Tytułem wstępu do kolejnego wpisu, czyli jak zrozumieć Kanionka

Moi drodzy. Mam godzinę na to, żeby Wam napisać, dlaczego nie ma kolejnego wpisu (a mam już z tego powodu straszne, STRASZNE wyrzuty sumienia) i dlaczego ten nazywa się “wstępem do kolejnego wpisu”. Więc otóż. W niedzielę skończyła się woda. W poniedziałek wieczorem miałam już stertę garów do mycia, więc chcąc nie chcąc zmywałam jeszcze przed północą, jak zwykle w takich przypadkach klęcząc przed wanną (a w wannie garnek z ciepłą wodą i płynem do mycia naczyń, obok niego układane gary już umyte, a po umyciu spłukiwane czystą wodą z butelki i odkładane do suszarki postawionej na dwóch kartonach z rzeczami do prania, tuż obok dwóch wielkich koszy z rzeczami do prania). Poszłam spać nie tylko jak zwykle zmęczona, ale i sfrustrowana do granic możliwości. Wtorek. Wstaję, człapię do kuchni zrobić pierwszą kawę. Odpalam gaz, palnik na chwilę rozbłyska niebieskim płomieniem, po czym robi “pfrrt-pum” i… gaz się skończył. Na kuchence stoi gar z trzynastoma litrami zsiadłego mleka, które dziś muszę podgrzać na twaróg. Oprócz niego stoi też gar z pomidorami, które wczoraj już tylko zagotowałam, żeby się nie zepsuły. Małżonek mówi: “no dobra, to ja lecę z Wąskim do lasu, a gdy wrócę i zjem śniadanie, to pojadę po ten gaz”. I tu mała dygresja na marginesie: owszem, powinniśmy mieć w zapasie pełną butlę z gazem, i zawsze tak właśnie było. Na każdej butli naklejam sobie karteczkę z datą odpalenia, i wiem z dokładnością co do tygodnia, kiedy gaz mi się skończy. Tym razem jednak zaskoczyły nas grzyby, których zebraliśmy w dwa dni tyle, że już nie było gdzie ich suszyć, więc naprędce zrobiliśmy ramkę z rurek pcv i kawałka firanki i staropolską metodą “na odpierdol” zainstalowaliśmy nad kuchenką gazową. Grzyby, nać selera, ziarno słonecznika i nać pietruszki suszyły się na zmianę przez jakieś trzy dni z przerwami, no i co ja Państwu powiem ciekawego – gaz się skończył, a w garażu druga, pusta butla.

Poleciał więc małżonek z Wąskim do lasu, i podczas gdy oni sobie sikali pod krzaki, ja wzięłam wiadro z przygotowanym dnia poprzedniego żarciem dla kurczaków dużych i małych, i ruszyłam w codzienny obchód: gęsi i kaczkę wygonić z małego wybiegu na podwórko, zmienić im wodę w dużym pojemniku, przynieść ziarna (część dla gęsi i kaczki namoczyć w małym pojemniku na podwórku, część dla dorosłych kur wysypać luzem na małym wybiegu), otworzyć kurnik z młodzieżą, dać im żreć do pojemnika i przypilnować, żeby im tego kogut nie zeżarł, potem biegiem do małych kurczaków w różowej zagrodzie, nakarmić, policzyć (bo nigdy nie wiadomo; dwa dni temu jakimś cudem Gamoń zakradł się do drugiej części domu i tylko jego wrodzone lenistwo uratowało dupę kurczakom, bo Gamoń zagrzebał się w pustych workach po owsie i uciął sobie drzemkę, a wygrzebując się z nich przyprawił mnie o osiemnasty w tym roku zawał, bo w pierwszej chwili pomyślałam, że to gigantyczny szczur – tyle narobił hałasu), wodę zmienić i choć chwilę do nich poćwierkać, bo jakieś zdziczałe są, jakby się w lesie wychowały, a nie u mnie w kartonie. Na końcu – wizyta u matki kurki z dziewięciorgiem puchatków, w psim kojcu za budą. Wchodzę, przekładam żarcie dla młodych do plastikowego pojemnika, a pszenicę dla matki kurki do miseczki, i dzierżąc obydwa naczynia w dłoniach idę za budę. Idę za budę, a tam NIE MA MATKI KURKI! Ani, gwoli ścisłości, dziewięciorga puchatków. Oblazłam cały kojec, zajrzałam w obie budy, przetrzepałam gąszcz pokrzyw, no nie ma i już. Wyprowadzili się. Nie zapłacili za czynsz i całodobowy catering, nie zostawili nawet krótkiej notatki, spakowali walizę i szukaj wiatru w polu. Zdążyłam jeszcze wysikać Atosa i przeszukać kawałek podwórka, gdy małżonek wrócił z Wąskim. Po uwiązaniu tego drugiego ruszyliśmy na dalsze poszukiwania i w kwadrans później zdybaliśmy matkę kurkę grzebiącą sobie w najlepsze, w lasku olszynowym na zachodzie. Dziewięcioro puchatków też ryło w ściółce, ćwierkając i podskakując radośnie, jakbyśmy wszyscy żyli u Pana Disneya za piecem, a Rude Ryje i jaszczompie nie istniały.

Podjęliśmy z małżonkiem decyzję, że trzeba niestety użyć przemocy i – wbrew woli matki kurki – wyłapać całe to niefrasobliwe towarzystwo i przeprowadzić na mały wybieg. I owszem, byłoby zabawnie opisać Wam nasze zmagania z waleczną kwoką i rozpryskującymi się we wszystkich kierunkach kurczakami, ale NIE MAM TYLE CZASU, więc powiem tylko tyle, że półtorej godziny później, podrapani przez osty i poparzeni pokrzywami, wrzuciliśmy na mały wybieg ostatniego Mohikanina z okiem na Kleopatrę, a kozy beczały coraz głośniej, bo przecież czekały na dojenie i puszczenie ich wszystkich na wypas. Beczeniu kóz dzielnie wtórował Wąski, skamląc i szczekając (“ja wam wyłapię te kurczaki, tylko mnie kurwa spuśćcie z tej linki!”), uwiązany do słupka i do granic rozemocjonowany wydarzeniami, na które nie miał wpływu, a bardzo chciał.

Po wszystkim małżonek poszedł sobie zrobić szybkie śniadanie i ruszył po gaz i gips do bieżących napraw ubytków w ścianach domu, a ja wzięłam utensylia dojarki i załatwiłam sprawę kozią. Ponieważ w garnku, w którym zawsze robię ser, stoi sobie i czeka na podgrzanie zsiadłe mleko na twaróg (jutrzejsze zamówienie), a ja muszę jeszcze zrobić półtora kilograma sera, to trzeba jednak przelać pomidory z drugiego dużego gara do dwóch innych, mniejszych garnków, żeby tamten duży zwolnić na jeden ser. Ubrudzę jeszcze jeden, średni garnek, i podołam zamówieniu. Garnek po pomidorach trzeba było oczywiście umyć, więc zmarnowałam jeszcze trochę wody ze sklepu (w sumie wczorajsze i dzisiejsze zmywanie kosztowało mnie 8 zł, czyli osiem jajek, gdybym miała jakieś jajka na sprzedaż).

Muszę dziś jeszcze: skończyć sery i twaróg na jutro (jeśli nic nie spieprzę w tym pośpiechu, to zarobię 120 zł. Akurat na dwie butle gazu, kilka butelek wody i nowy termometr do serów, bo obecnie używany właśnie dokonuje żywota), zrobić jakiś obiad dla ludzi, ugotować kaszę, makaron i ziemniaki dla kurczaków na dwa dni, a do tego gotowanego posiekać, utrzeć i wkroić różne warzywne dodatki, skończyć wreszcie z tymi pomidorami, I SELEREM, który się w końcu weźmie i uschnie w lodówce. A ponieważ przy serach, twarogu i pomidorach ubrudzę cztery garnki (to już prawie wszystkie, jakie mam), dwie formy i tacę do odcieku serwatki, dwie chusty serowarskie, łyżkę do cedzenia skrzepu i komu by sie chciało pisać co jeszcze, to jednak trzeba będzie się zdusić, wybrać z naszych wielokrotnie używanych butelek te najczystsze (glony na ściankach, no nie poradzisz), zapakować do bagażnika, podłączyć akumulator (odłączamy po każdej jeździe, bo stary jest i gubi prąd na byle pierdoły), pojechać do Żozefin, napełnić ze dwadzieścia butelek, pokonwersować towarzysko, żeby nie wyszło głupio, że my tylko po wodę i chodu, więc zejdzie nam przynajmniej godzina, no i gdzieś około północy pozmywać ten cały kram, klęcząc przed wanną. A przedtem jeszcze wydoić Ziokołka, nakarmić drugi raz kurczaki, zagonić gęsi i kaczkę na mały wybieg, wybiegać Wąskiego w lesie, przerzucić naręcza melisy, suszonej, z braku miejsca, w samochodzie (w tym drugim, niejeżdżącym samochodzie), wybiegać resztę piesków i wysikać Atosa, wieczorem sprawdzić, czy wszyscy są na swoich miejscach, itede, itepe. A przed zaśnięciem przypomnieć sobie, że omatko jeszcze kapusta w garażu, i dynie, i cukinie…

I nie, nie chodzi o to, że chcę sobie ponarzekać. Owszem, jestem zmęczona, wkurwiona, i mam ochotę załamać ręce, albo je sobie wręcz wyłamać i odłożyć na bok, żeby już nic nigdy nie musiały robić. I tak, wiem, że sami sobie zgotowaliśmy ten los. I że na kiego sromotnika w ciapki był nam jeszcze ten Wąski, skoro i tak niemalże nie ma dnia bez niespodzianek lub czegoś zepsutego, czym trzeba się zająć (jak na przykład Gwiazdolot, który zepsuł nam się w ubiegły poniedziałek, w środku miasta na literę B., 20 km od domu, a my z Wąskim i bez szans na zrobienie cotygodniowych zakupów) albo czegoś zabraknie, na przykład prądu, wody, gazu, internetu, lub wszystkiego naraz. Wszystko wiem, ale jest jak jest i trzeba się ogarnąć, i hejże glujże do przodu.

Napisałam to wszystko tylko po to, żebyście wiedzieli, dlaczego jeszcze nie ma kolejnego wpisu. I postarali się zrozumieć Kanionka, choć małżonek twierdzi, że to jest zadanie z gatunku “nikomu na świecie się jeszcze nie udało”. A skąd wzięłam czas na to, żeby zaserwować Wam ten chaotyczny bełkot? Miałam całą godzinę pomiędzy zadaniem podpuszczki do podgrzanego mleka, a kolejnym etapem robienia sera, czyli krojeniem skrzepu. Mogłam założyć gumowe rękawice, wziąć łopatkę ogrodową i iść zakopać tę połowę naszego rurociągu do odprowadzania deszczówki, która jeszcze pozostała do zakopania, ale wybrałam co widać. Moja godzina właśnie się skończyła, wracam do garów, a wpis wrzucę na serwer dopiero wieczorem.

[Wtorek to był jednak Dzień Kurczaka. Wraz z nadejściem zmierzchu matka kurka weszła sobie do kurnika, gdacząc wesolutko, a za nią siedem puszystych piłeczek. Tak, siedem, bo dwie pozostałe piłeczki się pogubiły w tym całym trafianiu w okienko i gdy reszta stada zniknęła im z oczu wpadły w popłoch, biegając w kółko i pipcząc wniebogłosy. Myśleliśmy, że mamuśka pospieszy im na ratunek, ale gdzie tam! Siedziała w kurniku cała zadowolona, siedem piłeczek pod pachą, i już przymykała oko szykując się do wieczornej drzemki. Czy kury potrafią liczyć? No w każdym razie tamtych dwoje rozbitków mogło liczyć już tylko na nas, dwóch zmęczonych idiotów, i cała zabawa w chowanego w pokrzywach i ciernistych krzewach zaczęła się od nowa. A jakby tego było mało, w pokoju własnym już będąc usłyszałam rozpaczliwe piu-piu-piu-piu-piu! za ścianą, czyli dochodzące z różowego pokoju, więc znów musiałam się przelecieć dookoła domu, żeby dostać się do jego drugiej połowy, i tam oczywiście okazało się, że jeden z moich kartonowych kurczaków pokonał wszystkie zasieki, wydostał się z kartonowej zagrody, i wlazł… do zamrażarki. Ale nie żeby do komory chłodniczej, bo przecież drzwiczki zamknięte, tylko tak od zaplecza, wiecie, tam z tyłu, gdzie większość dużych, wolnostojących urządzeń ma specjalnie dla kurczaków zaprojektowaną wnękę, a w niej pełno kabelków i innych elektrycznych flaków. No więc on tam sobie właśnie wlazł i postanowił zamieszkać. Stukanie w obudowę ani przemawianie po dobroci nic nie dały – trzeba było czekać, aż mu się znudzi i sam wyjdzie. A potem jeszcze go złapać. Czy ja już wspominałam, że ta druga partia kurczaków jakaś zdziczała jest?]

PS. Aha, umieszczenie Wąskiego w wolnym obecnie kojcu nie ma sensu. Wąski wspina się po siatce jak Spiderman i w trzy sekundy jest na zewnątrz. To nie jest pies, tylko komandos – przypuszczam, że w pojedynkę załatwiłby problem niechcianych uchodźców, i to w całej Europie. Ma ocean motywacji, jest nieustannie niewyżyty, nie istnieją dla niego bariery nie do pokonania, a raz namierzywszy cel nie spocznie, póki go nie dopadnie. Nie musi jeść, nie musi spać, i sam się nakręca. Polecam każdemu, kto chce zostać sam. Zupełnie sam. W promieniu stu kilometrów. (uchodźców należałoby jednak najpierw wysmarować smołą i wytarzać w pierzu, ewentualnie koziej sierści, i najlepiej by było, gdyby uciekając darli się co sił w płucach, co na widok Wąskiego powinno im przyjść naturalnie)

PPS. I oczywiście, że mam pół tony zdjęć i zrobię dla Was kolejny wpis, tylko dajcie mi jeszcze chwilkę, albo dwie. Niech tylko przerobię, co mi zostało do przerobienia, albo pierwszy przymrozek zwolni mnie z przerabiania reszty. I musimy, MUSIMY zebrać jeszcze trochę grzybów, bo cały lipiec, sierpień i połowa września, które normalnie na to przeznaczamy i zbieramy sobie po troszku, od niechcenia, susząc zbiory przy użyciu zwykłej energii słonecznej, były bezgrzybowe dzięki trwającej suszy, a teraz nagle powyłaziły borowiki jak z bajki – okazałe i nierobaczywe, a do tego są prawie wszędzie (i nasza konkurencja też). Grzech nie zebrać. Grzech!

borowik borowiki

PiS. Aha, nagrałam dla Was jakieś filmy ze szklarni i ogrodu, będzie ze sto lat temu, i właśnie chciałam je Wam rzucić na pożarcie, ale nie. Nie da się. Trzy razy podchodziłam do przekonwertowania ich do mniejszego formatu, i trzy razy restartował mi się system. A on się bardzo długo restartuje i ja mówię “pas”. A nawet kilka pasów. Takich, którymi niebawem zostanę przypięta do łóżka w zakładzie dla obłąkanych. Dobranoc Państwu.

jeszcze w kojcu juz na malym wybiegu kurczaki z kartonu kurczak z kartonu

miau

94 thoughts on “Tytułem wstępu do kolejnego wpisu, czyli jak zrozumieć Kanionka

  1. nikt wazny 24/09/2015 at 03:15

    Kanionku… jakie ja pedze leniwe i gnusne zycie…
    Waski pasuje do Was jak ulal z tym oceanem motywacji i nieprzebrana energia.
    Pozdrawiam goraca, zyczac ulewy (cos tam mamrocza o jakims super nizu obfitujacym w deszcze, ba! ulewy), ktora napelnilaby staw i studnie na zapas, pradu bez przerw, gazu bardzo kalorycznego (czy jak to sie mowi) i wygranej w totka.

    • kanionek 24/09/2015 at 15:35

      Dziękuję, Nikt Wazny, i nie katuj się tak tym „gnuśnym życiem”. Kto wie, co Ci jeszcze przyniesie los? Może przydadzą Ci się kiedyś zmagazynowane zapasy energii ;)

      • nikt wazny 25/09/2015 at 01:22

        Zapasy energii? Ja jade na rezerwie, choc nie mam stada glodomorow do obrobienia.
        Tym bardziej zawstydzonam.

  2. diabel-w-buraczkach 24/09/2015 at 08:18

    Po pierwsze – AAALE GRZYBYYY!!!!!! Az mi zupa zapachniala! Ja od jakichs 2 lat co kupie suszone, to sa robaczywe, co widac oczywiscie dopiero po zagotowaniu. No i od 2 lat zupy grzybowej nie jadlam.
    Po drugie – to ja myslalam, ze to JA nie mam czasu… Ale zwracam laury, i nawet pretendowac do nich juz nigdy wiecej nie osmiele sie.
    Ja i tak podejrzewam, ze posiadasz jakies tajemnicze zdolnosci rozciagania doby i zonglowania godzinami, ze ogarniasz cle to wesole miasteczko.
    Po trzecie – portret gesi wymiata :)
    Trzymcie sie!!!

    • kanionek 24/09/2015 at 15:33

      Hej Diable kochany :) Ja wiem, jakie grzyby są w sklepach, i wiem, jakie lądują w skupach, bo tu ludziska okoliczni zbierają na sprzedaż. Przyjeżdża pan z busem i bierze wiadrami, robaczywe, czy nierobaczywe, nikt tego nie sprawdza, bo po co? Klient kupi, bo na pierwszy rzut oka w suszonym nie widać. Moja Mama kiedyś kupiła w sklepie i mało nie zwymiotowała na widok tych grzybów po namoczeniu, i od tamtej pory bierze suszone tylko ode mnie. Jeśli uda nam się w tym roku zdążyć zebrać sensowną ilość, to chętnym mogę trochę odsprzedać (przepraszam, że nie rozdaję, choć na to naprawdę zasługujecie, ale jestem w takiej sytuacji, że MUSZĘ na czymś zarabiać).

      Ja rozciągam dobę w ten sposób, że wyłączyłam budzik elektroniczny i NIE WIDZĘ, która godzina ;)

      • diabel-w-buraczkach 25/09/2015 at 09:39

        Sprytne, z tym budzikiem! I to naprawde dziala? ;)
        Jesli grzybów bedzie ta sensowna ilosc – to ja sie pisze, rezerwuj!!!!!

        • kanionek 26/09/2015 at 00:20

          Essu, ludzie się poszaleli z tymi grzybami! Jak się wieść rozniosła, że borowiki wylazły, to teraz z lasu mamy parking. TYLE samochodów pozjeżdżało. Ale mamy jeszcze takie tajne miejsce za rzeką… Trzymajcie kcuki, a będzie Wam dane :)

      • Ania W. 26/09/2015 at 22:26

        Ja się zapisuję na kupno grzybów, przy okazji na chrześniaka coś wrzucę!

        • kanionek 27/09/2015 at 22:18

          Ania, patrz odpowiedź na komentarz Tymofiejskiego (czyli jeśli będę miała co sprzedać, to jesteś trzecia w kolejce, bo za Tymofiejskim jest jeszcze jedna osoba) :)

      • Tymofiejski 27/09/2015 at 09:30

        Ja też tu stałam. Znaczy w tej kolejce po grzyby. A orzechy laskowe też są na sprzedaż?
        Kłaniam się maleńkim kapelusikiem.

        • kanionek 27/09/2015 at 22:11

          Potwierdzam, Tymofiejski pierwsza stanęła w kolejce :) Wiesz co? Nie mam bladego pojęcia, ile w ogóle zbierzemy tych orzechów – kilogram, pięć (licząc jeszcze w łupinkach)? Dziadek z Energi trochę nam przyciął leszczyny, ale to i tak najmniejszy problem. Ja nie wiem, jak zebrać orzechy, które wiszą na wysokości większej, niż dwa metry, bo przecież nie doskoczę :D A czekać, aż wszystki spadną nie ma sensu, bo nigdy nie spadną wszystkie naraz, a pojedyncze sztuki są szybko zagospodarowywane przez nornice (wiosną, gdy grzebię w ogródku, zdarza mi się dokopać do takich jamek pełnych orzechów). No i wziąwszy wszystko pod uwagę, coś mi się zdaje, że ilości przemysłowe to nie będą ;)

          I teraz jeszcze w sprawie grzybów. Robimy co możemy, ale mamy czas wyrwać się tylko na parę godzin co kilka dni. Bo po każdych paru godzinach zbierania grzybów trzeba przeznaczyć kolejne parę godzin na ich: oczyszczenie, posortowanie, pocięcie do suszenia i smażenia, resztę w zalewę… To po prostu prawie cały dzień z głowy, więc nie możemy sobie na grzyby pozwolić codziennie. Zmierzam do tego, że w tym roku będę mogła Wam sprzedać naprawdę niewielkie ilości grzybów (bo jednak część muszę zostawić dla rodziny i garść dla siebie), ale jeśli w przyszłym roku susza ustąpi i grzyby, jak to zawsze miały w zwyczaju, będą rosły już w lipcu, to wtedy wiadomo – będzie tego więcej :)

  3. wersja 24/09/2015 at 08:28

    Kanionek, mogę ukraść zdjęcie gęsi na pulpit? bo rządzi :) no ale jaki pan, taki kram.

    • kanionek 24/09/2015 at 15:29

      Bierz, bierz. A chcesz w większym rozmiarze? Bo nie wiem, czy po rozciągnięciu na pulpicie Ci się za bardzo nie rozpikseluje ;) Jakby co – mogę wysłać mailem.

      • diabel-w-buraczkach 25/09/2015 at 09:42

        Wersja, a to dobry pomysl z tym pulpitem :)
        Kanionek, dodaje gasiora do mojej pulpitowej galerii!

        • kanionek 26/09/2015 at 00:17

          A prosię bardzo :)

      • wersja 25/09/2015 at 11:44

        dziękuję :) wygląda super jak jest. moje dziecko odpadło, jak zobaczyło :D

        • kanionek 25/09/2015 at 23:54

          Och, te gęsi są po prostu najsłodkie ;) W przyszłym roku zagęsię (zagęszę?) sobie całe podwórko. Serio. Gęsi robią mi dzień, z tym ich „miau-miau-miau”, tymi wyciągniętymi szyjami, i tym okiem patrzącym z ukosa. I tak słodko udają, że odlatują na zimę :) Kaczka też jest niezła – ma zapędy imperatorskie i zawsze stara sie ulokowac na jakimś podwyższeniu. Jak nie na ławce lub kawałku świerkowego pniaka, to chociaż na cegle. A dzisiaj dostała w łeb od matki kurki (nie wiem, o co poszło, ale wrzasku było na pół lasu), aż kurierowi, co akurat przywiózł jakies graty do pompy, szczęka opadła. Ale co ja Wam tu znowu pletę…

  4. pandeMonia 24/09/2015 at 09:26

    Normalnie MOTYWATOR.pl!!!!!!!!

    • kanionek 24/09/2015 at 15:27

      :D Niee, serio, coraz częściej myślę o zmianie domeny na „wkurwionek.pl” :D

      • ekolandia 25/09/2015 at 01:25

        Nie no serio, motywator jak nic. Ostatnio sobie pomyślałam, że może powinnam np jeść więcej serów i grzybów, to może też by mi wyrósł taki motorek w tyłku. Oraz myślę sobie „JA nie wstawię nowych okien oraz nie załatam dziury w dachu?!? Kanionek by załatał z palcem w motorku ;)
        Także rispekt.

        • kanionek 26/09/2015 at 00:28

          Nie chcę Ci psuć całkiem nowej, nieśmiganej motywacji, ale… Dziury w dachu to nie. Razu pewnego, wiosny tego roku, małżonek kupił kilkadziesiąt metrów linki, i kazał sobie pomóc przerzucić ją przez dach obory. Bo tam gdzieś dziura jest i cieknie. Przerzuciliśmy linkę, małżonek wlazł na ten dach (po długaśnej drabinie opartej o rynnę, bo inaczej nie dało), linkę sobie wokół nadgarstka obwiązał niby w charakterze asekuracji, a mi się mdło od samego patrzenia robiło. Jak się zaś przejechał ze dwa metry w dół po eternicie, to i jemu taternictwo przeszło, jak ręką odjął, z linką czy bez :) Ale okna sobie wstaw, kochana, będziesz miała zimą cieplej. Najlepiej jakąś ekipą sobie wstaw!

  5. pluskat 24/09/2015 at 09:48

    Kanionku, gaz glupstwo, ale najbardziej frustrujacy jest brak wody. Moze zadziala pompa przywrocona do zycia przez Malzonka? To by Wam naprawde zmienilo zycie.
    A tych dzikusow z inkubatora nie da sie podrzucic kwoce na maly wybieg, zeby sie uspolecznialy z rodzenstwem?
    Na widok grzybow pozielenialam z zazdrosci…

    • Ola 24/09/2015 at 09:53

      Też ciekawa jestem czy kwoka by nie adoptowała inskubańców? Kanionek, gigancie pracy, trzymaj się! :)

      • kanionek 24/09/2015 at 15:23

        Ech, zapomnij… Żebyście widzieli, jak oni się wszyscy nawzajem próbują wytępić! Kury występują w klanach i bardzo dobrze odróżniają swoich od obcych. Nieważne, że ten sam gatunek, bij zabij obcego! I dołóżcie do tego dwie gęsi i kaczkę, a bardzo szybko uzbieracie pierza na kołdrę i dwie poduszki ;) Oczywiście z biegiem czasu wszyscy się do siebie przyzwyczają, ale na razie… Jeden z moich Siedmiu Wspaniałych już biega z podbitym okiem – matka kurka mu przyłożyła, gdy próbował podskubać trochę płatków, w których grzebały jej bezcenne młode ;)
        Więc niestety – nie. Muszę swoje wychować sama i wpuszczę je na mały wybieg dopiero wtedy, gdy będą w stanie same się obronić :-/

        • ekolandia 25/09/2015 at 01:12

          Ooo, a ja właśnie się zastanawiałam co zrobić ze starymi poduszkami dziadków, tyle pierza, czule kiedyś skubanego, szkoda wyrzucać. A teraz myślę, że zrobię self-made kury i gęsi, takie statyczne bardziej, dekoracyjne, albowiem nie mam tyle ENERGII co ty, żeby oporządzać żywe i ruszające się i charakterne.
          No wybornie, wybornie wprost, że na to wpadłam. Inspirujesz każdego inaczej, ah.

          • kanionek 26/09/2015 at 00:32

            O widzisz. Ja na ten przykład kaczki statycznej zrobić nie umiem (no chyba, żebym Wąskigo poprosiła o pomoc. On chętnie unieruchomi i kaczkę, i gęsi, i co tam się jeszcze rusza bez sensu na tym podwórku), więc pozostaje mi praca przyziemna. Każdy do czegoś innego się nadaje :)

    • kanionek 24/09/2015 at 15:27

      Hej Pluskat :) W sprawie studni i pompy – patrz odpowiedź na komentarz Ciocisamozło. A w sprawie kurczaków – na komentarz Oli :) Ale sobie ułatwiłam! :D
      Kocham grzyby. Nie tylko jeść. Fascynują mnie jako forma życia, i są piękne. A niektóre zjawiskowo piękne. Małżonek się śmieje, gdy czasem ucałuję borowika w czubek kapelusza, ale one są naprawdę TAKIE PIĘKNE!

      • zośka 24/09/2015 at 16:44

        myślałam, że jesteś jakaś szurnięta, bo nie mogę się powstrzymać od ucałowania pięknego borowika w cudny kapelusik, a tu proszę:))))))), ale faktycznie niektóre bywają zjawiskowe:))

        • ciociasamozło 25/09/2015 at 12:08

          Ciekawe co Freud by miał do powiedzenia na ten temat ;)
          A maślaki też całujecie?
          Żeby nie było – ja też się grzybami zachwycam :)
          np. http://fotoforum.gazeta.pl/photo/7/te/gd/rhwj/yJWHGhVpOMFZE4P0kX.jpg

          • zośka 25/09/2015 at 12:43

            O kurcze, w moim poście wkradł się błąd, zamiast jesteś powinno być JESTEM! Kanionek , sorry:DDD

          • kanionek 25/09/2015 at 23:35

            Nie bój Zośka, zrozumiałam, a poza tym – za co „sorry”? Za wiedzę powszechną? :D

          • kanionek 25/09/2015 at 23:47

            Maślaki też, droga Ciociu. I w ogóle maślaki to moje ulubione grzyby w occie, a jak się ich doda do grzybów smażonych, to fajnie zagęszczają sos tym swoim śluzem, i tylko myć ich nie lubię, bo wyskakują z dłoni :) Nie wiem, co na to Freud ;-P

            Ładny ten Twój okaz w jesiennym płaszczyku. Grzyby są niesamowite – jest jeden taki, nie pamiętam nazwy, który cuchnie padliną (ludzkim nosem czuć w promieniu kilku metrów), i często jest tak oblepiony muchami, że grzyba spod nich nie widać. Nie raz prawie dostałam zawału, gdy wlazłam w jakieś zarośla, a tam nagle rój brzęczących much zrywa się do lotu, jak te ptaki Hitchcocka. Oczywiście część roju zawsze musi zderzyć się z moją twarzą. No i całkiem nowego grzyba odkrył ostatnio małżonek. „Patrz”, mówi, „tu jest taki grzyb, który wygląda jak biały kieł wystający z ziemi”. Stwierdził i poszedł. A „biały kieł” przy bliższych oględzinach (no nie mogłam czegoś tak dziwnego zostawić w spokoju) okazał się jakimś zwyczajnym grzybem blaszkowym wywróconym do góry nogami. To znaczy nogą. Odkrycie na miarę Kolumba i jego „Ameryki”.

          • zeroerhaplus 28/09/2015 at 11:14

            Ten od much to będzie pewnie sromotnik smrodliwy ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Sromotnik_smrodliwy ).
            Faktycznie, wali nieprzeciętnie – też mam w lesie czasem jakiś okaz…

  6. ciociasamozło 24/09/2015 at 10:06

    Kanionku, wbrew czarnowidztwu Twego Małżonka, rozumiem :)
    Bo się czasem człowiek zapętli w robotach chcianych i niechcianych, planowanych i nieplanowanych, bardzo istotnych i tylko na takie wyglądających, że już tylko cud, klonowanie albo kaftan bezpieczeństwa… :(
    Jak to kiedyś powiedział mi sąsiad: „głupiego robota zawsze znajdzie”;) (zobaczył jak walczę z gruzem – pół tony w czterech rwących się workach musiałam w godzinę przemieścić do kontenera stojącego ok 20 metrów dalej; udało się po podzieleniu na ok. trzydziestokilogramowe porcje, bo takie mogłam dźwignąc na wysokość kontenera).
    A jak już przy mądrościach ludowych jesteśmy – „jak kocha to poczeka”, więc nie wiem jak inne Kozy, ale ja jestem gotowa czekać do przymrozków (albo i dłużej) na wpis właściwy delektując sie wstępem i wyżywając w komentarzach :)
    Przy okazji – czy ja dobrze zrozumiałam, że po Cebulackich została stara studnia głębinowa z zepsutą pompą? Czy to zepsuła się pompa od „zwykłej” studni, z której też można wiadrami ciagnąć?

    • kanionek 24/09/2015 at 15:17

      Dziękuję, Ciociu :) Przy okazji – te „happy pills” dla Wąskiego to mi na złość wysłałaś? Ty wiesz, jak go po nich energia rozpiera i z jakim uśmiechem na ryju on leci opierdolić koguta z pióropusza? :D W opakowaniu powoli zaczyna wyzierać dno i niech mnie ręka boska broni przed zakupem kolejnego!

      No nie, nie ma lekko. Po Cebulackich została zepsuta pompa głębinowa, którą byli zakupili na poczet tej studni, w której dowiercili się do oceanu wody, tyle że zażelazionej jak jasna cholera. Studnię więc zasypali, a pompę używali, owszem, w tej studni szwagrem kopanej. Tamtejsza woda bywa urodzajna w siarkowodór (latem to pięknie czuć, więc musieliśmy zainwestować w tabletki z chlorem), a w pompie coś się musiało rozszczelnić, dokładnie przy łączeniu kabla zasilającego z wnętrzem, i stąd ten nalot na miedzianych przewodach. Pompa kaputt, a my musieliśmy kupić nową, ale już nie głębinową, tylko taką tańszą, ssącą, którą można zainstalować na powierzchni (u nas akurat w piwnicy, tuż przy hydroforze). No ale teraz małżonek naprawia tę głębinową (jak to dobrze, że nie wywieźliśmy jej na złom!), co pozwoli nam zaoszczędzić parę stów. Bo same koszty wiercenia, wykończenia, stacji uzdatniania itede, będą na tyle wysokie, że każda oszczędność się liczy. Uff, się rozpisałam.

      • ciociasamozło 24/09/2015 at 15:48

        No sorki, „happy pills” z założenia nie powinny mieć takich skutków ubocznych. Może sama zacznij łykać? Waleriana z kozłkiem, czy co tam w tym było, raczej nie zaszkodzi- albo nabierzesz wigoru jak Waski, albo ogarnie Cię błogi spokój ;)

        Straszne kombinacje. Po kij Cebulaccy zasypywali tą głebinową zażelazioną? Toż głebinowa, to chyba rura jest wwiercona, a nie dół, w który można wpaść?
        Trzymam kciuki za naprawę. MałyŻonku wierzę w Ciebie!
        Na kiedy planujecie całą imprezę z wierceniem?

        • kanionek 24/09/2015 at 16:48

          Wuj tam z rumiankiem i walerianą, Droga Ciociu, to ten tryptofan robi mu dobrze. Może i powinnam sama łykać, zwłaszcza, że piguły są jak żelki, i w kolorze i o zapachu czekolady! Nie wiem, co producent miał na myśli, no bo połowa właścicieli psów ma pewnie problem, żeby swoim podopiecznym nie podżerać tych żelków ;)

          A grom ich tam wie, co oni kombinowali. I żebyś wiedziała – owszem, jest rura, ale jest i dziura! Jak głęboka nie wie nikt, ale strach nawet zaglądać, a jak się do dziury powie „halo”, to Chińczycy odpowiadają. Serio. Na zewnątrz, czyli od strony podwórka, widać tylko betonowe kręgi, których nie wiem ile jest w głąb wkopanych, jakieś półtora metra od powierzchni ziemi jest coś na kształt ławy z betonu (poewnie po to, żeby można na niej było stanąć), a pod ławą czarna, złem ziejąca pustka. W jakim stanie jest ława NIKOMU nie pali się sprawdzać ;) A „całą imprezę” planujemy, gdy już środki pozwolą, i owszem, chcemy najpierw spróbować z tą właśnie studnią. Nie wiadomo, ile zasypali, może nie wszystko stracone? Ale musimy najpierw znać koszty całkowite, żeby wiedzieć czy jest sens zaczynać. Małżonek jeszcze nie uruchomił pompy, ale dziś od rana rzuca kurwami, więc prace posuwają się do przodu ;)

          • ciociasamozło 25/09/2015 at 10:41

            Kanionek, co ty mi robisz z wyobraźnią! Właśnie zwizualizowałam sobie jak eksportujesz kozie sery do Chin za pomocą pocebulackiej dziury :D.
            O tak! Latające kurwy to nieomylny znak, że prace posuwaja się w słusznym kierunku (czy Wy też widzicie te panie śmigające nad podwórkiem lotem koszącym z predkością światła na wysokości lamperii?)
            Wąskiemu to chyba trzeba innych ziół na wyluzowanie. Tylko te co by zadziałały to pod paragrafy podpadają ;)

          • kanionek 26/09/2015 at 00:17

            Przez Ciebie też to zobaczyłam. Kozie krążki wyskakujące z rury, jak kromki z tostera. Defying gravity!

    • zeroerhaplus 28/09/2015 at 11:17

      No pewnie, że kochają i poczekają :))

  7. mitenki 24/09/2015 at 13:00

    Sms uparcie się wysyła jako mms i nie mam potwierdzenia, więc chyba nie dotarł do Ciebie… Chyba zaesemesuję do Cię mailowo :)

  8. mp 24/09/2015 at 13:45

    Pamiętam czasy, kiedy mieszkałam z roczną córą na wynajętym poddaszu bez instalacji wod-kan… Horror i hardkor, więc aż mnie ciarki po grzbiecie przechodzą, jak wyobrażam sobie Ciebie klęczącą przy wannie. Na okoliczność braku gazu zwykłego pieca kuchennego na drewno w domku nie macie ? Mam jakiegoś bzika na punkcie takich pieców czy kuchni, bardzo żałuję, że w domu mam tylko nędzną namiastkę- kominek.
    Zwierzyniec masz fantastyczny, i nic na to nie poradzę, że jak patrzę na Twoje zdjęcia, to od razu włącza mi się skojarzenie „sielanka”, nawet jak przed chwilą przeczytałam o Twoim codziennym kieracie.
    A wiaderkiem grzybów mnie dobiłaś ! W sobotę i niedzielę udało mi się znaleźć tylko kanie (w ten sposób miałam załatwioną kwestię kolacji do środy), po innych grzybach w moich „pewnych” miejscach nie było śladu. Ale już namówiłam się z córą i siostrą i w sobotę znów ruszamy :-)

    • kanionek 24/09/2015 at 15:07

      Mamy taką piecokuchnię na drewno, ale ze względu na to, że ona jest nie do końca sprawna (tzn. napalisz i ugotujesz na płycie, ale kafle nie trzymają ciepła), nie korzystamy z niej, bo wychodzi nieekonomicznie. I tak kupujemy najtańsze drewno, czyli gałęziówkę, ale kiedyś Wam pisałam, ile przy niej jest pracy, i serce boli palić to drewno w kuchni, która za chwilę jest zimna jak głaz. Komin został więc zakryty papą przy okazji wielkiego remontu kominów dwa lata temu, a piecokuchnia dorabia za dodatkowy blat w kuchni, co też jest nie bez znaczenia przy moim skromnym umeblowaniu ;)

      O, widzisz, a my mijaliśmy PIĘKNE kanie, wysokie prawie do kolan, ale Z ZASADY nie zbieramy blaszkowych, nawet jeśli „na sto procent” wiemy, co to za grzyby. Jest to o tyle dobra zasada, że być może ratuje nam życie. W Polsce nie ma wśród grzybów RURKOWYCH gatunków śmiertelnie trujących, więc eliminując blaszkowe jesteśmy absolutnie na bezpiecznym. Są wśród rurkowych niejadalne (czyli gorzkie, niesmaczne, piekące), są lekko trujące (wymioty, biegunka), ale nie ma takich, które powodują zgon w męczarniach, tymczasem jeden trefny muchomor wzięty za młodą kanię, czy pieczarkę, może kilkuosobową rodzinę wysłać w zaświaty. W naszych lasach trudno uświadczyć borowika szatańskiego, który jest wręcz pod ochroną, więc nawet sraczka nam nie grozi ;) Zbieramy borowiki (zwane też prawdziwkami) szlachetne i sosnowe, podgrzybki wszelkiej maści, maślaki (zwyczajny, ziarnisty, żółty i sitarz) i koźlaki, no i jedyny wyjątek wśród blaszkowych – kurki. Ale kurki też nie można pomylić z niczym śmiertelnie trującym, więc tak, jak wspomniałam, jesteśmy na bezpiecznym. Szkoda, że grzyby są tak nietrwałe, bo wysłałabym Ci tyle kani, że miałabyś obiady z głowy do grudnia. Wiem, gdzie rosną, są przepiękne, ale ja im co najwyżej mogę zrobić zdjęcie. To jest jedna z niewielu zasad, których NIGDY nie łamię. Powodzenia na łowach!

      • mp 24/09/2015 at 16:43

        Ja też zbieram tylko te grzyby , które znam dobrze- i dla mnie kania do nich należy :-) Jeden raz złamałam tę zasadę, ale wart było (a i u grzyboznawcy znajomego się upewniłam, czy nie wytruję rodziny)- dla szmaciaka gałęzistego, to obok prawdziwka najsmaczniejszy grzyb, jakiego jadłam.
        A nie masz tam gdzieś miejsca, żeby nawtykać w ziemię patyków wierzby energetycznej, żeby mieć własny opał na awaryjne palenie w tej piecokuchni ? Łatwiej byłoby go pozyskać, niż gałęziówkę (wystarczyłby Mały Żonek + maczeta abo bardzo wk…wiony Kanionek :)

        • nikt wazny 25/09/2015 at 01:36

          Znaczy ten bardzo wk…wiony Kanionek zamiast tej maczety?
          Ojaaaaa….:)

        • zeroerhaplus 28/09/2015 at 11:22

          Ojessu szmaciak gałęzisty, to ktoś to jeszcze zna?! Niebo w gębie, masz rację, MP :) Dla mnie nawet prawdziwek się przy nim chowa :)

      • nikt wazny 25/09/2015 at 01:38

        Oraz ja z zalem rezygnuje z pysznych kanii, bo mozliwosc pomylenia ze sromotnikiem calkowicie mi odejmuje apetyt na nie.
        A jak widze sprzedawane na bazarkach SAME kapelusze kanii, to w ogole mam dosc. Bo wlasnie po wygladzie nogi najlatwiej rozroznic oba grzyby. Mp, potwierdzasz?

        • mp 25/09/2015 at 13:13

          Ja grzyby zbieram od dzieciństwa, co to było hohohohooo , a może jeszcze więcej lat temu, więc nie bardzo wiem, jak można pomylić kanię ze sromotnikiem. Mają inny kształt, wielkość, strukturę miąższu, skórkę na kapeluszu. Kapelusz kani w dotyku jest jak aksamit . No i na łące sromotnika nie spotkałam dotychczas, a kanie owszem:) Ale jeśli jakichś grzybów nie jestem pewna- nie zbieram. Acha, i lepiej nie posiłkować się jako wyrocznią guglem- lepiej już zanieść koszyk do sanepidu, tam mają grzyboznawców.

          • kanionek 25/09/2015 at 23:22

            Może chodzi raczej o młode owocniki? Kania za młodu jest jednak zwinięta. Nie wiem jak, ale rok w rok ludzie się trują sromotnikiem, a przecież nikt się naumyślnie truć nie chce? Albo może być tak, że ludziska po pijaku te grzyby zbierają, co by wyjaśniało przytłaczającą ilość butelek po trunkach, jakie się widuje w naszych lasach ;)
            My się dość dawno temu zaopatrzyliśmy w porządny atlas grzybów, taki o masie cegły, i powiem Wam jedno: grzybów blaszkowych są setki gatunków, a większość z nich dla mnie wygląda tak samo (prócz kani, kurek i bajkowego muchomorka), albo np. grzyb, który wygląda identycznie jak coś tam z atlasu, po przeanalizowaniu opisu walorów smakowo-zapachowych i okoliczności występowania okazuje się zdecydowanie nie być tym, na co wygląda, więc ja sobie definitywnie z blaszkowymi dałam spokój.

        • kanionek 26/09/2015 at 00:40

          Te duże kapelusze to już łatwo od muchomora odróżnić, ale ja nie namawiam :) I choć sama też bym odróżniła, to nie mogę złamać zasady, bo znam siebie. Jeśli zrobię dla kani wyjątek, to zaraz zaczną mi po głowie jakieś gąski i gołąbki chodzić, a to już inna para kaloszy, i skończę na kiblu albo na OIOM-ie.

  9. nikt wazny 25/09/2015 at 01:39

    Oczywiscie: kani (jedno i)

  10. Barbarella 25/09/2015 at 10:53

    Spociłam się, czytając.
    Bardzo chętnie wysłałabym do Was mojego męża, który stanowi ZUPEŁNE przeciwieństwo mnie, czyli jest połączeniem diabła tasmańskiego z tornado. On by był PRZESZCZĘŚLIWY, gdyby mógł się tak fest uszarpać – wykopać, zakopać, przybić, porąbać, ułożyć na kupę, rozrzucić stertę – co dusza zapragnie (tylko kozich cycków bym mu do ręki nie dawała, bo jeszcze by urwał). Najlepsze wczasy to by dla niego były.
    Jak to nie ma rurkowych trujących? A SZATAN? Co prawda, raczej się go z niczym nie pomyli, bo wygląda wśród borowików jak gej na paradzie równości, ale gąbkę pod kapelutem ma! I truje!
    I na suszone grzyby ja też się zapisuję w kolejkę społeczną, jeśli można.

    • kanionek 26/09/2015 at 00:12

      :D
      Ty wiesz, jak on by sie tu przydał, ten Twój tornad tasmański? Akurat czas zwozić gałęziówkę – kupa przenoszenia, wrzucania na wóz, a potem rąbania i cięcia na drobne, układania na stertę, potem znów układania, gdy się sterta zawali… A prócz tego trzeba wykopać głęboki rów pod tę rurę, co to nią niby kiedyś woda będzie do mojego kranu płynąć, a u mnie w ziemi TYLE gruzu i innego pocebulackiego kurestwa, że Twój małżonek mógłby się uszarpać po samą uzdę, jak ten koń w kopalni! Tyle szczęścia, mówię Ci. A po tym wszystkim to do koziego cycka miałby siłę się już tylko przytulić :) Ja Ci wyślę grzybów, a Ty pakuj swojemu N. walizkę. W sumie to dużo mu nie pakuj, bo tu sobie upierniczy i tylko prania będziesz miała.

      No ale szatan nie truje na śmierć, a jeśli wierzyć Twojej Szczypawce – lekka sraczka jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Przy tej okazji – Majka pozdrawia Szczypawkę i mówi, że jej też czasem jedzie z paszczy, ale niestety nie jest podobna do Audrey. Podobno raczej do rosomaka. Podobno wygląda „strasznie śmiesznie” i czy to przypadkiem jej nie obraża?

  11. Sławinia 25/09/2015 at 22:10

    Podziwiam i od razu biorę się za porządkowanie ogrodu, trawnik, zaprawianie jabek i malowanie kuchni. Takie mnie naszły wyrzuty sumienia..

    • kanionek 25/09/2015 at 23:07

      A weź… Dzisiaj „porządkowałam” ogród, m.in. rwąc KILOMETRY pędów dyni (wiele wyjaśniłby ten film, co mi się go jeszcze nie udało zmniejszyć), żeby odsłonić to, co jeszcze mi zostało do zebrania „z pola”. A z plusów tego porządkowania – okazuje się, że kozy lubią nie tylko ziarno słonecznika, ale i kwiaty i liście. Liści im dzisiaj narwałam dwie taczki.

      A o co chodzi z „zaprawianiem jabłek”? Albo może lepiej nie mów, bo jeszcze zachce mi się zaprawiać, a na razie muszę znaleźć czas na to, żeby je w ogóle zebrać. Piękne mam jabłka w tym roku, bo dzięki suszy nie ma na nich nawet śladu tych czarnych plamek, co to podobno są z wilgoci (że niby grzyb jakiś, nieszkodliwy, ale jednak grzyb). Piękne, ogromne, i znów muszę kombinować gdzie je upchnąć. Aha, w tym roku dzięki uprzejmości suszy nie tylko grzyby są nierobaczywe, ale i orzechy laskowe, więc po raz pierwszy odkąd tu zamieszkaliśmy skorzystamy z darów leszczyny. Gdyby nie brak wody, nie narzekałabym na suszę – piękne, słoneczne dni ciurkiem, zero komarów, zero wpleszczy (normalnie po każdej wyprawie na grzyby wyciągałam tego dziadostwa z włosów po 15-20 sztuk), grzyby, orzechy nierobaczywe, jabłka jak z obrazka… Może w sumie nie mam na co narzekać?

      • Ania W. 26/09/2015 at 22:32

        A jabłek nie sprzedajesz? Bo bym też wzięła…

        • kanionek 27/09/2015 at 22:16

          Aniu, mogę Ci sprzedać kilka kilogramów, jeśli chcesz (czy wysyłkowy zakup jabłek się opłaca, to już musisz sama zdecydować), no chyba że myślisz o większych ilościach… Bo ten. To wygląda tak, że ja zimą muszę kozy czymś karmić, i oprócz siana i owsa są to: marchew, kapusta, cebula, dynia, buraki, ziemniaki, no i jabłka właśnie. I gdybym miała sprzedać większość swoich, to bez sensu, bo potem musiałabym jabłka kupować w sklepie. Ale tak jak rzekłam na wstępie – jeśli szczególnie Ci zależy na jabłkach typu „eko”, i wystarczy Ci kilka kilogramów, to będzie Ci dane :)

  12. kanionek 26/09/2015 at 21:16

    Ludzie! Moje wino zaczyna smakować jak wino! Dziś robiłam pierwsze „zlewanie wina znad osadu”, i nie omieszkałam skosztować. Jest raczej wytrawne, niż słodkie, choć dałam za dużo cukru (ale drożdży też za dużo, bo szkoda mi było wyrzucać, a porcja była na 5-25 l nastawu, a mojego nastawu było około 3,5 l), chyba mocne, bo grzeje w gardło (nadmiar drożdży przerobił nadmiar cukru na nadmiar mocy?), ale dziś dolałam do niego jeszcze litr soku z jeżyn wczoraj zebranych. Jeśli nic nie spieprzę w kolejnych etapach, to będę miała jakieś cztery litry wina jeżynowego na drożdżach „burgund”, w cenie 2,50 zł za litr i nie będę już kupować wina do bigosu :) Nauka jest piękna.

    • pluskat 26/09/2015 at 21:30

      Biogos na winie jezynowym to brzmi dumnie! Ekologiczny, z wlasnorecznie wyhodowanej i zakiszonej kapusty, z wlasnymi grzybami… tylko tego swiniaka brakuje do kompletu.

      • Tymofiejski 27/09/2015 at 09:26

        Puścić Wąskiego do lasu. Na pewno coś przyniesie.
        Bigos na winie i myśliwym…?

      • kanionek 27/09/2015 at 22:24

        Może zrobię na koguciku…
        Wygląda na to, że z moich pierwszych siedmiu kurczaków pięć to koguty. Nie wiem jeszcze, co tam wysiedziała matka kurka, za wcześnie stwierdzić, ale jak znam złośliwość losu, to na koniec całej tej historii będę miała 20 kogutów na 5 kur :-/
        A jedną butelkę wina zostawię sobie na pięćdziesiąte urodziny, o ile dożyję ;)

  13. kanionek 28/09/2015 at 01:41

    Hm. I znów wydawało mi się, że ze wszystkim zdążę, a nawet dokończę powstający już nowy wpis, a tymczasem jest 1:30 w nocy i nie wiem, jak się nazywam. Zabłądziliśmy dziś w lesie, jak jacyś Jaś i Małgosia, klientka, która przyjechała o umówionej godzinie po ser musiała się spoufalać z kozami (miała dla nich dwie torby liści i obierek, ale one to zeżarły w pięć minut, a jak długo można drapać Andrzeja po brodzie?), cały misternie obliczony harmonogram się posypał, czyli wyszło jak zwykle. Ale ponieważ należy we wszystkim dopatrywać się jasnych stron to owszem, cieszę się, że tę noc spędzę w domu, a nie w lesie. Podobno wilki się pojawiły niecałe 40 km stąd, a dla wilka 40 km to jak spacer po parku.

  14. zeroerhaplus 28/09/2015 at 11:35

    Kanionku, zmęczyłam się sakramencko od samego czytania o waszym planie dnia :))
    Widzę, że dla innych jest to motywacja, ale mnie osobiście się odechciało robić cokolwiek, a tu chałupę ogarnąć trzeba – wczoraj zakończył się tegoroczny sezon odwiedzin i bogom złym i dobrym dziękuję, że u nas JEST możliwość napchania wody ze stawu do studni, inaczej prałabym brudy jak te panny kijankami nad strumieniem, unurzana malowniczo po pas w błocie.

    Jak Ty dasz radę „z tem wszystkiem” do zimy? Aż się zasapuję, gdy o tym pomyślę ;)

    Zdrowia, zdrowia, jeszcze raz zdrowia!!!! :))

    PS. U nas też borowiki się wysypały. I rydze. I podgrzybki, kanie, maślaki. I muchomorki też :)

  15. MagaZ 28/09/2015 at 12:40

    Cichutko poczytuję regularnie i jeśli miałabyś możliwość to zrezygnuj z gazu a zamontuj piec , nawet najzwyklejszą „angielkę” z podkową na ciepłą wodę . Mam w domu stary murowany piec kuchenny z podkową i ja dawna pańcia z miasta osiedlona na wsi, kocham ten piec od pierwszego dnia . Dzięki podkowie mamy ciepła wodę a tzw sabatnik ( piekarnik ) służy mi do suszenia owoców , na piecu przez sezon letni mam miejsce na gotowanie , powidła , marmolady , pomidory itp . Czasami stoi po 5 -6 dużych garnków . A co do wody, to kiedyś na jakimś forum w muratorze skopiowałam
    wpis z uzdatnianiem mocno zażelazionej wody za niewielkie pieniądze . Ja chcesz to prześlę

    • mały żonek 28/09/2015 at 14:20

      Heloł. Dawaj ten przepis na odżelazianie :-)

    • zeroerhaplus 28/09/2015 at 14:28

      MagaZ, a mogłabyś wrzucić ten opis uzdatniania na Kanionkowe forum? Bo też mam problem z żelazem (i podejrzewam, że znalazłoby się tu jeszcze parę takich osób).

      • kanionek 28/09/2015 at 22:59

        Zeroerha, a badaliście tę swoją wodę? Bo w naszym regionie podobno nie tylko z nadmiarem żelaza jest problem, ale i manganu, i czegoś tam jeszcze, nie pamiętam. Dlatego miły pan nam tłumaczył, że oni by nam „skomponowali” stację uzdatniania pod nasze potrzeby, czyli w zależności od tego, jakie pierwiastki należałoby z wody usunąć. A oprócz metali woda może też zawierać jakieś mikroby, i w ogóle dużo zachodu z tym uzdatnianiem :-/

        • zeroerhaplus 29/09/2015 at 04:17

          Ano widzisz, nie. Nie badaliśmy. Podejrzewam, że jest to jedna z większych głupot, jakie robimy, ale jakoś nas „brakło” na te badania. Studnia jest generalnie tematem tabu w naszym domu. Udajemy, że wszystko jest okej, póki jej nie dokopiemy parę metrów ;)
          Ale staramy się nie pić wody z niej bez gotowania, i to jest w zasadzie wszystko. Skórę mam jeszcze w normalnym odcieniu, pożyjemy, zobaczymy, co dalej :))

          A skąd wiem, że żelazista? Po tak zwanych przesłankach ;) Osad na czajniku, w rurach, takie tam. Ale jakie stężenie, nie powiem Ci, bo nie wiem.

    • mały żonek 28/09/2015 at 20:22

      Chodzi o odstojnik i ewentualną korektę pH za pomocą Na2CO3?

    • mały żonek 28/09/2015 at 20:43

      @zerorh+ jeśli masz własne ujęcie, to obecnie opracowuję wynalazek do zabezpieczania pompy przed pracą na sucho. Te tanie, które znalazłem w sprzedaży są do bani, a droższy, który rozłącza po min. 10 sekundach też odpada – jak dla mnie. Oparty będzie o przepływomierz. Jak jesteś zainteresowana, to mogę podrzucić rozwiązanie (kiedy skończę). Płytkę podeślę Ci pocztą i pomogę w odpaleniu.

      • zeroerhaplus 29/09/2015 at 04:27

        Małyżonku, dzięki wielkie :)) ale w tym temacie jesteśmy zabezpieczeni.
        Pompa to był jeden z pierwszych zakupów po kupnie samego domu i wtedy z racji, że było trochę kasy, zdecydowaliśmy się na takiego potwora, który nie dość, że nie pęka przy ssaniu na sucho przez jakieś parę minut (sprawdzone) to jeszcze ma parę zabezpieczeń, które były, że tak powiem, w pakiecie. Zresztą niczego „mniejszego” nie chcieli nam sprzedać, więc i tak wyboru nie było.
        Wszystko działa do dziś, odpukać, oczywiście w niemalowane.

        Jeszcze raz dziękuję za dobre chęci :))

        PS. A własne ujęcie to już nie z własnej woli – do nas, podobnie jak do Was, wodociągi nie dopinają ;)

  16. MagaZ 28/09/2015 at 13:05

    Teraz doczytałam ,że masz piecokuchnię na drewno i rzeczywiście coś jest nie tak . U mnie po napaleniu i po zagotowaniu , podrzymuję tylko ogień , przymykam na wyjściu do komina klapkę oraz drzwiczki popielnika i powoli się tli i trzyma ciepło . Ta nasza kuchnia daje też ciepło na cały dół domu bo nie mamy drzwi pomiędzy pokojami , a dodatkowo bojler na ciepła wodę daje dodatkowe ciepło w łazience . Nasz piec jest zbudowany w ten sposób ,że wyjście spalin z pieca daje płaskie długie s i wylot do komina jest dopiero z tzw. murku przybudowanego przy piecu .

    • kanionek 28/09/2015 at 22:54

      MagaZ – taka kuchnia jak Twoja to ma sens. A moja wymaga kapitalnego remontu. Kiedyś podobno też działała tak, jak powinna, a poprzednia gospodyni piekła sobie niegdyś ciasta i mięsiwa w tzw. duchówce (co region, to inna nazwa dla tego przypiecowego „piekarnika”). Szkoda, owszem, ja też żałuję, bo i ciepełko by było jesienią, i grzyby możnaby na siatce zawieszonej nad płytą suszyć, i w ogóle klimacik swojski, ale trudno się mówi, i żyje się dalej z piecem centralnego ogrzewania. Ciepłą wodę też mamy tylko po napaleniu w owym piecu, i na szczęście mamy to rozwiązane tak, że można odciąć przepływ wody do grzejników, a zostawić otwarty tylko „mały obieg” z bojlerem na ciepłą wodę. Godzina palenia latem i mamy ciepłą wodę przez dwa dni, no chyba, że akurat wcale nie mamy wody :D

  17. Kachna 28/09/2015 at 20:04

    A pierwsze zdanie powyższej notki przeczytałam w ten deseń:
    „Moi drodzy. Mam gdzieś to, żeby Wam napisać, dlaczego nie ma kolejnego wpisu ….” :))))
    I w sumie się nawet nie zdziwiłabym po tym co Kanionku potem napisałaś.
    Matko moja – to ja należę do grupy czytaczy, których zaczęło sumienie gryźć, że tacy są leniwi i NIC NIE ROBIĄ.
    ………………………….
    Ale i tak najbardziej wzruszyłam się całowaniem grzyba w kapelusik. Albowiem i mi się zdarza – ale bardziej dynię w łepek – tak uwielbiam dynie. Mieć. Różne. Kolekcjonuję w sezonie oraz mam pypcia na tym punkcie i jestem częstym gościem okolic Piaseczna – ci co wiedzą to wiedzą o co chodzi:)
    ………………………
    Kanionek Twoje zdjęcie z kurką – prawie jak z jaszczompiem:)

    ……………………….

    Bardzo P.S. śmieciarka podstępnie wróciła mi śmieć(i). Ja p………. . Oraz K….

    • kanionek 28/09/2015 at 22:44

      Kachna, ale jak to – zwróciła?! Taki zwrócony śmieć to już musi nieźle cuchnąć. No chyba, żeby go przez jakąś stację uzdatniania…? Da się? Życzę w każdym razie pomyślnego rozwiązania.

  18. zośka 28/09/2015 at 20:17

    Kachna, to ja się dopisuje do klubu dyniogłowych! uwielbiam dynie, wprawdzie smak to ma taki se, ale wygląd i kolor ma taki optymistyczny, prawda? Mogłabym mieć dynie porozkładaną wszędzie, mogłabym nawet spać z dynią! Poza tym, to omijam szanowną oborę, bo mnie jakiś wirus trzymie i nie chce puścić. No to zaszyłam się w kącie, żeby nikomu nie przeszkadzać i czekam aż pójdzie fchuj, bo mam go już dość. Procować nie mogę, na grzyby nie mogę, siedzę, jak taka najbrzydsza koza w najciemniejszym kącie, z kołtunem na łbie i kaprawym okiem. I tak, o.

  19. zośka 28/09/2015 at 20:55

    a oko mam kaprawe, bo sobie wsadziłam w nie nóż niechcący. eny kłeszczyn?

    • Kachna 28/09/2015 at 21:13

      Zośka – posiedzę z Tobą w tym kącie. Ok?

      • zośka 28/09/2015 at 22:05

        siadaj Kachna, jakoś przebidujemy razem w tym kącie. Mam tu na pocieszenie słoik nutelli ze śliwek z czekoladą i cacao i wyżeram paluchem, posmarkując i chlipiąc, chcesz powyżerać ze mną? O, mam jeszcze słoik suszonych pomidorów w oliwie, też go możemy razem pożreć z mlaszczeniem!

        • Kachna 29/09/2015 at 08:25

          Uważaj Zośka…..obyś mieszkała daleko…..bo ja za suszone pomidory dużo oddam:)
          A o nuetlli domowej nie wspominaj nawet. Kocham ją.
          Się z Twojego kata nie ruszę na krok!
          Me!

          • zośka 29/09/2015 at 09:07

            Kachna, mieszkam sobie niedaleko Banderozy Kanionka, w województwie szuwarowo bagiennym:).

          • ciociasamozło 29/09/2015 at 09:49

            Dziewczyny, mogę się przyłączyć? Mam domowe wino i słoiczek dżemu jeżynowego. A poza tym gluta po pas i ból gardła od prawie dwóch tygodni, jakiś młotek przypiął mój rower swoim łańcuchem i musiałam drałować do roboty na piechty, a w sklepie jak szukałam ulubionego kubusia z bananami to rozbiłam sok stojący obok. Boję się dotknąć do czegokolwiek i chyba dla bezpieczeństwa otoczenia powinnam zagrzebać się w ściółkę :(

          • kanionek 30/09/2015 at 01:51

            Ooo, biedna Ciocia… I co teraz z tym rowerem? Młotek się pokapował i odmłotkował sprawę, czy jak? No i mogę Ci wysłać trochę ściółki w kartonie :) Jak mi facet w końcu dowiezie słomę, bo przełożył o tydzień :-/

          • kanionek 30/09/2015 at 02:06

            Kachna, weź mi przypomnij, gdybym zapomniała – w piwnicy powinnam jeszcze mieć tę „nutellę”, ubiegłoroczną, ale na pewno nic jej nie jest. Tylko mi przypomnij za jakiś tydzień lub dwa, gdy już będę z grubsza obrobiona, to Ci wyślę słoik na pocieszenie :-*

        • zośka 29/09/2015 at 10:01

          Pakuj się ciocia do nas. Tylko koniecznie nie zapomnij wina, bo tego nam chyba potrzeba do ozdrowienia. Właśnie, właśnie, mój glut tez do pasa i oraz gardło mnie nap….a od 2 tygodni, coś normalnie łazi po mnie i się przemieszcza ze złośliwym chichotem. Jak się weźmiemy, jak się zbierzemy do kupy, to wspólnie wygenerujemy taką moc, że żaden glut już nas nie złamie.

          • Kachna 29/09/2015 at 10:23

            No to cudownie – tak myślałam, że mieszkasz daaaaleko za lasami i jeziorami…..
            Się w tym kącie niedługo nie zmieścimy;)
            Ja mogę oferować tym roku jedynie produkty na bazie wódki. jagoda czarna, malina, morela, wiśnia, jeżyna.
            I w kącik. I meeee.
            Cholera jasna psiakrew.

          • Ola 29/09/2015 at 15:25

            i kurrrdybanek, Kachna! :)

    • kanionek 28/09/2015 at 22:39

      Zośka – ale tak po rękojeść, czy tylko rogówkę klingą pogłaskałaś? :D
      Wy to umiecie się zabawić. A może chcesz, Zośka, Wąskiego na tydzień? Ja z nim dzisiaj stoczyłam walkę na kompostowniku, po ciemku i w mżawce, a skoro i Ty lubisz sporty ekstremalne… Powiem tak: weź Wąskiego na tydzień (bo inaczej ja go rozszarpię), a moja największa dynia będzie Twoją. O ile zdołasz ją sobie jakoś wytoczyć, bo ja nie jestem w stanie jej ruszyć nawet o centymetr.

      • zośka 28/09/2015 at 23:00

        lewe oko w lewy róg, odganiałam osę, trzymając nóż. Wąskiego powiadasz? w moim M jak mini w kamienicy? z autystycznym, starym kotem na stanie? Dziękuję, to ja już wolę dalej siedzieć osmarkana z kołtunem i kaprawym okiem w kącie i czekać na lepsze dni. A poza tym, ja tę dynie widziałam na własne oczy:))) Dźwig trzeba by było zamawiać! Co Wąski tak konkretnie przeskrobał?

        • kanionek 29/09/2015 at 00:15

          Nie wiem, czy to możliwe, ale od tamtego czasu dynia chyba jeszcze urosła. A o Wąskim napiszę w najnowszym odcinku, a teraz powiem tyle, że mnie najbardziej u niego wkurza recydywa. Niby rozumie, co się do niego mówi, a za chwilę – bach! Robi to samo. I znów. I znów. I tak do zmęczenia materiału, czyli nas, bo Wąski, jako się rzekło, nie męczy się nigdy.
          No i wyrazy współczucia z powodu oka i osmarku – z tego, co mi piszecie w mailach, to właśnie mamy pierwsze tsunami jesiennych zachorowań. A ja nic! Ostatnio tyle wrzeszczę i klnę, że chyba nawet zaraza boi się mnie tknąć.

          • Ola 29/09/2015 at 00:50

            Jeśli od niego nic nie chciano, cały czas była nuda „tu i teraz”, to się trudno dziwić, że psisko nie może się ogarnąć :(

  20. MagaZ 29/09/2015 at 09:31

    Wrzucam tekst z forum muratora :
    Pytanie grischa17:
    Mamy zamiar zamontować system nawadniania naszego trawnika. Jednak jak
    to w okolicach warszawy – woda jest fatalnej jakości. Chodzi głównie o jej
    straszne zażelazienie.
    Co robić…?
    Odpowiedź zygmor:
    Musisz się postarać o odżelaziacz inaczej nic z tego nie będzie..
    Ale.. możesz sobie pomóc w miarę prosty sposób i to za kwotę ok 300 zł.
    Mam zrobione coś takiego i fatalną wodę i to działa.
    Potrzebujesz dwa filtry dyskowe z obudowami i cztery krany kulowe.
    Jeden z filtrów mocujesz przed hydroforem tu wkład dajesz wkład filtra
    niebieski 130mikrometrów, natomiast za hydroforem czerwony 70
    mikrometrów. Zawory kulowe służą do bezstresowego wyjmowania i
    czyszczenia wkładów (poprzez płukanie w wodzie) i to wszystko.
    Aby ten układ działał jeszcze sprawniej to pierwszy zawór za hydroforem a
    przed filtrem powinien być skręcony na tyle, aby woda nie kapała, ale mogło
    być zasysane powietrze, wtedy będzie dotleniana nieco woda i sprawność
    tego filtra powinna być sporo większa.
    U mnie to funkcjonuje od 10 lat dlatego mogę z czystym sumieniem polecić.
    Działka jest duża, ponad 3tyś do podlania i tysiące litrów wody corocznie i
    układ działa, choć linii kroplującej nie zastosowałem, dlatego trudno mi
    powiedzieć jak to będzie w tym wypadku.
    Oczywiście pewnie zapytasz gdzie to można kupić, ja kupiłem w Warszawie
    na Jutrzenki 99/101

    • ciociasamozło 29/09/2015 at 09:51

      Dzieki! Mnie też się przyda :)

    • zeroerhaplus 30/09/2015 at 10:48

      Dzięki MagaZ :)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa