Za dnia jak dziki pies w kagańcu, czyli dzień suchego dowcipu

“Hej żeglujże, żeglarzu

całą nockę po morzu

hej żeglujże, hej żeglujże

całą nockę po morzu”

A żeby tylko nockę! Ja już trzy dni tak żegluję, a brzegu wciąż nie widać. Wszystko przez to, że w rozmowie z Ciociąsamozło padło słowo “szekla”, i bum! Wystarczyło. (droga pani z telewizji – co zrobić, gdy się do człowieka piosenka przyczepi, a w dodatku człowiek zna tylko dwa wersy, i żegluje jak debil w kółko po bardzo małym okręgu, aż mu się niedobrze robi?)

I w ogóle wszystko się uwzięło, żeby mnie wykończyć, wszystko! Stoję sobie przy garze z serem, mieszam gęstwę w najwyższym skupieniu, aż tu nagle szafa mówi do mnie: “Halo! Jak się masz?”. Słowo daję, że tak właśnie powiedziała, a ja zwyczajnie zmarłam na stojąco, bo co miałam zrobić w takim przypadku. Trochę mnie jednak zdziwiło, że szafa mówi MĘSKIM głosem, i tylko dlatego nie zmarłam całkiem na amen, że mi ciekawość nie pozwoliła. No i co się okazało? Że to tylko kolejna zemsta Chińczyka na narodzie wybranym. W szafie bowiem, w misce czerwonej i plastikowej (i zapewne bardzo chińskiej), prócz trzech kilogramów różnorakich drobnych gratów, spoczywał sobie od dawna taki telefon-zabawka, który nie wiem jak się znalazł w naszym posiadaniu, ale mamy go od ho, ho, ho, i już niejednego pieska ten telefon wkurzał, drażnił, lub wprowadzał w stan osłupienia (tak, dręczymy psy wystawiając je na działanie chińskich urządzeń, bo porządnie wyszkolony pies musi być gotowy na wszystko, a podobno czeka nas zalew imigrantów). Telefon umie powiedzieć “halo, jak się masz?”, “dziękuję, do widzenia”, i jeszcze zagrać całkiem irytującą melodyjkę wyszczekiwaną przez elektronicznego psa (a bo to kto zgadnie, co Chińczyk miał na myśli?).

No i dnia onego telefon ni stąd, ni z Gwadelupy, połączył nagle trzy kropki w swoim pięciokabelkowym móżdżku i zagadał do mnie z szafy, bo urządzenia elektroniczne już tak mają, że nie wiadomo co i kiedy im do łba strzeli. I o – tak wygląda skrzep serowy z mleka, które serowar zapomniał uspokoić po dodaniu podpuszczki, bo sam był cały roztrzęsiony po rozmowie z szafą:

skrzep w rozyczke

To samo niestety tyczy się tego termostatu, cośmy go kupili by sterował ogrzewaniem w inkubatorze. Małżonek długo szukał czegoś niedrogiego, ale i niechińskiego, aż znalazł gościa, który sam takie termostaty projektuje i wzięliśmy od niego urządzenie bez obudowy (taniość przede wszystkim), ale z wyświetlaczem i dogodnymi dla nas wariantami ustawień. Obudowę małżonek dorobił z pudełka po patyczkach higienicznych, które podobno wcale nie służą do grzebania w uchu, podłączył mnóstwo kabelków i innych parafernaliów, po czym zaszumiało, zawiało (bo wiatraczek ze starego komputera), włączyło żarówkę, i nawet w odpowiednim momencie wyłączyło, i TAKA BYŁAM SZCZĘŚLIWA, że już nie będę musiała sprawdzać po trzysta razy na dobę, czy mi się jajka na twardo nie ugotowały, a tu… Znów mało zawału nie dostałam! Gdy któregoś dnia spojrzawszy odruchowo na wyświetlacz zobaczyłam czterdzieści i trzy dziesiąte stopnia! Się okazało, że termostat raz na ileś tam razy “gubi” zadane mu parametry i trzeba go ustawiać od nowa. Małżonek tylko smutno pokiwał głową (zapewne nad upadkiem polskiej myśli technicznej), stwierdził, że jemu byłoby wstyd coś takiego swoim nazwiskiem firmować, i zabrał się za projektowanie nowego termostatu, a mi pozostało nerwowe spoglądanie na wyświetlacz trzysta razy na dobę.

Prócz termostatu jak zwykle nawaliła Energa (pięciogodzinna, nieplanowana przerwa w dostawie prądu), i ja się pytam – jak tu żyć spokojnie? Taka kura to ma wszystko w dupie, siedzi na dupie i wie, że nie da dupy (a bo, panie doktorze, mi to się wszystko z dupą kojarzy), a gupi Kanionek ma w pokoju więcej kabli niż zwojów mózgowych i wciąż jeszcze coś idzie nie tak. No i tu mi się przypomniał ten kawał z brodą, jak to przychodzi baba do lekarza i mówi: “panie doktorze, wszystko mnie wkurwia!”. Lekarz przeprowadził wywiad, osłuchał, do gardła zajrzał, nic nie znalazł, więc w końcu pyta: “a jak często pani uprawia seks?”. A baba na to, że wcale nie uprawia, i że w ogóle jest dziewicą. No to lekarz każe jej się rozebrać i położyć na kozetce, po czym przystępuje do działania, a baba po kilku minutach: “panie doktorze, to w końcu wkłada pan, czy wyciąga, bo już mnie to wkurwia!”. No i tak to. Jak człowieka wszystko wkurwia, to i lekarz nie pomoże.

A skoro sama ogłosiłam dzień suchego dowcipu, to proszę, jeszcze jeden:

Stoją sobie panowie pod spożywczakiem, obalając przednie winko, gdy pod sklep zajeżdża rowerzysta i z plecaka wyciąga butelkę mineralnej. Jeden menel mówi do drugiego, patrząc na rowerzystę z niedowierzaniem: “Ty, Zenek, patrz! Ten facet pije wodę. JAK ZWIERZĘTA”.

No i ja też piję tę wodę, jak zwierzęta, i jak ciocia Pluskat kazała, i nawet widzę już pierwsze pozytywne aspekty. Nie to, żeby mnie łeb przestał boleć, a temperatury to już nawet nie sprawdzam, ale za to spodnie przestały mi spadać z tyłka, bo mają się na czym trzymać, a mianowicie na wiecznie pełnym pęcherzu. No i nie powiem, trochę to jest wkur… To znaczy ten… No jak często można biegać do toalety?! Chyba jednak rzucę picie.

Aha, i ponieważ kura za budą się okociła, to specjalnie dla Was zakradłam się i zrobiłam jej kilka rodzinnych fotek.

matka kurka z puchaczami2 matka kurka z puchaczami

Na razie widziano nie więcej, niż sześciu Wspaniałych, a kura w ogóle nie wydaje się z tego faktu zadowolona. To znaczy z sześciu Wspaniałych na pewno jest zadowolona, tylko z tego, że je ktoś widział, to już nie. Powiadacie, że ona przyjdzie do mnie cała dumna i blada, żeby się pochwalić swoim przychówkiem? NO NIE WIEM. Gdy po strzeleniu fotki podsunęłam jej ostrożnie miseczkę z żarciem prawie pod sam dziób, to spojrzała na mnie twardo i wydała z siebie dźwięk, którego przy najszczerszych chęciach nie nazwałabym zachęcającym do podziwiania czegokolwiek. Już raczej brzmiało to jak: “te, kelner, żarcie żarciem, ale jeszcze pół kroku bliżej, a mózg ci przez nozdrza wydziobię”. To ja jej na to, że w nozdrzach to ja mam te jej kurczaki, bo już niedługo będę miała własne, i to dużo więcej niż sześć, a ona mi wtedy: “taak? A NIE WYGLĄDASZ”! Zaprawdę powiadam Wam, podłość kurza nie zna granic.

O, i mamy nowego kolegę na podwórku, pana Wicusia:

pan Wicus

Pan Wicuś wziął się znikąd i zachowuje się trochę jak stary pantoflarz, co się zerwał żonie z łańcucha (a że żonaty to widać, bo ma obrączkę) – jakiś taki w towarzystwie nieobyty, trochę nieśmiały, pospacerował sobie po podwórku, pogrzebał trochę w krecich kopczykach, posiedział skromnie na dachu:

pan Wicus na dachu

…aż w końcu dotarło do niego, że jest wolny jak ptak i może robić co chce, więc pojadł sobie cudzej pszenicy (choć gdy przyszły gęsi uprzejmie usunął się w cień):

gaski z golebiem

No ale ja tu o Wicusiach, a Wy czekacie na fotki niedźwiedzia. Proszę bardzo, oto Wąski:

taki jestem slodki Waski ja i Waski

Skąd wziął się Wąski to już wiecie z komentarzy pod poprzednim wpisem i błagam, nie każcie mi się powtarzać :) Wąski miał się nazywać Amor, bo taki występ humorystyczny nam zapadł kiedyś w pamięć: https://www.youtube.com/watch?v=Uvh6WBGK5ko, ale jednak został Wąskim, bo nie mogliśmy go nazwać Killer: https://www.youtube.com/watch?v=QCJrLM3yVf4

Jak by się zresztą nie nazywał, i tak najlepiej reaguje na “kurwa” użyte w zdaniu. Np. “KURWA MAĆ, Wąski, to są MOJE kurczaki, to JA nad nimi sześć tygodni skakałam, i jeśli choć piórko, KURWA, w twoich zębach zobaczę, to…” i tutaj dowolnie: “nogi z dupy powyrywam”, “jaja ci ogolę i będzie wstyd na wiosce”, “za tylną nogę pod jabłonką powieszę” i tym podobne. A ten “wąski” całkiem udanie do niego pasuje. Jak wzięłam Wąskiego do lasu na poszukiwania koźlaków, to po kilkunastu minutach szarpaniny, wyplątywania Wąskiego z jeżyn i odkręcania smyczy zawiniętej wokół drzew, mówię do niego: “Ty się, Wąski, tak znasz na grzybobraniu, jak ja na odmianie niemieckich czasowników”. A on mi wtedy, rzucając to ponure spojrzenie rekina ludojada: “Taak? To może chodźmy do Żozefin na kurczaki, i WTEDY się okaże, kto tu jest w czym naprawdę dobry”.

No i fajnie się gada z Wąskim, dopóki na horyzoncie nie pojawi się koza, kot, pies albo drób. Wtedy bowiem Wąskiemu robi się bardzo wąskie pole widzenia, a jego jedyne trzy komórki mózgowe całkowicie odcinają zmysł słuchu, żeby się przy ważnej robocie nie przeciążyć jakimś głupiego Kanionka gadaniem (“Wąski, źle!”, “Wąski, nie!”, “Wąski, chodź no tu!” – a po co niby Wąski miałby przychodzić? Po “dobry piesek” i poklepanie po kosmatym łbie? Bicz pliz!).

Wąski jest dodatkowo naprawdę wąski, bo niedożywiony. Tego może nie widać na zdjęciach, bo kupa futra zasłania, ale żebra mu pod skórą klekoczą, kręgosłup jest wyraźnie wyczuwalny, w barach to chyba Atos jest od niego szerszy, a talię Wąski ma jak Laser. Na razie nam to pasuje, bo gdy Wąski osiągnie swoją właściwą masę, to jeszcze trudniej będzie go okiełznać, i lepiej żebyśmy się wyrobili do tego czasu z treningiem na posłuszeństwo. Poprzedni właściciel, nie wiedząc najwyraźniej nic o psach, w kwestii żywienia swojego pupila zasięgnął rady znajomego parającego się myślistwem, i zgodnie z zaleceniami kolegi karmił owczarka parzoną śrutą zbożową z okazjonalnym dodatkiem jajka, smalcu lub resztek z pańskiego stołu. Od myśliwego dowiedział się też, że suche karmy uszkadzają psi węch, więc unikał ich jak ognia, bo przecież wiadomo, że psu przywiązanemu na dwa lata do budy węch jest niezbędny. Po to choćby, by wiedział, gdzie ostatni raz nasrał i dzięki dobremu węchowi po ciemku nie wdepnął.

Karmienie psów suchym chlebem rozmoczonym w wodzie już mnie nawet nie dziwi, bo “tu, na wiosce” jest to oczywista oczywistość, i już nam nie raz proponowano zakup kilku worków chleba dla naszych psów, ale żeby zadawać sobie tyle trudu i PARZYĆ ŚRUTĘ? Do końca życia by mnie ta zagadka męczyła, ale na szczęście Ciociasamozło wiedziała o co chodzi. Podobno taki przepis na psie wyżywienie można odnaleźć w poradniku dla myśliwych z… tysiąc osiemset któregoś tam roku. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak szybko ludzie potrafią zapomnieć tabliczkę mnożenia, za to największą głupotę zapamiętają i powtarzać będą przez wieki.

Więc Wąski jest wąski i stosunkowo lekki, za to wysoki jak Kanionek, gdy stanie na tylnych łapach, a do tego zawzięty jak Pawlak i żywemu nie przepuści. Gdy nie ma innych zwierząt na horyzoncie – słodki miś tulany i plaster miodu na patyku. Ale gdy tylko misia oko złowi jakiś ruch na podwórku, miś zmienia się w grizzly (gryźli, szarpali, solą rany posypywali), a człowiekiem przyczepionym do smyczy rzuca jak lalką szmacianą. To znaczy rzucał, aleśmy się już trochę lepiej nauczyli nad nim panować. I tu chciałam wstawić zdjęcie mojej lewej dłoni rozharatanej i krwią broczącej, ale już Wam oszczędzę i zmieniam temat.

Z uwagi na zapowiadane opady deszczu wzięliśmy się w końcu, i pod czujnym okiem Wąskiego zrobili profesjonalny system odprowadzania deszczówki z rynny do studni.

jesienne wykopki czujne oko mordoru wykopki 2

Profesjonalny, czyli za 100 złotych z hakiem, system składa się z rur kanalizacyjnych zakopanych w ziemi. Bo do tej pory mieliśmy taki złożony z różnych przygodnych elementów połączonych plastikową butelką, w dodatku leżący na ziemi i dzień w dzień rozbierany na części przez Atosa, a Majka wdeptywała w butelkę i butelka całkiem od tego traciła fason. Nowy czy nie, ten system sprawdza się tylko wtedy, gdy pada deszcz, a zimą pożytku z niego wiele nie będzie, więc swoją drogą zbieramy oferty firm wiercących studnie. Na razie wynika z nich tyle, że wariant “bieda z nędzą i gołe kable” będzie kosztował między sześć a osiem tysięcy, i tu MUSZĘ wspomnieć, że EEG (znana nam wcześniej jako Ewa z Łodzi) położyła kamień węgielny pod tę studnię, a jak duży był to kamień to już nie wspomnę, bo mi w komentarzach pisaliście, że nie wypada.

Jeden z panów studniarzy kazał sobie wysłać nasz adres esemesem i obiecał rychło przybyć celem omówienia szczegółów, ale – cóż za niespodzianka – całkiem o nas zapomniał, a gdy mu się przypomnieliśmy, to akurat u niego był dopust boży i dożynki, kontrola z sanepidu, huragan, krowy do domu oknami wpadały, z nieba strzelały ogniste języki i jeszcze coś mu się w zakładzie kamieniarskim zepsuło. Obstawiam, że kamienie mu się zepsuły, tak jak np. kurierowi zawsze psuje się sprzęgło, gdy ma do nas przyjechać, no ale taki już urok mieszkania na końcu świata, że nikomu się do nas nie spieszy. A skoro wspomniałam o wodzie i deszczu, to jeszcze się pochwalę, że małżonek już zrobił to poszycie dachowe na komórkę z sianem. Blachodachówka z demobilu wygląda tak:

blachodachowka

I oczywiście, że małżonek nie robił sam. WSZYSCY pomagali:

pomagierzy pomagierzy 2

Tymczasem w tajemniczych okolicznościach zaginął kaganiec Wąskiego. Małżonek jest zdania, że to Kanionek zgubił, bo Kanionek, gdyby mu dać odpowiednią ilość miejsca i czasu, zgubiłby nawet Polskie Koleje Państwowe i Przylądek Dobrej Nadziei, ale ja jestem zdania, że Wąski zwyczajnie ten kaganiec zjadł, razem z drutami i sprzączką, bo go nie lubił. Proste, nie? Na całe szczęście mamy Ciocięsamozło, która nawet nie wiedząc o tajemniczym zaginięciu kagańca, wysłała nam o, takie coś:

kaganiec od Cioci

To jest, proszę Państwa, cudawianek, nie kaganiec! Leciutki i przewiewny, dopinany do obroży, elegancko i starannie wykonany, no to jest kaganiec, który może spokojnie lecieć w kosmos i wstydu przed obcymi nie będzie. Oddamy go Cioci, gdy już zakończymy proces resocjalizacji Wąskiego, choć nie bez żalu. Sama bym w takim kagańcu chodziła, bez uszczerbku na honorze, a z pożytkiem dla reszty ludzkości. Oprócz zaś kagańca dostaliśmy jeszcze wsparcie farmakologiczne w postaci tabletek uspokajających dla psów, o kuszącej, czekoladowej barwie i równie miłym zapachu (czy ja już wspominałam, że wszystko wącham?). Oczywiście przeczytałam ulotkę i… No i tu właśnie mamy odpowiedź na zadane wcześniej pytanie: “i jak tu żyć spokojnie?”. No ja już wiem. Będę razem z Wąskim żarła te tabletki, i będziemy żyli długo, spokojnie i szczęśliwie, przynajmniej do dna słoiczka.

PS. A jeśli chcecie wiedzieć, co u Majki, to u Majki luzik:

co u Majki

Napracowała się, bidulka, to teraz odpoczywa. Majka może nie widzi, ale od razu jakimś szóstym zmysłem odgadła, że my w drzwiach nie mamy takiego specjalnego otworu z klapką, który umożliwia kochanym zwierzątkom wchodzenie i wychodzenie z domu kiedy im się żywnie podoba. Majka słyszała od kumpla w schronisku, że takie otwory dla psów i kotów są bardzo trendy na całym świecie, a zwłaszcza w USA i JUKEJ. No i skoro nie mamy, a NA PEWNO CHCIELIBYŚMY MIEĆ, to ona, Majka, z czystej miłości nam taki otwór zrobi. Może nie w drzwiach, bo niewidzącemu psu jednak ciężko tak precyzyjnie w drzwi trafić, ale obok drzwi też jest dobrze:

psie wyjscie

PPS. A jakiś czas temu był u mnie siostrzeniec i WSZYSTKO mu się podobało, ale o tym może innym razem.

Leo i pomidory

PMS. I jeszcze zrobiłam dla Was filmy ze szklarnią i ogrodem, ale serwer mówi, że wypchaj się Kanionek, z taką prędkością ładowania danych to sobie możesz co najwyżej z lodówką pogadać. Idę więc załadować łeb do zamrażarki – podobno studzi emocje i zmarszczki się wolniej robią.

ja i Krowko

ZHP. A jeśli wzdychacie sobie cichutko i tęsknie, że dawno nie było cytatu z KATa, to był. Tytuł niniejszego wpisu zawiera fragment utworu “Noce Szatana”, z albumu “666”, 1986.

“Mój plan jest nadzwyczajny

mój plan głowy wzniesie ponad mur

mój plan zada cios nieobliczalny

by codzienności złamać bicz

(…)

Mój plan – bez małp, bez klaunów

bez tarczy, hełmu i bez lanc

mój plan to z życia ram wyłamać

realności dzienny kicz”

Gdzie ja podziałam te tabletki…

jak Kotek gaski pasal

208 thoughts on “Za dnia jak dziki pies w kagańcu, czyli dzień suchego dowcipu

  1. zośka 08/09/2015 at 02:07

    Wąski wygląda w tym kagańcu jak Hannibal Lecter z Milczenia Owiec ( kóz???!!) I to by było na tyle, albowiem nie mam sił już nic napisać, taka jestem napracowana.

    • ekolandia 08/09/2015 at 02:40

      Raczej Wąsik wygląda jak ten złoczyńca Bane z Batmana.
      Wszystko mi się podoba a najbardziej blachodachówka, dzisiaj tak zimno że bym się nią normalnie przykryła. Uważam poza tym, że poza pozwalaniem na wyrywanie listwy (czy tam sajdingu) z trzewi chaty, sama podnosisz poprzeczkę – i teraz jeśli w każdym nowym poście nie będzie NOWEGO psa to lipa, panie dzieju.

      • kanionek 08/09/2015 at 18:08

        Hm. A dynia może być? Bo jedna mi taka wielka urosła, że być może odwróci Waszą uwagę od braku kolejnego psa :)
        Też bym się przykryła blachodachówką, ale nie żeby się ogrzać, tylko żeby mnie nie było widać i żeby wszyscy doszli do wniosku, że sami muszą się sobą zająć ;)

    • kanionek 08/09/2015 at 18:28

      A wiesz, Zośka, że kozy faktycznie milczą przy Wąskim? Patrzą na niego z mieszaniną czujności i potępienia, ale żadna nie odważyła się go poczęstować rogami, ani zbliżyć do niego bardziej, niż na trzy metry. A Ziokołka muszę taczką wwozić do dojenia, bo zapiera się czterema kopytami przed wejściem do warsztatu, w którym stoi dojalnica. I w którym nadal nocuje Wąski.

      • zeroerhaplus 11/09/2015 at 16:22

        Też bym milczała, też bym czujnie patrzyła. Czy z potępieniem, to nie wiem, ale nie zaszkodzi na wszelki wypadek. Dziwisz się kozie mądrej? Hę? :)

  2. nikt wazny 08/09/2015 at 02:13

    Waski robi wrazenie niewaskie… A swoja droga, pamietam, wspominalas, ze Waski u poprzedniego wlasciciela mial na sobie jeden wielki koltun, a tu widac piekne, wyczesane futro. Jak daliscie rade? I jak on to zniosl?:)
    Wiesz Kanionek, czasem mysle, ze jestes nie z tego swiata. I to najwiekszy komplement jaki zdolalam teraz zmontowac:)

    • kanionek 08/09/2015 at 18:24

      Aaa! Zapomniałam Wam powiedzieć (wiele zapomniałam, bo zbyt wiele się dzieje) – ku mojemu zaskoczeniu dostaliśmy psa JUŻ ODNOWIONEGO. Może wstyd im było takie pomiotło szalonego woźnego oddawać, więc go wyczesali. Zostało mu trochę sfilcowanych kołtunów na podwoziu i tylnych chlapaczach, ale to pikuś. Wykąpać go nie było jak, więc Wąski nadal wanieje lekko takim typowym, schroniskowym zapaszkiem psa trzymanego na niewielkiej przestrzeni. I dzisiaj w drodze powrotnej z miasta zajechaliśmy do Tych Państwa po zaposiane gdzieś zaświadczenie o szczepieniu p-ko wściekliźnie, i miałam okazję pogadać dłużej z Panią Audi tym razem. Pani przyznała, że kontroli nad psem nie mieli żadnej, a ona czasem nawet chciała go wyczesać, czy umyć, ale nie dawała sobie rady z jego energią i masą. Więc tak sobie po prostu był. Był sobą, a zamiast Pepsi pił krew swoich ofiar, bo – jak się okazuje – ma na swoim koncie już kilka kotów. Więc tkwił przy tej budzie jak jeden wielki wyrzut sumienia, i nikt nie miał na niego pomysłu, dopóki nie pojawił się Gupi Kanionek ze świata Gupich Kanionków, wraz z małżonkiem, i wymyślili, że od teraz Wąski to będzie ich problem, bo co się będą jacyś biedni ludzie z nim męczyć. Ktoś tu coś wspominał o głupocie i fruwaniu, i ja teraz czekam, kiedy to wreszcie wzbiję się w powietrzną przestrzeń i poszybuję w dal tak siną, jak mój siniak na lewej łydce (Wąski, jeszcze w metalowym kagańcu).

  3. nikt wazny 08/09/2015 at 02:15

    A na zdjeciach widac sielanke.
    Jak to trzeba uwazac, by nie dac zwiesc sie pozorom:)

  4. Barbarella 08/09/2015 at 07:04

    Ser w kształcie róży (byle nie Luksemburg) – bardzo stylowy! Licz za niego podwójnie!
    A kurczaki w takie borsucze paski z okiem na Kleopatrę to jakaś specjalna odmiana jest?
    (O studni przeczytałam „bida z nędzą i gołe baby”. Chyba też potrzebuję do okulisty, jak Majka).

    • zośka 08/09/2015 at 08:59

      Faktycznie, jakieś kuropatwie te kurczaki, może jakaś wyrodna kuropatwa podrzuciła swoje jaja kurze. A ta kura ma wzrok pod tytułem: podejdź tylko, to jak ci przypi………e

      • kanionek 08/09/2015 at 18:02

        Barbarella – Tobie TEŻ się wszystko z gołą babą kojarzy? ;)
        A kurczaki, moje drogie, to nie żadne podrzutki (kwoka mówi, że sobie wyprasza takie insynuacje, bo ona chyba wie lepiej, na czyich jajach siedziała). Tak właśnie wyglądają pisklęta zielononóżki, nie bez powodu zwanej kuropatwianą, a ja już nie wyrabiam i co chwilę zaglądam do inkubatora, bo jutro oficjalny termin klucia „moich” puchaczy :)

  5. diabel-w-buraczkach 08/09/2015 at 08:50

    Ale te kurczaczki fajne :)))
    A Waski to jest wlasnie TEN pies na jaszcząpia, tak? Bo wygląda, ze ma potencjal.

    • kanionek 08/09/2015 at 18:05

      Tak, to MIAŁ BYĆ ten pies na jaszczompia, ale na razie jest psem na wszystko. I jeszcze może się tak zdarzyć, że dzięki niemu jaszczomp faktycznie przestanie przylatywac, bo nie będzie miał po co ;)

      • diabel-w-buraczkach 09/09/2015 at 08:34

        No prawda, na razie tego potencjalu wrecz za duzo jest, ale miejmy nadzieje ze sie wyrówna. Bo jest czego bronic przed drapieznikiem – w tym tylu nieletnich!

  6. EEG 08/09/2015 at 09:42

    MANIFEST HYDROLOGICZNY !!!!!
    czyli
    WYSCHNIĘTY POWSTAŃ LUDU ZIEMI !!!

    to jest odezwa do Kóz Kanionka
    Dziewczyny, proponuję się naprawdę zawziąć i wespół w zespół zrzucić na studnię.
    To jest tylko i wyłącznie w naszym własnym interesie. Będziemy mogły w razie odwiedzenia Kanionka rozsiąść się przy stole i BESZCZELNIE zażądać herbaty !
    Bardzo, bardzo Was proszę, jest nas tu tyle – damy radę.

    • zerojedynkowa 08/09/2015 at 14:02

      Popieram w całej rozciągłości! Sama przeleję coś na wypłatę na koniec miesiąca, bo obecnie jestem świeżo (nomen omen) spłukana – po wakacjach i początku roku szkolnego, ale dorzucę się na wirtualną herbatę z rzeczywistej studni.
      Kozy wszystkich krajów łączcie się!

      • kanionek 08/09/2015 at 17:34

        Łączmy się! W pary, szeregi, całe stada, ba – BATALIONY :D
        I kiedy nadejdzie czas, wypijemy całą studnię herbaty, a herbatę to akurat mam, bo dostałam od rodziny w prezencie kilka paczek po sto pińdziesiąt torebek, więc stado nasze może być dowolnie liczne ;)

        • ciociasamozło 09/09/2015 at 09:17

          „W pary, szeregi” – przeczytałam „w szparagi…” :)
          A znajoma w sytuacji służbowej zamiast „kubraczek” powiedziała ostatnio „kurwaczek”. Tia.. chyba była wkurdybankowana.

    • kanionek 08/09/2015 at 17:57

      Ależ Kozy dorzucają, jak najbardziej, i ja jestem Wam dźwięczna jak nie wiem co. A wyschnięty lud doświadczył dziś w nocy pięknej ulewy i jutro zamierza puścić w ruch pralkę, może nawet dwa razy, o! Aha, i dwie kaczki mi wyparowały :-/ Jeszcze wczoraj przed zmierzchem przyszły na podwórko, na kolację, a dziś rano już ich nie było. Zniknęły te dwie, które były identyczne, odmiana francuska, czy coś. Moje piękne, tłuste kaczuszki. Podejrzewam Rudego Ryja, ale musiał przyjść z małżonką, bo sam by chyba nie utachał dwóch dużych kaczek naraz, co?

      • diabel-w-buraczkach 09/09/2015 at 08:36

        O zgrozo!!! Moze tylko zabladzily gdzies i wróca?

        • kanionek 09/09/2015 at 10:57

          Nie :( One zawsze, ale to zawsze trzymały się razem. Co gorsza – dziś jest już tylko jedna kaczka, ta czarna dworka. Obeszła cały teren kwacząc żałośnie, a teraz śpi pod furtką północną. Moje, kurwa, piękne kaczki, no :( Ta jedna to chyba z tęsknoty padnie, bo nie sądzę, żeby się z gąskami zaprzyjaźniła. Ale gdy tylko zdecyduje się przejść na stronę podwórka, spróbuję ją zagonić do małego wybiegu. No smutno mi jak jasna cholera.

          • kanionek 09/09/2015 at 11:00

            Z pozytywów: u boku kwoki doliczyłam się już dziewięciu puchatków, a w inkubatorze pękło pierwsze jajko :)
            Tylko co z tego, skoro ja tu KFC z wieczną promocją prowadzę? „Weź za darmo trzy kurczaki, a kaczkę dostaniesz gratis” :-/ Ffffuck.

          • Ola 09/09/2015 at 12:02

            A nie da się na tego Rudego Ryja zapolować czy jak? On się chyba połapał, że ma u Was wyszynk za darmo :( :( :(

          • kanionek 09/09/2015 at 15:50

            Ha. Ja nie mam pozwolenia na broń palną (i nie wiem, czy dałabym radę zastrzelić zwierzę), a poza tym – Rudych Ryjów tu nie brakuje. Ubijesz jednego, za kilka tygodni/miesięcy pojawi się drugi :-/ Kaczkę zapędziłam na mały wybieg i zrobił się mały cyrk – kogut boi się kaczki, kaczka wrzeszczy na gęsi, a moje siedem kurczaków z kartonu na wszelki wypadek spierniczają przed wszystkimi ;)

            Z ostatniej chwili: kuromatka już prowadza swoją czeredkę po terenie psiego kojca, i teraz wiadomo na pewno, że puchatków jest dziewięć :)

  7. EEG 08/09/2015 at 10:15

    No i bym zapomniała. Mnie -jak Twojemu siostrzeńcowi – też się podoba WSZYSTKO. Czytam i oglądam , a jak skończę, to wracam i od początku. No uzależniłam się :)
    A rano, w drodze do tramwaju mijam kucyka ( pasie się samotnie w niezamieszkałym ogrodzie) i zawsze mu mówię, że u Kanionka to by dopiero miał raj, nie mówiąc o towarzystwie.

    • kanionek 08/09/2015 at 17:50

      Matko z kucem i karuzelą, dobrze, że Ty z Łodzi, bo to daleko, i na piechotę się przecież po tego kucyka nie wybiorę :)

  8. ciociasamozło 08/09/2015 at 10:37

    Z charakteru to bardziej Siara niż Wąski (a może nawet Szakal, co namierza cel), ale niech się chłopak ćwiczy w posłuszeństwie ;)
    A za „żeglujże” to ja odszkodowanie poproszę bo już sie uczepiło! No dobra, w sumie to przez moją szeklę… . Może zaczniemy śpiewać w duecie (np. na gdańskiej starówce) i ludzie bedą nam płacić, żebyśmy przestały? I koniecznie ze ślepą Majką u boku! A Młody głodnym wzrokiem zaglądałby ludziom do talerzy w kawiarnianych ogródkach… Ech, to byłby biznes…
    Ale co to ja chciałam? A, te śruty, otręby i inne! Jak ktoś ciekawy co drzewiej pisano o psach, ich pielęgnacji, żywieniu itp. odsyłam do „Okrutnej prawdy o życiu z psem Wiesławem” http://prawdazeokrutna.blogspot.com – autor(ka) wynajduje śliczności.

    • kanionek 08/09/2015 at 17:49

      No właśnie, właśnie – niechaj imię jego będzie przepowiednią. A pomysł na biznes przedni! Ja nas doskonale widzę w tym składzie, choć dorzuciłabym jeszcze Atosa – nie dość, że weteran w podartych butach, to jeszcze te proszalne, wybałuszone gały…

      • ciociasamozło 09/09/2015 at 09:22

        Tak, tak! koniecznie z Atosem!
        Chyba, że pójdziemy nie na litość tylko na upierdliwość: Kozy zaczepiające o wszystko rogami + Buła kradnąca z talerzy + Menel z Melina skubiące ubrania przechodniów.

        • kanionek 09/09/2015 at 10:54

          Potencjał mamy taki, że możemy dowolnie zmieniać profil działalności, a i tak dobrze na tym wyjdziemy :D

  9. Ajka 08/09/2015 at 11:21

    Potwierdzam, że komenda poprawiona „kurwą” daje lepsze efekty. Szczególnie jak pies broi :)
    Potwierdzi to cała brać ratownicza. Szkoliłam psa na ratownika, to się ciekawych rzeczy dowiedziałam ;)
    Ja najczęściej krzyczę z łazienki, jak pies w śmieciach mi grzebie w kuchni: Małpa! Kurwa! Od razu słyszę pazurki tuptające do pokoju ;) Na dworze nie odważyłam się używać, bo mieszkam w wylęgarni pełnej dzieci ;)

    • kanionek 08/09/2015 at 17:46

      Aś wykrakała z tymi śmieciami. Wracamy dziś sobie z miasta, a tu w kuchni rozpierdolnik – Majeczka rozpruła worek, który miałam wynieść idąc do samochodu, a nie wyniosłam. Skąd wiem, że Majka? Bo pozostała dwójka nigdy jeszcze takiego numeru nie zrobiła. Majka zdecydowanie nadaje się na ratownika – gdyby ją zostawić samą na cały dzień, rozebrałaby chatę na części, a to oznacza, że i spod gruzów by umiała człowieka wykopać ;)

      • ekolandia 10/09/2015 at 00:41

        …albo by go rozpruła pod tymi gruzami, meh. Ten pies jest dla mnie czarną owcą (czy tam charakterem), skoro siniaczy autorkę i rozpruwa kotki i śmieci. A może to w ramach protestu bo nie segregowałaś? Ogólnie jego piar jest dla mnie dwuznaczny, a przez to psychologicznie ciekawszy ;)
        Pozdrawiam

        • nikt wazny 10/09/2015 at 01:34

          Ekolandio, pala ze znajomosci koninkowego inwentarza!
          Toz Majeczka to slepawy slodziak z lekka sklonnoscia do demolki, ale nie Kanionka:)
          Ten od siniakow, to Waski vel Pimpek.

          • nikt wazny 10/09/2015 at 01:34

            kanionkowy inwentarz, ofkors.

          • ekolandia 12/09/2015 at 23:06

            Nawet znajomość mojego własnego inwentarza nie jest najlepsza, także ten. Korekty zawsze w cenie ;)

  10. Ola 08/09/2015 at 13:52

    Hejże glujże, glujże… przecie będzie łazić przez tydzień za człowiekiem, serca nie masz Kanionek! Tu wklejam model kagańca dla psa tchórza, jakby kto chciał. Takie też się zdarzają: https://www.facebook.com/novate/photos/a.493146347385899.117360.151760144857856/1029727743727754/?type=1&__mref=message_bubble
    A jeśli chodzi o kwokę i jej powątpiewająco-gdaczące „taaaak”, to poplułam ekran, kiedy ją usłyszałam…
    Owarczek JEST PRZEPIĘKNYM MISIOLEM!!!

    • kanionek 08/09/2015 at 17:37

      Jak ci przystojni bohaterowie kryminałów, co na końcu okazują się seryjnymi mordercami :) Wąski nawet się nie wysilał i zdradził zakończenie już na samym początku :)

      No padłam na widok tego kagańca! Majka powinna taki mieć :D

      Glujże, glujże, jako i ja gluję (glujżam?). Co się będę sama męczyć :)

      • Ola 09/09/2015 at 01:03

        Hejże glujże, hejże glujże… Masakra… Dobranoc.

        • ciociasamozło 09/09/2015 at 09:23

          Podobno trzeba klin klinem ;)
          Eeee! Macarena!

        • kanionek 09/09/2015 at 10:58

          Hi, hi, hi… Nic się nie martw, ja też wciąż jeszcze żegluję :D

  11. Kachna 09/09/2015 at 14:05

    To z Wąskiego niewąski killer!
    Ale jednak to wstyd i hańba dla niektórych szczekających żeby im tak kaczki ginęły!
    Cholera!

    Kanionek, naprawdę wozisz Tradycje na taczce? No to chciałabym zobaczyć:)

    A wiecie, że jak się zrobi coś co się myślało, że się tego NIGDY nie zrobi, to się okazuje, że można to zrobić. I nie umrzeć (tylko trochę). I Ziemia się kręci a nie stanęła jak wryta na to wasze „zrobienie”…

    Ściskam.

    • Ola 09/09/2015 at 15:11

      A co zrobiłaś, Kachna?

      • Kachna 09/09/2015 at 18:12

        Wyrzuciłam śmieci:)

        • kanionek 09/09/2015 at 21:54

          :)

        • Ola 09/09/2015 at 22:15

          :P
          /No i fajnie, Kanionek to może się ino uśmiechnąć, bo jest szefem. Ja muszę dodać przynajmniej 15 znaków./

          • Kachna 10/09/2015 at 10:12

            obawiam się tylko, że niedługo przyjedzie śmieciarka i mi te śmieć (i) z powrotem do domu wrzuci.
            A to już nie będzie ani troszkę zabawne.
            Bo to bardzo paskudne i śmierdzące śmieć (i) są…

            Pozdrawiam

            Ola – – :)

          • ciociasamozło 10/09/2015 at 16:03

            Sorry Kachna, ale mnie tu trupem z szafy zaleciało ;)
            Tu faktycznie wystawienie na śmietnik może nie pomóc ;)

        • Ola 10/09/2015 at 20:48

          Kachna, z własnego doświadczenia powiem, że czasem, nie ma wyjścia, trzeba śmieć(i) wyrzucić, żeby samemu nie zlecieć do zsypu.. Tak, że do przodu, do przodu dawaj :)

          • Kachna 11/09/2015 at 11:01

            No wiem, wiem, dojrzewałam rok…..

          • zeroerhaplus 11/09/2015 at 16:28

            O, Kachna, jesienne porządki? Jak miło :))

    • kanionek 09/09/2015 at 15:54

      Ale wiesz, kaczki rezydowały nad stawem, a na podwórko przychodziły tylko po zboże (przepełzały pod furtką północną), więc pieski i tak nic by nie pomogły, a do tego wszystki kaczki zginęły w nocy, gdy psy i tak śpią w domu.
      No niee, nie wożę na taczce, ale muszę ją wpychać przy użyciu całej siły, jaką dysponuję. Uwierz, zaparta koza jest jak pomnik z betonu – ani drgnie :)

      Cokolwiek zrobiłaś (a trochę się domyślam) – gratuluję i obyś siły charakteru miała tyle, co Tradycja, bo wtedy dasz radę :)

  12. Ynk 09/09/2015 at 16:21

    Za dnia jak GPS w kagańcu… Trzymam kciuki za prozdrowotne ustawienie nawigacji ;-)
    Oj, jak się zmartwiłam zniknięciem kaczek :-(( Chyba musicie przygarnąć jamnika, żeby odwiedził Rudego w domu.
    Blachodachówka – wielce obiecującą jest.
    Kotek. Kotek niczym lwowski lew przed ratuszem.
    I pytanie do Kóz sprawdzające nabieżącość: które z kozich dzieci trzyma Kanionek w objęciach?
    (G)PS. Zerknęłam do drobiowych misek i zapragnęło misie sałatki. Dużej, kolorowej, wieloskładnikowej sałatki. Żeglujęże do kuchni :-)

    • kanionek 09/09/2015 at 21:54

      No właśnie! Armia zorganizowanych jamników by mi się przydała. Może Szczypawka od Barbarelli ma jakieś niewyżyte, żądne przygód koleżanki?
      A ja robię coraz więcej tych kolorowych sałatek… Puchatków jest dziewięć, podrostków siedem, a dziś w inku już pierwszy wolny kurczak szturcha kolegów, co ciągle siedzą w jajkach :)

      • ekolandia 10/09/2015 at 00:43

        Może się nie znam, ale jakby do każdej kaczki przywiązać jamnika? Taki dwupak,hm. Ja w każdym razie większość problemów w życiu rozwiązuję taśmą klejącą ;)

      • Barbarella 10/09/2015 at 09:13

        Oj, Szczypawka by się mogła wykazać. Tylko najpierw trzeba by zamknąć cały drób w jakimś dżwiękoszczelnym bunkrze (bo jamnik jak się zaweźmie, to potrafi drzwi rozebrać), żeby nie skończył poukładany na kupie na środku podwórka. Niestety pamiętam naszą pierwszą wizytę z pierwszą jamniczką, Balbiną, u ciotki na wsi. Zanim wysiadłyśmy z Mamą z malucha, to trzy kurczaki udały się do Krainy Wiecznych Łowów. A dwa miejscowe koty przez tydzień się bały do domu wrócić.
        Podsumowując: tak, jamniki są bardzo łowne i spokojnie dałyby lisowi radę.

        • Barbarella 10/09/2015 at 09:29

          (Np. wczoraj Szczypawka nie wraca i nie wraca z wieczornego siusiu, więc mój stary poszedł na rekonesans – dorwała dżdżownicę na trawniku. Wyciągała ją z dziury kawałek, patrzyła jak się chowa, po czym wyciągała kawałek, patrzyła jak się chowa, po czym wyciągała… Ubaw po pachy! No, nie dla dżdżownicy).

          • ciociasamozło 10/09/2015 at 09:51

            Buła tak robi pająkom. Tzn. nie wyciąga z ziemi tylko bierze do pyska, memła, wypluwa i patrzy czy pajączek bez nóżki jest jeszcze atrakcyjny. Jak się rusza to znowu do pyska itd., jak sie nie rusza to już nudny i można go zostawić. Od kota się nauczyła, czy co?

    • Ynk 12/09/2015 at 16:28

      … bo wygląda mi, że Krówko to jest. Krówko, córka Ireny.
      Ale te rogi? Po Tatusiu??

  13. kanionek 09/09/2015 at 21:59

    O, i jeszcze odezwa do Kóz przetwarzających dary losu: jak zrobić wino z jeżyn? Takie proste, domowe. Bo mam dwa kilogramy owoców, syrop już zrobiłam, nalewka się robi, a wina jeszcze nigdy nie miałam okazji. Chcę zrobić śmiesznie małą ilość, bo na co mi pińcet litrów w wielkim baniaku. Ktoś, coś?

    • Ola 10/09/2015 at 20:44

      No mnie się udało raz zrobić marmoladę z jeżyn. W chlebaku. Takim wiecie, w kolorze żołnierskim. Hejże glujże Kanionek…

    • zeroerhaplus 11/09/2015 at 16:31

      Że tak się chamsko podepnę: a czy ktoś ma sprawdzony sposób na coś smacznego z owoców czarnego bzu? Też niedużo, na próbę raczej?

      (Sorry, Kanionek, ale wina nie umiem…)

      • kanionek 11/09/2015 at 20:41

        A właśnie – z czarnego bzu też wino robią, więc najwyższy czas się nauczyć :) To jak? Ty nastawiasz baniak czarnego, ja jeżynowego, i obie się potrujemy? ;) Bo gupi dżem to każdy gupi robi.

        • zeroerhaplus 11/09/2015 at 21:41

          A kiedy ja wina nie lubię, proszę wysokiego sądu… i baniaka na wino tyż nie mam ;)
          Bądź tu mądra: radzisz człowiekowi dobrze, a ja same wymówki…
          Syropek może se sklecę jakiś, idę popytać inernetu. A jak już znajdę przepis, to się okaże, że jak co roku ptaki bez obżarli i znów będzie wszystko usrane na fioletowo dookoła… Oj dolo, dolo :))

          • kanionek 11/09/2015 at 23:23

            Oj tam – toż nikt Ci nie każe tego wina pić. Bierz przykład ze mnie: w ubiegłym roku narobiłam nalewek od czorta, a sama wypiłam może ze szklankę, wszystkie rodzaje wziąwszy do kupy. A brakiem baniaka też się nie przejmuj, jako i ja się nie martwię. Swój nastaw wlałam przez lejek do pięciolitrowej butelki po wodzie, kupiłam za czy złote korek jak do gąsiora i rurkę plastikową, i będzie dobrze. Chyba :)

            A ja z kolei nie wiem, jak smakuje cokolwiek z owoców czarnego bzu (bo że syropek z kwiatów jest spoko, to już wiem) i teraz, przez Ciebie, będę musiała iść do lasu, zerwać trochę i przesmażyć na jakiś dżem. A jeżyny macie? Syropek z jeżyn do zimowej herbaty – bezcenny (u mnie butelka po pięć tysięcy złotych chodzi :D).

          • zeroerhaplus 11/09/2015 at 23:50

            Jeżyny zeżarły osy z innymi głodnymi latającymi na spółkę. Reszta się zeschła była na łodydze podczas dojrzewania. I jak widzę nawet mnie na syropek spod Twej ręki stać nie będzie, ale korek mi możesz opchnąć ;)

            A wina wiedzą, że za nimi nie przepadam i odwdzięczają się tym samym. Majaczy mi jakieś wspomnienie z czasów średniej młodości, gdzie główną rolę grał winny ocet (niczemu niewinny, bo nie miał innego wyjścia niż octem winnym zostać), szkła z tysiąclitrowego baniaka (nie wiem, ile miał naprawdę, ale na płaskim wyglądało nawet na więcej), podnoszenie lynoleum w kuchni w domu tak zwanym rodzinnym w celu osuszenia podłogi do końca, ponieważ się wlało i pod tę cholerną wykładzinę i pod szafki i na szafki i do szafek, i do akwarium w innym pokoju nawet się wlało pewnie, nie wiem, nie sprawdzałam.
            I ten smród źle zrobionego „wina”, kręcący się po chałupie wieki później jeszcze…
            Już nawet nie pamiętam, co rodzina na to powiedziała, tak dobrze się bawiłam podczas sprzątania. A chcieliśmy tylko z kolegą przenieść baniaczek ze spiżarki do garażu…

            Tak że więc o winie ani słowa więcej :)

            Skłaniam się coraz bardziej ku syropkowi. Zwłaszcza, że to taka drogocenna rzecz :)

          • Aga 12/09/2015 at 22:27

            Jak juz ten syrop bzowy ugotujesz, to do części możesz dolać spirytusu i najprostsza naleweczka gotowa. Choć mnie osobiście owoce bzu niezbyt smakują…

          • zeroerhaplus 16/09/2015 at 06:33

            Aga, dzięki za podpowiedź :)
            Nagotowałam się okrutnie, zrobiłam bowiem aż pół litra syropu ;)
            Tak na próbę, bo ludzie ostrzegają, że specyficzny.
            Mnie tam smakuje :)
            Jak w przyszłym roku nazbieram więcej, to się może skuszę na naleweczkę :)

          • kanionek 17/09/2015 at 23:05

            O, Zeroerha, a ile owoców bzu w kilogramach potrzeba na takie pół litra syropu? Bo jak sobie patrzę na te drobniutkie owoce, zapewne niezbyt soczyste, to nie wiem, czy chce mi się zbierać. To znaczy nie chce mi się (wiadro porów i selerów już dwa dni stoi i czeka na przerobienie) i nie mam czasu, ale jeśli ten syrop dobry, to może powinnam…?

          • zeroerhaplus 18/09/2015 at 05:19

            Nie wiem, czy powinnaś, ale możesz ;)
            To był najprostszy syrop w moim życiu. Przepis oczywiście z sieci, delikatnie zmodyfikowany.
            Owoców nazbierałam całe 300g (tylko trzysta! resztę obżarły ptaki niebieskie), to znaczy nazbierałam więcej, ale po oberwaniu z owocostanów zostało trzysta czystej materii..
            Panny pisza w internetach, że dobrze się zdziera z baldaszków widelcem, ja osobiście nie polecam, łatwiej mi było palcyma.
            Trzeba uważać na plamiący sok. Jak ktoś ma kuchnię wyłożoną białym adamaszkiem, to lepiej rozłożyć na to folię malarską. Ale jak ktoś ma biały adamaszek, to raczej syropu i tak robił nie będzie…
            Z tym plamiącym sokiem to chyba też trochę ściema, bo jak wyprałam pieluchę po cedzeniu, to znów jest biała… no w każdym razie jasna ;) Ale na rękach zostało gdzieś tak przez jeden dzień.

            Owoce buch! do rondelka, zalać wodą jak na gęsty kompot, czyli aby, aby prawie przykryło, ale nie za dużo tej wody.
            Zagotować. Gotowanie ważne, bo wtedy zanikają delikatnie trujące substancje zawarte w jagodkach. Gotowałam tak z pięć minut na wszelki wypadek. Pewnie wygotowałam całą witaminę C, ale trudno.
            Potem przez pieluchę całość, jak wystygło to jeszcze wykręciłam jagódki (piszą nie wykręcać, nie wiem czemu) i uzyskałam ładny sok – około 300 ml. Dodałam 300g cukru, soku z połowy cytryny, zagotowałam (ale tylko doprowadziłam do wrzenia) i wlałam w wyparzoną uprzednio butelkę. Wyszło 500 ml syropu, jak w pysk strzelił.
            Syrop został oczywiście na drugi dzień otwarty w celu sprawdzenia, jak to działa. Smak – specyficzny, ale tak, jak lubię :)
            Czuje się delikatną goryczkę i strrrasznie jagodziany posmak. Z „herbatą” owocową – jak dla mnie pycha :))

            Najwięcej informacji zaczerpnęłam z tej strony: http://www.beawkuchni.com/2010/09/owoce-czarnego-bzu-przetwory.html

          • kanionek 18/09/2015 at 22:33

            O, dzięki :) Słuchaj, a ta goryczka to przypadkiem nie od tego, że krótko poddawane obróbce cieplnej? Tak tylko straszę ;-P

          • zeroerhaplus 19/09/2015 at 05:16

            Tjaaaa… Teoretycznie powinno poddawać się obróbce cieplnej przez 20 minut w temperaturze powyżej 76,3 stopni. Jak doliczę dochodzenie do gotowania i potem ochładzanie to jakoś tak będzie? ;)
            Teoretycznie sambunigryna jest głównie w niedojrzałych jagodach oraz łodyżkach.
            I teoretycznie powoduje „tylko” mdłości, wymioty i bóle brzucha… i to pono nie u każdego. Dzieci i zwierzęta są głównie zagrożone, głównie w przypadku spożycia nie dość, że surowych, to jeszcze niedojrzałych owoców…

            Neeee, to jest raczej taka przyjemna goryczkowatość. Raczej cierpkowatość, coś w tym kierunku… :)

          • kanionek 20/09/2015 at 00:48

            A, to spoko :) A propos zaś cierpkowatości, to mi przypomniałaś, że kozy zeżarły mi wszystkie krzaki pigwowca, co to go odkryłam wiosny już minionej. Polazłam sprawdzić, czy jakies owoce są do zebrania, patrzę, a tam nie tylko owoców, ale nawet krzaków już nie ma :) I CAŁE SZCZĘŚCIE! Bo dziś w kuchni już nie było gdzie nogi ni ręki wsadzić – pomidory, pory, pietruszka, selery, słoneczniki, jeżyny, grzyby (suszące się, smażące się i w zalewie octowej stygnące), czosnek, zielsko do suszenia… W garażu czeka kapusta, dynie trzech odmian i jakieś cukinio-patisony, więc jeszcze mi tylko pigwowca brakuje, jako tego ostatniego gwoździa do trumny. Aha, orzechy laskowe są też do zebrania, bo w tym roku wyjątkowo nie ma robaków (ani komarów! co we wrześniu jest wprost niepojęte), ale na drzewo to już wyślę małżonka. Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że zamiast dziesięciu kóz powinnam mieć piątkę dzieci, najlepiej już takich ogarniętych umysłowo ;)

  14. pluskat 09/09/2015 at 22:10

    Jakie rozkoszne kurczaczki! Mamuśka nieco otępiała, ale kto by nie był na jej miejscu. A Wąski tak niewinnie spogląda orzechowymi oczami, czy ta jego reputacja nie jest przesadzona? W ogóle bardzo twarzowy pies. A w kagańcu to po prostu intelektualista.
    Kanionek! Cieszę się, że sobie nerki płuczesz, ale żeby się nawodnić, Zięba każe wodę zakąszać solą kłodawską.
    A kaczek szkoda…

  15. mitenki 10/09/2015 at 02:33

    Misio-Pimpek-Wąski wielce przystojnym mężczyzną jest!
    A wiecie, że długo nie mogłam poniać, o co Wam chodzi z tym Wąskim, bo mnie się to kojarzyło tylko z jakimś blogiem 100 lat temu czytanym (autorka nazywała tak syna).
    Wyszło na to, że jestem tu chyba jedyną osobą, która tego filmu nie oglądała/nie pamięta.
    Kura bojowa, ciekawe czy jej by Rudy Ryj podskoczył? Pewnie by z niego zrobiła siekańce :D I kurczaki, po raz kolejny stwierdzam, że te puchate kulki z Kanionkowej hodowli są wyjątkowo śliczne.
    Widziałam dziś na fejsbuczku zdjęcia suni – identyko jak Wąski. Myślałam żeby Ci pokazać, ale obawiam się, że za kilka dni przeczytałybyśmy tu o piątym psie :)
    Kaczuszek szkoda, może się jeszcze znajdą?

    • zeroerhaplus 11/09/2015 at 16:33

      Nie jesteś jedyna Mitenki, jeśli chodzi o Wąskiego. Też musiałam z linka skorzystać ;)

      • mitenki 18/09/2015 at 23:06

        Pocieszyłaś mnie Zeroerhaplus :) Skoro są nas dwie, możemy założyć podgrupę w Oborze Kanionka :D

  16. mitenki 10/09/2015 at 02:35

    I do mnie się przyczepiło… hejże glujże…

  17. mitenki 10/09/2015 at 02:37

    A swoją drogą, czemu mam tu rękę? Hmm…

    • ciociasamozło 10/09/2015 at 09:46

      Żeby jeszcze w mitenkach ;)

      • Kachna 10/09/2015 at 10:19

        Ponieważ oczyszczam atmosferę wokół siebie, i to jest a propos „Mitenek” to coś Wam opowiem:
        – poszłam parę lat temu na tzw ryneczek nabyć mitenki. Znalazłam stoisko z dość dużym wyborem. Miły pan, dośc młody, o typowo tureckiej urodzie (czarniawy na włosach i cerze) miło zagadnął co by mnie interesowało?
        Się nie mogłam zdecydować oczywiście, a że były tam też rękawiczki normalne czapeczki itp z uśmiechem zalotnem powiedziałam, że chciałabym MINETKI.
        Mina pana – hm. No jakoś się tak uśmiechał do mnie nawet jak przechodziłam tamtędy kupić pomidory….
        Kurtyna.
        I dziękuję za uwagę.

        • wiadomo 10/09/2015 at 11:02

          Spoko, moje Młode zaczyna zajęcia na basenie, więc weszłam do sportowego i zapytałam, czy mają czOpki.
          No więc nie, czopków nie mają.
          Ale fakt, gdzie tam czopkom do tego, co Ty chciałaś od tego Pana :))

          A, i poniewczasie dodaję, że KIWI KIWI KIWI rządzi.

        • buskowianka 10/09/2015 at 12:11

          :D

          To mi przypomniało, jak kiedyś, dawno temu, kiedy byłam jeszcze młoda, a właściwie to mocno małoletnia, w wieku na oko wczesnogimnazjalnym, Mama wysłała mnie do kościoła, żebym dała na wypominki za Dziadka.
          Więc poszłam ja, stanęłam przed księdzem i oświadczyłam, że chciałabym dać na zapowiedzi.
          :D

        • mitenki 10/09/2015 at 14:42

          Kachna :D:D:D chyba zmienię nick :D

          • Kachna 10/09/2015 at 15:02

            Ano – ja bym zmieniła;)

            ………………………………………………………………………..

      • mitenki 10/09/2015 at 11:24

        Przeca to są mitenki, takie biżuteryjne :D

        hejże glujże…

  18. mały żonek 10/09/2015 at 22:06

    …a wczoraj Kanionek miał urodziny. Dla ciekawych które, podpowiem, że Kanionek pamięta z dzieciństwa Wielki Wybuch :-)

    • kanionek 10/09/2015 at 22:32

      No weź! I teraz wszyscy będą chcieli wiedzieć JAK TO BYŁO NAPRAWDĘ, a tak fajnie czytało się o tych wszystkich teoriach. Sława, wywiady, gazet i czasopisma, bus Polsatu na podwórku – tego właśnie chcesz?!

  19. Ola 10/09/2015 at 22:12

    O nie! I teraz dopiero tak? Teraz? Sto lat Kanionek! To znaczy, tyle ile zechcesz! I tyle dobra, całe mnóstwo, które z siebie dajesz, niech do Ciebie wróci z nawiązką. No i tego, całusy! A co! :)

    • kanionek 10/09/2015 at 22:34

      „Sto lat ciężkich robót”, dziękuję :)
      Aha, i przepraszam, że nadal nie odpowiedziałam na Twojego maila, ale pamiętam.

      • Ola 10/09/2015 at 23:09

        Nic nie było o ciężkich robotach, ani między wierszami, ani w przekazie podprogowym, nic a nic!

        • Ola 11/09/2015 at 00:37

          A co do maila, bez przymusu proszę, jeśli coś tam kiedyś…

  20. Aga 10/09/2015 at 22:35

    Kanionku, urodzinowo życzę Ci duuużo zdrowia, spokoju, deszczu, siły i satysfajcji z tego, co robisz. I wysyłam wiadro pozytywnej energii, wiem, że nie zmarnujesz :-)

    • kanionek 10/09/2015 at 22:59

      Dziękuję, Aga :) Energii oczywiście nie zmarnuję – właduję ją w realizację Twojego zamówienia w nadchodzący weekend :)

  21. kanionek 10/09/2015 at 22:48

    Cały dzień mnie nie było, bo mieliśmy napięty grafik, a Wąski zgubił dziś jajka w mieście ;) I wiecie co? Ten pies ma bardzo wysoki próg odczuwania bólu – nie dość, że dostaliśmy go z rozciętymi opuszkami lewej, tylnej łapy, takie w miarę świeże i głębokie rany, a on nawet nie próbował ich sobie wylizywać, to kulał szpetnie, ale tylko wtedy, gdy akurat nie musiał się zajmować usiłowaniem popełnienia morderstwa. To raz. Dwa – gdy dzisiaj dostał dwa zastrzyki domięśniowe i pani kazała go mocno trzymać, bo będą boleć, to on się ledwie obejrzał. Trzy – po narkozie był, oczywiście, lekko zawiany, ale już po kilku godzinach skakał jak gdyby nigdy nic, i też ani razu nie próbował sobie zajrzeć do jajek (no, tam gdzie były jajka), za to za kogutem wodził wzrokiem psychopaty. Żadne szturchanie a la Cezar na niego nie działa, a podejrzewam, że i elektrowstrząsy mógłby potraktować jak upierdliwe swędzenie po ukąszeniu komara ;)

    Za to… ZA TO! Co się okazało? Wąski boi się przychodni weterynaryjnej. Dawno nie widziałam czegoś bardziej komicznego – groźny morderca, w kagańcu psa Baskervillów, grubej obroży i na grubej lince, przywarł do podłogi całym podwoziem i musiałam go przesuwać w kierunku drzwi od gabinetu :) Bezcenne! A weterynarz opowiedział nam o psie służącym w służbie publicznej, który bał się… echa. Gdy tylko miał pracować w pomieszczeniu typu kontener, korytarz szkolny itp., natychmiast przyklejał się do ściany i ani drgnął. Biedne te nasze ucywilizowane zwierzaki, mają takie same fobie jak my, tylko nie mogą nam o nich opowiedzieć. Jeśli tylko uda nam się zidentyfikować i rozłożyć na części pierwsze tę zajadłość Wąskiego w atakowaniu wszystkiego, co żywe, to już „będziemy w domu”.

    Buziaki dla Was, kochane Kozy, a teraz już odpływam – hejże glujże!

    • kanionek 10/09/2015 at 22:57

      Aha, a wino w takim razie zrobię po Kanionkowemu, czyli na oko. Bo jak czytam na forum winiarzy, to mi się w ełbie kręci od nowej terminologii (moszcz? co to, urwa, jest moszcz?), a nie mam czasu zgłebiać nowych zagadnień, a jeżyny nie chcą czekać, tylko zaraz się rozłażą jak karaluchy. Najwyżej wyjdzie mi ocet :)

      • ciociasamozło 11/09/2015 at 10:05

        Z jeżyn wina (ani octu) nie robiłam. Ale podobno są dwie szkoły – albo przegotować i po ostudzeniu dodać drożdży winiarskich, albo pójść na żywioł – znaczy liczyć na to, że to co sobie żyje na owocach nie wytworzy octu/zgnilizny/broni biologicznej tylko wyrób winopodobny. Przy czym w tym drugim przypadku też chyba warto dodać tych szlachetnych drożdży.
        Śmy robili tylko z winogron – zgniecione do baniaka+cukier+drożdże, a potem godziny wpatrywania się w bąbelek, który robił „plum” w rurce ;)
        A ocet z jeżyn to może być hit!

        • kanionek 11/09/2015 at 22:11

          No bo ja właśnie kupiłam małą torebunię takich drożdży (do win czerwonych), tylko nie wiedziałam, co dalej :D
          Jedni odcedzają cząstki owoców po kilku dniach i potem fermentują już tylko sok, dodając cukru dwa razy, inni dodają drożdże do zmiażdżonych owoców, a po kilku dniach dolewają wody, a jeszcze inni co innego… No nic. Połączę różne style w jeden, czyli „tak mie sie wydaje”, i zobaczymy co z tego wyjdzie. A do rurki trzeba wlać wodę, tak? Żeby bąbelek robił „plum”?

          No ale nieee, no co Ty, gości octem będę częstować? Bo ja sobie wymyśliła, że jak zrobimy jakiś spęd grupowy w przyszłym roku, to zamiast tej herbaty ze studni, to Wam wina własnego na własnej piersi grzanego poleję :)

          • ciociasamozło 13/09/2015 at 00:00

            Freestyle winny Kanionka :)
            Rób jak Ci wygodnie, myśmy winogrona raz robili z farfoclami, raz wyciskali soczek, raz śmieci odcedzaliśmy zaraz jak przestało bąblować, raz zapomnieliśmy i całość stała w baniaku prawie rok. Kiedyś zrobiła nam się wtórna fermentacja po zlaniu, już w butelkach i przeżyły tylko te zakręcane, bo standardowe korki wywaliło. A szkoda bo całkiem smaczny był ten szmapan dla ubogich.

            W rurce koniecznie woda, bo to plum jest kluczowe. Tzn. kluczowe jest, że zamknięte tą wodą w rurce i nie wpadają obce mikroby, a poza tym jak widać/słychać, że plumka tzn, że fermentacja działa.

        • mitenki 18/09/2015 at 23:13

          W zeszłym roku omal nie zrobiłam wina z pigwowca. W planie miałam nalewkę – owoce zasypałam cukrem i czekałam aż puszczą sok. W pewnym momencie zawartość tak zaczęła zalatywać drożdżami, że sądziłam, że wszystko się zepsuło… Znajomy – specjalista od nalewek – kazał zalać spirytusem i mówi: „nie martw się, najwyżej będzie o kilka % mocniejsza” :D
          Wyszła świetna.

    • ciociasamozło 11/09/2015 at 10:09

      Sory, ale mi się z amputacją jaj skojarzyło: https://www.youtube.com/watch?v=hlqU5aszCJs

      • kanionek 11/09/2015 at 22:02

        [omatko nie wiem co powiedzieć na tę piosenkę}
        A wiesz, Ciociu, że Wąski NIC nie zauważył? Jak babcię w kapciach – temu psu możnaby chyba łeb uciąć, a jeszcze by trzy dni zapieprzał w kółko, jak ta dekapitowana kura na rosół. Weterynarz był bardzo zaniepokojony faktem, że skończyły mu się kołnierze dla dużych psów, i kazał podjechać w poniedziałek, bo wtedy już będzie je miał, ale ja się pytam – po co? Wąski nie wie, że coś mu wycięli, Wąskiego to nie interesuje, Wąski niczego sobie nie wylizuje – Wąski obserwuje gąski i na koziołki filuje ;)

        A dziś pod wieczór podjęliśmy kolejną próbę pod tytułem: spacer resocjalizujący z Wąskim i Majką. Wąski w męskiej dłoni małżonka, Majka przy mnie. Przebyty dystans: około dwóch kilometrów. Spalona przez nas energia: wystarczająca do całodobowego oświetlenia małego miasta. Majka grzeczna, ale zdecydowanie wystraszona. Wąski – bez zmian. Małżonek mówi, że powinniśmy Wąskiego sprzedawać na karnety – godzina z Wąskim i biceps o centymetr większy ;) Ale szliśmy, i nikt nie zginął, a następnym razem wystartujemy wcześniej w ciągu dnia, żebyśmy nie byli już tacy sterani na starcie, to przejdziemy więcej kilometrów i może Wąski CHOĆ TROSZKĘ się zmęczy ciągłymi próbami dopadnięcia Majki.

        • ciociasamozło 12/09/2015 at 17:40

          Bezjajeczność olał Wąski,
          woli się wpatrywać w gąski..
          Testosteron to mu jeszcze przez jakieś dwa miesiące będzie spadał.
          I, przykro mi, nie zmęczy się próbami dorwania Majki. Ale jest szansa, że po 10 tysiącach spacerów mu się znudzi ;)
          Sorry, nie wykupię karnetu na Wąskiego, Bułeczka, choć nie jest już typowym psem pociągowym od czasu do czasu lubi mnie wyrwać z zamyślenia szybkim doskokiem do pieska/gołębia/strrrasznego czegoś więc moje bicepsy pracują (i kręgosłup i kolana…)

          Zastanawiam się czy jakby wypuścić gdzieś na neutralny teren Wąskiego i Lasera (oba z namordnikami) i nie przeszkadzać im, to kotłowaliby się do upadłego, czy w jakimś momencie doszliby do wniosku, że jednak któryś może ustąpić?

          Ps. Pozdrowienia od Buły dla Atosa. Prosiła, żebym przekazała, że dzisiaj siknęła na torbę foliową.

          • Ola 12/09/2015 at 17:57

            o to, to! wyrwać z zamyślenia szybkim doskokiem do… ostatnio było to nieokreślone niebezpieczeństwo w krzakach, jak ja (i moje kolana) to uwielbiamy!

  22. nikt wazny 11/09/2015 at 01:35

    Wszystkiego dobrego, Kanionku!
    Zdrowia i szczescia (bo jak rzekl prof. Vetulani, na Kursku wszyscy zdrowi byli), oraz wygranej w totka (Kanionek, Ty kup los!;). I deszczu, tyle, by bylo w sam raz.

    • Modra 11/09/2015 at 22:37

      :-) A na Titanicu nie tylko zdrowi ale i bogaci! I co?! Wiec szczescia przede wszystkim i jeszcze raz szczescia Kanionku – do zyczen sie dolaczam :-)

      • kanionek 11/09/2015 at 22:43

        Dziękuję, Modra :) Tobie też się przyda (drgnęło coś?).

        • Modra 11/09/2015 at 23:05

          Mam taką nadzieje – zaczynam znowu od nowa za małą sadzawka

          • nikt wazny 12/09/2015 at 00:47

            Modra, czyzby N.?

          • Modra 12/09/2015 at 16:48

            Tym razem UK :-)

          • nikt wazny 13/09/2015 at 01:42

            Powodzenia, Modra:)
            Ale powrocisz tu, gdzie nadwislanski brzeg?:)

          • Modra 13/09/2015 at 14:25

            Raczej tak, zostawiłam moje piesy i koteły :-) Ale kiedy, to nie wiem, bo dopiero zaczynam… Moze jakaś koza z Obory Kanionka przebywa w UK?

    • kanionek 11/09/2015 at 22:39

      :D
      Prawda, bez szczęścia to i zdrowym nie ma po co być ;) Ja to jakoś tak zawsze w życiu wykombinuję, że zamiast los kupić, to go kuszę. Samobójczy gen ćmy ;)

  23. zerojedynkowa 11/09/2015 at 08:24

    Kanionku życzę Ci zdrowia, szczęścia, energii i pieniędzy. I spełnienia marzeń, ale nie wszystkich, bo potem byłoby nudno. I deszczu i prądu w nieprzerwanej dostawie i żeby Rudy Ryj już Was nie odwiedzał, a resocjalizacja (jak mu teraz?) Misia-Pimpka-Amora-Wąskiego przebiegała gładko, bezkrwawo i bezsiniakowo.

  24. zerojedynkowa 11/09/2015 at 08:25

    Przepraszam, że życzenia spóźnione, ale w oktawie się zmieściłam… ;)

    • kanionek 11/09/2015 at 22:36

      Dziękuję, Zerojedynkowa :) Mam nadzieję, że do przyszłego roku wszyscy zapomnicie, a ja w okolicach dziewiątego września zwiążę małżonkowi ręce na plecach, i tym sposobem nikt nie będzie miał żadnych wyrzytów sumienia. Cud niepamięci, jak to śpiewał chyba Sojka ;)

      • zerojedynkowa 14/09/2015 at 08:15

        Nie ma szansy :) Tego samego dnia co Ty Kanionek, urodziny obchodzi moja wieloletnia koleżanka (znamy się od przedszkola), a ja mam dwa dni później, więc tego… Poza tym wiedziałam, że albo Ty, albo Barbarella macie urodziny i tylko wrodzone i wypielęgnowane Lenistwo nie pozwoliło mi tego sprawdzić. Teraz już WIEM! I bede pamiętać.

  25. Barbarella 11/09/2015 at 08:57

    To Kanionek tez spod Panny, jak ja! No to najlepszego!
    Tylko ja spod zdecydowanie Panny – abnegatki, a Kanionek wprost przeciwnie, jak w tej biblijnej przypowieści o pannach leniwych i pracowitych. Chyba. Jakoś tak.

    • ciociasamozło 11/09/2015 at 09:55

      No bo są Panny generalnie pracowite (patrz Kanionek), oraz Panny pracowite wybiórczo (np. Ty i robótki szydełkowe, ja i różne kompletnie bezsensowne lecz pracochłonne aktywności).
      Ja wiem, że to wygodnie przypiąć sobie łatkę abnegata z nadzieją, że się wszyscy odpierniczą, ale Barbarello, spójrz prawdzie w oczy – jak sobie sama wymyślisz jakąś robotę, to „powódź nie powódź, orać trzeba!”. No chyba, że się mylę ;P

    • kanionek 11/09/2015 at 22:34

      Dziękuję, Barbarello :) I tyle razy Wam mówiłam – ja nie jestem z natury pracowita, ja się muszę zmuszać. Żebyście wiedziały, jak mi się ciężko tak ciągle zmuszać; od samego zmuszania się jestem już często tak zmęczona, że potem muszę się dodatkowo zmuszać, żeby na tym zmęczeniu coś zrobić.
      Teraz np. muszę się zmusić do zrobienia nalewki cytrynowej, bo ta ubiegłoroczna, jak sobie rok postała, to była godna Nobla, nawet jeśli tylko ja tak twierdzę. Większość rozdałam rodzinie, teraz szwagier zabrał mi resztkę, i muszę zrobić choć trochę dla siebie.

  26. pluskat 11/09/2015 at 09:02

    Kanionku, sciskam! Trzymaj sie zdrowo!

    • kanionek 11/09/2015 at 22:17

      Dziękuję! Trzymam! Temperatura wewnątrz Kanionka dzisiaj: 36,8 :)

      • nikt wazny 12/09/2015 at 00:50

        A Pluskat to jakas grozna siostra oddzialowa, ze jej tak meldujesz temperature niepytana?;)

        • pluskat 12/09/2015 at 12:21

          A żebyś wiedziała, siostra oddziałowa z powołania, tylko że w rodzinie nie mam posłuchu, to się wyżywam na Kanionku.

          • pluskat 12/09/2015 at 12:22

            Kanion, tak trzymaj!

  27. ciociasamozło 11/09/2015 at 09:43

    Kanionku!
    Spóźnione ale szczere:
    – żeby wszelkie stany podgorączkowe, gorączkowe czy nadgoraczkowe, urazy, boleści i inne zarazy omijały Ciebie, Twojego Małżonka i Wasz dobytek szeeerokim łukiem,
    – żeby wody w studni nie brakowało,
    -żeby urzędologi stosowanej było jak najmniej, a jak już coś to, żeby we wszelkich instytucjach jakie Ci się zdarzy odwiedzać pracowali sami pomocni i kompetentni urzędnicy,
    – żeby się Rudy Ryj z Jaszczompiem odzajączkowali od pierzastych,
    – żeby Wąskiemu szybko dinks się przełaczył, na „kocham was moje zwierzątka domowe!”
    – żeby kaczki się odnalazły całe i zdrowe,
    – żeby rzeka mleka płynęła w ilościach odpowiednich,
    – żeby dochód był adekwatny do włożonej pracy,
    – żeby ………. (miejsce do uzupełnienia przez Kanionka).

    • kanionek 11/09/2015 at 22:17

      O, dziękuję, Ciociu :) Żeby kaczki wróciły to już nie wierzę, ale żeby chociaż mi rude ryje zostawiły to, co jeszcze mam, to już będzie fajnie :)
      Z pomocnymi i kompetentnymi to już przesadziłaś :D Trwa nasza licznikowa batalia z Energą. Jeszcze ani jedna odpowiedź z ich strony nie była kompetentna, ba – żadna nawet nie była na temat :-/
      Ale nie smutajmy, prawda, oby do czterdziestych drugich urodzin!

  28. zośka 11/09/2015 at 10:48

    Wszystkiego dobrego! Samych dobrych dni, kanionku:)

    • kanionek 11/09/2015 at 21:45

      Dziękuję, Zośka! (ja zbieram te jajka, ale w tym tempie to nasza wymiana handlowa będzie miała miejsce na Boże Narodzenie :D Może lepiej zamroź te śliwki…)

      • zośka 12/09/2015 at 08:54

        Ja na jajka nie zamierzam czekać, w przyszłym tygodniu będę wolniejsza
        ( teraz zapierdywalam jak koń na westernie), to wpadnę i wam przywiozę dwie blachy, jedną dla Ciebie drugą dla Małego Żonka, taki prezent urodzinowy, moja panno! Z rynkowych jajców, ale też pycha. Kanionku, ja bym zadzwoniła i byśmy poczyniły uzgodnienia, ale za każdym razem jak chcę dzwonić, to sobie wizualizuję kanionka biegającego z rozwianym włosem między kurami, psami i kozami i rezygnuję, bo nie chcę przeszkadzać. Dziś zadzwonię.

  29. Kachna 11/09/2015 at 11:07

    Kanionek, toś się wpasowała między urodziny moich dzieci – tydzień wprzód i tydzień w tył:)
    Sto lat – no ja wiem – ja Ci życzę na razie spokojnego kolejnego roku a resztę – za rok:)
    Także się trzymaj.
    I pomyśl ile masz życzliwych osób wokół siebie.
    Bardzo serio – dostrzegam jak dobrze mieć przyjaciół. Naprawdę.
    Eh.
    Ściskam najmocniej.

    • kanionek 11/09/2015 at 21:39

      Moja siostra ma urodziny tydzień po mnie :) Nie wiem, jak moi rodzice to wykombinowali.
      Dziękuję za życzenia, i tak, wiem, że jesteście najlepszą grupą wsparcia (w każdej sytuacji), o jakiej można marzyć. I choćby przyszło tysiąc kotletów, a każdy zjadłby tysiąc poetów, to nie udźwigną – taki to ciężar (czyli że ciężko jest mi opisać, jak wiele dla mnie znaczycie, bo słowa zdają mi się zbyt banalne na tę okoliczność. No ściska mie czasem w dołku, gdy tak sobie wieczorem padam przed klaptopem i Was czytam. Nieważne, czy piszecie na wesoło, czy na poważnie, mi jest zawsze cieplej, gdy tu jesteście)

      • kanionek 11/09/2015 at 21:42

        …i jeszcze zważcie, że moja siostra jest ode mnie młodsza o 5 lat, więc jak oni to zrobili…? Choć w sumie byłoby śmieszniej, gdybyśmy obie urodziły się dziewiątego.

        • ciociasamozło 12/09/2015 at 17:17

          No patrz, a moja jest młodsza o pięć lat i jeden miesiąc bez dwóch dni :)
          Jak to jak zrobili? Zimy były ciężkie, przerwy w dostawie prądu, w telewizji tylko 2 programy ;)
          A szwagier też jest wielbicielem nalewek :)
          Hmm… czy ktoś ma szwagra, który nie lubi nalewek?

      • Pani od francuskiego 12/09/2015 at 23:08

        Ha! A u mnie w rodzinie: moja siostra (starsza ode mnie o 13 lat), potem ja (13 lat po starszej siostrze), potem nasz brat, 13 lat młodszy ode mnie. Dodam, że wspólnego mieliśmy tylko tatusia, a nasze mamy były jego kolejno: pierwszą, trzecią i piątą żoną (no dobra, ta ostatnia była nieżoną. Ale piątą.). W rodzinie były robione zakłady, czy 13 lat po najmłodszym potomku przyjdzie na świat kolejny (i z kim), ale Tatuś wyciął wszystkim numer i w 13tym roku życia najmłodszego syna opuścił ten łez padół kończąc tym samym serię trzynastek…

        • Pani od francuskiego 12/09/2015 at 23:14

          A! No i wszystkiego najlepszego! Czyli Joyeux Anniversaire (jako stary belfer nie mogę się powstrzymać od niesienia kagańca oświaty w każdych okolicznościach przyrody. Kagańca na pewien wąski pysk/rudy ryj (właściwe podkreślić).
          A tak w ogóle, to czytam Cię cały czas (i komentarze też), tylko z pisaniem się nie wyrabiam. Nie ZDANŻAM znaczy. Jak ten facet na pekaes.

  30. benia 11/09/2015 at 11:15

    Wielki Wybuch – model ewolucji wszechświata uznawany za najbardziej prawdopodobny. Według tego modelu ok. 13,798 ± 0,037 mld lat temu dokonał się Wielki Wybuch – z bardzo gęstej i gorącej osobliwości początkowej wyłonił się … Kanionek :) Czytam rano w wieczór i w południe, mentalnie głaszcząc wszystkie futrzaki i pierzaste, drżę gdy idzie złe i skaczę do góry gdy dobre. Że to lepsze od serialu to wiadomo. Niech nam żyje Kanionek Wspaniały w dobrostanie i w dobrym stanie.
    b

    • kanionek 11/09/2015 at 21:19

      Dziękuję, Benia :D Kanionek był już podobno Wielki, a teraz na dodatek jest Wspaniały. Obym nie spoczęła kiedyś w szklanej gablocie ;)

  31. Ynk 11/09/2015 at 11:47

    Kanionku, żyj codziennie, a kiedy Ślepy Io et al. będą pogrywać w kości, niech im wypada szóstka. Tak ze trzy razy z rzędu ;-)

    • kanionek 11/09/2015 at 21:15

      Ja to juz prędzej widzę, jak mi trzy szóstki ze szczęki wypadają, no ale ja jestem taki Kłapouchy ;) Dziękuję, Ynk :)

      • zeroerhaplus 11/09/2015 at 21:35

        Małżonkowi się wtedy spodobasz jeszcze bardziej (te szóstki mam na myśli). To będzie związek, że tak powiem, przez bogów poświęcony ;))

  32. mp 11/09/2015 at 14:16

    Ten Wielki Wybuch, co go Kanionek pamięta, to pewnie ten za wschodnią granicą…
    Wszystkiego najlepszego , Droga Jubilatko (albo Jubileuszko, jak niektórzy mawiają )! Niech Ci się darzy i szczęści w domu i zagrodzie, a RR i jego koleżka Jaszczomp porwą precz smutki i kłopoty.

    • kanionek 11/09/2015 at 21:13

      Dziękuję, mp :) Tak, wolę być Jubileuszką, bo Jubilat to taki rower był :D

  33. zeroerhaplus 11/09/2015 at 16:20

    Szekla żegla, sprzep w różyczkę luksemburg, czyli na Kanionka zawsze można liczyć, gdyby się przypadkiem człowiekowi nudziło, co się jednak raczej rzadko w tych czasach zdarza.

    Kury są szalone. Nie macie wrażenia, że kury zawsze mają ten dziwny wzrok, jakby miały za pasem tysiąc pięćset rodzajów broni, w tym ze trzysta nuklearnych i przynajmniej trzy chemiczne? Albo przynajmniej zaprzyjaźnionego koguta na wszelki wypadek.. Ale może mi się wydaje, dawno nie widziałam kury na żywo z bliższej odległości niż pół metra.

    Gęsi masz Kanionku prze, prze, przepiękśliczne :)) Mogłyby za modele pójść na wzór dla wszelki dokoracji glinianych i innych kartonowych, filmy wszelakie w to włączając. Jak z obrazka. Dobrze, że chociaż imiona „przyziemne” mają, bo by im się we łbach pięknych poprzewracało…

    Wąski. Tjaaaa. Czy mi się wydaje, czy też trafił się Wam przepiękny okaz malinosa, czy też jak się tam nazywa ta pododmiana owczarka belgijskiego w formie długowłosej? (w google „Malinois (Belgian Shepherd Dog) longhair” i hejże porównywać…)
    Jeśli tak, to przypięcie go do budy było zaprawdę najwyższym osiągnięciem człowieczeństwa…
    (…)
    A z tą śrutą to faktycznie jakieś jaja. Pominąwszy fakt, że czytając zachłannie, skojarzyłam wątek myśliwski trochę krzywo i zaczęłam się zastanawiać, jak można psa ŚRUTEM karmić? I to parzonym? Tjaaa… Też sadyzm, ale inaczej.

    Jesienne wykopki i inne porządki – bardzo, bardzo ładnie, ale najładniejsi i tak pomagierzy. Się zastanawiam, jak w tym całym towarzystwie da obrócić się tak sprytnie na przykład z deską, coby połowy towarzystwa nie ubić a drugiej nie przysporzyć innego kalectwa… ;)

    Czy Ciociasamozło miarę wcześniej wzięła, że taką twarzową maseczkę Misiowi sprezentowała? Wygląda wspaniale chłopak w tej ozdobie :)

    A teraz idę czytać komentarze, bo jak wszyscy wiedzą, tam ukrywają się najważniejsze wiadomości :))

    (Z czego jedną zobaczyłam kątem oka na dole… I to jest tak: pamiętałam, pamiętałam i zapomniałam. Nawet sobie sprawdziłam dwa miesiące temu, poszperawszy w archiwum, kiedy to jest dokładnie, którego dnia i w ogóle. I się ucieszyłam, że łatwo zapamiętać. Potem się zdziwiłam, że Panna. Potem się przestałam dziwić ;) Potem pomyślałam, może się ucieszy, jak się będzie pamiętać. A potem szlag trafił całe pamiętanie, bo czegóż wymagać od człowieka, który o swoich urodzinach, małżonka urodzinach i rocznicach ślubu co roku systematycznie zapomina?
    Najlepszego, Kanionku :))))))))))))))

    • kanionek 11/09/2015 at 21:08

      Tak! Kury SĄ szalone, a co widać w ich spojrzeniu opisałaś lepiej, niż niejeden Kanionek ;) A młode kurczaki zielononóżki są zdrowo rąbniete. Dziś wpadliśmy w popłoch, gdy dosłownie w pół godziny zniknęły z małego wybiegu cztery kurczaki (z tych moich siedmiu wojowników z pierwszej inkubacji). Szukaliśmy na słuch (pip-pip-pip), bo weź tu wypatrz takie krasnale w bujnej roślinności okolicznej. Na podwórku – nie ma, w ogrodzie – nada, nad stawem – ni huhu, aż w końcu małżonek wydłubał jednego po drugim z pokrzyw za drewutnią – były już w drodze do olszynowego lasu. Ich trzeba wszystkich związać razem, jednym sznurkiem, szeregowo jak żarówki na choinkowym łańcuchu, a na końcu sznurka dowiązać jednego z tych naszych betonowych lwów. Inaczej nie poradzisz – widzieliśmy już, w jaki sposób wychodzą z wybiegu: wspinają się po tej drobnooczkowej siatce wolierowej dwa metry w górę i już są po drugiej stronie! Jak im podetniesz lotki, to albo będą się wspinać, albo wyjdą większym oczkiem siatki leśnej, albo jakoś przepełzną, ba – gdyby musiały, wykopałyby sobie tunel. Nie ma siły na te kurczaki i ja już namawiam małżonka na zmianę kierunku hodowli. W kierunku grubych i niedołężnych, zwykłych kur podwórkowych, co to nawet porzeczki z krzaka same nie potrafią zerwać.

      A weź! Z tym obracaniem się z deską i w ogóle. Wszędzie wszystkich pełno, i oczywiście wszyscy zawsze muszą wiedzieć, co się akurat wyprawia, a zwłaszcza koziołki. Andrzej raz zakradł się pod drabinę cichutko (przy innej robocie) i zaczął sobie w zębach obracać kabel pod napięciem (małżonek używał wiertarki). Przy okazji zrywania starej, sparciałej papy z dachu komórki na siano, każda koza musiała spróbować, jak smakuje papa, że nie wspomne o tym, że jak im się coś spodoba (kawał folii, worek papierowy po zaprawie cementowej, czy cokolwiek) to biorą w zęby i chodu! Małżonek bardz, BARDZO lubi pracować z koziołkami ;) A gęsi tak sobie ukochały arkusze blachodachówki, że gdy jeszcze leżała na ziemi, obesrały ją dokumentnie i małżonek rzekł tylko ponuro: no nie spie*dolisz, po prostu pisana jest mi gówniana robota do końca życia.
      No i tak to jest, że cokolwiek robimy, zawsze jesteśmy dodatkowo spięci i mamy oczy dookoła głowy. Dzięki bobu wypadku przy pracy jeszcze nie było.

      Ciocia akurat miała taki wynalazek w rozmiarze „5”, przez producenta przypisanym owczarkom, i w swej nieskończonej dobroci zaryzykowała wysyłkę :)

      I nic się nie stresuj (i w ogóle wszystkie się przestańcie przejmować) tym niepamiętaniem – ja dat Waszych urodzin też bym nie zapamiętała, taka prawda. Każdy ma swoje tysiąc drobiazgów do ogarnięcia rozumem, i w ogóle urodziny są takie oklepane… Rok w rok to samo ;)
      Ale dziękuję, Zeroerhu :)

  34. Fredzia 11/09/2015 at 22:13

    Taki mąż to skarb! Nie dość, że powącha autobus, pogłaszcze stare drzewo, zbuduje słoniowóz a potem zważy echo, to jeszcze o urodzinach pamięta :D
    To ja Ci Kanionku życzę zgodnego pożycia z podmiotem zamążpójścia, bo przy dobrze dobranym małym żonku jaszczompiom i rozwydrzonym zwierzynom o zawężonym spojrzeniu rzednie mina, a skopana w rzyć rzeczywistość łapie drugi oddech i wraca do życia :)

    PS. Kabelki może i lecą w kropki, ale moim zdaniem coming out chińskiej zabawki trafił w sedno, w trosce o żywotny interes żywicielki domu dając znak-sygnał, że czas wstrzymać kołowrotek, poważnie potraktować kwestię „jak się masz” i rozważyć przyhamowanie przeciążającego organizm i nadmiernie wykorzystującego energię rozdawnictwa na rzecz większej troski o dobro własne :)

    • kanionek 11/09/2015 at 22:59

      :D
      Ale wiesz, co mówią o skarbach? Że jak się jakiś ma, to lepiej zakopać w bezpiecznym miejscu ;)

      Hm. W sumie dobrze gadasz. Gdyby szafa powiedziała: „dziękuję, do widzenia”, mogłabym grzecznie i usłużnie zejść z tego świata uznając, iż moje dzieło na ziemi zostało dokonane, a tak – zapytała jak się mam, z czystej troski. A tak w ogóle, to przyganiał czajnik karafce – KTO tu pisał jakiś rok temu, jak to nie ma czasu nawet zjeść, bo robota na okrągło, terminy, szefowie, nagłówki, redakcje, korekty i spacje i inne trudne sprawy? Hę?

  35. baba aga 11/09/2015 at 22:28

    Kanionku! Zdrowia, bo w naszym wieku to już najważniejsze ;-) szczęścia, kasy, miłości i trochę wolnego czasu na sen :-)
    Tym samym dopisuję się do grupy spod znaku panny leniwej. Może w przyszłym roku robimy impreze u Kanionka? To ile nas tu jest? Ja z 10 no i tez pamiętam wielki wybuch :-D

    • kanionek 11/09/2015 at 22:50

      Dziękuję i zaległe najlepszego dla Ciebie w takim razie :) Ja przez długi czas utrzymywałam, że jestem spod znaku Starej Panny, ale jakoś tak wyszło, że nie udało mi się dotrwać w tym stanie do końca życia. W każdym razie moja Babcia dała mi prezent ślubny gdy skończyłam 25 lat, bo uznała, że już na pewno nie wyjdę za mąż. A trzymała go w szafie odkąd skończyłam dwudziestkę :D

      • zeroerhaplus 12/09/2015 at 02:35

        Ciekawe, co to był za prezent….
        Przyznasz się?

      • baba aga 12/09/2015 at 08:29

        A mnie się udało :-D wciąż jestem starą panną, co prawda z dziećmi ,ale jednak. Wiano otrzymałam po urodzeniu drugiego dziecka, bo mama stwierdziła, ze już nie warto czekać. Tymofiejski, ja też świnia :-)
        No i melduję , że wróciłam, teraz będę już grzecznie do maja siedzieć w koziarni.

  36. Tymofiejski 11/09/2015 at 23:54

    Wszystkiego najlepszego!!! Niestety, w temacie życzeń to zeschła bułka jest bardziej kreatywna ode mnie więc sobie Kanionku życz co tam uważasz. A jeśli chodzi o panny, to ja jestem stara, a na dodatek Baran, urodzony w niedzielę, w roku Świni. Moje lenistwo jest zapisane w gwiazdach i tego się będę trzymać.

  37. sieka 12/09/2015 at 13:24

    he,he … a teraz wszyscy, pijanym Rosiewiczem: BO MASZ CZTERDZIEŚCI NOoooooooWYCH, BO MASZ CZTREDZIEŚCI NOOOOOOOWYCH LAAAAT.
    Mata, Kumy weźta se taki lajt motiw, bo mnie wykończy, będzie jakaś zmiana po hejże glujże. Wszystkiego dobrego Kanionku, bo wiadomo czyim wrogiem jest lepsze, a już najlepsze to w ogóle. Czytam, jestem codziennie, pozdrawiam Wszystkich. Pod Wro, piękny początek jesieni. A teraz nawiasem: ja mam tak z tą pogodą, bo jak do mnie bliska rodzina dzwoni z podkarpackiego, to zawsze się o tę cholerną aurę pytają, regionalizm jakiś czy zwichnięcie działkowca, hmmm….No to Was rozpoznawczo będę informować co na niebie pod Wrocławiem. Z ciekawości: Kanionek liczyłaś ile ty masz głów na obejściu?a łap?ogonów?uszu? Bo jaj widzę ubywa…

  38. kanionek 13/09/2015 at 00:14

    Kozy moje, Kanionek już pada, ale muszę Wam podziękować – znów się uśmiałam :) Aha, i Ciocia ma rację. Wąski jest jak wampir – niezniszczalny. Dzisiaj cztery kilometry z udziałem Majki, a cztery kilometry w takich okolicznościach to jak bieg na jednej nodze po krzyż z Giewontu, Majka zdyszana, my zostawiający za sobą kałuże potu, a Wąski… jak nowy. I cały czas gotowy (obedrzeć wszystkich ze skóry). Na koniec zafundowalismy mu jeszcze krótki wieczorek zapoznawczy z Atosem (Wąski na smyczy i w kagańcu) i nie, miłości między nimi nie było. Wąski waży niby tylko 30 kg (u weta poznaliśmy dokładny rozmiar jego niedowagi), mięśnie ma nikłe (od leżenia pod budą przez prawie dwa lata), ale jemu wystarcza silna motywacja ;) Dziś boli mnie już chyba wszystko, na pocieszenie wzięłam sobie Lasera i Majkę do łóżka i zaraz odpływam (hejże glujże, a jakże), ale jutro postaram się cos więcej i każdemu z osobna :)
    PS. Jeszcze NIGDY nie zdarzyło mi się „spacerować” z psem tak, żeby potem bolały nawet mięśnie tyłka. Wąski nam robi taki trening fitness, że chyba powinniśmy mu zacząć płacić ;)

  39. Ania W. 13/09/2015 at 08:58

    Kurcze, Kanionek – wszystkiego najlepszego! Niech Ci się darzy i szczęści z każdej strony!

  40. kanionek 14/09/2015 at 00:34

    Kozy kochane, pamiętajcie, że nie wolno strzelać do pianisty, póki gra. No więc nie strzelajcie, ale właśnie umyłam ostatnią łyżkę i znów padam. W moim pokoju wesoło plumka jeżynowe wino, pipczą nowe kurczaki, pachnie susząca się przy piecu nać selera, a z kuchni ulatnia się aromat dżemu jeżynowego (no nie mogę, nie mogę zmarnować, skoro mnie natura w tym roku obdarzyła). Harmonogram dnia znów zmienił się dzięki Wąskiemu, który zafundował nam mały western – urwał się małżonkowi gdzieś w środku lasu i oczywiście wrócił sam do domu, NATYCHMIAST wrócił, bo przecież leciał do koziołków! Małzonek mało płuc nie wypluł, ale weź tu dogoń młodego psa. Nikomu nic się nie stało, było nawet dość zabawnie, ale o tym już innym razem, bo – jako się rzekło – padam. Jutro z Wąskim znów do lekarza na zastrzyk z antybiotykiem (choć nie wygląda, żeby potrzebował) oraz na pocztę – wysłać sery. Co będzie później – któż to wie? Na pewno nie ja. Tu się wszystko dzieje samo i ja już nawet nie próbuję nadążać.

    O, i serdecznie witamy nową ofiarę Kanionka – cześć Cornick! Hejże glujże, jako i my glujemy :D

  41. nikt wazny 14/09/2015 at 02:10

    Ciekawa jestem na ile omijaja Cie wiesci „z kraju i ze swiata”, a na ile je po prostu ignorujesz zajeta sprawami swoimi i swego wciaz rozrastajacego sie inwentarza.
    Chociaz moze nawet nie ciekawa, a zazdrosna, bo mnie leb peka od tych wiesci, choc staram sie je dawkowac prawie po aptekarsku.
    I zdaje sobie sprawe, ze bywasz nieludzko zmeczona, ale czytanie Cie (oraz komentarzy wszystkich Koz) dziala jak odtrutka, jak balsam.
    Tak sie zwierzylam po nocy:)

    • kanionek 15/09/2015 at 23:33

      Ja mam w domu taki chodzący Reader’s Digest w postaci małżonka. Ja mam gen samobójcy, a on masochisty – lubi sobie do śniadania poczytać rózne niestrawne informacje i potem robi mi strzeszczenie najważniejszych. A masz coś konkretnego na myśli z tych wieści z kraju-raju i reszty świata?

      • nikt wazny 16/09/2015 at 00:28

        Konkretnie? No to mamy kampanie wyborcza z uchodzcami w tle.
        I do standardowego kampanijnego mordobicia doszlo mordobicie na tle religijno-rasowo-narodowo-pojebanym (przepraszam za mocne slowo) uprawiane z duzym zapalem takze przez zwyklych, „poczciwych” obywateli tego pieknego kraju.

        • kanionek 16/09/2015 at 10:13

          Łeee, nihil novum. Czego niby się spodziewałaś? Polityka w Polsce to dno. Muliste dno szamba. Jeśli ktoś jeszcze się łudzi, że chodzi w niej o coś innego, niż kasa dla „swoich” misiów, to jest albo głupi, albo żywi się tylko telewizją, co zresztą na jedno wychodzi. Problem zresztą tkwi nie tylko w naszym śmiesznym, małym grajdołku, jest raczej globalny. Cywilizacja osiągnęła taki punkt, w którym po prostu musi się coś zmienić, i to dramatycznie. Temat rzeka, oczywiście, więc nie ma nawet co zaczynac, bo ciężko będzie skończyć. Pytanie: czy warto się emocjonować? Ile życia nam zostało? A jeśli za rok lub pięć rozpęta się na ziemi piekło kolejnej wojny? Może po prostu trzeba żyć (jako rzekła mamusia Adasia Miauczyńskiego w „Dniu świra”), póki jest nam dane. Peace and love and sadzenie ziemniaków ;)

  42. agiag 14/09/2015 at 09:48

    To i ja się ujawnię. Trafiłam pewnego dnia, przeczytałam od początku cały blog, a potem zauważyłam komentarze i przeczytałam całość jeszcze raz :) I już mnie pochłonęło na amen, uzależnienie u siebie wręcz rozpoznałam, ale co tam – uzależnić się od takiej lektury toż to na pewno terapeutyczny wymiar ma. I jak mi rzeczywistość zbytnio dokopie, to sobie przypominam Podwórze i Oborę Kanionka, nabieram energii i idę dalej. A że ostatnio akurat tek energii we mnie całkiem sporo, to część telepatycznie choć do Was wysyłam (do Kanionka i Małego Żonka, nie do Wąskiego w żadnym razie).
    I, och, jak ja bym chciała mieć kozę…

    • kanionek 15/09/2015 at 23:28

      W takim razie witamy Cię, Agiag, w krzywych progach Obory Kanionka (tu jest wszystko krzywe – progi, podłogi, futryny, drzwi, a przede wszystkim zwierciadła), i dziękuję za przesył energii :) Przyda się zwłaszcza jutro, gdyż na jutro właśnie małżonek wieszczy brak prądu w połowie domu oraz koziarni, warsztacie i innych przydomowych szopkach, a ma to silny związek z mającym nastąpić demontażem dwóch liczników (batalia z Energą trwa. Wróg udaje głupiego, bo to sprawdzona taktyka na zmęczenie przeciwnika). Będzie więc wesoło, co ja gadam – JUŻ jest wesoło, bo wczoraj rozleciał nam się Gwiazdolot. A mogłam więcej tego jeżynowego wina nastawić…

  43. bila 14/09/2015 at 14:53

    Ja też- spóźnione bardzo ale najszczersze życzenia- zdrowia, szczęścia, radosnego przychówku i radości z przychówku. I zdrowia, zdrowia, i jeszcze raz- pieniędzy!!
    Trzymam kciuki za Wąskiego, bo bardzo kibicuję zwierzaczkom z przejściami różnorakimi.
    Wąski, ściskam i całuję w czółko(tuż nad kagańcem), będzie dobrze!!
    Cóż za kolorowy i fajny zwierzyniec!
    Kanionku, dzięki, że się nimi dzielisz!!!

    • kanionek 15/09/2015 at 21:45

      Dziękuję, Bila :) Z tym kolorowym zwierzyńcem to jest niestety tak, że jednych przybywa, innych ubywa – patrz zniknięcie trzech kaczek w ciągu dwóch nocy :-/ Ostatnia żywa kaczka musiała zaprzyjaźnić się z gąskami, a to jest ujma na honorze dla kaczki (kaczki gardzą gęsiami tak, jak kozy owcami, a dlaczego to już tylko one wiedzą). A za Wąskiego to tak, lepiej trzymajcie kciuki, bo mi się dziś mocno naraził – chciał mianowicie utopić Irenę, o czym może napiszę, tylko dziś akurat znów jestem wykończona. Nic się nikomu nie stało, rozmowa kontrolowana, oczko z głowy nie spadło temu misiu (jeszcze), i w ogóle jest wszystko fajnie, tylko KIEDY JA W KOŃCU ODPOCZNĘ? A tak, przecież w grudniu :)

      • zeroerhaplus 16/09/2015 at 06:41

        Przecież w grudniu nie odpoczniesz, bo będziesz wysiadywać kurczaki, gęsi i kaczki, karmić króliki, robić rozsady, serzyć sery, wędzić oscypki, wodzić za nos Wąskiego, masować Atosa, walczyć z Energą, internetem i jeszcze paniami z przychodni. Zapomniałaś?! ;P
        Nooo, i kozy doić. I zwierzyniec karmić. Jessssu drogi…

        Kanionek, że Ty W OGÓLE śpisz, to jest cud jakiś… Nigdy nie pojmę, jak to się dzieje ;)

        • kanionek 16/09/2015 at 09:54

          A nie, masowanie Atosa i walka z Energą to zajęcia małżonka (małżonek i Atos to jest tak udana para, że ja bym im tylko przeszkadzała), a z mlekiem w grudniu to jeszcze zobaczymy, jak będzie. Jak dotąd nie doczekałam etapu „coraz więcej” – od razu przeszłyśmy z kozami do „coraz mniej” :D Bo Irena i Bożena jeszcze karmią te swoje tłuste larwy! I co, mam im zabronić? Wiem, że ludzie oddzielają młode od matek po kilku miesiącach (a czasem nawet po kilku tygodniach), ale jakoś nie mam serca (ani osobnego wybiegu).

      • zośka 16/09/2015 at 19:55

        Wąski się kiedyś doigra, wystarczy, że podpadnie kotom. Natrzaskają mu po mordzie raz i drugi, to się uspokoi:)))

        • kanionek 17/09/2015 at 22:59

          A Zośka robi najlepszą drożdżówę ze śliwkami i lukrem! Dostałam dwie blachy wielkie jak płyty chodnikowe :)
          Aha, z tymi kotami to masz rację. Gamoń jest tak leniwy, że gdy go dziś Wąski zdybał drzemiącego na parapecie (Wąski w kagańcu, oczywiście), to Gamoń ani myślał się gdzieś wybierać. Przyjął postawę wyprostowaną, uszy wciągnął do środka, zaczął syczeć i pluć i zdzielił Wąskiego łapą po łbie. Jeden raz oczywiście nie wystarczył, więc Gamoń musiał się wysilić i zdzielić jeszcze raz, i jeszcze, aż w końcu Wąski uznał, że do dupy taka zdobycz, i że już lepiej zadawać się z kaktusem. I sobie poszedł! A Gamoń nadal okupuje swój parapeciany narożnik, bo kurde w końcu on tu był pierwszy, co nie? Koty chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.

          • Ola 18/09/2015 at 07:23

            Hip hip hurra! Brawo Gamoń!!!

          • kanionek 18/09/2015 at 22:32

            Ale za co? To wszystko z lenistwa! Do samego rana tkwił na tym parapecie, nie ruszywszy się nawet o centymetr.

          • pluskat 18/09/2015 at 08:43

            Waskiemu jeszcze potrzebne okulary, zeby mu Gamon oczu nie wydrapal.

          • kanionek 18/09/2015 at 22:31

            Taa. Po akcji „Wąski topi Irenę” (napiszę, obiecuję, tylko nadal siedzę w kuchni) zaczęliśmy sobie wyobrażać kozy w czepkach, pływackich goglach i z płetwami. A małżonek dorzucił jeszcze Wąskiego z przyczepioną do grzbietu płetwą rekina. Źli, źli z nas ludzie!

          • Ola 19/09/2015 at 00:02

            Chciałam zauważyć, że Gamoń jest jak mordercze króliki Monty Pythona. I nikt go nie zdemaskował, chociaż było blisko, kiedy przyniósł z lasu resztkę zająca.

          • kanionek 20/09/2015 at 00:54

            :D
            A wiesz, co w nim najciekawsze? On jest pełnowartościowym samcem (jakoś tak wyszło, żeśmy go nie wykastrowali), a w ogóle go nie ciągnie do życia na gigancie (wiesz, szlajanie się po sąsiadach, tydzień na wycieraczce u kogoś, kto ma ponętną kotkę…). Jesli nie liczyć krótkich wypadów na zająca czy wiewiórkę, Gamoń jest kotem bardzo, bardzo przydomowym.

          • Ola 20/09/2015 at 01:02

            A bo to wszędzie daleko, komu by się chciało? A Kotek?

          • kanionek 20/09/2015 at 01:14

            A Kotek był wzięty ze schroniska, więc bezjajeczny. Ale szwenda się więcej i zapuszcza dalej, niż Gamoń. A taka z niego ciapa była, gdy go wzięliśmy, że posadzony na gałęzi jabłonki przez kilka godzin kombinował, jak zejść :) Teraz to jest kot pełną gębą, chadza własnymi drogami, i tylko rano przychodzi po swoją porcję żarcia, pieszczot, i układania włosów (Atos jest jego jedynym fryzjerem i żadnemu innemu psu Kotek tak nie ufa, żeby dać się obślinić od karku po końcówki wąsów). Oczywiście gdy nadejdą chłodniejsze dni Kotek znów zamieszka w domu, ale latem prawie go tu nie ma.

  44. mały żonek 14/09/2015 at 16:53

    Z innej bajki. Szukam i znaleźć nie mogę, więc zapytam. Czy jest tu ktoś, kto ma pojęcie o chemii i wie jak pozbyć się siarczku miedzi z miedzianej powierzchni (bez zniszczeń)? Konkretnie przewód miedziany miał najwyraźniej kontakt z siarkowodorem i muszę go doprowadzić do stanu lutowalności – wymiana zbyt kosztowna. Mechaniczne usuwanie nie wchodzi w grę. Z góry dziękuję.

    • Buba 14/09/2015 at 18:33

      Kwasem azotowym powinno zejść.

      • mały żonek 14/09/2015 at 19:55

        Tylko skąd go wziąć? Wikipedię sprawdziłem, woda amoniakalna też powinna zadziałać (znowu, skąd wziąć?), ale rzecz w tym, czy sama miedź przeżyje taką kąpiel? Jest jaki środek, powszechnie dostępny, zawierający HNO3?

    • Kachna 15/09/2015 at 15:03

      Miałam magiczny niebieski proszek, którym, po rozcieńczeniu traktowałam rurki miedziane w moich machinach. Pogadam jutro z kierownikiem od produkcji czy mamy jeszcze i co to było.
      Dam znać.

  45. zeroerhaplus 14/09/2015 at 22:26

    Kokakola ma chyba fosforowy… fosforowym nie pójdzie?

    A co do zmywania siarczku miedzi z monet miedzianych, to niemieckie fora numizmatyczne proponują niejaki Na-EDTA, który ponoć jest znany pod nazwą wersenian disodowy. Masz coś takiego? Wbrew pozorom to nie jest żartobliwe pytanie, różne rzeczy się w domu miewa.

    Tak na marginesie boraks mi się kołacze po łbie, pamiętam, że to różne cuda zmywało, ale żeby siarczki miedzi…. hmm.

    Przepraszam, jeśli niepotrzebnie wprowadziłam zamieszanie.

    • ciociasamozło 15/09/2015 at 10:24

      EDTA jest w płynach do czyszczenia soczewek kontaktowych.

  46. Kaja 17/09/2015 at 20:38

    Kanionku, caluśki weekend spędziłam czytając tego bloga od zarania dziejów po hejże glujże. Miejscami popękałam ze śmiechu, a miejscami przeszyła mnie groza. Ja bym mogła i kozy hodować, i kury macać, i rowy kopać, ale potem musiałabym się WYKĄPAĆ. Uważam, że studnia głębinowa, pełna wód aż po dekiel należy Ci się jak Wąskiemu micha.
    Podziwiam Cię nieludzko (kozio). Ucałuj ode mnie Tradycję i spółkę.

    • kanionek 17/09/2015 at 22:51

      Dziękuję, Kaja :) Oczywiście wszystkich ucałuję (co i tak zawsze robię), a z tą studnią to – jak się okazuje – nie taka prosta sprawa. Pan studniarz, który w końcu opanował swój prywatny armagedon, przybył i nas oświecił. Żyjemy mianowicie na takich terenach, gdzie generalnie trudno o wodę nieskażoną żelazem, manganem i innymi niepożądanymi pierwiastkami, w nadmiernych oczywiście ilościach. A na odwiert o głębokości np. 100 metrów to nas nigdy stać nie będzie, a i tu gwarancji nie ma, że się dowiercimy do wody czystej jak anielska łza ;)
      Przydomowe uzdatnianie wody to koszt rzędu trzech, trzech i pół tysiąca złotych, i w ten sposób koszty ciągle rosną. Małżonek już się biedzi nad przywróceniem sprawności starej pompy głębinowej po Cebulackich (stąd pytania o ten nalot na przewodach miedzianych), bo nowa to znów koszt około tysiąca złotych. Do tego dochodzi rura, którą trzeba zakopać tak głęboko, żeby zimą nie przemarzała, i to też musimy zrobić sami, bo… kolejne koszty. Ale kombinujemy i może coś z tego wyniknie jeszcze w tym roku :)

  47. Barbarella 18/09/2015 at 17:18

    Tymczasem – mam dla ciebie pomysł na grant naukowy – musisz tylko poprzyczepiać kurczakom do tyłków kijki! PROŚCIZNA!
    http://uwielbiamwiedze.pl/kurczak-z-doczepionym-ogonem-chodzi-jak-dinozaur

    • kanionek 18/09/2015 at 22:29

      Co ja bym bez Was… :D
      Hm. A może to nie jest tak głupie, na jakie wygląda? Może Rudy Ryj nie skusiłby się na dinozaura? Trzydzieści przepychaczek zlewu tanio kupię!

  48. mitenki 18/09/2015 at 23:52

    Doczytałam się właśnie, że już trzecia kaczuszka zginęła :( Może jakiś środek odstraszający lisy by zadziałał?
    http://www.pryskaj.pl/pl/p/anti-bissan-koncentrat-1-l-DZIKI,-KUNY,-LISY/556
    Nie wiem jak duży masz teren i czy to jest wykonalne?
    W parku niedaleko mnie są stawy i rzeczka i pełno kaczek, może nałapać i Ci wysłać? Przynajmniej ta bidulka ostatnia nie czułaby się tak samotna.
    A propos wysłać – na środku pokoju wciąż stoi pudełko, które miało do Ciebie powędrować. Ale… zawartość się nie mieści i muszę się wreszcie kopnąć w d… żeby zdobyć większe i oddać wreszcie tę paczkę w ramiona poczty.
    Mam nadzieję, że Wąski jest mniej wąski, za to bardziej przyjazny dwu- i czworonożnym braciom i siostrom :) A lanie od Gamonia może uświadomi mu, że żaden z niego macho i są groźniejsi od niego ;)

    • kanionek 20/09/2015 at 01:06

      Niee, spryskanie tego naszego areału pochłonęłoby kilka litrów specyfiku, kilka dni roboty, a skutek – moim zdaniem – wątpliwy, tym bardziej, że co ileś tygodni trzeba powtarzać. I co, tak do śmierci? Poza tym, środek odstrasza prawie wszystko włącznie z sarnami, więc jak zapatrywałyby sie na niego kozy?

      Nic się nie martw paczką niewysłaną, nie ma pośpiechu, a ja i tak już nie wiem ani która godzina, ani który dzień, i tylko coś w kościach czuję, że lato się skończyło, więc możesz mi nawet wmówić, że już tę przesyłkę otrzymałam, tylko nie pamiętam :D

      Ale kaczkę wyślij :) Co prawda ta nasza bidulka ostatecznie przykleiła się do gęsi, ale wiadomo, że kaczki nie gęsi i wolą pogadać ze swoim.
      A Wąski kontra reszta towarzystwa – bez większych zmian. Tylko z nami ma już całkiem fajny kontakt, co i tak poczytujemy sobie za niemałe osiągnięcie. Jeszcze jednak długa i kolczasta droga przed nami :-/

    • mitenki 20/09/2015 at 20:07

      Kaczuszki na razie uszczeliłam aparatem. Prosz…
      http://zapodaj.net/ca88e11757762.jpg.html
      Wybierz sobie jakąś, to ją capnę w worek i wyślę do Ciebie. Albo lepiej powiem im, że tam daleko u Kanionka najlepsza opieka i wyżerka, to same polecą :)
      Swoją drogą jestem ciekawa, one śpią na wodzie? Czy w przybrzeżnych krzaczorach?

      Gdzieś wyżej pisałyście o przetworach z czarnego bzu. Przepisów nie znam, wina i dżemu nie próbowałam, natomiast sok – tak. Babcia poiła mnie nim w dzieciństwie, jako środkiem na przeziębienie. Specyficzny smak, ale bardzo smaczny (skoro smakował dziecku).
      A tu działanie… http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/domowa-apteczka/czarny-bez-wlasciwosci-i-dzialanie-przepis-na-sok-z-czarnego-bzu_37132.html

      Piszę maila do Ciebie, jak będziesz miała jutro czas wieczorkiem to zajrzyj :)

      • kanionek 20/09/2015 at 21:22

        Może być ten kaczorek z pierwszego planu, bardzo urodziwy :)
        Skończyłam robić sery dla Wiadomo, i w dwie godziny później skończyła mi się woda. Mam jeszcze TYLE roboty, a na obfite deszcze się nie zanosi. Czy mogę się już powiesić? Powiedzcie, że tak, bo mi naprawdę ręce z dupy wychodzą i nogi opadają. Jutro z Wąskim na zdjęcie szwów (choć wyraźnie widzimy, że nawet gdybyśmy mu je sami zębami wyrwali, to jemu nie zrobiłoby większej różnicy), na pocztę, zrobić zakupy, znów pół dnia w plecy, a kapusta nadal w garażu. Wymiękam i proszę o wykonanie wyroku, nawet jeśli będzie bolało. A małżonek mnie jeszcze dobija i mówi, że w ubiegłym roku we wrześniu zrobiłam 13 wpisów. Może dlatego, że do 19 września miałam tylko jedną kozę, zero mleka do przerobienia, i zero Wąskich? Nie wiem. To jak będzie z tym wieszaniem?
        Z dobrych wieści – wszyscy JESZCZE żyją. Oraz JESZCZE nie było pierwszych przymrozków, co u nas we wrześniu jest niesłychane. I nie ma komarów, zero, nicht.

        • Ola 21/09/2015 at 00:41

          A w jakim celu małżonek podaje Ci owe statystyki? Doping taki?
          A z innej beczki, czy Ty odróżniasz Kanionek, szpaki od takich na przykład kwiczołów? Bo widziałam wczoraj na własne oczy stado ptaszorów opadajacych z kwikiem na ogród, rzuciły się na wszystko, co można było pożreć, w tym dojrzewające właśnie winogrona, poczyniły spustoszenie i za kilka chwil zerwały się do lotu. Scena jak z Hitchcocka!
          A tak poza tym, hejże glujże…

          • kanionek 21/09/2015 at 19:18

            Szpaki od kwiczołów to tak, ale kwiczoła od drozda to już nie tak łatwo, zwłaszcza w ruchu i z daleka. A małżonek owszem, w celach dopingowych. Tak mnie to zdopingowało, że normalnie dostałby patelnią, tylko mi się nie chciało do kuchni po patelnię iść ;)

        • mitenki 21/09/2015 at 13:34

          Absolutnie się nie wieszaj! Chciałabyś osierocić Oborę Kanionka? Wiesz ile nas tu jest? :* A Mały Żonek nie chciałby kapustki poszatkować i udeptać, czy co tam trzeba z nią zrobić, a Ty byś Kanionku w tym czasie machnęła te brakujące wpisy?
          U mnie właśnie leje, chętnie bym Ci ten deszcz podesłała :)
          Kaczorka spróbuję namówić na przeprowadzkę do Cię. A Twoja kaczuszka to pan czy pani?

          • kanionek 21/09/2015 at 19:10

            Po tej kaczuszce nijak poznać, kto zacz, albo ja się nie znam. Małżonek nie zna się na przetworach, kapusty kiszonej nienawidzi, więc nie „dołoży wszelkich starań”, żeby była np. bez ślimaków, bo wiadomo, że najlepiej się robi dla siebie, a jak komuś średnio zależy, to oj tam, oj tam ;) Poza tym – wody nie ma, zlew pełen garów, i ja to serdecznie pieczątkuję. A małżonek teraz grzebie przy tej starej pompie głębinowej i ogólnie „zgłębia temat” studni, uzdatniania wody itd., a na wodzie mi jednak zależy bardziej, niż na kapuście, więc rozumiesz. Prócz kapusty czekają jeszcze pomidory i inne (seler, cukinie), więc i tak dupa – zaraz skończą się czyste gary i miejsce do odkładania brudnych. Za to pogodę mamy oczywiście przepiękną, słoneczną, nic tylko się wieszać w majestacie przyrody, wśród pachnącego kwiecia i wrzasku sójek ;)

  49. Sławinia 21/09/2015 at 00:41

    Ufff. Weekend poświęciłam na lekturę bloga i komentarzy. Warto było. Zostaję. Kolejna gęba do komentowania. Pozwolisz?

    • mitenki 21/09/2015 at 01:39

      A umiesz doić Sławinia? Bo tu się trzeba wykazać nie byle jakimi umiejętnościami :)))

      • Sławinia 21/09/2015 at 12:43

        Phhh. Doić? Już za dzieciaka u babci na wsi doiłam. Krowy. Ale kozy tez wydoję- dla chcącego nie ma bata albo na pochyłe drzewo i Salomon nie naleje, czy jakoś.

        • kanionek 21/09/2015 at 19:15

          O, Sławinia, to może zaplanujemy Ci na przyszły rok wakacje z Kanionkiem? Przyda mi się koziareczka, czyli taka osoba od dojenia i prowadzania kóz na urodzajne pastwiska (WSZYSTKO już wyżarły w najbliższej okolicy, a przynajmniej to wszystko, co łaskawe są zeżreć), co jeszcze w ubiegłym roku robiłam sama, a teraz jakoś czasu ciągle brak. Może jutro pieprznę to wszystko i pójdę na dwie godziny z kozami na łąkę, pogapić się jak mielą koniczynę? Przyjemność dla obu stron.

          • Ola 21/09/2015 at 21:09

            Z tym prowadzeniem na urodzajne pastwiska, toś przypomniała wierszyk o kozie kłamczusze… A gapienie się jak mielą koniczynę o niebo lepsze będzie od tych myśli samobójczych, które snujesz tam wyżej! O! :)
            (A drozdem to dopiero zabiłaś mi ćwieka.)

          • Sławinia 21/09/2015 at 22:35

            Jaaasne. Mam nawet do kompletu trzy psy rasy niepasterskiej. Do przyuczenia, tak jak ten Wasz kiler. No sama radość. A na poważnie- mam czasami ochotę pieprznąć moim zajęciem, sprzedać dom, zlikwidować kredyt, olać urzędasów USy ZUSy i inne PIPy i podkreślić się na wsi zabitej dechami. Ale widzę ze chamstwo z urzędów i w środek lasu tez się wepchnie. Nie masz ci miejsca na ziemi. ..

          • Sławinia 21/09/2015 at 22:59

            *nie „podkreślić” tylko „osiedlić”

    • kanionek 21/09/2015 at 19:21

      Ależ oczywiście :) Skoro przeczytałaś wszystko, to zasady znasz. Czyli – nie ma żadnych zasad :)

  50. Kachna 23/09/2015 at 08:58

    Halo! Mały żonek! Odnaleziono magiczny proszek do rurek miedzianych (po paru dniach prawie remanentu odnaleziono też wiele innych ciekawych substancji tudzież puszki po piwie szt 4 – była afera….).
    Czy jeszcze potrzebny.
    Jakby co – napisz maila.

  51. mały żonek 23/09/2015 at 17:54

    Tak w ogóle to dziękuję za zaangażowanie. Po testach wychodzi na to, że nic z domowych środków nie rusza tego badziewia. Cola (kwas fosforowy) i kwasek cytrynowy coś zmieniły, ale raczej podtrawiały samą miedź. Kachna, dziękuję, ale pewnie ten proszek działa na tlenki i siarczku raczej nie ruszy, więc szkoda zachodu. Poradziłem sobie metodą kombinowaną, zresztą długiego życia tej pompie i tak nie wróżę. Dzisiaj pierwsze testy zanurzeniowe (na szczelność – przebicia do obudowy) i jak dobrze pójdzie jutro/pojutrze pierwsze pompowanie próbne o ile pewien sklep dostarczy wreszcie co zamówione prawie tydzień temu. Nie robię sobie wielkiej nadziei, ale jeśli faktycznie coś z tego wyjdzie, to będzie rewelacja. Bez stacji uzdatniania i tak się nie obejdzie, ale zawsze to już coś.

  52. mitenki 23/09/2015 at 19:23

    Mały Żonku – czyli będziecie wreszcie mieć wodę niezależnie od tego czy pada w Waszej okolicy? Super! :)

    • kanionek 23/09/2015 at 23:53

      Jeszcze za wcześnie by mówić „hop” (albo „chlup”), ale MAMY NADZIEJĘ :)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa