Milczenie owiec, czyli wieczorek filmowy u Kanionka i o rosnącym poziomie zezwierzęcenia

zima w listopadzie 2 zima w listopadzie 1 zima w listopadzie

Dzień dobry zimo, dzień dobry Państwu. Jadalna zastawa stołowa od Kachny wygląda tak:

miseczki talerze miseczka

I teraz mam wyrzuty sumienia, że nie pokazałam Wam innych rzeczy, które od Was dostałam, więc nie wiem – pokazywać wszystko, czy nie pokazywać nic? Jestem w takiej akurat kwadrze księżyca, że najprostsze decyzje przychodzą mi z trudnością, albo wcale. No to Wy zdecydujcie.

Siedzimy sobie z małżonkiem w kuchni wieczorem, to znaczy ja siedzę i trzaskam orzechy laskowe dziadkiem do orzechów, który skądś wytrzasnęła moja Mama, na drugim krześle siedzi Laserek, a obok niego stoi małżonek. No więc ja siedzę, orzechy trzaskam, i w zamyśleniu patrzę na Białego Pantera, który tkwi na parapecie w pozycji na koci posążek z czasów staroegipskich, mrużąc te swoje lodowate, błękitne oczy, i tak mnie nagle naszło, że wiem, kogo mi ten kot przypomina. I mówię na głos, że ten biały kot przypomina mi taką jedną Ksymenę S., co mieszkała na siódmym piętrze i miała bardzo wyniosłą matkę, która nosiła na twarzy tapetę grubości koca przeciwpożarowego, i że jak raz przyszła do mojej Mamy bez tego koca na twarzy, a ja otworzyłam drzwi, to jej nie poznałam i nie wiedziałam, kim ona do diabła i w ogóle co za obca baba do mnie gada, jakby mnie znała, a ta jej córka Ksymena była właśnie blondynką o bardzo jasnej karnacji i miała takie piękne, kocio skrojone oczy, zimne jak głaz, i tak sobie snuję tę opowieść z gatunku “co ci przypomina widok znajomy ten”, gdy kątem oka widzę, że małżonek patrzy na Lasera, Laser na niego, i ten pierwszy już nie wyrabia z uciechy. “O co wam teraz znowu chodzi?” pytam, strącona ze szlaku wspomnień o epoce lodu, a małżonek na to, wciąż zwracając się do psa: “I widzisz, Laserku, ja CIĄGLE tego muszę słuchać, a ty już po trzech minutach wymiękłeś”, i w śmiech. Fakt, Laserek wyglądał nie za bardzo i mrużył oczy, jakby go wątroba bolała, ale to dlatego, że w kuchni było już dość zimno, a on był śpiący, i stąd ta mina pod tytułem “zabijcie mnie TERAZ”, no ale niech małżonkowi będzie, że się tak świetnie dogadali.

a Kanionek wciaz opowiada

Co ja Wam zresztą będę owijać w gównianą wełnę – wraz ze wzrostem ilości zwierząt w gospodarstwie, wzrasta nieuchronnie poziom ogólnej wesołości, a wszechobecnej frajdzie wprost nie ma końca. Wszyscy chodzimy uśmiechnięci, panuje uroczysta atmosfera intergatunkowej miłości, a mi to już w ogóle anioły wieczorem zaplatają warkocze i pitolą ckliwie na pozłacanych fletach.

I tak na przykład nudne, domowe czynności nabierają rumieńców, gdy tylko zaopatrzyć się w trzymiesięcznego kotka, który w ciągu tygodnia zdążył wyrosnąć z etapu turlania papierowej kulki, a potem zabawy w “skoczę ci na plecy i wbiję pazury, a ty się broń”, i teraz jest już duży i chce się bawić dużymi zabawkami, takimi jak odkurzacz. Tłumaczę małej Vader, że odkurzacz to jest taki Duży Kot, co takie małe szczury jak ona jada na śniadanie, ale pokażcie mi kota, który komukolwiek uwierzył na słowo. Odkurzam więc, uważając, by nie nadepnąć kociej ośmiornicy, która nagle dorobiła się osiemnastu odnóży i one są wszędzie, gdy kątem oka dostrzegam, jak mała wampirzyca – całkiem sprytnie – usiłuje odciąć Dużemu Kotu zasilanie. Tak w połowie kabla. Do tragedii nie doszło, bo zauważyłam knowania małego trolla zanim zamienił się w kocyk elektryczny, ale od teraz nie dość, że odkurzanie jest jak zawsze męczące (Mając ma piękne futerko, z którego połowę trzyma przy sobie, a połowę na wykładzinach), to czuję, jak na plecach otwiera mi się oko Saurona, które musi czuwać i pilnować ciągnącego się za mną kabla.

sypialnia w kartonie z siatkami sypialnia w kapturze zabawy z odkurzaczem

A jeśli chodzi o Pantera (pan tera tu nasra, a Kanionek posprząta), to owszem, coraz piękniejszy. Futerko mu odrasta na tym wyczochranym grzbiecie, całkiem białe, aż się odróżnia na tle lekko żółtawej reszty, przestało mu cieknąć z ryja i w ogóle bardzo wyględny jest, ale co z tego, skoro wprost proporcjonalnie do poziomu piękności rośnie poziom jego skurwysyństwa. Bo jak inaczej określić fakt, iż Panter sra do kuwety, tylko NIE ZAWSZE? A nie sika do kuwety NIGDY? Po tym, jak odkryłam kałużę wielkości Oceanu Spokojnego za butlą z gazem i okolicznościową kupę w szafie, chodzę z latarką po chałupie i szukam skarbów w mrocznych chałupy zakamarkach. I, niestety, znajduję. Zastawiłam przestrzeń między kuchenką a butlą gazową – Panter poszedł niby do kuwety, po czym minąwszy obydwie ostentacyjnie nasikał za nimi. No i przy tej okazji chciałam Wam powiedzieć, że owszem, kupiłam ów polecany przez Was pellet opałowy, by go używać w charakterze kociego żwirku, tylko kupiłam go stanowczo za mało, bo ledwie 30 kilogramów, a żeby pokryć całą powierzchnię podłóg w domu warstwą minimum 10 cm, potrzebuję pewnie około dwóch ton.

kto  sie skurwlem urodzil kanarkiem nie zdechnie

Pimpacy nadal ma drajwa na kurczaki, bo my nie mamy czasu go szkolić, więc na razie również dorobił się kagańca, który – o dziwo – zaakceptował bez protestów. Ten pies ma po prostu ważniejsze sprawy na głowie, niż jakiś tam durny kaganiec, a zresztą biega w nim góra kwadrans, gdy nie mam czasu nad nimi wszystkimi czuwać, a po szesnastej, gdy kurczaki już grzeją ławy w kurniku, szajka kurożerców i reszta biegają swobodnie. I już, już prawie możnaby powiedzieć, że Pimpacy jest bezproblemowy… Gdy oto w czwartek wracam sobie z podwórka do kuchni, dopijam zimną kawę z dna kubka, na co wchodzi małżonek i mówi: “Aha, nie pij tej swojej kawy, bo Pimpacy już się nią poczęstował”. No tak mi się coś wydawało, że kawy powinno być więcej, a ponieważ Laser z Atosem i Mającem byli na zewnątrz, to zostawiłam kubek na stole. No i mam teraz dwóch amatorów kawki z mleczkiem, a do tego obydwa (i jedyne) krzesła w kuchni notorycznie zajęte, a przestrzeń wokół krzeseł i pod stołem obleganą przez Atosa i Mająca, którzy polują na nowe koty.

Baśki tymczasem nadal milczą jak zaklęte. Ja do nich gadam, długo i czule jak dziad do obrazu, a owce do mnie ni razu. We wtorek uznałam, że czas zacząć je wypuszczać na wybieg (bo o wypasie przy takiej pokrywie śnieżnej to nie było mowy), bo zanim się doczekam pierwszych oznak oswojenia z ich strony, to one zapuszczą korzenie na tej porodówce. No i tak. Najpierw wcale nie chciały wyjść, bo na porodówce czuły się już “u siebie” i bezpiecznie, a tu masz – znowu jakieś zmiany. Zaszłam je powolutku od tyłu, one w końcu ruszyły z kopyta, i… I żałuję, że nie miałam aparatu foto przy sobie, bo dwie inteligentki, biegnąc łeb w łeb, wpadły razem w otwór wyjściowy i się w nim skutecznie zaklinowały. I choć pracowicie przebierały nogami, z łbami wyciągniętymi przed siebie, jak dwa robocze woły zaprzęgnięte do wozu, to cóż, wóz jakoś nie chciał ruszyć i zrobił nam się mały impasik. Znając moc rażenia owiec nie zdecydowałam się podejść bliżej, bo gdyby zaczęły się wycofywać, wpadłyby na mnie i moje stare nogi ze skrzypiącymi kolanami, które przy takim obrocie spraw mogłyby zacząć się wyginać jak u Barbie, czyli również w tę niewłaściwą stronę, więc po prostu stałam i pielęgnowałam w sobie niedowierzanie oraz zalążki złośliwego chichotu. TAKIE z nich mądrale, a tak się dały zrobić w wołu.

Gdy jedna z owiec zaczęła w końcu myśleć i wymyśliła, że cofnie się troszkę, druga wystrzeliła w przód jak korek z butelki szampana, i poo-szły! obie na mały wybieg dla kurczaków, bo na całkiem wolny wybieg, czyli tylnymi drzwiami koziarni, jeszcze nie miałam odwagi ich puścić. Z małego wybiegu “pomogłam” im wyjść na podwórko, a pomoc ta ograniczyła się do zrobienia kilku kroków naprzód. Owce wyskoczyły jak oparzone z małego wybiegu i mogłam już sobie iść i dać im święty spokój. Rzuciłam im jeszcze kilka jabłek (radzą sobie z całymi jabłkami lepiej, niż kozy, bo mają wielkie paszcze) i kupkę siana, żeby się nie nudziły, i poszłam do kuchni, podglądać przez okno jak sobie radzą. Za jakąś godzinkę po drugiej stronie furtki północnej pojawiła się Roman, chwilę później Krówko, Irena i reszta. Owce podeszły do furtki, obwąchały się z Roman, reszta kóz nie zwracała na nie uwagi, a i same owce wydawały się towarzystwem kóz zupełnie niewzruszone. “Raz kozie śmierć”, pomyślałam, i poszłam dać owcom wolność.

Cały dzień trzymały się w miarę blisko stada kóz, choć gdy kozy oddalały się w sobie tylko znane miejsca w lesie, owce wolały trzymać się blisko ogrodzenia. Jeszcze przed zapadnięciem zmierzchu postanowiłam pozamykać towarzystwo, bo choć często pozwalam kozom patrzeć w gwiazdy, to ze względu na dzikie owce wolałam wziąć się z problemem za bary jeszcze za jasnego. Nie wiem, czy Was to interesuje, ale i tak Wam powiem: w zależności od pogody tylne drzwi koziarni, wychodzące na zachód i nieograniczony wybieg, trzymam za dnia otwarte lub zamknięte. Gdy jest ciepło, albo pada deszcz, są otwarte i kozy mogą wchodzić i wychodzić kiedy chcą. Gdy jest mróz drzwi po wypuszczeniu kóz zamykam, żeby nie wychładzać im chaty. Zimą “wypas” i tak trwa krótko, w porównaniu z latem, gdy jasno robi się o trzeciej nad ranem, a ciemno po dwudziestej drugiej. Tego dnia jednak zostawiłam owe drzwi otwarte, choć na zewnątrz było minus jeden, łudząc się, że owce same wrócą na porodówkę, idąc za kozami.

Gdy weszłam do koziarni, drzwiami od strony podwórka, w środku była chyba tylko Tradycja. Reszta stada marudziła na zewnątrz, bawiąc się w “popatrz jakie mam rogi, zaraz ci przypierniczę” oraz “mój jest ten kawałek betonowego murka, a ty tu nie stałaś” i tym podobne. To trochę tak, jak z dziećmi podczas zimowych ferii. Nawet gdy nie ma śniegu i nic do roboty na podwórku, dzieciaki i tak wolą sterczeć pod trzepakiem, ocierając gile brudną rękawiczką, niż iść do domu, gdzie już w ogóle NIC się nie dzieje (no tak, wiem, to są wspomnienia starego człowieka, a dzisiejsze dzieci siedzą całe ferie przed kompem i grają w symulator sanek). No więc z kozami jest tak samo, wolą stać na zewnątrz i podpierać ścianę obory, niż wejść do środka, choć na mój widok jednak wchodzą, łudząc się nadzieją na chlebek lub kawałek ziemniaczka.

No i tego dnia też zaczęły powoli pakować się do koziarni, poszturchując się i przepychając, wchodząc i wychodząc, stając w poprzek wejścia i utrudniając wejście innym itd., czyli wszystko w normie. A OWCE NIC. Stały jakieś dwadzieścia metrów w linii prostej od wejścia i patrzyły na nas wszystkich jak sroka w gnat. Wołałam “Baśka”, czyniłam zapraszające gesty dłonią (do dupy pomysł – zapraszające gesty uznały za próbę dosięgnięcia ich na odległość i ukręcenia im łbów, więc wycofały się jeszcze głębiej w las), wszystko na nic i o kant graniastosłupowej owczej dupy rozbić. No cóż. Zamknęłam kozy, sama zostając na zewnątrz, i wtedy Baśki mnie zaskoczyły. Ruszyły oto w stronę furtki północnej i stanęły przed nią jak milczący dwugłaz, i tak stały, mamrocząc być może pod nosem jakieś zaklęcia, co miały tę furtkę otworzyć, ale pewna nie jestem, bo przecież musiałam trzymać się z dala, żeby ich znów nie wprawić w owczy pęd. Państwo pozwolą, że im przypomnę – furtka północna to ta, którą owce WYSZŁY na wolność, i najwyraźniej uważały, że skoro tamtędy wyszły, to właśnie że tamtędy wrócą i nie inaczej, i weź się wypchaj Kanionek.

Przeleciałam się więc z powrotem przez koziarnię na podwórko, ostrożnie podeszłam do furtki północnej, owce się lekko cofnęły, ale patrzyły na mnie wyczekująco. Otworzyłam furtkę, wycofałam się o kilkanaście kroków, a one wtedy SZUUU! przeleciały idąc łeb w łeb przez rozwarte wrota, wzięły ostry zakręt w prawo, wpadły na mały wybieg dla kurczaków i… Paskudna niespodzianka – drzwi do koziarni zamknięte! A zamknięte, bo gdybym zostawiła otwarte, Bożena już by mi obgryzała żywopłot i porzeczki, a wyłapanie całego towarzystwa, rozemocjonowanego nowymi możliwościami czynienia czystego zła, zajęłoby mi pewnie resztę wieczoru. No to co teraz, Kanionek? No to zakradłam się powoli na mały wybieg, powoli zamknęłam za sobą furtę, BARDZO powoli podeszłam do drzwi koziarni (a owce, mimo całego mojego “powoli” i tak już były z powrotem przy furcie od wybiegu), otworzyłam drzwi, i zanim kozy się zorientowały co jest grane, zapędziłam owce do środka. W środku zrobiło się małe zamieszanie, bo na porodówce już urzędowali Andrzej z Ireną i Ireny córkami, a owce dokładnie wiedziały, gdzie jest ich kwadrat i bezzwłocznie tam popędziły, więc Andrzej wyleciał z porodówki z wyłupiastym okiem i powiewającą brodą, a młode Ireny prysnęły przez drzwi porodówki jak dwie iskry. Irena to nawet nie wiem, jak wyszła – może wyssał ją ciąg powietrza za uciekającym w popłochu Andrzejem.

No i tak właśnie wygląda obcowanie z dzikimi owcami, a teraz już obiecany wieczorek filmowy Kanionka. Produkcja w stylu przerywanym, czyli nic nowego. Aha, nagrane jakiś tydzień temu, ale wciąż aktualne – NIC się w ich zachowaniu nie zmieniło, i nie dajcie się zwieść pozornej sielance – one po prostu nie mają się jak rozpędzić w tej porodówce, to raz, a dwa – ja prawie cały czas kucam. Dopiero wyprostowana stwarzam śmiertelne zagrożenie.



No i skoro wieczorek filmowy, to jeszcze Wam wrzucę te stare materiały z ogródka i szklarni. Wody w Baudzie sporo upłynęło, filmików było kilka, bo albo aparat wysiadał, albo coś tam coś tam i musiałam nagrywać od nowa, więc ja już sama nie pamiętam, o co cho, i w ten sposób macie dwie części, każda nagrana innego dnia, ale czy to ważne? Mam nadzieję, że fajnie Wam się będzie oglądało pomidory pod koniec listopada.



PS. Ile razy dziennie sika kot? Bo jakoś nigdy wcześniej nie miałam potrzeby wiedzieć, a teraz, gdy znajduję w kuchni dwie kałuże to nie wiem, czy szukać gdzieś zaschniętej trzeciej? Aha, i może któraś z Was, uzdolnionych, umie zrobić elegancką, zimową czapkę z delikatnej skórki naturalnej z białym futerkiem? Na końcu ogona chciałabym mieć pompon. Oferty cenowe proszę zgłaszać pod: zamordujetegokota@kanionek.pl

po co wzielas wiecej kotkow

PPS. JA WIEM, co Was najbardziej kręci i NIE, gówna jeszcze nie porozkładałam. Ono wrażliwe jest, zwłaszcza na takie warunki atmo. Znów ma padać kilka dni, więc gówno nabiera mocy w szczelnie zamkniętych wiaderkach. Za to jak już się wezmę i je porozkładam w odpowiednich warunkach i przy sprzyjającym układzie gwiazd, to nikt, nawet leśniczy, nie odważy się przekroczyć cienkiej, gównianej linii.

a ja sie juz rozlozylam

206 thoughts on “Milczenie owiec, czyli wieczorek filmowy u Kanionka i o rosnącym poziomie zezwierzęcenia

  1. paryja 29/11/2015 at 20:14

    O Pierwsza ?
    Zastawa super . Po obiedzie możesz zanieść gary do koziarni i rzucić lekko „niech Bożena pozmywa ”
    Filmiki sobie zobaczę kiedy net pozwoli.

    • kanionek 29/11/2015 at 21:54

      :D
      Ciekawe, czy kubeczki też z tego robią, bo mogłabym zimą do koziarni zajeżdżać z tacą pełną jadalnych kubeczków wypełnionych herbatką owocową (a co, myślałyście, że w tym roku nie będzie herbatek w koziarni? Zostało mi jeszcze kilka paczek różnych smaków…).

  2. pandeMonia 29/11/2015 at 20:40

    Nie było mnie tylko przez chwilę. Zdawałoby się, że tu wszystko płynie sielsko-anielsko, swoim ustalonym, leniwym nurtem. A tu co się wyrabia?! Owce?! Koty?! Świecie, jakżeś mnie wyprzedził!

    • kanionek 29/11/2015 at 21:58

      „Leniwy nurt”, no teraz to mi boki popękały ze śmiechu :D
      Muszę u Ciebie napisać, ale nie powiem co, bo to byłby spojler. A tak w ogóle – jaką chwilę Cię nie było? Wieki minęły, dinozaury zdążyły się odrodzić dwa razy i są właśnie w fazie trzeciego Wielkiego Wymarcia, na moim podwórku już owocuje orzech włoski, a ławka wierzbowa zdążyła spróchnieć, TAK DŁUGO Cię tu nie było ;-P

      • pandeMonia 29/11/2015 at 23:17

        Ooooo, nie czytałam tylko ostatniego posta! Jak się okazuje, przełomowego w sprawie. Czytam wszystko, tylko nie zawsze komentuję i się ujawniam, o! :) Nawet od wielu miesięcy noszę się z obwieszczeniem Ci na ucho ogromnej, dzikiej wręcz chęci skosztowania Twoich serków, ale masz tyle roboty, że nie mam serca Ci dokładać nowej…
        Buziaki, ściski, całusy!!!! :********

        • kanionek 30/11/2015 at 01:25

          Ha, ha, ha, że tak enigmatycznie powiem. HA HA! I nic więcej :)
          (i ja też ostatnio więcej czytam, niż komentuję, i też przesyłam dwie rybie łuski :-*)

          • pandeMonia 30/11/2015 at 11:00

            Ani mi się waż! HAHA!
            Chowam do portfela czym prędzej! :*
            A z owiec co zrobisz? Bo w końcu jednak przyjdzie taki czas, że je ostrzyżesz?

          • kanionek 30/11/2015 at 11:41

            Już się zważyłam (ale nie zwarzyłam) i co mi Pani możesz zrobić? Ha bloody ha!
            No z tej pierwszej, gównianej partii wełny, zrobię pewnie ściółkę na grządki, jak tu dziewczyny sugerowały, a z następnych – zobaczymy :) Może ocieplenie domu, może inny mejbelin… Nie mam maszyn przędzalniczych, ani talentów tkackich, więc co ja mogę mądrego z owcą? Najwyżej pogadać ;)

          • kanionek 30/11/2015 at 11:44

            A swoją drogą – masz jakieś zdolności telepatyczne, czy jak? Kolejna czarownica. Ale się nie ciesz jeszcze za bardzo, bo tak skromnie, z tym „ha ha”, ale jeśli będzie Wam w smak, to zrobię więcej :)

          • pandeMonia 30/11/2015 at 12:10

            Albowiem ja Cię znam! HAHA! I wyczuwam intencje na kilkaset kilometrów! Jako i Ty, dlatego milczałam w tej kwestii! :D Wpadnę w nałóg teraz i co?!
            Aaa, to nie doczytałam, że to w ściółkę się wrzuca. Jezu, nie przekopię się przez te 600 komci. NIe zapomnij sobie rąk włożyć w runo, krem do rąk za darmo! Na studiach pracowałam też przy strzyży owiec i miałam po tej robocie rączki jak niemowlę.
            Możesz tę wełnę! Teraz ruch robótkowy jest na fali, dziewczyny robią filc, a z filcu cuda wianki. A i wełnę pewnie umieją uprząść, w tych babach współczesnych to takie talenta drzemią, że hoho!

          • pandeMonia 30/11/2015 at 12:12

            Enigmatycznie mi ucięło, co se możesz z tą wełną zrobić :D
            Ale dalej już sprawa się rypła!

          • pandeMonia 01/12/2015 at 23:28

            Powinnam Ci tyłek przetrzepać!!!
            Jestem zachwycona! O matko, jakie pyszności, a te etykiety!!!!!!!!!!!!
            Więcej napiszę jutro :)
            Dziękuję ♥♥♥

          • kanionek 01/12/2015 at 23:49

            Nie ma za co i w ogóle przesadzasz, ale cieszę się, że smakowało :)
            A etykietka to ta sama, co ją małżonek na ten niby konkurs szybko wykoncypował z biało-czarnego. Więc też nie moja zasługa. I w ogóle – o co chodzi? ;)

  3. Ola 29/11/2015 at 21:17

    Owieczki niewiniątka :D Ale Bożena wprawiła mnie w podziw: potrafi obsługiwać barierkę! To znaczy, wie jak wpakować tam łeb z rogami i z powrotem wyjąć :O

    • kanionek 29/11/2015 at 22:06

      No ba! Bożena sama rozpracowuje takie zagadnienia. Na to, że lepiej się wchodzi na dojalnicę po uprzednim wzięciu rozbiegu też sama wpadła, jako jedyna z trzech Gracji.
      A owce dzisiaj znów przekombinowały. One przede wszystkim nie lubią się rozdzielać, a dziś z wchodzeniem na noc do koziarni było tak, że jak jedna Baśka weszła, i to nawet do porodówki, to się zaraz oglądała, czy druga też włazi. A druga coś się zagapiła, a tymczasem wiatr zaczął zamykać drzwi wejściowe. Drugiej Baśce weszła więc przez drzwi już tylko głowa, Baśka pomyślała i głowę cofnęła, a wiatr domknął drzwi, choć nie całkiem, bo się nie zatrzasnęła klamka. No i ta pierwsza Baśka spanikowała, że „oboże jestem sama w oborze”, wyleciała z wizgiem z porodówki i buch! przednimi kopytami w drzwi, drzwi z łomotem się otworzyły, więc Baśka spanikowała i zawróciła do porodówki, druga na zewnątrz już całkiem kociokwiku dostała, i niewiele brakowało, a ze zwykłego wchodzenia do domu zrobiłyby katastrofę budowlaną. Koniec końców obydwie znalazły się z powrotem na zewnątrz, i małżonek z latarką je zaganiał, a ja w koziarni pilnowałam, żeby kozy nie powyłaziły, bo byśmy do rana się tak z nimi bawili.

      • Ola 29/11/2015 at 22:14

        no, na pierwszy rzut oka widać, że one są Dwójca Święta… ciekawe czy im tak na zawsze zostanie?

  4. Ynk 29/11/2015 at 21:48

    Najbardziej podobała misie zabawa w furtiAnkę. I pomidory w rajstopach. I dynia dyndająca na płocie. I jeszcze lśniąca okrywa Lasera.
    A milczenie owiec wielce wymowne jest. Widać, że czekają na odpowiedni moment, żeby przemówić :-)

    • kanionek 29/11/2015 at 22:11

      Ha! W tym roku pomidory dorobiły się rajstop, a w przyszłym będą miały czapki z owczej wełny, jako mi zapowiedziałyście ;)
      No ja czekam, aż te owce coś zaczną gadać, bo wiecie, że ja lubię sobie z futrzanymi uciąć pogawędkę lub dwie.

    • mitenki 30/11/2015 at 05:45

      A dla mnie w ogrodzie (poza cząbrem ofkors ;) rządzi cukinia przebrana za patisona! Albo patison udający cukinię?
      Owce ani bee ani mee, ale to się za chwilę zmieni. Baśka już się dała przekonać, a Doktorek ma minę „chciałabym ale się boję”. Jeszcze trochę, a będziecie sobie na ucho opowiadać o chłopakach ;) Najbardziej mi się u nich podoba synchroniczność :) One to mają w genach czy na jakieś lekcje chodziły?

      • kanionek 30/11/2015 at 11:26

        Baśkę znów udało mi się podrapać, i to w kilku miejscach – na grzbiecie, pod szyją, za uchem. Mrużyła oczy i w odruchu bezwiednym zaczęła mi zębami szarpać rękaw :) Ależ ta owca jest w środku ciepła! To znaczy przestrzeń między skórą a wełną. Dwie takie owce po obu stronach łóżka i kołdra okazałaby się zbędna ;)

  5. mitenki 29/11/2015 at 22:13

    Ynk – do wigilii?
    PIĄTA! Jadalna zastawa wygląda smakowicie, taka do schrupania.
    Z zasypane śniegiem Kanionkowo – bajka :) Zwłaszcza pierwsze zdjęcie, z wielkimi puchatymi płatkami śniegu.
    Lecę oglądać produkcję filmową.

    • Ynk 29/11/2015 at 22:22

      Liczę, że wcześniej. W ich oczach widać, że kończą już formatowanie i wczytywanie nowej rzeczywistości ;-)
      O, fajans otrębowy też misie spodobał. Na nietłukący wygląda. I lekkostrawny.

      • kanionek 30/11/2015 at 01:28

        Żeby im się tylko system nie zawiesił… Na jakim oprogramowaniu chodzą owce?

        • mitenki 30/11/2015 at 04:16

          Jak to jakim? Owcows oczywiście. Tylko ściągnij najnowszą wersję ;)

  6. mitenki 29/11/2015 at 23:41

    Po obejrzeniu ostatniego filmu w moim sercu otworzyła się stara, wydawałoby się, że już zagojona, rana…

    • kanionek 30/11/2015 at 01:21

      Tylko nie mów, że chodzi o cząber!
      Ile razy mam przepraszać i obiecywać, że w przyszłym roku obsieję pół ogrodu cząbrem? Co tam pół ogrodu – zaoram łąki i też cząbrem!

      • mitenki 30/11/2015 at 03:05

        :D Fakt, cząbra było tam mało… ale nie o niegu mi chodzi…
        Selery! Ogromniaste, bulwiaste selery :(

        • kanionek 30/11/2015 at 11:15

          No toż nie martw się, tylko w przyszłym roku daj swoim selerom jeść. Ziemia do kwiatków, ani do rozsady się nie nadaje, chyba że będziesz nawozić regularnie podczas wzrostu. I maks. jeden seler na doniczkę :)

  7. edyta 30/11/2015 at 00:24

    Ja w ważkiej kwestii „Ile razy dziennie sika kot?” ;-) Zaryzykuję twierdzenie – tego nie wie nikt. Jednakowoż z moich obserwacji wynika, że raczej niewiele. Chyba, że jest jakaś różnica pomiędzy kocurem i kotką. Swoją drogą ciekawe, że wszystkie koty z lubością sypiają przytulone do którejś z zadnich kończyn. I psy chyba też, jak wynika z powyższej fotorelacji :-)

    • kanionek 30/11/2015 at 01:33

      Nikt przy zdrowych zmysłach NIE POWINIEN wiedzieć, ile razy sika kot, a ja muszę :D
      A tak – śpiąc pilnują tylnych odnóży, bo odkąd Atos się zepsuł i naopowiadał wszystkim, jak to trzeba uważać na swoje nogi, a Gamoniowi ktoś ukradł zajęczą łapkę zastępczą, wszyscy jacyś tacy przezorni się zrobili. Może powinnam im załatwić ubezpieczenie grupowe?

  8. mitenki 30/11/2015 at 05:36

    Nie ma reguły, ile razy dziennie ma sikać kot. Zależy co je – jak suchą karmę, to więcej pije, a co za tym idzie, więcej sika. Myślę, że dwa oceany spokojne są ok, ale równie dobrze mogą być 3 albo 4. Co do drugiej sprawy – zmieniłaś żwirek, może mu nie odpowiada ten drewniany? Niektóre koty są wrażliwe na takie rzeczy, kuweta nie w tym miejscu, nie taka karma lub żwirek i kot się „psuje”.

    • kanionek 30/11/2015 at 11:22

      Mitenki, dajże Ty mojemu intelektowi choć malusi kredycik zaufania – tak proste fakty, jak „zmiana żwirku” i „nagła niechęć do kuwety” umiałabym jeszcze powiązać :D Panter proklamował hasła wolnościowe w zakresie toalety jeszcze zanim kurier zapakował pellet do samochodu. Nie rozumiem po prostu dlaczego czasem wybiera kuwetę, a czasem nie. Dzisiaj nie znalazłam w kuchni ani jednej kałuży i teraz mam zagwozdkę – miał kaprys siknąć gdzie trzeba, czy może znalazł sobie takie miejsce, które odkryję dopiero po odsunięciu wszystkich gratów spod ścian? Ja Wam mówię, że ten kot jest tak złosliwy, jak urodziwy. I jaki szczwany! Niby się przymila, ociera, mruczy i pakuje na kolanka, a potem idzie uprawiać czyste zło, Kanionkowi na pohybel.

      • pandeMonia 30/11/2015 at 12:15

        Ooo, szczwany, szczwany!

      • ciociasamozło 30/11/2015 at 14:05

        Taki dowcip był „dlaczego małpa sika do piwa?”… . Sorry, szczanie za butlę z gazem to nie przelewki. Tego problemu nie można olać ;)
        Kanionku, absolutnie nie chcę ubliżać Twemu Intelektowi, ale czy wpadłaś na to, żeby kuwety ustawić w różnych miejscach a nie obok siebie?
        Wiesz, na mój gust, to Panter może mieć problem z kuwetą bo:
        a/ Ha! ktoś tu sikał przede mną!
        b/ Sorry, bardzo chciałem do kuwety, ale na drodze stanęła mi ciemna strona mocy/śliniący potwór/wielki śmierdzący kocur/inne niebezpieczeństwa.

      • mitenki 30/11/2015 at 15:02

        Kanionku, nie było moim zamiarem powątpiewać w Twój intelekt :) O piątej nad ranem to ja mogę wątpić tylko w swój.
        Do listy Cioci dopisałabym jeszcze jeden punkt:
        c/ w jednej kuwecie to co poprzednio, w drugiej pellot.
        A jak nie pomoże, to Panter na pieczyste, futerko na obszycie czapki i pompon! I powiedz mu to, niech wie złoczyńca, że to nie przelewki.

      • cornick 30/11/2015 at 19:32

        a mnie pani ze schroniska kiedyś powiedziała, że kuwet powinno być tyle ile kotów w domu + jedna, może by pomogło?

        • kanionek 30/11/2015 at 21:33

          Pięć kuwet!? To już bliższa jest mi idea zasypania wszystkich podłóg tym pelletem opałowym. Tym bardziej, że i Atos przecież… No nie zawsze załatwia się na zewnątrz, biedaczek.
          (Ciekawe, ile kuwet miała Villas)

          • ciociasamozło 30/11/2015 at 22:39

            Teoria się zgadza, ale w końcu Gamoń i Kotek wychodzą na zewnątrz i pewnie większość załatwiają na łonie natury ;)
            Może Panterowi też trzeba wskazać tę możliwość?

          • kanionek 30/11/2015 at 23:21

            Tak, Panter i Vader oczywiście też będą mogli wychodzić na zewnątrz i robić, co im się żywnie podoba, bo nie po to mieszkam w lesie, żeby więzić koty w domu (nawet leniwy z natury Gamoń nie raz już udowodnił, że prawdziwy kot musi polować i mieć swoje własne ścieżki), tylko jeszcze chcę się upewnić, że są w dobrej kondycji i że wypuszczone wrócą. Vader jeszcze za mała chyba – mógłby ją porwać RR lub Jaszczomp ;)
            A z Kotkiem i Gamoniem to chyba miałam szczęście początkującego – i jeden i drugi korzystali i nadal korzystają z jednej kuwety bez żadnych waporów, bez względu na rodzaj żwirku (a były już różne) i miejsce ustawienia kuwety. Gdy na przykład robiłam generalne porządki i przestawianie gratów w spiżarce, kuwetę wystawiłam do łazienki, i panowie znaleźli ją bez pokazywania palcem. Ot, dobre, poczciwe z nich potworki.

          • paryja 30/11/2015 at 22:53

            Kiedyś, dawno temu dostałam dwa „miastowe koty, nauczone do kuwety”, koty swobodnie wychodziły kiedy chciały, a w domu czasem korzystały z kuwet ale częściej załatwiały się gdziekolwiek np. na mojej kołdrze, tuż pod moją brodą. W końcu się wkurzyłam i wywaliłam kuwety na zewnętrzną i skończyło się sranie i domu i w kuwecie.

          • kanionek 30/11/2015 at 23:29

            :D
            No cóż… Jeśli Panter będzie się upierał przy zostawianiu pamiątek za stojakiem z gitarami małżonka, to w końcu wyląduje na drzewie i będzie dorabiał za białego kruka. Hm. Może właśnie dlatego skończył w schronisku, że komuś skończyła się cierpliwość (i czysta pościel)? Bo widać, że bywał u ludzi, jest oswojony, ideę kuwety też zna, tylko lekce ją sobie waży. Jak tylko pogoda zrobi się ciut bardziej znośna, spróbuję go wystawic na parapet po drugiej stronie okna. A nuż tego właśnie pragnie?

          • ciociasamozło 01/12/2015 at 09:44

            Czekaj, czekaj, bo mi gdzieś umknęło. Czy Panter jest bezjajeczny?
            I czy on stara sie załatwiać w te same miejsca czy ma rozrzut losowy?
            Jak celuje w te same to dobrze by je było umyć wodą z octem i przetrzeć spirytusem (pościel też w occie można wypłukać). Smrodek octu szybko wietrzeje a kwas + spirytus niwelują feromony z kału i moczu podkręcające kota, żeby wracać do tego samego miejsca. Tylko niech Cię nie podkusi używać czegoś z chlorem, to może kota zachęcić :)

          • kanionek 01/12/2015 at 23:30

            Tak, jest wykastrowany, ale od niedawna, to znaczy jakoś tydzień przed tym, jak go wzięłam. I sikałby w jednym miejscu, gdybym mu nie utrudniała ;)
            Taaa, no właśnie zmywałam takim czymś z chlorem, żeby zdezynfekować porządnie… Kurde, jeśli one lubią chlor, to może powinnam pochlorować żwirek w kuwecie. Albo zamordować kota. Jeszcze zobaczę, z czym będzie więcej zachodu ;)

          • RozWieLidka 01/12/2015 at 12:07

            Ciocia, spirytus dla kota? No koniec świata! To nie lepiej wypić niż kota nacierać?

          • ciociasamozło 01/12/2015 at 13:51

            RozWieLidka, jakże bym śmiała namawiać do takiego marnotrastwa! Spirytusowej nacierki kot by przeca nie docenił!
            Za kocie zdrowie wypić, a oparami z butelki zasikane miejsce potraktować. No chyba, że salicylowy albo denaturat to do wznoszenia toastów nie namawiam.

  9. mitenki 30/11/2015 at 05:49

    O ludzie, już po piątej… czemu ja jeszcze nie śpię?

    • kanionek 30/11/2015 at 11:28

      Bo miałaś za mało baranów do liczenia wieczorem? Dwie owce nie wystarczą.
      A mnie dzisiaj tak łeb napie*dala, pewnie na ten wiatr, co właśnie zaczyna hulać za oknem, że ledwie okiem mrugam.

      • mitenki 30/11/2015 at 14:11

        Może dlatego nie spałam? Halny u mnie dmie od wczoraj aż się wyjść z domu nie chce.

  10. diabel-w-buraczkach 30/11/2015 at 07:47

    Bialy Panter moze i ma wysoki poziom skurwysynstwa – ale urody mu odmówic nie mozna. Przepiekny jest. „Przemawia” do mnie bardzo :)
    Owce widze dzialaja jak pies mojej mamy – „Ta woda, która masz w butelce / konewce / kranie jest NA PEWNO milion razy lepsza niz ta, która mi nalalas do miski”. I wcale nie szkodzi, ze to ta sama woda. Masz lepsza i koniec, nie bede tego pic.
    Pomidory, truskawki, dynie – kojacy widok. Takie kolory! A dynie to maja w sobie takie cos, ze jakbym miala ogród, to pewnie bylby calkowicie zarosniety róznymi dyniami. Tylko pojecia nie mam co dalej, bo nawet zupy z dyni to mi tak nie za bardzo teges. Ale widok jest niezwykle uroczy. (dziwacznie rosna te czarne takie, nie wiedzialam).

    • kanionek 30/11/2015 at 11:32

      Z tą wodą – święta prawda! Wszyscy tak mają, kozy też. W ub. roku, gdy kóz były tylko 4 sztuki, każdej zanosiłam michę z mieszanką warzyw, oczywiście wszystkie porcje identyczne, ale każda koza była przekonana, że w misce sąsiadki jest coś lepszego, i przeganiały się w kółko, wędrując od miski do miski, jak w tej zabawie w muzyczne krzesła, czy jak to się nazywało.
      Jakie CZARNE dynie? [wybałusza gały]

      • pandeMonia 30/11/2015 at 12:16

        Też widziałam takie w kolorze bakłażana!

      • mitenki 30/11/2015 at 12:46

        W kolorze bakłażana to były cukinio-patisony :)

        • diabel-w-buraczkach 30/11/2015 at 14:01

          no wlasnie wygladaja jak patisony, ale myslalam, ze takich czarnych nie ma i ze to tez dynie :)

        • Ynk 30/11/2015 at 15:25

          O-o-o, Mitenki, fioletowy kalafior. Też go jadłam niedawno w zapiekance. I nawet zapytałam nieświadoma jego natury, w czym go tak kolorowo i smakowicie zamarynowano (czyżby w denaturacie? ) ;-)

  11. wersja 30/11/2015 at 08:31

    ja wiem, nie mów do Basiek „nie bój się”. moje koty na „nie bój się” wpadają w panikę, bo najczęściej to słyszą u weterynarza. może Baśki mają to samo? eksperymentalnie mów im co innego: bądź spokojna, ciesz się życiem, carpe diem. co Ci szkodzi spróbować?

    • kanionek 30/11/2015 at 11:36

      :D
      Może coś w tym jest. Często mówi się zwierzakom „nie bój się”, gdy właśnie ma się im przytrafić coś niemiłego – np. weterynarz wtykający im pół metra termometru w tyłek ;) (coś jak „nie będzie bolało” u dentysty za czasów peerelu)
      No to będę im mówić np. „stan wody w dorzeczu górnej Wisły układa się głównie w strefie wody średniej”. TO nie może im się z niczym kojarzyć :D

      • pandeMonia 30/11/2015 at 12:17

        Tylko nie opowiadaj tej bajki Szczwanemu…

      • benia 30/11/2015 at 18:02

        gdybym ja była tą owcą (choć w rzeczywistości jestem astralną kozą:) to by mi się dobrze kojarzyło. lata dzieciństwa, o każdej pełnej godzinie w jedynym programie radiowym podawano „Na Bugu we Włodawie” i sobie wyrobiłam odruch Pawłowa: słysząc taki komunikat wracam do lat szczenięcych i mam banana na twarzy.no ale ja jestem fefnaście razy starsza od Twoich owieców. buu:( znaczy m/beee.
        b.
        ps. piękna zima, fascynujący ogród – wszystko w jednym poście – można się nabawić czegoś tam czegoś dwubiegunowego

        • kanionek 30/11/2015 at 18:06

          No widzisz Benia, ja też pamiętam te komunikaty o stanach wód :) I stare radio w kuchni, parapet malowany grubo olejną, i firankę do połowy okna. Gdy słyszę „stan wody Warty” to też mnie zaraz ten wsteczny nurt w czasy małego Kanionka z fryzurą „na grzybek” przenosi :)

          • pandeMonia 30/11/2015 at 18:46

            A mnie tak rzuca w mroki dziejów jak słyszę sygnał „Lata z radiem”. Ja byłam ścięta na pazia. To to samo, co grzybek?

          • kanionek 30/11/2015 at 21:15

            Chyba tak. Ja to ładnie nazwałam grzybkiem, ale tak naprawdę to było „na garnek”, czyli jakbyś sobie garnek założyła na głowę i obcięła włosy do krawędzi, to właśnie taką fryzurę byś otrzymała.
            A i owszem, ten sygnał też pamiętam, i co gorsza, teraz gdy o tym napisałaś, zaczął grać mi w głowie i pewnie długo nie przestanie :D

        • paryja 30/11/2015 at 19:08

          Na mnie też „Lato z radiem” działa:) fryzurę miałam na „jak wyszło” ;)
          Stan wody też pamiętam i jeszcze stopnie zasilania :)

          • wersja 01/12/2015 at 08:03

            a mnie zawsze mama mówiła, że mam włosy za delikatne, i mnie obcinano „krótko”. oddałabym wtedy lalkę barbi – gdybym jakąś miała – żeby mieć fryzurę od garnka, rondla czy w grzybek. :)

          • kanionek 01/12/2015 at 23:34

            Tia, mi też wmawiali, że włosy są jak trawnik i robią się bardziej gęste wskutek częstego strzyżenia.

          • pandeMonia 02/12/2015 at 08:19

            Mnie ścinano w ten sposób piękne jaśniuteńkie loki. Zawsze fryzjer pytał mojej mamy czy aby na pewno ma użyć nożyczek.
            Co za zabobony, nie?

          • kanionek 02/12/2015 at 23:34

            Ja tam podejrzewam, że ONI, dorośli, robili nam takie fryzjerskie kuku raczej dla własnej wygody, niż naszej urody. Łatwiej umyć i wysuszyć, a i na spineczkach i innych ozdóbkach się oszczędza ;)

          • zerojedynkowa 03/12/2015 at 08:12

            O to, to!
            Mama pozwoliła mi zapuścić włosy dopiero jak zaczęłam się sama czesać, czyli jak poszłam do szkoły, a wcześniej (czasy przedszkolne) byłam obcinana na chłopca i czasami też mnie za niego brano (Wrrrr!)
            A żeby było śmieszniej mój mąż w wieku ok 2-3 lat miał długie do ramion loczki i był brany za dziewczynkę. Co za ironia!

          • kanionek 03/12/2015 at 11:13

            Taa, za dzieciaka też byłam czasem brana za chłopca, ale co powiesz na to, że w wieku lat dwudziestu paru sama się obrzępoliłam na krótko, i jakaś starsza pani w tramwaju uderzyła do mnie w te słowa: „za ile kasujesz bilet, MŁODZIEŃCZE?” :D
            Może to te świetlówki w ówczesnych tramwajach, może to mój chłopski ryj…

          • zeroerhaplus 03/12/2015 at 12:18

            O, a u mnie było na odwrót. Starszyzna wmawiała mi wątpliwe zalety długich warkoczyków ale ja miałam na ten temat inny pogląd i się sama opitoliłam z przodu „na hitlerka”. Jak zobaczyłam wynik, to ścięłam do skóry, żeby mama nie zobaczyła ;)
            Trzecia klasa podstawówki była…
            Nauczycielka nie była tak miła jak niektórzy powyżej i powiedziała całkiem szczerze, że wyglądam jak małpa :))

          • zeroerhaplus 03/12/2015 at 12:20

            Łojesu, to powyżej miało być wyżej ;) W sensie, że na odwrót, niż u panien, które chciały mieć długie, falujące włosie :)

          • mitenki 03/12/2015 at 13:13

            A ja chciałam mieć krótkie, wygodne włosie. Ale nie… tato chciał mieć grzeczną córeczkę, a ponieważ zachowywałam się jak urwis, stwierdził, że choć z wyglądu mam przypominać dziewczynkę. No i musiałam nosić warkocze…

          • mitenki 03/12/2015 at 13:14

            A, i na rodzinnych spotkaniach nosić grzeczne SUKIENKI (!).

          • zeroerhaplus 03/12/2015 at 14:21

            O, o!!! Sukienki!!! I to, psia mać, z falbankami!!!
            Dlaczego oni nam to robili… ;))

          • mitenki 03/12/2015 at 14:29

            Bo to złe ludzie były…

            I różowe jeszcze!! I wstążki we włosach!!

          • ciociasamozło 03/12/2015 at 15:07

            We wstążeczki, falbaneczki, koroneczki i inne takie niewygodne i gryzące to mnie babcia chciała zawsze ubierać. I wyobraźcie sobie, jak na bal przebierańców w zerówce uszyła mi różowiutką sukieneczkę pasterki. Nie takiej swojskiej pasterki w gieźle tylko takiej od „Pasterki i Kominiarczyka”, z różowym kapilutkiem z ogromną, drapiąca kokardą pod brodą. Obiektywnie strój był pięknie uszyty, ale ja chciałam być INDIANKĄ! A różu nigdy nie trawiłam.
            Za to mama zrobiła mi brzydę w drugą stronę – na kilka miesięcy przed komunią ścięła mi włosy na pazia czy inny garnek i nie miałam takich długich loków jak inne dziewczyny. A to był jeden jedyny raz kiedy zależało mi na długich włosach.

          • Ynk 03/12/2015 at 17:38

            Różowe na szczęście nie, bo rozumieli, że jestem typem chłopczycy z podrapanymi kolanami od łażenia po drzewach i piwnicach. Moją ulubioną była zielona sukienka, bez falbanek, ale za to plisowana. A później karminowa, sztruksowa, typu „worek”, na suwak. Włosy zwykle długie. Raz tylko, w podstawówce, ścięli mi na zapałę. Fryzjer był chyba pod wpływem (wody po goleniu, oczywiście), bo wyglądałam jak wyniszczone tyfusem dziecko z obozu koncentracyjnego.

  12. ciociasamozło 30/11/2015 at 14:24

    Owce są boskie! One chyba zbierają moc w kichach i jak Ci kiedyś wygarną to zatęsknisz za ich milczeniem. Może lepiej nie chodź do nich w noc wigilijną?
    Z wełny można podobno kołdrę zrobić (w sensie wypchać równomiernie wsypę, przepikować), ale przedtem to sie chyba tę wełnę pierze.

    Laser wypisz wymaluj jak z rysunku Psich Sucharków „Jest mi bardzo niewygodnie. Totalnie cię za to obwiniam!” (same se poszukajcie, bo link ma ze trzy metry).

    No patrz! Vader polujac na odkurzacz wytrąciła Ci argument z ręki. Moja kota uważa, że do tego ryczącego czegoś z długa mordą nie należy sie zbliżać, więc jak nie chcę,żeby gdzieś właziła to wystarczy strategicznie ustawiona rura od odkurzacza.
    A ta Ksymena to wyjatkowej urody musiała być, że dostąpiła zaszczytu porównania z Panterem (zaszczy-tu? ;))

  13. kanionek 30/11/2015 at 18:03

    Wam to, widzę, wesoło :D Kalafiory w denaturach…
    A my znów z przygodami z miasta wróciliśmy (ale paczki wysłane, nie bójta), wyciek płynu chłodniczego, zawrotka do miasta po płyn, ściemnianie w Stokrotce, że niby zakupy drugi raz robimy (bo Gwiazdolot musiał ostygnąć), wzięte uprzednio piguły na łba rozsadzanie przestały działać w połowie operacji „płyn”, na zewnątrz ziąb i ogólna rozpiździucha, czyli jak zawsze fajnie było. Teraz piję ciepłą kawę, trawię kolejne piguły, jak mi się polepszy to idę gadać z owcami, żeby mnie nie zapomniały, a i siana trzeba dorzucić towarzystwu, co normalnie zrobiłabym „za jasnego”. Na chacie 16 stopni, ale małzonek już poleciał macać się z piecem. Przeklęty listopad i jego zimowe zachcianki.

    A kuwet nie mogę tak o – wszędzie porozstawiać, bo okazuje się, że amatorów kociego gówna mam trzech – wszyscy oprócz Lasera gustują. Laserek to jednak dobre dziecko jest. Ja już nie wiem – podwieszane te kuwety zrobić? I drabinki do nich? Zamordować pieski? A może kotki? A może WSZYSTKICH? Małżonek kupił sobie akurat niedawno młotosiekierę…

    • pandeMonia 30/11/2015 at 18:48

      Nie wiem, co Ci poradzić… Przyłącz się może?

      • paryja 30/11/2015 at 19:21

        znaczy … olej to ? czy sraj na to ? ;)
        Uważam Kanionku że ty niewdzięcznica jesteś , psy wiedzą że zarobiona jesteś i chciałyby Ci pomóc chociaż kuwety posprzątać. A Ty jak każda baba tylko żale i pretensje ;)
        Koty wiedzą że się złościsz kiedy psy zjadają gówna, więc niektóre (które jeszcze nie wiedzą że nie można Cię zadowolić ) srają po kątach żeby utrudnić psom wyjadanie . Ale nie ! znowu pretensje że nie tak, że nie tu !
        Myślę że kiedy Panter Cię dobrze pozna, przestanie się wysilać i zacznie normalnie srać do kuwety.
        :)
        :)

        • kanionek 30/11/2015 at 21:18

          :D Pięknieś to rozpracowała, Paryjo Holmes!
          A w tej właśnie chwili – sielaneczka sreczka. Laser pod kołdrą, Mając dyszy mi w łokieć, Pimpacy odpłynął w nogach łóżka, Atosik przy łóżku, Vader skacze po wszystkich i poluje na niewidzialnych wrogów, a Panter spogląda na wszystkich z wyżyn szafki garażowej z lodowatą pogardą. Tyle futra w jednym mieście, nie widziałeś tego jeszcze ;)

          • kanionek 30/11/2015 at 21:21

            Zanim zapytacie, gdzie Kotek i Gamoń – ten pierwszy wpadł na szybką kolację i stanowczo żądał ponownego wyjścia przez okno, a Gamoń ucinał komara nad miską, licząc na to, że gdy się obudzi, da radę wcisnąć w siebie jeszcze trochę żarcia, więc z litości też go wypuściłam, żeby się nie przejadł ;) Serio – Gamoń zrobił się pucołowaty na twarzy i gdyby nauczył się uśmiechać, mógłby grać w „Alicji w krainie czarów”.

    • mitenki 30/11/2015 at 19:27

      O jacie… podwieszane to może nie, ale zastawić czymś? Tak, żeby tylko koty miały dostęp?

      • kanionek 30/11/2015 at 21:26

        Albo w szfach pancernych na szyfr, i tylko kotom powiedzieć, jaka jest kombinacja ;)
        Żeby skutecznie zastawić kuwety, musiałabym je omurować :D Pimpacy skacze jak sprężyna, Mając zrobiła nam dziurę w plastikowych panelach przy drzwiach wejściowych, a Atos jest już tak szeroki w barach, że wszelkie przeszkody bierze na klatę ;)
        Chyba pozostaje mi postawić na cierpliwość. I ceramiczne koronki na zębach, bo coś sobie ostatnio szybko ścieram szkliwo…

    • ciociasamozło 30/11/2015 at 19:42

      Biedny Kanionek, głask,głask.
      Ja miałam sobotę wyjętą z życiorysu przez młotosiekierę pod czaszką :( .
      Pewnie teraz dowiało ten halny do Ciebie

      Podwieszane kuwety może nie, ale na szafie to kot sobie poradzi (jeśli na nią wejdzie). Albo w łazience z dziurką w drzwiach (taką małą, dziurką, że kot przejdzie a psie towarzystwo już nie). Albo, w ostateczności w kartonie z małym wejściem (coś w stylu krytej kuwety). Ale to wszystko, jak już Cię głowa przestanie boleć :)

      • mitenki 30/11/2015 at 20:05

        To w ostateczności – najlepsze :) A i zapaszku trochę mniej.

        • ciociasamozło 30/11/2015 at 20:18

          No dla kotów to nie najlepsze, bo one lubią kontrolować otoczenie w każdej sytuacji i zamknięte kuwety to dla nich raczej zło konieczne. „Twój kot nie kupowałby krytej kuwety” ;)

          • kanionek 30/11/2015 at 21:55

            Z drugiej jednak patrząc strony – koty kochają kartony :)
            I w ogóle chciałam zauważyć, że rozkmina na pół internetu ws. „co zrobić, żeby kotek srał do kuwetki” jest najlepszym dowodem na to, że one chcą nas wykończyć, wodzą za nos, manipulują nami i w ogóle postuluję, żeby wszystkie koty przerobić na czapeczki dla biednych dzieci. Dzieciom będzie ciepło w główki i rozumki im nie wywietrzeją, a problemy wszystkich właścicieli kotów znikną!

      • kanionek 30/11/2015 at 21:45

        A faktycznie, są takie kryte kuwety. Ech. Wszystkie powierzchnie tych kilku mebli, jakie mam, są zajęte. Na szafie w kuchni stoją dwa duże gary, stary robot kuchenny i wielka garnkopatelnia, na szafę w przedpokoju koty nie dadzą rady wejść, a w moim pokoju – kwiaty doniczkowe. Kuwety mam obecnie rozstawione w pomieszczeniu przylegającym do kuchni, które kiedyś było spiżarką, i częściowo wciąż nią jest, no i lodówka też tam stoi. To jest takie miejsce, gdzie koty mają spokój podczas czynności intymnych, a podobno tego potrzebują.
        Z głową już ciut lepiej, a najlepiej, gdy się nie ruszam, co właśnie robię ;)

    • zeroerhaplus 02/12/2015 at 23:28

      Ranyboskie, młotosiekiera?! Do dziś nie wiedziałam o istnieniu takiego stwora…
      Czy to jest ten sprzęt, którym krasnoludy wyiskują rzepki z kolan przeciwników?!

      • paryja 02/12/2015 at 23:36

        Wczoraj dowiedziałam się o istnieniu piły do siana :) a chłop słyszał jak pani jedna chciała kupić przerębel do oczka wodnego :D

        • zeroerhaplus 03/12/2015 at 12:40

          Ha! Przerębel znam :)
          Ale piła do siana to dla mnie nowość :)
          Cała zabawa polega na tym, żeby sobie człowiek najpierw usiłował te cuda wyobrazić, a potem (długo potem) dopiero guglnął, co to takiego :)

          Z innych rzeczy dziwnych: wachsklebeplaettchen :)
          Podejrzewam, że nie ma polskiego odpowiednika.
          To coś wygrało mój osobisty konkurs na najniepotrzebniejszą rzecz w domu i ogrodzie w roku 2014 :)
          Jak kto ciekawy, to niech sobie zgugluje obrazki.

          • paryja 03/12/2015 at 13:09

            No toś mi zagadkę zadała :) chyba zgadłam ale nie będę innym psuć zabawy .

          • mitenki 03/12/2015 at 13:19

            Gdyby nie świeczki, powiedziałabym – kulki do rzucania w mole.

          • mitenki 03/12/2015 at 13:21

            O kurczaki, pęknę ze śmiechu :D No jak można się bez tego obyć, jak żyć??

          • wersja 04/12/2015 at 08:21

            to są fabryczne produkowane „nakapania wosku ze świeczki w celu jej przytwierdzenia do podstawki”?

            przerębel do oczka skojarzył mi się z otworami powietrza w zakrętce :D ale jak wyguglałam to niestety okazało się, że to jest bardzo niegłupia i praktyczna rzecz. szok!

          • zeroerhaplus 04/12/2015 at 11:14

            Tak. Jak se nakapać nie potrafisz, to płać :)
            Ale nie zastanawia mnie to, że to się pojawiło na rynku. Bardziej fascynuje mnie fakt, że cieszy się dużym powodzeniem.

          • ciociasamozło 04/12/2015 at 15:28

            Pamietam z jakiś zamierzchłych czasów, że czasem nakapanie nie wystarczyło i mama podbierała mi plastelinę, żeby ustabilizować świeczki. A że dostawa prądu była w kratkę to świeczek często używaliśmy (nawet lampę naftową mieliśmy) i plasteliny sporo sie zużywało. Może te profesjonalne nakapki taniej wychodzą niż plastelina ? ;)

      • kanionek 02/12/2015 at 23:41

        Tak, to może być to. Sprzęt ma taką zaletę, że jest obusieczny – jesli nie uda się roztrzaskać głowy przeciwnika stroną młotkującą, zawsze można ją rozpłatać stroną siekierkującą ;)
        Obuch tego stwora waży, zdaje się, 4,5 kg. Małżonek bardzo zadowolony.

  14. ng 30/11/2015 at 18:40

    owce przepiękne! i takie ujmujące tą nieśmiałością.

    a to są dwie panienki?

    • kanionek 30/11/2015 at 21:12

      Podobno :) I podobno mają być przy nadziei. Oby moje i ich nadzieje się spełniły ;)

  15. mitenki 30/11/2015 at 19:29

    A ja z innej beczki – jakie są trendy we fryzjerstwie owczym? Do samej skóry – na rekruta, czy kilkucentymetrowy jeżyk?

    • kanionek 30/11/2015 at 21:28

      Wyczytałam w mądrych pismach, że owcza wełna spełnia rolę izolatora w dwie strony – zimą ogrzewa, latem chroni przed przegrzaniem. Myślę więc, że trzeba im jednak jeżyka zostawić, żeby nie doznały poparzeń od słońca, czy coś. Tyle o profesjonalizmie, a jeśli to JA będę je strzyc, to będą miały fryzury „na schodek” :D

  16. Em 30/11/2015 at 20:20

    Kanionku, wywal proszę ten mój niedokończony komentarz, telefon mi sie zbiesil podczas pisania.

    • kanionek 30/11/2015 at 21:46

      Wywaliłam, a gdzie jest dokończony komentarz, hę? :)

      • wersja 04/12/2015 at 08:26

        o. rzeczywiscie dziwnie się te komentarze dodają. a przygnębienie zostaje.

        • kanionek 04/12/2015 at 13:34

          No właśnie, wskakują powyżej wzmianki o niedokończonym. Em, zrób z tym coś i dokończ wreszcie swój komentarz! Zdejmij z nas klątwę, dobra kobieto :)

  17. Fredzia 30/11/2015 at 23:18

    Film pierwszy, ujęcie drugie: dwie owce leżą na sianie, patrząc na widza z nieodgadnionym wyrazem pyska. W podkładzie sielankowa muzyka, skowronki i Mająca na łące.
    Kamera na moment odwraca się do drzwi, a kiedy znów widzimy owce, te stoją na sianie, patrząc na widza z nieodgadnionym wyrazem pyska. W podkładzie skrzeczenie wron, kobiece krzyki i efekty dźwiękowe z „Psychozy”.
    Kurtyna.
    Nie da się opisać, trzeba zobaczyć – wyszła Ci Kanionku klasyczna scena z horroru ;) Aż słychać w tle „kłi kłi kłi” (że niby te dźwięki ze sceny z prysznicem). No chyba, że ktoś nie ogląda tyle horrorów co ja – wtedy spoko, łagodne owieczki, miękkie jak kaczuszka, mee mee mee kochaj miee.

    Ale tylko zaśnij…
    KŁI! KŁI! KŁI!

    • kanionek 30/11/2015 at 23:44

      :D No weź :D
      Ja też doznałam uczuć niespokojnych, gdy odwróciwszy się zastałam owce już na stojąco, a dopiero co przecież leżały, i w dodatku wstały tak jakoś całkiem bezszelestnie. I fakt, to spojrzenie dwóch par niemalże nieruchomych oczu… Zatrułaś mi umysł tym „kłi, kłi, kłi” i od teraz za każdym razem, gdy przyjdzie mi się do owiec odwrócić plecami, będę widziała oczyma wyobraźni, jak lewitują pod belkami stropowymi obory.
      Ciii… Ciii…
      KŁIIII!

      • anai 01/12/2015 at 00:04

        nie chcę nic mówić, ale mnie się tak samo skojarzyło… :) i jeszcze, że tak naprawdę masz jedną owcę i lustro :)

        • sunsette 01/12/2015 at 14:08

          I mnie też się tak jakoś horrorowo skojarzyło, jak one nagle stoją, a przecież leżały!
          Ale potem już raczej tak bidulkowato, jakby ofiary wieloletnich krzywd. Hmm… No w sumie, jak jedno z drugim połączyć, to wchodzilabym tam z lekka ostrożnie;)

        • kanionek 01/12/2015 at 23:38

          Ale one się jednak różnią. Jedna ma różowy nos i szerszy pyszczek. I krótszy, niż ta druga. Aha, i ma żółte kopytka, jak Tradycja, a ta z dłuższym ryjkiem – czarne. Poza tymi drobiazgami są identyczne.

  18. Sławinia 01/12/2015 at 01:35

    Po „Sprawiedliwości owiec” L. Swann, żadna owca nie jest zwyczajna…
    A już połaczenie owiec i kóz aż prosi się o filozoficzne dialogi.

    • kanionek 01/12/2015 at 23:36

      Dlatego chętnie nadstawiam ucha, ale na razie trwa zmowa milczenia. A Irena jest naprawdę cięta na te owce – przegania je z miejsca na miejsce, posuwając się nawet do szczypania ich zębami w uszy i ciągania za wełnę. Najlepsze jest to, że jest od nich objętościowo trzy razy mniejsza, a one się jej boją :)

  19. Kachna 01/12/2015 at 10:57

    Dobra rada ojca mego z rana:
    „Barana. Niech Ta Pani weźmie barana.
    One się ładnie oswajają.”
    Powspominałam z tatą na okoliczność Twoich Basiek nasze owcze czasy.
    I fakt. Był baran – tryk – marki merynos. Wieelki, z garbatym nosem. Imieniem Kleofas.
    Łaził za ojcem jak pies – o co pies miał żal….
    Mina ludzi, którzy wchodzili do ojca biuro – kantorka (mała firma rodukcyjna) a tam uwalony przed biurkiem baaaraaan – bezcenna.
    Na razie tyle.
    Baj!

    • kanionek 01/12/2015 at 23:24

      Omatko… Trzy kozły i baran na dodatek :D
      Twój tata musi fajny gość, przekaż ode mnie wyrazy uszanowania :)
      Ale się zobaczy, z tym baranem. Wszystko po troszeczku, bo ostatnio za dużo emocji miałam ;)

  20. zeroerhaplus 01/12/2015 at 14:11

    Kanionku, uwielbiam Twój warzywniak. Mogłabym się w nim tarzać, obracać, spać w nim i nawet z nim i mielibyśmy wtedy małe, sliczne ogródeczki :)
    To jest mój ogród idealny :)))

    Co do kociej zagadki, też „powiem, co wiem”. Mnie się wydaje, że u kotów nie ma zasad. Z własnych obserwacji mogę Ci powiedzieć, że kot statystyczny sika od jednego do pięciu razy dziennie. I co do kuwet też nie ma zasady – moje cztery mają jedną kuwetę i nawet nie miauknął żaden nigdy nic na ten temat. A teraz i tak łażą za potrzebą na zewnątrz, więc ta kuweta to raczej tak z rozpędu stoi, no i jak się któremu nie chce wychodzić. A żwirek zmieniałam już z pińcset razy (w celu wybrania tego jedynego) i też nie było problemu. Mój wniosek: co kot, to osobny świat.

    • kanionek 01/12/2015 at 23:16

      Zaczynam wierzyć, że ten wniosek jest jedynym słusznym.
      A ogród – no cóż… To jest ogród człowieka-wariata, neurotyka i mitomana ;) Zawsze wydaje mi się, że wiem, co gdzie posieję, i że w dodatku wszystkiego w sam raz. Potem okazuje się, że o czymś zapomniałam, coś posiałam trzy razy, albo dwa gatunki w tym samym miejscu. Na końcu zawsze zostają mi sadzonki, których żal wyrzucić, więc wtykam gdzie się da, i voila! Ogród w stylu „groch z kapustą”, przeplatany dynią wszędzie. W przyszłym sezonie obiecuję sobie posiać tylko cebulę, czosnek, kapustę, buraki i dużo ziół. No i dynię. I porzeczkę czarną chciałam rozmnożyć. I MOŻE marchewkę, ale trzy razy się zastanowię. No i oczywiście koperek. Aha, i cukinię, musowo. Trochę sałaty… Fakt, jeszcze rzodkiewka, i zielony groszek. I kurwa jak znam życie znowu skończę z ogrodem pełnym dziwów, jeden na drugim, plus nagietki.
      Ale fajnie, że Ci się podobało :)

      • Ynk 02/12/2015 at 14:35

        Dołączam się. Jeśli Twój ogród będzie wymagał (re)kultywacyjnego przetarzania się w nim, to zgłaszam się na ochotnika. Mam jak Zeroerhaplus – takie nieprzewidywalne gąszcze, chrzęszczące gąszcze, cierpkim zielem pachnące to dla mnie ogrodowy raj, ogród idealny :-)

        • Kachna 02/12/2015 at 14:41

          Jakbyście chciały zażyć gąszczu pokrzywowego – bardzo angielskiego ogrodu – w centralnej Polsce – zapraszam.
          Gąszcz jak ta lala – można się tarzać do woli;)

          • zeroerhaplus 02/12/2015 at 22:48

            Dzięki, Kachna ;)
            W pokrzywach, to ja się mogę własnych za chałupą wytarzać :)

        • kanionek 02/12/2015 at 23:37

          A proszę bardzo, wpadajcie i tarzajcie. Za godzinę prozdrowotnego tarzania się będę pobierać opłatę w wysokości 250 wyzbieranych ślimaków :D

          • Ynk 03/12/2015 at 09:10

            Ja tam mogę tarzać się i w zaślimaczonym. Biorę to na siebie ;-)

          • kanionek 03/12/2015 at 11:10

            Ale cała idea odślimaczania polega na tym, że jeśli nie znajdę sposobu na ślimaki, to wkrótce może nie być już w czym się tarzać :D

          • zeroerhaplus 03/12/2015 at 14:25

            Nooo, takie nowe średniowiecze. Najpierw się wytarzamy w smole, potem w ogródku u Kanionka. Chcąc nie chcąc, ślimaki się do nas przylepią. Tylko nas, Kanionku miłościwy, posyp potem pierzem z litości ;)
            No, ale Ty masz już przecież stracha na wróble :) I to jakiego!!

          • mitenki 03/12/2015 at 14:32

            Ja to bym poleżała w hamaku w takim ogrodzie. Z książką i dzbankiem kompotu :) A Wy dziewczyny się tarzajcie, byle nie za głośno, co by mnie od lektury nie odrywać ;))

          • ciociasamozło 03/12/2015 at 15:12

            Mitenki, posuń się w tym hamaku.
            Możemy bujając się nadawać rytm tarzania a także patrząc z góry oceniać, czy ślimaki dokładnie wyzbierane ;P

          • mitenki 03/12/2015 at 15:35

            Prooosz bardzo Ciocia, ładuj się ;)
            A za tę ciężką pracę Kanionku nic od Ciebie nie weźmiemy, nic a nic… Ot przyniesiesz co pewien czas dzbanek kompociku i parę kanapeczek z kozim serkiem :D

          • Ynk 03/12/2015 at 17:16

            Wytarzam się w pierwszym rzucie ślimaków TAK, że kolejne już się nie ośmielą rzucić ;-) Ale jeśli się ośmielą, to powyzbierowywuję co do jednego, i wtedy będziesz mogła Baśkową wełnianą ściółkę rozłożyć :-)

        • mitenki 03/12/2015 at 00:40

          Sądziłam, że Kotek ma tę fuchę dożywotnio. Istnieją jakieś kocie związki zawodowe?

          • kanionek 03/12/2015 at 11:15

            Masz na myśli tarzanie się w moich rzodkiewkach? No ma tę fuchę dożywotnio, ale myślę, że jeszcze parę osób prócz Kotka się zmieści, a rzodkiewki też wysiewam gdzie popadnie ;)

          • zeroerhaplus 03/12/2015 at 12:13

            Jak do tej pory kocie związki zawodowe wywalczyły tylko w młynach państwowych oficjalną stawkę za myszokotogodzinę. Ale nikt nie wie, ile ona wynosi, bo po negocjacjach cały zarząd związkowy przeskoczył przez płot i znikł ;)

          • mitenki 03/12/2015 at 13:07

            Zeroerha :D
            Wygląda na to, że nie warto na związki liczyć ;)
            O mnie też tak walczyły, aż bez pracy zostałam.

          • zeroerhaplus 03/12/2015 at 14:30

            Ach, związki zawodowe.
            Temat długi i często bolesny…

  21. kanionek 01/12/2015 at 17:21

    Będę wieczorem, a na razie powiem Wam tyle: ugięłam się, postawiłam CZWARTĄ, ogromną kuwetę, z nowiuśkim wkładem, w miejsce, gdzie Panter lał uparcie od kilku dni. Wchodzę do kuchni po dwóch godzinach – świeża kałuża po dokładnie przeciwnej stronie, część zdążyła już wpłynąć pod moje meble z kartonu. KURWA.
    A wczoraj na przedramieniu zrobiła mi się taka plamka średnicy 1 cm, lekko wyniesiona, z chropowatą powierzchnią i ciut swędzi. Ki diabeł teraz? Nie używam żadnych kosmetyków prócz mydła, mydło najprostsze, to samo od dawna. Nic na mnie nie kapnęło, nie oparzyło, i w ogóle NIC. Miejsce pod rękawem, dobre 10 cm od nadgarstka w stronę łokcia. Nie lubię takich regularnych, dziwnych zmian. Raz wylądowałam w szpitalu z idiopatyczną pokrzywką, NA TRZY TYGODNIE, bo tyle trwało, zanim lekarze ją pokonali. Była wszędzie, od tzw. stóp do głów (choć zazwyczaj jest zjawiskiem miejscowym), a mi już żyły odmawiały przyjmowania zastrzyków z hydro i czegoś tam jeszcze. Do dziś nie wiem, co ją wywołało, a zaczęła się od małej plamki przy łokciu. FUCK.
    Wracam do swojej roboty i kuchni śmierdzącej kotem, którego jednak zamorduję, a wieczorem się do Was odezwę :)

    • mp 01/12/2015 at 18:14

      Spróbuj to potraktować klotrimazolem- maścią z apteki, a jeśli jej nie masz pod ręką, to octem jabłkowym.
      Czy pomoże- mam nadzieję, ale na pewno nie zaszkodzi :-)
      O łotrostwie kotów napisano już tyle, że trudno cokolwiek dodać. Miałam kiedyś problem z kotem sikającym za fotelem- pomogło dopiero wywiezienie Stawera do mojej mamy, u której zamienił się w anioła i od progu wiedział , co to kuweta i do czego służy. Moje obecne koty też mają bzika- Milucha 11 lat była kotem idealnym, elegancko korzystającym z kuwety, aż zachorowała na drogi moczowe i uznała, że kuweta = ból. Teraz choroba jest zaleczona, ale fobia została, kotka do sikania w kuwecie nie wróciła. Pół biedy, kiedy załatwia tę potrzebę na dworze czy pod prysznicem, gorzej, gdy na schodach do piwnicy- tego z kolei nauczyła się od swojego braciszka, z piekła rodem… Tenże od początku uważał, że kuwety są obrazą godności porządnego kota, na szczęście większość czasu zbój spędza poza domem .
      O dziwo, oba kociska mają bzika tylko na punkcie sikania, poważniejsze sprawy załatwiają albo na dworze, albo w kuwecie. Ot, logika wariata :-)

      • kanionek 01/12/2015 at 23:02

        Nie mam. W ogóle w ciągu kilku ostatnich lat jedyne, co robiłam z podręczną apteczką, to było wyrzucanie kolejnych przeterminowanych leków. Zostały mi tylko środki opatrunkowe i odkażacze ran ciętych, kłutych i szarpanych, no i środki dla zwierząt :) no i Solpadeine, ale nie wiem, czy wciąż traktować ją jak lek, czy w moim przypadku to już raczej suplement diety.
        Myślę, że „owo coś” wykwitło mi w związku z obniżoną odpornością – dużo nowych wrażeń, stres i przemęczenie. Ocet jabłkowy gdzieś mam, ale taki słaby, własnej roboty. Może sięgnę po ostrą amunicję, czyli ocet spirytusowy?

        Ano właśnie. Jak się ma nietolerancja jakiegoś rodzaju żwirku lub kwestia umiejscowienia kuwety do faktu, że Panter robi kupkę gdzie trzeba, a sika gdzie mu się podoba? Ale żeby nie było, że jestem oporna na sugestie – ustawiłam jeszcze jedno pudełko, tym razem z piaskiem. Takim zwykłym, krecikowi zajumanym.

        • mitenki 01/12/2015 at 23:07

          Jedyne, co mi przychodzi do głowy i co piszą na ten temat kociary – choroba dróg moczowych. Tak jak pisała MP :) Gdy miał sraczkę też unikał kuwety, prawda? Taka kocia logika.

        • mitenki 01/12/2015 at 23:08

          Kanionku, octem spirytusowym się nie smaruj, chcesz to wyślę Ci jabłkowego – rosmannowego :)

          • kanionek 01/12/2015 at 23:43

            Łii tam, takie smarowanie. Ta plamka ma centymetr średnicy, to się wiele nie nasmaruję. Szkoda zachodu i pieniędzy na wysyłkę, serio. A ocet nie kwas solny, nie wyżre mi dziury na wylot, a nawet gdyby, to taka mała dziurka… Przeżyję :)

      • zerojedynkowa 03/12/2015 at 14:35

        Zgadzam się z mp. Potraktuj zmianę clotrimazolum (zdaje się, że kosztuje kilka złotych i jest bez recepty) – możesz mieć grzybicę. Kiedyś przyniosłam kota do domu, który spał ze mną, ale był tylko jeden dzień, bo tata się na niego nie zgodził. Kot zniknął, ale zostawił mi na szyi grzyba. Systematyczne stosowanie maści (co najmniej dwa razy dziennie) pomogło. A przecież Panter miał jakieś zmiany na skórze, więc wiesz…

  22. mp 02/12/2015 at 16:39

    Spirytusowy to wyżre Ci skórę, weź ten domowy jabłkowy. Ja też tylko takiego używam, tylko mój ma solidną moc , jak mam być łagodniejszy, to go rozcieńczam.
    Obejrzałam w końcu filmy z ogrodu i jestem ciężko obrażona na niesprawiedliwość losu- czemóż, ach, czemóż, na moich chudych piaskach nie chce wyrosnąć taki gąszcz ? A pomidory w szklarni … Uwielbiam zapach pomidorowych pędów, wyobrażam sobie, jak pachniało u Ciebie po wkroczeniu do buszu z maczetą. No chyba że zapach koziej ściółki zwyciężył :-)

    • kanionek 02/12/2015 at 23:31

      Niee, zdecydowanie pomidorowo pachniało w szklarni :) Co ciekawe – kozy nie lubią pomidorów. Ani owoców, ani zielska.
      Na Twoje suche piaski to właśnie ściółka by się przydała. Z biegiem lat, zakładając, że uzupełniałabyś ją co roku (liście, skoszona trawa, zrębki itd.), doczekałabyś się ziemi pierwszej klasy :) Większość mojego dzisiejszego ogrodu to niegdysiejszy trawnik, a bodajże Fukuoka robił eksperymenty ze ściółkowaniem terenów piaszczystych i gliniastych, oczywiście z powodzeniem.

  23. mitenki 03/12/2015 at 13:16

    Kanionku, jak tam łepetyna, lepiej?
    Schowałam się w kąciku i będę teraz spożywać, pewnie mlaskanie słychać aż u Ciebie :D

  24. mitenki 03/12/2015 at 13:17

    O, jak dziwnie te komcie wskakują.

  25. Kachna 03/12/2015 at 15:15

    Em – dawaj ten CAŁY komentarz – bo to wygląda na „zemstę niewstawionego komentarza”….

    • mitenki 03/12/2015 at 15:31

      Za niedokończenie komentarza ląduje się na samym końcu komciowej kolejki ;)
      Przez 2 notki!

  26. kanionek 03/12/2015 at 20:48

    O, Kozy Moje Kochane :)
    Ja mam dzisiaj słaby dzień. Słaby dzień to jest taki, gdy podniesienie skarpetki z podłogi urasta do rangi dźwigania sztangi ;) Wszystko jest zimne, długie i ciężkie. Ponure i boli patrzeć. Oprócz zwierzątek, oczywiście, bo zwierzątka sa zawsze miłe, cieplutkie i uśmiechnięte. NAWET kotki, co rozdają grzybicę (posmarowałam octem, bo do apteki jest długo, zimno, ciężko i ponuro) i szczają obok kuwety, choć nasrały już do trzech różnych.

    No więc nie odpiszę Wam wszystkim z osobna, tylko zaraz sobie wezmę „Marsjanina” (kupiłam niby używaną za 15 zł, a wygląda jakby jej ludzka ręka nie tknęła) i odpływam w inne światy. Należy mi się, kurde blaszka jego mać, bo wciąż tylko komuś tyłek podcieram, michę podstawiam, i tak dalej i blablabla.

    Z dobrych wieści – napisałam do Lidki z USA, Lidka wszystkich pozdrawia i przeprasza, że zniknęła, ale mieli tzw. huk roboty i wydarzeń, a jak sobie na powrót poukłada, to wróci. A Pitbulbulek po dwóch operacjach już chodzi i ma się świetnie :)

    To idę się teraz zanurzyć w świat wolny od psiej, kociej i owczej kupy. Mam nadzieję. A Wy tu sobie szalejcie, Kozy kochane, bo wiadomo, że zaraz za Wami zatęsknię i wrócę poczytać o tym, jak się tarzacie w moich ślimakach i owczym pierzu :)

    • pluskat 03/12/2015 at 21:05

      Marsjanin (ten kinowy) tez niestety w babrze sie w kupie.

    • mitenki 03/12/2015 at 21:10

      Książkowy także…

    • mitenki 03/12/2015 at 21:11

      Szkoda, że nie masz czytnika :)

      • Ania W. 03/12/2015 at 21:59

        I to była również moja myśl. Dostałby Kanionek od nas z pierdylion e-książek …

    • zeroerhaplus 04/12/2015 at 11:21

      Kanionku, czekałam na ten moment od dziesięciu lat ;)
      Przesadzam? Może tylko troszkę :)
      Bo faktycznie ileż można :))

      Lidka, jesli nas czytasz – macham łapką i życzę wszystkiego dobrego :))

      • kanionek 04/12/2015 at 13:28

        No tak, faktycznie, juz na dwudziestej stronie pojawia się kupa, ale różnica jest taka, że to nie ja ją zbieram do torebek :D
        Zeroerha – ale na który moment te dziesięć lat..? Bo znów coś nie łapię (zasięg widać słaby) ;)
        Ja nawet nie wiem, jak działa ani jak wygląda ów czytnik. I chyba nie chcę wiedzieć, ile kosztuje ;)

        • zeroerhaplus 04/12/2015 at 13:35

          Aż się położysz i w kupie mieć będziesz całą resztę, na ten moment :)

          • ciociasamozło 04/12/2015 at 15:30

            Przeczytałam „aż sie położysz w kupie…”

          • kanionek 04/12/2015 at 17:17

            I w pewnym sensie leżałam w kupie, ale tej co to w niej raźniej – Laserek pod kołdrą, Pimpacy z głową na moim obojczyku, Mając do góry denkiem w poprzek łóżka, a Atos tuż przy łóżku. Czasem podsadzam Atosa, żeby sobie wlazł na to upragnione wyro, choć Pimpacy i Laser stanowią zwarty Front Wyzwolenia Łóżka od Atosów, a do tego Atos często sam podejmuje decyzję o nagłym z łóżka zejściu, robiąc głośne „jebut” o podłogę i ja się oczywiście o niego martwię.

          • kanionek 04/12/2015 at 17:06

            Aaa :) A wiesz, że fajnie było… Kilka godzin spędzonych na Marsie i ani przez chwilę nie myślałam o ziemskich sprawach. Jeszcze pół książki mi zostało, więc dzisiaj powtórka z rozrywki, a już mnie ciągnie. Ale muszę jednak najpierw bigos zrobić, do koziołków i owieczków jeszcze zajrzeć, sianka donieść, wody dolać, Atosa wysikać, z osiemnastu kuwet wybrać wiadomo co, no i wtedy znów odlecę. Wczoraj, jeszcze na długo przed akcją „poczytaj sobie, Kanionku”, gdy rąbałam drewno na rozpałkę, po raz nie wiem który wspominałam czasy, gdy to po powrocie z pracy do domu jadło się obiad i nie robiło już prawie nic, a książki czytałam nawet trzy na tydzień. A gdy było zimno w nogi, to się zwyczajnie kręciło gałą przy kaloryferze i nic człowieka nie obchodziło, że gdzieś tam, jakiś palacz z łopatą ładuje ten węgiel do pieca ;)
            I pomyślałam jeszcze, jakie to zabawne – Wy czytacie mojego bloga, by choć przez chwilę pożyć moim życiem, a ja rąbiąc drewno tępawą już siekierką, w tej zimnej drewutni wspominam czasy, gdy żyłam życiem Waszym. Nie mam sobót, niedziel, świąt ani urlopów, zwolnienia lekarskiego też nikt mi nie wypisze, ale z drugiej strony – mam cztery psy, cztery koty, dwie owce i dziesięć koziołków. Mieszkając w mieście czytałabym blogi i książki o życiu na wsi, myśląc sobie – ech! to byłoby życie ;)

            Nadal jest zimno, ciężko, i rwę tę sztangę codzienności, aż mi plecy skrzypią, ale to minie. Dziś przede mną druga wyprawa na Marsa i ta myśl mnie trzyma w pionie.

          • zeroerhaplus 04/12/2015 at 17:49

            No to chyba nie pozostaje Ci teraz nic innego, niż czytać blogi o urokach pracy w kopro i big city lajf stalj, czy jak im tam…

            Zdrowa relacja międy czasem spędzonym na lenistwie a tym poświęconym pracy ratuje kręgosłup i nie tylko. O tym nawet dziecko wie. No ale w przypadku takiego inwentarza jak Twój, to można sobie faktycznie tylko grafik rozrysować, wiedząc, że i tak się go nikt trzymał nie będzie. Przyjemność sporządzania grafiku musi wystarczyć ;)

            Miłego pobytu na Marsie :)))

          • kanionek 04/12/2015 at 18:50

            :D Dzięki, Zeroerha.
            Wiesz co? Wydaje mi się, że ja wcale nie mam dużo zwierząt, jak na wiejskie normy. Po prostu mój kręgosłup (i psychika w sumie też) przyjechały tu już zdegenerowane blokiem i korpo, i dlatego tak dostaję w kość przy byle gie ;)

          • Kachna 04/12/2015 at 19:18

            Odpoczywaj czasami Kanionek.
            Inna sprawa, że wydaje się czasami, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma i „a inni to mają życie…”.
            Ktoś ostatnio mi powiedział, że żyję w pewnego rodzaju szczęściu, choć może tego tak nie odbieram. Otóż myślałam sobie dużo o tym – i wiesz, że chyba tak:)
            …………………………
            I jeszcze z innej beczki – masz niezwykle kojąco działający głos:)
            Jak plasterek.
            ………………………….
            Ty „Marsjanina” – ja najnowszą, świeżutką Musierowiczową Jeżycjadę „Feblik”.
            Smacznego.
            Kachna – dziś w pomarańczach

          • kanionek 05/12/2015 at 16:08

            Jak w piosence – cała jesteś w pomarańczach… A może to skurwionki były? A z tym szczęściem to dobrze Ci ktoś powiedział, bo jeśli wyobrazisz sobie, że tramwaj uciął Ci nogi, dom się spalił a dzieci biorą narkotyki, to od razu poczujesz, jakiego masz w życiu fuksa, że to jednak nieprawda ;)
            JA mam KOJĄCY głos? To nosowe, bezpłciowe, niemelodyjne pochrząkiwanie nazwywasz kojącym? Nie, ja się tak dla Basiek wysilałam, żeby je jak najmniej przestraszyć, dlatego wysiliłam struny, obniżyłam nutę i starałam się nie sapać jak nosorożec ;)

          • zeroerhaplus 04/12/2015 at 20:59

            Na CZYJE wiejskie normy masz niedużo zwierzyny, Kanionku?
            Bo wszyscy wiemy, że jest różnie, a jeśli chodzi o pielęgnację oraz komfort (nie tylko fizyczny) zwierząt, to często bywa tragicznie.
            Do kogo porównujesz stan pogłowia?

            W sumie to pytania retoryczne.

          • zeroerhaplus 04/12/2015 at 21:01

            Tfu, nie do kogo, tylko z kim porównujesz (chyba?).

          • kanionek 05/12/2015 at 16:03

            W sumie to nie wiem z kim, czy do kogo ja się porównuję, ale nawet ci, co mają czterdzieści krów, trzy ciągniki i zautomatyzowany system dojenia i mycia cycków pracują od rana do wieczora, i też nie mają weekendów. Ja mam kóz może mniej, ale za to wszystko przy nich ręcznie (i nożnie), a chorych kotów mój sprytny plan nie przewidywał. Chciałam jedynie zwiększyć zatrudnienie w sektorze Ochrony Przed Szczurem, a wyszło jak widać.
            No więc sama juz nie wiem, czy naprawdę mam dużo roboty, czy jestem leniwa buła i byle wiatr mnie przewraca ;) Będę się zastanawiać na łożu śmierci, bo teraz nie mam czasu ;)

          • Ynk 05/12/2015 at 16:34

            Kojący masz. Kojący głos, potwierdzam. Wzięłam Cię przecież za koleżankę Anię B., kiedy dzwoniłaś, a ona ma głos radiowy, terapeutyczny i krystynoczubównowy ;-)

          • mitenki 05/12/2015 at 17:22

            Potwierdzam, co piszą dziewczyny – masz kojący głos :)

            A ja się zanurzyłam w perypetiach weterynarza na angielskiej wsi.
            I momentami ryczę ze śmiechu.

          • kanionek 05/12/2015 at 19:59

            O, a jaki tytuł? Czytałam dawno temu książkę właśnie o perypetiach weta na angielskiej wsi, ale tytułu nie pamiętam.

          • kanionek 05/12/2015 at 20:27

            Się wysiliłam. To był na pewno James Herriot i chyba „Every Living Thing”.

          • mitenki 05/12/2015 at 21:55

            A i owszem – James Herriot. Tytułów jest aż osiem, to nie będę tu klepać, tylko proosz…
            https://pl.wikipedia.org/wiki/James_Herriot
            Był też świetny serial na podstawie cyklu :)

          • mitenki 05/12/2015 at 21:57

            Gdybyś miała czytnik, to kosmiczną drogą bym Ci wysłała, bziuut i już byś miała wszystkie części…

          • kanionek 05/12/2015 at 22:04

            A na te czytniki to są książki w jakimś nietypowym formacie, tak? Bo ja na przykład od kilku lat mam taką aplikację jak „Calibre”, czy jakoś tak, do czytania e-booków na kompie. Może by z tym pojechało? No i ten… Nie chcę być jakaś dziwna, ale może zaraz ktoś wyskoczy z kwestią legalności takich praktyk, a nie wiem, jak to jest – e-booka można komuś „pożyczyć”, jak zwykłą książkę, czy nie? ;)

          • mitenki 05/12/2015 at 22:21

            Dwa główne czytnikowe formaty to mobi i epub. Ale można czytać też pdf, rtf i jeszcze jakieś. Ja sobie zamieniam zawsze na mobi programem Calibre.
            Kanionku, wkładaj śniegowce, zaprzęgaj renifery i pędź na pocztę ;)

          • kanionek 05/12/2015 at 23:38

            Omatko… Już prawie akumulator podłączyłam w Gwiazdolocie i chciałam lecieć koczować pod urzędem, ale przecież jutro niedziela, więc jednak rozum trącił mnie łokciem i zajrzałam do maila. Dzięki :)

          • mitenki 06/12/2015 at 00:26

            :D
            Mam nadzieję, że zanim wybiegłaś z akumulatorem w objęciach na ten ziąb, założyłaś coś na siebie oprócz gatek, bo będę Cie miała na sumieniu jak się przeziębisz ;)
            Zaraz zapuka do Cię listonosz.

          • ciociasamozło 06/12/2015 at 20:06

            Przed chwilą robiłam przedświąteczny rekonesans w księgarni, w oczy mi wpadło „Jeśli tylko potrafiłyby mówić” z kozami na okładce i „To nie powinno się zdarzyć” z owcami i od razu pomyślałam o Kanionku. Zaglądam do Obory a tu jakieś konszachty ebukowe w tym samym temacie :)
            Kanionek, masz już Herriota?

          • kanionek 06/12/2015 at 23:42

            Mam :)
            Żadnych prezentów dla Kanionka na święta, najwyżej rózgą po plecach. To tak przy okazji.

          • mitenki 06/12/2015 at 20:30

            O, a u mnie tom 1 jest z krową, a drugi z piesem :)

          • mitenki 06/12/2015 at 20:35

            Ciocia – a serial oglądałaś?
            Z przyjemnością bym popatrzyła, ale nie mogę nigdzie znaleźć :(

          • ciociasamozło 06/12/2015 at 20:39

            Serial pamiętam, był uroczy :)
            Nie mam pojęcia czy można go gdzieś zdobyć.

          • Ynk 06/12/2015 at 21:28

            Na jutubie jakieś odcinki i sezony są powrzucane. O tym serialu mówicie ? -> https://www.youtube.com/watch?v=LJYl-bdApZc&list=PLScjQzBo7U-vb0GdfRkF3ibSj-iplfSFp

  27. wersja 04/12/2015 at 08:25

    ten komentarz o niedokończonym komentarzu na samym dole komentarzy to jakiś przygnębiający jest. niech ktoś napisze coś dokończonego. Em może?

  28. mitenki 04/12/2015 at 11:20

    O, Wersja, jak Ci się to udało? W sensie umieścić komentarz na końcu, bo mnie wskakiwał przed to, co napisała EM :)

    • wersja 04/12/2015 at 21:17

      O! nie wiem, ale znowu się wściekło :)

  29. cicha wielbicielka 04/12/2015 at 13:27

    No dobrze, znowu muszę (inaczej się uduszę).
    Czytam codziennie i nie było mnie tylko kilka dni (króciutki urlopik w ciepłym kraju) wracam a tu…ciemno zimno i w pracy a u Kanionka się dzieje….
    Urodziny mam jednego dnia z kozm Tradycjom – mądrą inaczej
    a imieniny z łowcami o IQ 7 (na dwie).
    Jak moje naźwisko dostanie jakieś źwierzątko to chyba padnę trupem.
    Jedyna nadzieja w Małym Żonku co przerabia wszystko na rodzaj męski a moje nazwisko kończy się na ska.
    No to w związku z dzisiejszym świętem dla każdej owcy poproszę czapkę górniczą!
    PS. I jestem też cichą wielbicielką Kachny – wprawdzie oczy mam piwne ale …dobra naleweczka nie jest zła! :))
    Ale co jo godom, co jo gadom – WSZYSKIE tu obecne kozy kocham (w tym życia cały smaczek raz dziewczynka, raz chłopaczek ;))
    To mówiłam ja, Baśki, IQ 7 i pół :P

    • kanionek 04/12/2015 at 13:33

      Wszystkiego koziego! Znaczy – najlepszego :)
      Ale żebym mogła nazwać kogoś po Tobie, to ten… No nie wiem po prostu, JAK się nazywasz. Chyba, że liczysz na szczęścia łut :)
      (a tą czapką górniczą to ja mam w nie rzucać, w te owce? Bo wiesz, one jeszcze nie są ze mną na tak zażyłej stopie, żebym mogła im coś na łeb założyć. Rozważam założenie im Nelsona…).

    • Kachna 04/12/2015 at 15:13

      Ale …..bo nie wiem czy szaleć z radości i dumy czy tylko tak trochę – Czy to ja mam wielbicielkę????? Czy krzestna córka moja?
      Ale naleweczkę to chyba tylko ja używam – kozom Kanionek nie daje…chyba…..
      Choć jak zimą zimno, to bym się spodziewała – ziołowej dla zdrowotności dolewanej do wody :)
      Baśka??Boś Baska prawda? I moja mama najlepsza na świecie też Baśka. Baśki to fajne dziewczyny.
      Wszystkim ukrytym Baśkom dziś sto lat, sto lat i plurimos annos (jak kiedys pisałam – mama Baśka łacinnikiem też jest)!

      • cicha wielbicielka 06/12/2015 at 16:29

        uff, i po imieninach – Baśka jestem oczywista i zgadzam się, że to fajne dziewczyny ALE bez mojej teściowej (też Bambara) co to jest wyjątkiem potwierdzającym regułę :))
        Wielkie dzięki za życzenia!!!
        Szalej, szalej bo Ciebie miałam na myśli – a swoją drogą JAK mogłaś pomyśleć, że to chodzi o kozę?!?! No, kocham Panią :))

        • Kachna 06/12/2015 at 19:47

          Bo wiesz – jest też Kachna córka Tradycji:) Moja chrześnica.
          …………………….
          Nie mogę – no.
          Naprawdę?
          NO TO SZALEJĘ!
          Kanionek widziałaś? Widziałaś?
          I ja Cię Baśko wobec tego TEŻ!

          Kachna w pomarańczach wciąż…zalewana niestety tylko zieloną herbatą dziś.

          • kanionek 06/12/2015 at 23:44

            Widziałam! Widziałam :)
            A nie mówiłam? Już Ty wiesz, co ja Ci kiedyś mówiłam :)

  30. Em 04/12/2015 at 21:58

    O rany, nie miałam zamiaru wprowadzać takiego zamieszania w komentarzach! Przepraszam za opóznienie, pisałam, telefon sie zbiesil, a potem życie zainterweniowalo i nie było czasu dokończyć.

    Po pierwsze chciałam się przywitać bo czytam już od jakiegoś czasu ale bez komentarzy. :) Do odezwania sie zainspirował mnie tytuł wpisu :): przypomniał mi sie tshirt kiedyś widziany, o proszę:
    http://www.globalculture.co.nz/shop/global-culture/mens/all-clothing/t-shirts/silence-of-the-lambs-mens-slim-fit-t-shirt
    Może trzeba owcom pokazać i zaznaczyć, ze tak skończą jak bedą dalej cyrki Kanionkowi odstawiać :).

    • paryja 04/12/2015 at 22:42

      Po tych horrorowych wstawkach na filmie Kanionka, na jej bałabym się grozić ślicznym puchatym owieczkom ;)

      • paryja 04/12/2015 at 22:46

        na jej miejscu miało być powyżej.

        • kanionek 05/12/2015 at 16:11

          Otóz to. I dlatego ja do nich na klęczkach i z ofiarnie wyciągniętą marchewką. I nie spuszczam z oka!

    • kanionek 05/12/2015 at 16:10

      Pokazałam. I wiesz, co one na to? „TO NAS NAJPIERW ZŁAP” :D
      Aha, czuj się oficjalnie przywitana, mee!

  31. mitenki 05/12/2015 at 13:16

    Kozy się pospały, Kanionek nie wrócił z Marsa. A może przeprowadziła się tam na stałe?
    Hmm…

    • kanionek 05/12/2015 at 16:13

      Taa… Ledwiem wyleciała, a już trzeba było korygować kurs i łapać ziemską orbitę. Mało się nie spaliłam w atmosferze, tak szybko zapierniczałam z powrotem, lecąc krzywo i głową w dół, ale o tym jutro. Wszystko jutro… Dziś staram się ducha nie wyzionąć, a jeszcze sery zamówione ktoś musi wytworzyć ;)

      • mitenki 05/12/2015 at 18:35

        Cóż się stało? Podpaliłaś hub, zepsułaś pojazd lunarny, burza piaskowa?

        • kanionek 05/12/2015 at 19:58

          Nie. Houston mnie ściągnęło, mówiąc: Kanionek, mamy problem. Jutro. Wszystko jutro…

    • mitenki 05/12/2015 at 16:57

      Dobrze, że wróciłaś, bo już się bałam, że poprosiłaś o azyl na Marsie :)

    • mitenki 05/12/2015 at 17:00

      Chociaż w sumie… fajnie byłoby poczytać Kanionkowe korespondencje z Czerwonej Planety.

      • kanionek 05/12/2015 at 20:02

        Taa, korespondencja z Marsa sprowadzałaby się do jednego zdania, będącego tytułem jednej z książek Chmielewskiej ;)
        „Mili Państwo, tu jest kurwa wszystko czerwone”. No i wzmianka o skąpych zasobach wody by się pojawiła, czyli w sumie to samo, co nadaję z Ziemi ;)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa