Chór staruszków z miasta Brubershrübernichtverstehen, czyli o BTW, MPO, i kąpielach na sucho

Pytam małżonka, czy na obiad może być pizza, oczywiście własnej roboty, ale bez pieczarek, bo nie mamy, a on patrzy na mnie tak, jakbym mu zaproponowała co najmniej hot-doga bez parówki i bez bułki. A ja się Państwa pytam – co za różnica? Serwuję mu na ten przykład aromatycznego kurczaka w sosie śmietanowo-grzybowo-ziołowym, z młodymi ziemniaczkami z ogrodu, szczypiorkiem i koperkiem też z ogrodu, a on siada do stołu z widelcem w jednej i kalkulatorem w drugiej dłoni, i jedną ręką je, a drugą coś liczy zawzięcie, mrucząc pod nosem jakieś niezrozumiałe formuły i matematyczne zaklęcia, a gdy go pytam, czy obiad mu smakuje, to słyszę: “niee, no dobrze. Tak, dobrze będzie”. Następnym razem o nic nie zamierzam pytać, podam mu pizzę BEZ SPODU, i zobaczymy, czy w ogóle zauważy.

Jednakowoż i ogólnież to nie mogę na małżonka narzekać, a z tych jego wyliczanek często coś pożytecznego wychodzi, bo on jest MPO, czyli Mistrzem Przecenionych Okazji, i czasem, gdy mi się wydaje, że siedzi bezproduktywnie przed kompem godzinami oglądając gołe baby, to się okazuje, że owszem, gołe, ale co najwyżej kable (i już mi kiedyś tłumaczył, że gołych bab nie da się godzinami, za to kable – choćby i tydzień, z jedną przerwą na siku), albo o, takie coś na przykład:

okapik okapik w środku

To jest, proszę Państwa, nowoczesność w domu i zagrodzie, która zawitała do mnie znienacka, prawie dwa miesiące po urodzinach i trzy tygodnie po jedenastej rocznicy ślubu, o której znów zapomnieliśmy, i nazywa się okap kuchenny. Mieszkamy w lesie, wilgotność powietrza jesienią sięga na zewnątrz dziewięćdziesięciu i więcej procent, a w kuchni jest przeciętnie 70 w porywach do 80, cukier trzeba trzymać w szczelnych butelkach, a suszone grzyby pakuję tak, jakby miały nurkować głębinowo, więc dodatkowa woda z parujących garów zawsze była małżonkowi solą w oku (ale zupy w proszku by nie zjadł, a jak ja mam coś ugotować bez wody?). No i płynąc do brzegu pragnę Państwa poinformować, że ten nówka-blaszka (bardzo kurwa cienka blaszka, jak skwitował ponuro małżonek) okap kosztował nas 29 złotych, a z przesyłką 40, a wszystko dlatego, że został w magazynie czymś ździebko piźnięty w daszek:

pizniecie

Wgniecenie było większe (przecież na tej fotce nic nie widać, Kanionek), ale nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo MPO już je wyklepał. Teraz potrzebne jest nam jedynie wiertło koronowe o takiej długości roboczej, żeby wywaliło dziurę przez mur o grubości prawie metra, i jesteśmy w domu, a para wodna poza domem. Takie wiertło kosztuje tyle, co kilka okapów i to niepiźniętych, więc małżonek szuka kogoś, kto już ma takie wiertło w swoich zbiorach BTW (bardzo typowych wierteł) i byłby chętny wpaść na chwilkę i sobie poużywać za niewielką opłatą, albo i całkiem za darmo. Wy się nie śmiejcie – są tacy faceci, co lubią sobie kupić ultramęską zabawkę, na przykład wiertło koronowe jak lufa do czołgu, którego potem nie ma nawet jak na spacer wyprowadzić i popuszczać, żeby się wybiegało, bo sąsiad zaraz wezwie Policję, a stara nie zgadza się na ścianę w przedpokoju a la ser koryciński, ale jak tu nie kupić, skoro TAKIE FAJOWE WIERTŁO. Ja się nie zdziwię, jeśli któryś z Waszych małżonków to ma, skitrane gdzieś w szufladzie, dla niepoznaki obciągnięte skarpetą, i wyciąga raz do roku w środku nocy, gdy już wszyscy śpią, i głaszcze, poleruje, i się smutno, acz czule, uśmiecha. Jeśli więc kiedyś wstaniecie w nocy za potrzebą, a spod przymkniętych, kuchennych drzwi sączyć się będzie światło, i dobiegnie Was cichy szloch i odgłos tarcia irchą o metal, to spokojnie. Możecie iść siku i z powrotem spać, bo to tylko wiertło koronowe, niegroźna przypadłość, rano zaś kupcie małżonkowi bilet do Kanionkowa i niech chłop ma, i się wyszaleje. On i jego wiertło. (no i musicie przyznać, że tak zawoalowanego zaproszenia do roboty na cudzym i za darmo to jeszcze nie widzieliście)

Z innych okazji wyszperanych przez MPO mogę wymienić kuchenkę mikrofalową Whirlpool, wystawioną na Allegro jako strasznie zepsutą, całkiem na amen i zimny zgon. Mikrofalówka była niekomunikatywna i nic jej się nawet nie świeciło, gdy do nas przyjechała, a po pół godzinie była gotowa grillować, rozmrażać, gotować i piec (jeden kabelek w środku się rozlutował), za jedyne 80 złotych, czyli jedną dziesiątą wartości rynkowej. Dziewczyna, która ją wystawiła na sprzedaż, używała mikrofalówki tylko do podgrzewania soczków dla dziecka, i sprzęt wyglądał jak prosto z fabryki. Służy nam już kilka lat, i choć nie jestem fanką mikrej fali, to zgrillować serek na kanapeczce i owszem, lubię, a i czasem coś na szybko rozmrozić jest nie od czapki.

Tymczasem kilka dni temu. Wyszłam zajrzeć do skrzynki na listy, którąśmy sobie zainstalowali całkiem na zewnątrz, czyli przy drodze za bramą, żeby listonosz nie musiał portek łatać po spotkaniach z pieskami przy okazji każdej doręczonej przesyłki, wracam, jeszcze do bramy nie doszłam, a zza krzaków żywopłotu słyszę takie oto słowa:

–  Panie złoty, przecież my z Niemiec pochodzimy, a patrz pan, na co nam przyszło. Niemcy piękne, wszystko takie równe, gładkie, błyszczące. Tam nawet rzeki, panie, mają stosunek do życia uregulowany, i płyną nie inaczej, jak prosto przed siebie. A na polach uprawnych to się można geometrii precyzyjnej uczyć. Nie to, co tu – łachy jakieś, ugory dzikie, a gdzie pan nie spojrzysz, to wszystko krzywe. Panie, ja od roku nieumyty jeżdżę!

Zdębiałam i całkiem mnie wryło w ten na drodze piach, bo skąd niby u mnie na podwórku jacyś Niemcy, w dodatku jeden od roku nieumyty?

–  A pan, jeśli wolno spytać, długo już w Polsce? – przerywa pierwszemu drugi głos.
– Ano… Jakem tylko dziesięć lat ukończył, to już koniec, panie, butem wmorden i zabramen. Nie ma miejsca dla takich staruszków w pięknych Niemczech, oj nie ma. Czas było emigrować za chlebem, za życiem może gorszym, ale jednak życiem… A żyć się jeszcze chciało, panie, serce jak dzwon i ochota w tłokach niewygasła. No i tak to. Dziewięć lat za taksówkę w Bydgoszczy robiłem, w BYDGOSZCZY, rozumie pan? Ja to tego z początku nawet wymówić nie mogłem. Bremen, Bachhauserfilz, Berlin-Baumschulenweg, to rozumiem, ale Bydgoszcz? A weź pan powiedz: w czasie suszy szosa sucha, toż idzie sobie popychacze hydrauliczne połamać. Ja czasem słyszę, jak ONI mówią, że mi zawory klekoczą. Jakie zawory, panie!? To JA tak sobie pod nosem śpiewam w drodze po niemiecku, żeby już całkiem ojczystego języka nie zapomnieć. Ale co oni tam wiedzą, panie… Ja od roku nieumyty jeżdżę…
–  Ciesz się pan, żeś pan kiedyś umyty jeździł. Ja, odkąd w tej zabitej dechami dziurze wylądowałem, to jeszcze ani razu myty nie byłem. ON mi nawet płynu do spryskiwaczy żałuje, a pan, jak słyszałem, to i od środka wyprany był, i nawoskowany nawet kiedyś.
–  No jak mnie kupiła, to z początku o mnie dbała, nie powiem. Nowy olej nawet dostałem, i buty eleganckie, całoroczne, ale co z tego? Było, minęło. Pan wie, że ja w piątek sto pięćdziesiąt litrów wody pod górę wiozłem, jak wielbłąd jakiś? A latem, panie, to tyle zboża we mnie napchała, do bagażnika, na tylną kanapę, i jeszcze worek pszenicy na fotelu pasażera upchnęła, a co ja jestem – furmanka?
–  No, aleś im się pan odpłacił ostatnio, w B. Niezły numer z tym strajkiem na skrzyżowaniu, he he.
–  Jaki numer, panie? Tak mie w biodrze strzeliło, od tego ciągłego tyrania, że ja panu nie życzę. I ciągnęli mnie potem przez zwanzig kilometrów na jakimś sznurku, jak KROWĘ, proszę pana. A żebyś pan widział tego mechanika, co mi w bebechach grzebał, i jego podwórko – toż ja z początku myślałem, żem na złomowisko trafił, i mało mie serce nie pękło. A serce jak dzwon, i jeszcze by pożyło trochę. A właśnie, pan nie wie przypadkiem, co to się stało z tą naszą przestronną koleżanką, co tu obok zawsze stała?
–  Z Agilą? Sprzedali. Poszła do tego mechanika, w rozliczeniu za pańskie biodro i docisk sprzęgła nowy. Ja tam za nią nie tęsknię. Pana to kiedyś parkowali gdzie indziej, to pan nie wie, ale ona strasznie narzekająca była. Ciągle nawijała o tym swoim bolesnym przegubie, i jak jej ktoś kiedyś bark przetrącił, i że makijaż pod prawym okiem rozmazany, i że soczewka jej się krzywo na oku układa, i że jej z tej zgryzoty już całkiem pompa paliwa wysiadła, i że ciągle w nią coś pchają – a to chleb do suszenia, a to zielsko jakieś, i że to pewnie dlatego, że ma taki wielki tyłek i zero talii, więc wszystko się w niej mieści. Mnie, panie, od tego jej codziennego jojczenia to już całkiem brzuch rozbolał, że aż jeździć mną przestali, i masz pan – stoję tu jak ten posąg w muzeum, i tyle mojego, że sobie na widoczek za stawem popatrzę, i czasem z czaplą przez płot pogadam, a czapla światowa persona, i przez Niemcy czasem leci, to i nowinki z ojczystej ziemi przyniesie.
–  No i sam pan widzisz, na co to nam przyszło na tej emigracji. Bieda z nędzą i zardzewiałe błotniki. A w Niemczech tak pięknie, czysto, wszystko równe i gładkie…
– To TAK wam źle?! – nie wytrzymałam, i wyskoczyłam zza krzaków. – Toście już panowie zapomnieli, że w tym waszym kraju-raju dawno by was na puszki do konserw przerobili? I co z tego, że nieumyty? – wrzeszczę na mojego Gwiazdolota – ja też czasem nieumyta chodzę, i gwiazda, tfu, korona mi z głowy nie spadła!

Speszyły się nasze poczciwe graty, mojemu to nawet kropelka jakiejś cieczy kapnęła z rury wydechowej (może być, że rosa, a może się z tego zaskoczenia popłakał, staruszek).
–  No ale my tylko tak, towarzysko sobie gawędzimy, każdy musi czasem na coś ponarzekać, prawda, bo to przecież stary, polski obyczaj, a my już tacy trochę jakby spolszczeni, przez te wszystkie jahry, więc jakoś tak samo przyszło… – plącze się w zeznaniach Gwiazdolot małżonka, a że szyby ma przyciemniane, to nie wiem nawet, czy ściemnia, czy prawdę mówi.
–  No niech wam będzie. Mycia wam nie obiecam, ale na święta każdy dostanie po choince zapachowej. Może być?
–  Ja, ja, Christbaum, natürlich! Vielen dank, frau Kanionek!

Ni w ząb nie rozumiem po niemiecku, ale wyglądali na zadowolonych. I w ogóle nie wiem, co się tak uparli na to mycie. Wszyscy tu sobie jakoś radzimy, nawet kozy:

wiecej kurzu nasza plaża mamunia sie teraz wytarza bosko ooo jak dobrze chcesz spobowac

Taką sobie plażę nad stawem urządziła. A kurczaki też sobie radzą, korzystając z uprzejmości krecika (i od razu pardą za tę jazdę po siatce wolierowej, z pewnością nie dla epileptyków, i urwanie się taśmy w bez sensu momencie – no reżyser ze mnie, jak z koziej wątróbki termofor):

Bo jak się chce, to można, a jak się komuś nie podoba, to niech wyjeżdża do Szwecji. A z tymi prostymi rzekami w Niemczech to uważam, że grubo przesadzili. Śwagier kazał się podczas tegorocznej wizyty zaprowadzić nad naszą rzeczkę, i prawie się ze wzruszenia w pokrzywach przybrzeżnych wytarzał, TAK mu się środowisko naturalne podobało. I te zwalone przez bobry pnie, i krzaki, i meandry, i postrzępione urwiska, wszystko należycie krzywe i anarchistycznie nieuregulowane. Faktem jest, że ryby w tej rzece, choćby martwej, jeszcześmy z małżonkiem nie widzieli, ale nie chciałam siostrze z dzieckiem i wzruszonym szwagrem psuć wspomnień z Polski jakąś tam głupią rybą, prawda.

I przez kilka ostatnich dni chodziłam bardzo nerwowa, no bo ten owies (sołtys sprzedał na płatki, magazyn zbóż sprzedał na płatki! co do ziarenka, w dwa miesiące po żniwach wymiotło owies z całej okolicy), ale już nie muszę. Już jestem spokojna i mogę nawet we śnie umierać, bo podstawowe potrzeby żywieniowe kóz i drobiu mam załatwione na całą zimę, a może i na dłużej. Walka o owies była może krótka, ale najeżona trudnościami, a na godzinę przed planowanym zrzutem towaru wszystko stanęło pod znakiem zapytania (“pani, ja już więcej takich interesów robił nie będę! Jakim samochodem on mie przyjechał – OPLANDEKOWANYM! My tu tera kombinujemy, ale nie wiem, jak to będzie. Najwyżej nie będzie. Ja już więcej takich detalicznych biznesów robił nie będę, pani” – a tym głupim oplandekowanym samochodem to jego znajomy przyjechał, do którego ON SAM kazał mi dzwonić, pan jeden, owsiana jego mać hurtowa), ale owies przyjechał, i to jaki! Goły! Znaczy nieoplewiony, bezłuskowy, nagi, no różnie go zwą, a najważniejsze w nim to, że ma więcej białka i tłuszczu, niż owies zwyczajny, no i objętościowo go mniej wychodzi, niż tego w łuskach. Taka oto niepozorna kupka:

luźna kupka owies nagi

Prawda, że malutka? A waży tysiąc siedemset pięćdziesiąt kilogramów. Miał facet dorzucić jeszcze kilka worków pszenicy, żeby razem dwie tony były, ale się wziął z tych nerw i zapomniał. A kupka luźna przyjechała, bo pan miał jedenaście ton tego owsa na przyczepie, i jeśli w worki, to mógł tylko w takie półtonowe zapakować, a kto mi ściągnie z paki worek ważący pół tony? Nawet Wąski jest na to za wąski, a poza tym, takie cztery półtonowe wory potem trzeba by jeszcze jakoś do magazynu zatachać, czyli do Różowego Pokoju, więc nie było opcji, musiał luzem być. I kto to słyszał, żeby na gospodarstwie ciągnika rolniczego nie było?! (to jak już będziecie sprawdzać ślubnym szuflady pod kątem wiertła koronowego, przejrzyjcie też pod kątem ciągnika, może a nuż…?). No więc nie dość, że kozy hodują, to nawet ciągnika głupiego nie mają, i weź rób z takimi biznesy. Ale kierowca tysiąc trzysta i pięć złotych należnego wziął (w tym stówa za transport) i myślę, że panu hurtowemu śmierdzieć ta kasa nie będzie, a ja w końcu mogę spać spokojnie.

Wzięliśmy więc wiadra, worki (kolejne 45 zł wydane), szuflę, i po trzech godzinach po kupce zostało tyle, co gęś napłakał:

tyle zostało

I tylko dwa razy obiecano mi śmierć w męczarniach (bo ja przetargałam może ze dwieście kilo, a resztę, czyli półtorej tony, małżonek), a raz padło stwierdzenie, wypowiedziane nie bez gorzkiej nuty rozczarowania, że jednak głupi ma szczęście (bo prognozy widziały deszcz od jedenastej, a ziarno przyjechało z dużym opóźnieniem, gdzieś około trzynastej, i małżonek mówił, że mi to wszystko zamoknie i o kant dupy będzie cały ten interes), jakbym i bez gadania nie wiedziała. A widać głupia jestem do tego stopnia, że nawet słońce wyszło około szesnastej, i zrobiło się pięknie, więc powiem Wam tyle, że głupim też trzeba umieć być odpowiednio, i na to się całe życie pracuje. No i tak to, trzydzieści pięć worków po 50 kg każdy, zdeponowane w Różowym Pokoju:

worki z owsem worki2

My cali w owsianym pyle, jak te mączniki młynarki (dobrze, że nie zdążyłam dzisiaj szkieł kontaktowych założyć, bo jednak okulary się szybciej przeciera), gęsi i kaczka zadowolone, bo znów miały okazję poprzeszkadzać w robocie:

buszujące w zbożu

A kozy już przetestowały jakość ziarna i bardzo im smakowało, a zapomniałam jeszcze dodać, że ziarno zawiera domieszkę 2% grochu żółtego (“nie żadna tam pelucha, tylko normalny groch jadalny dla ludzi, do zupy może sobie pani wydłubać”), a w owsie od poprzedniego dostawcy trafiały się kamienie i drobne elementy posadzki betonowej, też mniej więcej dwa procent, które musiałam wygrzebywać, jak ten Kopciuszek, bo jak przegapiłam, to Bożena szarpała miską, a Ziokołek złośliwie wysypywała wszystko, bujając ryjem w misce na boki, więc happy guten Alleluja, wszyscyśmy zadowoleni. Lucek z tego zadowolenia nawet puknął Bożenkę, a ona TAK była zadowolona, że mu pozwoliła. Małżonek pyta, czy któraś z Was nie chce mnie adoptować. Poszukiwane osoby z ogródkiem lub dużym balkonem, bo gdzieś te kozy trzeba będzie upchnąć. W zamian za kretynkę z kozami chętnie przygarnie faceta z wiertłem koronowym.

PS. A dla Was, na deser, kanapka z Kotkiem:

kanapka z kotkiem

A Mając, z naszej nieobecności korzystając (po te worki na owies żeśmy w trybie nagłym jechali), rozpruła worek z kocią karmą, świeżutko przyjechany, i pieski trzy ubyły z worka dwa kilogramy kulek. Atos najwięcej i to było widać – wyglądał jak wał przeciwpowodziowy i tak też się zachowywał, czyli leżał nieruchomo aż do rana dnia następnego (próbowałam go wysikać, ale zachodziło zbyt duże ryzyko, że kocie kulki pociekną mu z oczu).

PPS. A Zeroerha mówiła, że z tą tarniną to już przegięłam, no to gnijmy po całości. Oto jabłka:

jabłka

Śliczne, nie? Mam też takie brzydkie, z jabłonki która rośnie w cieniu świerków (serio, co oni mieli, ci Cebulaccy, z tym sadzeniem drzew owocowych po jakichś mrocznych i zawilgłych zakątkach?), ale co Wam będę brzydkie jabłka pokazywać na takim ładnym blogu (moja Ciocia B. powiedziała, że wszystko ładnie, ale mogłabym nie używać WYRAZÓW. A wszystko przez Was i przez ten Wasz konkurs, że Mama cioci linka do bloga wysłała, żeby ciocia zagłosowała, i jej koledzy z pracy też, i teraz obciach na całe Trójmiasto. A wyrazów muszę czasem używać, zwłaszcza gdy się nie umiem inaczej wysłowić). O, a tu jeżyny z ogrodu, cukrem szronione:

jezyny z ogrodu

I październikowe truskawki:

truskawy w pazdzierniku

A tu, jeszcze szóstego października, nagietki, kwitnący cząber i kapusta ozdobna:

ogrodek

Ale to było PRZED przymrozkami minus dziewięć. Teraz wszystko wygląda tak:

magnolia po przymrozkach zmarznieta akacja zmarznieta lipa

Nie zdążyło nawet zżółknąć, ni się zaczerwienić, tylko zmarzło, zgniło, i straszy. A z lilaków bzowych opadają zielone liście:

zmarzniety lilak

I też bym chętnie powiedziała, że to przez Was, ale teraz nie mogę, bo ciocia czyta, i muszę mówić samą prawdę.

313 thoughts on “Chór staruszków z miasta Brubershrübernichtverstehen, czyli o BTW, MPO, i kąpielach na sucho

  1. nikt wazny 22/10/2015 at 02:45

    Malzonkowi mozna zlecic poszukiwanie przecenionych okazji? Moze to pomysl na biznes?:)
    I ze Lucek ten tego z Bozenka? A za siostry sie nie bierze?
    No i Atos bez kapci – bo po domu?

    ps. Pani Ciociu B., te wyrazy to taki srodek wyrazu artystycznego. Bez nich ani rusz!

    • kanionek 22/10/2015 at 11:29

      Tak, po domu bez kapci, na luzaku. A Lucek chyba woli starsze, bo za przyrodnimi siostrami ani własną się na razie nie ogląda, ale mamy październik, wszystkie kozy powinny niedługo wchodzić w ten… nastrój prorodzinny ;)
      A co byś chciała, żeby MPO wyszukało?

      • nikt wazny 23/10/2015 at 03:33

        Gdziez bym smiala cos zlecac MPO!
        To tylko taki luzny pomysl, a swoja to moze byc bardzo intratna nisza rynkowa;)

        • kanionek 23/10/2015 at 12:54

          Jest to jakiś pomysł :) Kiedyś sugerowałam małżonkowi, że mógłby zostać taką okoliczną „złotą rączką”, a on mnie pyta – i w czym mi będą płacić? W jabłkach, używanych butach i funtach psich kłaków? Cos w tym jest. Społeczeństwo tutejsze dzieli się na skrajnych nędzarzy (jak ten człowiek, któremu małżonek dwa razy pralkę naprawiał – jeśli my stoimy na skraju przepaści, to on i jego rodzina już dawno zrobili krok do przodu), klasę „średnią” (:D :D :D), która woli zaciągnąć kolejny kredyt na nowy sprzęt, oraz nowobogackich, którzy jeśli coś naprawiają, to tylko w autoryzowanych serwisach naprawy mikserów ;)

          • Kachna 23/10/2015 at 13:23

            Hm….
            Hm….
            A ja wczoraj przesiedziałam jedną godzinę i dwadzieścia minut w małej pralnio – łazience, siedząc na zimnej wannie, słuchając jak pracuje Nowa Pralka…..
            Całkiem nowa.
            I nie krzyczała na mnie. I nie rzucała się po łazience jak potłuczona. I..na koniec odwirowała wszystko. Na 1000 obrotów.
            Kocham. Ją.
            jestem nienormalna juz na pewno.
            Mee.

          • kanionek 23/10/2015 at 14:29

            „jestem nienormalna juz na pewno.” – nie schlebiaj sobie ;) To całkiem normalny odruch, niestety. Pamiętam, jak kupiłam Mamie nową pralkę, będzie już ze 12 lat temu, taką nowoczesną, ą i ę, a że wcześniej przez całe życie znaliśmy tylko jedną pralkę, marki Polar (z automatycznych, znaczy się, bo oczywiście, że najpierw była Frania), czy jakoś tak, to ta nowa była zjawiskiem jak z baletu. Cichutka, podczas wirowania stabilna i wciąż cichutka, w 30 minut potrafiła zrobić calkiem sensowne pranie, i też się na nią gapiłam z tym dziecięcym zachwytem, bo niby tylko głupia pralka, a taka ładna, taka mala, taka zgrabna i taka zręczna ;)

          • zeroerhaplus 23/10/2015 at 15:45

            Się zgadzam z przedmówczyniami :)
            Po ciężkiej i długiej chorobie naszej poprzedniej pralki (w międzyczasie urozmaicanej zabawą „wyciągnij mi to, napraw tamto, poluzuj tu trochę a ja ci i tak wywalę flaki bokiem) musieliśmy sprawić sobie nową. Zapałaliśmy do niej płomienną, trochę tylko kosumpcjonistyczną* miłością od pierwszego uruchomienia. Nawet jej film nagraliśmy, jak wirowała :) Do dziś ją uwielbiam i mam nadzieję, że się nie wyłoży jeszcze przez ciężkie lata na pralcze łopatki…
            __________________
            *- może i tak się nie mówi, ale lepiej oddaje podteksty

          • ciociasamozło 23/10/2015 at 20:40

            Oj, tak, tak. Nowym żelazkiem to mogłam prasować i prasować. I nie kapało z niego. A jak mu ładnie lampeczka świeciła.

          • kanionek 23/10/2015 at 21:30

            A ja, gdy sobie kupiłam pierwsze w życiu żelazko z wodotryskiem (to było osiem lat temu i lampka na niebiesko mu się), to musiałam instrukcję obsługi przeczytać. A i tak zawsze przedobrzyłam z tym psikaniem i zamiast prasować trzeba było ciuch wywieszać do wyschnięcia ;) Ale kupić musiałam, bo małżonek miał na stanie tylko takie klasyczne, z obrotową tarczą z informacjami, że teraz bawełna, a za dwa stopnie len, ale tarcza się gdzieś zapodziała, i trzeba było za wystający po niej trzpień kombinerkami kręcić, na wyczucie. Jak sobie spaliłam kolejny rękaw od bluzki, to kupiłam to ze światełkiem i wodospadem.

  2. ciociasamozło 22/10/2015 at 09:43

    Tytuł przeczytałam „chór okruszków”… A w końcu przecież tego wermutu wczoraj nie chlapnęłam.
    Matka kurka to taka bardziej asertywna :). Fajnie, dzieci wyrosną na twarde kuraki, co to jaszczompiem ani lisem się nie przejmą.
    Czy u młodzieży drobiowej już widać ile chłopców ile dziewczynek?
    Menel i Melina to teraz jakby mniej miauczą a bardziej się jąkają. Kaczka zawsze taka małomówna, czy tylko do filmu odmówiła komentarza?
    Wielkie gratulacje dla MałegoŻonka! Takie okazje, lutowanie drucików i klepanie blaszki zasługują na uścisk dłoni prezesa i pieczarki do pizzy (jak sam je sobie przywiezie ze sklepu ;)).

    • kanionek 22/10/2015 at 11:25

      „Chór okruszków” to jest nic. Ja też niczego, prócz kawy, nie chlapnęłam, a paczaj – odpowiedziałam Zeroerha na TWOJE pytania :D

      • ciociasamozło 22/10/2015 at 12:09

        Spoko, i tak wszystko czytam ;) (bo to uzależnienie jest)

      • zeroerhaplus 23/10/2015 at 15:46

        A ja z tego skorzystałąm i się cieszę :)

  3. zeroerhaplus 22/10/2015 at 10:37

    Co do tego, że kury są szalone się kuż kiedyś dogadałyśmy :) Teraz mały apgrejdzik tematu: dlaczego kura, gdy się kąpie w piasku wygląda, jakby właśnie kończyła dogorywać?! I jeszcze jak czasem zastygnie w tym swoim rigor kuromortis, jedno oko zamknięte, szyja wykręcona w paragraf, łapy przemieszane ze skrzydłami…
    Czy one to robią specjalnie?
    A gęsi są piękne. Kury i kaczki – okej, ale gęsi prześliczne :)
    Apropos drobiu – czy był już rosół na Rosole?

    Dialog staruszków z Bruberdrubernichtversztejen rozwalił mnie na częsci i teraz mi chrobocze w tłumiku. Przez Kanionka!! :)

    MPO to ja już kiedyś mówiłam, że podziwiam, ale nie zaszkodzi jeszcze raz oficjalnie ściągnąc beret z głowy w wyrazie szacunku :)
    No weź, dej mu te pieczarki!!

    A z tymi owocami, to już brak mi słów. Jak powiem, że mega przegięłaś (czy jak to tam się mówi) to wyskoczysz mi z następnym cymesem. Nie ma kija na Kanionka :))

    PS. Myślałam, że wszystko możliwe mam ze sprzętów potrzebych w domu i ogrodzie, a tu kiszka. Wiertła koronowego do betonu brak. Mam tylko takie wszawe do drewna i regipsiaków. I’m sorry, so sorry……….
    A, ale jakby kto miał, to podaj mu średnicę może…? Czy też wszystko jedno?

    PSPPM. Z tym dopasowaniem worków do koloru ścian w różowym pokoju możecie zrobić karierę na blogach wnętrzarskich czy jak im tam. Pewnie powiesz, że innych nie było, ale i tak nie uwierzę ;)

    PŻDFC. Czy Pani Ciocia czyta komentarze?

    • kanionek 22/10/2015 at 11:21

      Oczywiście, że specjalnie, te kury. Młodzież też się kąpie w krecich kopcach, i raz jak zobaczyłam dwóch takich, na boku leżących, to myślałam, że zdechli, a oni wtedy wyskoczyli w górę (drugi zawał) z okrzykiem: aaa! tylko udawaliśmy! (wszystko, żeby mnie wykończyć. A kogucików ostrożnie zakładam, że w sumie osiem będzie, ale z tych najmłodszych to jeszcze nie wszyscy się do końca określili ws. gender). A gęsi nie miauczą, bo przecież o to chodzi, żeby Kanionkowi na złość… Ja nie wiem, człowiek się stara, wkłada w nich wszystkich ten tak zwany trud wychowawczy, na własnej piersi hoduje, uczy manier i innych podstaw, żeby dzieci start w życie miały nieutrudniony, a oni wolą swoje – kradzieże z włamaniem i rozbojem, wandalizm, wagary i fajczenie za rogiem, no i pyskówki w jakimś leśnym slangu. A kaczka owszem, kwacze czasem, ale ogólnie niewylewna jest (chyba, że ją matka kurka pogoni, to wtedy kaczka drze się jak opętana i spiernicza przed kurką niczym mały motorek na krótkich nóżkach). Niee, rosołu jeszcze nie było. Z naciskiem na „jeszcze”, bo jak w sumie 10 czy 12 kogutów będzie na podwórku, to przecież sami się powykańczają.

      No dałam, dałam mu te pieczarki :) A średnica chociaż z 10 cm myślę. No właśnie innych nie było! Dopiero jak musieliśmy dokupić w innym sklepie, to białe mieli, i one stoją w przedpokoju tej drugiej części domu, bo z Różowym Magazynem się nie komponowały ;)
      Nie, Ciocia B. na szczęście aż tyle czasu nie ma, i tak głęboko nie wnika w zakamarki mojej działalności internetowej, żeby aż komentarze przeglądać, i w ogóle jest nadzieja, że tym całym blogu zaraz zapomni. Nadzieja matką głupich, ale przecież głupi ma szczęście :D

      • ciociasamozło 22/10/2015 at 12:11

        Czy Ciocia B. to ta od okrętów?

        • kanionek 22/10/2015 at 13:04

          Ano :) Umysł ścisły, więc obstawiam, że na dłuższą metę te głupoty, co je wypisuję na blogu, pokonają Ciocię B. i zaniecha ona dalszej lektury ;)
          Tym bardziej, że Cioci B. wiele zawdzięczam (m.in. przebrnięcie przez wszystkie etapy edukacji, na których obowiązkowa była matematyka; gdyby nie Ciocia B. w polu „wykształcenie” na wszystkich formularzach wpisywałabym „podstawowe, za kołnierz ciągnięte”), więc nie chciałabym, żeby mój blog ją wykończył psychicznie, czy coś ;)

      • mitenki 22/10/2015 at 15:55

        10 cm to średnica pieczarki? Niezłe, ale ja wolę malutkie :D Właśnie miałam tu zakrzyknąć: „Pieczarki dla MŻ!” ale widzę, że już nie trzeba.
        Matka kurka prawie o zawał mnie przyprawiła, myślałam że coś jej jest, a ona w piaskowym spa się tarza :D Kogucików 8, a ile w sumie masz kurczaczków? Grilowanych i naturalnie przybędziętych na świat? (co mi tu podkreśla, że nie ma słowa „przybędziętych” jak jest! właśnie je stworzyłam :D)

        Sklonowaliście Gwiazdolota? JUż wiem jakiej rasy jest Twoja kaczka – kaczka krzyżówka… ze sroką :D

        Muszę napisać zażalenie do Atosa, a do Ciebie maila o serkach (łasuchy żyć mi nie dają).

        • kanionek 22/10/2015 at 19:40

          Się śmiejesz, a w Lidlu od dawna pieczarki sprzedają wielkości talerzyków deserowych. Po pięć chyba sztuk w pudełko pakowane. Resztę napisze później, bo zaraz robimy sesję z Wąskim na chacie, małżonek już po niego poszedł, więc muszę spadać :)

          • kanionek 23/10/2015 at 13:02

            Kurczaków wszystkich 23, a dzisiaj znów zimny sztylet trwogi przeszył me anemiczne serce, gdy matka kurka wylazła z krzaków z ledwie trzema latoroślami. Chodzę, szukam, kir żałobny już prawie przywdziałam, ale spoko, okazało się, że reszta cwaniaczków zamarudziła gdzieś tylko i za pięć minut już byli wszyscy w komplecie.

            A zażalenie w jakiej sprawie? I nieee, Gwiazdoloty zawsze były dwa, ale pisałam tylko o swoim, bo to z nim miałam różne przygody, a małżonkowym nie jeżdżę, bo ma automatyczną skrzynię biegów, która mnie nie kręci ;)

          • mitenki 23/10/2015 at 22:08

            Się śmieję, z siebie głównie, bo nie zajarzyłam, że z tą średnicą to o wiertło chodzi :D Jak musiałam szafkę powiesić ostatnio, to władca wiertarki kazał kołki ósemki kupić, a tu nagle… 10 cm?? Ale już się dokształciłam :) O wiertło zapytam kolegę, tylko nie wiem, czy panowie pozwalają, by ich zabawkami bawił się ktoś inny.

  4. benia 22/10/2015 at 13:03

    11 rocznica ślubu jest stalowa – udana koincydencja ze stalowym okapem i wiertłem Ci wyszła :)

    • kanionek 22/10/2015 at 15:51

      No ba! Stalowa to dlatego, że stalowych nerwów wymaga, żeby tyle ze sobą nawzajem wytrzymać ;)

    • kanionek 22/10/2015 at 15:49

      Moja jak moja, ale tej pięknej, wyniosłej, rozłożystej robinii akacjowej za drewutnią! W ubiegłym roku Tradycja była już blisko powtórzenia wyczynu kóz marokańskich, bo z dachu drewutni na konar akacji – tylko jeden krok. Na razie jednak, na szczęście, moje kozy mają przyziemne zainteresowania, i mam tu na myśli nie tylko obgryzanie kory z drzew i łamanie krzaków. Dziś na przykład Laserek co chwilę musi interweniować, bo Lucek łazi za Ireną, z wywalonym jęzorem i nie tylko, i cel ma dośc oczywisty, tylko Irena nie ma ochoty na randkę z młodocianym, więc Andrzej, choć wykastrowany, poczuwa się do obowiązku stanięcia w szranki z własnym synalkiem, i tłuką się niemiłosiernie. Irena zadowolona, bo ma święty spokój, ale Laser przez płot nie wyrabia, piana mu już uszami idzie, a ja co chwilę wylatam na zewnątrz sprawdzić, czy wszyscy żyją jeszcze. Z dwojga złego… może i lepiej, gdyby sobie grzecznie siedzieli wszyscy na akacji? Liści do opierniczenia o, potąd.

      • pluskat 22/10/2015 at 16:05

        Wejsc to latwo, ale chcialabym je zobaczyc przy schodzeniu. Kanionku, dzieki za chwile szczerej radosci podczas czytania rozmowy starych ale jarych niemieckich staruszkow. Takiego skomplikowanego wiertla to nie widzialam na skladzie, a moj okap kuchenny to juz z 10 lat gnije w jakims kartonie. Ale czapki z glow wobec talentow Malzonka. A czy najmlodsze kurczaki, ktore sama wysiedzialas juz sie socjalizuja za siatka?

        • kanionek 22/10/2015 at 19:37

          A to i lepiej dla mnie – wlezą, a potem będą tam siedzieć jak te gawrony, z rozdziawionym pyszczkiem, a ja im będę z dołu rzucać marchewkę. I niech tam sobie siedzą, kochaniutkie :)

          Wszystkie kurczaki już łażo gdzie chco, skaranie boskie z nimi wszystkimi! A wieczorem w obu kurnikach wrzaski i piór z dupy wyrywanie, bo każdy chce najlepsze miejscówki, nawet jeśli WSZYSTKIE są takie same, bo małzonek zrobił sprawiedliwie, każda grzęda identyczna i na jednej wysokości ;)

      • kaminmal 22/10/2015 at 22:42

        Każdy ma swoje problemy- mój pies, popiera idee radzieckich naukowców z okresu dwudziestolecia międzywojennego i postanowił dać biednej starej kocicy(wysterylizowanej zresztą) szansę urodzenia psokotów. Czyni tak od kilku lat, pomimo, że dostaje hormony. Kiedy przestaje, to kocica niepokoi się, że straciła swój czar i przychodzi poocierać się o niego. I od początku.

        • kanionek 23/10/2015 at 12:57

          Mój Laser niczyich idei nie popiera, bo ma własne, i umyślił sobie na przykład, że z jego żarliwego związku erotycznego z kołdrą wyjdą rozliczne, małe kołderki, którymi będzie mógł się przykrywać wszędzie – w domu i na podwórku. Próbuje od kilku lat, a zaznaczyć należy, że był pięć lat temu wykastrowany, więc nie spodziewam się nagłego przypływu hurtowych ilości pledów, kocy i kołder, ale nie mam serca Laserowi tego powiedzieć ;)

          • Fredzia 25/10/2015 at 16:28

            Bo oni myślą albo górą albo dołem, nigdy razem. Pies Rodziców został wykastrowany rok temu, co absolutnie nie przeszkadza mu zakochiwać się w każdej suczce, bo po prostu o tym wykastrowaniu NIE WIE ;)

          • kanionek 25/10/2015 at 20:16

            No bo i skąd, ja się pytam, oni mają wiedzieć, skoro do zabiegu są anestetytezowani (na bank zepsułam to słowo), i potem nic nie pamiętają. Poza tym – prawdziwym samcem jest się w środku, a nie tylko na zewnątrz, więc utrata pozornych atrybutów męskości nie wpływa na całokształt zajebistości ;)

  5. mitenki 22/10/2015 at 19:18

    Aaaa, czy ten kredensik obok Bożenki, w piaskowym spa, to jest ta śliczna, filigranowa kozunia z koszyczkiem???

    • kanionek 22/10/2015 at 19:33

      Tak, to ta mała, francuska lala w pończoszkach :) Idzie w ślady mamusi, pod każdym względem – już widać, że jakieś stare trampki i bęben od pralki musiała gdzieś wciągnąć ;)

      • ciociasamozło 23/10/2015 at 16:06

        To już wiemy co Kachna zrobiła ze starą pralką :)
        A jak przyłożysz ucho to słyszysz telepanie sie trampek w bębnie?

  6. pluskat 23/10/2015 at 09:55

    Kanionku, a czy koziarnia pomiesci nastepne pokolenia? Bo jedno jest pewne, ze jurny Lucek pojdzie w slady taty i „naszyje dzieci jak Turek swetrow”. Macie jeszcze jakies rezerwy lokalowe?

    • kanionek 23/10/2015 at 12:45

      Koziarnia pomieści przynajmniej jeszcze jedno pokolenie. Jej łączna powierzchnia użytkowa, wg obowiązujących przepisów, jest w stanie przygarnąć bez szkody 22 kozy. Zaleta – zimą cieplej i weselej, wada – sprzątania i w ogóle roboty więcej, ALE. Muszę się na coś zdecydować. Przy trzech dojnych kozach jestem w stanie sprzedać tyle serów, żeby zapewnić stadu wikt i opierunek. Liczę na to, że siedem dojnych kóz zarobi nie tylko na siebie, ale też i na resztę tałatajstwa, i może dla mnie na waciki lub chleb ze smalcem. Jestem w takim punkcie kariery kozo-pseudo-hodowcy, że ani do roboty etatowej mi iść, ani sensownych zysków z hodowli mieć. Więc albo rybki, albo akwarium, na coś muszę się zdecydować… Przyszłe pokolenie na pewno przyniesie ze sobą kilka koziołków płci męskiej, może nawet większość, i na pewno będę musiała je oddać, żeby hodowla miała sens ekonomiczny. Szara rzeczywistośc już nawet nie puka do moich drzwi, ona wlazła z butami do mojej kuchni, siedzi przy stole, jara skręta i się ze mnie nabija, wykrzywionym przez artretyzm palcem rysując wymowne kółko na brudnym czole ;)
      No chyba, NO CHYBA… Że jutro wygram konkurs, spadnie na mnie grad zaszczytów i innych splendorów, dostanę w łeb obuchem sławy, a skrzynkę mailową zapchają mi listy proszalne od wielkich firm wydawniczych, błagających o możliwość wydania mojej książki (tej, zaznaczam, której nie ma). BU… HA… HA HA.

      No więc tak. Boję się, nie wiem czy dam radę, znów będę robić bokami jak koń w kopalni, ale co tam – ja się przecież boję z grubsza wszystkiego, a – jak to mawiał Adaś Miauczyński – też nie będę miała dwóch żyć. Rybki, albo akwarium… W najgorszym razie nadal będzie tak, że kozy zarobią tylko na siebie i resztę zwierząt, a to już też coś. Małżonek ma za sobą jakiś gwiazdylion pierdylionów rozmów o pracę, miesiąc temu już jedną nogą był w jednym zakładzie, ale sprawa się rypła z przyczyn nieznanych (przyzwoitość polskich pracodawców – wuj ci w zadek, nic ci nie powiemy, dla ciebie to był w ogóle zaszczyt, że mogłeś u nas startować w konkursie na żebraka roku), teraz pracuje nad tym gadżetem gitarowym, który być może przyniesie kiedyś jakiś zysk, ale nic nie jest pewne. A tak z innej zardzewiałej beczki – znów mnie od rana łeb napie*dala, wiatr z deszczem i kupą liści robią sobie trąbki powietrzne, kręcąc mokrymi kurczakami. Jesień w tym roku całkiem niepyszna, w szaroburym płaszczu, odartym ze złota i purpury. Jak fajnie. Biorę Solpę i idę zbierać dziką różę, ususzę dla kóz na zimę.

      • sieka 23/10/2015 at 22:48

        Ożesz, Kanionek dostałam po łbie tą Twoją niewinną wypowiedzią o „rybkach albo akwarium”. I mam w sobie teraz tyle słów… (oj coś chyba za górnolotnie mi idzie). Jakim Ty jesteś Odważnym Człowiekiem i jak ja Ci zazdroszczę…Bo jestem tchórz. Sory, że tak na poważnie, ale wiesz ja zawodowo urzędniczę (bez pejoratywnego wydźwięku, proszę to czytać) i jestem w tym dobra. A jednocześnie schnę wewnętrznie (o cholera to już chyba przegięłam), a do tego od dziecka ulubiona lekcja: ZPT (nie muszę wyjaśniać co to, bo tu wszyscy jesteśmy w podobnym wieku), robienie na drutach, wypalanie na deseczce, karmnik, wyszywanie…co tylko chcesz, tylko wtedy gdy robię coś rękami to żyję. No więc od roku, bardzo z doskoku szyję patchworki i wsiąkłam. No mam jak Danuta Wałęsa te sny i marzenia. W głowie zamęt i szarpanie się: czy to się ludziom spodoba, za mało umiem, bosze, bosze inni robią to lepiej, ale przecież tak sprzedać za 1000 zł na miesiąc i już by jakoś ruszyło, nie to co robię jest beznadziejne, nie no może to ja to rozdam niech nie leży w domu….A rano idę do pracy i jestem w niej naprawdę dobra. Piszę to wszystko, bo potrzebuję dobrych przykładów, a Ty jesteś dobrym przykładem i żebyś wiedziała jak trzymam za Ciebie kciuki, żeby „starczyło na waciki”. Mam nadzieję, że mimo chaosu wypowiedzi mnie zrozumiesz. Miałam napisać śmiesznie, ale coś nie wyszło…To może dla zobrazowania sytuacji wszyscy sobie przypomną ten skecz z Monty Pytona o księgowym co chciał zostać treserem lwów? To chyba o mnie ;)

        • kanionek 24/10/2015 at 01:07

          Sieka, stój! Żadnych gwałtownych ruchów! Powiem Tobie tak: z perspektywy czasu i własnych doświadczeń, oraz z uwagi na tak zwaną sytuację ogólną w tym kraju, sugerowałabym Ci wybrać odpowiedź „c” i zachować szczególną ostrożność. Zwłaszcza, jeśli nie jesteś osobą z natury przebojową, poginającą „z piersiom do przodu”, uśmiechającą się pod wiatr itd. A rozpatrywałaś możliwość wybrania złotego środka? Upieczenia dwóch srok przy jednym ogniu? Urzędowi świeczkę i patchworkowi ogarek? Wiem, że doba ma tylko 24 godziny, znam ten problem ;) Ale NA POCZĄTEK to jest rozwiązanie idealne. Nie wiem, czy urzędnicy mogą prowadzić własną działalność, ale jeśli nie, to może ktoś z rodziny…?
          I NIE JESTEM dobrym przykładem, kurczę, no jak? Powinnam na górze strony umieścić ostrzeżenie „dzieci nie róbcie tego w domu”. Odważnym człowiekiem jeszcze chyba nikt mnie w życiu nie nazwał, dzięki :D nawet jeśli sama wiem, że to nieprawda. Ale to wszystko nieważne. Słuchaj, a nie chciałabyś się pochwalić swoimi pracami? Bo ostatnie widzieliśmy prawie rok temu, i rozumiem, że od tego czasu naszyłaś ze dwieście nowych ;) Ja już nie chcę proponować forum, bo Zeroerha wspaniałomyślnie założyła nowy wątek w dziale o książkach i muzyce, i tylko echo jej odpowiedziało, ale jeśli chcesz, wrzucę parę fotek na główną. I dobrzy ludzie, uczciwie i bez wazeliny, mam nadzieję, powiedzą Ci, czy to co robisz jest fajne i cool, czy że na przykład wolą iść do Ikei. Może jest nas tu za mało, żeby nasze opinie były wyrocznią, ale zawsze coś, na początek.. A jakby coś, to na kurs tresowania lwów pewnie tez się można gdzieś zapisać ;)

          • Sieka 24/10/2015 at 08:22

            Wiem, wiem komentarz mòj zabrzmiał dramatycznie, ale nic się nie bòj w kwestii rozsądku i zabezpieczenia ekonomicznego to mam mocne poczucie rzeczywistości w postaci dwòjki mocno nieletnich pociech. Jeżeli chodzi o wyjście c, to właśnie jest w trakcie tylko mam na nie może 1,5 godziny dziennie zatem nie powstało niestety 200 patchworkòw tylko może z 6 + liczne poduchy i inne pierdoły. Poprostu wieczorem padam na pysk a na nogach muszę być już o 5.00. Zatem więc jeśli chodzi o chwalenie, to bardzo dziękuję za ofertę przestrzeni, ale nie ma czym, bo pod maszyną mam jeden kocyk dziecięcy. Reszta się rozeszła po ludziach. Zresztą wstydzę się jak cholera. Jeśli chodzi o odwagę, to sami o sobie wiemy najmniej więc świeć sobie dla mnie nieświadomym przykładem. Uściski

      • pluskat 24/10/2015 at 16:12

        Tez bym chciala zbierac dzika roze. Pisalas kiedys, ze bylas tlumaczem. Wiadomo, ze teraz na etat nie pojdziesz, a czy z doskoku miedzy serem, kurczakami i ogrodem nie moglabys robic tlumaczen literatury? Twoj blog jest najlepsza rekomendacja dla wydawcow. Myslalas o tym?

        • kanionek 24/10/2015 at 16:30

          Raczej ciężko o taką fuchę :) A ze zbierania nic nie wyszło – owoce rozpadają się w dłoniach, spóźniłam się o dobry tydzień lub dwa. Za to znalazłam tyle tarniny, że teraz mogę już powiedzieć, iż mieszkam w tarninowym zagłębiu. Przez tyle lat patrzyłam na te krzaki, i NIC mi nie zaświtało. Dziś zebrałam kolejne 2 kg.

          • paryja 25/10/2015 at 10:51

            Ta rozpadająca się róża jest najlepsiejsza! właśnie przytargałam z pięć kilo :) rwie się ją koszmarnie , na następny zbiór wezmę sobie butelkę z wodą do płukania rąk bo strasznie się rozmemluje po łapach ale warto ! wino różane cudne i naleweczka (najlepiej na bimbrze)
            Jestem fanką dzikich owoców i uwielbiam je zrywać, a od kiedy odkryłam fermentację nie muszę myśleć co ja z tym do cholery zrobię :)
            A jeśli do baniaka (ja używam plastikowych wiader dopiero po fermentacji do szkła ) wrzucisz jeszcze głóg, jarzębinę , tarninę , czarny bez i co tam jeszcze jesienią dojrzewa, to wyjdzie genialne winko typu porto , takie nalewkowe do lizania a nie do picia .

            Rozpędziłam się ale to moje zboczenie ulubione :)

          • kanionek 25/10/2015 at 12:07

            No dobra, Paryja, ale jak pozbywasz się tych włochatych nasion z wnętrza rozpadających się owoców? Czy po prostu je zostawiasz? Bo widzisz, jedno wino, tę jeżynową kraksę, już nastawiłam, i dopóki się nie przekonam, że coś sensownego z tego wychodzi, to szkoda mi czasu i – umówmy się – roboty na takie zastawienie się baniakami. I tę różę chciałam ususzyć dla zwierzaków, jako taki odpowiednik słodyczy, na zimę.

          • mitenki 25/10/2015 at 11:41

            Zostawcież coś dla sarenek, ptaszków i inszych leśnych zwierzątek! :D
            No wszystko zjedzą, wszystko…

          • kanionek 25/10/2015 at 12:12

            Jaasne :) Tarnina na ten przykład jest dla mnie dostępna tylko z wierzchu i do wysokości wyciągniętej ręki (to ostatnie dotyczy również bzu), a gdy patrzę po moich kozach, to taka sarenka bez problemu opierniczy resztę, nie mówiąc o ptaszkach. Gangi sójek od paru już tygodni drą ryje w całej okolicy, szabrując na wszystkim, co jadalne. Ja im do pięt nie dorastam z moimi możliwościami.

          • paryja 25/10/2015 at 12:43

            Spoko, ja zostawiam trochę dla dzikiej żywiny :) one nie mają dla mnie litości i opędzlowały mi jarzębinę te ptaszyny .
            Kanionku ja olewam włochate wnętrza :) jak coś w baniaku się rozlezie to w końcu na dno opada , posmaków tez nie zostawia. Myślę że dla kozy pesteczki też nie są obrzydliwe a są źródłem bardzo ponoć zdrowego i cennego oleju który zwierzętom na zdrowie wyjdzie. W tym roku chciałam być Kopciuszkiem i postanowiłam zrobić konfiturkę i w tym celu zasiadłam z nożykiem żeby obrać to badziewie … szybko zrezygnowałam :)

            ps. Swoje winko zlej do mniejszej butelki żeby się nie utleniło, ma być pod korek :) .

          • kanionek 25/10/2015 at 12:49

            Zamiast zlewać, dolałam soku z jeżyn i dodałam cukru, zadowolone było przez kolejne dwa tygodnie, a teraz już słabo pracuje. Różnie ludzie piszą o tym zlewaniu, w sensie – po jakim czasie? I po jakim czasie do zakorkowanych butelek? Gdy już całkiem przestanie pracować?

            Teraz sobie czytam, że ci, co nie mają czasu, do konfitur zagotowują całe owoce i potem przecierają przez sito, żeby pozbyć się pestek. Tylko te upierdliwe włoski mnie wciąż zastanawiają, tzn. czy nie przelezą przez sito :)

          • mitenki 25/10/2015 at 13:05

            No dobrze, przekomarzam się tylko :)
            Jadłam kiedyś konfiturę z jarzębiny, do mięska. Troszkę cierpkawa (przemraża się ją, podobnie jak owoce tarniny), ale smak ciekawy. Wcześniej myślałam, że z jarzębiny tylko korale.

          • paryja 25/10/2015 at 13:12

            Kiedy już winko przestanie pracować zlewa się je znad osadu co mniej więcej 6 tygodni , do butelek kiedy już nie zrzuca osadu i jest śliczne ,estetyczne i klarowne :) u mnie żadne wino jeszcze butelek nie doczekało :) Co jakiś czas sprawdzam czy aby nie mdłe i ono wtedy chyba odparowuje ;)
            Swoim przyszłym kozuchom nasuszyłam jabłek :) Różę niech se same z krzaków objadają ,nawet je zaprowadzę :)

          • kanionek 25/10/2015 at 13:42

            O, dzięki, nareszcie klarowna, jak wino, instrukcja :)
            Dużo tych jabłek nasuszyłaś? Bo nie chcę Cię zniechęcać, ANI NIC, ale jedna koza bardzo chętnie opierniczy przynajmniej kilogram dziennie :D
            Ale dobra, ja też jestem mądra inaczej, i jabłka również ususzyłam. Niby będę im wydzielać, ale jak przyjdzie co do czego, to dam im wszystko w trzy dni, BO ONE TAK NA MNIE PATRZYŁY… :D
            Dzisiaj miły człowiek przywiózł mi 100 kg kapusty, dla kóz, bo mojej to ledwie wystarczy na kiszoną, no i ponieważ zaczęło padać, musiałam się szybko ogarnąć i te marne 100 kg przetransportować w suche miejsce. Deszczu było co kot napłakał, ale tego nie mogłam wiedzieć, więc żeby było szybciej ładowałam worki po 25 kg na taczkę i wio. Gospodarstwo zmechanizowane, kurna jej kapusta. Szukam też chętnych, którzy chcieliby mi sprzedać jabłka surowe, ale nie spady, tylko zrywane, na dłuższe przechowanie. Moich też będzie za mało dla całego stada. Na marchew już mam namiary, tylko jak zwykle transport jest problematyczny, a potem trzeba te kilogramy do piwnicy znieść. A podobno w listopadzie miałam sobie odpocząć.

          • paryja 25/10/2015 at 13:27

            Ja jarzębinę puszczam przez sokownik i powstaje boski sok do herbatki , bardzo lubię ichniejszą goryczkę , i nalewka też świetna wychodzi :) i Podobno na rozumek pomaga, na pamięć ale nie jestem pewna bo mojemu rozumkowi nic nie pomoże.
            Kanionku ja konfiturkę chciałam koniecznie z kawałkami owoców, żeby miała gęsty czysty sok i owocki w nim, żeby można było wrzucić do herbatki a potem wyjadać z niej ;) ale a tak mi nie zależy :)

          • paryja 25/10/2015 at 13:51

            A ! i winko do butelek lepiej wytrawne wlewać bo się drożdze nagle mogą skapnąć że dali cukru i się obudzą i nabąkają dwutlenkiem i butelki powybuchają . Chyba że same zostawiły cukier w winie to znaczy że zdechły z przeżarcia i raczej nie ożyją . Ale się powymądrzałam :D
            Kiedyś mi pod stołem wybuchła butelka z piwem i od tego czasu piwo butelkuję bardzo elegancko w pety po coca coli :)

          • kanionek 25/10/2015 at 14:38

            W sumie wolę wytrawne od słodkiego, ale owocowych jeszcze nie pijałam. Po kilku miesiącach stania, gdy już drożdże zeżrą cały cukier, to chyba albo z przeżarcia, albo z głodu (brak cukru) powinny zdechnąć, więc TEORETYCZNIE nie powinno ich tam być, ale… W życiu okazuje się, że te najmniejsze, mikrosukinsyny są najlepiej przystosowane do przetrwania ;) Czytałam, że niektórzy na wszelki wypadek pasteryzują wino przed zlaniem do butelek.

  7. Ajka 23/10/2015 at 13:30

    a ja tak z innej mańki… przypadkiem znalazłam fotkę małego jarząbka: http://www.tragopan.pl/forum/jarzabek3.jpg
    prawda, że podobny do kanionkowych kuraków? tylko kreska trochę niewyraźna, może na rutinoscorbinie by się wyrobił ;)

    • kanionek 23/10/2015 at 14:30

      Jaki ślicny picimpulek!

  8. RozWieLidka 23/10/2015 at 14:41

    To ja dla odmiany od strony sera. Kanionku, czy zawsze udaje Ci się pokroić skrzep w „idealną” kostkę? Bo dla mnie ta część imprezy pozostaje źródłem nieustannej frustracji. I nie, nie martw sie- żadna tam że mnie konkurencja. Nie dość żem na drugim końcu kraju to jeszcze w krowim mleku działam 😉

    • kanionek 23/10/2015 at 14:54

      Ależ skąd! Pokrojenie skrzepu w kostkę idealną, zwykłym nożem, choćby nie wiem jak długą miał klingę, jest – moim zdaniem – nierealne. Dlatego wzięłam się na spryt i tak zwany sposób. Kojarzysz takie trzepaczki do białek, albo może to jakies mieszadła są..? Chodzi mi o taką miotłę ze stalowych drucików, pęczek taki w kształcie cebuli… Kupiłam ową w rozmiarze XL, na długiej rączce, cała stalowa, no i po wstępnym pokrojeniu skrzepu w kostkę nożem (czyli wiadomo – na krzyż, a potem jeszcze na ukos), rozdrabniam kostki przy pomocy tejże właśnie trzepaczki, nagarniając je do ścianki garnka i dociskając. Tnie elegancko, nawet na ziarno wielkości groszku :) Jeśli słabo mi wyszło to wyjaśnienie, mogę spróbować filmik zrobić (to znaczy filmiku nie muszę próbować, bo łatwo zrobić, tylko czy coś będzie na nim widać, to inna para kaloszy).

      • kanionek 23/10/2015 at 14:57

        A może źle Ciebie zrozumiałam? Może masz na myśli po prostu idealnie równe sześciany? Ale bez sensu, bo to przecież nie ma znaczenia. Jeśli chodziło Ci o coś innego, pisz :)

  9. RozWieLidka 23/10/2015 at 15:11

    Hihi nie, dobrze mnie zrozumiałaś 😊 Uff to mi ulżyło. Mi już chodziło po głowie własnoręcznie zrobienie harfy, ale ostatecznie do tego nie doszłam. Widzę, że mój perfekcjonizm do grobu próbuje mnie wpędzić, bo się naczytałam żeby broń borze nie rozrywać ziarna ino równiutko ciąć, bo inaczej to mogiła i się wkręciłam wymyślając jakieś brzytwy po dziadku albo skalpele wyrywane podstępnie chirurgom. A póki co to dziabie nożem, wyławiając z dna nie pocięte słupki. Jak widać każdy ma jakiegoś bzika 😉

    • kanionek 23/10/2015 at 15:28

      Też myślałam o harfie, ale do gara to bez sensu, musiałabym mieć kwadratowy, albo prostokątny ;) Perfekcjonizm jest mi zjawiskiem niestety dobrze znanym, ale i zdrowy rozsądek jeszcze posiadam. Ta moją trzepałką świetnie się kroi, nie rozrywa, ale swoją drogą – nie rozrywać ziarna, bo co? Im mniejsze ziarno, tym więcej serwatki skrzep oddaje, i masz więcej sera w serze, choć oczywiście zależy, o jakim typie sera mówimy. Ja robię taki półtwardy, i oprócz mocnego rozdrobnienia ziarna stosuję np. dolewanie wody do serwatki na pewnym etapie (żeby roztwór był mniej nasycony i mógł przyjąć jeszcze więcej serwatki), jak i prasowanie podczas formowania krążków (czyli odciskam jeszcze więcej serwatki). Mniej serwatki = więcej sera, oraz dłuższy termin przydatności do spożycia, bo serwatka w serze powoduje jego przyspieszone kwaśnięcie. Ale – jak wspomniałam – to zależy, jaki ser się robi. Do jednego gatunku będzie potrzebna kostka skrzepu o rozmiarze 2 na 2 cm, a do innego – wielkości ziaren pszenicy (a propos rozrywania skrzepu – chyba u Licznerskiego czytałam, że w tradycyjnych bacówkach, gdzie skrzep grzało się w wielkich kadziach przy ognisku, skrzep ROZRYWANO rękami). Oprócz tego – wiadomo – rolę gra temperatura podgrzewania skrzepu, długość podgrzewania, krotność podgrzewania, odsączanie grawitacyjne lub prasowanie, no i temp. przechowywania. Serów jest kilkaset gatunków, ale wszystkie powstają z mleka i podpuszczki (nie mówię o twarogu, który powstaje w wyniku li tylko fermentacji mlekowej), różniąc się „jedynie” technologią wykonania i zestawem dodanych bakterii.

      A jakie sery robisz? Próbowałaś może, z ciekawości pytam, robić sery wędzone z mleka krowiego? Bo ja pracuję od kilku tygodni nad udoskonaleniem technologii wyrobu moich wędzonych, i wczoraj chyba w końcu do czegoś sensownego doszłam :)

  10. RozWieLidka 23/10/2015 at 16:01

    A więc…. tak wiem nie zaczyna się zdania od ” a więc”, ale…. ;) W mundrych księgach wyczytałam – zastrzel mnie, ale nie pamiętam gdzie, że z porwanego skrzepu ucieka za dużo tłuszczu do serwatki zamiast zostać w ziarnie, dlatego lepiej kroić niż rwać. Gładkie ścianki ziarna pozwalają na odpowiednie, odejście serwatki bez utraty tłuszczu. Podobne straty tłuszczu powoduje zbyt gwałtowne mieszanie podczas osuszania ziarna. Tak że ten.. Ale nie ma chyba co wpadać w paranoję.
    Serki też robię połtwarde, Koryciński, bunc raz trafiła się gouda i feta. Od czasu do czasu cuś na kształt łoscypków ;) Zanim doszłam do jako takich efektów to najbardziej uwędzona byłam ja. Moja wędzarnia to prymityw nad prymitywami : dwie dziury w ziemi, jedna głębsza na ognisko, druga płytsza, połączone krytym rowkiem przez który przechodzi dym, po drodze nieco się chłodząc. Nie wiem, czy kojarzysz metodę, jak by co mogę wrzucić link do grafiki. Wędziłam na drewnie olchy z dodatkami owocowych patyków, bo miałam pod ręką. Taka robota to generalnie doskakiwanie co chwilę, żeby sprawdzić czy wszystko gra, tzn czy nie zgasło, albo nie chajcuje się za mocno i dym za gorący. „Czadowa” zabawa😉 ale efekt smakował wszystkim zainteresowanym.

    • kanionek 23/10/2015 at 17:09

      Ach, to faktycznie – ja przy Tobie jestem profesjonalistką pełną gębą: dziura w ziemi na palenisko, potem zardzewiała rura (miejscami już przerdzewiała na wylot), a na końcu zardzewiała beczka :) No i właśnie o te „coś na kształt” oscypków mi chodziło – jak robisz? Jeśli nie chcesz zdradzać tajnej tajemnicy, to się nie obrażę, a nawet zrozumiem. Ja korzystam z nieco mało wylewnych wynurzeń Licznerskiego, który operuje takimi jednostkami miary jak skopek lub beczka, a czasy i temperatury to już w ogóle szkoda gadać, więc po prostu w trudzie i znoju dochodzę do właściwych proporcji, temperatur itp. (chodzi mi nie o etap wędzenia, tylko technologię wyrobu sera parzonego), a muszę jeszcze brać pod uwagę, iż robię z sera koziego, nie owczego, co ma niestety duże znaczenie (owcze tłustsze, że ojacie). Żeby zrobić dobry ser parzony i potem wędzony, to trzeba uzyskać plastyczność skrzepu na poziomie plasteliny, a do tego pozbyć się jak najwięcej serwatki. Jak dotąd udawało mi się robić sery wędzone bardzo smaczne, ale niewyględne ;) To znaczy o nieregularnej, spękanej często skórce, a poza tym urobiłam się zawsze po łokcie i cała kuchnia w strzykającej podczas wyciskania serwatce. Licznerski powiada, że za tę plastyczność odpowiada stosowne ukwaszenie skrzepu (bo oczywiście „nadkażamy” mleko kulturami fermentacyjnymi), ale z kolei zbyt duże ukwaszenie już jest be, i moge to potwierdzić – gdy razu pewnego odstawiłam skrzep na zbyt długo, chyba osiem godzin, to potem miałam wędzony twaróg. Też fajny, ale efekt był niezamierzony. No i dlatego pytałam, jak robisz, jeśli robisz :)
      A wędziłam też w dymie olchowym z dodatkami owocowymi – kozy obrzępoliły z kory wszystkie samosiejki śliwek, pozbawiając je życia, więc wycięłam i użyłam do wędzenia właśnie. Na koniec dorzucam gałązkę lub dwie jałowca, ten aromat mnie zniewala :) I tak, ja tez muszę latać co chwilę i regulować palenisko – jak się zbyt mocno rozpali, sery „płyną”, gdy się zbyt mocno zdusi – palenisko zdycha. Roboty z tym, że czacha dymi, ale jak ser się uda, mmm…

  11. RozWieLidka 23/10/2015 at 17:52

    http://wedlinydomowe.pl/sery-domowe-maslo-i-nabial/sery-miekkie/1641-wspolnie-z-beiot-em-robimy-serki-a-la-oscypek Przepis mam z tego adresu. Oczywiście nie dysponuje oryginalnymi foremkami więc moje serki miały kształt jajowaty, a po uwędzeniu wzbogacony o siatkę odgnieceń od rusztu. Temperaturę dymu sparwdzam na czuja dłonią. Podpuszczki daje zgodnie z zaleceniami producenta – u mnie to jest 1 kropla na litr. Żeby wyszedł taki skrzypiący to ziarno musi się dobrze kleić po podgrzaniu. Najlepiej po prostu po dojściu do wskazanej temperatury wysadzić łapki do garnka i ugniatając sprawdzać jak jest. Jak ziarno się ładnie zlepia to znaczy, że już jest ok. A potem to już „tylko” wygniatanie. Taaa znam ci ja te pryskające na wszystkie strony strumyczki serwatki i skurcze dłoni po entej wyciśniętej kulce 😉 A jak już jesteśmy przy parzeniu sera – spróbuj zrobić mozarelle, którą się parzy w temp. około 70 – 85 st. i taką wygniata. Ubaw po pachy. Bez azbestowych rękawic nie podchodź 😜 Jeśli chcesz przepisy na serki to nie ma sprawy-chętnie służę pomocą. W porywie szaleństwa zaopatrzyłam się w książkę Domowy wyrób serów Ricki Caroll więc jest z czego wybierać :)

    • kanionek 23/10/2015 at 18:35

      Jakie pikne foremki! Jeżu złoty brylantami wysadzany, pewnie można je gdzieś kupić za straszne miliony. Szkoda, że sama nie umiem takich zrobić. A może umiem, tylko jeszcze o tym nie wiem? No i ten, właśnie być może z braku foremek tak mi się te moje jajowate oscypki rozłażą? Aha, ja podgrzewam skrzep do 70 stopni, więc wiem, co znaczy wygniatanie w piekle :D Z ciekawości chyba kupię mleko od krowy i sprawdzę, czy wyjdzie mi cosik innego, niż z koziego.

      RozWieLidka, powiedz mi, jak chłop krowie na rowie – co Ty rozumiesz przez to wygniatanie? Wyrabiasz jak ciasto drożdżowe (i.e. kula jest spłaszczana i miętolona), czy tylko działasz równomiernie rozłożonym naciskiem, tak żeby kula jednak cały czas była kulą? Bo w tym pierwszym przypadku skrzep mi się nie chce ponownie sklejać, a w tym drugim mam wrażenie, że jednak ze środka ta serwatka nie wyłazi. Pardą za zawracanie harfy, ale ten etap produkcji powoduje u mnie największą frustrację :)

      • RozWieLidka 23/10/2015 at 18:54

        No to słuchaj krowo tfu Kanionku 😜 żebyś już nie gubiła się w domysłach to używając Twoich słów „działam równomiernie rozłożonym naciskiem, tak żeby kula nadal była kulą”. A takie pikne wypasione foremki to faktycznie kosztują wrednie, co i mnie niepomiernie boli, jak chcesz jeszcze po jednoczyć się w bólu to zajrzyj na stronę serowar.pl- i to nie jest żadna reklama jak babcię kocham. Fajne mają bajery, ale wąż ostrzegawczo kąsa w biodro ;) a tera ide se chlapnąc świeżej serwatki spopod ricotty. Zdrówko wszystkim Kozom ☺ 🍸 a może ktoś reflektuje?

        • kanionek 23/10/2015 at 19:00

          Taa, widziałam, niektóre formy wyglądają, jakby były zrobione z plastiku, ale one MUSZĄ mieć w środku platynę lub diamenty, bo inaczej – skąd takie ceny?
          Dwa razy robiłam ricottę, Mamie i małżonkowi smakowała, a ja mam chyba zbyt burackie podniebienie, bo dla mnie to ani ser, ani twaróg, ani ptasie mleczko ;) Zjadłam z tym czymś nawet naleśniki i nadal zachwycona nie byłam. Taki ustrój, no.

    • mitenki 23/10/2015 at 19:04

      Ooo, a ja tu szynkowar zamierzam kupić i sama wędliny robić :)

      • RozWieLidka 23/10/2015 at 19:07

        Polecam. A próbowałaś robić własny schab dojrzewający? To dopiero są delicje mlask. Oczywiście jeśli ktoś lubi surowe wendliny.

      • mitenki 23/10/2015 at 21:26

        Nie próbowałam jeszcze nic robić, poczytałam różne fora, złapałam bakcyla. Tym bardziej, że gotowe wędliny coraz mniej smaczne, nie mam blisko dobrego sklepu. Surowe lubię, podrzucisz przepis? :)

        • RozWieLidka 24/10/2015 at 14:07

          Nie ma sprawy. Potrzeba 1 kg schabu, pół szklanki cukru, pół szklanki soli, przyprawy wg uznania: majeranek, papryka, jałowiec, pieprz, no co tam w duszy gra. Bierzesz schabik, najlepiej taki niepoprzerastany, bez tłuszczu. Myjesz osuszasz. Ją dziele go na dwie albo trzy części. Dokładnie obtaczam w cukrze i nacieram nim i w misce, albo innym pojemniku z przykryciem wędruje do lodówki na 24 H. W międzyczasie można odlewać pojawiającą się wodę. Po 24 godz. myje mięso, obsuszam i powtarzamy nacieranie tylko że z solą. I znów 24 H w lodówce. Po czym zmywam sól, nacierajam na bogato przyprawami i znów lodówka – 24h. Po tym wszystkim owijam każdy kawałek sznurkiem i wieszam w suchym, ciepłym i przewiewnym miejscu, z dala od zębów i łapek domowników, u mnie to jest futryna drzwi między kuchnią a pokojem. Po 48 godz można wcinać. Czas wiszenia ogranicza jedynie apetyt😜

          • kanionek 24/10/2015 at 18:20

            Ale zara, zara i jak to – całkiem tak bez obróbki cieplnej, nawet dymem, choćby niegorącym? Całkiem w mordę surowy ten schabowy ma być? Rany tatara… Ja bym nie zjadła. Na pewno smaczny, ale ja tchórz. Co powoduje, że on, ten schab, jest w ogóle jakkolwiek przetworzony – cukier, sól? Wiszenie przez dwa dni w ciepłym pokoju? Czary jakieś, a ja nietutejsza ;)

          • RozWieLidka 24/10/2015 at 20:10

            Kanionku
            No jak ktoś mocno uparty to można sobie na końcu ten schabik uwędzić, ale zaprawdę Wam powiadam, nie trzeba. Po tym całym słodzeniu,soleniu, przyprawianiu i wędzeniu to on jest kruchutki i smaczniutki, że ino mlaskać.

          • kanionek 24/10/2015 at 20:39

            Dobra, wierzę, może nawet sprawdzę na małym kawałku, a szynkę też tak można…?

          • RozWieLidka 24/10/2015 at 20:11

            Eee suszeniu, miało być nie uwędzeniu.

          • RozWieLidka 25/10/2015 at 11:31

            Z szynką, mówiąc szczerze, nie próbowałam. Ale pokusiłabym się o polędwicę ;)

          • paryja 26/10/2015 at 13:12

            No zrobię ten schabik, jak bum cyk cyk. On nie ma soli peklowej której się nieco brzydzę i w miarę krótko trwa dojrzewanie, no w sam raz dla mnie :)

          • zeroerhaplus 26/10/2015 at 14:11

            A gdzie zdjęcie, się pytam?
            :)

          • zeroerhaplus 26/10/2015 at 14:13

            Nie wiem, dlaczego za chuja wafla wrzuciło mię tu (znaczy poprzedni komentarz). Chodziło mi o zdjęcie jedynek/jedynki Andrzeja. Tej, co to jak łopata. Tja :)

          • kanionek 26/10/2015 at 18:03

            Zeroerha, jakeś taka mundra, to hoć i zrup! To zdjęcie. I przywieź ze sobą jakiś pancerny aparat foto, odporny na kozie żyrandole :) Mnie się TYLKO RAZ udało zobaczyć tę jego jedynkę (dlaczego moje kozy tak nienawidzą zęby pokazywać?), i wciąż ją widzę na ekranie pamięci – ogromna, ogromna łopata. Nie wiem, jak on z nią przez drzwi koziarni wychodzi ;-P

          • mitenki 26/10/2015 at 16:55

            Zeroerha, my tu nie o waflach, tylko o mięsiwach ;)
            Trochę mnie ten cukier przeraża, bo i ja i tak za słodka jestem. Czuje się go w smaku później? Spróbuję, z małym kawałkiem polędwicy, zobaczymy co mi wyjdzie.

          • RozWieLidka 26/10/2015 at 18:13

            Cukru w schabiku nie czuć ani trochę.

            A już się bałam, że to ja mam zdjęcie tego schabu wrzucać, ale jak kto mocno chce to chyba nawet jakieś mam ;)

          • kanionek 26/10/2015 at 18:45

            Dawaj fotę, RozWieLidka! Wrzucisz na forum (tam jest dział o żarciu), czy prześlesz mi mailem, a ja pokażę w następnym odcinku koziej sagi?
            Ja chcę zobaczyć, ja chcę zobaczyć! Najlepiej z zewnątrz i w środku (plasterek taki, żyw jeszcze, roztrzęsion i zadziwion, że jak to – będzie zjedzony, skoro jest SUROWY :D). Poka :)

          • RozWieLidka 26/10/2015 at 20:50

            Posłałam na maila, bo nie jestem jeszcze zadomowiona na forum.

          • RozWieLidka 27/10/2015 at 09:31

            Hm właśnie dostała maila, że mój mail do Kanionka nie może być dostarczony, bo coś😞 to chyba spróbuje z tym forum.

          • kanionek 27/10/2015 at 11:10

            RozWieLidka, a czy mogłabyś skopiować i wkleić tutaj treść tej informacji o niemożności dostarczenia? Wyjaśniłoby to parę rzeczy i moglibyśmy zgłosić władcom serwera, co nie gra.

          • RozWieLidka 27/10/2015 at 14:32

            Uprzejmie donoszę:

            This is the mail system at host smtp.poczta.onet.pl.

            I’m sorry to have to inform you that your message could not
            be delivered to one or more recipients. It’s attached below.

            For further assistance, please send mail to postmaster.

            If you do so, please include this problem report. You can
            delete your own text from the attached returned message.

            The mail system

            : host mail6.mydevil.net[85.194.241.80] said: 550-rejected
            because 213.180.142.165 is in a black list at bl.spamcop.net 550 Blocked –
            see http://www.spamcop.net/bl.shtml?213.180.142.165 (in reply to RCPT TO
            command)

          • kanionek 28/10/2015 at 19:53

            Kurczę, serwer, na którym urzęduje Twoja skrzynka mailowa, jest przez „nasz” serwer oznaczony jako spamerski. To już któryś z rzędu, bo ten, z którego pierwotnie pisała do mnie Ania W. też wylądował na czarnej liście. Małżonek mówi, że napisze do adminów, ale problem ze spamem i samorozsyłającymi się wirusami narasta w internetach i coraz trudniej nad tym szajsem zapanować. Będzie zabawnie, gdy ludzkość pokonana przez boty i inne automaty powróci do pisania listów inkaustem na papirusie, ślinienia znaczków, albo wysyłania korespondencji gołębiem ;)

          • RozWieLidka 28/10/2015 at 21:11

            AAA to takie buty. To spróbuje z gmaila :)

          • kanionek 28/10/2015 at 21:11

            O, powinno się udać :)

  12. mitenki 23/10/2015 at 18:28

    Borze zielony, a ja myślałam, że robienie serków to taka prosta sprawa. „Zepsuć” mleko, bach do gara, bach dodatki, podgrzać i bach do foremki.
    Ogrom mojej niewiedzy przytłoczył mnie tak bardzo, że idę na pole, choć siąpi i głowę urywa. Bolącą jak Twoja, właśnie solpa się skończyła…

    • kanionek 23/10/2015 at 21:18

      O kurczę, przypomniałaś mi tym brakiem Solpy, że ja miałam spróbować z tymi kulkami w nosie… Znaczy z tą kolendrą i pieprzem cayenne. A z przyzwyczajenia od razu łaps za piguły. Jeśli jutro też mnie będzie bolał pusty dzban, to spróbuję i dam znać, jak poszło (oby nie nosem).

      No i nie-nie-nie, dodatki do mleka nie bach! Dodatki, czyli zioła lub inne dosmaczacze, się dodaje dopiero przy nakładaniu skrzepu do formy. A w formie trzeba jeszcze minimum raz ser odwrócić. A po wyjęciu z formy nasolić, dosuszyć w lodówce (też pamiętając o obracaniu), i dopiero wtedy gotowe. Przynajmniej moje się tak robi.

      • mitenki 24/10/2015 at 00:02

        Dodatki do mleka nie bach? A podpuszczka? Tu Cię mam :D

        • kanionek 24/10/2015 at 00:36

          Moja droga, jaka podpuszczka? U mnie mleko się ścina pod samym tylko moim spojrzeniem, a jeśli mam naprawdę dobry dzień, to i kroi się posłusznie samo, i pyta, czy ma się zamieszać :) Ha! Teraz ja Cię mam! Mów mi „Hiszpańska Inkwizycjo”.

          • mitenki 24/10/2015 at 13:56

            Eee, podpuszczasz mnie :D
            I jaka inkwizycja? Jesteś chodzącą dobrocią, Matką Kanionek od koziołków, i jestem pewna, że gdy opuścisz ten ziemski padół, będzie czekać na Ciebie w niebie pięknie pobielona koziarnia, ze żłobami pełnymi pachnącego siana i owsa :* I stadko kózek :)

          • kanionek 24/10/2015 at 16:32

            Tak, chodzącą dobrocią. Z tym, że czasem ledwie chodzącą (coś mi się porobiło z prawą stopą, i jedyne buty w jakich mogę teraz chodzić to kalosze), i rzadko kiedy dobrocią ;)

          • paryja 25/10/2015 at 18:41

            Na pewno mogłabyś założyć plastikowe klapki z chińskiego sklepu co to je chłopu oddałaś . To są najbardziejsze buty na świecie i w ogóle nie rozumiem dlaczego je oddałaś . I jeszcze się o nich wyrażałaś !

          • kanionek 25/10/2015 at 20:14

            Ha! Bo mam oto nowsiejsze, ładniejsze (czarno-pomarańczowe), mniejsze (te niebieskie były za duże), i… Owszem, w nich też mogę chodzić, a nawet jeździć – gdy pada taki mżawkosiąp jak dziś, a na powierzchni ziemi zalegają upadłe liście, to w chińskich klapkach jeździ się wprost wybornie. Stylem znienacka-i-bez-kontroli. Stylem na kobietę bez zębów. O, przypomniało mi się – Andrzej nareszcie zgubił mleczne jedynki, i w ich miejsce wyrosła mu jedna łopata. Albo szufla do odśnieżania. Ząb jest tak wielki, że w sumie jeden wystarczy.

  13. Barbarella 23/10/2015 at 19:13

    Po pierwsze witam się po powrocie z dalekiej podróży, acz za krótkiej (chociaż mój żołądek tak się stęsknił za białym serem, że jadłam go wytwornie na stojąco nad zlewem z pożądania). Mój mąż zeznaje, że takiego wiertła nie ma, ale może i chowa. Raz próbowali z moim tatusiem schować przede mną kilkusetkilogramowe KOWADŁO nabyte bardzo, bardzo okazyjnie (mój dziadek był kowalem, ojciec też by jeszcze konia podkuł, chociaż teraz to już podobno na jakieś śruby, a nie na hacele, koniec świata).
    Po trzecie – ja wiem, jak to było u Cebulackich z drzewkami owocowymi, bo tak samo miała moja Mama na działce przy lesie. Rok pierwszy – wyrwane zostały samosiejki, posadzone jabłonki, śliweczki i bez. Rok trzeci – jabłonki kwitną, pojawiły się tu i ówdzie choineczki, ale są takie PRZEŚLICZNE, malutkie, puchate i okrągłe, nie ruszajmy ich na razie, przecież zawsze zdążymy wyrwać!… Rok piąty – śliczne choineczki właśnie przerosły jabłonkę. Rok dziesiąty – po drzewkach owocowych nie ma śladu, a sosny do nieba. Więc u Cebulackich mogło być podobnie.
    Wiesz, ten kurczak w pierwszym akapicie… Trochę struchlałam.

    • Barbarella 23/10/2015 at 19:22

      A, i zapomniałam o najważniejszym! A może byście odzyskiwali wodę, jak w „Marsjaninie”? (Co on tam z tą wodą wyczyniał – w ogóle polecam „Marsjanina”, super lektura dla technicznych dłubaczy). Nie trzeba by robić dziury w ścianie. Że do odzyskiwania wody potrzebny jest sprzęt?… Na pewno NASA coś wystawia w outlecie! Można też zwykłym osuszaczem – zawsze to parę litrów wody do przodu.

    • kanionek 23/10/2015 at 20:48

      O kurka, i co zrobiłaś z tym kowadłem? Mi by się przydało – uwiązałabym je Wąskiemu do szyi, zamiast tej opony.
      I żeby to tak było, jak piszesz, z tymi samosiejkami i jabłonkami, to ja przecież bym zrozumiała, bo też mi żal takich młodych, odważnych, a zwłaszcza puchatych, ale nie, zdecydowanie były to nasadzenia planowane. Bo np. te srebrzyste świerki nie rosną tu absolutnie nigdzie, poza moim podwórkiem, a te za płotem co prawda zwyczajne, ale posadzone w szeregu, bardzo ciasnym zresztą. Nie uwierzę, że oni myśleli, iż to są drzewka karłowate :)
      Spokojnie, kurczak jak najbardziej chemiczny i hormonalny, ze sklepu, ale za oknem właśnie dorasta jakieś osiem do dziesięciu kogutów, I CO JA MAM ZROBIĆ? (nie chodzi mi, jak się domyślasz, o przepisy kulinarne)

      Już u Ciebie przeczytałam o tym „Marsjaninie” i nie powiem, kusi mnie. A mam jeszcze najmniej trzy książki oczekujące cierpliwie na przeczytanie. Może jak skończę z tymi trzema, to akurat pojawią się pierwsi Marsjanie w dziale „używane” na Allegro.

      • mitenki 24/10/2015 at 14:03

        „Marsjanina” warto :) Choć trochę się pogubiłam w technicznych sprawach. Ciekawa jestem filmu, widział ktoś?
        Małżonek powinien koniecznie przeczytać, jestem pewna że potrafiłby zbudować ustrojstwa, których NASA by się nie powstydziła.

        • Ajka 26/10/2015 at 08:02

          Ja widziałam Marsjanina. Fajny, taki dość zabawny momentami. Bez szału, ale miło się oglądało.

    • ciociasamozło 23/10/2015 at 20:57

      Jakby tak dobrze rozbujać kowadło, to wiertło koronowe może już nie będzie potrzebne?

      • kanionek 23/10/2015 at 21:22

        Ani okap… A jakby je tak NAPRAWDĘ dobrze rozbujać, to musiałabym zamieszkać w koziarni. Ciocia sobie jednak wykreśli tę poradę z kowadłem ze swojego zeszyciku ;)

        • ciociasamozło 23/10/2015 at 23:24

          Szkoda, miałam już taka piękną wizję generalnej zmiany designu kanionkowej rezydencji ;)
          No dobrze, kowadło odłożymy do wiosny.

          • kanionek 24/10/2015 at 00:40

            Tak będzie lepiej. Zresztą, Barbarella pewnie go używa jako zakładki do książek, jak Kachna pralki w charakterze przycisku do papieru. Czytałam coś kiedyś o pokoleniu silnych kobiet, i tak to sobie właśnie wyobrażam :)

        • Kachna 25/10/2015 at 20:04

          Oddałam humanitarnie panu fachowcowi na części.
          A tak ją lubiłam.
          Ale – umarła pralka – niech żyje Nowa Lepsza i Wirująca Pralka!

  14. Ajka 23/10/2015 at 20:43

    Oglądałam dziś wczorajszą Gesslerową i tam było pokazane jak robią kozie serki. Więc byłam w stanie sobie wyobrazić, to co żeście tu napisały ;)
    Inaczej… czarna magia ;)

  15. zeroerhaplus 24/10/2015 at 06:51

    A tak jeszcze w temacie dziury: małżonek pyta, czy się nie da wykuć?
    Drugie pytanie: jakim cudem macie metrowe ściany i czy aby w tej ścianie nie mieści się jakaś dodatkowa, nieodkryta jeszcze komnata ;)

    • kanionek 24/10/2015 at 16:35

      No właśnie, jakim cudem? Ano cudem wyobraźni, moja droga :) Dziś wzięłam miarkę i – tadam! Ściany mają 45 cm grubości. Najbliższe metrowe to chyba na zamku krzyżackim…
      Tak, da się wykuć, ale wiercona dziura regularna, ładna, i gruzu dokoła chyba mniej. Ale w ostateczności to i owszem.

      • baba aga 24/10/2015 at 18:54

        nie wiem czy nie doczytałam czy nigdzie nie padła srednica wiertła?
        rozumiem ze długosc z pół metra a średnica jaka by satysfakcjonowała szanownego małżonka?

  16. RozWieLidka 24/10/2015 at 16:41

    Czy mnie się zdaje, czy dzisiaj są wyniki?

    • kanionek 24/10/2015 at 18:12

      Podobno. Podobno gdzieś jest. „Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzieeee”, ten wynik, o który pytasz mnieeee (meee), maleńka pszczółka może wieee, gdzie czegoś dowiedzieć można sięęę (ale ja nie). Meee :)

  17. kanionek 24/10/2015 at 21:30

    Przypomniałam sobie, że miałam podrzucić linki do instruktażu klepania kosy. Net mi ledwie żyje, więc na razie tylko trzy. W dwóch pierwszych może jest więcej gadania, niż pokazywania, ale za to gadane są ważne rzeczy (jak trzymać ostrze kosy podczas klepania, jak uderzać młotkiem, jak poruszać ręką itd.), w ostatnim są ujęcia z bliska. Jakość może nienajwyższa, ale jeśli się już cokolwiek rozumie z klepania, to wystarczy:

    1) https://www.youtube.com/watch?v=F-_AE_T4b58 (część pierwsza)
    2) https://www.youtube.com/watch?v=BAlLyHagFWU (część druga)
    3) https://www.youtube.com/watch?v=6JbSqcl-EAk (zbliżenie)

    Największą trudność sprawiało mi utrzymanie ostrza kosy płasko na „babce” do klepania – kowadełko małe, kosa wcale nie tak lekka, gdy trzeba ją utrzymać w kilku palcach, a stołek, na którym się siedzi, też musi być odpowiedniej wysokości (zwróćcie uwagę, że część kosy przez większość czasu spoczywa na kolanie). Młotkiem uderzamy lekko, nie walimy jak kowal modelujący rozżarzony miecz, ale mimo wszystko ostrze ma tendencję do zmiany kąta ułożenia, podskakiwania i przesuwania się. A powinno leżeć tak, żeby krawędź tnąca była w jednej płaszczyźnie z powierzchnią kowadła (babki). Młotek nie powinien być zbyt ciężki, optymalna waga to 500g.
    Jak tylko trafi się jakiś lepszy dzień z netem, to poszukam innych filmów, na których też się wzorowałam :) Jest tez mnóstwo porad i pomocnych podpowiedzi w formie pisanej (po angielsku), ale wiadomo, że po przyswojeniu teorii najlepiej zobaczyć tę sztukę w praktyce.

    • paryja 25/10/2015 at 10:56

      Wczoraj wieczorkiem, nie znając ni w ząb języków ale przy wsparciu nalewki mirabelkowej zrozumiałam o co biega. Teraz wycyganić o dziadka babkę (he he ) i mogę męczyć kosę :)

      • Kachna 25/10/2015 at 20:02

        Co???
        Nalewka mirabelkowa??
        Że mi do głowy nie przyszła. A mirabelek u mnie zatrzęsienie. I żółte, i różowe i czerwone….
        Ha – za rok, za rok….

        :)

        • kanionek 25/10/2015 at 20:26

          A wiesz, że tarnina to w sumie też śliwka? A one się jeszcze na krzakach trzymają. Nie, żebym coś złego doradzała, nie…

          • paryja 25/10/2015 at 22:26

            Nalewka tarninowa to specyjał hiszpański i nazywa się pacharan .
            Gdzieś w necie trafiłam przepis, anyżówka w nim występowała , jakby się ktoś skusił na złe to przepis wygrzebię :)

          • kanionek 26/10/2015 at 20:09

            Ooo! To ja swoją nazwę Parch Aran. Oprócz tarniny (bardzo, bardzo dużo tarniny, WYPESTKOWANEJ, wrrrr!) dodałam jałowca, goździków, cynamonu (ździebuńko tylko) i miodu. Nie wiem, nie wiem jak ja ją przefiltruję, bo te wypestkowane owoce (po stokroć – wrrrr! i nie polecam) to szalona miazga, która wchłonęła całą wódkę jak pierwszy lepszy stryjek na weselu, aż musiałam dolewać, bo mi się walec w słoju zrobił.

          • paryja 27/10/2015 at 07:15

            Ten czy ta pacharan czyta się paciaran więc dla twojej miazgi paciara też może być ładną ładną nazwą.
            Też zaleję tarninę ale pestkować nie będę (kwasu pruskiego się nie boję a migdałowy posmaczek bardzo lubię ).

          • kanionek 27/10/2015 at 11:08

            Paciara it is!
            I co – zalewasz całe owoce, caluśkie, niedraśnięte żadnym narzędziem? Pal diabli kwas pruski, też podejrzewam, że jego ilość jest znikoma, a nikt nie wypije kilku litrów nalewki za jednym posiedzeniem, ale czy owoce oddadzą co mają do oddania, gdy będą w całości? Na pewno łatwiej je będzie odcedzić, ale z kolei, tak sobie myślę, te moje rozbabrane pewnie „oddały” od razu, i w sumie mogę tę nalewkę już zlewać. Wiem, że i tak najlepsza po dwóch latach, ale przynajmniej nie będę już musiała o niej pamiętać :D

  18. mitenki 25/10/2015 at 00:39
    • RozWieLidka 25/10/2015 at 08:41

      Od wczoraj szukam informacji i coś mi się zdaje, że jury nieźle zabalowało i po prostu zapomniało o takim drobiazgu jak zamieszczenie wyników.

      • kanionek 25/10/2015 at 12:09

        Zajrzałam na ichnią stronę na fejsbuku i – sądząc po poprzednich edycjach konkursu – mam wrażenie, że to nie jest, hmmm, poważny konkurs ;)

        • zeroerhaplus 26/10/2015 at 00:48

          Miałam takie wrażenie od początku, ale co ja tam wiem…

    • kanionek 25/10/2015 at 15:58

      Ale w katgorii „literacki”? Przecież ten blog jest „o literaturze”. Kurde, Kaczka, ja już moją kaczkę wystroiłam w pawie pióra, pociągnęłam sprejem złotym i posypałam brokatem, na Twoją cześć i ku chwale, a tu jakaś lipa… Znaczy buk.

      • kanionek 25/10/2015 at 16:02

        O, i nawet się pofatygowałam i sprawdziłam – zgłoszony był w kategorii „blog o literaturze”. Może więc jeszcze nie wszystko stracone? Szkoda, że organizatorzy nadal śpią, bo mżawka u mnie i kaczce brokat spływa!

    • sieka 27/10/2015 at 13:07

      wielki zbuk – he, he

      • kanionek 28/10/2015 at 20:09

        Zbuk jak zbuk, recenzje w imponującej ilości, pisane poprawnym językiem, i spoko. Ale czy Państwo widzieli, kto wygrał w kategorii „blog literacki”?
        :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D
        Oczywiście, że to nieładnie z mojej strony, i mam to całkiem gdzieś. Dobrze, że chociaż Kaczce dostało się wyróżnienie, bo już bym całkiem osłabła. Ale jeśli chodzi o stopanienek, to wybaczcie, drodzy Państwo, ale….
        :D :D :D :D :D :D :D :D :D
        Dobra, nie przystoi starszej kobiecie w kaloszach i z kozami. Tylko, że… :D :D :D :D :D

        • Ola 28/10/2015 at 22:31

          nadmienię tylko, że skład jury zostanie podany wkrótce – nadal :D
          ech profesjonalizm…

          • kanionek 28/10/2015 at 22:57

            No bo wiadomo, że jak długo trwa minuta zależy od tego, po której stronie drzwi od toalety się znajdujesz, a „wkrótce” to termin jeszcze mniej precyzyjny i bardzo wygodny w stosowaniu. Przykład: wkrótce będzie się żyło lepiej, wszystkim :D

        • pluskat 29/10/2015 at 09:34

          Leon Wisniewski niech sie schowa.

        • ciociasamozło 29/10/2015 at 10:02

          No cóż. Wstała dzisiaj rano. Szary świt nie zachęcał do opuszczenia ciepłego domu, ale proszący wzrok psa przypominał o obowiązkach. Chłód poranka orzeźwił ja nieco i codzienne poranne czynności wykonywała z większą niż zwykle energią. W końcu nadszedł ten moment, gdy włączyła przestarzały już trochę komputer, poruszyła szarą myszką po starej, zniszczonej podkładce i klikneła na link odsyłajacy do Najlepszego Blogu Literackiego 2015.

          A teraz musi zjeść śledzia. Albo chleb z musztardą.
          Faktycznie to blog trudny. Dla mnie trudny do przełknięcia jak kłąb waty.
          Sorry. Pewnie się nie znam. W końcu przy paru uznanych dziełach literatury światowej też wymiękłam.

  19. kaczka 25/10/2015 at 16:03

    A u mnie Helou Kitty szampan bezalkoholowy od dwoch lat mrozi sie w lodowce! Myslalam, wreszcie jest okazja, obale z gwinta jak na czesc Kanionka! A tu taki suspens!

    Ale Pandemonia mowi w kuluarach, ze jej sie przysnilo, ze obie odbieralysmy Oscara i Krzyz Zaslugi, a takze talon na balon, wiec…

    • kanionek 25/10/2015 at 16:14

      To znaczy Ty i Pande? A dla mnie może choć karnet na klarnet? Ale jak znam życie, dostanę sam „krzyż”, bez tej zasługi. No nic, ja wracam do sera (jutro wysyłam chyba z pięć paczek! już prawie jestę kurierę), a Wy wypinajcie bohatersko pierś, może się co do niej przyczepi :)

      • zeroerhaplus 26/10/2015 at 00:50

        Order na mordę :D

        • kanionek 26/10/2015 at 08:45

          Order na mordę i krzyżem po plecach!

          • zeroerhaplus 26/10/2015 at 13:44

            No tak, ale GDZIE JES KRZYŻ ?

  20. kaczka 25/10/2015 at 18:42

    Nie!Monia snila o nas!takie ma sny,ze jej tam po krzyzach laza kaczki i Kanionki :)

    • kanionek 25/10/2015 at 20:20

      Ona ma w sobie tę nutkę perwesji, nie? No ale jak ktoś się z kurą wychowywał… I świętemu by zaszkodziło :)

      • pandeMonia 04/11/2015 at 14:44

        No, ma, ma, cała symfonię.
        I co, wyśniłam, o! Sprawdziło się, że mnie nie było :D A Kaczka piła trzy dni i trzy noce z tej sławy.

        • kanionek 04/11/2015 at 16:58

          Ale co ona tam piła, jakiś koci szampon, czy coś ;)
          (Jak Ci się przyśni, ile tłuszczu ma mój ser, to daj cynk)

  21. mitenki 25/10/2015 at 19:07

    To ja się upijam z rozpaczy, a szansa jeszcze jest??

    • kanionek 25/10/2015 at 20:24

      Nie wiem, nie znam się, podobno, ale nic nie martw, pij sobie spokojnie, Mitenki, bo następny konkurs pewnie znów dopiero za kilka lat, i jeśli się teraz z rozpaczy nie upijesz, to kiedy? A nie! Przecież będą jeszcze wyniki wyborów :) W sumie możesz te dwie okoliczności połączyć w jeden ciąg :D

      • mitenki 25/10/2015 at 20:54

        Ale ja chciałam się upić z radości… ze wszystkimi tu :)

      • mitenki 26/10/2015 at 00:20

        Wykrakałaś!

        (czemu nie można napisać jednego słowa?)

        • kanionek 26/10/2015 at 08:42

          Nie wykrakałam, tylko to było tak przewidywalne, jak fazy księżyca :) Nie zajrzałam dziś na ani jeden portal informacyjny, a wiem, kto wygrał. I pomyśl – co to za wybór, gdy wiadomo, że liczą się tylko dwa ugrupowania, każde z nich stare i dobrze znane, i każde z nich miało już swoją „szansę” i żarło z koryta władzy? To nie jest, i nigdy nie była, walka o lepsze jutro, lepszą Polskę, lepsze życie. Zawsze chodziło tylko o stołek dla siebie, przyjaciół, rodziny i tych, którym jesteśmy coś winni. Dlatego nie warto się emocjonować tym, KTO wygrał tym razem, bo to jeden wuj.

          Nie można napisać tylko jednego słowa, bo tu rządzi wtyczka :) Małżonek próbował jej coś wytłumaczyć, ale ona uparta jest jak koza ;)

          • Kania 26/10/2015 at 21:06

            Nie masz racji Kanionku, że to nie jest, i nigdy nie była, walka o lepsze jutro, lepszą Polskę. Mam nadzieję, że dla niektórych jednak jest. I z całą pewnością dla niektórych była, że wymienię choćby Mazowieckiego i Kuronia. Nie jestem idealistką, ale nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka.

          • kanionek 26/10/2015 at 21:53

            Kania, zgodzę się, że jednostki (nie będę wymieniać nazwisk, bo to nie konkurs na Dobrego Polaka) praworządne się zdarzają i wśród polityków. Dobrzy lekarze wśród lekarzy i dobrzy, z powołania nauczyciele wśród nauczycieli, i że nie każdy ksiądz jest pedofilem i tak dalej. Jednak w demokracji wybiera i rządzi większość. Co mi po jednym czy trzech świętych (niechby ich było nawet trzystu!), gdy reszta to buraki, złodzieje, cwaniaki, szydercy, idioci lub zwykłe świnie? Pytam więc serio, Kania – nie mam racji, bo Kuroń? Polska nie została wyprzedana, bo ktoś tam? Polska ma prężnie rozwijającą się gospodarkę, klasę średnią, malejące bezrobocie i perspektywy na przyszłość, bo… Mazowiecki? Te wybory to farsa. Znów ugrupowanie przejmujące władzę będzie mogło się tłumaczyć, że to poprzednie „wszystkie zabawki popsiuło i nasikało do piaskownicy, i my teraz nic nie możemy”. Wygrało PiS, bo „ludzie są już zmęczeni rządami PO”. Przedtem wygrało PO, bo… „ludzie byli już zmęczeni rządami PiS”. Buhahaha! Wierzcie lub nie, ale ludzie niedługo znów będą zmęczeni. Ci, co jeszcze nie wyjechali albo nie umarli.

          • nikt wazny 27/10/2015 at 02:22

            Kaniu, zgadzam sie z Toba! I osoby, ktore wymienilas to takze moim zdaniem przyklad ludzi prawdziwie bezinteresownych (w tym potocznym znaczeniu).
            Kanionku, polityka na calym swiecie (mam na mysli kraje rozwiniete) rzadzi sie podobnymi prawami i nie wydaje mi sie, zebysmy odbiegali jakos szczegolnie od sredniej. Oczywiscie, sa panstwa w ktorych standardy sa wyzsze niz u nas, w takiej np. Skandynawii. Ale przypuszczam, ze tam z kolei niepodobalo by Ci sie mnostwo innych rzeczy, ktorych u nas nie ma:)

          • kanionek 27/10/2015 at 11:04

            Poczytuję sobie za sukces, że zaledwie po dziesięciu minutach produkowania odpowiedzi na Twój komentarz przypomniałam sobie, że to bezcelowe. Kolejna, jałowa dyskusja, w której nikt nikogo do niczego nie przekona. A bywało, że dotarcie do tej prawdy objawionej zajmowało mi trzy dni i nieprzespane noce. Hej, chyba dorastam, czy coś? Jeno patrzeć, jak sypnie mi się wąs.

    • kaczka 25/10/2015 at 20:25

      Gigantyczna szansa!

  22. kanionek 25/10/2015 at 20:30

    ANIU W., ANIU W.!
    Dostałam właśnie Twój e-mail i jestem zaskoczona treścią, gdyż przecież natomiast wysłałam Tobie dzisiaj zapytanie o adres Wasz do wysyłki! Mój e-mail znów gdzieś przepadł? W każdym razie – jeśli to czytasz, wyslij mi adres mailem. Koniec telegramu. Czy tam „stop”.

    • Ania W. 25/10/2015 at 21:31

      Kanionku, Kanionku! Od godziny wysyłam do Ciebie emaile i za każdym razem moja poczta pisze mi ( w wolnym tłumaczeniu) „wiadomość niedostarczona, adres odrzucono jako spam”. Puszczam zatem z innego adresu. Over. :)

      • kanionek 25/10/2015 at 22:04

        Tu brzoza, tu brzo… A nie, lepiej nie.
        Dostałam, dziękuję :) Niechaj bogowie jutro przed Gwiazdolotem ścieżki prostują, i z mokrych liści zamiatają, a Święty Kanionek od paczki z serem (albo czym kto zamawiał) dotrze do wszystkich grzecznych dzieci. A teraz Kanionek idzie spać, bo jakiś dzisiaj niewyraźny ;)

        • Ania W. 26/10/2015 at 22:10

          Aljo, Kanionku! Mogie przelew robić?

          • kanionek 26/10/2015 at 22:26

            Noż! Wysłałam maila na ten drugi, lepszy adres Twój. Ze wszystkim – z linką pomocniczą, informacją szczegółową, no nie mów, że nie doszedł był znów?

          • Ajka 29/10/2015 at 13:58

            Jakby coś nie tak z pocztą WP lub o2, to piszcie do mnie. Mam wtyki ;)
            na maila na wp – ajkabu. Nie podaję całości – bo spamboty ;)

  23. Ola 26/10/2015 at 18:10

    Hej Kanionek, będę robić twaróg z mleka prosto od krowy. Weź zmów jaką litanię, bo szkoda by było tych trzech litrów mleka. Normalnie robię jogurt, ale tego nie dało się już gotować, bo trochę późno odebrałam. Jak mam już zsiadłe, to jak długo je ogrzewać? Jak myślisz?

    • kanionek 26/10/2015 at 18:50

      Ola, nie chodzi o to, jak długo, tylko do jakiej temperatury. ja podgrzewam do 50, maks. 55 stopni. Jeśli podgrzejesz bardziej, twaróg może wyjść suchy, ale też spoko. Jeśli nie masz termometru, który by zniósł kąpiel w mleku o takiej temperaturze, to zastosuj metodę „na palec”. Jak już będzie zbyt gorące, żeby palec w nim trzymać kilka sekund, to już wystarczy. Aha, po podgrzaniu (mieszaj delikatnie od czasu do czasu, od dołu garnka do góry. Zresztą masz tylko 3 litry, to Ci się szybko podgrzeje, więc się nie namieszasz), zostaw w garze do całkowitego ostygnięcia, i dopiero wtedy przelewaj przez gęste sito, lub – jeśli nie chcesz uronić nawet najdrobniejszej odrobinki twarożku – przez gęstą szmatę jakąś, typu pielucha tetrowa dwukrotnie złożona. Serwatkę tez można pić, zawiera większość soli wapnia! Bo sam twaróg wapnia ma już tak tylko aby, aby ;)

      Aha, a długo to mleko stało? W sensie – od świeżego do zsiadłego?

      • Ola 26/10/2015 at 21:18

        dwa dni stało… dzięki za wskazówkę, bo gdzieś wyczytałam, że ma pyrkać dwie godziny to mleko :O

        • kanionek 26/10/2015 at 22:02

          Dwie godziny pyrkać, czyli najpierw musiałoby się zagotować, a przez te dwie godziny pyrkania chyba rozpłynąć w nicość?… To nie wiem, co to za twaróg, ale ponieważ nie jest tak, że ja wiem wszystko najlepiej, to może jakiś twaróg z tego wychodzi. Hm. Nawet do zrobienia ricotty (z serwatki po serze podpuszczkowym, nie twarogowym) wystarczy podgrzać serwatkę do 90 stopni i podtrzymać tę temperaturę ledwie kilka minut, a ricotta to ser wyrabiany chyba w najwyższej temperaturze. Hm. Aż mnie to zaciekawiło.

          • Ola 26/10/2015 at 22:19

            No to zobacz: http://kotlet.tv/twarog-domowy/
            Moja babcia regularnie twaróg robiła, zawsze sobie wisiał na kranie w kuchni, a ja my tu w netach szukać musimy :D
            No nic, mleko podgrzane, stygnie, zobaczymy co z tego wyjdzie. Dzięki za wskazówki :)

          • kanionek 26/10/2015 at 22:33

            Aj waj, bo ona daje mleko słodkie oraz zsiadłe, w proporcji pół na pół. Podgrzewa długo, żeby to słodkie też się zsiadło zapewne. Ale to i tak jeden z – ja już nie chcę nikomu nadepnąć na odcisk! – ciekawszych przepisów na coś tak nieskomplikowanego, jak twaróg ;) Znam sposób z mieszaniem mleka zsiadłego ze słodkim, ale polega on na tym, że się zagotowuje mleko słodkie (normalnie, do punktu wrzenia) i tym zalewa zimne mleko zsiadłe (dzięki czemu uzsyskuje się temperaturę mieszaniny w okolicach 60 stopni, czyli podobną, do której ja podgrzewam mleko zsiadłe). I nie pyrka się dwie godziny, tylko wręcz przeciwnie – daje ostygnąć. O.
            Wyjdzie Ci twaróg, nie martw się :)

          • kanionek 26/10/2015 at 22:51

            Aha. Poczytałam sobie u autorki jak zrobić mleko zsiadłe z mleka pasteryzowanego, i natknęłam się na taką poradę, żeby mleko nastawione na zsiadłe nie było przykryte, a jeśli słoik z wieczkiem, to żeby był przykryty, ale nie zamknięty, tylko tak nakryty po prostu. „Posumowując – zdecydowanie odkryte!”, pisze autorka. I niestety nie uzasadnia niczym swojej porady, a gdyby chciała uzasadnić i poszukała informacji, dowiedziałaby się, że fermentacja mleka jest działaniem organizmów beztlenowych, czyli a) dostęp powietrza nie jest im potrzebny do działania, b) jest wręcz przeciwnie – mleko powinno stać w zamkniętym przykrywką garnku, czy zakręconym słoiku, żeby na powierzchni mleka nie osiadał np. kurz i inne niepożądane elementy otoczenia. Odcięcie dopływu powietrza ma też sporą szansę zapobiec nadkażeniu zbierającej się na wierzchu śmietany np. zarodnikami pleśni.
            Może ktoś jeszcze pamięta butelki z mlekiem, roznoszone przez mleczarza, takie z kapslem z folii aluminiowej bodajże? To mleko się pięknie zsiadało w oryginalnie zamkniętych butelkach. Dlaczego więc ktoś pisze, że mleko powinno stać „zdecydowanie otwarte”, całkiem bez sensu, bo sobie z czapki taki los wyciągnął?

          • Ola 27/10/2015 at 01:04

            No i dlatego właśnie wolę książki i to te porządne, z redaktorem naukowym, korektorem i recenzentem :) Albo Kanionka, co na jedno wychodzi. Sama zbyt leniwa jestem, albo mało rozgarnięta, żeby dogrzebać się rzetelnych informacji. A w necie pełno domorosłych znawców od sera z sodą i innych prawd objawionych…
            Ale, ale… twaróg sobie dynda, a ja opijam się serwatką. Myślałam, że to kwaskowata woda będzie, a to pyszna śmietankowa rzecz. Tylko tą nadkażoną pleśnią śmietaną mnie nieco przeraziłaś Kanionku. Bo garnek przykryty miałam, ale talerzem tylko, gdyż pokrywkę zdewastowałam. Ale co tam, od takiej ilości krzywda mi się nie stanie chyba? :D

          • kanionek 27/10/2015 at 10:06

            No nie wiem, Ola… Moim zdaniem już po Tobie :D
            A tak na serio – udał się twarożek? I spoko, w czym talerz gorszy od pokrywki?

          • ciociasamozło 27/10/2015 at 10:49

            Ej no, widocznie autorce coś dzwoniło (ale chyba nie do końca w kościele), że pasteryzowane to bez bakterii, więc musi stać otwarte, żeby ich nałapać z powietrza i się zsiąść. No cóż, chciałabym, żeby jedynymi drobnoustrojami w atmosferze mojego mieszkania były bakterie kwasu mlekowego :)

          • Ola 27/10/2015 at 22:20

            Twarożek wyszedł! Właśnie się objadam serem z powidłami śliwkowymi. No porównania nie ma. Sklepowy półtłusty kwaśny i suchy, tłusty ma jakiś dziwny aromat… A ten – delikatny, śmietankowy, no mniam… Trochę się rozsypuje. Albo za mało ściśnięta gaza była albo jakiś błąd w „procesie produkcyjnym”. Poprawię się następnym razem :D
            Kanionek zdrowiej, mam nadzieję, że to czytanie o sodzie i margarynie nie zaszkodziło twojemu żołądkowi…

          • kanionek 28/10/2015 at 20:23

            Ola, rozsypuje się, ale nie jest zbyt suchy? Jeśli tak, to nie ma się czym przejmować, następnym razem krócej go trzymaj w zawieszeniu ;) Czasem jest tak, że gdy odcieknie zbyt dużo serwatki, twarożek się sypie. Bywa też, że sypki jest wskutek podgrzania mleka do zbyt wysokiej temperatury. A czasem to zależy od samego mleka! Nie macie pojęcia, ile rzeczy może pójść nie tak z tymi czarami z mleka. Mleko od każdej krowy, czy kozy, jest odrobinę inne. Mleko dobrej jakości, nieskażone obcymi bakteriami i innym świństwem, niepasteryzowane, daje piękny skrzep gdy się ukwasi, czyli zsiądzie. Taki skrzep stanowi zwartą bryłę, bez rozwarstwień, piękną, gładką, dającą się wręcz kroić nożem. Ja na początku zaprawiałam kozie mleko mlekiem zsiadłym ze sklepu, i efekty bywały różne, ale od dawna robię tak, że z każdej partii zsiadłego mleka, przed podgrzaniem na twaróg, zabieram jakieś 300 ml i zamrażam, celem „zakażenia” kolejnej partii mleka. Musiałam w ten sposób wyselekcjonowac „nalepsze” bakterie, bo teraz za każdym razem mam skrzep tak piękny, że żal podgrzewać :D Nie lubię smaku zsiadłego mleka, więc go nie pijam, ale lubię na nie patrzeć. Jest piękne. Idealnie białe, a śmietanka na wierzchu lekko żółta. Skrzep jest tak zwarty, że można w nim rzeźbić dłutem, jeśli się umie. No ale ja nie umiem, więc jednak zawsze robię ten twaróg ;)

  24. Ola 26/10/2015 at 18:11

    a na necie znalazłam takie cudo, myślicie, że to nie podpucha? że z sodą się robi???
    https://www.youtube.com/watch?v=pV0Fbp7Hcdo

    • kanionek 26/10/2015 at 18:56

      Rany boskie, CO TO JEST? Ser żółty z twarogiem, sodą, i – na litość waszą i naszą – MARGARYNĄ? Jeszcze nie obejrzałam całości, ale przypuszczam, że twaróg ma dać „smak sera”, soda zrobić dziurki, a margaryna nadać „sprężystości” :D Dobra, obejrzę do końca, ale powiadam Wam, drogie dzieci, nie róbcie tego w domu. Albo róbcie, ale nie nazywajcie tego SEREM.

      • kanionek 26/10/2015 at 19:01

        I jeszcze żółtka :D
        I na końcu niebożę mówi jeszcze: „taki ser jest bardzo zdrowy, pozbawiony konserwantów”. Serio? Z margaryną? O kurwa.

        • kanionek 26/10/2015 at 19:15

          No więc dobrze. W takim świecie żyjemy, czas się pogodzić. To jest wyrób seropodobny, prawie identyczny z naturalnym, może sobie nawet być smaczny (czipsy ziemniaczane o smaku sera też są), ale to nie jest ser sensu stricto. Swoją drogą – wiecie, że ja dopiero rok temu się dowiedziałam o istnieniu w sprzedaży serów żółtych, które nie są serami? Obejrzałam nawet film, w którym pokazane było, jak się takie coś robi (z tłuszczów roślinnych, oczywiście). Wygląda, pachnie i smakuje jak ser, ale nie wolno na opakowaniu napisać „ser”, bo toto nim nie jest. Można za to napisać „żółty z dziurami”, i babcia w sklepie nie zauważy różnicy, a się ucieszy, że kupiła ser w cenie 12 zł za kilogram. To tak, jak z wyrobami udającymi masło. No i okazuje się, że lokale gastronomicznie pośledniej jakości też tego czegoś używają zamiast sera, na przykład do pizzy i zapiekanek. Mrożona pizza w markecie też może to świństwo zawierać, więc czytajcie, dobrzy ludzie, skład drobnym druczkiem.
          Nie, oczywiście, że od tego się nie umiera, a na pewno nie od razu, ale… Co jest złego w prawdziwym, naturalnym serze, do diabła? Czy wszystko musi być z oleju rafinowanego, skrobii kukurydzianej i mydła? Szybciej, taniej, masowo? To ja już wolę zjeść coś normalnego raz w tygodniu, niż gówno codziennie w nieograniczonych ilościach :-/

          • Ynk 26/10/2015 at 19:35

            Tak właśnie, a nie inaczej. Zawsze-przezawsze wolę zjeść niedużo dobrego, naturalnego, niż napchać się byle czym.

          • Ynk 26/10/2015 at 19:44

            i a propos: czy jest jeszcze miejsce w kolejce po sery z OK? czy grafik już wypełniony do BN?

          • kanionek 26/10/2015 at 20:13

            Jest miejsce :) Nie w najbliższy poniedziałek, ale w następujący po nim już tak. OWies nagi chyba sprzyja produkcji mleka, bo kozy znów dają tyle, ile miesiąc temu. Oby tak dalej, a przynajmniej do grudnia, bo w grudniu już trzeba je będzie zasuszyć. Wysyłaj więc zamówienie, namyślać się możesz jeszcze przez ponad tydzień :)

          • ciociasamozło 27/10/2015 at 10:42

            Prawda ustami (palcami?) Twema Kanionku przemawia!
            Od ponad dziesięciu lat wczytuję się w drobny druk, bo choć chipsy o smaku serowym czasem jadam to robienia ludzi w konia nienawidzę. Proszę bardzo, jak ktoś lubi jeść parafinę z margaryną to niech sobie je, ja wolę już z lupą chodzić do sklepu (tu pytanie, dlaczego mimo wszelkich przepisów dotyczących oznakowania produktów ja nadal muszę z tą lupą?)

          • ciociasamozło 27/10/2015 at 10:44

            Twemi miało być, Twemi!

        • Ola 26/10/2015 at 21:19

          no właśnie, o żesz kurdybanek!

  25. mitenki 26/10/2015 at 19:07

    Kaniooooneeeek!
    Menszczyznę tu mamy, zabłądził biedaczek czy co?
    Lecę się uczesać i przypudrować nosek :D

    • kanionek 26/10/2015 at 19:17

      GDZIE? GDZIE? Przegapiłam coś? Ja umalowana, bo dziś w miastach bywałam. Gdzieżesz ci on?

      • mitenki 26/10/2015 at 19:40

        „Na forum zarejestrował się ostatnio ……”
        No chyba, że to pseudonim artystyczny którejś z Kóz :D

        • kanionek 26/10/2015 at 20:10

          Aaa… To zaraz zajrzę :)

          • kanionek 26/10/2015 at 20:21

            Mitenki, już się nie maluj :D No chyba, że chcesz okazyjnie kupić to mieszkanie w Oleśnicy, które Jakub chce sprzedać, to wtedy tak, wygląd może nieznacznie wpłynąć na efekt końcowy pertraktacji finansowych ;)

          • mitenki 27/10/2015 at 10:40

            Ale in plus czy in minus?
            Uczesałam się tylko, a mieszkanie owszem chcę, za taką cenę?
            Tylko z dostawą do miejsca zamieszkania :D

  26. Ania W. 26/10/2015 at 23:05

    @Kanionek – doszedł email, dziękować! :)

    • kanionek 26/10/2015 at 23:12

      Jeszczeć nie ma za co – niech ta paka dotrze cała i zdrowa najpierw, no i zawartość sobie ocenisz, a wtedy proszę bardzo, dziękować ile wlezie :D (uwaga przy rozpakowywaniu – słoma inside)

      • Ania W. 27/10/2015 at 09:55

        Zaznacz Jakubowi, że życzysz sobie procent od sprzedaży mieszkania na forum :). Będziemy miały za co sprowadzić tych z USA, co to ich kiedyś chciałyśmy bimbrem spoić i wykorzystać niecnie!

        • ciociasamozło 27/10/2015 at 10:44

          Ania W. , podoba mi się Twój tok rozumowania :)

        • kanionek 27/10/2015 at 11:11

          Łii, za ten procent od dziupli w Oleśnicy to nie wiem, kogo byśmy mogły sprowadzić… Myszkę Miki? :D

          • wersja 27/10/2015 at 13:30

            i co byście niecnego myszce zrobili? bo mnie temat wciągnął.

            (czy tu by nie można jakoś tak zrobić, żeby mi się nowe komentarze podświetlały na różowo, czy coś, bo przecież nie piszecie po kolei, jak panbuk przykazał, i ja muszę za każdym razem przewijać od góry do dołu, żeby mi nic nie umknęło. to znaczy oczywiscie nie muszę, ale chcę, bo się dobrze bawię, czytając. tak tylko się chciałam zwierzyć).

          • małyżonek 27/10/2015 at 17:21

            @Wersja – po to jest na pasku z boku (na dole w przypadku telefonów, tabletów) sekcja „komentarze”. Wyświetla linki do 7 ostatnich odpowiedzi.

          • ciociasamozło 27/10/2015 at 19:03

            Miki to w sumie pci męskiej jest, ale obawiam się, że ten to dopiero by nas kosztował. Disney twardo by się targował.

  27. kanionek 27/10/2015 at 16:06

    Myly Panstwo, komunikat. Wczoraj wysiadl mi zoladek, a teraz laptop. Na razie jestem nieczynna. Rozowe komentarze po moim trupie!

  28. wersja 27/10/2015 at 18:51

    malyżonek – no masz, teraz widzę :) dzięki!

    kanionek – a masz syrop z orzechów włoskich? jak masz, to łyknij. pomaga najlepiej na świecie. pozdrowienia!

    • paryja 28/10/2015 at 11:26

      A jeszcze lepiej nalewkę na zielonych orzechach :) Oczywiście tylko leczniczo .

      • mitenki 28/10/2015 at 18:00

        Paryja, my TYLKO leczniczo :D

        • kanionek 28/10/2015 at 19:44

          Nie mam zielonych orzechów, NA SZCZĘŚCIE nie mam, bo weźcie, ile można tych nalewek robić? Jeszcze nie przecedziłam tarninówki, pardą, Paciary, a już musiałam pigwówkę nastawić (Mama przywiozła chyba z 5 kg pigwowca, część poszła na syropek do herbatki, a część na leczniczą nalewkę…).

          Mój laptop ma już tyle zepsutych elementów, że powinien dostawać jakiś zasiłek z PFRON, ale jeszcze się nie poddajemy! Odpisałam na większość maili, te wymagające bardziej wylewnych odpowiedzi zostawiłam sobie na późniejszy wieczór. Cieszę się, że wszystkie paczki dotarły (ja je chyba trzy godziny kompletowałam, dziesięć razy sprawdzając co do kogo, i czy waga zamówionych towarów się zgadza i w ogóle, pakowałam, czule taśmą owijałam, a Poczta miała jakieś opóźnienia w aktualizacji statusów przesyłek i normalnie aż drżałam z obawy, że te paczki zostały gdzieś rozjechane przez TIRa, albo pojechały na Bali), i że Wam smakowało.

          • Ania W. 28/10/2015 at 21:51

            Swoją drogą, to od lat już nie dostałam paczki OBWIĄZANEJ SZNURKIEM! Rispekt, Kanion!

          • kanionek 28/10/2015 at 22:54

            Słoma i sznurek idą w parze, a poza tym naprawdę się bałam, że jak uni gruchną tą paką gdzieś o podłogę w urzędzie, to chińska taśma klejąca nie wytrzymie napięcia i popuści ;)

    • kanionek 28/10/2015 at 19:47

      Wersjo – nie mam syropku, nie mam orzechów. Nasze drzewko, posadzone kilka lat temu przez małżonka (dostał sadzonki w prezencie i teraz co roku ogląda bacznie każdy nowy pączek, a wiecie, jak długo rośnie orzech włoski), zacznie owocować pewnie gdzieś za 20 lat, i chyba kto inny będzie pił ten syropek!

      • kanionek 28/10/2015 at 20:03

        Ale ten… Jak masz przepis, to może podaj? Może zdobędę trochę orzechów, a skoro mówisz, że pomaga, to się nawet postaram zdobyć. Każdej jesieni ten sam problem (z żołądkiem, nie z orzechami), w tym roku i tak późno mnie dopadło – może wcześniej byłam tak zajęta robotą, że postanowiło grzecznie poczekać i zdybało mnie teraz, gdy wreszcie mam czas choćby kawałek książki przeczytać.

  29. Ania W. 27/10/2015 at 20:01

    Paczka od Kanionka przyszła STOP Jabłka przesuper STOP Tenkjuforjorkooperejszyn STOP

    A czy mogę je zostawić w tej słomie (jak nic z tego balota co to o nim gdzieś tu było) w chłodzie? Bo cudnie wyglądają i tak sobie suponuję, że w takiej kołderce to nic im nie straszne…

    P.

    • kanionek 28/10/2015 at 20:13

      Aniu W., myślę że będzie im dobrze w słomie, oby tylko w chłodzie siedziały. Słoma z jednego z tych pięciu balotów, co to niedawno przyjechały, świeżutka, nieużywana :D
      A w środku paczki znalazłaś co trzeba?

      • Ania W. 28/10/2015 at 21:33

        Ofkors, że znalazłam! Mówiłaś o małej garsteczce, a tu słój wieliki przyjechał! Dopłacić Ci ja li jakoś nie muszę…???

        Jabłka w chłód pójdą w piątek, bo wtedy wraca monsz i wtarga rzeczony nabój do piwni(cy).

        • kanionek 28/10/2015 at 21:47

          No ale jakbyś zgniotła, toby Ci garstka z tego wyszła ;) Niee, samaś już przecie dopłaciła, z własnej woli!

          • Ania W. 29/10/2015 at 23:08

            Dzięki, Kanionku! Żyj sto lat!

  30. mitenki 28/10/2015 at 21:16

    Czemu tak Ci wysiada żołądek jesienią Kanionku?

    • kanionek 28/10/2015 at 21:40

      Bo mam wrzody i przepuklinę rozworu przełykowego (temu, kto wymyśla tak parszywe nazwy dla już i tak mało przyjemnych schorzeń, zrobiłabym w głowie dziurkę, tym twardym młotkiem do kosy), i pół biedy, gdy tylko jesienią dostaję bęcki, bo i późną wiosną się zdarza. Inhibitory pompy protonowej mam zawsze w podręcznej apteczce, choć staram się nie nadużywać, i przy pierwszych symptomach nadchodzącego kryzysu łykam mleczko zobojętniające i wyhamowuję z dziwnymi potrawami, choć to drugie remedium zdaje się nie działać wcale. I w ogóle bywają lata lepsze i gorsze, w ub. roku było już bardzo niewesoło, a w tym jakoś całkiem znośnie :) Dzisiaj jest o niebo lepiej, więc i morale wzrosło, ale jeszcze nie mówię „hop”, bo w każdej chwili mogę się wyłożyć ;)

      • wersja 29/10/2015 at 09:49

        a helikobacter pyroli został wykluczony? bo ma w bliskiej rodzinie przypadek człowieka, który się 15 lat leczył na wrzody, aż go mądry lekarz pierwszego kontaktu skierował na badanie, przepisał antybiotyki i teraz jest zdrów jak ryba. już będzie z lat dziesięć.

        • kanionek 29/10/2015 at 10:29

          Helicobacter pylori stwierdzono u mnie dwanaście lat temu, podczas pierwszej gastroskopii i odkrycia wrzodów dwunastnicy. Brałam wtedy takie mocarne combo leków, w skład którego wchodziły również antybiotyki. Stwierdzono eradykację helicobactera i alleluja. Kilka lat później, podczas kolejnej gastroskopii, stwierdzono, iż owszem, dwunastnica piękna i młoda, jakby nigdy nic, helicobacter brak (pobrano jakieś wycinki z żołądka), za to nadżerki na żołądku i „pstrokaty wygląd błony śluzowej”. Bakterii niet, więc antybiotyków nie przepisano, tylko zalecono leczenie zachowawcze inhibitorami pompy protonowej, oraz powiedziano Kanionkowi, że powinien prowadzić uregulowany tryb życia (co to w ogóle jest?), nie denerwować się (how? how?), a najlepiej w ogóle siedzieć w samym środku kwiatu lotosu na tafli spokojnego jeziora ;)

          • kanionek 29/10/2015 at 10:31

            …ale ja mam tylko wysychający, zamulony staw, a wszystkie kwiaty kozy zeżarły. Mój los jest przesądzony.

          • wersja 30/10/2015 at 11:08

            „pstrokaty wygląd błony” brzmi poważnie jak „kolczyk w pępku”, ale zdaje się, ze nazwa myląca. współczuję. nie zazdroszczę :( ale może orzechy pomogą?

          • kanionek 30/10/2015 at 11:36

            Też tak sobie pomyślałam, a potem, że może on nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział, i musiał naprędce nowy termin medyczny ukuć, no i wyszło, jak wyszło. Pamiętam, jak kolega pojechał ze swoim labradorem na jakiś konkurs piękności (psiej piękności), i to nie był ich pierwszy start, mieli już na koncie jakieś wstążki, szarfy i ordery, a tu pani z komisji spoglądając na psa zastanawia się na głos, jaką maść wpisać, i wpada na genialny pomysł: „bułczany”! Kolega zrobił się całkiem buraczkowy na twarzy, bo jak to – bułczany, kurde? Co to ma być? Zawsze był biszkoptowy… Zdarzają się więc zamglenia jaźni i wśród profesjonalistów.
            A powiedz, Wersja, ile tego syropku dziennie można bezpiecznie przyjąć? Bo czytałam wczoraj wynurzenia takiego ciut nawiedzonego dziadka do orzechów (co robi właśnie syropek w ilościach hurtowych, na beczki niemalże, i nie tylko syropek, ogólnie fanem orzecha włoskiego jest) i on coś o ograniczeniach mówił, żeby nie przedobrzyć.

  31. mitenki 28/10/2015 at 21:56

    Inhibitor pompy protonowej brzmi jak coś, co skonstruowała NASA i czego mógłby używać bohater filmu „Marsjanin”. A to piguły. Też łykałam. Ale odmówiłam.
    Kłania się zespół jelita drażliwego (ja nazywam wkurwionego).

    • kanionek 28/10/2015 at 23:01

      Ja czasem jednak muszę, i to przez kilka tygodni, inaczej amba i mogiła, za to od kilku lat odmawiam kontrolnej gastroskopii. Harmonogram zakładał takową co dwa lata, ale weź – dwa lata to za krótko, by otrząsnąć się z traumy poprzedniego zabiegu. Potrzebuję jeszcze ze dwudziestu, żeby zapomnieć, jak charczałam, wiłam się i usiłowałam wyrzygać dwunastnicę przez nos. Gdy tylko zapomnę, to idę na kontrolną ;)

    • Ajka 29/10/2015 at 14:06

      ja miałam „zespół jelita drażliwego”. Tak drażliwe było, że pękło i mało się nie przekręciłam. A okazało się że to wszystko to endometrioza, a jelito niewinne ;)
      Jakby ktoś miał problemy gastryczne, ale takie do wyciachania to polecam prof. Dobosza ze szpitala Wojewódzkiego w GDA – super spec. Zrobił mi za jednym zamachem to, czego w Akademii Medycznej nie chciało się podjąć stado chirurgów.

  32. mały żonek 28/10/2015 at 22:51

    W kwestii konkursu dorzucę taką humoreskę, nieśmieszną, z życia wziętą. Pewien prezes, pewnej firmy wylądował na targach i pewien przedstawiciel firmy organizującej targi zaprosił go do wzięcia udziału w konkursie na produkt X. Prezes odparł, że weźmie, pod warunkiem, że wygra. Tamten na szczęście odmówił, ale w poprzedniej edycji prezes był zwycięzcą… Mam też inne inne nieśmieszne na podorędziu.

    • Kachna 29/10/2015 at 10:03

      Będąc jeszcze bardzo młodym bardzo małym przedsiębiorcą, w swojej naiwności próbowałam brać udział w kilku branżowych konkursach. Miałam naprawdę nowatorskie jak na moją branżę rozwiązania (opatentowane) i co?
      Wygrywali zawsze duuużo więksi. Nigdy mała firma się nie przebiła. A od klientów (chyba najlepsza rekomendacja – tak mi się wydawało) słyszałam – się pani zgłasza toż to jest świetne itp…..
      Także ten, już się nie zgłaszam.
      To naprawdę mało śmieszy temat.

    • mały żonek 29/10/2015 at 16:58

      …a te płytki rozgałęźne to macie porządne, czy importujecie z Chin i gną się (te blaszki, co przychodzą na przewód) przy dokręcaniu? Pytam, bo wiem, że często rynek wymusza taką a nie inną jakość.

  33. Kachna 29/10/2015 at 17:25

    Ha! Wszystkie elementy – tory prądowe itp. – oprócz śrub i nakrętek – wycinamy na miejscu sami! I sami gwintujemy. Robota straszna. Ale odpowiedzialność z a pzryzwoitość też. Sami produkujemy korpusy i osłony z PC w dużych odgałęźnikach.
    Generalnie nawet nic nie oddaję w kooperację tzw – bo chrzanili.
    Taki dostałam prikaz jakościowy od ojca. Starej daty inżynier- rzemieślnik. Generalnie wszystko oprócz normaliów sami na miejscu produkujemy. Takie 99% polskie. A nawet 100 – bo nawet sruby są od producenta z Polski.
    Jakbyś coś chciał – to krzycz:)
    A o imporcie z Chin wiem.
    Znam jakość.
    Konkurencję mam ochydną. Nie podoba się, że taka malutka firma istnieje od ponad 30 lat i bruździ. Głównie jakością. Np. moje podtynkowe nie pękają po ściśnięciu w ręku:)
    Świnie zacznę hodować chyba jednak dodatkowo – bo podkłądają coraz bardziej beszczelnie.
    Ale sobie jakoś jeszcze radzę.

  34. pluskat 29/10/2015 at 18:21

    RzwWieLidka: melduje, ze poledwica wieprzowa wg Twojego przepisu wyszla prima sort, nie wiem, czy wytrzyma 48 godz. suszenia. Nastepnym razem zmieszam wszystkie ingrediencje i natrze od razu. Bede marynwac przez trzy dni przekrecajac tylko z boczku na boczek. Tak od dawna robimy marynowanego lososia (cukier i sol razem).

    • kanionek 29/10/2015 at 18:52

      Ooo, Pluskat, fajnie że z polędwicą spróbowałaś. Może kupię w poniedziałek jakiś mały kawałek i też zrobię. Przepraszam, że jeszcze nie odpowiedziałam na Twój e-mail, ale pamiętam :) A zdjęcie schabiku od RozWieLidki też dostałam i jak tylko przyśni mi się kolejny wpis, to zamieszczę. I pół Polski będzie suszyć schaby w futrynach :D

    • RozWieLidka 29/10/2015 at 21:29

      Jupii polędwiczki i schabik pod strzechy, gonty, papy, eternity i dachówki wszelakie :)

  35. kanionek 29/10/2015 at 18:22

    Kachna, małżonek chwilowo maca się z piecem C.O., bo przy szesnastu stopniach już wymiękliśmy, ale „jak wróci to resztę zarzuci”, jak to kiedyś cytowała Barbarella, a tymczasem ja mam dla Ciebie info od czapki. Mianowicie Twoja córka chrzestna, koza Kachna, jest najlepiej ze wszystkich małolatów wychowaną kozą. Dzisiaj wszystkim robiłam korektę racic, i tylko Kachna sama weszła na dojalnicę, szybko załapała gdzie ziarenka, i nie strzelała kopytami stajennemu w twarz, tylko sobie grzecznie stała, jadła i poddawała się zabiegom. Reszta to panikarze, maminsynki i nerwusy! Zaprawdę powiadam Wam, kozie córki dziedziczą wszystkie cechy i narowy po matkach. Pippi, córka Bożeny, dokładnie tak, jak sama Bożena, potrafi beczeć z gębą pełną owsa, a Roman córka Ireny też wykapana mamusia. Chuda jak patyk i wiecznie czujna, a kopytkami wierzgała jak przez demony opętana. Ale wszyscy przeżyliśmy, nikomu ręki nie ucięło, a następne zabiegi pewnie najwcześniej za trzy miesiące :)

    • Kachna 29/10/2015 at 18:41

      Co Ci powiedzieć – po krzestnej! Ja też jestem grzeczna. Tyle, że korekcję racic sama sobie robię;)
      Ale w życiu jestem mega – grzeczna. A nawet – jak wiesz – za grzeczna:)
      Kiedyś Kachna też może być niezłą matką. Oraz koniecznie jakąś muzyczkę jej czasem puść. NA PEWNO jest muzykalna.
      I jak jest kub będzie grubawa – to nie krzycz na nią;)

      • kanionek 29/10/2015 at 18:55

        Już trochę jest :D Ale nie krzyczę, no co Ty. Zresztą, może wcale nie jest gruba, tylko futro zimowe zapuściła? Muzyczki im nie puszczam, za to niestety sama im śpiewam. Jeszcze w pysk nie dostałam, więc jakoś chyba tolerują ;)

        • paryja 29/10/2015 at 20:55

          Dziewczyny jutro jadę po kozy !
          Kanionku, Kachna ratujcie ! Będę je (chyba dwie)wiozła jakieś 85 km bo mi się alpejki zamarzyły . Samochód mamy duży , taki siedmioosobowy, siedzenia wyjęte ale nie mam pojęcia czy one będą stały (przytrzymywane za obróżki) czy trzeba je przekonać (siłom i godnościom osobistom) by się położyły . Proszę o wsparcie doświadczeniem ! Już się znietrzeźwiłam a znietrzeźwię jeszcze bardziej bo na trzeźwo nie zniesę !

          • Kachna 29/10/2015 at 21:16

            Ja to się znam tylko na owcach – doświadczenie sprzed wieków. I te nam ciężarówa przywiozła.
            Ale nie jedź na nietrzeźwo;)
            Może się krzywo jechać.
            A resztę to już Kanionek.
            Ale trzymam kciuki za Was wszystkich. I oby „misiaczki „was nie zatrzymały, bo się by mogli lekko zdziwić. I być może nie zrozumieć……

          • zeroerhaplus 29/10/2015 at 21:17

            Paryja, doświadczenia nie mam, to i nie posłużę, ale nic nie stoi na przeszkodzie, bym Ci zażyczyła wszystkiego dobrego na nowej drodze życia!!! Z tego co widzę „na Kanionku”, czas „przed kozą” i „za kozy” różnią się od siebie diametralnie, więc… baw się dobrze :)
            Niech się zdrowo chowają :)))

          • kanionek 29/10/2015 at 22:00

            Alpejki są piękne i gratulacje i w ogóle cieszę się już na Twoje kozy, jakby miały do mnie przyjechać, ale NIE, absolutnie nie zmuszać do leżenia!
            Jedna osoba za kółkiem, druga z kozami, przytrzymywać, żeby nie rzucały się po całym pojeździe, oczywiście, ale nie zmuszać do leżenia, chyba że same zechcą (w co wątpię i nie licz na to, kochana :))
            To tyle na szybko, bo muszę gara pilnować, ale jeszcze tu będę.

          • kanionek 29/10/2015 at 22:14

            Bo ten. Nie chodzi o to, że kozy nie są anatomicznie stworzone do leżenia, tylko że one leżą jedynie w trzech przypadkach – relaksu i snu, porodu (choć to też nie zawsze) i śmierci. Koza nawet gdy jest chora, za wszelką cenę próbuje wstać. Z obcymi ludźmi, oddzielone od stada, w samochodzie, leżeć raczej nie zechcą, a jesli będziecie je do tego przekonywać, to się zestresują i słabo widzę sytuację w tym autobusie ;) Prawdę mówiąc lepiej by było, gdybyście nie wyjmowali wszystkich siedzeń – im więcej przestrzeni, tym więcej możliwości dla kozy żeby się rozpędzić, podskoczyć, stracić równowagę na zakręcie itp. Pragnę zauważyć, że my wieźliśmy dwie dorosłe kozy (Bożenę i Irenę) Gwiazdolotem, ze wszystkimi siedzeniami na miejscu… Ja prowadziłam, małżonek siedział z tyłu i przekonywał Irenę, że nie warto wyskakiwać oknem ;) Tyle, że nie miały dużego pola do popisów i manewrów, więc ostatecznie musiały stać. Fakt, Irena jest krasnalem, a Bożena tylko w obwodzie duża, więc do alpejek ich nie przyrównuję, ale Wy chyba młode kozy bierzecie?

          • kanionek 29/10/2015 at 22:17

            I tak, faktycznie nie rzucajcie się w oczy ani Policji, ani innym użytkownikom ruchu drogowego, bo jeszcze ktoś uczynny zadzwoni gdzie trzeba. Ostre drifty odpadają, jak i palenie sprzęgła na światłach, nie polecam też radosnego trąbienia klaksonem celem obwieszczenia całemu światu, jak bardzo się cieszycie, że właśnie kupiliście sobie dwa proble… eee dwie piękne kozy :D

          • kanionek 29/10/2015 at 22:23

            Ale tak w ogóle to dacie radę, tylko zachowajcie zimną krew, i błagam, wyślij mi zdjęcia, zanim się jutro upijesz, OK? Kocham kozy. Chcę mieć dwieście kóz, 10 hektarów łąki i 50 hektarów lasu. I może jeszcze dodatkowo ze sto kóz.

          • paryja 29/10/2015 at 22:24

            Gówniary (chyba z lutego), ciężarne podobno :) reszta stada kolczykowana a moje stado nielegalne będzie.

          • kanionek 29/10/2015 at 22:27

            Czyli mają jakieś 7 do 8 miesięcy; a wiadomo, od kiedy ciężarne? Bo gdyby zaszły wczoraj, to spoko, ale jak są w czwartym m-cu, to trochę grubo. ALe nic nie martw, ważne, żeby były zdrowe, dobrze odkarmione, co zawsze możesz nadrobić, a jeśli faktycznie ciężarne, to odrobaczaj Valbazenem. Ale będziesz miała uciechy :)

          • paryja 29/10/2015 at 22:32

            Jechać będziemy zadupiami, w kilku miejscach trzeba będzie na pograniczników uważać bo auto duże więc podejrzane . Chłop jeździ stylem emerycko-krajobrazowym najczęściej, więc nie powinni z tego powodu się zainteresować. Co klaksonu z radości to Chłop się średnio cieszy więc raczej objawy radości nam na trasie nie grożą :) To moje kozy ;), do czasu aż będą nasze;)

          • kanionek 29/10/2015 at 22:40

            Skąd ja to znam… ;)
            I napisałam gdzieś odpowiedź, którą mi wcięło, a propos przeżywania jak Japończyk bateryjkę – ja miałam kwadratowe oczy, gdy jechalismy po Tradycję, a jak już wracaliśmy, i trzymałam malutki kredensik na kolanach, to się mało nie poryczałam ze wzruszenia. Na ogół nie jestem aż tak pie&dolnięta, żeby płakać np. na widok małych kotków w kartonie, ale kozy… Wiadomo :)

          • paryja 29/10/2015 at 22:42

            Z wywiadów i inszego szpiegostwa mi wyszło że stado zadbane , więc nie martwię się zbyt wczesną ciążą a ciężarne chciałam żeby już wiosną można było je wykorzystywać niecnie :) Najbardziej to chciałabym jedną już mleczną ale ze względu na tą unię cholerną i kolczyki raczej się nie da .
            A tak w ogóle, to ja te moje kozy będę „wybierać ” ze stu innych kóz . Po czym ja je poznam ? ;)

          • kanionek 29/10/2015 at 22:51

            Po braku kolczyków? :D
            A ta hodowla to może pod Olsztynem?

          • kanionek 29/10/2015 at 22:59

            Strzelam, bo nie pamiętam, czy pisałaś z jakich jesteś stron, a pod Olsztynem jest duża hodowla alpejek :)
            I zadbane czy nie, jeśli kozy chodzą z samcami cały czas, to mogą zajść w wieku dwóch miesięcy. Pippi w wieku niespełna trzech robiła maślane oczy do Andrzeja (jeszcze nie był wtedy wykastrowany), on był jak najbardziej „za”, i dlatego musiałam wprowadzić zmianowy wypas chłopaków i dziewczyn i ostatecznie zostawić tylko jednego z jajkami, bo się chcieli pozabijać.

          • paryja 29/10/2015 at 22:56

            A teraz grzecznie pójdę spać. I bardzo przepraszam za bałagan w komentarzach.
            Jutro jak człowiek założę stosowny wątek na forum i tam będę się uzewnętrzniać. Czy będzie chciał ktoś czytać czy nie ;)

            Trzymajcie kciuki !

          • kanionek 29/10/2015 at 23:01

            Myślisz, że zaśniesz? No ale spróbować nie zaszkodzi ;)
            Jaki bałagan? Tu przecież zawsze tak jest. A wątek załóż swoją drogą, i duuużo zdjęć :) Trzymam kciuki i wiem, że będziesz zadowolona!

          • paryja 29/10/2015 at 23:01

            Kanionku nie pod Olsztynem, zupełnie nie :)
            Pogranicze Bieszczadów i Beskidów :)

            Ło matko ,dobrze że tak blisko :D

          • kanionek 29/10/2015 at 23:17

            Dobra, to Ty idź już spać i nabierać sił przed emocjonującą podróżą, a ja Wam powiem, że dziś poznałam kogoś przez telefon. Zadzwoniła do mnie babka z pytaniem, czy nie sprzedałabym jej jednej kozy, dziewczyny, bo ona ma koziołka od wiosny i on jest samotny itd. No nie mogę jej sprzedać żadnej z moich, wiadomo, ale pogadałyśmy dłuższą chwilę, a nawet trzy razy po dłuższej chwili, i co powiecie? Jesteśmy w podobnym wieku, nasi mężowie młodsi od nas o dwa lata, oni kupili niedawno starą leśniczówkę na odludziu i wzięli w dzierżawę dwa hektary łąki, i zaczęli od jednej kozy… Niesłychanie ciekawa historia :D A mój numer dostała od faceta ze sklepu paszowego, który przywiózł mi ten owies, co o nim właśnie pisałam (no nie on osobiście, tylko kierowca z firmy).

          • zeroerhaplus 29/10/2015 at 23:40

            Już czekam na ten wątek o Paryjnych Kozach :))

          • kanionek 30/10/2015 at 01:02

            Ja też :) Chociaż – co tam wątek! Zobaczysz, że Paryja zaraz zacznie bloga prowadzić, bo to jeden z wielu skutków ubocznych posiadania kozy ;)

            By the by – poczytałam sobie, co tam wypisujecie na Forum, pośmiałam się (zwłaszcza z tego, jakobyś miała być u siebie lokalną Żozefin, bo – moja droga – nie ta liga, nie ten stajla), no i fajnie, że trochę omiotłyście FOK z pajęczyn ;)

          • zeroerhaplus 31/10/2015 at 17:30

            Nawet se człowiek Żozefiną być nie może…. Foch!!!
            :D

  36. paryja 29/10/2015 at 21:28

    Nie strasz misiami, przepisy które znalazłam nie dotyczą „przewozu w celach nie zarobkowych ” a zwierzęta mają mieć minimum komfortu co postaram się im zapewnić .

    Uchlewam się dziś, żeby w ogóle zasnąć bo przeżywam jak Japończyk bateryjkę :) Nawet do końca wytrzeźwieć nie muszę bo prowadzi Chłop i wydaje mi się że dla dobra wszystkich zainteresowanych byłoby nawet wskazane moje częściowe znieczulenie ;)

  37. paryja 29/10/2015 at 21:32

    Zeroerhaplus niedziękuję serdecznie (choć w przesądy nie wierzę bo to pecha przynosi).

  38. paryja 29/10/2015 at 21:36

    Wsparcie moralne, psychiczne i inne rodzaje wsparć są również bardzo potrzebne .
    AAAAle będzie jazda …. :D

    No dobra … bardziej niż jestem już się chyba nie dam rady uwalić :)

    • RozWieLidka 29/10/2015 at 21:40

      Paryja no weź ty bój się boka, jak ty chcesz się jutro córkom pokazać? Na kacu?

      • paryja 29/10/2015 at 21:51

        No boję się boję, ale na trzeźwo to bym dopiero bojała :)
        RozWieLidka jutro(mam nadzieję że wszystko pójdzie zgodnie z planem) będę słuchać trampek i bębnów pralkowych i nie wiem czego jeszcze, bo nigdy nie słyszałam jak kozie burczy.

  39. RozWieLidka 29/10/2015 at 21:38

    A ja we wtorek byłam w zoo i tam były kozy i przyszły się pomiziać 😁 I miziałam taką jedną za uszami i rogami i pod brodą. A w brzuszku to jej się chyba że dwa bębenki pralkowe przewracały 😉😁🙌… Albo to trampki były?

    • RozWieLidka 30/10/2015 at 09:22

      Nie! Już wiem – to SANKI były !! I to podwójne, na pewno 😁

      • kanionek 30/10/2015 at 11:25

        Otóż to, sanki na pewno, i wcale nie ma się z czego śmiać. My znamy dwa takie miejca w „naszym” lesie, gdzie od lat leżą sanki i natykamy się na nie co roku, zbierając grzyby. Jedne są za rzeką, i stanowią nasz punkt orientacyjny (pomarańczowe, plastikowe nakładki na końcówkach płoz widać wśród zielska doskonale), a drugie po naszej stronie. I taka koza idzie sobie na spacer, albo na obiad, patrzy, o – jakie smaczne sanki, i chrrup! już po sankach, a potem one się długo trawią, czasem towarzysząc kozie do końca jej dni. To trochę jak ze strusiem łykającym kamienie dla lepszego trawienia ;)

        • RozWieLidka 30/10/2015 at 11:49

          Jest jeszcze drugą wersja – parę miesięcy później parka małych zameczek 😂

          • RozWieLidka 30/10/2015 at 11:50

            Saneczek miało być, no.

            Bo mnie gupi tablet przekręca słowa.

          • kanionek 30/10/2015 at 19:01

            Można mu to wybić z tabletowej głowy – w ustawieniach języka wyłączyć korektę i dopowiadanie słów, czy jak to się nazywa ;)

  40. ciociasamozło 30/10/2015 at 09:50

    Jak zawsze najciekawsze rzeczy dzieją się jak na chwilę (nosz jedno popołudnie i wieczór tylko!) odepnę sie od netu.
    Paryja! trzymam kciuki! Jak te kozy na pograniczu B/B to może z takiego gospodarstwa w okolicy Komańczy, co to z jednej strony mają za sąsiadów husky, a po drugiej stronie drogi konie?
    Kanionku, no popatrz, człowiek sobie myśli, że taki oryginalny, wyjątkowy a tu nagle telefon od bliźniaka ;) Ale fajnie, że masz w okolicy kogoś podobnie zakręconego :)
    I kto by pomyślał, że pan od paszy może robić za łącznika koziarzy!

    • kanionek 30/10/2015 at 11:30

      A ja zaraz jadę do Sławka (tego od zepsutej pralki) po jabłka, i pewnie przegapię moment, w którym Paryja obwieści, że OTO SĄ! Ale może nie? Ja swój pierwszy dzień z Tradycją spędziłam na kolanach przed Tradycją – trzeba jej było umyć obesrany żałośnie tyłek i nogi, potem wysuszyć (czy ona nie zmarznie?), podtykać marchewkę (czy ona nie głodna? czy aby nie chora? może marchewka za duża?), no i w ogóle „zawsze tam gdzie ty”, bo przecież RANY BOSKIE, MAM KOZĘ! :D
      Może więc i Paryja wynurzy się dopiero jutro.

      • ciociasamozło 30/10/2015 at 13:15

        Zwłaszcza, że Paryja będzie biegać za dwójką :)

    • paryja 30/10/2015 at 17:41

      Ciociasamozło dokładnie tam :)

      • paryja 30/10/2015 at 19:49

        Albo prawie tam bo w sąsiedztwie jest kilka kozich gospodarstw .

  41. mitenki 30/10/2015 at 14:59

    Paryja, czymam kciuki za dokozienie!

    Kanionku, skrobnęłam do Cię emalię :)

    • kanionek 31/10/2015 at 11:25

      Mitenki, odebrałam, tylko jeszcze odpisać nie zdążyłam, ale wszystko w drodze :)

  42. paryja 30/10/2015 at 17:54

    Donoszę że dowiozłam :D
    Cudne są , piękne , miłe, ale takie one alpejki jak ja dama :) i żeby tyle kilometrów jechać po kundle które mogłam również w sąsiedniej wiosce kupić … Paryja potrafi :)
    Dzikie są absolutnie, one sobie tam chodziły całym stadem (więcej niż trzy kilometry nie powinny odejść ;)) i człowiek jest do tego żeby biec przed nim(w trakcie zaganiania ) a nie do niego .
    Przywiozłam dwie dziewuchy , „może kotne”. I nie żeby tam nie było alpejek , były owszem tylko co którą pokazałam paluchem to chłopak był ;) i w końcu mam jedną rogatą OMC alpejkę a drugą bezrożną sarenkę (z czarną pręgą ). Imiona robocze to Romuald i Luśka ale tak naprawdę za kilka dni kiedy one się nieco oswoją dostaną imiona należne .
    Mam nadzieję że cokolwiek z tego zrozumiałyście :) bo trzeźwa znów nie jestem ale inaczej niż wczoraj :)

    • mitenki 30/10/2015 at 18:08

      Wyguglałam sobie, jak te alpejskie wyglądają – trochę jak kozice?

      http://olx.pl/oferta/koza-alpejska-CID757-IDbK4jZ.html

      Śliczna :)

      • paryja 30/10/2015 at 18:20

        Wypisz wymaluj Luśka :) gdyby Luśka nie miała białej ciapy na brzuchu, ale białą ciapę widać tylko z jednej strony więc prawie taka sama .

        • paryja 30/10/2015 at 18:21

          Niech ktoś litościwie wykasuje zdublowaną odpowiedź .

          • paryja 30/10/2015 at 18:36

            I poszłam na forum opowiadać dalej bo przecie po to dostałyśmy forum :)

          • kanionek 30/10/2015 at 19:02

            Zrobione.

      • kanionek 30/10/2015 at 19:22

        Tu francuskie alpejki: https://en.wikipedia.org/wiki/Alpine_goat#/media/File:Troupeau_ch%C3%A8vres_alpines201.jpg
        W Polsce jest problem ze znalezieniem czystej krwi alpejek (i nie tylko), i niestety często wystawiane są w ogłoszeniach „kundle” za cenę zbliżoną do ceny kozy rasowej. Ja lubię kundle, nie mam niczego rasowego w domu ani zagrodzie, ale to nie fair ze strony sprzedawców. Niektórzy, przypuszczam, mogą zresztą nie wiedzieć nawet, że hodują „kundle”, bo sami kupili takie „podrabiane alpejki”.

        • paryja 30/10/2015 at 19:45

          Szczęśliwie zapłaciłam mniej więcej jak za kundle :)
          A że w stadzie były jeszcze burskie(rasa mięsna) to starałam się wybierać jak najmniej do burskich podobne.
          Alpejki chciałam również dlatego żeby chłopcy mieli większą szansę na życie , miejsca mam mało, nie mogę zachować wszystkich koźląt, muszę je potem sprzedać. Kozy alpejskie są raczej drobne więc nie opłacają się na mięcho.
          Taką wersję przyjęłam i takiej się będę trzymać do końca.

    • kanionek 30/10/2015 at 18:58

      Ja tam wszystko zrozumiałam – jesteś szczęśliwa :)
      One się do Ciebie tak przyzwyczają, i tak Cię pokochają, że będą za Toba łazić nawet wtedy, gdy nie będziesz chciała, tego jestem pewna. Aha, jeśli niepotrzebnie piszę, to olej, ale mam taką uwagę: jeśli kozy śmierdzą (a moja kolorowa trójka śmierdziała jak stąd do wysypiska zmieszanego z kompostownikiem i placem utylizacji gnoju), a były wszak trzymane w „dużej kupie” ;), to nie martw się. Wywietrzeją, choć zajmie im to trochę czasu. Andrzeja musiałam wykąpać, bo się z nim żyć nie dało, no i obesrane portki miał, ale na Bożenę i Irenę już nie miałam wody i dałam sobie spokój. No i przestały waniać dopiero wraz ze zmianą sierści na wiosnę. Teraz wszyscy pachną słomą i sianem, i tak powinno być. Za wyjątkiem samców niekastrowanych, bo oni to pachną różnie ;)

  43. mały żonek 30/10/2015 at 18:53

    …jak to Kanionek kiedyś mi wyjaśnił: prawie taka sama tyle, że zupełnie inna.

    • paryja 30/10/2015 at 19:09

      No właśnie Mały żonku , taka sama tylko inna :)

  44. paryja 30/10/2015 at 19:07

    Kanionku one pachną kozą :) no może niejedną ;)

    • kanionek 30/10/2015 at 19:27

      Zobaczysz, że jak trochę wywietrzeją z tego „zapachu stada”, to będą pachniały tak pięknie, słomą i wiatrem, i trawą i sianem, że będziesz chciała z nimi spać :D Ja się zawsze przytulam, zwłaszcza po dojeniu, i słucham sobie pralki w kozie, i wchłaniam ten zapach. Tylko do Ireny ciężko się przytulić, bo taki z niej krasnal, że znika w objęciach ;)

      Dobra, ja się powymądrzałam, na Forum już też trzy grosze wtrąciłam, choć mnie nikt nie pytał, a teraz może już zamilknę, bo zaczynam zalatywać wariatką.

      • zeroerhaplus 31/10/2015 at 17:33

        Fajnie się Was, napalone koziary, czyta ;)

        • kanionek 31/10/2015 at 18:37

          Coś jak wizyta w domu wariatów, co? :D
          Jakby co, to JA jestem Napoleonem, a wszyscy inni Napoleonowie to oszuści.

  45. kanionek 31/10/2015 at 19:37

    Kozy Paryi już są na Forum (http://kanionek.pl/forum/showthread.php?tid=50&pid=361#pid361). Piękne :)

    • Ynk 01/11/2015 at 14:19

      Obejrzałam, poczytałam, chciałam też tam wyrazić swoją radość z powstania bratn… siostrzanej koziarni, alem hasła zapomniała, bo dawno nie zaglądałam na Forum. Dojrzałam koło ratunkowe, ale późno już było… Tu więc wiwatuję: rogatym do góry! :-) Gratuluję, Paryja, decyzji i wyboru kozuch. Śliczne są! Frajda nam się szykuje dwuoborowa ;-)

      • paryja 01/11/2015 at 16:51

        Chciałam się kulturalnie zachować tylko zapomniałam co się robi z gratulacjami :) Ale dziękuję bardzo :) dumna jestem jakbym se sama te kozy na drutach wydziergała

        • Kachna 02/11/2015 at 14:20

          Gratuluję pięknych stworzeń!
          Ale najbardziej to Budyń mi się podoba i tak się smacznie nazywa. Na nazwisko ma Waniliowy jak sądzę?
          :)

          • paryja 02/11/2015 at 16:44

            Czasem Budyń Waniliowy czasem Budyń Cholerny ;) wszystko zależy od dnia ;)

          • mitenki 03/11/2015 at 12:03

            Przeca on wygląda jak janiołek, ten Budyń :)

          • ciociasamozło 03/11/2015 at 12:26

            Mitenki, bo grunt to dobry kamuflaż ;)

          • mitenki 03/11/2015 at 13:20

            No wiem Ciocia, ja też z wyglądu janiołek, ale kopytka w butkach schowane, a różki we włosach ;)

  46. ciociasamozło 01/11/2015 at 20:50

    Paryja! Sto lat zakozienia!
    I lecę na forum :)

  47. Kachna 02/11/2015 at 14:17

    Ogłoszenie:
    Mam jakieś 1258489652245 m sześciennych liścia klonowego, dębowego, lipowego, brzozowego. Śliczne, złote.
    Czy kozy jedzą takie liście?

    • mp 02/11/2015 at 17:29

      Kachna, jak je przebierzesz (te liście) , to chętna będę na brzozowe i lipowe :-))) Dębowych mam od groma własnych, a na kompost się nie nadają. Chociaż kozy mają , ofkors, pierwszeństwo.

      • Kachna 02/11/2015 at 20:48

        A dokąd?
        (Jak widać jestem zdeterminowana….)

    • kanionek 02/11/2015 at 19:02

      Co tam kozy, ja bym wzięła te liście i po rękach całowała (już się zamierzam z grabiami i workami do lasu iść, za wariatkę dorabiać), bo do ogrodu liście są bezcenne. Kachna, Twoje lekarstwo już wyszło z lasu i idzie do Ciebie, maila tez posłałam :)

      • Kachna 02/11/2015 at 20:51

        Dziewczyno, to ja się chyba dopytam mojej ulubionej spedycji co do wysłania big – baga liści albo i dwóch!
        Lekarstwo z lasu wyszło? To i ja na drogę wyjdę, żeby trafiło.
        Dziękuję.
        Robię bardzo małe, kroczki ale z tych naj naj naj trudniejszych.
        Trzymajta kciuki albo co tam kto ma, racice, kopytka, łapki pazurzaste, płetewki .

        • Ynk 02/11/2015 at 21:30

          Czułki czymam. Za kroczki.

        • zeroerhaplus 03/11/2015 at 09:26

          Za kroczki i ja łapki lepkie trzymam :)

          • Kachna 03/11/2015 at 09:56

            Dziewczyny dziękuję.
            Wczoraj zostałam zakopana przez dzieci w liściach. To była duża kupa liści. Było mi tam bardzo fajnie. Pod tymi liśćmi. Wreszcie czułam co czuje zasciółkowana gleba.

          • kanionek 03/11/2015 at 12:03

            :D
            Jak Wszystkowiedząca Wiedźma Ple-Ple z Fraglesów? Jak się wyrobisz, okoliczni mieszkańcy będą do Ciebie przychodzić po wróżby i porady, a Ty zyskasz sławę, szacun i mamonę :) I kupisz sobie zamek jak z bajki, obowiązkowo z fosą, i patrząc przez okienko najwyższej baszty, zaplatać będziesz pszenicznozłoty warkocz, spoglądając z miłością na wielkie stado kóz pasących się za fosą. A na zamkowym dziedzińcu Twoje dzieci ujeżdżać będą największe, najpiękniejsze i najwierniejsze owczarki na świecie. Całkiem możliwe, że skrzydlate. Jakoś tak to widzę :)

          • Kachna 03/11/2015 at 16:25

            Wiedźma Ple-Ple mówisz – no może być.
            Hm, co do reszty to mam możliwość pszeniczno-złotego warkocza jakbym ciut pozapuszczała:)
            I pozostałe elementy mi pasują.
            Ależ Ty masz fantazję:)

          • kanionek 03/11/2015 at 17:43

            Och, bo to była fantazja skrojona specjalnie dla Ciebie. Lekarstwo doszło?

          • Kachna 03/11/2015 at 19:03

            Jeszcze nie….
            Czekam :)

          • kanionek 03/11/2015 at 23:08

            No patrz, a reszta paczek doszła, wszystkie nadane wczoraj o tej samej godzinie. Poczta to jest jednak nieprzewidywalny zwierz. Ale nie martw się, zawartość powinna przetrwać bez szwanku do jutra :)

  48. pluskat 02/11/2015 at 20:06

    Melduje, ze sciolkowalam liscmi, wilgoc, owszem trzyma, ale slimaki tak obrodzily, po prostu tysiace malych slimaczkow, ze chyba zaczne zywic nimi rodzine. Ale moj ogrod tylko ozdobny, wiec nie mam strat w uprawach, choc niektorymi kwiatami tez bestie nie pogardza i w jedna noc zezra do golej ziemi. A po deszczu na sciezkach chrupie pod nogami, horror!

    • kanionek 02/11/2015 at 20:19

      Ano prawda, ślimory to zmora, dlatego zawsze grabię las późną jesienią i liście rzucam „na ogród”, gdy ślimory już śpią snem zimowym. Na liście rzucam ściółkę z koziarni i rozmaity śmietnik, np. odpadki z kuchni, skorupki jajek. Ślimory i tak przylezą, wiosną oczywiście, bo ściółka, jakakolwiek, jest dla nich idealnym schronieniem i źródłem wilgoci, no ale trudno. Wolę te zmory, niż np. odchwaszczanie ugoru w trzydziestostopniowym upale i wieczne podlewanie skamieniałej ziemi. Rośliny z rozsad dadzą sobie radę, bo wysadzam je wtedy, gdy już mają sensowną ilość liści właściwych i chętnie „idą w górę”, gorzej z tymi sianymi wprost do gruntu, bo młode siewki są wyżerane przez zmory oślizgłe albo ptaki. No nie uciekniesz.

  49. RozWieLidka 03/11/2015 at 13:31

    Tak sobie z tęsknoty przeglądam ostatni wpis i mnię tknęło, że fajnie jest mieć taki różowy pokój na różne przydasie. I, że ja też taki miałam przecież jeszcze niedawno i to jeszcze bardziej odjazdowy, bo malinowy 😊 Niestety musiałam zmienić mieszkanie i teraz strasznie mi brakuje tej dodatkowej przestrzeni składowo-roboczej, choć na pocieszenie dosałam centralne ogrzewanie i niższy czynsz. Ale jednak brak… ech.

    • kanionek 03/11/2015 at 14:29

      O, to tak w temacie tęsknoty i czytania starych wpisów – może dziś uda mi się wreszcie wrzucić nowy, tylko dzień jakiś zwariowany i odbieram telefony jak sekretarka. Ale już prawie mogę obiecać, że będzie :D

      • paryja 03/11/2015 at 17:07

        I teraz nie wiem co robić, czy czekać na wpis i przeczytać go dzisiaj czy zamknąć Kanionka (nie że dosłownie :))i przeczytać sobie jutro na dobry dzień ?

        • kanionek 03/11/2015 at 17:42

          Nie czekaj, bo zarwiesz noc :) Net mi przyspiesza w godzinach nieludzkich, i wtedy dopiero transportuję pliki na serwer, a dzisiaj być może będę wrzucać kolejny film, więc to też potrwa.

  50. mitenki 03/11/2015 at 14:20

    Mam serki! Wiewiórki mi przysłały!

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa