Drzewo wiadomości rogatego i nierogatego, czyli obiecane “who is who”

Ale to za chwilę, bo najpierw się pochwalę, co dostałam od Agi (wiem, że mamy tu kilka Agnieszek, więc sprawczyni podarunku niechaj się sama ujawni, jeśli tylko zechce):

syrop od Agi

Prawda, że piękny? A w środku ma syrop z czarnego bzu, którego nigdy jeszcze nie miałam okazji pić, a dobrą okazją może być np. przeziębienie lub grypa (wiem, gadam jak telewizor), tylko że ja się akurat od dwóch lat nie przeziębiam, więc dla mnie dobrą okazją będzie minus trzydzieści za oknem i kilkadziesiąt przewalonych szufel śniegu. Wtedy właśnie otworzę sobie słoik ze wspomnieniem lata i uronię do herbaty rzewną łzę. Przy okazji – rozmawiałam niedawno przez telefon z Mamą, i ona – nie czekając na styczeń – sobie otworzyła jeden ze słoików miodu z mniszka, co go ode mnie dostała w maju. Użyła miodu do herbaty, a słoik odstawiła do lodówki i na kilka tygodni o nim zapomniała. I mówi, że teraz dopiero miód zrobił się naprawdę gęsty i aromatyczny, więc może on też musi trochę dojrzeć w zimnym i ciemnym miejscu, żeby wyłożył wszystkie karty na stół? Nie wiem, sama jeszcze nie próbowałam, bo w ogóle zapomniałam, że jakiś miód robiłam, a po schowaniu w ciemne i zimne miejsce nie mogę go znaleźć.

Za to zachęcona urodziwym słoiczkiem i przepisem na syrop z bzu od Agi, ruszyłam na poszukiwania do lasu i – wierzcie, lub nie – u nas czarny bez jeszcze kwitnie (bo pewnie zaczął wtedy, gdy u Was już kończył). Uzbierałam pół kilograma kwiatów, co się okazało dopiero w domu, bo w lesie wciąż mi się wydawało, że mam mało. A że bzów całe gaje, i większość kwiatów na wysokości drugiego piętra, to z każdego drzewka zrywałam tylko po kilka dostępnych mi kwiatostanów.

bzowe gaje2

bzowe gaje3

kwiatostan bzu

czarny bez

Kwiaty zalane syropem z cukru i soku z cytryny pachną tak intensywnie, że jednorazowe uniesienie pokrywy garnka wypełnia odurzającym aromatem nie tylko kuchnię, ale i dalej położone pomieszczenia, i całe szczęście, że zapach to piękny, i taki kurdybanek mógłby się od bzu uczyć, jak człowiekowi życie umilić, no ale on woli śmierdzieć odpychająco i z nikim się nie kolegować. Koniec końców wyszło mi bardzo dużo syropu, więc spodziewam się być tak zdrowa, że nigdy nie umrę, bo nie będę miała na co, no chyba że jednak ten traktor.

syropek wiecznosci

A teraz już obiecana rozpiska “kto jest kim”, z pominięciem dorosłych kóz, które znacie już prawie tak dobrze jak ja, a żeby lepiej było widać, to nawet Wam to wszystko narysowałam, chociaż nie umiem.

rysunek pogladowy

Małych kózek nie rysowałam, bo mam przecież kozylion zdjęć, więc oto fotki i krótkie opisy:

Pippi, córka Bożeny. Filigranowej postury francuska elegantka, bardzo chciałaby zostać emancypantką, albo chociaż zbuntowaną nastolatką, i żyć szybko i niebezpiecznie, ale trochę się boi. Kiedy przyjeżdża klientka po ser, i przywozi ze sobą całą siatkę liści kapusty i obierek z marchewki, Pippi trzyma się z dala, wyglądając nieśmiało zza krzaka. Udaje, iż w najgłębszej pogardzie ma podrzędną marchew z hipermarketu i jakieś zwiędłe liście (a nawet sucharki i kwiaty jaśminowca), a tak naprawdę przeraża ją kłębiący się wokół darczyńcy tłum kopyt i rogów.

Pippi4

Pippi2

Pippi

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Kocyk, syn Bożeny. Uroczy łobuz. Mały, przedwojenny, warszawski cwaniaczek, filuternie mrugający oczkiem (mamusia nauczyła). Drobny złodziejaszek w kaszkiecie w kratkę, nie sposób mu się oprzeć, podbija nie tylko damskie serca. Nie zapowiada się na dużego kozła, ale nadrabia miną, oczkiem i ogólnym wdziękiem. Lubi possać czyjeś palce (geny tatusia), ale ostatnio gryzie, więc mu nie daję.

Kocyk

Kocyk3

Kocyk2

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Lucek, syn Tradycji. No cóż. Wysoki jak brzoza, a głupi jak… NO CÓŻ. Lucek jest dorodnym chłopakiem z bogatej rodziny, nad którym od niemowlaka wszyscy cmokali z zachwytu, aż w końcu Lucek uznał, że wystarczy, jeśli będzie w życiu dobrze wyglądał. Wzrostem prawie dogonił już matkę i nadal czeka, aż starzy zdecydują, kim będzie gdy dorośnie, a tymczasem hoduje rogi i zapuszcza szpanerską bródkę.

Lucek

Lucek3

Lucek2

I jeszcze fotka specjalna: Lucek siłujący się na rogi z o połowę mniejszym Kocykiem. Proszę zwrócić uwagę na ten imponujący grzebień z nastroszonej sierści na grzbiecie.

walka gigantow

Oczywiście wygrał Kocyk :)

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Kachna, córka Tradycji. Cwaniara, i już nie taka mała. Szybko zorientowała się, że typowo słowiańskie imię to tylko część prawdy o jej jestestwie, i że w jej żyłach płynie całkiem sporo krwi szlachetnego rodu Saanen. Zamierza kiedyś odwiedzić szwajcarską dolinę przodków, a tymczasem w CV wpisała sobie: “Kachna, ur. 11 marca 2015 (najlepszy rocznik ever! bee!), ćwierćksiężniczka, młoda, ładna i utalentowana (wszechstronnie). Posiada brata ćwierćinteligenta, którego chętnie zamieni na bilet do Szwajcarii”. Cóż, pomyliła CV z rubryką ogłoszeń, ale w ciemię bita nie jest, wyrobi się.

Kachna2

Kachna

Kachna4

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Krówko, córka Ireny. “Krówko, Krówko, chodź na słówko”, i Krówko często przychodzi, proszona, czy nie. Mniejsza z dwóch sióstr, przebojowa młoda dama z cienkimi, ostrymi różkami. We wczesnym dzieciństwie kręciły ją kręcone włosy, ale dorosła do poglądu, że lekka fala na grzbiecie wystarczy, by wyróżniać się w tłumie kóz, a jednocześnie nie wyglądać jak łaciata owca. Z siostrą i matką bardzo zżyta, choć ciągnie ją do przyrodniego brata, Kocyka. Razem stanowią parę-niespodziankę, specjalizującą się w rozwiązywaniu sznurówek stajennemu. Nad czym pracują w zaciszu pokoiku dziecięcego, gdzie młode zamykane są na noc, tego nie wie nikt.

Krowko3

Krowko2

Krowko

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Roman, córka Ireny. Piękna, bardziej wyrośnięta od siostry, łagodna w usposobieniu młoda dama. Pokonała wrodzoną nieśmiałość i umie już dopchać się po swój przydział chlebka, ale z zachowaniem godności osobistej. W razie konfliktu z innym przedstawicielem koziej rodziny ustępuje, na zasadzie “mądry głupiemu”. Lubi kotki, kurczaki, i ma już kilka ciekawych przemyśleń na temat życia i świata. Zagadkowa osobowość, z której może jeszcze wyrosnąć wszystko.

Roman

Roman2

Roman3

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

No i tak to wygląda. A miałam Wam jeszcze napisać o kolczykowaniu, które się odbyło prawie miesiąc temu. No to krótko i po kolei: znieczulenie lignokainą to faktycznie lipa. Po tym jak sobie przypomniałam, że przecież nie mogę być uczulona, bo te parę gastroskopii za sobą mam, i przy tych okazjach sprej z lignokainą łykałam jak młody rekin wodę, wypróbowałam maść na własnej skórze. Działa słabo, a kozie ucho pokryte krótką, acz bojową sierścią, zapewne nie wchłonęłoby maści wcale. W dodatku moje kozy nigdy nie miały gastroskopii, więc zachodziła obawa, że one akurat mogą być uczulone, i uznałam, że jeden stres nam wszystkim w zupełności wystarczy.

No i że tak powiem – było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale zdecydowanie nie zimna, a każdy miał swoje zadanie: Mama trzymała kozę od tyłu, opierając się o ścianę (głównie po to, żeby nie zemdleć). Ja trzymałam biedną, kozią łepetynę, żeby nawet nie drgnęła podczas zabiegu wstrzeliwania kolczyka, bo wiadomo – ucho rozerwać łatwo, a pozszywać nie ma komu. Mistrzem ceremonii naciśnięcia spustu został, na wniosek własny, małżonek. Nie dlatego, że lubi robić krzywdę małym zwierzątkom, tylko jako jedyny w naszym gronie dysponował męską dłonią, zdolną pomieścić uchwyty rozwartej kolczykownicy, i siłą, by ją sprawnie i szybko zacisnąć.

W przedstawieniu udział wzięli również: flamaster, latarka oraz środek odkażający. Każde ucho obmacywaliśmy i prześwietlaliśmy latarką, żeby wybrać miejsce bez naczyń krwionośnych i takie, gdzie akurat nie ma chrząstki usztywniającej. Bo kozie ucho lubi trzymać fason i w tym celu jest zmyślnie skrojone i pousztywniane, żeby się nie majtało jak jakiemuś spanielu, prawda. Nie chcieliśmy więc ani rozlewu krwi, ani zniekształcenia doskonałej formy koziego aparatu nasłuchowego, i w miejscach wybranych jako bezpieczne – malowaliśmy niebieską kropkę flamastrem.

Gdy już miałyśmy z Mamą niczego niespodziewającą się delikwentkę w czułych, acz ciasnych objęciach (spocone ze strachu jak myszy), skupiony jak Budda małżonek nadziewał obie części kolczyka na kolczykownicę i robił przymiarkę. I celował w kropkę. I o żesz jasna dupo urzędnicza, żeby cię wrzody dopadły i uwiąd przedwczesny – koziołkowe uszka są tak małe, a cały ten cyrk z kolczykownicą tak wielki i toporny, że naprawdę, trafić w kropkę i zmieścić dolną (tzw. żeńską) część kolczyka wewnątrz ucha razem z kawałkiem kolczykownicy, graniczy z niemożliwością. No ale do rzeczy.

Każda z naszych ofiar krzyknęła tylko raz i krótko, za to tak donośnie i przeraźliwie, że krew w żyłach zamieniała się w grudki lodu i właśnie dlatego dnia onego miałam cztery zawały. Ale zasłużyliśmy na pochwałę – ANI JEDNA kropelka koziej krwi nie popłynęła, ani jedno ucho nie babrało się po tym zabiegu, a maluchy – zdawało się – zapomniały o wszystkim w pięć minut. Raz, że dostały należne im smakołyki, a dwa – tuż po opsikaniu ucha środkiem odkażającym biegły napić się mleka od mamusi, a kozie mleko jak wiadomo rany goi, nerwy koi, skleja modele samolotów i w ogóle jest dobre na wszystko. Małżonek jednakowoż stwierdził, że najadł się więcej stresu niż na dywaniku u Szczura (Szczur – jeden z byłych szefów małżonka, kretyn z pierścieniem na palcu i ego wielkości Saturna), i że gdyby miał do wyboru, to chyba wolałby sobie wyrwać ząb kombinerkami. Z tubką lignokainy wbitą w oko.

No ale wszystko się dobrze skończyło, a na pocieszenie i dla zatarcia niemiłych wrażeń mam dla Was historyjkę o dwóch krzaczkach jaśminowca. Był sobie krzaczek jaśminowca, który miał zarówno urodę, jak i rozum:

jaśminowiec rozsądny

A był i taki, któremu się wydawało, że wie lepiej, i zaczął się zadawać z kozami:

jasminowiec chrobry

capra erectus

zadowolona

Jak się skończyła ta historia to chyba widać na zdjęciach, a jeśli chodzi o to, jak wysoko sięga koza, to powiem tak: ja mam wzrostu 168 centymetrów, a tak wysoko pyskiem nie sięgnę.

A tu już, mili Państwo, uroczyście dziś rozetwarty ser dojrzewający:

ser z papryka2

ser z papryka

ser z papryka3

Smakuje tak dobrze, jak wygląda, choć niestety – ani trochę kozą. 45 dni pielęgnowałam gada, skórkę mu przecierałam i sól wmasowywałam, na plecki przewracałam, jak emeryta w szpitalnym łóżku, kolana prawie całkiem zużyłam na tych stromych schodach do piwnicy, a on kozą smakować nie chce, bo od dziecka pragnął być Tylżyckim. I co ja mu mogę zrobić? Na etapie mieszania ziarna doprawiłam go lekko wędzoną papryką, dla koloru, a tak mi się przynajmniej wydawało. Drobinki papryki widać tu i ówdzie, ale kolor ten ser ma jednak własny.

No i nie wiem, ale wciąż mi się wydaje, że nie przekonałam Was do wróbelków, a ponieważ dziś przyszła książka, którą pożyczyła mi w swej wspaniałości Prowincjonalna Nauczycielka, to pozwolę sobie wrzucić kilka fotek na zachętę. Tak wygląda oryginalna okładka:

ksiazka

A tu kawałeczek jednej historyjki:

wyciag z wrobelkow1

wyciag z wrobelkow2

wyciag z wrobelkow3

I wiecie co? Prowincjonalna pisze mi, że tuż po naszej wymianie korespondencji w sprawie wypożyczenia “Wróbelków” przyszła do niej znajoma i powiada, że właśnie była zilustrowała taką jedną książkę, i nie może znaleźć wydawcy, który chciałby ją wydać. A Prowincjonalna na to – “A jaka to książka?”. A znajoma, że taka mało znana, “My, wróbelki” się nazywa!

No to jak to – MAŁO ZNANA? I jak to, że nie chcą wydać? No weźcie mnie nie denerwujcie! Uderzam do wszystkich Państwa w ten oto apel gorący – jeśli jest na sali ktoś, kto zna kogoś, kto mógłby zapytać kogoś, kto miałby możliwość to wydać, to ja bardzo proszę :) “Wróbelki” są dla dużych i małych, “Wróbelki” zasługują na wydanie wskrzeszające, “Wróbelki” są jak kozie mleko – dobre na wszystko. I nie trzeba niczego konsultować z lekarzem psychiatrą, ani tym bardziej farmaceutą. Jakby coś – można pisać w komentarzach, albo mailem: info@kanionek.pl

PS. Czy są gdzieś w sieci konkursy na najbardziej popie*dolone wpisy na blogu? Wiecie, takie z kategorii “mydło, powidło, groch i kapusta”? Bo startowałabym.

45 thoughts on “Drzewo wiadomości rogatego i nierogatego, czyli obiecane “who is who”

  1. nikt wazny 03/07/2015 at 01:46

    Hmmm, wszyscy spia, a moja nocna towarzyszka Lidka milczy (pozdrowienia!) a ja nie mam, jak zwykle, nic madrego, ani ciekawego do powiedzenia.
    To moze poprosze, zeby ode mnie posmyrac za uszkiem Pippi. Reszte koziolkow takze, ale ja szczegolnie.
    ps. glupio spytam: czy tylko mnie dziwi, ze czarny bez kwitnie na bialo?

    • ciociasamozło 03/07/2015 at 09:52

      A fioletowe wegierki też kwitną na biało i nikt się nie dziwi ;)
      “Tato, co to jest? Czarna jagoda. A dlaczego jest czerwona? Bo jeszcze jest zielona.”

      • Grace 04/07/2015 at 17:11

        A jak dojrzeje, będzie fioletowa.

        • kanionek 04/07/2015 at 21:24

          Grace – dokładnie :D

    • kanionek 04/07/2015 at 21:21

      Nikt Wazny, on się tak nazywa, bo owoce ma czarne. To znaczy granatowe ;) I pewnie chodziło o to, żeby go odróżnić od np. bzu koralowego, który owoce ma koralowe, znaczy takie różowe jakby ;)
      Pippi jest urocza, prawda? I tylko z wyłupiastych oczu do matki podobna. Posmyrałam, a jakże :)

  2. Lucy on the Sky 03/07/2015 at 01:57

    Hej Kanionku! Dzielnie się spisaliście z tymi kolczykami. Czytając prawie zemdlałam, ale dobrze, że już po. Koziołki super, wróbelki super, Rosoły super. Tylko ten czarny biały bez trochę taki za biały jak na czarny… No nic, gadam trochę od rzeczy pewnie przez tę wczorajszą pełnię. Od sera zgłodniałam po nocy. Uściski! :-)

    • kanionek 04/07/2015 at 21:18

      Ach! Jaka u mnie była pełnia! Ogromny, napęczniały z dumy księżyc wisiał nad lasem, tak ciężki, że zaraz spadł i tyle go było widać. Ale piękny był, i taki złotawy… I wtedy się zorientowałam, że o takim samym pisałam Wam rok temu, i że mój porze, jak ten czas leci :)

  3. sliwka 03/07/2015 at 06:20

    Kanionku, myslalam o Tobie ostatnio w samolocie w drodze do pieknej, gorzystej Helvetii. W liniowym pisemku byl bowiem artykul o sielskim zyciu na wsi i produkcji serow z mleka koziego. Bohaterowie wyrwali sie z zycia miejskiego i sa obecnie wlascicielami uroczego stada 150 koz oraz domowej wytworni serow. Czego i Tobie zycze :-D

    • kanionek 04/07/2015 at 21:14

      Omatko, 150 kóz? Już widzę, jak Wam rysuję drzewo genealogiczne – na papierze toaletowym! :D
      No ale z bohaterami już tak jest, a my są zwykłe patałachy ;)

  4. Iwona 03/07/2015 at 06:59

    Ale powyrastały kozie dzieci! Śliczne są. A syrop z bzu możesz pić z wodą na upały, bardzo dobrze gasi pragnienie. Bez to taki mój kurdybanek, śmierdzi mi i już, chociaż po dodaniu cytryny ujdzie zapach. A mam go na podwórku kilka, bo uroczo wygląda, jak kwitnie :-) , a owoce można w skupie sprzedać.

    • aga 03/07/2015 at 07:25

      Syrop z bzu z wodą na upały genialny! A jak jeszcze dorzucić parę listków mięty, to już poezja. Tylko czy u Kanionka bywają upały? a owoce zamiast sprzedać, lepiej zalać spirytusem ;-)

      • kanionek 04/07/2015 at 21:06

        Upały u Kanionka bywają – przychodzą znienacka, duszą co im w ręce wpadnie, i równie nagle odchodzą :) A z owocami coś będę kombinować, gdy przyjdzie czas, choć jeśli chodzi o nalewki – w tym roku nastawiam się na czarną porzeczkę, bo w roku ubiegłym lato mnie oszukało i ani jednej porzeczki nie dało.

    • kanionek 04/07/2015 at 21:12

      Iwona – a ja właśnie chcę sobie tego bzu nasadzić wzdłuż wschodniego ogrodzenia, bo pachnie mi ładnie, kwiaty miałabym pod ręką, no i żywopłot jak ta lala malowana :) Podobno można ukorzenić pędy jednoroczne (zmiłuj się nad nami, żebyśmy je odróżnili od dwuletnich na przykład), cięte jesienią (czyli dokładnie kiedy? ktoś wie?), które zakwitłyby po czterech latach.
      A kozie dzieci rosną jak na drożdżach. Kachna będąc w wieku Ziokołka ważyła prawie dwa razy tyle, co wtedy Ziokołek, a trzymiesięczny Lucek jest dwa razy większy od uiegłorocznego Pecika :) Dzieci Ireny też niedługo dogonią matkę wzrostem, a kto wie, może i przerosną. Największą zagadką jest Pippi i jej brat, Kocyk. Pippi nie zapowiada się na baryłę, a i Kocyk taki jakiś droniutki. Zobaczymy w swoim czasie :)

      • Iwona 04/07/2015 at 22:44

        Jednoroczne to te bez kwiatów i jesienią bez owoców. Bez nie owocuje na pędach jednorocznych. A jesienią kiedy? Pędy muszą zdrewnieć, bo inaczej nie ukorzenią się. Myślę, że sierpień- wrzesień, jak dojrzewają owoce. Bez sam się rozsiewa, jak szalony, może tam samosiejki są, to sobie ukopiesz.

        • kanionek 05/07/2015 at 00:10

          Dzięki wielkie, Iwona :) Poszukam zatem takich bez owoców, a samosiejek szukałam już teraz, ale nie znalazłam – te gaje bzowe w lesie muszą walczyć o byt z całym mnóstwem innego zielonego, więc raz że ciężko im się przebić, a dwa – nawet jeśli są tam jakieś samosiejki, to ich nie widać. Może właśnie późną jesienią, gdy chwasty zakończą egzystencję…?

  5. ciociasamozło 03/07/2015 at 09:59

    Kanionku, opis kozich osobowości boski! I nie chcę więcej słyszeć, że z książką to Ty nieteges ;P.
    Ja bardzo prosze Osoby Utalentowane o stworzenie galerii koziej młodzieży. Czy jest na sali Diabeł?

    • kanionek 04/07/2015 at 20:59

      Diabeł miał być na wakacjach, tylko terminu dokładnie nie pamiętam, bo mi czas tak leci, że nie nadążam zrywać kartek z kalendarza ;)
      Dziękuję za komplement, ale ja tu tylko relacjonuję rzeczywistość. Każda koza jest inna i to widać, słychać i czuć, od razu. A gdy się z nimi spędzi choć kilka godzin, to już opisać charakterki nietrudno ;)

  6. aguti 03/07/2015 at 11:00

    Kanionku – ser mnie natchnął tak bardzo, że aż się odzywam :D Bo ośliniłam się po kostki, w pracy i wśród ludzi (no, powiedzmy) będąc! :)Mniam, mniam, mniam… Ach.
    Kozuchy przecudowne i charakterne! czasem sobie jeździmy z Narzeczonym (oświadczył się czas jakiś temu, więc awansował z Konkubenta – tak gwoli wyjaśnienia) do ZOO w Ueckermunde, bo tak można wleźć do zagrody kóz i karmić je z ręki. Wchadzam więc maniakalnie, co nawet skończyło się utratą kwiecistej sukienki, jak się dorodnemu kozłowi popierdzieliło ;)
    Jak pojawia sie Twój nowy wpis, to najpierw sprawdzam jego długość – czy aby nie za krótki przypadkiem – a potem sie delektuję :) Chyba zacznę czytać blog od początku, bo zeżarłam go w tydzień :)
    Pozdrawiam serdecznie ze Szczecina – głośnego, skwarnego i tak bardzo miejskiego, niestety :)
    aguti

    • kanionek 04/07/2015 at 20:56

      A ja się kiedyś zastanawiałam, czy ktoś z Was tak robi – to znaczy sprawdza przed przeczytaniem długość całego wpisu. No bo ja tak robię na niektórych blogach :)
      A ten kozioł od sukienki, to miał rogi, czy po prostu chciał sobie zerwać kwiatka? Andrzej np. lubi mnie zaczepiać, ocierając pyskiem o moje nogi, i gdybym chadzała w sukienkach, wszystkie byłyby poszarpane rogami.

      • aguti 06/07/2015 at 08:02

        Kozioł miał rogi, gdyż był porządnym kozłem ;) Dorosłym :D Może znajdę gdzieś zdjęcie :)

        • kanionek 06/07/2015 at 09:14

          O, to jeśli znajdziesz – zarzucaj. Na forum, albo do mnie mailem, to wrzucę do wpisu. Niech Andrzej sobie nie myśli, że jest jedynym dorosłym (prawie), porządnym (ha, ha) kozłem. bajdełej – Andrzej nadal ma wszystkie zęby, a czekam aż zgubi pierwszą jedynkę, bo wtedy będzie wiadomo, że skończył rok. Tradycja wypluła jedynki z zegarkiem w ręku :)

  7. sieka 03/07/2015 at 11:17

    Witam Kanionku! Mam dla Ciebie modowe hasło na bloga : Kozy są cozy! Ha! Co myślisz? Ale jak Ci się nie podoba to nie mów, albo mów, albo mów ale oględnie, albo wal prosto w oczy, albo……Sory, biuro, upał, ostatni dzień przed urlopem….

    • kanionek 04/07/2015 at 20:51

      No to miłego odpoczynku, Sieka, a hasło jest w deskę :) Tylko na modzie się nie znam. Ale gdybym się kiedyś poznała, to hasło już mam.

  8. Fredzia 03/07/2015 at 12:37

    Sieka, to odliczamy razem ;) Czy Ty też zawsze przed urlopem masz takie spiętrzenie RzeczyDoZrobieniaNatychmiastBoInaczejKoniecŚwiata? Mam teorię, że wolne dni trzeba odpokutować – przed lub po a najczęściej ciągle i po wsze czasy.
    We wróbelkach urzekł mnie obrazek, bo jest na moim poziomie, więc się podbudowałam, że jakby co porzucę pisanie dla ilustrowania ;) Natomiast chociaż pracuję w wielkim wydawnictwie pomóc nie mogę, bo tu jak nie masz przed nazwiskiem prof. nadzw. dr hab. inż. hm. to Ci tylko podanie o urlop wydrukują :/

    • kanionek 04/07/2015 at 20:49

      O to to, Fredzia. Mnie też te ilustracje przekonują, że i ja mogę rysować, dlatego odważyłam się zrobić owo drzewo genealogiczne dla Was.
      Miłego odpoczywania. Ja co prawda wypadłam korpo całkiem spod ogona, ale jeszcze pamiętam kiwanie się nad biurkiem o 22:00 w piątek przed urlopem, i konstruowanie na ostatnią chwilę automatycznej zwrotki mailowej: “W dniach takich a takich jestem na urlopie, w sprawach niecierpięcych zwłoki proszę pisać do: xxx@yyy.pl“. Za to teraz nie mam urlopów, i widok za oknem codziennie ten sam, aż do śmierci ;)

  9. sieka 03/07/2015 at 14:18

    oczywiście miało być “Kozy są cosy”. Boszszsz…żena (jak ponoć mówi młodzież). Oj Fredzia, mam tak samo, ale kończę zawsze takim miłym dla mnie mailem: “od tego do tego jestem na urlopie, zastępuje mnie….” a w środku tańczę.

  10. Ania W. 03/07/2015 at 18:07

    Kanion, jesteś dobrem narodowym, nie ma dwóch zdań! Twój rysunek piękny, koziołeczki przecudne, mój chrześniak naj naj naj! I wystarczy chłopakowi, jak będzie wyglądał ładnie, mądra koza się nim zajmie i poprowadzi przez życie :)

    • kanionek 04/07/2015 at 20:45

      “Mówili mi, że mogę być kim zechcę, więc zostałam dobrem narodowym” :D
      A wiesz, że umiem narysować kozę tylko z głową po lewej stronie? Odwrócona mi nie wychodzi. To pewnie jakiś problem z półkulami mózgowymi, co mnie ani trochę nie dziwi.
      A koziołki owszem, cudne, no trudno mi się z Tobą nie zgodzić :)

  11. shal 03/07/2015 at 18:30

    Najbardziej się mi podoba Tradycja .Stoi jak w puentach.Przesyłam moc głasków chrześniakom,Atosowi i ogółowi.

    • kanionek 04/07/2015 at 20:40

      Ogół i szczegół dziękują jednogłośnie, Shal :) A Tradycja faktycznie pięknie wyszła na tych zdjęciach. Często jej powtarzam, że jest piękna, a ona mi na to: “słyszałam, że mówisz tak wszystkim kozom!”, i jest cała obrażona :D No ale prawda, mówię tak wszystkim kozom. Prócz Andrzeja. Do niego mówię per “kochana obszczymordo”.

  12. Kania 03/07/2015 at 21:56

    Kiedyś widziałam “ekstrakt dymu wędzarnianego”jako dodatek dla producentów kiełbas. Musisz chyba nabyć “ekstrakt zapachu koziego” bo nie może tak być, żeby ser nie pachniał kozą. Przynajmniej ten dojrzewający. Ja bardzo lubię kozie sery i lubię ten specyficzny zapach.
    A fragment książki zachęcający wielce. Jestem za wznowieniem, chociaż sama wolę stare wydania.

    • kanionek 04/07/2015 at 20:38

      No właśnie to miałam na myśli, pisząc odcinek zatytułowany “aromat kozy kupię…” :)

  13. aga 03/07/2015 at 22:49

    Tradycja obżerająca jaśmin z szelmowską miną jest boska. A patrząc na jej wymię (czy jak się te big cycki nazywają u kozy?) jestem pewna, że te skromne 5 serków zdążycie wyprodukować :-) Na widok tak pięknie dojrzałego sera ślina cieknie, jeśli wyjdziesz z fazy eksperymentalnej zapisuję się na pierwszą degustację! I dziękuję za wróbelki – dzięki zaprezentowanej tam genialnej metodzie dydaktycznej moja praca stanie się dużo prostsza – jeb w łeb i materiał przyswojony :-D

    • kanionek 04/07/2015 at 20:37

      Wymię widoczne na zdjęciu to jest mały pikuś, ledwie kilka godzin po dojeniu :) PRZED dojeniem to jest balonik Prosiaczka ;) Mam gdziesik fotki, kiedyś zapewne wpasują mi się do wpisu. A mleko na sery mam tak rozpisane, do ostatniej kropelki, że jeśli jeszcze któraś koza zrobi mi numer w stylu Bożeny (dzisiaj tylko dwa słoiczki po 450 ml), to mi się cały harmonogram zawali! Ja i moje kozy mamy czasami zupełnie niekompatybilne poczucie humoru. Trzymaj kciuki, żeby do środy były poważne niczym regulamin przesyłek Poczty Polskiej ;)
      Metoda dydaktyczna z “Wróbelków” i mi przypadła do gustu, a ten fragment, zapewniam, nie jest najlepszym fragmentem z książki. Dlatego jeszcze raz polecam lekturę :)

  14. kanionek 04/07/2015 at 12:14

    Kochane Kozy, ardzo Was przepraszam za rak odzewu, ale wczoraj internet poszedł w krzaki (może też nie lui upałow), a dziś skończyło mi się kilka literek na klawie i wyaczcie – nie mam już cierpliwości do kopiowania. Jak się ogarnę, to się odezwę. Przed chwilą odparła kolejny atak rudego skurwla (kilka razy ganiał za nim małżonek, dziś padło na mnie), który ezczelnie podchodzi pod samą furtkę. Jeden kogut już nie ma w ogóle piór w ogonie, drugiemu dopiero zaczynają odrastać, ale niemądre kurczaki nadal łażą w to samo miejsce, a rudy skurweł tylko na to czeka. No nic. Do zoaczenia po przerwie technicznej ;)

    • pluskat 04/07/2015 at 23:23

      Może by się tak zaczaić się na rudzielca i polać go wodą z węża? Bo on widzi, że tu dobrzy ludzie mieszkają i trzeba, żeby zmienił zdanie. Albo mu z klamki huknąć, bo huk mu się źle kojarzy. Tygrysie gówno też by było dobre.
      Że też ta pękata ciotka Bożena do spółki z małym zabidzonym Andrzejkiem zmajstrowali taką szykowną córeczkę, która w tych swoich czarnych pończoszkach wygląda jak jakaś paryska pensjonarka z belle époque. W ogóle kozy masz prześliczne, takie spokojne i ufne, młodzież jest dorodna i pewnie martwisz się koedukacją.
      Ser 45 dniowy zadziwiający (skąd te dziurki?), wygląda na bardzo higieniczny, w niczym nie przypomina francuskich – miękkich i oślizłych, pewnie decyduje klimat i rodzaj szczepów bakterii . Ser jaśminowy… Jadłam lody lawendowe, podobno ze świeżych kwiatów, teraz właśnie sezon. Dobre i wcale nie smakowały jak mydło.
      Zdecydowanie wolę te wróbelki od tamtego sprasowanego. Ale może też miał szalone życie?

      • kanionek 05/07/2015 at 00:07

        No właśnie na to samo wpadłam! Żeby mu z klamki, jak go znowu zobaczę. Tylko nabój muszę wymienić. Może nawet trafię, a jeden mały śrucik wielkiej krzywdy mu nie zrobi, za to rudy popamięta mnie na długo? Tygrysie gówno od biedy też dam radę załatwić, mam rodzinę w ZOO (to znaczy PRACUJĄCĄ w Zoo, żeby nie było!), ale czy ono na pewno działa?

        Och, Pippi. Po mamusi ma oczy wystające daleko poza głowę, a po tatusiu zapewne to długie, potargane futerko :) Po kim te czarne nogi to nie wiem, ale piękna jest, że lepszej sama bym nie wymyśliła :) Tak, koedukacja spędza mi sen z powiek. Nadal się waham – kastrować, czy zostawić choć Lucka (bo same dobre geny po rodzicach odziedziczył), ale wtedy – co z nim? Łeb mi pęka od tych gorączkowych kombinacji, a czas ucieka.

        Ser jest bardzo higieniczny, bo chyba mam zbyt dużego pierdolca na punkcie ewentualnego zatrucia, czy coś. Może nie nadaję się na serowara z prawdziwego zdarzenia, bo choć nie stronię od eksperymentów, poza pewne bariery psychiczne nie wyjdę. A dziurki to tak, od akterii, które miały tam być, bo ja lubię sery z dziurami :) Miękki i oślizły to mi wyszedł inny ser, który jeszcze siedzi w piwnicy, i trochę się go boję.

        Tak, wróbelki, wszystkie bez wyjątku, mają szalone życie! Może znajdziesz tę książkę u siebie?

  15. piątka 07/07/2015 at 12:10

    Dzień dobry, Kanionku,
    zwykle nie piszę, ponieważ tak pięknie opisujesz rzeczywistość, że nie mam nic do dodania, a i komentarze Kóz zacne i celne, więc się nie wychylam. Natomiast w sprawie wydania „My, Wróbelki” sprawa może nie być wcale prosta. Chodzi oczywiście o prawa autorskie do książki, które trzeba by kupić od autora (lub jego spadkobierców), albo od wydawnictwa naszego rodzimego, które te prawa posiada. Jeśli kupujemy prawa od autora to dochodzi koszt tłumaczenia, jeśli od wydawnictwa polskiego, to również prawa do polskiego tłumaczenia, ufff… to dopiero początek. Rysunki w książce są samego autora, więc właściciel praw autorskich do całej książki może się nie zgodzić na publikację w innym opracowaniu graficznym. I jak zwykle diabeł tkwi nie w szczegółach, tylko w kasie – jeśli jakieś duże wydawnictwo zwęszy zysk, to się na to porwie. Małe będzie się bało zainwestować czas i pieniądze, w coś co się nie zwróci, a jak wiadomo tak się dzieje z pozycjami ambitnymi/wartościowymi, bo szmatławce sprzedają się świetnie :( Generalnie, jak mawia mój znajomy wydawca – ja wszystko wydam, tylko niech mi dadzą na to pieniądze…

    • kanionek 07/07/2015 at 12:28

      O, dzięki, Piątka, za przybliżenie istotnych szczegółów :) Jeśli chodzi o biznes wydawniczy to ja nie mam żadnych romantycznych złudzeń, i jest to jeden z powodów mojej niechęci do pisania książki (jeden z WIELU, ale wcale nie najmniej istotny – jestem na granicy bankructwa i jeśli mam w coś wkładać pracę, to ona musi przynieść zysk, inaczej wszystko pójdzie się… migdalić). Faktycznie, prawa autorskie. I możesz mieć rację co do ilustracji – oryginalne są dość specyficzne, i być może sam (nieżyjący już) autor widział w tej książce jedną, nierozerwalną całość?

      • piątka 07/07/2015 at 12:50

        …właśnie, też mi się tak wydaje, bo ten pomysł ze sterami na ogonach genialny :))) Kanionku, ale z Twoją książką można by jednak więcej ugrać. Po pierwsze masz blog i wierne grono wielbicielek i wielbicieli, więc można od razu założyć, że przynajmniej połowa zakupi Twoje dzieło – na tej podstawie można skalkulować nakład (potem oczywiście dodruki, wydania drugie uzupełnione etc :))). Blog jest też bardzo dobrą reklamą, co w dzisiejszych czasach jest niestety często ważniejsze od samego dzieła. Druga sprawa, to Twoja decyzja, czy zażądać od wydawnictwa honorarium z góry, czy też wolałabyś udział w zyskach…

        • kanionek 07/07/2015 at 13:24

          …no i nie zapominajmy, że wciąż dzielimy skórę na niedźwiedziu, który niczego nieświadom turla się po torfowisku i obżera jagodami w lesie ;)

  16. piątka 07/07/2015 at 13:49

    … :)))) no i jak tu Cię nie kochać, Kanionku?! Trochę tak, ale powiem Ci szczerze, że masz talent – WSZYSTKO co napiszesz, czyta się z zapartym tchem. Może na początek spróbować powieści w odcinkach? np. w gazecie/magazynie (jak Sienkiewicz), ale pomyślałam o wierszówkach i szkoda Cię na taką szarpaninę… Myślałam też o e-booku, wtedy koszty wydania odlatują w siną dal, za to dochodzi problem publikacji internetowej i pobierania za nią opłat, co z kolei niesie za sobą konieczność wystawiana faktur lub co gorsza paragonów i oczywiście nie można zapomnieć o honorarium dla Małżonka, który musiałby tym wszystkim zawiadywać… jak się nie obrócić urząd skarbowy niesmaczny i niezdrowy :(

    • kanionek 08/07/2015 at 16:50

      Dziękuję, Piątka :) Jak już coś napiszę, to się będę martwić, a teraz wracam do roboty.
      Muszę zabezpieczyć siatką uchylne okienko w koziarni, a że sztuczka z gięciem drutu mi nie wyszła (bo to okienko z łukiem u góry, czyli ładne, ale całkiem popie*dolone), to wymyśliłam inny sposób. Jak wyjdzie, to się pochwalę. Kupiłam też żarówkę, oprawkę i kilo kabla, bo – zgodnie z obietnicą małżonka – mam ciemno. Gdyż ponieważ pomimo, iż lampkę od dawna mam zrobioną, to się na czas “nie ogarnęłam”, nie pociągnęłam kabla po ścianie i nie połączyłam sobie puszki z lampką. No to będę miała żarówkę zwisającą z żyrandola na kablu, podłączoną do przedłużacza, jak na kretynkę przystało. Dobrze, że trutkę na szczury kupiłam.

  17. zeroerhaplus 07/07/2015 at 17:47

    Capra erectus :D

    PS. Grzbiet Lucka z grzebieniem jest w pytę, że się tak wyrażę :)

    • kanionek 08/07/2015 at 16:24

      Prawda? Przekomiczny.
      I w ogóle Lucek zmienił mocno szatę – ma teraz więcej czarnego na łbie, a kadłubek zrobił mu się popielaty, choć widnieją na nim wyraźnie odznaczone, białe plamy. No i grzebień bazyliszka też biały. Śmieszny z niego dzik :)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa