Estoy libre mañana por la mañana, czyli widelcem po teflonie, oraz o fermencie i koprofagii

She’s gone,
Out of my life
I was wrong
I’m to blame
I was so untrue.
I can’t live without her love.

(…)

Lady, won’t you save me?
My heart belongs to you.
Lady, can you forgive me?
For all I’ve done to you.

(…)”

Fragment utworu “She’s gone” grupy Steelheart, 1990

(czyli w skrócie: odeszła z mojego życia, bo jestem zakłamanym idiotą; czy mi wybaczysz, ocal mnie od zatracenia, moje serce należy do ciebie)

Piosenkę dedykuję Kachnie, bo jest piękna (jeśli zastanawiacie się, czy mam na myśli Kachnę, czy piosenkę, to mam na myśli obie). Utwór w wersji koncertowej, czyli bez ściemy, można zobaczyć i usłyszeć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=Elx_Xnm7KTo

Mili Państwo, pal diabli banalną fabułę, zwróćcie uwagę na ten wokal! I oczywiście całą aranżację muzyczną. I proszę się nie śmiać z koszuli w groszki i grzywki à la “my beautiful pony”, bo to były lata dziewięćdziesiąte, za to dzisiaj facet wychodzi na scenę uzbrojony po zęby w ćwieki, sprzączki i gwoździe w łuku brwiowym, a jak zaśpiewa, to kucykom na całym świecie kurczą się jądra. I odpadają, całkiem z tej sromoty uschnięte. Serio – nie wiem, co ma dzisiejszym dzieciakom do zaoferowania “era Biebera”, prócz bezkrwawej kastracji, ale skoro każda wielka cywilizacja musi w jakiś sposób upaść, to czemu by nie poprzez całkowite wymarcie gatunku. A jeśli muzyka do kogoś nie przemawia, to tu jeszcze taki ciekawy artykuł: http://forsal.pl/artykuly/892182,dzieci-pierdoly-hodujemy-zombie-ktore-nie-wiedza-kim-sa-i-dokad-zmierzaja.html
Jeśli w związku z treścią powyższego zapałacie żądzą wymiany zdań, to może na FORUM? Jest takie coś, o ile jeszcze pamiętacie ;-P

Po tym liryczno-sentymentalnym wstępie czas jednakowoż wrócić na ziemię, albo – jak mawiał pewien kierownik budowy o ciężkim nazwisku – jechać z tematem. I nie, Państwo zostawią wujka Google w spokoju, to nie jest aluzja do żadnego filmu, tylko Kanionka reminiscencje z życia w korpo. No więc temat jest taki, że ja się pytam, czy my naprawdę nie możemy mieć choć jednego NORMALNEGO psa w tym domu? Jednego, całkowicie zdrowego na ciele i umyśle? Jeśli Państwo akurat przy śniadaniu, albo ogólnie wrażliwi, to proszę pominąć następne dwa akapity (ale i tak wiem, że przeczytacie).

Kiedy po raz pierwszy Majka wylądowała na naszym podwórku, niemalże natychmiast zaczęła węszyć w trawie i z rosnącym apetytem zjadać gęsie odchody. Złożyliśmy to zachowanie na karb stresu związanego ze zmianą środowiska, trochę później winę zwalać zaczęliśmy na wydumane niedobory witamin, a na końcu uznaliśmy, że Mając jest pewnie ciągle głodny, ale wszystkie te teorie trzeba było z litości dobić i szybko pogrzebać, gdy się okazało, że Mając po tygodniu, dwóch, trzech i więcej, karmiony tą samą karmą, co wszystkie nasze psy, tylko w nieco mniejszej ilości, ani nie schudł jakoś szczególnie, ani nie zamierza ustawać w wysiłkach, odkurzając podwórko ze wszystkiego, co wyszło z cudzej… no wiadomo. I nie mówimy tu tylko o gęsiej dupie. Owszem, sprzątamy po naszych psach, bo przy tej ich ilości nasze podwórko szybko zamieniłoby się w pole minowe, ale nie zawsze zdążymy przed Mającem, który wręcz czyha na “okazję”. O ile Państwo pamiętają, Atos jest w swojej tylnej części nieco niepełnosprawny, i nadal trzeba go ręcznie wysikiwać, a tę drugą potrzebę fizjologiczną załatwia sam, tyle że gdzie i kiedy mu akurat wypadnie. I Mając dobrze o tym wie…

rozprawa Majaca

(autor tutaj: www.extrafabulouscomics.com)

Przeryłam tonę poradników na stronach behawiorystów, weterynarzy, jak również wątek dotyczący koprofagii na jakimś psiejskim forum, i nadal jestem nic mądra. Mając nie jest niedożywiony (o, zdecydowanie nie jest), oprócz suchej karmy dostaje kozie mleko i warzywa (sama sobie pobiera, wyżerając kurczakom dynie i cukinię, kaszę, marchew i pomidory), odpada też teoria pt. “ktoś ją karcił za brudzenie w domu, więc zjada po sobie, żeby uniknąć kary”, bo Mając nie zjada po sobie. Zjada tylko po innych, bez względu na gatunek dostawcy tego wątpliwego pożywienia. Ciężko wyeliminować problem, którego przyczyna pozostaje nieznana, a bieganie za psem-koprofagiem i krzyczenie “fe!” co kilka sekund (gęsi naprawdę dużo produkują) jest, w naszym przypadku, nierealne. Co począć? Jeden z behawiorystów radzi, żeby – wyeliminowawszy wszystkie możliwe przyczyny zjawiska, którym można zaradzić – się przyzwyczaić. Facile dictu… No więc chciałam się tylko Państwu poskarżyć, że do naszego panteonu gwiazd dołączył pies-koprofag z prawdziwym zacięciem, i że to trochę tak, jak z tymi małżeństwami, którym ciągle się rodzą dziewczynki, a oni próbują, i próbują, i próbują zrobić sobie choć jednego chłopca, i kończą z zastępem dwunastu kapryśnych księżniczek, z których każda ma kompleksy (bo nie jest chłopcem) i wymaga pomocy psychiatrycznej. No ale, jak to mówią, jaki pan, takie stoisko na targach, i chyba coś w tym jest.

Małżonek pracuje ostatnio nad pewnym projektem (taki tam efekcik gitarowy, ale na razie nic więcej nie powiem), powoli przychodzą zamówione do prototypu podzespoły, i co? I spieprzył jeden drobiazg podczas projektowania płytki drukowanej. I byłby z rozpaczy rozszarpał listonosza w afekcie, ale nasz listonosz nie taki głupi, i gdy przychodzi coś grubszego, to wręcza i odjeżdża, i tylko przy cienkich kopertach bez naklejki “polecony” pozwala sobie na towarzyskie pogawędki. Przez pół dnia małżonek chodził jak zbity pies, nie mogąc zrozumieć, jakim cudem spieprzył, skoro siedział nad tym cackiem kilka nocy z rzędu, sprawdzając wszystko po trzy razy. W końcu otrząsnął się i wymyślił rozwiązanie problemu, choć skaza na ego pozostała.

Ja na szczęście nie zajmuję się w życiu niczym mądrym, więc nawet jeśli spieprzę, to konsekwencje są do przełknięcia i skwitowania zwyczajowym: “gupi Kanionek”. Wymyśliłam sobie niedawno na przykład, że te kafelki, co nam odpadły w łazience (razem z całą ścianką, co się chyba profesjonalnie nazywa “obudową wanny”), mogę wykorzystać w kuchni, jako podkładki pod gorące garnki, czy coś. Tylko że do kafelków wciąż przyklejona była ta szara masa klejowa, twarda jak kamień, która psuła mi całą koncepcję, bo kafelek z jej powodu nie chciał leżeć płasko. No to chwyciłam pierwszy z brzegu młotek (a młotki są u nas wszędzie, czyli nigdzie konkretnie) i zaczęłam skuwać ostrożnie tę masę, twardą jak głaz, i tak sobie pracowicie skuwałam, kawałeczek po kawałeczku, dumna z siebie, że mi jeszcze kafelek nie pękł i że tak dobrze mi idzie, gdy małżonek zapytał: “co ty robisz, Kanionek?”. No to mu cierpliwie wytłumaczyłam mój genialny plan, i że skuwam, bo samo odpaść nie chce, a małżonek na to: “no tyle to ja widzę i nawet prawie rozumiem, ale MŁOTKIEM DO KOSY?” No i cóż. Faktycznie, niestety, młotkiem do kosy. A muszą Państwo wiedzieć, że młotek do klepania kosy to nie jest byle jaki młotek. Owszem, kosztował ledwie 15 zł, ale ile ja się tego młotka po świecie naszukałam! (i owszem, chcecie, czy nie chcecie, będzie teraz wykład o młotku)

Młotek młotkowi nierówny, i nie mam tu na myśli różnic pomiędzy młotkiem blacharskim, a ciesielskim. Bo wydawałoby się, że jeśli młotkiem idzie komuś rozbić łeb, to znaczy, że młotek jest twardy, a tu taką figę z zaprawą klejową. Nie każdy twardy młotek jest twardy na tyle, żeby wyklepał ostrze kosy, bo chodzi o to, że młotek do klepania kosy musi być twardszy, niż stal, z której wykonana jest kosa, ponieważ w przeciwnym razie wyklepiemy sobie młotek, a kosa pozostanie tępa i niewzruszona, jak cham w amfiteatrze na przedstawieniu “Jezioro łabędzie”. I pokazałabym Państwu jak wygląda “miękki” młotek, który tak długo klepał kosę, aż mu się czółko rozjechało, ale nie mogę go znaleźć, bo – jako się rzekło – młotki są wszędzie, czyli nigdzie konkretnie, i to jest podobno również moja wina. Mogę za to pokazać jak wygląda młotek o twardości 55 HRC (o skali twardości wg Rockwella można poczytać tutaj: https://pl.wikipedia.org/wiki/Skala_twardo%C5%9Bci_Rockwella), czyli wystarczającej do wyklepania najtwardszej nawet kosy, na przykład takiej wykonanej w Kirgistanie (serio, to była nasza pierwsza kosa, i właśnie na niej rozklepałam swój pierwszy młotek):

mlotek do klepania kosy

Nie wiem, czy to dobrze widać na zdjęciu, ale młotek do klepania kosy powinien mieć również odpowiednio ukształtowany obuch, taki lekko wypukły:

mlotek 2

I tego właśnie młotka długo szukałam, po tym, jak już się zorientowałam, dlaczego wielogodzinne klepanie kirgiskiej kosy nie dało spodziewanych rezultatów, i już bym to wszystko ciepnęła w pierony (a małżonek wymiękł na długo przede mną i potraktował kosę szlifierką elektryczną), gdyby nie wrodzona czepliwość i niezdrowa skłonność do drążenia dziur w całym (bo małżonek powiedział, że na cholerę mi jakieś archaiczne metody z młotem i kowadłem, skoro po to człowiek idzie z postępem, żeby sobie życie ułatwić szlifierką; przy okazji – kowadło, na którym klepiemy kosę, też musi być z odpowiednio twardej stali, inaczej się rozklepie i straci fason całkiem). Czepiając się i drążąc dotarłam w końcu do sensownych informacji, i tu znów muszę z nieskrywanym żalem stwierdzić, że praktycznie wszystkiego, co wiem o klepaniu kosy i niezbędnych do tej pracy narzędziach, dowiedziałam się od Brytyjczyków i Amerykanów. My, Polacy, jesteśmy już zwyczajnie ZBYT nowocześni, a jeśli spytacie w sklepie budowlanym o młotek do kosy, to obsługa wybałuszy na Was gały, jak na jakichś cyrkowych odmieńców. I nawet jeśli ostatecznie wskażą Wam kształtem odpowiedni młotek, to o poznaniu jego twardości możecie zapomnieć. Młotek to młotek, gwoździa pani wbije, czego więcej chcieć od młotka?

I już, już byłam skłonna zgodzić się z małżonkiem, że szlifierka über alles, gdy wtem znalazłam. Młotek firmy JUCO z Sułkowic. To nie jest żadna reklama, tylko czysta wdzięczność kretynki, która na widok młotka z PODANYM STOPNIEM TWARDOŚCI STALI uroniła łzę wzruszenia, a druga taka łza padła na ostrze kosy, gdy ostrze owo, po czwartej rundzie klepania młotkiem Juco, zaczęło się wreszcie należycie “wyciągać”.

I gdy tak sobie klepałam, a donośny i dźwięczny, metaliczny odgłos uderzania stalą o stal odbijał się zwielokrotniony od ściany lasu, pomyślałam, że może, może niektóre z rosnących tu drzew jeszcze taki dźwięk pamiętają, i może im też się łezka wzruszenia w liściu zakręci na wspomnienie starych, dobrych czasów, gdy ludzie konno jeździli, dobrze wyklepać kosę umiał jeden tylko we wsi, a kowal był KIMŚ, i w ogóle – in your face, szlifierka! No i taka to była wzruszająca historia, a teraz przejdźmy do mojego eksperymentu z fermentem, który to eksperyment zrobił się właściwie sam, czyli przez kretynki roztargnienie, i może ja Państwa tym razem z góry uprzedzę, żeby nie było rozczarowań, że jaki naukowiec, taki eksperyment, więc lotów w kosmos nie będzie, ani nawet strusia napędzanego węglem.

Oto więc przed Państwem słoik ze zsiadłym mlekiem:

zsiadly eksperyment

Po prostu zsiadłe mleko, wynik działania bakterii podstawowej fermentacji mlekowej, skrzep nieco rozwarstwiony, serwatka koloru właściwego – ni to żółtawa, ni to zielonkawa. I nie byłoby w tym słoiku niczego dziwnego, gdyby nie fakt, iż stoi on sobie tak od… lipca. Każdego dnia, przed udojem właściwym, zdajam z każdej kozy kilkadziesiąt mililitrów mleka do słoika, i to mleko dostaje się kotom, psom, kurczakom, każdemu po troszku, dla zdrowotności. Ten na zdjęciu okazany słoik jednak, odstawiony gdzie bądź w pośpiechu, został zapomniany na tak długo, aż mleko się zsiadło. Po tym, jak się zsiadło, został przestawiony bliżej zlewu kuchennego, żebym nie zapomniała, że trzeba to stojące już zbyt długo mleko wylać, a słoik umyć. No ale jakoś tak wyszło, że przy tym zlewie tylko przeszkadzał, więc został odstawiony na piecokuchnię, a tam już całkiem zapomniany. Teraz już za nic tego mleka nie wyleję, bo zżera mnie ciekawość, co też się stanie z jego zawartością i kiedy W OGÓLE coś się stanie. Bo jak na razie nie dzieje się nic! Na wierzchu nie pojawiła się pleśń, a przecież zarodniki pleśni są wszędzie, w tym w wodzie i powietrzu. Skrzep i serwatka są prawidłowego koloru, jeno rozwarstwione lekko. Z zawartości nie ulatnia się, najwyraźniej, nadmierna ilość gazów, bo wieczko słoika nie jest ani trochę wypukłe. Ki diabeł? Ludzkość już dawno odkryła, że fermentacja jest jednym ze sposobów konserwacji żywności (ogórki i kapusta kiszone, wino, to wszystko wynik takiej, czy innej fermentacji), ale żeby zsiadłe mleko, tak długo? Być może wyciągam błędne i całkiem od czapki wnioski, ale stopień zachowania się tego mleka w dobrym stanie przez tak długi czas każe mi podejrzewać, że moje kozy dają zdrowe mleko, wolne od niepożądanych patogenów, a do tego posiadające cudowne właściwości konserwujące. Gdyby Kleopatra miała dostęp do mleka od moich kóz (ale nie miała, bo zawsze mieszkałyśmy zbyt daleko od siebie, a w tamtych czasach transport był powolny), to na bank kąpałaby się w moim, i do tego zsiadłym. I być może żyłaby dzięki temu do dziś, jak ja.

(A jeśli ktoś chciałby mi wytknąć POZORNĄ nieścisłość, polegającą mianowicie na tym, że owszem, ja jestem wiekowa i to widać, ale moje kozy nie mogą mieć kilku tysięcy lat, to powiem Wam tyle: oczywiście, że nie mogą. Powłoka cielesna kóz jest bardzo nietrwała, i moje kozy musiały przejść przez mordęgę wielu inkarnacji, zanim mogliśmy się znów wszyscy spotkać w jednym miejscu. Andrzej twierdzi, ża raz był nawet Napoleonem, i ja mu wierzę, bo po pierwsze – wygląda, a po drugie – ja moim kozom po prostu wierzę w każde słowo, od lat. Od kilku tysięcy lat, gwoli ścisłości.)

Ale co tam młotki i zsiadłe mleko – BALOTY PRZYJECHAŁY! Fakt, że kilka tygodni po umówionym terminie, i że mam pięć balotów słomy, a tylko trzy siana, choć miało być dokładnie na odwrót, ale to wszystko nieważne. Na wsi już tak jest, że “jutro” znaczy czasem “za tydzień”, jednostki miary stanowią wiadra, dwukółki i METERY (jeden meter ziarna to w przybliżeniu sto kilogramów), i trzeba się do tego przyzwyczaić. Baloty więc przyjechały, wzbudzając powszechną radość (choć może nie u mnie, bo zdrożały o dychę za sztukę), i nastąpiły zwyczajowe kontrole przeprowadzone przez uprawnione jednostki. Laser testował zwięzłość i stopień ubicia materiału:

test laserowy 2 test laserowy

Rosoły sprawdzały zawartość ziarna w słomie:

komisja Rosolow

Gęsi badały podatność sznurka na szarpanie dziobem (nienawidzą sznurków, odkąd przywiązałam wajhę kranika na zewnątrz sznurkiem do rurki, żeby nie mogły kaczce wody nalewać do basenu), a kaczka, nie mogąc dosięgnąć sznurka, wyciągała po prostu źdźbła siana z balotów, w celu zwyczajnie mi na złość:

zlap i pociagnij a ja bede szarpac kaczka

Gamoń oceniał komfort i poziom wtajemniczenia Zen słomy owsianej:

co wy wiecie o zen

A potem przyleciały sikorki, które niczego nie oceniają, tylko biorą życie jakim jest:

sikorka sikorka na balocie

Wąski nie ma uprawnień do kontrolowania czegokolwiek, bo on się tak w kontrolowaniu zapamiętuje, że jak nam na przykład przetrzepał warsztat, tośmy po godzinie sprzątania nie wiedzieli, czy nadal szukać tych kilku brakujących wierteł i worka śrubek, czy dać sobie spokój i najlepiej wszystko podpalić i zapomnieć. Państwo uwierzą, że bydlę zeżarło pół wiaderka kitu szklarskiego (tak, tego czekoladowo-buraczkowego, co mi został po szkleniu okienka w koziarni), i NIC mu nie było? Po dwóch dniach od konsumpcji zrobił po prostu trochę bardziej zieloną kupkę, i po sprawie. Kto wie, może i ten młotek, co się na kirgiskiej kosie rozklepał, też Wąski zeżarł podczas swej obłąkańczej kontroli w warsztacie, a jeśli tak, to spodziewam się, że najdalej za kilka dni będzie srał śrutem i trocinami. Przepraszam, znów mi się gówniany wątek wplątał, a miało być o radości i kupie słomy.

Przyjazd balotów, a przede wszystkim mająca się na padanie mżawka, wymusiły na nas szybkie uprzątnięcie garażu (oprócz rozmaitych gratów, w tym również po Cebulackich, tkwiły w garażu dynie, patisony i wielkie pęki suszonego wrotyczu, bylicy, melisy, dziurawca i pokrzywy) i przetoczenie do niego zimowego zapasu siana i ściółki. Jeden balot słomy wylądował w komórce na siano, a wolna połowa komórki będzie najprawdopodobniej zimową sypialnią dla kaczki i gąsek, choć to się jeszcze zobaczy, bo one mają swoje zdanie na każdy temat, i teraz na przykład umyśliły sobie spać na kupie kompostu na małym wybiegu. Ze sprzątania garażu i krytycznej oceny uzyskanego w ten sposób wolnego miejsca wynikła jeszcze taka korzyść, że dwie obskurne, ale wciąż trzymające się kupy szafki z płyty wiórowej trafiły z garażu do mojego pokoju, więc część moich ubrań nareszcie zamieszka w meblach, zamiast w kartonach.

No i co ja Wam na koniec powiem – niestety owsa facet nie przywiózł, choć w ubiegłym roku zapewniał mnie, że owies ma i będzie miał ZAWSZE, i że nie muszę brać dużo na zapas, bo w każdej chwili mogę podjechać po kilka worków itd. “No ale w tym roku”, mówi, drapiąc się po czapce, “dwadzieścia pięć ton sprzedałem do Torunia, na płatki. No i teraz nie wiem, czy dla mnie nawet tego owsa wystarczy; może sam będę musiał od kogoś kupić ”. NA PŁATKI. Mili Państwo, jedząc sobie pyszną, gorącą owsiankę na śniadanie, wspomnijcie, proszę, moje kozy. Ja tam nikomu płatków niby nie żałuję, ale jednak… BIEDNA BOŻENKA. Biedna, stara, zniedołężniała, GŁODNA Bożenka. Z pustym brzuszkiem. I te wielkie, wielkie oczy, wpatrzone w Wasz talerz PEŁEN PŁATKÓW. Hm? No to Wy się teraz zastanawiajcie nad swoją małodusznością i luksusem opływania w płatki, a ja idę wydzwaniać po okolicznych potentatach owsianych, po prośbie. Podobno sołtys sąsiedniej wsi jeszcze w lipcu miał półtorej tony, czyli akurat tyle, ile mi trzeba.

PS. I w ogóle chciałam Wam powiedzieć, że nienawidzę tego zimowego ubierania się na cebulę. To znaczy owszem, ubieram się na cebulę, ale nienawidzę, bo to zajmuje TYLE czasu. Z rzeczy, których jeszcze nienawidzę mogę wymienić moje lenistwo. Na tyle oszczędnie gospodarujemy opałem, że rano w kuchni miewam ledwie 16 stopni, ale NIE CHCE MI SIĘ UBIERAĆ. Nastawiam więc wodę na kawę, trzęsąc gaciami i wyklinając na czym świat stoi, po czym lecę, na tych gaciach, zadać kurczakom, gęsiom i kaczce żarcia, no i wracam do kuchni, w której wtedy wydaje mi się być całkiem ciepło, siadam taka sino-zielona przy kubku gorącej kawy, i obejmując go czule czekam, aż odzyskam władzę w zdrętwiałych z zimna palcach. I nadal nie chce mi się iść i ubrać jak człowiek. Co jest ze mną nie tak, Droga Komisjo do spraw orzekania o niepełnosprawności intelektualnej?

PPS. A Mając przez cały tydzień przyjmowała te kropelki od weterynarza bez mrugnięcia okiem, aż byłam z niej dumna jakbym ją sama tak dobrze wychowała, ale jej się znudziło. I teraz ma wapory, kręci kosmatym łbem na wsze strony, i piszczy jak ogniem podżegana jeszcze zanim kropla trafi w oko. A tu wciąż przed nami kilka tygodni, po cztery razy dziennie, po jednej kropelce do każdego oka, dwóch różnych medykamentów! I obcięliśmy jej tę firanę na ogonie, bo już TYLE rzepów nałapała, że ogon ważył chyba ze dwa kilo, a weźcie z tej sierści długiej i karbowanej wyciągnijcie dwa kilo rzepa, zwłaszcza, gdy właścicielka ogona strzeże go pilniej, niż Polak niepodległości. I w ogóle okolica rufy Mająca jest niedotykalska. Nie rusz łapek, nie wycieraj z błotka, ja sama, łapy precz od mojego ogonka, co mi tam grzebiesz, łachudro?! Żeby obciąć firanę trzeba było się uciec do sztuczki z moją gumką do włosów, czyli Mając szarpał moją gumkę, którą ja udawałam, że chcę jej wyszarpać, a małżonek w tym czasie dokonywał krótkich, zdecydowanych cięć, doskakując do Świętego Ogona w co bardziej dogodnych momentach. Ogon cięty z doskoku wygląda tak:

nowy ogon Majaca 2 nowy ogon Majaca

A z gumki to już nie ma co pokazywać.

PRL. Jeśli ktoś z Państwa jeszcze czeka na ser, to uprzejmie proszę mi się mailem przypomnieć, bo mi paracetamol wyżarł tę część mózgu, która jest odpowiedzialna za dobrą pamięć. Nie pamiętam, jak się ta część nazywa. I w ogóle – co się nazywa? Aha, tak wyglądają owoce tarniny:

tarnina zwana tarka tarnina

A tak marmolada z tarniny:

marmolada z tarniny

A tak wyglądają psy, które MUSZĄ asystować przy obieraniu orzechów, i zeżarły jedną dziesiątą naszych zbiorów:

tyle orzeszkow zjadlem gdy nie patrzylas nie badz zyla dej jednego

I to już wszystko na dziś.

sniadanie u dyniowego

166 thoughts on “Estoy libre mañana por la mañana, czyli widelcem po teflonie, oraz o fermencie i koprofagii

  1. nikt wazny 18/10/2015 at 03:19

    Mam w domu mlotek, sprezentowany przez sp. mojego Chrzestnego wraz z calym zestawem najpotrzebniejszym narzedzi. Zestaw Chrzestny zakupil na poczatku lat 90-tych od Ruskich, na bazarku. Mlotek wyglada solidnie i mysle, ze dalby rade Twojej kosie. Zaraz zobacze czy ma gdzies okreslona „twardosc”.
    Ta tarnina wyglada zupelnie jak czarna jagoda!
    A co do balotow, to jest zapas na cala zime? Wystarczy dla wszystkich?
    I z ciekawosci: ile taki balocik kosztuje?

    • kanionek 18/10/2015 at 14:43

      Nikt Wazny, dziękuję, ale ten mój młotek posłuży mi pewnie do mojej śmierci (już nim nie skuwam kleju z kafelków), a zestaw sobie trzymaj. Za 20 lat będzie zbiorem unikatowym wartym furę pieniędzy :D
      Tak, tarnina wygląda jak jagoda, lub inna borówka, tylko jest ciut większa od jagody. No i pestkę w środku ma jedną, za to dużą. Zapomniałam zrobić zdjęcie.

      A co do balotów, to tak, pięć bel słomy wystarczy z pewnością, za to siana miało być więcej, ale najwyżej się dokupi. Nigdy nie miałam dziesięciu kóz, więc nie wiem, ile zeżrą, a to zależy również od zimy – czy przyjdzie szybko, jak długo będą trwały mrozy, i jak dotkliwe będą. Ubiegłej zimy kozy w ogóle nie chciały żreć siana, i do tej pory nie wiem, czy to wina siana, czy zaleta słabej zimy. Za moje baloty zapłaciłam: 30 zł za balot słomy i 40 zł za balot siana. Ceny różnią się pomiędzy reginami Polski tak bardzo, że siano np. potrafi kosztować nawet 8 dych za balot. No i balot balotowi nierówny – wymiar niby ten sam, ale zależy, jak ciasno nawinięty materiał. Waga takiego więc balotu może wynosić od 150 do 250 kg, a to robi różnicę. Te, które kupiliśmy, wydają się być lżejsze od ubiegłorocznych, więc naprawdę ciężko przewidzieć, na jak długo wystarczą. Wszystko trzeba oceniać „na oko”.

  2. Iwona 18/10/2015 at 08:19

    A w okolicy nie ma żadnego targu? U nas raz w tygodniu w większej miejscowości jest targ, i tam można kupić wszystko, lub prawie. Ciuchy, żarcie, zboże, kurczaki, prosiaki, młotki, gwoździe, kosy, miotły i inne bardzo potrzebne niezbędniki wiejskiego człowieka. I tego nie kupisz w żadnym sklepie np. miotła brzozowa, czy przekaźnik o niestandardowej długości, a jak nie kupisz, to zamówisz i za tydzień będzie.

    • kanionek 18/10/2015 at 14:34

      Ooo, to taki prawdziwy targ! Kurczaki i prosiaki! Może i dobrze, że u mnie nie ma. To znaczy w B. jest targowisko, ale na nim tak: kilka stoisk z warzywami, jedna baba z jajami, zimą czasem ktoś ma ryby, a tak poza tym – szmaty, szmaty, skarpety, wędki i ruskie torby w kratę. Za to w oddalonym o 25 km E. jest rynek, na którym prócz szmat i warzyw stoją ludzie z wszelakim rupieciem, nowym i używanym, ale nieekonomicznie by mi wyszło, zarówno po owies, jak i po młotek. Młotek z wysyłką kosztował mnie 24 zł, a sama jazda do E. to dwie dychy w paliwie. Owsa mogę załadować ile – 200 kg na jeden raz? To już bliżej mam magazyn zbóż, i w ostateczności będę musiała zrobić kilka kursów. Serio, wszystek owies idzie na te płatki, w tym roku owies w magazynie skończył się już w styczniu, i pani też nam powiedziała, że wszystko na płatki skupują. A coraz mniej ludzi podobno owies sieje. Jeszcze trochę, już niedługo, na polach będzie tylko soja i kukurydza. Tylko soję muszą tak zmodyfikować, żeby była odporna na nasze warunki klimatyczne, ale wszystko da się zrobić ;)

  3. zośka 18/10/2015 at 10:32

    Właśnie sobie jadłam pyszną owsiankę z żurawinką i słonecznikiem, czytając pachnącą nowością notkę, WTEM! zwizualizowałam sobie przesmutne oczy Bożenki…weź….

    • kanionek 18/10/2015 at 14:26

      Nowością może i ona pachniała, ta notka, ale Hanka zgłasza pretensje, że czymś innym jeszcze :D
      Bożena zaś mówi, że jak już będziesz do nas wiozła te swoje płatki (bo przecież BĘDZIESZ, prawda?), to żurawinkę i słonecznik też możesz dorzucić, obrazy nie będzie ;)

      • zośka 18/10/2015 at 14:33

        W sumie mam taką dietę jak Twoje kozy, płatki, ziarna, DYNIA!! cukinia…hmm zasadniczo mogę się na zimę przenieść do obory ze swoimi zapasami prowiantu, czemu nie. Aczkolwiek nie wiem co by na to powiedziała koza Irena:ppppp

        • kanionek 18/10/2015 at 15:18

          Już uprzejmie donoszę, co na to koza Irena. Wyskoczyłam na chwilę, przedstawiam Irenie Twoją propozycję, a ona tak tylko patrzy, i patrzy na mnie z ukosa, i w końcu powiada: „Bujać to my, ale nie nas! Zapytaj tę Zośkę, jak to będzie naprawdę: ona przyjedzie do nas ze swoim prowiantem, czy raczej przyjedzie do nas OPĘDZLOWAĆ NASZ PROWIANT, hę?”. Nie miej jej za złe, Irena jest podejrzliwa z natury, zawsze taka była, i wszędzie węszy podstęp. Nawet gdy stado znajdzie jakąś fantastyczną wyżerkę (zdziczała jabłoń na skraju lasu, zwalony świerk, kępa jeżyn), i wszystkie kozy opychają się w najlepsze, to Irena stoi czujna na warcie, i ledwie co skubnie. Serio, żal mi tej kozy, bo jest najdrobniejsza ze wszystkich, jej córki wyglądają przy niej jak dwa pulpety, a ona – taki wystrachany, kościsty krasnal.

          • zośka 18/10/2015 at 15:36

            Okej, Irena ma tak samo jak ja. Myślę, że się zaprzyjaźnimy i nie tylko nie wyżrę jej podstępnie działki prowiantu, ale także oddam jej połowe swojego i jeszcze razem się powspieramy. Też mam wiecznego stresa i jakiś taki zimny, skradający się za plecami strach . Nie wiem skąd to u Ireny, ale skąd ja to mam, to wiem na 100%. Praca, a właściwie zapierdol i niepewność jutra, ciągłe zamartwianie się jak to będzie..pierdolona rzeczywistość, po prostu.

          • kanionek 18/10/2015 at 16:50

            A ja tak miałam zawsze, a praca zawodowa tylko pogorszyła sprawę. Ten zimny, czający się za plecami strach, to mnie na przykład prześladuje od kilku dni, i nie mogę się z niego otrząsnąć. Oczywiście nie mam pojęcia o co chodzi, on po prostu łazi za mną krok w krok, i nawet śpiewanie na głos piosenek przy dojeniu nie odpędza go dalej, niż na kilka metrów :-/

          • cornick 19/10/2015 at 10:44

            Kanionek, ty weź i tej zośki do kóz nie przyjmuj! mało masz roboty?! Wiesz, zośka (jeśli nawet swoje) to jednak żreć będzie, tak?! A to co do zośki wejdzie to i wyjść z niej kiedyś musi, i co? No chyba, że do jej zadań należeć będzie sprzątanie tej obórki. Sory, ale temat tego wpisu tak mnie jakoś jednostronnie ukierunkował ;)

          • kanionek 19/10/2015 at 20:41

            Noo, gdyby miała sprzątać, to jeszcze bym się zastanawiała, ale ja się obawiam czegoś innego. Zośka mi, mianowicie, wygląda na nie w ciemię bitą, i jakby ona się tak dobrze z Bożenką i Irenką zaprzyjaźniła, i zaczęłyby tam razem knuć po nocach, to zaraz miałabym kolejne związki zawodowe, a ja już tu miałam Związek Zawodowy Leśnych Rosołów i wiem, czym to pachnie. Fermentem! I postulatami. Zośka, przykro mi, właśnie się okazało, że brak miejsc! :D (ale jakby co, to nie moja wina, tylko Cornicka)

      • zośka 18/10/2015 at 14:44

        A w temacie Mająca, który robi za tojtojke, to pamiętam, że pies teściów też tak miał. Zjadał ze smakiem odchody gęsi, które teściowa hodowała namiętnie. Weterynarz twierdził, że to skutek braku flory bakteryjnej po przebytej długiej chorobie i antybiotykach i pies dostawał coś na odbudowę tej flory, nie pamiętam co, bo to dość dawno było. W każdym razie przeszło mu i przestał to robić. Może w tym kierunku kombinujcie?

        • kanionek 18/10/2015 at 15:24

          Hm. Warto spróbować. Zapytam jeszcze tę panią weterynarz, u której będziemy za jakiś czas na kontroli odnośnie działania kropel do oczu. Ja tam Mającowi nie żałuję, ale kiedy to WIDZĘ, to mi słabo ;)

          • paryja 18/10/2015 at 17:44

            Żwacz jej kup wołowy, albo chociaż niedokładnie wypłukane flaki , są też tabletki ze żwaczem u weteryniorza . Mojemu gównojadowi pozwoliłam żreć w lesie sarnie bobki i w końcu przestał ale dla odmiany dziś się wytarzał w sarniej biegunce, ech , chyba wolałam jak jadł .
            Bardzo dziękuję za naświetlenie problemu klepania kosy, już wiem co było nie tak :)

          • kanionek 18/10/2015 at 18:56

            A proszę uprzejmie :) Nie należy się zrażać, gdy po pierwszej rundzie (czyli popieszczeniu młotkiem całej długości ostrza) nic nie widać. Moja kosa uległa dopiero po czwartej, oczywiście tym odpowiednim młotkiem klepana. Też klepiesz? Bo mogę podrzucić linki do filmów na youtube, z których korzystałam, zgłębiając samą technikę.

          • paryja 18/10/2015 at 17:49

            Dlaczego nie mogę odpowiedzieć na swój własny komentarz ? chciałam się pokajać że się wpieprzyłam w dyskusję z radami o żwaczu a to już było poradzone niżej .
            Ten komentarz powinien być pod moim następnym i w tej kolejności proszę czytać :)

          • kanionek 18/10/2015 at 18:53

            Paryja – a któż to wie, dlaczego? Ta wtyczka ma swoje kaprysy ;) Nie przejmuj się jednak, na tym etapie, czyli 30 komentarzy, jeszcze nic nie zginie. Przy trzystu robi się dopiero pomieszanie z poplątaniem :)

          • paryja 18/10/2015 at 21:41

            Oczywiście że poproszę o wszelkie instrukcje klepania(najlepiej żeby dużo nie mówili w nieludzkich językach) . Ja nie klepię tylko chłop ale poległ po kilku próbach i teraz tylko liże kosę osełką ale w tym tempie lizania kosa długo nie pociągnie.
            Klepać bym się chciała nauczyć bo koszę ja, więc miałabym pełną samoobsługę .

          • kanionek 19/10/2015 at 00:52

            Po angielsku gadają (w sumie po obejrzeniu kilkunastu instruktaży oparłam się na doświadczeniu jednego gościa, który nie wiem skąd pochodzi, ale ożenił się z Czeszką i zamieszkał w jej kraju; nawet z nimi korespondowałam przez jakiś czas), ale poszukam jutro/pojutrze, bo teraz net mi chodzi jak ja do lekarza, czyli prawie wcale. Gość jest trochę flegmatyczny, ale warto obejrzeć całość, bo z bliska pokazuje co i jak, i tłumaczy dlaczego, a to dla mnie zawsze było ważne – nie nauczę się niczego, dopóki nie zrozumiem dokładnie „co, jak i dlaczego” ;)

          • MagaZ 21/10/2015 at 11:08

            Ja też proszę o instruktaże o klepaniu kosy , bo kosa jest , ale ostatni klepacz klepie już po drugiej stronie , a my teraz w osełce i kosa niknie nam w oczach , a o dobrą nową też trudno . Jak małżonek kupił ostatnio nowe lemiesze do pługa , to o mało je na złom nie oddałam bo wyglądały jak kawałki jakiegoś zardzewiałego krzywego żelastwa .

  4. RozWieLidka 18/10/2015 at 11:37

    Eee tego, to czy ją mogę odesłać te płatki Bożenie, bo mnie kosą tzn. kołkiem w gardle stanęły. 😜

    • kanionek 18/10/2015 at 14:24

      No ba! Ślij na adres:
      Bożena Koza
      Koziarnia 1
      00-666 Koniec Świata

      (Bożena mówi, żebyś jeszcze dopisała „tylko do racic własnych”, żeby jej tych płatków Irena nie buchnęła)

  5. wersja 18/10/2015 at 13:47

    hm, dziadka mojego młotek do klepania kosy miał cokolwiek inny kształt, taki bardziej rogalowy. może inną szkołę klepania stosował?

    piąta!

    p.s. Wąski wie, że jest szykanowany i jako jedyny pies nie wystąpił na zdjęciach do tej notki?

    • kanionek 18/10/2015 at 14:21

      Jak to – jako jedyny? Antoni też nie wystąpił! To znaczy on generalnie występował, razem z Mającem, po drugiej stronie ściany balotów. Mając wkurzony, bo ledwie opanował układ przestrzenny podwórka, to mu jakaś ściana na środku wyrosła, a Atos tylko wybałuszał gały na Lasera z zazdrości, że sam nie może wskoczyć na górę, a przecież w ubiegłym roku jeszcze mógł.

      Rogalowy młotek? Niee, to wcale nie musiała być inna szkoła klepania. W sumie ciężko mi sobie wyobrazić, jak inaczej możnaby klepać kosę; zasadniczo liczy się kształt „czółka” obucha, a czy całość jest rogalem, czy preclem, to już bez znaczenia. Tej przeciwnej, cieńszej części młotka używa się rzadko, tylko do naprawiania uszczerbków materiału w ostrzu. Eee, musiałabym to na filmie pokazać.

      • wersja 18/10/2015 at 21:06

        sory, na drugim zdjęciu z orzechami są Mając i Atos, nie? czyli Atos jest. czy mi się psy poptaszkały?

        • kanionek 18/10/2015 at 21:12

          A nie, no tak! Ja myślałam, że miałaś na myśli tylko sesję z balotami, gupi Kanionek. To prawda, Wąskiego zabrakło. Chciałam na końcu wrzucić fotkę jak ziewa, ale jednak wrzuciłam kozy z dynią :)

  6. hanka 18/10/2015 at 13:49

    No nie powiem, żeby ta notka była specjalnie pachnąca. Kanionek daj Majce do jedzenia suszony żwacz (rada od koleżanki psiary).

    • kanionek 18/10/2015 at 14:16

      Dostaje suszone żwacze. Wszystkie psy dostają, bo miesiąc temu otrzymaliśmy w prezencie od jednej klientki cały wór tych specjałów.

  7. Ynk 18/10/2015 at 14:22

    I ja o płatkach. Podsypywałam do miski wyproszoną błagalno-domagalnym spojrzeniem Podstoliny (zwanej przez Starszego nanoowczarkiem) dokładkę owsianych, mówiąc jej przy tym (by stemperować trochę jej rozbuchany apetyt), jak to w różnych odległych regionach kraju kozy nie mogą sobie pozwolić nawet na jedną miseczkę tego dania, toteż zwróciła.
    A skoro już o wydalinach. Czy nie przyszło Ci do głowy, że Mając po prostu LUBI kupy? Lubi je mieć na deser.
    Oczy me i serce uradowało zdjęcie niecek z dyni z posilającymi się Koziełłami :-) Mee…

    • kanionek 18/10/2015 at 14:50

      :D Biedna Podstolina, sterroryzowana łakomym okiem Bożenki!
      Jeśli się okaże, że Mając po prostu lubi kupy, to trudno, no przecież z powodu przekonań gastronomicznych nie wyrzucę psa z domu, ale wolałabym jednak, żeby się okazało, że czegoś jej w diecie brakuje. Ja to bardzo chętnie uzupełnię, wiadrami!

      • Ynk 18/10/2015 at 18:18

        Nie taka biedna. Zjadła zwrócone. Po namyśle. I letkiem niuchnięciu ;-)
        I ja myślę, że czegoś brakuje w diecie Mająca. Ale czy to przeszkadza żeby pies, jak każdy szanujący się człowiek, miał swoje osobiste upodobania i fanaberie deserowe? ;-)

        • kanionek 18/10/2015 at 18:51

          No nie, oczywiście, że im wolno, i jeśli Laser lubi cebulę, to nikomu nic do tego, ale wiesz… Cebulowe buziaczki da się znieść, a te gówniane… No jakoś tak… A Mając jest BARDZO przytulaśna i lubi człowiekowi podyszeć prosto w twarz, leżąc mu na klacie :)

  8. sunsette 18/10/2015 at 14:33

    Eksperyment z mlekiem zaintrygował mnie niezmiernie, ciekawa jestem, czy na końcu jednak wybuchnie, czy nie;)
    Zapytowuję cichutko, czy nie znalazłoby się kawałka sera dla osoby, która nigdy w życiu nie miała w ustach koziego mleka ani tym bardziej żadnych pochodnych… Nie zamawiałam wcześniej, bo wiem, że dużo nie ma, a staż w koziarni mam niewielki i nie zasługuję, ale może coś się jednak wyskrobie? Bo jak mam zaczynać tę przygodę, to tylko z Kanionkiem (przyznaję się, to mleko mnie przekonało;))

    • kanionek 18/10/2015 at 15:21

      Też jestem ciekawa, czy wybuchnie! Na wszelki wypadek nie wstrząsam.
      I jak to – nie zasługujesz? Tu nie ma różnicowania na lepszych i gorszych; wszyscy jesteśmy najlepsi, i tego się będziemy trzymać. Wyślę Tobie maila ze szczegółami, a Ty sobie zdecydujesz co, z czym, kiedy i w ogóle. Najwcześniej w poniedziałek za tydzień mogę cokolwiek wysłać :)

      • sunsette 18/10/2015 at 17:20

        O, dzięki Ci, dobra kobieto. Już przeczytałam i odpisałam na maila!

  9. mitenki 18/10/2015 at 15:50

    Płatków owsianych nie jem, czasami otręby owsiane. Czy powinnam mieć wyrzuty sumienia, że wyżeram Bożence, czy mogę jeść je spokojnie? I jeszcze dużo warzyw zjadam…
    Kozy mają baaardzo duże miski :D Zjadły je całe? Czy tylko zawartość?
    Na niemiłe zwyczaje żywieniowe Mająca kilka rozwiązań…
    http://www.psy24.pl/1661-Pies-zjada-odchody.html
    Muszę podpowiedzieć kuzynce. Jej sunia robi to samo, a ponieważ liże po twarzy lubiane osoby (mnie lubi), to odkąd wiem jak się „dożywia” bronię się przed jej karesami jak mogę. Suni smutno, ja mam wyrzuty sumienia że ją odpycham, ale wyobraźnia robi swoje…

    • kanionek 18/10/2015 at 16:47

      Nieee, wcinaj otręby bez obaw, poza tym – Ty już swoje płatki Bożenie oddałaś (przy okazji – kurczaki ślą podziękowania za ten makaron w kokardki, mają z nim ubaw, ja zresztą też, gdy tak każdy zapiernicza ze swoją kokardką w dziobie). Zaraz poczytam, co tam wygrzebałaś z mroków interentu :)

    • mitenki 18/10/2015 at 17:19

      Skoro kokardki tak im przypadły doślę jeszcze :D (jeszcze znalazłam zapasy). Swoją drogą szkoda, że tego nie widzę :D
      Właśnie była u mnie sąsiadka (dla której też zamówiłam serki), z żądaniem, żeby ZARAZ, NATENTYCHMIAST jej zamówić :D Spytała jak wygląda cały i ile waży (wzięła 2 rodzaje po pół), pokazałam jej swój cząberek, a ona na to: „jak to? czemu ja mam tak dużo, a ona miała tak mało?” i zabrała mi połowę…. chlip.
      Następnym razem nie wpuszczę za próg!

      • kanionek 18/10/2015 at 19:58

        O, jeśli chodzi o cząberek, to już niewiele zostało tego suszonego (większość poszła na świeżo, latem), a muszę przyznać, że suszony ze sklepu to jakieś szare smuty są przy tym z ogrodu. W przyszłym roku wysieję więcej.

      • mitenki 18/10/2015 at 20:50

        Cząberek znam tylko ten od Ciebie, w serku. Ale kiedyś koleżanka przynosiła nam do pracy (na ukojenie skołatanych nerwów) melisę suszoną z działki. Nic wspólnego z kupną nie miała – inny zapach, smak i kolor naparu. Aż się chciało pić. Nie wiem jak się przetwarza zioła w Herbapolu, ale robią im tam duże kuku.
        Jeśli cząberek na wykończeniu, to ja już się zapisuję na 2 takie, jakie mi teraz robiłaś(cząber+tymianek?).
        Popadało u Ciebie? U mnie od 2 dni leje, mogłoby jakoś lokalnie – nad stawem i studnią u Ciebie popłakać.

        • kanionek 18/10/2015 at 21:19

          Ja się mogę tylko domyślać, że w dużych przetwórniach zielska wszystko leci jak leci – łodygi i liście. A ja wybieram najładniejsze gałązki, choć robota to nudna i długa. Jedyne, co mnie nieco rozczarowało, to moja mięta – nie jest aż tak aromatyczna, jak bym sobie życzyła, i to może być wina odmiany, a jest ich trochę.

          Tak, to był cząber i tymianek. Za tydzień będzie OK, czy za wcześnie?

          TAK, ZAPOMNIAŁAM NAPISAĆ! Padało całą noc, a i teraz jeszcze siąpi. W studni wody po pachy, więc zanim ucieknie do stawu, napaliliśmy w centralnym, żeby nagrzać wodę, i po domu rozniósł się zapach szamponu do włosów :) Jeśli ktoś nie wie, jak cieszą takie drobiazgi, jak możliwość normalnego umycia włosów (że wodą bieżącą, a nie polewaną z garnka), to niech spróbuje :) A może i pranie jutro zrobię?

          • paryja 18/10/2015 at 21:53

            Jeśli chcesz miętę co to szczypie w oczy daj znać -podeślę sadzonki :)

            Niejaki dr Różański (spec od ziół)zbadał kiedyś melisę w torebkach i melisy tam było niewiele (tu macie linka chyba )
            http://rozanski.li/?p=3821

          • kanionek 19/10/2015 at 00:44

            Ooo, fajnie, ale to może na wiosnę? Teraz strach coś w ziemię wtykać, bo a nuż zaraz znowu będzie minus dziesięć?
            Taa, w ogóle te zioła w torebkach to jest zawsze taki proch i pył, jak to mawiał mój dawny kolega, „zmioty z podłogi”. Raz kupiłam miętę Kamis, normalnie jako przyprawę, w torebce, i to była eksplozja aromatu, i nawet kolor miała zielony ta mięta. Ale na herbatki trochę drogo wychodziło.

          • mitenki 18/10/2015 at 22:43

            Wow! Ale rozpusta w Kanionkowie :D Szampon do włosów, kąpiel? :D
            Przypomniały mi się wyjazdy w czasach szkoły średniej – obozy, na których warunki były takie, że dziś organizatorzy nie dostaliby pozwolenia. Bez bieżącej wody, o ciepłej nawet nie ma co wspominać (pół kubka do umycia zębów), bez sanitariatów – chyba były drewniane sławojki. Kuchnia – tu mieliśmy full wypas, bo była kucharka, która gotowała. Choć kiedyś, po nieudanym obiedzie (gulasz wylądował w krzakach, bo zalatywał środkiem dezynfekującym) strzeliła focha i 5 dni przed końcem obozu wyjechała, zostawiając nas samych. I jakoś sobie poradziliśmy, strat w ludziach i sprzęcie nie było.
            Tak mnie jakoś naszło na te wynurzenia po przeczytaniu artykułu, do którego dałaś link :)
            W każdym bądź razie, gdy wróciłam z obozu, długo i z lubością moczyłam się w wannie gorącej wody :D

          • kanionek 19/10/2015 at 00:39

            Ja byłam tylko na jednym obozie harcerskim (bo ja się nie lubilam socjalizować, ale akurat harcerski mi przypadł do gustu, bo w lesie miało być), i pamiętam z niego tyle, że w środku nocy nas starsi drużynowi obudzili, poświecili latarką w oczy, nakazali się ino szybko ubierać, i w las! Podzieleni na zespoły kilkuosobowe, ruszaliśmy w ten ciemny jak dupa dzika las (ja pierwszy raz w życiu byłam w miejscu, gdzie nie było ani jednej latarni – dziecko blokowiska…), z kompasem i latarką (jedną latarką!), by szukać wskazówek na dalszą drogę ukrytych gdzieś po dziuplach i innych krzakach. Wskazówki wyglądały tak, że to były nabazgrane na karteczkach zagadki, i jeśli się źle odgadło, to DUPA DZIKA, szło się w złą stronę (tylko kompas, żadnych dżipiesów i komórek), i błądziło po chaszczach. Nie wiem jakim cudem wszyscyśmy z tego wyszli żywi i nikogo nie zjadły wilki, ale jakoś daliśmy radę, a na drugi dzień było ognisko, brzdąkanie na gitarze i zalotne spojrzenia rzucane przez druha drużynowego w kierunku takiej rudawej druhny. Pod koniec ogniska to oni się już tylko sami sobą zajmowali, a mi w pamięci zostało to niesamowicie rozgwieżdżone niebo, jakiegom nigdy wcześniej nie widziała. Żarliśmy jakieś papkopulpety w sosie podobno pomidorowym, z aluminiowych menażek, takim łyżkowidelcem i to był czad. A i raz byłam na koloniach w górach, i po trzech dniach pisałam do Mamy list, że jak mnie stamtąd nie zabierze, to sama wracam – ciągłe zajęcia w grupach, durnawe wieczorki taneczne, obowiązkowa gimnastyka zbiorowa rano (skandal!), i ani chwili na to, by siąść na dupie i pomyśleć o życiu, a w końcu miałam już te 10 lat, nie?

          • nikt wazny 19/10/2015 at 04:07

            No, ja nieco starsza od Kanionka, wiec moje wspomnienia wakacyjne jeszcze bardziej siermiezne byc moga:)
            Jezdzilam na obozy harcerskie, na ktorych cala toaleta odbywala sie na pomoscie nad jeziorem, wode ciepla mielismy z kotla opalanego drewnem, zaraz kolo pomostu stal, a obok namiot dla tych, ktorzy chcieli nieco intymniej sie umyc:) Menazki tez mylo sie na tym pomoscie, przy pomocy piachu zebranego na brzegu.
            Innym zas razem bylam na obozie calego hufca. Poszczegolne druzyny mialy swoje obozy, wszystkie nad tym samym gorskim potokiem (gleboki na 20-30 cm, szeroki na 1,5-2 m). Nasz oboz byl polozony najpiekniej i najlepiej, bo w gornym biegu tego potoku. Ponizej, w odleglosci jakichs 2 kmbyly pozostale 3 obozy, jeden obok drugiego.
            Kiedy myslismy zeby, spluwajac w wody potoku, rozmyslalam o tych tam, nize:)
            Menazki tez mylismy w tym potoku, tez tylko piachem i zwirkiem.
            Sanepid jakos wtedy dopuszczal takie akcje:)

          • kanionek 19/10/2015 at 10:29

            Kłamstwo! NIKT nie jest starszy od Kanionka, co widział Wielki Wybuch! Nikt, nawet Nikt Wazny.
            Ooo, przypomniałaś mi – jedyne, co mi się na tych górskich koloniach podobało, to właśnie te kryształowe potoki. Piłam z nich wodę jak karibu, dziwiąc się, że nic a nic chlorem nie smakuje :) Dzisiaj już chyba bym się nie napiła.

          • nikt wazny 19/10/2015 at 04:09

            I kolo kazdego namiotu stal stojak (jakis dobrze rozgaleziony konar) na menazki i sztucce (te lyzko widelce wlasnie:). Nawet niezbyt dokladnie umyta menazka nie miala wiec szans na porzadne zasmierdniecie sie;)

          • zeroerhaplus 19/10/2015 at 14:22

            Nooo, w koncu przyznałaś, że NIKT nie jest starszy od Kanionka :)))

          • RozWieLidka 19/10/2015 at 15:24

            Taki bezprysznicowy survival miałam ostatnie dwa tygodnie, bo mi się remontu łazienki zachciało-kapitalnego. Wanna w misce i kibelek w wiaderku – bezcenne ;)

          • kanionek 19/10/2015 at 19:36

            A ja pamiętam takie akcje za Peerelu, że każdego lata było planowe odcięcie mieszkańców od ciepłej wody na dwa tygodnie. TYLKO od ciepłej, zimna była, a nam się i tak wydawało, że koniec świata, czemu to tak długo trwa, i w ogóle jaka udręka.

          • mitenki 19/10/2015 at 18:01

            A węgiel? Też nie jest starszy od Kanionka? :D

          • kanionek 19/10/2015 at 19:29

            Węgiel to Kanionek tymi ręcami lepił, jak mu się nudziło. A że potwornie mu się nudziło, bo był sam jeden na całym świecie, to dużo węgla ulepił przez te wszystkie tysiąclecia :) Prosz. Nie ma za co.

          • nikt wazny 20/10/2015 at 02:10

            E, w moim miescie w blokach w ktorych woda ciepla byla w kranach dostarczana przez PEC jeszcze w latach 90-tych przerwa w dostawie tejze trwala jeden wakacyjny miesiac. Kolezanka, ktora miala przyjemnosc mieszkac w takim bloku wymyslila patent na grzanie wody w pralce automatycznej:)

            Kanionku, to Ty ten wegiel???? Czyli to TY odpowiadasz za globalne ocieplenie!

          • kanionek 20/10/2015 at 11:30

            I znów muszę powiedzieć – tak, proszę, nie dziękujcie. No co? Większość woli ciepło od zimna, a jakoś to trzeba zrobić, nie? Cel uświęca środki, a ja mam skłonności makiawelistyczne, przynajmniej wg psychiatry (ale to była opinia sprzed 20 lat i trochę mi się stępiły te skłonności, tak samo jak słuch, wzrok i zdolność logicznego rozumowania).

          • MagaZ 21/10/2015 at 11:31

            O tak obozy były fajne a po powrocie z pierwszego ojciec miał problem z oceną czy to jego dziecko i dla sprawdzenia osobiście wrzucił mnie do wanny z gorącą wodą i wyszorował szczotą . No bo kto by targał pod górę dwa wiadra zimnej wody za jedno gorącej , na pewno nie 1,20 m w kapeluszu. A na kolonie chętnie jeździłam, bo mimo wszystko udawało mi się chodzić swoimi ścieżkami . Na pierwszej kolonii przetestowałam i stwierdziłam że groźby zgłoszenia mojego nagannego zachowania rodzicom oraz odesłania do domu są bez pokrycia ( listy długo szły a do domu daleko, bo to Świnoujście było ) , więc dalej łaziłam tam gdzie chciałam i wszelkie upomnienia zbywałam krótkim -no to mnie odeślą , chyba w paczce .

  10. mitenki 18/10/2015 at 17:21

    Z głodu (?) zjadło mi się… „przypadły do gustu” miało być…. Meee

    • kanionek 18/10/2015 at 18:58

      Szpoko kokardki, szło się domyślić, że nie do gardła im przypadły (z żądaniem okupu na przykład) :D
      (albo ta nowa-używana klawiatura już wymięka, albo się starzeję; co chwilę literówki poprawiam!)

      • mitenki 18/10/2015 at 22:57

        A wiadomo? :D Z ciepłego, bezpiecznego miejsca w mojej szafce (gdzie dłuuugo im nic nie groziło) trafiły w dzioby żarłocznych, pasiastych kurczaków! Jak tu się nie zdenerwować i nie być agresywnym?!? :D

  11. Kachna 18/10/2015 at 19:07

    Kanionek – nie napiszę dziś nic.
    Bo mnie załatwiłaś.
    Niech Cię Twoja kaczka jedyna kopnie.
    Znalazłam cały tekst.
    I się zaszyłam pomimo deszczu w altanie.
    Jutro – jutro coś więcej.
    Trafiłaś mnie prosto.
    Żeby TO było takie proste….
    Żeby to było takie…

    • kanionek 18/10/2015 at 20:02

      Ja wiem, że nie jest. I nie chciałam Cię „trafić”! Kurdekaczka.
      Ja też nie napiszę więcej, bo to chyba nie miejsce…?
      Wyłaź z altany, jesteś za mądra, zbyt piękna, i za dobra na altanę. Idź w stronę jagódek, powiadam Ci!

      • Kachna 18/10/2015 at 20:47

        Tak słucham dziś i słucham.
        Jakoś tak w końcu zaczęłam słuchać trzeźwiej (pomimo, że nie trzeźwiej…;) . Znaczy utworu muzycznego dedykowanego.
        I słyszę, że jakieś tak jakby podobne początkowe akordy do jednej smętnej po stokroć pieśni Anny Bułanowej – dawniej i teraz dużo słucham rosyjskojęzycznych i ukraińskich artystów( Ukraina raczej mocniejsza muzyczka np. Hajdamaky albo Okean Elzy).
        Może mnie się tylko wydaje, że podobne początkowe akordy….ale słuch mam podobno prawie absolutny:)
        A to ten smutas ze słowami jeszcze bardziej.
        https://www.youtube.com/watch?v=qFbxxvsjVHQ
        Co myślicie?
        Ja wiem, że samo porównanie pani Anny B do Steel Heart jakies takie ale no kurde skojarzyło mi się!

        • kanionek 19/10/2015 at 01:39

          Ja tam słyszę jednak pewne różnice, no i tak na dobrą sprawę – utworów z intro na klawiszach w podobnym tempie znalazłoby się trochę więcej, niż dwa, ale to wszystko nieważne. Ważne, że skoro obecnie jesteś na etapie zagryzania smutnych piosenek jagódkami z woltydżem, to potem może być już tylko lepiej, i życzę Ci jak najszybszego przejścia do tego kolejnego etapu :-*

          • Kachna 19/10/2015 at 11:45

            Nie, nie, nie – one są podobne.
            …………
            Etapu nie ma.
            Są amplitudy.
            I Etiudy ostatnio. Bo ja słucham Szopena a teraz jest Wielkie Słuchanie oraz święto:)
            Tak sobie uprzyjemniam.

          • kanionek 19/10/2015 at 20:19

            Miałam ja kiedyś ostrą fazę Szopena, będzie z 15 lat temu, aż pod jej wpływem zaczęłam pisać wiersze i malować bohomazy. Całe szczęście, że gdzieś przepadły. Płyty mam do dziś, ale boję się odpalać, zwłaszcza nokturnów. Mam zbyt emocjonalny stosunek do niektórych Frytka kawałków (patrz: wiersze i bohomazy), a jesienią to już w ogóle lekarz mi zabronił. I ja bym Tobie też zabroniła, ale wiem, że to nic nie da, bo wszystko ma swój czas. Może gdy znów będziesz na górce wykresu, odważysz się wyskoczyć całkiem poza schemat? Naleweczka tymczasem pyta o adres – dużo nie dostaniesz, żeby potem nie było, że to wszystko Kanionka wina (wina i nalewki), ale specjalnie dla Ciebie tę melisę szatkowałam :)

        • nikt wazny 19/10/2015 at 03:58

          Kachna! Okean Elzy bardzo dobrze m i robi, ale jak sie porzadnie zdolowac to ino przy Smyslovye galljucinacii;)
          A i Zemfiry milo posluchac, nieprawdaz?
          Ech, temat rzeka ta muzyka zza wschodniej granicy.

          • nikt wazny 19/10/2015 at 04:13
          • Kachna 19/10/2015 at 11:49

            Zemfiry nie znałam – ale posłucham.
            Okeanów poznałam jak często wyjeżdżałam na Ukrainę.
            Nawet celników wzruszałam, jak się okazywało, że jedyne co przemycam to chleb czarny z charkowskiej piekarni nr 11 i płyty Okeanów i Trofimowa (taki ichni bard jak nasz np. Kaczmarski).
            Lubię te języki. I ludzi.
            Ehhhh! Żyzń!

          • ciociasamozło 21/10/2015 at 13:01

            A do mnie bardziej ostatnio przemawia taki klimat: https://www.youtube.com/watch?v=0JQ0xnJyb0A
            Może dlatego, że chętnie bym komuś morde obiła a w teledysku taka śliczna sielanka-sranka :)

        • Ynk 20/10/2015 at 13:48

          A Alinę Orlovą, Dziewczyny, znacie? Lubicie?

          https://www.youtube.com/watch?v=rhCSj3ToWow

          https://www.youtube.com/watch?v=jqEI_HCk_HI

          Kachna, sublimujesz? :-)

          • RozWieLidka 20/10/2015 at 19:46

            Nie znałam, ale się mnie podobuje :) Dopisuje do playlisty.

          • mitenki 20/10/2015 at 20:23

            Taka trochę Kate Bush :)

          • RozWieLidka 20/10/2015 at 21:25

            Mitenki o toto. Tak mi sie jakoś kojarzyło, ale nie mogłam zakumać;)

          • Ynk 20/10/2015 at 23:10

            no to jeszcze nadobranoc :-)

            https://www.youtube.com/watch?v=Y520xZbNQQ8

    • mitenki 18/10/2015 at 23:01

      Kachna, Kozo miła… nie wiem co napisać, po prostu przytulam :*

      • Kachna 19/10/2015 at 11:46

        Dziękuję mitenki.
        Naprawdę – to działa.
        :*

  12. diabel-w-buraczkach 18/10/2015 at 21:23

    Ja tez nie cierpie przebierania sie za cebule!! A musze – bo droga na zaklad daleka, a na samym zakladzie tez cieplo nie jest… Teraz to jeszcze ujdzie, ale za miesiac albo dwa, jak przyjdzie mróz, to to ubieranie trwac bedzie znowu 15 minut, a na koncu czlowiek czuje sie jak czolg. Zmeczony czolg. (albo przynajmniej czlowiek-taran)

    • kanionek 19/10/2015 at 00:54

      Dokładnie tak, Diable złoty, jak zmęczony, sztywny, toporny czołg. A rano to nawet jak ranny czołg. A zima trwa pół roku, i weź tu bądź czołgiem, człowieku, przez sześć miesięcy.

    • ciociasamozło 19/10/2015 at 09:47

      I pomyśl Diable, że Ty masz w tym pancerzu tylko przetuptać z punktu A do punktu B, ja najwyżej po psią kupe sie schylę a Kanionek całą gimnastykę ogólnozagrodową jako człowiek-czołg uprawia (kury karmi, kozy doi, dynie toczy, Atosa wyciska…)!

  13. kaczka 18/10/2015 at 22:17

    Nie znam sie to doradze! Poszlam i przeczytalam w jednym weterynaryjnym miejscu o koprozercach, a tam mowia: ‚polej sosem!’
    Logiczne, prawdaz? Frytki z keczupem, szparagi z beszamelem, a kupa… uwaga! z Tabasco lub Habanero!
    I wyobrazilam sobie Kanionka, gdy biega za stadem gesim z taka butelka, z ktorej sie ten sos wystrzykuje i celuje w guano! A miejscowa ludnosc stoi za plotem i nabiera podejrzen!

    • mitenki 18/10/2015 at 22:44

      A wiesz Kaczko, że miałam podobny pomysł? :D Tylko raczej o posypywaniu myślałam.

      • kaczka 18/10/2015 at 23:14

        Wieki temu, gdy behawiorysci weterynaryjni schodzili dopiero z drzew ewolucji, ktos doradzil kaczej rodzinie, by oduczyla swojego psa (znanego jako Pan Puszysty) zzerania padliny, nadziewajac mu kawalek kielbasy ostrymi papryczkami. Tak tez uczynilismy, kielbase nadziano, wylosowano wyprowadzajacych oraz podrzucajacych kielbase… ale zaraz? GDZIE KIELBASA?! przeciez lezala na polce w przedpokoju!!! Coz, Pan Puszysty lyknal ja w calosci (wszystko lykal bez gryzienia, syndrom psa schroniskowego) i nawet nie zauwazyl, ze byla na ostro :-) Wiecej kielbasy nie bylo, morale nam podupadlo, a u weterynarza mielismy stala karte kilenta. Ostatecznie trzeba bylo Panu Puszystemu obstalowac kaganiec, ale nawet przez kaganiec wciagal. Dozyl na tej diecie sedziwego wieku lat osiemnastu.

        • mitenki 18/10/2015 at 23:45

          Pan Puszysty był nie w ciemię bity :D Płaczę…

        • ciociasamozło 19/10/2015 at 09:34

          Tia, ja w akcie desperacji próbowałam tak z nieświeżym mięsem i świeżą cytryną, której Buła szczerze nienawidzi. Efekt ten sam co z kiełbasą Pana Puszystego.
          Teraz czasami działa hasło „widze cię!”, a ostatnia torba foliowa w kupie była jakieś pół roku temu (na wejściu pewnie pachniała jakimś ścierwem) więc nie jest źle.

          • kanionek 19/10/2015 at 10:23

            HA HA! Mam tę samą taktykę, przynajmniej wobec Lasera. Np. robię sobie kawę, nie wypijam nawet połowy, idę do łazienki, i słyszę, jak ten czarny, śliski węgorz skrada się do kuchni, i krzyczę przez zamknięte drzwi: „Laser, JA CIĘ WIDZĘ!”. I wtedy słyszę, jak Laser zeskakuje z krzesła w kuchni i wraca do pokoju, drepcząc zrezygnowany i mrucząc pod nosem coś o podłych czarownicach i skąpiradłach.
            Na Mająca niestety ta sztuczka nie działa. Ja mówię” „Mając, widzę cię!”, a ona mi na to: „a ja ciebie nie. Odczep się od inwalidy, ja tu głodna cały dzień chodzę (odsuń się od miski, Kotek, ty się już w życiu nażarłeś)”.

    • kanionek 19/10/2015 at 00:42

      Cysternę tabasco tanio kupię…

      • kanionek 19/10/2015 at 00:56

        Kaczka, a skoro się nie znasz, to może będziesz wiedziała: czy mogę ZAMIAST strzykać na gęsie guano, po prostu nakarmić gęsi tym sosem, i guano wyjdzie już tak jakby odpowiednio przyprawione…?

        • kaczka 19/10/2015 at 11:31

          Kanionek! Jesli Chinczycy jedza stuletnie jaja to moze, czniajac koprofaga, gesie guano z sosem Tabasco byloby jakas nowa kulinarna opcja, ktora moglabys dostarczac do ekskluzywnych wyszynkow?
          Ale, mowmy serio, naprawde wolalabys te gesi nakarmic niz chodzic po obejsciu w antyradioaktywnym kombinezonie oraz z dystrybutorem na grzbiecie zakonczonym sluchawka prysznicowa. Zaprzepascic taka okazje budowania swojej legendy wsrod okolicznego ludu?

          Biskwit tez jeszcze wierzy, ze widze go przez sciany.

          • kanionek 19/10/2015 at 20:27

            Ale ile ja bym się musiała w tym atomowym rynsztunku nachodzić, żeby mnie ktoś zauważył! Toć tu pies z kulawą nogą nie zagląda, jeśli nie liczyć listonosza i Żozefin, a i ona tylko z daleka rzuci czasem spojrzeniem, bo psów się boi, kulawych, czy nie. A kto Żozefin uwierzy, w te kąkole i myszołapki. Właśnie! Razu pewnego skarżyła się nam, że jej myszołapki marchew wyżerają… Z przedstawionego przez nią rysopisu myszołapki wnioskuję, że marchew padła ofiarą nornicy, ale co ja tam wiem.

          • paryja 21/10/2015 at 07:12

            A moją marchew podobno zjadły chomy albo/i kruczki :)

  14. kaczka 18/10/2015 at 22:19

    A platki owsiane bez opamietania pozera Biskwit. Impas! Ja sie nie odwaze Biskwitowi odebrac :-)

    • kanionek 19/10/2015 at 01:01

      Biskwitowi to i sama Bożena by nie odebrała :D

      • kaczka 19/10/2015 at 11:32

        Biskwitowi i sam Biskwit by nie odebral :D

  15. Ania W. 18/10/2015 at 22:53

    Kanionek, jakbyś Ty o tych jabłkach zemailowała, to ja bym była przeszczęśliwa… Ale na upierdliwą już wychodzę, jabłka i jabłka… :)

    • kanionek 19/10/2015 at 00:24

      Przecież napisałam, kilka dni już będzie, i myślę sobie – pewnie się rozmyśliła! Może do spamu wpadło?

      • Ania W. 19/10/2015 at 13:55

        Kurde, no spam przegrzebałam i nima :(. Ponowisz?

      • Ania W. 19/10/2015 at 18:12

        No jakby się mogła rozmyślić! I co gorsza: nie odpowiedzieć na emaila! W Oborze takie zachowanie byłoby napiętnowane, a ja tu się zadomowiłam :)

        • kanionek 19/10/2015 at 19:27

          Jakie napiętnowane? Zapytaj Zeroerha, po jakim czasie JA potrafię odpowiedzieć na maila :D
          Net mi szwankuje, ale spróbuję znów wysłać. Aha – adres mailowy ten sam, który podajesz dodając komentarz, tak? Bo ja tylko taki mam i na taki wysłałam.

          • zeroerhaplus 19/10/2015 at 22:59

            Tylko nie pytaj Zeroerha po jakim czasie ONA odpowiada……..

          • kanionek 20/10/2015 at 00:25

            Ale jesteśmy w kontakcie, a e-mail i tak już niedługo będzie przestarzałą formą komunikacji. Wkrótce wszyscy będziemy mieli czipa pod skórą na czole i wiadomości będziemy sobie przesyłać siłą woli, czy jakoś tak ;)

          • Ania W. 21/10/2015 at 17:56

            Ten sam, samiutki. I dostałam emalię, i już nawet odpisałam wczoraj :)

          • kanionek 21/10/2015 at 22:35

            Czary jakieś, bo ja NIC nie dostałam! Na info@kanionek.pl pisałaś? Weź może jeszcze raz, co? Sprawdzałam przed chwilą, i parę maili jest, więc poczta działa, ale nic od Ciebie.

  16. ciociasamozło 19/10/2015 at 09:39

    Ja bardzo przepraszam kozy Kanionka, ale jedyne co mam w fabryce do jedzenia to musli ze śladową ilością płatków owsianych. I niestety je zjem. Może sie nie udławię.

    • kanionek 19/10/2015 at 10:25

      No MOŻE się nie udławisz. Irena mówi, żebyś uważała na zdradliwe rodzynki i większe orzeszki. MOGĄ wpaść niechcący do tchawicy. Ale ona Ci OCZYWIŚCIE tego nie życzy.

  17. Ajka 19/10/2015 at 10:43

    To ja o gównojadkach – mam takiego. Właściwie nie pomaga nic, ani Rumen Tabs, ani żwacze, ani jogurty itp. CZASEM pomaga podawanie jednego kiszonego ogórka dziennie, a że mam żebradora, to łyka wszystko (oprócz cebuli i czarnych oliwek), normalnie chodzący przewód pokarmowy.
    Koleżanka od kóz, która oprócz kóz ma schronisko dla psów i hodowlę, poleciła mi zakup wielkiego gnata z resztką mięsa, wsadzenie go np. w poszwę od poduszki – żeby muchy nie miały dostępu i zawieszenie gdzieś w cieple tej kości, żeby się zaśmierdła. Przyznam, że nie próbowałam, poza tym kurację trzeba powtarzać co jakiś czas. Do tego moja księżniczka po kościach wywala i górą i dołem, więc zrezygnowałam z eksperymentu. No i mam łatwiej, bo zwykle na smyczy. Choć czasem spuszczona na poligonie udaje jej się dorwać dzicze boby i potem mamy „capajewa”. Na szczęście od szczeniaka oduczyliśmy ją lizania po twarzy :D

    No i w sumie się pochwalę, że my do dziś wyjeżdżamy na dziko, bez bieżącej wody itp. Koleżanki się w głowę pukają. A jestem pewnie niewiele młodsza od Kanionka, bo też dobrze pamiętam wielki wybuch ;)
    Choć od niedawna mamy luksusy, bo kupiliśmy większy samochód, gdzie po złożeniu tylnej kanapy mieści się materac 140×200.

    • kanionek 19/10/2015 at 20:51

      Jak ja gdzieś powieszę śmierdzącą kość z resztkami mięsa, to będę miała wiszącą, śmierdzącą kość z resztkami mięsa i dwoma wczepionymi w nią kotami. I wianuszkiem psów szczekających pod tym zjawiskiem. Ja nawet słoniny dla sikorek nie mam gdzie powiesić, bo te łachudry WSZĘDZIE ją dorwą!
      A pamiętasz, jak tuż po Wielkim Wybuchu krzyczałam do Ciebie – Aaajkaaa! Tutaaaj! A Ty nic, głucha jak pień, tylko się otrzepałaś z gwiezdnego pyłu i polazłaś gdzieś w przeciwną stronę, i ja potem sama musiałam ten węgiel lepić i w warstwach uklepywać. Bo do czarnej roboty to, kurde, nigdy nie ma chętnych.

      Jak ja mam czasem ochotę wyjechać na dziko, nawet i bez materaca…

      • Ajka 20/10/2015 at 09:44

        leżę i kwiczę ;) dobrze, że szefowa i pół pokoju na spotkaniu ;)
        normalnie widzę to całe towarzystwo „adorujące” kość :D

        no widzisz… wielki wybuch ogłuszył mnie i nic nie słyszałam ;) poza tym jestem bardzo leniwym tworem, co jest dziwne, jako że jestem spod znaku panny (jak z resztą kilka innych osób tutaj ;) ) Tyle, że ascendentem w wodniku w koniunkcji z księżycem – cokolwiek to znaczy, pewnie właśnie lenistwo ;)

        • kanionek 20/10/2015 at 11:27

          Też się nie znam na tych astrologicznych układach, ale mogę powiedzieć, że jestem „w konsolidacji z Wodnikiem”, bo małżonek spod tego znaku. Osiągnięcie „wewnętrznej spójności” idzie nam co prawda jak po grudzie, ale od jedenastu lat nie ustajemy w wysiłkach. Myślę, że gdy już obydwoje będziemy głusi i ślepi osiągniemy stan błogiej równowagi i wzajemnego zrozumienia, ale to jeszcze trochę czasu :D

          • nikt wazny 21/10/2015 at 03:28

            Z ta wizja Waszej starosci skojarzyla mi sie taka info z dzis lub wczoraj o parze starszych ludzi, kotzy podrozowali miejskim autobusem po Slupsku przez kilka godzin, bo zapomnieli gdzie mieszkaja i kim sa. Dopiero SM im pomogla obwozac sluzbowym autem po miescie, dzieki czemu cos im przypomnial jakis widok znajomy ten.
            W sumie tez sie niezle zgrali…
            Ech.

  18. Ajka 19/10/2015 at 14:08

    aaa! jeszcze coś!
    Jak Wy tacy zdolni w kombinowaniu różnych ulepszeń, to może dla Mająca takie coś? ;)
    https://www.youtube.com/watch?v=ThVXodCJ280

    • kanionek 19/10/2015 at 21:05

      Fajne! Brawa dla tej pani :) U mnie tego jednak nie widzę – po pierwsze, Mając jest ciut większa od tego chomiczka z filmu, więc musiałabym jej obręcz wielkości hula-hop przyczepić, a po drugie – tych dwóch pozostałych dziadów nie przepuściłoby takiej okazji, i ciągaliby Mająca za tę obręcz, albo ją zwyczajnie zeżarli :D

      • Ajka 20/10/2015 at 09:45

        oj biedna by była Mając… ;)

  19. zeroerhaplus 19/10/2015 at 14:20

    Widzę, że z Majeczki jest faktycznie ostra laska… Fuuuuuuj :))

    Kanionku, jednego nie wyjaśniłaś do końca. Kto w końcu ostrzy lepiej, szlifierka czy młotek? Bo wiem, że młotek to oldskul, lans i te rzeczy, ale jak to jest naprawdę? Wprawdzie nie koszę kosą, ale jako wielbiciel szlifierki ciekawa jestem rzetelnego porównania – szybkość tępienia się po szlifowaniu, ostrość, takie tam…
    Aha, i żeby było jasne – jako dzieciak usiłowałam się nauczyć klepać kosę, ale nauczyciela miałam dziwnie cienkiego a internetu jakoś wtedy nie było… Więc pamiętam i LUBIĘ dźwięk klepanej kosy :)

    A z tą tarniną to normalnie przegięłaś pałę :))

    • kanionek 19/10/2015 at 19:56

      Na pewno szlifierką szybciej, ale za to można przegrzać stal, co może skutkować np. miejscową kruchością ostrza. Młotkiem długo i czasem nudno (ale jak pogoda ładna, ptaszki śpiewają, a człowiekowi się akurat nie spieszy, to wręcz nastrojowo). I w ogóle przede wszystkim należy zaznaczyć, że samo klepanie to jeszcze nie wszystko. Klepanie „wyciąga” ostrze, które staje się cieńsze, ale klepanie nie jest de facto ostrzeniem. Do ostrzenia na żyletę służy osełka, którą każdy kosiarz nosi przy sobie, bo – w zależności od koszonego materiału – używa jej co 5-15 minut. Osełka powinna być mokra, więc produkuje się nawet „specjalne” nosidełka napełniane wodą i przypinane np. do pasa. Ja sobie zrobiłam nosidełko z płaskiej butelki po szamponie (odpowiednio u góry wyciętej) i kawałka linki. W trakcie koszenia i podostrzania kosa się „zjada”, jak nóż, czy inne tego typu narzędzie, i osełka już niewiele pomaga. Wtedy dopiero znów się klepie, żeby „wyciągnąć” krawędź tnącą ostrza. Mi wystarcza wyklepać raz na sezon, ale ja nie koszę dużo. Aha, żeby faktycznie rzetelnie porównać, czy ostrzenie szlifierką jest lepsze czy gorsze od klepania, to należałoby mieć dwie identyczne kosy, mierzyć ilość godzin koszenia, no i kosić obiema kosami ten sam „materiał”. Pokrzywy np. skosisz nawet tępą kosą, to samo mniszki i oset, ale trawka, trawunia, trawiszcza wszelakie, to już nie. Do trawy trzeba mieć taką żyletę, że tylko dotkniesz palcem, a on już krwawi ;) Jedno jest pewne – gdy się już człowiek dobrze z kosą zaprzyjaźni, ma ją dobraną idealnie do swoich rozmiarów (wzrost, długość odnóży itd) i naostrzoną jak trza, to koszenie jest przeżyciem transcendentalnym ;) No i teren też jest ważny. Duzo górek i dołków, ukrytych w trawie kamieni i gałęzi, nie działają uspokajająco, ale na równym i wolnym od przeszkadzajek – bajka :) Reasumując – nie znam odpowiedzi na Twoje pytania :D

      • zeroerhaplus 19/10/2015 at 23:04

        To jest odpowiedź na moje pytania :))

        (co do reszty – patrz poniżej)

    • mały żonek 19/10/2015 at 20:07

      Przegrzanie szlifierką rozhartuje stal i jest lipa. Klepanie raz, że zmienia profil ostrza (bardzo ważne), to do tego jest właściwie kuciem stali na zimno (sprawdź co to daje). Krótko, dobrze wyklepana vs dobrze „wyszlifierkowana” – na bank wygra klepana, tyle, że trzeba umieć to zrobić.

      • zeroerhaplus 19/10/2015 at 22:57

        Drodzy państwo Kanionkowie, w końcu plus minus wiem, o co biega z tym klepaniem. Dzięki :))

  20. benia 19/10/2015 at 20:17

    W czasach, gdy opadał kurz z Wielkiego Wybuchu (choć wydaje misie, że doń się dopiero wzniecał) miałam psa, który uwielbiał wyżerać spod bloków wszystko co ludzkość wyrzuciła, a była nader hojna. Ze spaceru pies wracał z kagańcem (zakładanym dla redukcji spożycia) cięższym od głowy a ja wysupływałam pod kranem kotlety wymieszane z trawą, bułkami i wieloma innymi mniej identyfikowalnymi składnikami. W niedalekim lesie, dokąd jeździliśmy środkami komunikacji miejskiej, pies miał się wybiegać puszczony luzem. Bardzo to uwielbiał, zwłaszcza chwalił sobie zwyczaje okolicznych gospodarzy, którzy cysternami wywozili wówczas na łączkę guano zwane szambem. Wracał z takiej łączki zachwycony i zupełnie niepodobny do nikogo (to dalmatyńczyk był) po wytarzaniu się świeżych wylewkach. Należało zapomnieć o powrocie autobusem. Szło się z buta kilka kilometrów a smród za nami kładł pokotem ewtl. przechodniów. Potem jeszcze 7 pięter na piechotę, bo przecież sam windą nie pojedzie a ja wolałam zasmrodzić cały blok niż paść trupem w małej windzie. był szurnięty i niereformowalny. Behawioryści natenczas jeszcze nosili pieluchy, więc kochałam go takim jakim był. No bo jak inaczej.
    b.

    • kanionek 19/10/2015 at 21:27

      Jeśli chodzi o tarzanie się w wymyślnych aromatach, to nasze pieski nade wszystko kochają dobrze wysezonowane ścierwo. Martwy krecik w lipcowe upały, najlepiej taki dwutygodniowy – uczta dla zmysłów ;)
      No i też wiemy, że natury nie oszukasz, psy to lubią i tyle, ale w Mającu niepokoi mnie ta jej… zachłanność. Chodzi jak nakręcona, węsząc, szukając, tropiąc, jakby MUSIAŁA, jakby jej głosy kazały. Jeśli to ma podłoże nerwicowe, to eliminując przyczynę złapalibyśmy trzy sroki za ogon: Majka mogłaby się wyluzować, dyszeć nam w twarz ile zechce, a do tego przestalibyśmy się martwić, czy jej w końcu ten nadmiar gówna nie zaszkodzi. Ale jeśli tak jej zostanie do końca życia, to trudno. Teraz już i tak nie umiemy jej nie lubić :)

      • mitenki 19/10/2015 at 22:59

        Może spróbuj tego preparatu Rumen tabs – koszt niewielki, niektórzy piszą, że pomogły. Mogę zajrzeć do weta niedaleko i zapytać, a paczuszka i tak do Cię ma iść :)

        • kanionek 20/10/2015 at 00:23

          Niee no, naprawdę, dość tego dobrego, ostatnią koszulę mi oddacie niedługo (przy okazji – koszule akurat mam, bo mi Wiadomo wysłała karton ubrań! Do końca życia ciuchów nie muszę kupować, SERIO), a Tobie Mitenki załatwię zakaz pocztowy! Nie będziesz się mogła zbliżać do placówki z trąbką na więcej, niż 3 metry :D

          • mitenki 20/10/2015 at 00:42

            Są jeszcze firmy kurierskie ;P :)))))))))

      • Ynk 19/10/2015 at 23:45

        MUSI-MUSI. Niedowidzi, to sobie nosem oczy uzupełnia, i węszy, i tropi. Zachłannie :-)

        • kanionek 20/10/2015 at 12:07

          Może to takie hobby po prostu? Myślistwo połączone ze zbieractwem ;)

      • pluskat 20/10/2015 at 10:17

        Majka jest chyba bulimiczka, chyba tak ja trzeba traktowac.

        • kanionek 20/10/2015 at 11:19

          Taką półbulimiczką, bo Majka jednak co zje, to zatrzymuje ;) Z dwojga złego lepiej, że bulimiczką, niż anorektyczką, bo musiałabym ją przez rurkę chyba karmić :)

    • kaczka 19/10/2015 at 22:26

      Benia, (pekam setke! setny komentarz znaczy!), ale jakie to wkurzajace, ze wszedzie tacy Cebulaccy, ze zamiast do zsypu zaniesc to wywalaja przez okna, na kwietniki. Albatrosy, mysla, ze dokarmiaja? Orly bieliki?

      • kanionek 20/10/2015 at 00:35

        Ech… Co Wy wiecie o dokarmianiu dzikich zwierząt i rodzimej faunie. ALBATROSY! Już Państwu tłumaczę, o co chodzi. Mianowicie nie o żadne albatrosy, tylko o żelbety, i nie o dokarmianie, tylko o pożywienie składane w ofierze. Taki żelbet jest bardzo żarłoczny i wybredny, musi mieć urozmaiconą dietę, to i ludziska rzucają mniej więcej wszystko, co tylko mają. A w ofierze to dlatego, że jest taka stara przepowiednia, zwana też Klątwą Wielkiej Płyty, która mówi, że przez pięćdziesiąt lat żelbety będą spały spokojnie, a po tym czasie obudzą się, zadrżą i zatrzęsą ludzkimi domkami z kart, to znaczy z tej płyty wielkiej, i obrócą wszystko w gruzy. No i jak dotąd przepowiednia się sprawdzała, ludzie dokarmiali żelbety i one spały spokojnie, ale zwyczaj ten zaczął powoli zanikać w narodzie, jak inne stare, pogańskie obrządki, i już pojawiają się wzmianki w prasie o tym, że gdzieś tam się komuś balkon urwał i spadł, a gdzie indziej znów cała ściana… To żelbety dopominają się o swoje. A właśnie mniej więcej mija pięćdziesiąt lat…

        Czy Wy też uważacie, że powinnam już iść spać?

        • mitenki 20/10/2015 at 00:52

          No weź nie strasz! :( Mieszkam w takim żelbecie, wysoko i teraz będę się bała, że mój domek się złoży jak ten z kart… Albo balkon mi odpadnie, a ja właśnie – na pocieszenie po nieudanej hodowli selerków – posadziłam piękne wrzosy. I mam je stracić?

          • kanionek 20/10/2015 at 11:37

            No to już chyba wyjaśniłam dokładnie, co należy robić? Resztka zupy w garnku? LU ją przez balkon. Pulpeciki z kaszą już coś nie teges? Otwieramy okienko i karmimy te żelbety, moja droga! A jak wpadnie wqrwiona sąsiadka z dołu ze spaghetti na głowie, to jej wytłumacz spokojnie, o co chodzi, i niech i ona się ogarnie, worek nadgniłej cebuli rzuci czasem, czy coś. Z klątwami nie ma żartów. U mnie susza od ponad roku (choć nadal nie rozgryzłam, cóżem ja przewiniła), i teraz o – marchew z pola, krzywa, brudna i ogólnie „niehandlowa” w tym roku po złoty dwadzieścia, a rok temu była po czterdzieści groszy!

          • mitenki 20/10/2015 at 17:36

            Przez balkon LU to ja głównie wodę. Na sąsiada. Jakoś ta woda (kwiatki podlewam, żeby nie było) zawsze na dół spada, i jakoś zwykle sąsiad stoi wtedy na balkonie. Ale mam jego zgodę :D

        • ciociasamozło 20/10/2015 at 12:23

          Obawiam się, że nie tylko żelbetowy potwór wymaga dożywiania. W mojej okolicy sporo kamienic starych, ceglanych i najwyraźniej cegle też ofiarę trzeba składać. A na skwerkach to już całe ołtarze ofiarne (tam to już nie wiem komu składaja te stare ryby, kości i folie po parówkach, powrót do czczenia drzew?)

          • kaczka 20/10/2015 at 15:03

            Idac tym tropem… a do lasow zanosi sie stare tapczany, zeby Matka Natura klapnela sobie i odpoczela!

          • ciociasamozło 20/10/2015 at 15:41

            I pralki, żeby kieckę przeprała!

          • Kachna 20/10/2015 at 16:11

            Ja! Ja mam stara pralkę!
            A…..nie.
            Jak do lasu to nie.
            Zresztą panowie ze sklepu z pralkami zabierają ją.
            Może oni składają ofiary z pralek i telewizorów wielkomarketowym potworom…aaaaa!

  21. zeroerhaplus 19/10/2015 at 23:02

    Tak mi się skojarzyło z tym, że Mając nie chce kropelek:
    https://www.youtube.com/watch?v=Aw_1V1yguvE
    (wiem Kanionku, że internet CI szwankuje, ale nie mogę się oprzeć)

  22. mitenki 20/10/2015 at 00:02

    Ja też się nie mogę oprzeć :D

    Inne wykorzystanie dyni…
    https://www.facebook.com/Hexjam/videos/10152947613733017/

    • kanionek 20/10/2015 at 00:19

      Weźcie, mi się odpowiedź na każdy komentarz ładuje pół minuty, no! Może jutro będzie lepiej, to sobie zobaczę :-/

    • Kachna 20/10/2015 at 07:54

      O! To, To!!
      To dla mnie!
      To już mi tylko zostało. A mam fajną, wielką, twardą dynię – to sobie na kupę liści wyniosę i powalę łbem!
      A jaką radość sąsiadom dam.
      Cudne.
      No dzięki mitenki!

    • kanionek 20/10/2015 at 12:06

      :D
      Laser tak robi z przedmiotami, z którymi na dobrą sprawę nie wiadomo co zrobić :D Doskoki, macanie łapką, popychanie i tarzanie się, a na końcu ujadanie na przedmiot, który nie chce współpracować, ani dać się zjeść :)

  23. mitenki 20/10/2015 at 11:08

    Kachna, nie tak! Masz dynię, to teraz brakuje Ci tylko pandy i jestem pewna, że nie będziesz mogła przestać się śmiać :)

  24. ciociasamozło 20/10/2015 at 15:46

    Nie mam dyni, nie mam pandy, pogrążam sie w jesiennym smutku i śmieciach rozwłóczanych przez kruki i wrony :(((
    No dobra to gawrony a nie kruki, ale i tak nas rozdziobią :(
    Sorry, nie wyspałam sie dzisiaj.

    • Ajka 20/10/2015 at 17:15

      ej ciocia… ale Bułę masz… :)
      znałam jedną Bułę, biszkoptową, pocieszna suka, o proszę: https://lh3.googleusercontent.com/-tbBCy0Oi22A/SiKjbK5ExMI/AAAAAAAACSI/rNmcDi2tJsY/s512-Ic42/DSC02418.JPG

      • ciociasamozło 21/10/2015 at 10:10

        Faktycznie mam Bułę :) I to wielce pocieszną ostatnio, bo po sterylce w gustownym czerwonym kubraczku musi chodzić (tzn. ona jest nieszczęsliwa ale wyglada pociesznie). I nie może sie otrząsnąć jak normalny pies tylko się wzdryga co jakiś czas. A do sikania przymierza się kilka minut jakby bała sie zamoczyć ubranko. Niestety kubrak (choć to istny kaftan bezpieczeństwa) nie powstrzymał jej od obszczekania np. wieńca na tablicy pamiątkowej czy sąsiadów w bramie.

        Ajka, fajna Twoja Buła, tak uśmiechnięta :)

    • mitenki 20/10/2015 at 17:30

      Ciociasamozło, jeśli Cię to pocieszy… ja też nie mam ani dyni ani pandy i nawet ktoś mi zabronił być miętką miejską bułą! O!

      Kaczka ma Dynię, ale nie ma pandy. Buły też nie ma, bo ma Biskwita.
      Eeech, każdemu czegoś brak…

      • ciociasamozło 21/10/2015 at 10:15

        No sory! w tym mieście jest miejsce tylko na jedną Bułę i ona nie jest miętka ;)
        Ale jak się upierasz bardzo to bądź sobie np. miętką kajzerką albo bagietką. A nawet grahamką. Takieśmy z Buła wspaniałomyślne ;)

        Z tym „Kaczka ma Dynię, ale nie ma pandy” to można wierszyk o maniu i niemaniu pociągnąć !

      • nikt wazny 22/10/2015 at 02:05

        Mitenki, Ty mozesz byc miekka zymla;)

  25. RozWieLidka 20/10/2015 at 19:35

    A ją miałam dynię, ale ją zjadłam w zupie, dzisiaj. I teraz mam tylko Kluchę.

    • ciociasamozło 21/10/2015 at 10:18

      „Miałam wielką dynię, ale zjadłam w zupie,
      dzisiaj tylko Klucha, a dynię mam w d..e”.
      Ech, to natchnienie! Wybacz, ale człowiek sie powstrzymać nie może ;)

      • RozWieLidka 21/10/2015 at 10:47

        …czasami człowiek musi, inaczej się udusi. O!… :)

  26. mitenki 21/10/2015 at 11:24

    Ciociasamozło :D

    „…ja się wcale nie chwalę, ja po prostu, niestety, mam talent…”?

    • RozWieLidka 21/10/2015 at 14:51

      Ciocia samozło to nie byłe kto
      rymy zrgabne składa, gdy ją wena napada.

      • RozWieLidka 21/10/2015 at 14:53

        … byle.. :/ (…………) muszę coś dopisać bo za krótkie ;)

  27. kanionek 21/10/2015 at 19:48

    Ja Państwa serdecznie przepraszam, że mnie nie ma, ale wpis dla Was robię nowy, w międzyczasach i przelotach (tak! trzy dni po końskiej zarazie, tfu, po ostatnim wpisie, już nowy robię! a nawet przecież żadnego święta nie ma), a ręce mnie juz z dupy dzisiaj wychodzą. Proszę się nie krępować, proszę sobie spokojnie do dwusetki dobijać, albo i więcej, ja w nocy skończę, a jeszcze filmik musi wejść na serwer, więc wiadomo. Buziaczki od gęsi i kaczki, dla wszystkich, a do maili może zdążę zajrzeć, ale obiecać nie mogę :)

    • ciociasamozło 21/10/2015 at 20:57

      Pisz Kanionku, pisz. My tu sobie spokojnie poimprezujemy. Co prawda Kachna już chyba wszystkie morelki wciągnęła, ale ja na przykład mam jeszcze trochę wermutu, odgazowany sprite i zwiędłą cytrynkę :)
      Reflektujecie?

      • kanionek 21/10/2015 at 21:32

        Się chyba bojo normalnie :) Ale ja serio mówiłam, że bawcie się i pijcie, wpis gotowy, tylko ten filmik… Znów zmniejszać muszę, i już jeden nagły reset systemu mam za sobą :D Małżonek mówi, że mam wiatraczek syfem zaebany, czy może otwór wylotowy, to i się przegrzewa procek podczas takiego wysiłku, jak zmniejszanie filmu. Cóż, jaki procek, taki i wysiłek, co go na łopatki kładzie. Nie chce mi się zdejmować pokrywki i grzebać przy wiatraczku, bo se taśmą klejącą elegancko przykleiłam od spodu ten przedpotopowy cwancyk od łączności bezprzewodowej klawiatury z truchłem, i teraz bym musiała to wszystko odklejać, a potem przyklejac znów. Może w lodówce się uda?

        • ciociasamozło 21/10/2015 at 22:49

          Pewnie przycupnęły cichutko w napięciu czekając na zapowiedziany wpis :)
          Jak otwór wlotowy to może odkurzacz wystarczy?
          A na podwórko próbowałaś wystawiać? U Ciebie tak zimno, że może wystarczy zamiast lodówki?

          • kanionek 21/10/2015 at 23:08

            Ha! To jednak wina softu. Wywrotkę łapie, gdy konwersja osiągnie pond 60% się zrobienia, i potem już tylko ciemność widzę, ciemność. To darmowy soft, zaraz przeinstaluję i spróbuję ponownie.

          • kanionek 21/10/2015 at 23:37

            No szmata, nie program. Trudno, spróbuję wrzucić w oryginalnym rozmiarze, najwyżej jutro podmienię (bo dzisiaj już mózg ugotowany), a poniewaz to długo potrwa, to Państwo sobie pójdą spać, a ja porzucać Wąskiemu gumowe kółeczko dla odprężenia (dokąd mnie ciągniesz, Wąski? Puść rękaw, PUŚĆ! Masz tu kółeczko, nie, te dwa kółeczka to moje okulary, Wąski, gdzie są moje oku….).

          • nikt wazny 22/10/2015 at 02:00

            Mlask, mlask (to Waski)
            Kanionek! KAAAAAANIOOOOOONEEEEEK! (to Maly Zonek)
            Tutaj, tutaj… (slaby, zduszony glos dochodzacy gdzies z trzewi Waskiego).

      • nikt wazny 22/10/2015 at 02:00

        A czystej nie masz, Cjocja?

        • ciociasamozło 22/10/2015 at 09:10

          Czystej nie mam bo poszła do pigwy ;)

  28. Bisia 21/10/2015 at 19:50

    A ja z innej beczki zupelnie, ale Cebulacy czesto sie tu przewijaja no i byl w komentarzach ten watek o dokarmianiu zelbetonu,
    Czy wy wiecie, ze w „dydaktycznej bajce” -Bolek i Lolek jest pokazane zakopywanie zelaznych smieci na lace??

    • kanionek 21/10/2015 at 19:52

      Ooo? Nie pamiętam! Może rowerek zakopywali na zimę, żeby im z piwnicy nie ukradziono?

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa