wierna na długo, tylko ta „estetyka” ;)

          • kanionek 19/01/2016 at 11:58

            Mój też ma gumofilce. Wygląda w nich okropnie :) Upiera się, że mu w nich dobrze, więc co mi do tego, ale Tobie jednak polecam te lekkie wynalazki z pianki. Wszystkim polecam! Syfilityczne pantofelki dla każdego!

          • paryja 19/01/2016 at 12:14

            Następne chyba będą właśnie pianki i Chłop też już o takich myśli zwłaszcza że jak piszesz, cena już jest znośna.
            Z butów do wszystkiego polecam jeszcze Caterpillar, ostatnio sobie kupiłam i jako buty do szwendania się ze psem są fantastyczne :)

          • kanionek 19/01/2016 at 13:17

            Pianki piankami, ale weź przypomnij Romuald, że dwudziesty stycznia już jutro, co? Niech mie ona autorytetu nie podkopuje.

          • paryja 19/01/2016 at 14:07

            Powiesiłabym jej kalendarz nawet ale ciągle nie mam, a zrobić nie zdążę .

        • bila 19/01/2016 at 12:52

          Jak kupiłam dom, to synowi nastolatkowi sprawiłam gumofilce i fufajkę. Ot, tak, dla draki. Ucieszył się! Chętnie ubierał do odśnieżania podjazdu czy chodnika.
          Uszanki, niestety, nie ma takiej stylowej.

          • dolmik 20/01/2016 at 00:12

            W moim miasteczku był kiedyś sklep firmowy z Lemigo. Zaopatrywałam tam młodą w kapcie do przedszkola i kiedyś też zakupiłam jej aleganckie kalosze, rózowe, piankowe, ze skarpetami docieplającymi. Pani sprzedająca zachwalała, że nadają się nawet na mrozy do -20…. W myślach popukałam się w czerep… A potem okazało się, że musiałam to odpukać… Młoda w ciągu listopada i połowy grudnia wykończyła 3 pary kozaczków…. prawie trzy stówki poszły się…. seksić…. I cała wcurwiona wsadziłam ją w te kalosze. No. I przechodziła w nich do wiosny. Ciepłe, lekkie, nie do zdarcia nawet przez moją niszczarkę…. Kupiłabym jej więcej, na rosnące nogi, ale niestety powyżej któregoś tam numeru były już tylko takie „przecudnej urody” jak Kanionka. Ależ oczywiście, że sobie też zanabyłam, przydają się często i od siedmiu lat nic im nie jest. Tylko wtedy były dość drogie, muszę poszperać, może zaczęli też produkować kolorowe dla dorosłych?

    • kanionek 19/01/2016 at 11:52

      No to właśnie te buty mam. Chyba. Są z pianki EVA, z metki krzyczy „-30!”, producent: Kolmax, marka „Lemigo”, reklamowane właśnie jako buty dla wędkarzy. Tyle, że moje kosztowały niecałe 50 zł, a tu Ajka wstawiła link, pod którym stoją za prawie 90. No ale to w OBI, a ja kupowałam na Allegro (o tu są na przykład: http://allegro.pl/buty-gumiaki-gumowce-kalosze-lekkie-lemigo-36-42-i5795874074.html).

      W sumie to nawet nie pamiętam, czy wzięłam damskie, czy męskie. Było mi już wszystko jedno, bo na samą myśl o wyjściu z domu bolały mnie palce, za to teraz wychodzę i się nawet nie zastanawiam, bo buty zawsze mam na sobie :D
      Aha, i wzięłam o numer za duże, nie dowierzając w ich cudowną moc, żeby móc w razie czego wcisnąć w nie dodatkową parę skarpetek, ale niepotrzebnie. Przy minus trzydziestu to nie wiem, słabo to widzę, ale minus piętnaście to dla nich betka.

      I tak! To prawda, że zależy kto nosi. Jak mi Mama kupiła w podstawówce Relaxy, to się prawie popłakałam (z nieszczęścia), a potem na wycieczce szkolnej wystąpiła w Relaxach taka jedna Magda, co za nią chłopaki pełzali po ziemi jak napalone węgorze w drodze do Morza Sargassowego, i nagle Relaxy były WSZĘDZIE i każdy chciał je mieć.

      • ciociasamozło 19/01/2016 at 12:17

        Ha! w lutym wybieram się na ślub i wesele koleżanki, i jak bonie-dydy, jeśli będzie -15 to wystąpię w „Lemigo”!
        No może będę miała w reklamówce jakieś kapcie na zmianę ;)

        • Iza 19/01/2016 at 13:51

          Ale nie licz na wpis do Księgi Guinnessa – tam już figuruje moje dziecko, które na własną studniówkę wybrało się w glanach. Do sukienki balowej. Równie czarnej. Długiej, na szczęście. Uzasadnienie: „Ja mam zamiar się bawić, a nie katować czymś niewygodnym na nogach”. Koniec cytatu.

          • ciociasamozło 19/01/2016 at 14:14

            Mądre masz Dziecko :)

          • kanionek 19/01/2016 at 19:49

            Iza – zgadzam się z Ciocią, choć jeszcze różnie może być. Dzisiaj glany, jutro szpilki, a pojutrze gumofilce ;) Wiem, bo też tam byłam, na studniówce z glana piłam i tak dalej.

          • Iza 19/01/2016 at 22:18

            Stan jest raczej stały, bo ta studniówka to już „parę” lat temu była, a dziecka w szpilkach nadal nie zobaczyłam, więc już pewnie nie zobaczę. Natomiast gumofilców nie wykluczam. :)

      • kaczka 19/01/2016 at 17:58

        Przeczytalam, ze marki ‚LEMINGO’ i juz sobie rozne rzeczy wyobrazam. Na krawedzi.

        • kanionek 19/01/2016 at 18:55

          A ja tak właśnie do nich mówię, tych butów moich – chodźcie tu, moje śliczne (?), małe (?!) lemingi ;)
          Bo ojciec nam zawsze powtarzał, że buty trzeba szanować.

    • MIVO 21/01/2016 at 22:14

      Barbarella co by nie było kalosze Hunter swoje początki miały w…stajniach angielskich! ;)) Tak samo ciekawostką są buty marki ZDAR, które jako walonki miały inne przeznaczenie a teraz? Wszystko na „salony” ;)

      Prawdziwym EMU nie można odmówić jednego (pomijając kwestię gustów) – one są naprawdę ciepłym i wygodnym obuwiem :) Oryginalna wełna działa tak jak powinna i można się ich wstydzić ale dla zmarzluchów są idealne.

      • kanionek 22/01/2016 at 20:40

        O tak, MIVO, potwierdzam. Nie EMU, bo nie miałam, ale prawdziwa wełna działa tak, że na powierzchni owiec śnieg nigdy się nie topi, a na kozach od razu :D

  13. Iza 19/01/2016 at 12:06

    Wiesz co, Kanionku? Jeśli to mają być skutki niemocy tffurczej, to ja Ci chyba życzę więcej tej niemocy. :) Opis hydrauliczno-budowlano-rolniczy (koszenie prętów…) skradł mi serce, i potem na widok poznańskich koziołków musiałam gwałtownie szukać, co mogłyby mi ukraść. Roboczo stanęło na kawałku wątroby, ale to chyba jakiś orzeł czy inny sęp się takimi kawałkami interesował dawno temu, więc nie wiem, czy koziołki usatysfakcjonowane. Ja, w każdym razie, BARDZO. :)
    Ale połknięcia żabki hydraulicznej to chyb jednak odmówię http://www.megaobrabiarki.pl/rothenberger-klucz-nastawny-zabka-typ-spk-12-cali,id315.html Natomiast przy tych wiadrach to bym się zatrzymała na dłużej…

    • kanionek 19/01/2016 at 13:23

      Zawsze mówiłam, że dobre z Was ludzie. Pod brodą podrapią, po głowie żabką pogłaszczą.
      Nie raz już sypałam we wpisach suche trociny, a Wy na to, że jakie piękne, jakie równe, i jak cudownie pachną ;)
      No a koziołki to nie moja zasługa, tylko Andrzeja.

      • paryja 19/01/2016 at 13:48

        Na zdjęciu z koziołkami przez chwilę szukałam lustra ;D

        • ciociasamozło 19/01/2016 at 14:08

          Ale wyraźnie widać granicę fototapety ;)

  14. zośka 19/01/2016 at 13:45

    Obrazowa opowieść o kaczce mnie rozwaliła:))) W ogóle Kanion piszesz tak, że szacun, biję pokłony na tym śniegu klęcząc przed bramką( widzisz to, nie?), powinnaś napisać książkę i w końcu byłabyś bogata, przyjeżdżali by na Twoje ranczo robić wywiady, a Ty byś ich witała w tych swoich gumiaczkach, odgarniając niedbale kosmyki włosów zardzewiałym trójniczkiem, mając wyrębane na wszystko, bo byłabyś bogata. I mogłabyś robić sobie sery dla przyjemności i z nudów, a nie z potrzeby tysiącpińcet zysku na rok. Czego Ci życzę, ale gdybyś na wszelki wypadek nie zechciała być sławna i bogata, co jest bardzo prawdopodobne:)) to i tak jesteś the best.

    • ciociasamozło 19/01/2016 at 14:08

      Zośka, bardzo mi się podoba wizja bardzo bogatego Kanionka :)
      Jak taka angielska arystokratka, co to chodzi z gromadą psów po swoich rozległych włościach w tweedach po babci Lady Marjorie i kaloszach po wujku sir Williamie , osobiście dogląda wykotu owiec, sama czyści swoje konie i generalnie fruwa jej co inni o niej pomyślą ;)
      Gdzieś mi przemknęła lady Sybil Deirdre Olgivanna Vimes z domu Ramkin (tylko gabaryty nie te :) ) i jej schronisko dla smoków :)

      • Ajka 19/01/2016 at 14:19

        a mi stanęła przed oczami Ouiser Boudreaux ze Stalowych magnolii. Co to ubierała się jak chciała i hodowała pomidory :)

        • ciociasamozło 19/01/2016 at 14:25

          To ta od tortu-pancernika?

          • Ajka 19/01/2016 at 17:56

            Ta co ją grała Shirley MacLaine, a tort robiła ciotka… Chociaż w sumie Ouiser chyba go kroiła w garażu :D

            Najbardziej kojarzy mi się z outfitem: futro, dżinsy ogrodniczki, kraciaste skarpety i do tego diamenty :D
            i wyleniały bernardyn na smyczy :)
            o proszę: https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/236x/99/c6/78/99c678c8bed2ca0bd44274e4963438db.jpg
            „I’m not crazy…I’ve just been in a very bad mood for 40 years.” :D

          • kanionek 19/01/2016 at 19:01

            „I’m not crazy… I’ve just been in a very bad mood for 40 years.” – o, jak mi się spodobało. Nie jestem pewna, czy już widziałam ten film. Chyba tak, ale to musiało być ze sto lat temu.
            Nie sądzę, bym się kiedykolwiek dorobiła futra i diamentów, ale zawsze mogę podkreślić swą ekscentryczność jazdą na oklep na kosmatej krowie :)

      • kanionek 19/01/2016 at 19:36

        Ech, romantyczki :)
        Nie powiem, piękna wizja. Morze owiec, falujący ocean kóz, kawałek własnego lasu, że nie wspomnę o łąkach… Świnki, osiołek, alpaki, kosmate krowy, lśniące kasztanki i ogniste srokacze. Tajemniczy ogród, zaczarowany sad, wonna winnica i pełna złota piwnica. Mnóstwo jest w Polsce takich pisarzy, i tylko Sapkowski nadal mieszka w bloku (no dobra, nie wiem, czy na pewno w bloku, ale na pewno w Łodzi), bo ma alergię na pyłki i kozie bobki :D

        • ciociasamozło 19/01/2016 at 20:14

          Pewnie już kiedyś wspominałam, że znam taka jedną, co pisze i ma z tego dom na wsi. Chociaż trudno to co płodzi nazwać książkami, są to raczej wynurzenia chorej grafomanki, a jednak ludzie kupują i kobita kasę trzaska (w niektórych okolicach internetów znana jest jako AłtorKasia). Ja bardzo bym sobie życzyła, żeby KTOŚ kto pisze po polsku, inteligentnie, zabawnie i z jajem też zarabiał na pisaniu! Wiem, że grafomańskie wypociny w kolorowej okładce łatwiej sprzedać niż literaturę dla ludzi bardziej wymagających, ale może na marchewki by wystarczyło. Czy KTOŚ mnie słyszy?

          • paryja 19/01/2016 at 21:02

            No się spisałam i mi net zszedł.
            Wy kozy myślcie trochę o sobie ;) Kiedy Kanionek wyda pierwszą książkę, od razu podpisze umowę na następne i zamiast czekać chwilkę na wpis będziemy czekać wieczność na kolejną książkę. A kiedy się będziemy chciały dowiedzieć co u Kanionka słychać, trza se będzie „Vivę” czy inne „Życie Gwiazd” kupować ;)

            Ale jakby ktoś pytał to też jestem za :)

          • kanionek 19/01/2016 at 22:15

            Teraz to już mnie rozłożyłaś na łopatki :D Kanionek w „Życiu Gwiazd” (ale serio – jest takie coś?).
            I bardzo mądrze mówisz. Wieczność to jest mniej więcej tyle, ile potrzebowałabym na napisanie książki, a Wy ledwie trzy tygodnie możecie bez wpisu wytrzymać ;)

          • kanionek 19/01/2016 at 21:51

            Chyba nawet wiem, o kim piszesz :) Czytałam kiedyś wywiad z AłtorKasią i powiem Ci, choć być może narażę się komuś, że ja tej pani w sumie zazdroszczę. Gdybym umiała trzaskać nowelki o miłości, w dodatku sprzedające się jak ciepłe bułeczki, to byłabym w siódmym niebie. Wyobraź sobie tylko – robisz to, co lubisz, bez większego wysiłku, w zaciszu własnego domu, w dodatku dom masz własny, a samochód nierozpadający się, do tego całe rzesze kochających fanek, i to wszystko za opisy namiętnych pocałunków pod dziką jabłonią. No i jasne, można się oburzać na tle ideolo, i utyskiwać, że społeczeństwo głupieje i wiedzę o życiu czerpie z „Życia na stojąco” i opowiastek pani Kasi, ale halo! – nikt nikomu tych treści w paszczę siłą nie wpycha, prawda? I nie można ludzi na siłę karmić kawiorem, gdy oni wolą pasztetową z MOM-u. Gównianej rzeki szczotką do kibla nie zawrócisz ;)

            Wracając zaś do AłtorKanionka – ja nie umiem nawet prostej fabuły sklecić, i tu taka pani Kasia bije mnie na głowę. Hanka i Mariusz D. nadal siedzą w tym szpitalu, o głodzie i suchym pysku, a AłtorKanionek albo kisi kapustę, albo owcom do dupy zagląda. Nie mam pomysłu na książkę, jak pragnę zdrowia, szczęścia i mamony. Pisarz chyba powinien wiedzieć, o czym chce pisać, do diabła? Pewnym pocieszeniem jest fakt, że taki np. Herriot zaczął pisać dopiero po pięćdziesiątce ;)

          • ciociasamozło 19/01/2016 at 22:07

            Pff!!! Książkę to Ty już masz napisaną! Albo i dwie! Tu na tym blogu! Kto Ci powiedział, że to musi być powieść, romans czy kryminał? Ty masz tu kawał reportażu. Albo materiał na kilkanaście opowiadań :)

            A AłtorKasi to pozazdrościć można przede wszystkim tupetu, że wmawia ludziom, że pisze „Dzieua”, a nie zwykłą szmirę. A to, że ludzie głupie to całkiem inna bajka.

            W szpitalu zazwyczaj się o suchym pysku siedzi, zwłaszcza po zatruciu kurdybankiem ;). Dorzuć Hance i Mariuszowi kozę i zaraz Ci fabuła ruszy z kopyta, znaczy raciczki ;)

          • paryja 19/01/2016 at 22:25

            Czy jest „Życie gwiazd” nie mam pojęcia ale wcale bym się nie zdziwiła.
            (google nie znalazł )
            Kiedyś myślałam że czasopismo „Sielskie życie” to taki żarcik a potem w jakimś kiosku zobaczyłam że na prawdę jest taka gazeta i czułam się dziwnie ;)

          • paryja 19/01/2016 at 22:46

            Jedną książkę AutorKasi (właśnie sprawdziłam kto to :) ) przeczytałam , i to nawet do końca! musiałam później przegryźć kiszonym ogórkiem bo mnie zemdliło.

          • buskowianka 19/01/2016 at 22:57

            Wyguglałam kto zacz AutorKasia. O maminku, idę się pokiwać w kąciku.

          • Ajka 19/01/2016 at 23:34

            kurna myślałam, że o innej Kasi mówicie ;)
            bo przeczytałam wszystkie jej książki. I mi się odetchnęło, jak wygooglałam Ałtorkasie. To tej nie czytałam.
            A tamtą to poznałam osobiście – śmieszna babka :)

          • cornick 22/01/2016 at 09:11

            Ciocia, ja cię usłyszałam, bo ałtorkasię znam, na szczęście tylko z recenzji jej TFUrczości. Też tak samo jak ty zastanawiam się (najczęściej przy tych recenzjach właśnie :D:D:D) jak to się dzieje, że ktoś to wydaje, recenzuje wcześniej chyba? i przede wszystkim że ktoś to w ogóle czyta i zachwyca się tym na dodatek (facepalm). A tu taki nieznany kanionek, który pisze no wprost fenomenalnie, ktorego czyta się z otwartą z zachwytu gębą, przynajmniej ja tak mam, który w przerwach między karmieniem, dojeniem, wydojonego przetwarzaniem, odgruzowaniem, odsnieżaniem, dogladaniem, ratowaniem wszelkiej żywiny..itd, ostatkiem sił skrobnie przegląd codziennych wydarzeń w domu i zagrodzie, a jak już skrobnie to każdemu życzyć kanionkowego stylu i polotu!

          • kanionek 22/01/2016 at 10:04

            Cornick :D
            Za każdym razem, gdy mi tak chleb powszedni wazeliną smarujecie, jestem w kropce. Nie mogę odpowiedzieć, że macie kiepski gust, bo strzelę sobie w stopę. Nie mogę napisać, że macie rację, bo… też strzelę sobie w stopę :D
            Pozostaje mi udawać, że przegapiłam Wasze komentarze i siedzieć cicho pod miotłą z wierzby.

            A teraz o tym, jak koza Paryi robi ze mnie czubka. Wyszłam ja sobie ogarnąć towarzystwo i ocenić, czy uda nam się dzisiaj z domu wyjechać, a telefon zostawiłam w domu, bo on ma tendencje do ucieczek i bywało już, że znajdowałam go nad stawem (tuż przy linii wody), zakopanego w ogrodowej ściółce lub siedzącego z kozami („dzwoń gdzie chcesz, Bożena, mam jeszcze 2 złote na karcie!”). No i wracam, zaglądam do telefonu, a tam! 5 połączeń nieodebranych! Pierwsza myśl – Romuald rodzi, coś się dzieje źle, Paryja dzwoniła, omatkooo! Oddzwaniam z tętnem 120, a tu dupa. To tylko kurier dzwonił, że bał się utknąć w lesie i zostawił mi paczkę u „sąsiadów na dole”. Muszę sobie numer Paryi wklepać w telefon, bo jeszcze jeden taki numer i umrę. Kozy to zło wcielone i mordują nawet na odległość.

          • kanionek 22/01/2016 at 10:06

            Aha. Kurier nie dojechał, a przecież wczoraj było odśnieżone, prawda? No wczoraj było…

          • paryja 22/01/2016 at 18:10

            Ty się Kanionku nie stresuj :) Skoro Romuald jest taka wyluzowana to chyba i my możemy ;)

          • kanionek 22/01/2016 at 20:11

            No ale wiesz, 5 połączeń, jedno po drugim, to co ja mogłam pomyśleć? Od razu, że masz czworaczki, a wszystkie wychodzą jednocześnie i do tego tyłem ;)
            Nagroda dzisiaj wyszła, naprędce dość pakowana (gupi Kanionek sobie na ostatnią chwilę przypomniał), więc choć na odwrocie skromna dedykacja, to nic nie dorzuciłam do paczki, a mogłam coś fajnego wygrzebać z piwnicy :-/

          • baba aga 27/01/2016 at 14:32

            Jesli to ta sama to ktoś kiedyś na okładce napisał że to godna następczyni Sapkowskiego, więc nawet wydałam pieniądza i do dzisiaj żałuję, długo nie mogłam zmyć tego z siebie, ale wytłumaczenie jest proste, to tak jak w demokracji rządzą głupcy, tak pani ałtorkasia sprzedaje książki. Dawno bardzo temu mój wykładowca od filozofii grzmiał z katedry : Wy jesteście elitą!!! Was jest 4% !!! No i tak sobie myślę że niestety miał rację, że mniej więcej tyle jest tych myślących w narodzie….

        • Ajka 19/01/2016 at 23:38

          Ej ale coś mi świta, że Grzędowicz w jakiejś głuszy w domu mieszka…

          • ciociasamozło 20/01/2016 at 09:46

            Właśnie czytam jego opowiadania („Wypychacz zwierząt”)! Gościu nie wygląda na specjalnie przystosowanego społecznie (sorry Panie
            Grzędowicz!) więc dom w głuszy b. prawdopodobny.
            A opowiadania popieprzone nie mniej niż „Pan Lodowego Ogrodu”. Ale mnie się podobają.

          • paryja 20/01/2016 at 11:10

            Grzędowicza w opowiadaniach lubię najbardziej :)

    • kanionek 19/01/2016 at 20:11

      Dziękuję, Zośka :) Wzruszyło mnie to „odgarnianie kosmyków zardzewiałym trójniczkiem”, bo tak właśnie siebie widzę. „Skąd pan jest? Z Hollywood? I chcecie o mnie zrobić film, w którym zagra mnie piękna aktorka, u boku przystojnego aktora? Taak, dobrze, siądzie pan tu sobie z Kaczką na kompoście, a ja pójdę spytać Bożenę, OK?”.
      Sławna to nie chcę być, bo to podobno uciążliwe, ale bogata – oczywiście. Szastałabym! Nie wiem, ile by Lasy Państwowe chciały za kilometr lasu w każdą stronę, ale podobno każdy ma swoją cenę. I postawiłabym kilka małych domków letniskowych tylko dla Was, a każdy domek byłby ładnie ukryty w lesie, żeby nie robić wrażenia ośrodka wczasowego. I wszędzie wolnowybiegowe zwierzęta. No ale my tu mówimy o fortunie, jaką można zbić chyba tylko na wymyślaniu fejsbuków i ajfonów ;) Na pisarskim żołdzie mogłabym Wam zaproponować nie więcej zapewne, niż wczorajszą pomidorową i mieszkanie w kartonie z Kotkiem.

      • buskowianka 19/01/2016 at 20:15

        Biere! Znaczy ten karton.
        I trzymam kciuki żeby coś realnego z tym żołdem. :) Bo potencjał jest taki, że ho ho.

      • ciociasamozło 19/01/2016 at 20:16

        U Ciebie choćby w kartonie ;)
        I mogę przywieźć własne schabowe.

        • paryja 19/01/2016 at 20:40

          Pomidorówkę lubię, do kartonów też nic nie mam, a można będzie przyjechać z własną zwierzyną wolnowybiegową ? bo mom ;)

          • kanionek 19/01/2016 at 21:56

            No pewnie :) I nie musiałabyś już szukać romantycznego kozła, bo Lucek kochliwy jest i niebrzydki.

          • ciociasamozło 19/01/2016 at 21:57

            A jutro może nawet wincej bedziesz miała ;)
            Trzymam kciuki!

  15. kaczka 19/01/2016 at 17:55

    Ja pewnie wyjde na buraka, ale w moim Lidlu kruszy sie tylko ta najdrozsza feta! No to jakze to? Zorba nie rozciera?

    Oraz nie moge sie oprzec. ‚Czy ja już kiedyś wspominałam, że podziwiam Kaczkę? Ona wie, jak utrzymać autorytet i robić dobrą minę do złej gry, a w tej grze karta jej zdecydowanie kiepsko poszła.’ Bardzo sie identyfikuje z twoja kaczka. BARDZO! I tez latam na wstecznym.

    • kanionek 19/01/2016 at 19:10

      O? Czyliż być może zrobiłam fetę tak, jak powinna być zrobiona. Ja tam się Grekom nie dziwię, że nie rozcierają. Oni w życiu cenią sobie dobre jadło i dużo odpoczynku pod oliwnym krzakiem, czy coś, a my byśmy tylko ciągle coś rozcierali, ucierali, wycierali i podcierali, a do tego praca na trzy etaty i wieczorowy kurs na motorniczego z jednoczesną nauką Esperanto przez słuchawki.

      „I tez latam na wstecznym” – no nie wątpię! I to czasem pewnie z Dynią pod pachą. Moja Kaczka tego nie potrafi :)

      • kaczka 19/01/2016 at 20:19

        Szczegolnie podcieranie jest przereklamowane!

      • Ania W. 19/01/2016 at 22:00

        Potwierdzam z tym kruszeniem fety. Taka powinna być i faktycznie, ta grecka właśnie się taka jawi.

  16. ng 19/01/2016 at 18:50
    • kanionek 19/01/2016 at 20:52

      Ech… No niby fajnie, ale jak czytam, że przytulanie i karmienie z butelki cztery razy dziennie jest potrzebne, żeby mała kózka czuła się szczęśliwa, to wybaczcie, ale to jest typowo amerykańskie bajkopisanie dla naiwnych. Mała kózka jest szczęśliwa, gdy przytula się do matki i pije z cycka, koniec, kropka. Żaden sweter, ani tabun słodko ćwierkających wolontariuszy nie zastąpi tego cichego, pełnego troski pobekiwania koziej mamy, która wylizuje swoje dzieci nawet wtedy, gdy są już całkiem suche. Ja rozumiem, że to właśnie dlatego ta farma zarabia pieniądze, a ja głównie kozie bobki, ale nie będę kłamać, że małe koziołki można odsadzić od matki zaraz po urodzeniu (tak się robi w gospodarstwach nastawionych na zysk; krowy też nie widzą swoich cieląt, które karmione są mlekiem zastępczym) i one są zadowolone. Nie mogłabym spojrzeć moim kozom w oczy, serio. Nie macie pojęcia, jak one biegają i szukają, spanikowane, tych swoich pędraków, nawet gdy dzieciak tylko schowa się za ścianą. To po prostu nie na moje nerwy.
      Nawet w ubiegłym roku mogłabym zarobić więcej pieniędzy, gdybym doiła swoje kozy po kilka razy dziennie, jak to robią niektórzy, ale właśnie nie, nie mogłabym. To zwykła eksploatacja. Futrowanie kozy żarciem po czubek głowy i dojenie z niej resztek życia, tak by po kilku latach stała się wrakiem człowieka? Się nie śmiać z tego człowieka ;) To nie moja bajka.
      Dzieci moich kóz korzystały z mleka matek tak długo, jak matki im na to pozwalały (Irenkowe i Bożenkowe aż pół roku!), nigdy nie miały biegunki, nie potrzebowały antybiotyków ani innych leków, a i mamuśki nie straciły na zdrowiu, ni urodzie. Wiem, że jestem dupa, nie hodowca-producent, ale to było jasne od samego początku ;)

      • buskowianka 19/01/2016 at 21:37

        Ech, tak coś czułam, że z tym głaskaniem to wcale nie tak różowo.
        Kanionku, szacun.

      • ng 20/01/2016 at 11:27

        wykonanie może być inne, ale idea wcale nie głupia. możesz np. weekendowy wolontariat w lato zorganizować i wcale nie musi polegać na przytulaniu kóz. myślę, że chętni by się znaleźli, tobie trochę roboty odjęli i parę serków na do widzenia kupili

        • paryja 20/01/2016 at 14:11

          Żaden wolontariat :) agroturystyka na godziny i za „drobną” opłatą dajesz miastowemu kosę albo grabie, zależnie od umiejętności i siano niech robi :D
          ps. Kosę taką gorszą ;) niech turysta poczuje że na wsi popracował, poczuł ciężką dolę chłopa, a i kosy żeby nie zmarnował .

          Po namysle : łąkę też taką gorszą …

          Za uzyskaną kasę kupisz siano :)

          • ciociasamozło 20/01/2016 at 14:46

            Chciałabym zauważyć, że już pierwsze szlaki przetarte ;)
            Ten młody człowiek
            http://kanionek.pl/wp-content/uploads/2015/06/Antek-z-Kocykiem.jpg
            z zapałem kosą machał u Kanionka. I pewnie kasę z komunii chętnie by wydał, żeby jeszcze raz pomachać :)

          • paryja 20/01/2016 at 17:58

            No sama widzisz :) A duzi chłopcy też się lubią bawić :)

        • kanionek 21/01/2016 at 20:14

          Ng :)
          Nie myśl, że o tym nie myślałam :) Ja zasadniczo nie mam nic przeciwko wolontariatowi, a jeśli ktoś chce odwalić za mnie fizyczną robotę, i jeszcze będzie zadowolony, to omatko, wchodzę w to :D
          Tylko ja się zawsze martwię na zapas. Po pierwsze – ktoś będzie do mnie zaiwaniał może i kilkaset kilometrów, umęczy się samą podróżą, i ledwie zdążę mu pokazać, co, jak i czym ma robić (nauka koszenia i ostrzenia kosy to nie jest lekcja na jeden weekend), to już będzie czas wyjeżdżać. W dodatku wypadałoby czymś nakarmić ludzi pracy, że nie wspomnę o noclegu, i tu jest najgorszy pies pogrzebany. Nawet pole namiotowe to u mnie problem – na podwórku ryzyko zniszczenia namiotu przez psy, a za ogrodzeniem – kozy! Lasera mogę ewentualnie na smyczy wyprowadzać i przez pozostały czas trzymać zamkniętego w pokoju (bo inaczej do łazienki też by nikogo nie wpuścił), ale kozy? Druga, czy może już piąta sprawa – nie chciałabym, żeby ktoś sobie krzywdę zrobił, palec uciął, widły w oko wraził itp., więc pewnie latałabym za wszystkimi jak kwoka i działała ludziom na nerwy.

          Ale nie, nie mówię, że nigdy w życiu.

          • ng 26/01/2016 at 21:14

            i słusznie mówisz – koncepcja wymaga dopracowania, ale moim zdaniem wolontariat a agroturystyka to zupełnie inna bajka. pokoi „u chłopa” – przyjechać, popatrzeć jak ludzie na wsi pracują – tego jest od groma. Ale agro-wczasów z ostrzeniem kosy, strzyżeniem owcy, czy to tam fantazja Ci podpowie, a niech nawet będzie wywalanie gnoju, którego ktoś z własnej woli chce się podjąć – to nie jest typowa oferta. A wszyscy wiemy – kto ma wujka na wsi oczywiście – jaki to jest fun przez jeden, dwa dni poudawać, że się ciężko pracuje (ale wiesz, że to tylko na chwilę, potem spokojnie przed tiwu na kanapę wskoczysz). To jest rodzaj rozrywki dla miastowych, tak myślę.

          • ciociasamozło 27/01/2016 at 09:25

            Ng, dobrze mówisz. Ale i Kanionek ma rację, że z upilnowaniem takich entuzjastycznych niedzielnych pomagierów to więcej roboty niż jak się samemu zrobi ;)
            I nie tylko dlatego, że sobie samym mogą krzywdę zrobić, ale wyobraź sobie że jeden niechcący kozy wpuści do ogródka, drugi wybierze jajka spod kwoki, trzeci skosi pomiodory zamiast komosy…
            Ja bym nie miała cierpliwości, żeby wszystkim wszystko tłumaczyć i na ręce patrzeć.

          • kanionek 27/01/2016 at 18:34

            Łii, to jeszcze nic. Najgorsze, że Lasera musiałabym zamknąć w swoim pokoju na cały dzień, żeby nikogo o pół nogi nie skrócił, a potem na drzwiach tabliczki powiesić: „tu ZŁO, nie wchodzić!”, „tu piwnica, nie wpadać!”, „wyjście na wolność – tutaj” ;) Bo przecież a to do toalety, a to ręce umyć, albo kawy się napić, od czasu do czasu każdy by musiał.
            Kiedy była u mnie siostra z mężem i dzieciakiem, mały za każdym razem wpadał do pokoju z Laserem, bo mu się drzwi myliły, a i dorośli czasem trafiali do piwnicy, zamiast na podwórko.

            Wyrzucanie gnoju z koziarni najgorsze jest na wiosnę. To są tony materii do wywalenia i nam dwojgu uporanie się z tym gównem zajmuje cały dzień, a potem jeszcze przez dwa lub trzy dni wywożę to wszystko taczką do ogrodu. Ale wiem, co mogłabym zlecić wolontariuszom! W sierpniu i wrześniu – zbieranie i wiązanie w pęczki do suszenia: bylicy, wrotyczu, pokrzywy i innego jadalnego zielska, które zimą jest dla kóz jak najlepszy deser. Bo żeby zorganizować sianokosy to musiałabym kupić przynajmniej kilka dodatkowych ostrzy, kosisk (każdy kosiarz musi mieć kosisko dostosowane do wzrostu i długości odnóży), osełek, grabi… No i najpierw każdego nauczyć. To nie jest akcja na jeden weekend.
            Za to zbieranie zielska powinno się każdemu spodobać – można pospacerować po okolicy, nawąchać się leśnych i łąkowych zapachów, i po drodze zrobić coś pożytecznego, a nieuciążliwego fizycznie.

          • zerojedynkowa 28/01/2016 at 09:02

            I na to się piszę. Mogłabym nawet drewno z lasu przynosić.
            Ale nie, nie przyjadę. Z dobrego serca nie przyjadę. Bo musiałabym z całą rodziną, a TEGO Kanionek by nie przeżył. Nasz przyjazd równałby się jedenastej pladze egipskiej. Na początku pewnie byłoby różowo i w ogóle, ale potem…
            Jakbyśmy wyjeżdżali to Kanionkowi jakoś tak dziwnie oko by drgało, a Małyżonek zabarykadował się w piwnicy i odmówił wyjścia, a po podwórku biegałyby oszalałe zwierzaki zderzając się z sobą co jakiś czas.
            Tak że ten…. Jeżeli kiedykolwiek Kanionek będzie miał doła niech pomyśli: „dobrze, że nie ma tu zerojedynkowej z rodziną” i od razu będzie lepiej :)

          • kanionek 28/01/2016 at 20:48

            Hm. Coś się wymyśli. Mogę na przykład co bardziej ruchliwych upalikować :)
            Oczywiście tylko dla Waszego dobra – żebyście się w stawie nie utopili albo do studni nie wpadli ;)

      • mitenki 20/01/2016 at 14:26

        Bo Ty masz Kanionkowe podejście do zwierzaków, nie luckie :)

  17. paryja 19/01/2016 at 22:17

    Patrzyłam na zdjęcie gąsek w różowych kiecach, i nurtuje mnie pytanie : jak im się do cholery te kapelutki na łebkach trzymają ?

    • kanionek 19/01/2016 at 23:04

      Może gwoździk..?
      Ale raczej pewnie niewidzialna gumka, czy taka tasiemka bezbarwna, jak przy biustonoszach.

      • paryja 19/01/2016 at 23:16

        Chyba jednak taśma dwustronna ;)

    • RozWieLidka 20/01/2016 at 11:48

      Kanionku, jesteś Wspaniały, tylko czemu ta powieść taka krótka?
      Pławię się w Twoich słowach i obrazach i marzę, żeby zostać twoim kluczem francuskim, żabką, ewentualnie pakułami lub koszem na siano ew. czymkolwiek. Generalnie żeby czasem się przydać, zazwyczaj nie przeszkadzać i być z dala od tzw. cywilizacji.
      Zakochałam się w kaloszkach i intensywnie przemyśliwuje jaki im dobrać kamuflaż, żeby bez zbędnego szoku dla otoczenia, pomykać w nich po mieście.
      O mogę być nawet cipiórkiem memłanym przez Gamonia byleby w mrozoodpornym obuwiu.;-)

      • kanionek 21/01/2016 at 20:04

        RozWieLidka :D
        Wzruszyłam się :)
        Obiecuję, że jeśli będę kiedyż sławna (ale tak pozytywnie, nie w związku ze spaleniem wszystkigo), to przyjdę do telewizji w tych zielonych rusałkach, a wtedy już nie będziesz musiała niczego kamuflować, bo wiadomo, że celebryci dyktują tak zwane trendy ;)

        • RozWieLidka 22/01/2016 at 18:58

          P.S. Pokusiłam się kiedyś o produkcję fety z krowiego mleka. Wyszła maziasta, bardzo powoli. Tzn. bardzo powoli wychodziła z lodówki, bo ponad trzy miesiące. I nawet wtedy nie wyglądała jakby się jej śpieszyło, wręcz przeciwnie. „Co ty mnie tu kobieto z jakimś zielskiem mieszasz? Ja wolę se nadal pływać w solance :p „

          • kanionek 22/01/2016 at 20:08

            RozWieLidka, ja swoją długo trzymałam w formie i obciążyłam od góry ośmioma kilogramami czego się dało (na wszelki wypadek wciąż była zawinięta w chustę). Stała tak, stłamszona, całą noc :)
            Ilość podpuszczki i to, czy mleko było pasteryzowane, czy nie, też gra dużą rolę.

  18. zeroerhaplus 20/01/2016 at 16:17

    Nie wiem, naprawdę nie wiem, czego wy wszyscy od tych bucików chcecie. Czy też już tak spaczony umysł mam, że mi się te pantofelki rusałki (copyright natürlich Kanionek) bardzo podobają? Dobre, ciepłe buciki, z nienachalnym akcentem sztruksowym :))

    Te cholerne kawałki zelazistego gówna w rurach znam też osobiście. Przez nie kąpaliśmy się pół lata na pół gwizdka prysznicowego, póki się rurcom nie zachciało któregoś pięknego dnia wyrzygać kilku kawałków. W sumie – mieliśmy szczęście. Obyło się bez krajania instalacji.

    Nie wiem, jak mogłaś, drogi Kanionku przypuszczać w ogóle, że się nam fragment o pompie nie spodoba. Siwych brwi można było faktycznie dostać, ale bardziej od napięcia sytuacji i dramatyzmu ogólnego :))

    A ten cały śnieg wokół na zdjęciach uświadamia mi jeszcze dosadniej, że nie przepadam za zimą. Fakt, ładnie jest. Ale gdy zakwitną jabłonie też jest ładnie. I ciepło :)

    Coś pozmienialiście w ustawieniach bloga, że się nazwy zdjęć nie podświetlają, ale i tak można doczytać, że Atos jest kokainistą ;)

    PS. Wczoraj widziałam w jednym takim (budowlanym!) sklepie całe rzędy półek z jajeczkami, kurczaczkami i koszyczkami. Nie jest źle, mówię Wam. Wiosna idzie! Przynajmniej handlowcy tak nam sugerują ;)

    PPS. Feta (w szalonej serwatce) – piękna :))

    • kanionek 21/01/2016 at 19:58

      W ustawieniach chyba się samo pozmieniało, po aktualizacji WordPressa, ale dzięki za uwagę, bo widzę, że powiększyć zdjęć też nie można. Zapytam Atosa, czy tak to miało być.
      Ech, zawsze mówiłam, że mój aparat foto upiększa rzeczywistość, i te buty też trochę podrasował ;) Wiesz, co mnie w nich zaczęło ciut irytować, po kilku dniach użytkowania? Słabo widać, który jest lewy, a który prawy :D Muszę je jakoś oznaczyć, mazakiem, tasiemką, taśmą klejącą? Ale tak poza tym – wciąż wszystkim polecam. U mnie będą użytkowane dość intensywnie i w zróżnicowanych warunkach, nie tylko pogodowych, ale nawet gdyby miały przetrwać tylko rok, to uważam, że za pięć dych warto. Zabawne uczucie, gdy się je pierwszy raz założy – są takie lekkie!

  19. zeroerhaplus 20/01/2016 at 16:21

    Aaaa zapomniałam dodać, że zwierzyna zamiata !! Że Guzik i Kazik, że psiaki klonowane, że kociaki pięknie porosły, że Vader jest ślicznie czarna i brawo dla Kaczki :))
    I też stawiam na czyżyka :)

    • zeroerhaplus 20/01/2016 at 16:23

      Uojessu, na STRZYŻYKA stawiam, miało być ;))
      Namieszałyście mi tymi czyżykami ;)

      • mitenki 20/01/2016 at 19:05

        Zeroerha, bo to jest – Czyżby Czyżyk ;)

    • kanionek 21/01/2016 at 19:45

      O właśnie, zapomniałam też napisać, że Vader już się nie nazywa Vader, tylko Jałowiec. Mała spryciara upatrzyła sobie wysoką tuję na podwórku i gdy tylko wypuszczam koty na zewnątrz, ona wdrapuje się na tę tuję na wysokość około trzech metrów i tam siedzi, zasłonięta przed światem, i straszy. Bo widzicie, ona nie miauczy, tylko skrzeczy, a raczej skrzypi jak stare zawiasy (może to pozostałość po kocim katarze?), i raz, gdy jeszcze nie znałam tej jej kryjówki, przechodzę między tujami, a tu jedna zaczyna się trząść i skrzypieć jak opętana! Teraz już wiem, że gdy wołam koty do domu, muszę poczekać, aż Jałowiec pokona wszystkie piętra gęstego krzaka, skrzypiąc po drodze „zaczekajcie na mnie”. A „Jałowiec” dlatego, że generalnie wszystkie te zimozielone krzaki na podwórku nazywamy dla własnej wygody jałowcami ;)

      Jałowiec jest świetna. Bardzo bystra, szybka, zwinna, i choć wciąż taka trochę dzika, to jednak lubi czasem wskoczyć mi na kolana i się poocierać. Mruczy najgłośniej ze wszystkich kotów :) Żre chyba też najwięcej :D Cieszę się, że po tym kocim katarze nie ma już śladu, jeśli nie liczyć skrzeczenia, a oczy Jałowiec ma piękne, jak dwa zielone paciorki.

      • ciociasamozło 22/01/2016 at 10:26

        Może Vader/Jałowiec bawi się w sowę? Siedzi na gałezi, skrzypi i łypie oczyskami – wykapana sowa!

        • kanionek 22/01/2016 at 10:52

          No ma te oczyska do łypania :) Się ją najwyżej na puszczyka przemianuje.
          A teraz idę odśnieżać. CZWARTY RAZ w ciągu trzech dni. W nocy dopadało 12 cm – z linijką poszłam sprawdzić!
          Normalnie Dzień Świstaka – co rano ten sam obrazek: świeża kołdra ze śniegu, słoneczko ćwiczy precyzyjne rzuty sztyletami w oczy, ja z szuflą, Baśki z niemym wyrzutem na twarzach.

  20. kanionek 20/01/2016 at 23:41

    Drogie Kozy, dzisiaj już Wam nie odpiszę, gdyż się zużyłam. Właśnie wróciliśmy z nocnej przebieżki po lesie, niby tylko dwa kilometry, ale śniegu dzisiaj tyle dosypało, że na drodze pomiędzy łąką a polem zapadaliśmy się w zaspy po kolana (nasypało mi się śniegu do moich rusałkowych lemingów!), a do tego niebo pochmurne, księżyca brak, a akurat latarka nam padła, więc mój błędnik trochę pierdolca dostawał od tej wszechobecnej bieli (no i musiałam się rozglądać, bo ostatnio wilki są w okolicy), no i jeszcze dziwnie mi się teraz mruga.
    Ale to wszystko nic. Wkurwiona jestem cały dzień na firmę kurierską K-EX i to jest długa historia, której zakończeniem był właśnie ów bieg przełajowy przez mroczne knieje z paczką w objęciach. Mieli przyjechać wczoraj, ale to też nieważne.
    Pytam kierowcę, ile on godzin już dzisiaj pracuje, a on na to, że „dzisiaj będzie osiemnaście” (bo przed nim teraz 1,5 h drogi do bazy w Gdańsku, w bazie musi zdać paczki i dopiero do domu). Ludzie… Osiemnaście godzin. Nawet 14, kurwa, nawet 12 godzin dziennie za kółkiem to jest – nie wiem co to kurwa jest. Afryka? Obóz pracy? Średniowieczne kurwa kopalnie?

    Na infolinię K-EX dzwoniłam cztery razy (na kuriera czekałam od poniedziałku), przy czym tylko dwa razy udało mi się „połączyć z konsultantem”, za to cztery razy po średnio 12 minut musiałam słuchać muzyczki, za którą też płacę. Może „konsultantów” mają też za mało, jak kierowców? Może jeden konsultant napierdala na słuchawce dwanaście godzin, a drugi na drugą zmianę, jeden kierowca ma rejon „cała Polska północna” a drugi – południowa?

    Korzystałam już wcześniej z „kejeksa” i nie było tak źle. Właścicielem K-EX od marca ubiegłego roku jest Geis Gruppe. To kolejna, niegdyś polska firma, przejęta przez obcy kapitał. Ktoś ma jeszcze wątpliwości co do tego, że jesteśmy murzynami Europy?

    Dobrnęliśmy z tą paczką w dwadzieścia minut, bo szybciej w tym śniegu się nie dało, facet załadował ją na pakę i na koniec mówi: „no to dobranoc, ja lecę, bo żona w domu czeka”. Niech to wszystko kurwa mać.

    Poza tym – dzwonię jutro do gminy, że jak mi nie odśnieżą drogi do piątku, to zrobię im siarę i się podpalę pod tym ich śliczniusim budynkiem. W piątek po południu małżonek ma rozmowę o pracę (się dzisiaj okazało) i na piechotę zaiwaniał nie będzie. Aha, wezwanie do zapłaty 1200 podatku od nieruchomości też spalę, bo odkryłam w sobie żyłkę piromana. Spalę kurwa wszystko, bo znowu krew bucha mi uszami.

    Państwo wybaczą, jutro mi przejdzie. No chyba, że jednak spalę wszystko.

    • wersja 21/01/2016 at 08:29

      Kanion, bój się Kozy, nie podpalaj się!

      skąd Uny Ci tyle tego podatku naliczyli? czyżbyś nieopatrznie zgłosiła wszystkie budynki gospodarcze zgodnie z metrażem? gospodarcze są najdroższe :( Weź korektę zgłoś. że się niby pozawalały, czy coś. wiatr dachy pozrywał. albo postawiłaś przecinek w złym miejscu. nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że masz naliczony najwyższy podatek w całej wsi.

      • kanionek 21/01/2016 at 14:26

        Wersja, to nie ja mam naliczony najwyższy podatek w całej wsi, tylko nasza gmina nalicza WSZYSTKIM we wsi najwyższy możliwy podatek. Górny pułap określa stosowna Ustawa, a gmina Frombork jeszcze nigdy nie naliczyła swym poddanym podatku niższego, niż prawnie dozwolony. Po prostu, rozumiesz, biednego zawsze stać na podatek. Taka pani Żozefin płaci trochę tylko mniej ode mnie, a metraż ma o połowę mniejszy i brak obory. Za to jakieś dwa lata temu kolejną złodziejską Ustawą zniesiono jakąś tam zniżkę dla wiejskich emerytów i rencistów i pani Żozefin musi od tamtej pory płacić jeszcze więcej.

        Nie miałam wiele do zgłaszania, jako iż Cebulaccy płacili taki sam podatek od lat i wszystkie budynki gospodarstwa od dawna były zgłoszone. Za oborę i tak płacę z jakąś zniżką, bo dzierżawię łąki od Lasów Państwowych i w związku z tym jestem uznawana za „gospodarstwo rolne”.
        Ale wiesz, jest pocieszenie w tym wszystkim. Otóż gmina Frombork postanowiła wyremontować rynek, czy inne jakieś bezludne miejsce w bezludnym obecnie mieście Frombork, wybrukować go granitową kostką, postawić tam ławki, słup ogłoszeniowy i inne kosztowności, więc już niedługo, jedząc suchy chleb posypany mąką kukurydzianą z kościelnych darów, mieszkańcy gminy będą mogli sobie posiedzieć w ładnym miejscu, pogapić się na zegar słoneczny i pokontemplować zajebistość swojego losu ;)
        A może już to zrobili, nie wiem, bo dawno nie byłam we Fromborku i ostatnim wielkim wydarzeniem, jakie pamiętam, było otwarcie sklepu rybnego.
        Pamiętam za to, jak około sześć lat temu byłam na posterunku Policji we Fromborku (proszę uspokoić wyobraźnię – byłam tam w charakterze tłumacza) i utkwił mi w głowie widok sierżanta wklepującego zeznania świadka dwoma palcami w… maszynę do pisania. Taką bardzo starą maszynę, wypisz wymaluj jak z polskiej komedii. Ciekawe, czy da się nią złapać to darmowe wifi, co ma się unosić nad nowym rynkiem.

        Ale żeby nie było – dziś czuję się znakomicie. Droga odśnieżona (słowo daję, albo ONI czytają mojego bloga, albo moje myśli mają moc sprawczą), słońce świeci, sikorki kradną kurczakom ziarenka, a Freddie znów śpiewa w mojej głowie swą „zimową opowieść”. What a truly magnificent view!

        • Grace 22/01/2016 at 10:17

          Zrobili, kolorowa fontanna z tej kostki brukowej tryska i Kopernik na ławeczce wysiaduje! Uroczyste otwarcie było coś koło 15 sierpnia zeszłego roku. Nawet film dla gawiedzi puścili.

          • kanionek 22/01/2016 at 10:48

            No patrz pani, jak im szybko poszło!
            A Kopernik dostał chociaż, biedulek, termos i kanapki? Postuluję, by mu ufundować ajfona, bo się będzie nudził ;)
            Grace – czyżbyś była moją sumsiadką zza miedzy? :)

          • Ynk 22/01/2016 at 11:26

            Ja się nie załapałam, chodziłam na przystań okrężną drogą. I też się zastanawiałam nad tą nowoczesnością, tłumacząc ją sobie, że nie dla lokalsów ci ona, a dla turystów niemieckich i takich pańć jak ja, podróż sentymentalną po śladach z dzieciństwa odbywających. Na jednej ze starszych ławeczek siedząc, rozmawiałam z Tobą o przerzucie serów do miasta B., a jaszczurka spod murka podsłuchiwała.

          • Grace 22/01/2016 at 13:41

            A gdzie tam, Kopernik o suchym pysku siedzi, tęsknie zerkając na pobliską Biedronkę.

            Że ja to niby Żozefin? Kto wie…

            A tak na serio, gdyby przyjąć, że ta miedza ma jakieś trzysta parę kilometrów szerokości, to tak – zza samiuśkiej miedzy :)

            We Fromborku bywam przynajmniej raz do roku w ramach kilkugodzinnej wycieczki z Mierzei Wiślanej, gdzie od lat spędzam wakacje. W zeszłym roku po raz pierwszy nasz pobyt tam trwał trzy dni i akurat załapaliśmy się na imprezę roku. Nawet chodziło mi po głowie, żeby Cię odwiedzić, ale akurat wtedy zaczęłaś mieć tajemniczo podwyższoną temperaturę i stwierdziłam, że w takich warunkach wizyta z dwójką żywiutkich dzieci przypominałaby raczej najazd Hunów, więc z żalem przełknęłam ślinkę powstałą a conto serów i zrezygnowałam z nalotu.

          • kanionek 22/01/2016 at 20:14

            Ech, szkoda! Żywiutkie dzieci pewnie chętnie zobaczyłyby konkurencję w postaci żywiutkich kóz ;)
            Może następnym razem?

          • Grace 22/01/2016 at 13:44

            A te 1200 zł podatku to przecież właśnie na tego ajfona. Ziarnko do ziarnka…

          • Grace 23/01/2016 at 11:57

            Kanionku, z przyjemnością! Zbieraj siły (i sery) na sierpień :)

        • wersja 22/01/2016 at 13:09

          a to pogratulować gminy (jej mać). nie mam słów :( z jakiej formacji macie takie fajne władze lokalne?

          • kanionek 22/01/2016 at 20:30

            Teraz to już nawet nie wiem, pogubiłam się jakiś czas temu, ale mogę sprawdzić.
            Mnie już przeszło. Zamierzam skorzystać z możliwości złożenia prośby o umorzenie podatku w tym roku, bo mnie na niego nie stać. Za 1200 zł kupię 2 tony owsa zwyczajnego, a kozy są moim jedynym obecnie źródłem dochodu i wolę władować pieniądze w kozy, niż w posągi Koperników ;)
            Wiem, że ustawa przewiduje wywieszenie mojego nazwiska na tablicy w urzędzie w takim wypadku, ale już mi nawet nie jest wstyd. Pytanie, czy w ogóle umorzą.

          • wersja 25/01/2016 at 08:58

            próbuj. kto nie próbuje, ten nie je (owsa).

    • Iza 21/01/2016 at 09:56

      Nie wiem, jak Kanionka, ale mnie czasem przed spaleniem wszystkiego powstrzymuje wyłącznie myśl, że i tak, kurna, nikt się tym nie przejmie oprócz mnie, więc szkoda się męczyć. :(
      Kanionku, jeśli Cię to pocieszy, to ja zaczęłam dziś dzień od nieśmiertelnego pytania „dzień dobry, ile kosztuje tłumaczenie?”. Kurtyna.

      • wersja 21/01/2016 at 12:12

        Iza, na tak postawione pytanie odpowiada się „mniej więcej tyle, ile budowa mostu”. potem oni się pytają: „a jakiego mostu?” a Ty im na to: „a jakie tłumaczenie?” i tak po 20 minutach przerzucania się bon motami dochodzicie do sedna…

        • Iza 21/01/2016 at 13:07

          Mnie się zasadniczo kojarzy z samochodem zamiast z mostem, ale most też wędruje do notesika – dzięki! :D

          • Iza 21/01/2016 at 13:29

            Chociaż teraz to powinno brzmieć „tyle, ile odśnieżenie” :D :D

          • kanionek 21/01/2016 at 14:38

            Iza, możliwości jest wiele :) „Tyle, co wynajem pokoju”, „tyle, co zakupy w Biedronce”, „tyle, co kot napłakał”… :D

          • Iza 21/01/2016 at 15:45

            O nie, z tym ostatnim nie będę ryzykować – klienci rozumieją to dosłownie. :)

          • kanionek 21/01/2016 at 19:19

            OK, można zamienić na „tyle, ile Panter nasikał”, a nasikał już dużo.
            Hej, zgadnijcie, co się dzisiaj stało? Dużo śniegu napadało :D Rano kilka godzin i wieczorem dwie. Ale przeszliśmy się drogą i chyba damy radę jutro wyjechać, o ile w nocy nie napada więcej.

    • mitenki 21/01/2016 at 13:18

      Ogromnie mi przykro Kanionku za całą sytuację :( Serków mi się w zimie zachciało…
      Co do pracy w godzinach nadliczbowych, to niestety normalne, jeśli ktoś chce mieć pracę. Sama tak często pracowałam, tyle że zaśnięcie przy biurku to nie to samo, co zaśnięcie podczas prowadzenia samochodu.
      Nie podpalaj się, co to zmieni? Lepiej zrobić im siarę w inny sposób. Niech któreś z Was zasłabnie i jak pogotowie nie będzie mogło dojechać z powodu nie odśnieżonej drogi (albo Wy pojechać) to dopiero będzie siara. Albo zadzwoń do gminy i powiedz, że wynajmiesz pług na ich koszt.

      • kanionek 21/01/2016 at 14:44

        O kurde nie, Mitenki. To NIE JEST Twoja wina. Sery zrobiłam, bo mogłam, a wręćz MUSIAŁAM coś zrobić z tym mlekiem, więc Twoje zamówienie było mi jak najbardziej na rękę.

        Co do „to niestety normalne” to po trzykroć kurde nie! To nie jest i nie powinno być „normalne”. Tylko my się do tego przyzwyczailiśmy. Ja też pracowałam po czternaście godzin za biurkiem i choć dobrze wtedy zarabiałam, to moje zdrowie było w opłakanym stanie i z perspektywy czasu uważam, że nie, nie było warto. Nie powinno tak być. Tu nawet nie ma o czym dyskutować.

        • mitenki 21/01/2016 at 15:00

          Źle się wyraziłam, miałam na myśli „nagminne”, bo normalne to oczywiście nie jest.
          Doszła paczka ode mnie?

          • kanionek 21/01/2016 at 19:30

            No właśnie doszła! Listonoszem, który z uśmiechem na ustach i okrzykiem „dojechałem!” wyskoczył z samochodu wraz z kolegą, co go będzie przez następny miesiąc zastępował. Pięknie Ci dziękuję, dostawco karasi i innych łuskonośnych, zwłaszcza za dostawę Nałęczowskich :D Sobie jakiś czas temu przykręciłam kurek z cukrem, bo raz, że niezdrowo, dwa, że trza coraz mocniej pasa zaciskać, no i te śliwki z puszki elektrycznej od Kachny dawkowałam sobie jak czekoladę za czasów PRL, a teraz mam nowe :) Aha, i potrzebuję jeszcze instrukcji użycia „abrakadabry” – mam tym spryskać kuwetę?

            YNK – dziękuję za książkę :) Zaraz po rozpakowaniu przesyłki chciałam przeczytać jedną stronę, żeby tak się tylko zorientować co mnie czeka, i ani się spostrzegłam, jak byłam na stronie dwudziestej. Herriota już skończyłam, więc teraz czas na „Kucając”.

          • mitenki 21/01/2016 at 20:57

            Się trochę bałam, że pomylisz, co dla kogo ;)
            W sprawie „abrakadabry” zadzwonię, tylko daj mi sygnał proszę, gdy będziesz mogła rozmawiać :)

          • kanionek 21/01/2016 at 21:29

            Niee no, starego misia na kocie granulki nie nabierzesz :D
            Za to Pimpacy ściągnął ze stołu buteleczkę z abrakadabrą i całe szczęście, że go przyłapałam, zanim ją rozbroił.
            Jutro puszczę sygnał, bo dziś już powoli odpływam :)

          • mitenki 21/01/2016 at 22:38

            Ok, od 17 do 21 się szkolę. Wcześniej i później mogę rozmawiać.
            A rano czekam na kuriera :) W sumie do skutku czekam…

          • Ynk 22/01/2016 at 11:14

            Nie doradzę w sprawie kaczek, upraw ściółkowych, czy obuwia termicznego, bo sama siedzę w betonowej dziupli (szczęściem, z widokiem na zielony horyzont), to przynajmniej podeślę czasem coś do nakarmienia myśli. Jeśli nie przypasuje, uwolnij i ślij dalej. Chociaż w taki sposób wyrażę wdzięczność za to, że Cię spotykam :-)

          • kanionek 22/01/2016 at 20:36

            Pasuje bardzo :)
            I naprawdę, to JA mam, już nie tylko u Ciebie, zaciągnięty kredyt wdzięczności. Nikt nie ma takich Kóz, jak ja :)

    • baba aga 27/01/2016 at 15:24

      Z tym K-exem to dziwna sprawa, bo na południu naszego pięknego kraju hula i bucy i jest chwalony i za terminy i za dojazdy na lokalne końce świata, a u nas jeden jedzie z Gdanska do Ciebie a drugi na Hel i okolice i a w Jastrzębiej potrafi być po 20 a do bazy ma jeszcze prawie sto km. Ale za to DPD w grudniu dało strasznie ciała i chyba było dużo skarg, ja osobiście złożyłam około 10 i od stycznia Pan przyjeżdżał ok 16 a nie 21, a dzisiaj był o 10rano!!! I jeszcze dostałam maila, że wyjechał do mnie pan Konrad i nr telefonu do pana Konrada, więc chwała panu, dpd jest podobne cenowo do k-exu, przynajmniej na furgonetce.

  21. paryja 21/01/2016 at 08:19

    „Solynę spalę, zaporę spalę, zatokę spalę, jak Hytler przejdę, zglyyyyszcza zostaną! ”
    Się kiedyś w okolicach Polańczyka odgrażał pewien kryminalny dziadek.

    Przepraszam Cię Kanionku, W pełni twój wkurw rozumiem i się z Tobą w nim łączę ale dziadek kryminalny mi zaczął dudnić w głowie i musiałam go zacytować ;)

    I nie podpalaj niczego, tylko wszystko olej :)

    • kanionek 21/01/2016 at 14:29

      Nie będę olewać! Ja chcę zostać lokalną, Kryminalną Babcią :D
      Jeszcze nigdy w życiu nie byłam „kimś” i teraz mam okazję ;)

    • zeroerhaplus 21/01/2016 at 15:24

      Dziadka polańczykowskiego wypowiedź – kradnę!!!
      Tak tylko poinformować chciałam :D

  22. Ola 21/01/2016 at 12:28

    Hej Kanionek, dasz się dziś poklepać po pleckach? ;-)
    A w ogóle, to chciałam powiedzieć, że to zdjęcie z drogą w las, to ono jest przepiękne. Takie drzewa bez końca działają na mnie tak samo, jak na Ciebie dachowa wizja Diabła w Buraczkach…

    • Iza 21/01/2016 at 13:32

      Też uwielbiam takie. Chociaż zakręty też kocham – wróżą zmianę, jeszcze nieznaną… Ogólnie, metafora w postaci czystej.

      • Ola 22/01/2016 at 14:36

        Boję się zmian :( Bez zakrętów proszę! Znacie film: My own love song? Żadne takie!

    • kanionek 21/01/2016 at 14:35

      Te widoki ratują nasze serca przed całkowitym zwątpieniem w sens bycia tutaj. Widokiem się może nie najesz, ale duszę można nakarmić do wypęku ;)
      A proszę, nadstawiam plecki do klepania (choć może nie zasługuję, bo jednak droga już dzisiaj odśnieżona).

      • zeroerhaplus 21/01/2016 at 15:26

        Klep, klep, doooobry Kanioooonek, już doooobrze, Kanioooooonek :))

        • kanionek 21/01/2016 at 19:19

          Miauuu :)

      • Ola 22/01/2016 at 14:34

        To klepam! :)
        I wydłużam tekst :P

  23. Monika 21/01/2016 at 19:53

    Przyziemnie…, w kapelutkach wystąpiły kaczki biegusy. Gorąco polecam wszystkim jako antidotum na ślimaki wszelkiej maści. Są urocze i w … mają wszelką roślinność ogródkową.

    • paryja 21/01/2016 at 20:23

      Wszelkiej ?
      Pomarańczowe (takie gołe brązowate ) też żreją ?
      Gdzieś czytałam (może tu ?) że straszliwie drą ryja, prawda to ?

      Ps. małego palca bym se dała odciąć że to gąski :)

  24. Monika 21/01/2016 at 20:36

    Matko jedyna, czuję się jak dziewica, która przed chwilą…, bo to mój pierwszy w życiu wpis, a lat mam … oj tam, trochę. Serio, są super. Moje mulardy wyżarły oprócz ślimaków sałatę – ukochaną potrawę męża, a biegusy jak wariatki biegają tylko za tymi paskudami. Straty w sprzęcie i ludziach są znikome. A paluszka szkoda, gąski mają szlachetniejsze gęby.

  25. paryja 21/01/2016 at 20:44

    Jeśli tuż przed chwilą , to już nie dziewica :)

    A jak z tym darciem paszczy ?

  26. Monika 21/01/2016 at 20:51

    Jest czas przywyknąć. Dwie bieguski, to nie stado. Gąski mają donośniejsze głosy, a ślimaków nie jadają.

    • paryja 21/01/2016 at 21:02

      Może bym się skusiła na takie kaczuchy…
      Na pewno jadają wstrętne, gołe POMARAŃCZOWE ślimaki ? bo znając moje szczęście, będą jadać wszystkie tylko nie te …
      A co jadają poza ślimakami ?

      Paluszka nie szkoda bo i tak lekko niesprawny i bardziej przeszkadza niż pomaga ;)

  27. Monika 21/01/2016 at 21:13

    Paryjo Droga! Biegusy, mogą jeść to, co zwykłe kaczki jadają, zdecydowanie jednak preferują ślimaczory złociste,pomarańczowe, rudawe, brązowe w ciapki, bez ciapek byle były tłuste, oślimaczone i z wielkimi zębiskami. Paluszka proszę zawinąć wczesną wiosną w młode listki podagrycznika.

    • kanionek 21/01/2016 at 21:27

      Ooo, Monika, a nie zadepczą młodych roślin tymi kaczymi nóżkami? Już nie będę pytać, czy bieguski wiedzą, że najwięcej ślimorów jest od spodu liścia, bo skoro takie żarte, to pewnie wiedzą lepiej ode mnie, gdzie diabła szukać ;)
      (skąd ja wezmę kaczki biegusy?)

      Też mam paluszka! Znaczy obolałego, od kilku już miesięcy. Tuż przy stawie (paluszka, nie tym z wodą) narosło mu coś twardego i boli. Do podagrycznika to jeszcze dłuższa chwila, ale zapytam, żeby nie zapomnieć – jak długo kisić paluszek w okładzie?

    • paryja 21/01/2016 at 21:27

      „Paluszka proszę zawinąć wczesną wiosną w młode listki podagrycznika. ” i co ? odpadnie ? ;)
      Jeśli bardzo(wiem, względne) ryja nie drą ;), żreją ślimaki, nie niszczą upraw …
      Idę szukać info o biegusach :) One mnie śmieszą :D

      • kanionek 21/01/2016 at 21:34

        Paryja, nie wiem, czy coś może się drzeć głośniej od gęsi. Chyba nawet żurawie by wymiękły. A do tego one nie potrafią się drzeć inaczej, jak tylko alarmująco, jakby właśnie coś je rozszarpywało na strzępy. Cośmy się z małżonkiem z domu nawybiegali na te ich „oboże! oboże! morrrdunku! umieramy!”, to nasze :)

    • mitenki 21/01/2016 at 21:27

      Kanioneeek, bierz biegusy!!

      • kanionek 21/01/2016 at 21:31

        Mitenki – no bierę, bierę, tylko gdzie dają? :D

        • paryja 21/01/2016 at 21:53

          Przeszukałam OLX i u mnie w okolicy są, teraz muszę Chłopa spytać czy JEGO:) kury podsuną się trochę MOIM ;) kaczkom :)

          • zeroerhaplus 21/01/2016 at 22:23

            Ooo, a niedaleko mnie WYNAJMUJĄ biegusy za jedyne 20 ojro na tydzień ;)) W cenę wliczono pokarm dla killerów oraz wypożyczenie zamykanego „wybiegu”, coby je tam na noc zaganiać.
            System nazywa się „rent-an-ent” :))

          • paryja 21/01/2016 at 22:42

            Tak się zastanawiam, kaczka lubi pływać, blisko domu mam potoczek malutki, czy kiedy te kaczki do tego potoczka wlezą , to mi nie odpłyną w siną dal ?

            Oj narobiłaś Kanionku zdjęciem drobiu w kapeluszach :)

          • zeroerhaplus 21/01/2016 at 22:54

            Tak rwący ten potoczek? ;)

            Tak na marginesie to było marzenie moje w dzieciństwie. Mieć potoczek blisko domu… Ach, Paryjo :)

          • paryja 21/01/2016 at 23:01

            Ten potoczek raczej żałosny;) zarośnięty pokrzywami i w głębokim korycie, mało rwący :) tyle że szemrze (ładne słowo)
            Nie ma się czym wzruszać :)
            Z marzeń o prawdziwym strumyczku nie wyrosłam do dziś, i jeśli kiedyś będę już stara i bogata to zamieszkam nad strumyczkiem, może w rumuńskich górach ? ;)

          • zeroerhaplus 21/01/2016 at 23:08

            Planujesz być stara i bogata? Szacuneczek :))

          • paryja 21/01/2016 at 23:26

            No pewnie że planuję :)
            Starość to kwestia decyzji a nie wieku, więc mogę zacząć choćby jutro :) a bogactwo… jakoś to będzie ;)

        • mitenki 21/01/2016 at 22:30

          Nie tera, na wiosnę! Jak będą małe, puchate kaczuszki :)

  28. Monika 21/01/2016 at 22:04

    Ale się wdarłam w łaski! A łaska na pstry(ej) ko…zie jeździ… Ze mnie znachor, jak (Boże znowu koza!) d… klarnet. Wiem, z całą pewnością, że podagrycznik na stawy jest super. Zielsko paskudne, zarasta mi pół ogrodu, pachnie… cudnie. Można dodawać do sałatek, okłady robić, co odpadnie, to jest chore. Kaczuchy można załatwić na targu u upatrzonego z góry gospodarza. Weterynarze polecają biegusy jako drapieżniki antyślimakowe oraz…hmm zaradność i załatwianie we własnym zakresie. Mój gospodarz od biegusów 90 km ode mnie ale zaklepany. Kanionku, daj, proszę, szansę Prezesowi!

    • paryja 21/01/2016 at 22:17

      My na podagrycznik mówimy „kurwizna wulgaris” w odróżnieniu od „kurwizny czepnej” czyli przytulii. Zapach podagrycznika faktycznie fajny ale smak taki se.
      Podobno kozy lubią. Jeśli tylko mój paluszek wiosny doczeka to na pewno go obłożę podagrycznikiem, teraz to mogę co najwyżej obłożyć go kozim gównem (i kto wie, może by pomogło :))
      Jakaś pandemia Kanionku z tymi paluszkami :)
      Wyrosło mi takie cuś nieduże na palcu lewej(na szczęście) ręki i w sumie nie boli ale taki jakiś ten paluszek, zdrętwiały i nieprzydatny.

      • kanionek 21/01/2016 at 22:35

        Przytulia czepna to jest zuo :D
        Musiałam ją do ogrodu z lasu niechcący przytargać, może z tym próchnem na zrębki, a rozrasta się cudnie. I nazwę ma stosowną – czepia się lepiej od rzepa.
        Na przedwiośniu to kozy wszystko lubią :)
        A mój paluszek u prawej dłoni. A kciuk skasowany podczas strzyżenia owiec :D Nic to. Do następnego sezonu mlecznego się zagoi.

    • kanionek 21/01/2016 at 22:39

      Znaczy co – Prezesa na salony… tfu, ogrody mam wpuścić? Toż mi się gąski zapłaczą! Prezes dzisiaj siedział w psiej budzie, a Menel i Melina na zewnątrz, jak na bodygardów przystało :) U mnie gęsi chodzą za kaczką i pójdą za nią nawet w ogień. A jak się ociągają, to Prezes je po kuprach szczypie!

  29. zeroerhaplus 21/01/2016 at 22:14

    Monika, a masz już doświadczenia kaczkoślimakobójcze z własnego, że tak powiem, podwórka? Bo też jestem ciekawa, czy te bieguski działają tak, jak powinny ;)

  30. Monika 21/01/2016 at 23:00

    Droga Zeroerha… , to smutna historia. Co roku mam gąski i mulardy. W tym roku dla mulardów zabrakło miejsca w prosektorium. Musiałam egzekucję odwlec. Dałam więc wolny wybieg kaczuchom. Szalały do bardzo późnej jesieni po ogrodzie, Fakt, brukselka głupio się poczuła (odżyła po wszystkim). Latem, co rano kaczuchy leciały najpierw na kompostownik. Oj, biedne ślimaczki. Zabrakło ich u mnie i u sąsiadki za płotem. Potem szukały żeru w rozpuście ( na brukselce była mszyca). W pewnym momencie zaczęłam się martwić,że kaczki nic nie jedzą. Za płotem mam weterynarza, Powiedział, że „cacy”. Kazał szukać indusów czyli biegusów. A skoro mutanty mulardy w tym oślimaczonym menu gustują, to biegus wart mszy. Stawiam na biegusy i … prosektorium nie będzie takie wypełnione. Zwierzątko całoroczne! Baaaardzo przepraszam za namolność, już nie będę.

    • zeroerhaplus 21/01/2016 at 23:13

      Dziękuję za informacje, dorzycam je do swojego kubełka „za i przeciw” :)

      Za normalność przepraszasz? Hmmmmm… ;)

    • kanionek 22/01/2016 at 00:14

      Eee, Monika, też nie rozumiem, o jakiej namolności piszesz?
      Obejrzałam sobie te biegusy i są przezabawne, takie wyprostowane, jak świadkowie na ślubie. W warmińsko-mazurskim ich nie ma, przynajmniej w ogłoszeniach na OLX. Może jajca sobie kupię i wysiedzę? O! Może będziesz miała jajca do sprzedania na wiosnę, czy latem?

      • Monika 22/01/2016 at 16:30

        Jajka i pisklęta pokażą się w handlu wiosną. Troszkę cierpliwości. Ja niczego nie sprzedaję, jak mam nadmiar, to zwyczajnie rozdaję. :)

        • kanionek 22/01/2016 at 20:12

          Chętnie i cierpliwie poczekam, a co do rozdawania, zawsze możemy się czymś wymienić :)

  31. ciociasamozło 22/01/2016 at 10:45

    Przepraszam, że przerwę kaczy wątek (biegusy wyglądają bosko!), ale chciałam dać kopniaka na szczęście MałemuŻonkowi przed dzisiejszą rozmową.

    Poczuł?

    Ps. Drogi przez noc nie zasypało?

    • kanionek 22/01/2016 at 10:56

      Na cuda się nie nastawiamy, bo rozmowa w B. – wielkiej metropolii o wielu możliwościach, ale cóż, okaże się dzisiaj, lub za kilka tygodni.
      Napadało, droga Ciociu, ale pojedziemy. Najwyżej nie wrócimy :D
      Wiadro z gruzem już w samochodzie :)

      • mitenki 22/01/2016 at 11:30

        Akurat byś nie wróciła ;) Do swoich kóz piechotą przez zaspy byś szła :)

        Trzymam kciuki za rezultat rozmowy!

        • kanionek 22/01/2016 at 20:33

          Piechotą to się chyba idzie do lata. Do kóz płynęłabym przez śniegi, delfinem lub żabką ;)
          Kciuki chyba coś zdziałały, ale jeszcze nie chcę „zapeszać” ;)

          • paryja 22/01/2016 at 21:29

            Trzymać kciuki dalej ?

          • ciociasamozło 22/01/2016 at 22:53

            Paryja, ja trzymam. A co! przynajmniej mam wymówkę, żeby nic nie robić ;)

          • kanionek 22/01/2016 at 23:29

            Niee no, popuśćcie trochę (tym kciukom!), w końcu jest weekend, czas odpocząć, a nie ćwiczenia siłowe robić ;)
            W dużym skrócie powiem na razie tyle, że najmilszym zaskoczeniem był dla nas sam szef. Piszę „dla nas”, bo ja też tam byłam, właśnie za namową owego szefa, który uznał, że nie powinnam marznąć w samochodzie. Druga rzecz: szef nie jest z rodziny Corleone (nie kręci pierścieniem na palcu).
            Trzecia: był równie zainteresowany nami i naszymi wyborami życiowymi (małżonek ma dość ciekawe CV), co my nim i jego firmą. Rozmowa trwała prawie dwie godziny (rozumiecie teraz, jak to dobrze, że nie musiałam czekać w samochodzie?), była normalna i nie zawierała śladowych ilości orzeszków ziemnych, ani pytań z gatunku: gdzie pan siebie widzi za pięć lat (albo: dlaczego chce pani szorować kible właśnie w naszej firmie, proszę uzasadnić w pięciuset słowach).
            Branża dla małżonka dość nietypowa, na razie nie powiem jaka, bo to w sumie bez większego znaczenia – właściciel szuka pracownika z głową.
            Wady: praca sześć dni w tygodniu, forma zatrudnienia niedoprecyzowana. Zobaczymy, co z tego wyniknie, a na razie odetchnijcie, drogie Kozy :)
            Mieliśmy już kilka razy wielkie nadzieje, odczuwaliśmy pozytywne wibracje i jaśniały nam jutrzenki na horyzoncie, a potem było wielkie dups! i po wszystkim, więc… spokojnie ;)

        • mitenki 22/01/2016 at 21:21

          Uchyl rąbka tajemnicy, bo nas tu pewnie wszystkie skręca z ciekawości :)

      • ciociasamozło 22/01/2016 at 12:15

        Cuda, nie cuda, kciuki trzymam.
        O łopacie do odkopywania się z zasp nie zapomnijcie ;)

        • kanionek 22/01/2016 at 20:30

          Było zaskakująco miło! Opowiem :)

          • zeroerhaplus 22/01/2016 at 21:59

            Czyżby coś ruszyło? Łaaaaaaaa :))

      • wersja 22/01/2016 at 13:20

        ja też kciuki trzymam!

        to już pewnie będzie spóźniona rada, ale na wydobywanie się z zasp, dobrze jest wozić stare ręczniki. jak koło buksuje w śniegu, to się pod nie ręcznik podkłada (najlepiej pod każde po jednym) i pięknie przyczepność dają. sprawdzone także na gliniastym błocie i większych autach typu furgonetka.

        • kanionek 22/01/2016 at 20:16

          O paczaj, tego z ręcznikami nie znałam, dzięki :)
          Nie zdążyłam Wam napisać, ale tuż przed naszym wyjazdem znów przyjechał pług i nie było strasznie, choć powrót pod górkę z zaciśniętymi zębami ;)

        • Modra 23/01/2016 at 20:10

          A jak nie ma sie głowy i/lub miejsca w bagażniku/ do pamiętania o starych ręcznikach, to warto wykorzystać samochodowe wycieraczki – sprawdzone przez lata w praktyce :-)

          • kanionek 23/01/2016 at 23:20

            W pierwszej chwili przyszły mi na myśl te wycieraczki, co po szybie śmigają, i możesz sobie wyobrazić, jakie oczy zrobiłam :D

  32. mitenki 22/01/2016 at 11:58

    Mały Żonku, gratulacje za twórczość naserkową :)

    • kanionek 22/01/2016 at 20:32

      ooo, Mitenki, nie mogłam odpisać na Twojego esemesa, to znaczy napisałam, ale zły operator nie chciał mi go wysłać na kredyt :D
      Gupi Kanionek zapomniał doładować konto :)

  33. Grace 23/01/2016 at 11:55

    Uwaga, uwaga! Znalazłam kogoś, kto lubi styczeń. Cytat z amerykańskiego bloga (jak ktoś będzie chciał, dam link):

    „I’m such a fan of January. It’s cold and cozy yet fresh and full of new beginnings.  When I think of January, I think of drinking coffee, sitting by the fire and reading a good book. January makes my heart happy.”

    (Tłumaczenie robocze naprędce: Jestem wielką fanką stycznia. Jest zimny i przytulny, świeży i pełen nowych początków. Kiedy myślę o styczniu, myślę o piciu kawy, siedzeniu przy ogniu i czytaniu dobrej książki. Styczeń uszczęśliwia moje serce.)

    W USA nawet stycznie mają lepsze.

    • kanionek 23/01/2016 at 12:29

      Ooo, nie wierzcie w styczniową propagandę, to musiał być artykuł sponsorowany! :D
      Jaki znowu „pełen nowych początków”?! Raczej: pełen starych postanowień noworocznych (tych, cośmy ich nie zrealizowali ani rok wcześniej, ani dwa, a i w tym nam się nie uda). Świeża to może być sałatka, a książkę lepiej czytać w maju, na leżaczku pod jabłonią, gdy wokół nas z cichym westchnieniem wiosennej radości otwierają się mniszki i inne badyle. Początek roku powinien być w maju i nie dajmy sobie wmówić Styczniowemu Lobby, że odśnieżanie, gruba kufaja i wiadro z węglem są „cool” ;)

    • ciociasamozło 23/01/2016 at 12:59

      Bo to pisała jakaś nastka na utrzymaniu rodziców, której największym zmartwieniem jest czy kolor swetra pasuje do okładki czytanej właśnie książki ;P
      Tak, zielenieję z zazdrości! też bym tak chciała!

      • kanionek 23/01/2016 at 16:43

        Zwłaszcza, że książkę możesz co najwyżej przy piekarniku poczytać ;)
        A dzisiaj facet z pługiem jak się rozpędził, to całą drogę przez las odśnieżył! Łącznie prawie cztery kilometry. Poszliśmy sobie wygodnym traktem z pieskami (Majka zaliczała co chwilę śnieżne bandy pozostawione przez pług i wyglądała na najszczęśliwszą sukę na świecie), podziwiać zastygły w styczniowym stuporze las. Ani żywego ducha, nawet sarenki. No ale mamy minus dziesięć, wszyscy pewnie siedzą w króliczej norze i rżną w karty.

        • mitenki 23/01/2016 at 17:16

          Tak sami z siebie odśnieżają, czy zagroziłaś samospaleniem?
          Kiedy będziecie coś wiedzieć o wyniku rozmowy? :)

          • kanionek 23/01/2016 at 18:46

            No właśnie nie groziłam. Dziwne tym bardziej, iż tego odcinka w drugą stronę, czyli 3 km przez las, używają głównie służby leśne, a latem i jesienią jeszcze grzybiarze, tymczasem dwa dni temu rozmawiałam z naszym leśniczym w sprawie kilku zwalonych przez wichurę drzew w naszej okolicy i on mi powiedział, że teraz to w sumie leśnicy po lesie nie jeżdżą, bo nie mają nic do roboty. Może facet nietutejszy i się niechcący rozpędził?

            Wynik – podobno pierwszego lutego.
            Zaraz idę z wiadrami do koziarni, a później może do Ciebie zadzwonię ws. abrakadabry, o ile masz czas.

          • mitenki 23/01/2016 at 21:52

            Mam czas. Dzwoń :)

          • kanionek 23/01/2016 at 23:42

            Hłe, hłe, Mitenki, my to się dogadałyśmy, jak zwykle. Z tymi wiadrami to mi trochę zeszło, bo karmię po dwie-trzy kozy naraz, a między zmianami biegam do domu po wiadra, bo nie chcę wychładzać kozom żarcia (nie, nie jestem stuknięta ani nadopiekuńcza, chodzi o czystą ekonomię – żarcie zimne koza musi ogrzać w sobie, tym samym marnując kalorie, których jej dostarczam, więc noszę im takie w temperaturze pokojowej), no i telefon miałam przy sobie, bo planowałam jeszcze posiedzenie z offcami. Do kompa nie zaglądałam, za to wysłałam Tobie esemesa z zapytaniem, czy przypadkiem nie poszłaś już spać, a ponieważ nie odpisałaś, to uznałam, że jednak śpisz :D
            To może jutro?

            A z posiedzenia z offcami krótki raport: naukową metodą „na węża” (czyli pełzając po ściółce) ustaliłam, że Doktor Ekspert ma już cycki niczego sobie. Strzyki nabrzmiałe, wielkości mojego kciuka! Jeśli koza Paryi się nie pospieszy, to Baśka ukradnie jej całą uwagę publiczności ;)

          • Iza 23/01/2016 at 22:20

            Yyy… że zimą leśnicy nie maja nic do roboty w lesie??? Jakieś dziwne te lasy macie – albo dziwnych leśników. :D

          • kanionek 24/01/2016 at 00:00

            Ja się na ichniej robocie nie znam, ale co mieli wyciąć to już wycięli, te puste placki ogrodzili, na wiosnę pewnie powtykają sadzonki nowych drzew, a teraz to nie wiem, co mogliby robić. Rozdawać sarenkom szaliczki? Kompletnie się nie znam, więc dla mnie las wygląda całkiem spoko i nic przy nim robić nie trzeba :D

          • Iza 24/01/2016 at 00:37

            Czyli dziwni leśnicy – z napędem odrzutowym. :D Bo ci, których ja znam, to o tej porze roku mają jedną mantrę „o rany boskie, nie zdążymy wszystkiego wyciąć przed roztopami, ratuuunku!”

        • mitenki 24/01/2016 at 03:12

          To taka nasza mała, świecka tradycja, prawda Kanionku? :D
          Najśmieszniejsze jest to, że sms przyszedł w tym samym czasie, co ja tu do Ciebie pisałam. Nie wiem, dlaczego go nie usłyszałam.
          Czemu kozy miałyby dostawać zimne jedzenie, kiedy mogą mieć ciepłe? Koza też przecież człowiek :)
          Dzwoń jutro, kiedy będziesz mogła :) Ja jestem nocne zwierzę, nie kładę się przed północą.

          Za wynik trzymam kciuki!

      • Grace 23/01/2016 at 21:04

        A, nie zgadłaś. To pisała matka trójki małych dzieci, w tym jednej chorej dziewczynki, adoptowanej z Chin. Poza tym autorka dwóch książek kucharskich.

        • ciociasamozło 23/01/2016 at 21:36

          Aaa! znaczy się klasyczne hamerykańskie „I’m fine”!
          Ewentualnie afirmacja – tak długo będę sobie wmawiać, że styczeń jest piękny, aż w to uwierzę, odłożę ten ostry nóż, poodwiązuję dzieci od kaloryfera i może odstawię prozac ;)

          No dobra, tym bardziej zazdroszczę, jeśli matka trójki małych dzieci ma czas na czytanie książek przy kominku i pisanie takich złotych myśli w internecie ;)

          • ciociasamozło 23/01/2016 at 21:39

            Ależ przeze mnie przemawia obrzydliwe polskie malkontenctwo!
            ;P

          • kanionek 23/01/2016 at 23:55

            Ciocia – to też jest wina stycznia! Styczeń nie nastraja do życzliwości, co może potwierdzić Bożena, która dwoi się i troi, żeby dokopać wszystkim innym kozom. Dzisiaj wraz ze swą mniejszą kopią, Pippi, zagoniły Kachnę w kozi róg i chyba spuściły jej łomot, bo gdy weszłam do koziarni, Kachna kwiliła jak dziecko, a te dwie wisiały nad nią niczym widmo sesji nad studentem. Normalnie miałam ochotę wykręcić Bożenie rogi i wkręcić jej w tyłek.

            A wracając do stycznia, to spoko, mogę zrozumieć próby doszukiwania się w nim jaśniejszych stron (to nawet wskazane, żeby nie zwariować), ba – sama się w styczniu całkiem nieźle wyspałam i przeczytałam więcej książek, niż w ciągu całego roku, ale żeby na styczeń czekać, wypatrywać go i cieszyć się, że wreszcie jest, to nie dla mnie. Ta pani jest więc dla mnie jedynie wyjątkiem potwierdzającym regułę ;)

          • Ynk 24/01/2016 at 12:24

            Ewentualnie zwierzęce atawizmy odbijają się czkawką człowiekom poniektórym o tej porze kalendarza ;-)

            https://www.facebook.com/newshour/videos/10153895130513675/?theater

          • kanionek 24/01/2016 at 21:38

            No i to jestem w stanie zrozumieć – zabawa ze śniegiem. Nie to, co my – taczką śnieg spod domu wywozić (nie pytajcie)…

  34. ciociasamozło 23/01/2016 at 21:56

    A widziałyście już dziewczę z siekierą?
    https://www.youtube.com/watch?v=7fWo0P0MdJM

    • zeroerhaplus 23/01/2016 at 23:16

      Mam dziwną ochotę założyć jej buty. Siłą.

      • kanionek 24/01/2016 at 00:17

        Są ludzie, którzy ze stąpania boso po trawie zrobili niemalże religię i twierdzą, że wszystkie problemy zdrowotne (z głową też) biorą się z faktu noszenia obuwia. Serio. Ona tam, na jakiejś łące, to jeszcze pikuś! We Fromborku na poczcie, za czasów gdy jeszcze musieliśmy tam jeździć, bo listonosz miał nas w dupie (inny, nie ten, co do nas teraz jeździ), stałam w kolejce za facetem około sześćdziesiątki, właśnie na bosaka. Wczesna wiosna, zimno jak diabli, a on gołymi stopami na tej pocztowej terakocie… Przez ramię miał przewieszoną płócienną torbę z logo „Barefoot cośtam Society”, nie pamiętam dokładnie całej nazwy. Patrzyłam za nim jak sroka w gnat, gdy wyszedł i powoli oddalił się, stąpając beztrosko po miejskim chodniku.

        A co do samego łupania siekierą – pewnie też masz w tym spore doświadczenie i widzisz, jakie ona ma drewno :) Łupie się idealnie równo wzdłuż włókien, żadnych sęków, drewno jest jasne, prawie białe (osika?), i widać, że lekkie (wysezonowane to jedna rzecz, ale tajemnica tkwi w gatunku). Chciałabym zobaczyć tę samą sztuczkę z dębem ;)

        • kanionek 24/01/2016 at 00:21

          Pardąsik, sprawdziłam, oni się nazywają: Society for Barefoot Living.

          • zeroerhaplus 24/01/2016 at 19:00

            Bose stopy?
            Pacz, co Niemcy na to: (i tu wpisujemy ładnie w wyszukiwarkę grafiki „nacktwandern”).
            Fajne?
            Akurat stopy, to oni obute mają… ;)

          • kanionek 24/01/2016 at 21:38

            Zeroerha… WARUM?
            :D

          • zeroerhaplus 25/01/2016 at 12:55

            Pytasz, dlaczego Ci to zrobiłam? ;)
            Jeśli pytasz, dlaczego oni to robią, to uwierz mi: nie mam zielonego pojęcia. A zastanawiałam się długo i gruntownie.

          • kanionek 25/01/2016 at 20:47

            Tak, chodziło o „dlaczego mi to zrobiłaś” :D
            A ja sobie chodzę od wczoraj boso po chacie i przyznaję, że choć podłoga zimna jak diabli (dziś rano w kuchni 14,7 C, a podłoga niewiele cieplejsza od powierzchni stawu), to jednak jest to dość przyjemne. Teraz mam lekkie lemingi do chodzenia w, ale wcześniej prawie całymi dniami chodziłam obuta w ciężkie kamasze, i to się odbija na stawach. Jednak nie byłabym sobą, gdybym się czegoś nie bała, prawda, więc na wszelki wypadek boję się, że wyrżnę małym palcem w róg szafki lub coś w tym stylu ;)

        • zeroerhaplus 24/01/2016 at 19:10

          No, drewno ma boskie do rąbania. Ale co mnie jeszcze zastanawia, to czemu ta panna tak dziwnie „z paluszka” stąpa po podłożu, jakby tylko od święta na bosaka chodziła.
          Mam takiego sąsiada, które w tak zwane „miesiące bez R w nazwie” (od maja do sierpnia) nie używa butów na podwórzu i we wsi. Widziałam go, jak obrabiał drewno łuparką, też na boso (po czym zapytałam go grzecznie, czy oszalał), i uwierzcie mi, stąpał mocno, bardziej „z pięty”. Czy tylko dlatego, że był mężczyzną? Bo ja wiem.
          Tak na paluszkach to ja łażę, jak mi się czasem latem ciapów nie chce założyć (z podkładem dźwiękowym „ała ała ał”, bo żwirek kanciasty ;).

          • kanionek 24/01/2016 at 21:44

            A bo może to jest jakieś tai chi siekiering, czy coś? Teraz są różne, ciekawe trendy.
            Ja się boję boso po trawie, choć to takie romantyczne i naturalne, bo mnie raz osa w podeszwę użądliła i nie mogłam chodzić przez trzy dni. Ja to jakaś wrażliwa na te użądlenia jestem, niby nie na śmierć, ale zawsze puchnę jak po dobrym sparingu bokserskim. A tutaj to jeszcze bym się bała tych cebulackich drutów, szkła i puszek po makreli, które co roku rodzi matka ziemia. Zresztą, czego ja się NIE boję?

          • zeroerhaplus 25/01/2016 at 13:05

            No, też mam te dylematy. Szkła, gruz, metal, pzczosy. Rzadko się zdarza bez butów łazić.
            Ale muszę przyznać, że w czasach, gdy jeszcze hasałam w pewnej krakowskiej firmie ogrodniczej za kosiarką, to w ogrodach, gdzie były piękne, czyste i równe trawniczki też lubiłam (jak Ciocia w komentarzu poniżej) kosić na boso. Pamiętam, że było to bardzo miłe :)

            W temacie „czego się Kanionek nie boi” trzeba by tu ankietę rozpisać. Dobre kobiety zaraz Ci tysiąc rzeczy wymienią :))
            Mnie się nasuwa na przykład: Kanionek może i się bał, ale niewystarczająco, by nie zmienić diametralnie sposobu życia na znacznie lepszy dla siebie i innych zwierząt ;)

          • kanionek 25/01/2016 at 20:37

            Taa, się nie bałam, bo nie miałam pojęcia co czynię ;)

          • Modra 26/01/2016 at 20:25

            Ekhm, glos zabral delegat z powiatu:
            z opowiadan ojca pamietam, ze jako dziecko po rzysku i polach biegal na bosaka, zupelnie bezbolesnie. Normalnie boli jak diabli. Sztuka polegala na tym, ze stopy stawiac trzeba posuwistym ruchem od przodu do tylu i na plasko. Cos wlasnie jak ta panna z siekiera robi. Moze ona tez z tej przedwojennej szkoly :-). Stawianie w ten sposob stop minimalizuje ryzyko naklucia od sporu, bo stope nasuwa sie na wszelkie ostre przedmioty przyginajac zdzbla do ziemi, a najazd stopy na kamyki to jedynie dyskomfort, a nie bol, kiedy stawiamy ja na kamyk z impetem od gory.

          • kanionek 27/01/2016 at 18:41

            No dobra, rozumiem chodzenie taką techniką, ale jak tu BIEGAĆ, stawiając stopy „posuwistym ruchem do przodu, do tyłu i na płasko”?

      • ciociasamozło 24/01/2016 at 11:55

        Zeroerha, Ty też? Jakiś pieprzony behapowiec się we mnie odzywa jak widzę te bose stopy, siekierę i fruwające drewienka (co innego jak sama jeżdżę z kosiarką w klapeczkach albo na bosaka ;) )

    • Ynk 24/01/2016 at 11:02

      Aż się chce nowe powiedzenie wyrąbać: co ma falbanka do siekiery? Albo jakoś tak. A jako soundtrack „Taniec z szablami” Chaczaturiana zapuścić . W zwolnionym tempie ;-)

  35. pluskat 24/01/2016 at 08:30

    Siekiere tez ma niezla, ale masz racje, to takie drewno na papier, w piecu spali sie blyskawicznie.

  36. Ania W. 25/01/2016 at 22:17

    Nacktwandern. Tego się nie da odzobaczyć!

    Dobranoc!

    • zeroerhaplus 25/01/2016 at 23:46

      Jest jeszcze nacktradeln ;)
      Ale to już tylko dla twardzieli (zwłaszcza chyba twardzielek!).
      Ała.

      • Ania W. 29/01/2016 at 16:51

        No i zobaczyłam. Nie mogę wyjść ze zdziwienia, czego to ludzie nie wymyślą!

  37. buskowianka 27/01/2016 at 18:42

    Aaaaaa zaplątałam się i też wpisałam się w lipcu :DDD

    A chciałam tu.
    Polecam film, dialogi i monologi PRAWIE jak u Bożeny
    https://www.facebook.com/piotr.duziak.1/videos/vb.100001234932172/1048264271891394/?type=2&theater

    • kanionek 28/01/2016 at 20:25

      No co? Normalka ;)

      • buskowianka 28/01/2016 at 21:54

        Hmmm obejrzałaś? U mnie link już nie działa (a działał!). :((

        • kanionek 28/01/2016 at 22:54

          Jakoś wczoraj wieczorem, a raczej dzisiaj po północy oglądałam. Net mam zdychający, więc długo się ładowało, ale weszło całe.
          Sprawdziłam przed chwilą i faktycznie nie ma. Nie znam się na Fejsbukach, lajkach, udostępnieniach, znajomych i innych grupach uprzywilejowanych, więc się nie wypowiadam ;)

  38. mitenki 30/01/2016 at 16:06

    Hello! Zasypało wszystkich? Czy opili się herbatką z wsadem rozgrzewającym i śpią?

  39. RozWieLidka 30/01/2016 at 18:36

    Może kozy Paryi rodzą i wszyscy czekają w napięciu, tylko my nic nie wiemy?

    • paryja 30/01/2016 at 19:00

      Nie, nie rodzą, ale w napięciu czekam :) Popijając trójniaczek dla rozluźnienia … więzadeł Romuald ;)

  40. mitenki 30/01/2016 at 18:54

    I Baśki Kanionka pewnie też.

    No to RozWieLidka – za lekki poród :)

  41. RozWieLidka 30/01/2016 at 19:39

    Chlup sosnóweczką ;)

  42. Ynk 31/01/2016 at 10:23

    … bo zaraz Luty, luty, wytrzyj gluty

  43. RozWieLidka 31/01/2016 at 17:48

    Halo halo?! Ja rozumie, że ten quiet and peaceful and kind of magic, ale bez przesady! Gdzie sie wszyscy, a przede wszystkim Kanionek podziali?

    • paryja 31/01/2016 at 18:21

      Jestem:) ale nie mam nic ciekawego do napisania, więc tylko zaglądam, z nadzieją że coś się tu dzieje.
      U mnie dziś była wiosna i spędziłam upojny dzionek karczując wieloletnie, okrutnie splątane jeżynisko, kozy mi pomagały obskubując z listków pędy :)

      • ciociasamozło 31/01/2016 at 19:54

        A ja ledwo w klawiaturę stukam bo drugi dzień leczę zakwasy po imprezie (tak, ręce też od tańca mnie bolą! tak bywa jak się człowiek wyrwie z domu raz na dwa lata).

        • Iza 01/02/2016 at 22:09

          Hihi, u mnie na lodówce przez ładnych parę lat wisiał identyczny cytat o tych bolących rękach, autorstwa mojego dziecka po jakiejś dyskotece. :D

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa