Taki upał to zbrodnia, czyli jak wpleść kurdybanka do kryminału

Mucha na suficie stawała się coraz bardziej wyraźna. Co prawda poruszała się całkiem niezgodnie z muszym zwyczajem, bo – nie poruszając łapkami – wykonywała szybkie i niespodziewane skoki w bok, do przodu, i znów w bok, ale zdecydowanie była to mucha, a nic tak dobrze nie robi na skołowany umysł jak widok czegoś znajomego po przebudzeniu. “Sufit biały, więc nie jestem u siebie” – pierwsza poprawnie skonfigurowana myśl błądziła, szukając towarzystwa, po umyśle Mariusza D. Zamknął oczy, pragnąc ponownie zapaść w błogi sen, bez pytań, zygzakującej muchy i niestosownie białego sufitu, a gdy ponownie je otworzył, nad jego twarzą wisiało już pucołowate i bardzo z siebie zadowolone oblicze Ordynatora Kolesińskiego.

–  Trutka na szczury! – zakrzyknął triumfalnie Ordynator, bezpardonowo rozwierając na wpół przytomne powieki pacjenta i świecąc mu w oko jakimś długopisem. – Jest pan szczurem? – zapytał wesoło.

–  Co? Nie. Jakim znowu szczurem? – wobec takiego pytania mucha zjeżdżająca slalomem z sufitu wydała się Mariuszowi czymś jak najbardziej normalnym, a wręcz pożądanym.

–  No normalnym takim, gryzoniem z ogonkiem, czy pan jest. – Doktor mrugnął do stojącej obok pielęgniarki. – Bo jeśli nie, – tu wziął się pod boki – to czy może mi pan powiedzieć, po jaką cholerę żarł pan trutkę?
Pielęgniarka Kasia zachichotała, skromnie zakrywając usta Kartą Pacjenta na sztywnej podkładce. “A bo może mam pietruszkę na zębach?” – pomyślała. “Mówiłam matce, żeby mi nie sypała tej pietruszki do kanapek, a w ogóle – kto dziś jada kanapki z jajkiem na twardo. Żenada rodem z peerelu”.

–  Nie żarłem żadnej trutki – oślepiony długopisem i spocony jak – nie przymierzając – szczur, Mariusz D. gwałtownie zerwał się do pozycji siedzącej, po czym równie szybko opadł z powrotem na twardą, szpitalną poduszkę. – Nie żarłem… – powtórzył cicho i żałośnie, a na widok jego oblicza, znów przyjmującego kolor ciekawej zieleni, pielęgniarka Kasia nie wytrzymała nerwowo i wymknęła się do toalety dla pacjentów, sprawdzić co z tą pietruszką.

–  Czyli, skoro sam pan nie żarł, to ktoś pana nakarmił – Ordynator Kolesiński powiódł wzrokiem za kształtną łydką znikającą za drzwiami toalety. – Bo właśnie bromadiolon znaleźliśmy w pana, że tak powiem, organizmie. – Tu chciał znacząco postukać długopisem w Kartę Pacjenta, ale przypomniał sobie, że Karta wraz z Kasią właśnie pudrują nosek i podwiązki, czy co tam te baby robią tyle czasu w toalecie.

–  A skoro tak… – zatknął długopis w kieszeń fartucha – to będziemy musieli pogadać jeszcze z Policją. No chyba, że woli pan najpierw z żoną?

Mariusz D. nie wiedział w tej chwili, czy z żoną, czy z Policją, i czy w ogóle ma ochotę z kimś gadać, bo pocił się jak szczur (doprawdy, czy nie ma już na całym świecie innego porównania?!), cyrkowa mucha nie pozwalała jego myślom skupić się w jedną, zwartą gromadę, a do tego było mu niedobrze. I jeszcze to obce miejsce – nigdy przedtem nie był w szpitalu, i na samą myśl, że ta durna pielęgniarka BYĆ MOŻE dotykała jego cielesności, oglądała dziurawe gacie… “Taką mam właśnie żonę”, pomyślał gorzko, “że w dziurawych gaciach chodzę, i jeszcze gumka luźna i opadają…”. I to wszystko, te opadające gacie, dziurawa żona, mucha i trutka, obcy sufit i bezzasadnie wesołkowaty Ordynator, to wszystko wezbrało w nim, zawirowało z zawrotną prędkością i nakryło go nową falą mdłości, zimnego potu i obrzydzenia. “Kurewski świat”, zdążył jeszcze pomyśleć, nim odpłynął w zimny, senny koszmar, w którym pielęgniarka Kasia w stalowych podwiązkach aplikowała mu dożylnie skoncentrowany wyciąg z zielonej pietruszki. “Czy oni nie wiedzą, jak ja nie cierpię pietruszki?” – majaczył, rzucając się w przepoconej pościeli, a Kasia z mściwą satysfakcją odpowiadała: “To odtrutka. Na pańską żonę odtrutka to jest, prawda, doktorze?” A Ordynator Kolesiński, który nie wiedzieć czemu był wielką, włochatą muchą w lekarskim kitlu, uśmiechał się tylko kiwając głową na potwierdzenie, że owszem, odtrutka, i cały czas świecił mu w oczy tym przeklętym długopisem.

***

Tymczasem żona, zgięta wpół na plastikowym krzesełku szpitalnego korytarza, ściskając w dłoni jakiś wiecheć naprędce zebranych, polnych kwiatów, kiwała się w przód i w tył, jak dziecko porażone autyzmem, i ogryzała paznokcie drugiej, wolnej od kwiatów dłoni. “Że też skurwla odratowali”, powtarzała w myślach jak zegarynka, a ściśnięte do granic wytrzymałości maki, wrotycze i kurdybanki opadały z sił, zwieszając główki ku błękitnemu linoleum. Po głowie, niczym w makabrycznym dowcipie szalonego operatora projektora kinowego, latały jej bez ładu i składu obrazki z obejrzanych filmów i urywki książek o tematyce zbrodniarskiej – jakieś wyciągane z gniazdka wtyczki respiratorów, odcinane rurki transfuzyjne, wstrzykiwane w tętnicę bąbelki powietrza, ale nic nie chciało trzymać się kupy i Hanka miała wrażenie, że kręci się na jakiejś wariackiej karuzeli donikąd. “Że też człowiek nie może sobie niczego sensownego przypomnieć, gdy mu akurat potrzeba” – zatrzeszczał w zębach ostatni odgryziony paznokieć. “Że też, że też!” – zirytowała się w końcu, ścisnąwszy bukiet tak mocno, że zielsko ostatecznie się poddało i puściło sok.

–  A pani to, jak mniemam, małżonka pana Mariusza?
Ze swojej skurczonej pozycji Hanka zobaczyła najpierw zatknięte w kieszenie białego fartucha dłonie, oraz niemożliwie wręcz białe chodaki Ordynatora. Wytrącona z pochyłej równowagi i gorączkowego skupienia wystrzeliła z krzesełka w górę, odruchowo wtykając bukiet polnych trupków prosto w rumianą twarz Kolesińskiego.

–  Ja! Tak. Mariusza mojego małżonka – wysapała nerwowo w zwiędłe sploty kurdybanka, które dzieliły jej twarz od oblicza najbielszego interlokutora.

–  No to – Kolesiński odsunął delikatnie dłoń dzierżącą w zesztywniałych szponach niegdyś zapewne urodziwy bukiecik – zapraszam pod sześćdziesiąt sześć. Małżonek żyw, choć zmęczon – mrugnął odruchowo oczkiem, choć stojącej przed nim, potarganej zjawie z pałającym licem i szaleństwem w oku daleko było do urody takiej, dajmy na to, panny Kasi, i ruszył korytarzem, skrzypiąc podeszwami chodaków po błękitnym linoleum.

–  Sześć razy sześć, sześćdziesiąt sześć – wymruczała pod nosem zjawa tonem godnym magicznego zaklęcia, a gdy zaskoczony tak deklamacją, jak oryginalną arytmetyką Ordynator odwrócił się pytająco, dodała pospiesznie: – A imię jego czterdzieści i cztery.

–  Co oczywiście wiele wyjaśnia – westchnął Kolesiński zastanawiając się, czy wołać po dyżurnego psychiatrę już teraz, czy może dać kobiecinie szansę na otrząśnięcie się z szoku, w jakim ani chybi się znajdowała. I ten bukiet!

***

Może taką książkę wolicie? Tylko uprzedzam uczciwie, że nie wiem, co było dalej, bo to się przecież nie wydarzyło, a powszechnie wiadomo, że najłatwiej się pisze historie z życia wzięte, prawda. A ja, jako początkująca pisarka, powinnam mieć łatwiej, a nie trudniej, bo nie od razu Rzym spalono, i pierwszy kryminał napisano. Tymczasem upał taki, że wytrzymać nie idzie. To jest właśnie lato w Polsce – najpierw całymi tygodniami dwanaście, piętnaście stopni, a w nocy nawet pięć, tylko po to, by znienacka walnęło przez łeb trzydzieści i trzymało, aż wszyscy puszczą ostatnie soki, jak ten Hanki bukiecik. No i niby przemeblowałam sobie harmonogram prac w taki sposób, by w te najgorętsze godziny nie robić nic na zewnątrz, no ale zielska i tak musiałam dziś koziełłom nakosić, bo one też źle znoszą upały i wolą głodne siedzieć w koziarni (tylne drzwi mają otwarte i niech już będzie tym jaskółkom), niż żywcem iść na grill.

W dodatku muchy i inne kąsające dziadostwo szaleje, korytarze powietrzne pełne brzęczącego tałatajstwa, biedne kozy podskakują co chwilę jak oparzone, i idź pan do diabła z taką riwierą. Moja siostra, jak się okazuje, balowała sobie ostatnio w jakiejś Grecji, czy coś, na żółwiu jeździła i drinki popijała, a ja tu jeżdżę na kosiarce (bo nie daj bób w taki upał kosą machać – można się machnąć wprost na tamten świat), i nawet drinka nie chlupnę, bo zejdę. A przed chwilą Irena uznała, że nie ma co czekać aż się rozpiję, tylko trzeba działać natychmiast, i słyszę przez otwarte na oścież okno, jak beczy rozdzierająco, aż serce krwawi.

Pomna ostatnich przygód z rudym skurwełłem i znikającymi kurczakami rzucam więc książkę, którą dla Was piszę, i lecę w te krzaki, chaszcze i kolczaste pnącza, w samych klapkach z Lidla dziurawych, muchy rzucają się na mnie jak na padlinę, którą w końcu jestem, słońce wypala mi dodatkowe otwory w głowie, a Irena, dowcipna cwaniara, jeszcze myli trop. Nie dość, że beczy bez ustanku, to na ten dodatek idzie w las na zachodnią stronę, a przy boku jej truchta i równie żałośnie beczy córka jej nieodrodna – Roman. TYLKO Roman. No więc ja natychmiast myślę, że rudy skurwiel porwał malutką Krówko i ciągnie ją nad rzekę, a Irena mi pokazuje, którędy ją ciągnie, więc lecę na złamanie karku, na sztos rzucając ostatnich zębów los, i co się okazuje? Że nikt nikogo nigdzie nie ciągnął! Prócz mnie, w krzaki i na połamanie ostatnich nóg, które przecież jeszcze mi się w życiu mogą przydać. Co to ja… No więc właśnie. Nic się nikomu nie stało, tylko stado się rozdzieliło w niewyjaśnionych okolicznościach, no i Irena z Roman beczały po stronie zachodniej, aż im jęzory spuchły, a reszta skonfundowanego stada sterczała jak stado baranów po stronie wschodniej naszego gospodarstwa. Andrzej, wielki przewodnik stada, też beczał jak kapibara widelcem dźgnięta, ale dopiero wtedy, gdy zaczęłam wołać “Ziokołeeek!”, szukając reszty tej oszukańczej bandy wędrownych kawalarzy, i dzięki niemu na nich trafiłam. I na kępę dzikich jeżyn, co mnie mało ze spodni nie obdarły.

No i wątek mi się urwał, nie wiem co było dalej w tej mojej książce, i ja w takich warunkach nie mogę pracować. A drinka nie walnę, bo arytmia mi w upał doskwiera, a nie mogę sobie pozwolić na nagłe zejście, bo jutro klientka po ser, twaróg i mleko przyjeżdża, a jeszcze mam zamówienie na sera 2,5 kilograma, i kolejny kilogram na sobotę za tydzień, i jeszcze na nie wiadomo ile po dwunastym lipca, i sami Państwo widzą, że współczesny pisarz nie dość, że jak szczur portowy biedny i ser go z zegarkiem w ręce pogania, to nawet upić się nie może. Bułhakow miał jednak dużo, dużo łatwiej! (Bo oni tam dużo pili, sera nie robili, a Bułhakow swoją książkę pisał przez dwanaście lat z okładem, i to był w dodatku ZIMNY okład na czole, taki na kaca. Jedyne, co nas łączy, to portfel pełen braku pieniędzy, no ale pierwszy lepszy szaman z afrykańskiej wioski też tak ma, i z czego tu się cieszyć)

ale nudy - zagrajmy w Gupiego Kanionka

PS. Po odkurzeniu klawiatury wszystko działa, oprócz litery “b”, którą muszę wklejać. Jeśli gdzieś w tekście brakuje “b” to wiedzcie, że bardzo się starałam, ale to naprawdę może zmylić najbardziej wytrawnego wojownika, gdy zamiast “b” trzeba nagle pośrodku wyrazu wcisnąć ctrl+v, że już nie wspomnę o dużym “b”, które w razie potrzeby trzeba znaleźć w innym tekście i znowu skopiować.

PPS. A skurwionek zadowolony, kręci salta nad łąką i śpiewa te swoje popierdolone piosenki, mało nie pęknie. TAK mu ten skwar służy. No więc ja już nie chcę być dobrem narodowym, teraz chcę być skowronkiem, bo – jak wyczytałam w internetach – najważniejsze to być szczęśliwym, i nieważne, jaką diagnozę postawił nam psychiatra.

71 komentarzy

  • shal

    Idę sobie upudrować podwiązki

    • kanionek

      A ja idę robić twaróg. To znaczy mleko zsiadłe podgrzać, żeby do rana ostygło, a wtedy je przez chustę, żeby odciekło, i żeby twaróg był na jutro świeży, jak wiosenny poranek. W sumie to na dzisiaj, nie na jutro. O, losie serowy.

  • bogutek

    Jak to miło zakończyć sobotę i rozpocząć kolejny wolny dzień z takimi wpisami:) deliszys;)

    • kanionek

      Smacznego, bogutek :) Przepraszam, że małą literą, ale już mi się nie chce wielkiego “b” kopiować ;)

  • Iwona

    Podoba mi się ten kryminał, podwiązki i pietruszka :-D .

  • shal

    I się można dowiedzieć,że portfel pełen posiadamy.

  • gaba

    Proszę Cię – pisz ciąg dalszy! Może być w odcinkach :) , niesamowicie mi się podoba :)

  • Ynk

    Ojj, jak smacznie :-) I Mariusz. M-A-R-I-U-SZ ;-))
    A nie miała Hanka ze sobą, w reklamówce słoika z kompotem? Z owocków cisu?
    Cieeepłoooo. Pietruszka mdleje.
    Czy mam mieć nadzieję na ser w dziupli pod miastem na B. (mięwięcę 23-25, lub 27-28 bm) czy porzucić ję, zanim ona opuści mię ? (używam “ę”, bo może mi zniknie, jak Tobie “b”).
    Jakie trudne zdjęcie do ułożenia! (Od 2 dni układam na podłodze puzzle The Fellowship of the Ring, 1000 piece, same gałęzie i mech, i 3 rozmazane uruk-haje w biegu, u, znaczy, ę).
    Minie to, wszystko minie… ;-)

    • kanionek

      Owoce cisu, faktycznie. Widzisz, warsztatu mie brakuje. Samą wyobraźnią sprawy nie załatwię, muszę mieć jeszcze solidne dane, żeby książka była wiarygodna ;)

      Ynk, co do dziupli – Ty mnie pytasz o tak odległy termin? :D Jeśli jednak coś zaklepiesz (a wtedy muszę wiedzieć ile i czego), to będzie :)
      Taak, podobno wszystko mija.

      • Ynk

        Ok, zaklepię mailę, niedużo będzię, tyle co na bieżącę potrzęby jednoosobowę, osoby na wyjeździe (stosującej konfucjańską zasadę ‘hara hachi bu’ ;-) )

        • kanionek

          Harakiri to znam, ale to Twoje, to co to jest? I czy aby nie boli?
          Czekam na majlę, a spieszyć się polecam, gdyż sytuacja zmienia się szybko, jak w japońskiej kreskówce – już do 20 lipca włącznie mleko mam rozpisane na ser :)

          • Ynk

            Pobolewa wtedy, kiedy to pozostałe 20- 40% zaczyna wyglądać na dużo smaczniejsze niż spożyte 80% ;-)

  • Ania W.

    E, no smakowite! Mariusz Mariusz sanitariusz…

  • pluskat

    Rewelacja! Masz wielki potencjal. To jest pomysl: jeden rozdzial lecisz kryminalem, drugi swoim zyciem pisarki, i tak na zmiane. Fikcja i rzeczywistosc. Tylko nie dawaj wszystkiego na blogu, bo nikt ksiazki nie kupi.

    • kanionek

      Fajne. Ale i skomplikowane. Na bank pomyliłabym w końcu fikcję z rzeczywistością. A może już mylę? A może w ogóle WSZYSTKO mi się tylko wydaje? Skomplikowane jest życie szaleńca ;)

    • zeroerhaplus

      Też tak pomyślałam podczas czytania! Znaczy, żeby mieszać :)

  • kanionek

    Biedny, kozi naród. Skupiony w koziarni dyszy ciężko, a wodę uzupełniam co trzy godziny.
    Kocyk jest gorący jak koc elektryczny, a Irena, cwaniara, wzięła dzieci na porodówkę i przykleiła się z nimi do betonowej ściany, dla choć znikomej ochłody. Kurczę, jak im tu pomóc? Na wypadek mrozów mogę im zafundować ubranka, a w upały po 30 stopni w cieniu to co – ogolić na sierżanta? Gdyby nie ten cholerny deficyt wody i jej ciągłe oszczędzanie, polewałabym kozidełka z węża ogrodowego. W stawie ubyło dobrze ponad metr wody…

    • pluskat

      Byle do jutra, moze jakas burza?

      • kanionek

        Oby :) Nawet dwie, co ja gadam – trzynaście burz wszech czasów porposzę, z oberwaniem chmury, a najlepiej całego nieba. Już mnie nie suszy ta śmiesza… Znaczy susza nie śmieszy. Wody!

  • Modra

    Chciałabym nieśmiało się pochwalić, że uniesiona falą sukcesów Twoich Kanionku w produkcji sera oraz najpewniej odurzona upałem, popełniłam rzecz wiekopomną czyli uwarzyłam konfiturrrę z trrruskawek! Moge wytłumaczyć to wyłącznie tym, że upał tak dalece wyczerpał mnie we mnie i osłabił moje ja do tego stopnia, że stałam się kimś zupełnie do siebie niepodobnym i zrobiłam rzecz zupełnie nieprawdopodobną podejmujac się robienia rzeczy, których będąc nieodurzona, nie przyszłyby mi nawet do głowy.
    W takim oto stanie będąc popełzłam do biedry po produkty podtrzymujące egzystencję, a zamiast nich nabyłam dwie paczki cukru żelującego 3;1 oraz dwie kobiałki wybitnie słodkich ostatnich chyba w tym roku truskawek gdyż upał sprawił, że zobaczyłam przed oczami duszy mej słoik delikatnej galaretki z kawałeczkami słodkich truskawek. I oto podstępując zgodnie z instrukcją na torebce, wymieszałam jedno z drugim, zagotowałam po 4 godzinach, przełożyłam do słoików po ogórkowej i majonezie, które trzymałam nie wiem po co od kilku lat i oto mam! I o ile nie spleśnieje, czego się w sumie spodziewam znając swoje dotychczasowe dokonania kulinarne, mam swoją pierwszą własną konfiturkę truskawkową :-)
    Dzięki niech będą Kanionkowi i upałowi!

    • kanionek

      No czo Ty, Modra? To nie ja, to GŁOSY Ci kazały. Zachowuj się, proszę, jak na porządną Kozę przystało :D
      Gratuluję popełnienia czynu kulinarnego i sugeruję sprawdzenie wieczek od słoiczków – czy wklęsłe aby, jak moja klatka piersiowa? Bo jeśli wklęsłe, a słoiki uprzednio wyparzone wrzątkiem, to nie spleśnieje. Poza tym można zapobiec spleśnięciu poprzez szybkie zjadnięcie ;)
      No i jaki koniec truskawek? U mnie ledwie zaczęły dojrzewać :) Za to koniec ogórków się szykuje – pomimo wilgotnej pod ściółką ziemi, ogórki padają w tym skwarze jak muchy po Karate. Za to nagietki powyłaziły, więc chociaż kozy coś będą miały z tego życia.

  • Ponoć idzie ochłodzenie i opady, może i do Kanionkowa dotrze?
    Pierwsza myśl, gdy zaczęłam czytać notkę: “borze zielony, upał mi zaszkodził, zabłądziłam, co to za blog, jaki Mariusz?? :D

    • kanionek

      Ochłodzenie już nawet doszło, ale boję się ekscytować w sprawie opadów. Jak babcię w kapciach – jeśli to nie klątwa, to co? Może przez pierwsze trzy lata za dużo narzekaliśmy, że ciągle wilgoć, że woda w piwnicy, że podwórko grząskie itd., to w końcu spotkała nas kara?

      A co do zaskoczenia – NIKT nie spodziewał się Mariusza D.! Już prędzej hiszpańskiej inkwizycji ;)

  • kanionek

    Trochę jednak popadało, i zapowiadało się na jeszcze, więc w przerwie między jedną chmurą a drugą poszłam zlać te pół zbiornika deszczówki do butelek. Już przy ostatniej butelce kilka kropel nowego deszczu spadło mi na plecy, i wtedy usłyszałam kurzy wrzask, choć taki mniej wrzaskliwy, niż zwykle. Wracam do domu od furtki zachodniej, dochodzę już prawie do drzwi, i co ja widzę kątem oka, w narożniku ogrodzenia na południowym wschodzie? RUDY RYJ.
    Stał oczywiście na zewnątrz (w sumie – dziś to jest oczywiste, a jutro zobaczę go przy moim stole, jak popija moją kawę), wetknąwszy nos w siatkę ogrodzenia, i pilnie śledził poczynania Rosołów. ObYDWA PSY były dosłownie 20 metrów od niego, i dupa. Czy te lisy są bezwonne? bo że bezszelestne, to pewne.
    Rudy Ryj zrezygnował z obczajki dopiero wtedy, gdy zdecydowanym krokiem ruszyłam w jego stronę. Wypuściłam Lasera przez zachodnią furtkę, z okrzykiem “bierz go!”, a ten patrzy na mnie jak na oczadziałą – przecież MOKRO jest, to po pierwsze, a po drugie – TAM NICZEGO NIE MA!

    No, to to by było na tyle, jeśli chodzi o bajkę: “chodzi lisek koło drogi, a moje psy to dwie lewe nogi”. Jajka sobie od gęby odejmujemy już dobre dwa tygodnie, uzbierałam 15 sztuk do inkubacji, ale teraz nie wiem – czy jest sens hodować Rudemu Ryjowi bar samoobsługowy? Trzy tygodnie “wysiadywania” (to nie jest proces bezobsługowy), potem wiele tygodni dokarmiania, dogrzewania i pilnowania, tylko po to, żeby na Wszystkich Świętych kurczaki poszły do nieba? Rudy Ryj nie odpuści, póki ktoś go nie odstrzeli, a obserwując jego zuchwałość dochodzę do wniosku, że jego przeniknięcie na podwórko jest tylko kwestią czasu. Jasny szlag.

    • Iwona

      Nie odpuści, napewno. U nas wszyscy, którzy posiadają drób, mają ogrodzone wybiegi, bo inaczej wyniosą wszystko lisy.

      • pluskat

        “Czegóż płaczesz? – staremu mówił kurczak młody —
        Masz teraz lepsze w klatce niż w polu wygody.”
        Tyś w niej zrodzon — rzekł stary — przeto ci wybaczę;
        Jam był wolny, dziś w klatce — i dlatego płaczę.”

        • kanionek

          :)
          Swoją drogą, to kolejny temat do filozoficznych rozważań. Co my byśmy wybrali, mając dwie opcje: więzienie, z pełnym i smacznym wyżywieniem, telewizją, świetlicą, biblioteką, dwoma spacerami dziennie, czystą pościelą, opieką lekarską itd., czy wolność – z codzienną walką o byt, pracą i obowiązkami, rachunkami za wszystko? Wydaje się oczywiste, ale gdyy dodać czynnik nieustannego niebezpieczeństwa, jak to jest u kurczaków? Gdyby – oprócz tych wszystkich obowiązków, niepewności jutra, bla bla, codziennie czyhało na nas śmiertelne niebezpieczeństwo? Np. płatny morderca? Kto świadomie wybrałby wolność w takim układzie rzeczy?

          A wracając do kurczaków – myślę, że w naszym przypadku po prostu nie sprawdza się zielononóżka. Ona kocha tę swoją wolność i otwarte przestrzenie, ryzykując życiem. Pokonuje ogrodzenie wysokości dwóch metrów, więc nie mamy jak zaradzić ucieczkom. Może więc rozwiązaniem dla nas byłyby “zwykłe” kury, wydeptujące grzecznie podwórko, pozbawione genu poszukiwacza przygód?

      • kanionek

        Iwona – no i właśnie dlatego dochodzę do wniosku, że zamiast zielononóżek powinnam trzymać jakieś zwykłe, poczciwe kury, co się domu trzymają, jajka składają i nie mają żadnych zainteresowań. A nie – wycieczki z kozą do lasu i kolekcjonowanie dywagacji ;)

  • mp

    Tak trochę z Chmielewską z czasów jej świetności mi zapachniało- a okładka z szeroką wstęgą z odpowiednią zajawką mogłaby zanęcić szerokie grono czytelników . Późna Chmielewska jest dla mnie dość niestrawna, ale zanim nadejdzie etap Późnego Kanionka, to deszcz mamony spowoduje, że wodę dla kóz będziesz mogła sobie z Bajkału rurociągiem sprowadzać :)

    • buskowianka

      Haaaa nie widziałam tego komentarza jak pisałam swój poniżej :D:D
      Serio serio :)

    • kanionek

      A wiesz – NIC mnie tak nie przekonuje, jak ten rurociąg! Woda wszędzie. I fosa. I ogromne ryby, zżerające to zielsko ze stawu… Rozmarzyłam się.
      Ale wiesz co? Grzegorz Sobaszek napisał zajefajny kryminał z czarnym humorem (“Muszę kończyć, umieram”), i jakoś nie przypominam sobie, żeby zbił na tym fortunę, jak ten Lesia dziad w Monte Carlo ;)

      • mp

        Bo nie wystarczy talent i dobra powieść- potrzebny jest jeszcze marketing ( skromnie proponowałam wstęgę na okładkę z jakąś sugestywną zanętą , ale są pewnie lepsze sposoby), przydałby się też większy rynek, niż nasz- może ktoś na rosyjski przetłumaczy, a wtedy na wstędze trzeba będzie zamienić Chmielewską na Doncową i na pewno na ten rurociąg zarobisz :)))

        • kanionek

          Tak, markieting i lekrama ;) I masę czasu, którego chwilowo nie mam, o sezon w pełni. Zobaczymy jednakowoż, co przyniesie zima :)

  • buskowianka

    Kanionku, bardzo miło mi ta Twoja pisanina zalatuje Chmielewską. Ale taką dobrą Chmielewską, od Lesia (bo ja nie każde jej dzieło równo lubię, bardzo wielu zupełnie nie lubię, ale Lesia akurat wielbię).

    A odnosząc się do dyskusji pod wcześniejszym postem, że nie masz czasu ani pomysłu na wątki do długich powieści: Kanionku, może w takim razie na początek opowiadania? Ooooooo i teraz sobie myślę, że to poza Chmielewską to mi się to trochę skojarzyło z Balzakianą Dehnela. Ten kryminał o kurdybanku.

    I ciekawa jestem – wyciągnie wtyczkę czy nie wyciągnie?

    Pozdrawiam i czekam na jeszcze!

    • kanionek

      Hej Buskowianka :)
      Tym razem nie wyciągnie, bo jedyna wtyczka przy łóżku Mariusza to ta od ładowarki do telefonu, ale kto wie, co będzie następnym razem? Mariusz, moim zdaniem, nie pozostanie jej dłużny, i jeszcze wszystko może się potoczyć w kierunku amerykańskiego horroru z domkiem w lesie, latającymi siekierami, klątwą prababci i atakiem kosmitów. Gdyż albowiem mimo wszystko nie jestem Chmielewską, na której zresztą również się wychowałam. Lesio, Dzikie białko, Wszystko czerwone, Romans wszech czasów, Całe zdanie nieboszczyka… Chmielewska to Chmielewska, gatunek sam w sobie. Ja nie mam konstrukcji ni konsekwencji, sama jestem jak zbiór opowiadań – niby ciekawych, a nie wiadomo o czym.

      O – jeszcze jedna książka z dawnych czasów (i z gatunku “kryminał z jajem”) mi się przypomniała: Zofia Jabłkowska, “Zjawiał się zawsze wieczorem”. Wydana w 1987, ciekawe czy znów by mi się spodobała. Występują tam: czarny kot, czarny charakter, tajemnicza zbrodnia, kilka przejętych sprawą bab, Policja i pewnie coś jeszcze, o czym nie pamiętam. No kurczę, teraz muszę sprawdzić, czy mają to w bibliotece.

  • Kania

    No to ja, w sprawie tej próbki pisarskiej, zgłaszam zdanie odrębne. Nie bardzo chciało mi się czytać ten początek. Za to relacja z życia wzięta, jak zwykle doskonała. Przypomniał mi się Marcin Bruczkowski i jego, po części autobiograficzna, książka ” Bezsenność w Tokio”, którą tak lubię, że czytałam już kilka razy. Na fali zachwytu autorem wypożyczyłam kilka jego powieści i nie dobrnęłam do końca. Według mnie, pisanie o realiach wychodzi ci dużo lepiej, ale oczywiście gusty literackie są różne i, jak widać w komentarzach, innym to, co zaczęłaś pisać się podoba.

    • kanionek

      Ależ oczywiście! Gusta są różne i dlatego każdy czyta to, co lubi. To też jest wg mnie fascynujące – umieram ze śmiechu przy jakiejś książce, a mój małżonek, na przykład, po pierwszych kilku stronach mówi, że w życiu się tak nie nudził. Wspominałam już, że mało się nie pozabijaliśmy nad Masłowską i jej “Wojną polsko-ruską…”? Dyskusja trwała kilka godzin, w rozłożeniu na kilka podejść. I mogę się jeszcze z kimś pokłócić o Masłowską, ale jaki w tym sens? Czytałam recenzje, skrajnie odmienne, na temat tej książki, ale dopiero po lekturze samej książki. I fascynujące jest to, jak różnie ludzie tę pozycję zrozumieli. Wg mnie niektórzy wcale nie zajrzeli w głąb (bo może nie umieli), pływając po płyciźnie rzekomo tandetnego, podwórkowego stylu Masłowskiej, a ja mam zdanie odmienne, ale dam juz sobie spokój. Niektórych męczy Nabokow, a Lolita jest sprośnym plugastwem niegodnym wydania na papierze toaletowym.

      A wiesz, że nie ma żadnej książki? Tę krótką, niedokończoną historię zobaczyłam w wyobraźni, gdzieś między podgrzewaniem mleka na twaróg a przewracaniem sera w formach. Na mojej liście zakupów znajduje się trutka na szczury, bo widziałam jednego tłustego osobnika w pomieszczniu, w którym doję kozy, i chcę zapobiec masowej inwazji. Resztę szczegółów pominę milczeniem – niektóre mają, a inne nie mają związku z rzeczywistością, ale po prostu przyszło mi do gowy zapisać tę scenkę urojoną, i sama się przy tym dobrze bawiłam (i może tylko ja wiem dlaczego). Używając sformułowania “rzucam tę książkę, którą dla Was piszę” pozwoliłam sobie na żart, jak zresztą ciągle robię, a Irena faktycznie zaczęła swoją akcję “porwali mi dziecko” akurat wtedy, gdy pastwiłam się nad Mariuszem D.

      Ale nie. Książki nie będzie, jako i rzekłam na forum. Poszukam “Bezsenności w Tokio”, zainteresowałaś mnie.

      • Modra

        O tak, i ja będę bronić “Wojny polsko-ruskiej’ do ostatniego tchu:-)
        Tyle cytatów weszło mi już do codziennego użycia, że dla mnie to już klasyk taki jak filmy Barei.
        No i film, kochani, jeszcze lepszy niż książka! Film wg tej książki to jest majstersztyk, a Szyc jest już dla mnie Silnym na zawsze – rola życia psze Państwa!

        • kanionek

          Filmu nie widziałam – małżonek zobaczył pierwsze 10 minut i wymiękł, a ja mam tak, że chyba jeszcze nigdy w historii mojego życia nie podobał mi się film na podstawie książki, jeśli tę książkę wcześniej czytałam. Może jestem uprzedzona. Ale może kiedyś obejrzę “Wojnę…” w ruchomych obrazkach, kto wie :)

          • wiadomo

            A Noce i Dnie?
            Dla mnie majstersztyk i cos, co chwyta za serce, gardlo i nie puszcza wzruszeniem. W tym jedynym przypadku ksiazka sie nie umywa.
            Chmielewska kocham do lat hm hm wielu, to klasa sama w sobie mimo kilku jednak gniotow. Probuje teraz ta milosc do pisarki przelac na moja 8letnia progeniture, poczatki sa obiecujace (zeby nie bylo, zaczynam od Janeczki i Pawelka).
            Potencjal Kanionku masz duzy, kupilabym Twoja ksiazke bez wahania dla siebie i dla rodziny w prezencie.

          • kanionek

            A wiesz, że jeszcze nie miałam okazji? Ani czytać, ani oglądać. Kiedyś byłam na to za młoda, później jakoś się nie zdarzyło, a teraz… chyba czasu brak. Ledwie kilka stron “Wróbelków” wieczorem łyknę, i już oczy mi się zamykają. Mam nadzieję, że na “Noce i dnie” nie będę za to zbyt stara, i w końcu przeczytam, albo obejrzę.
            No i z tą książką i potencjałem – nie zawsze udaje się przekuć potencjał na wyniki. Ty wiesz, ilu genialnych fizyków zmarło na tyfus lub suchoty, nim zdążyli podać do publicznej wiadomości definicję czasu? Ha! Nikt nie wie, a definicja czasu do dziś taka jakaś nieprecyzyjna ;)

  • kanionek

    A tak W OGÓLE, to dziś wieczorem pojawiły się świetliki :) Nigdy mnie chyba nie przestaną fascynować – leci taki, zapala światełko, potem znowu gasi w pół drogi, a zaraz zapala się drugi, i trzeci, i tak rozpalają się i gasną tu i tam, jak gwiazdy na czarnym niebie. Dwa lata temu złapałam jednego i przez kilka sekund siedział na mojej dłoni – niepozorne, wręcz brzydkie toto, ale jako jedyne z latającego dziadostwa ma latarkę w tyłku i powiem szczerze – wolę świetliki od motylków.

  • Kania

    Co do gustów literackich zgodzę się w 100%. Mój mąż czyta równie dużo jak ja, ale mało jest książek, o których mamy podobną opinię. Za to filmy z reguły lubimy te same. A Chmielewską wczesną też lubię, czytałam jej autobiografię i lubię jej “Książkę poniekąd kucharską”

  • Fredzia

    Chmielewską kocham bezgranicznie i bezkrytycznie. Byłam na jej pogrzebie i spłakałam się jakbym żegnała członka rodziny. Bo i dzięki lekturze “Autobiografii”oraz wszystkich jej książek, w które przecież często wplatała scenki ze swojego życia, znałam ją lepiej niż wiele bliskich mi osób.
    Twoja scenka kryminalna Kanionku jest tak bliska stylem i tematem Chmielewskiej, że aż w pierwszej chwili zastanowiło mnie dlaczego nie znam tej książki ;) Pisz dziewczyno, nawet gdyby miało Ci to zająć 11 lat. Okazuje się, że mąż mojej koleżanki ma drukarnię, więc ja zrobię Ci redakcję i korektę, diabełwburaczkach ilustracje a mąż wydrukuje :)
    I jeszcze mam pomysł taki, że mogłabyś tę książkę PODYKTOWAĆ. Chodząc do koziarni, doglądając serów, spacerując po lesie mówiłabyś do zawieszonego na szyi dyktafonu cyfrowego, potem wrzucała plik na maila, a my na zmianę spisywałybyśmy zawartość :) Sama mogłabym to robić, ale właśnie zaczęłam podobny projekt i faktycznie taka współpraca zajęłaby nam 11 lat ;)

    • kanionek

      O, to ja sobie pożyczę dowcip od Monty Pythona i powiem tak: no to do zobaczenia za jedenaście lat, o siedemnastej, każdy tam gdzie chce :D
      O nadawaniu do dyktafonu też już myślałam, ale przecież mówimy o mnie. W połowie przypadków nie miałabym działających baterii, a w drugiej połowie zapominałabym zabrać dyktafon. Tak jak z lisem i klamką – miałam nosić giwerę przy sobie, żeby Rudego Ryja nastraszyć, jak go znów zobaczę, a tymczasem znów mnie zaskoczył, a ja nawet kamienia pod ręką nie miałam. Noo i jeszcze pierdolec perfekcjonisty, czyli poprawianie tekstu i tysiąc nowych wątków podczas samego pisania. W tekście z Mariuszem D. są przynajmniej dwa powtórzenia, których można było uniknąć. Matko z erratką – jak mnie już wkurza to wklejanie “b” podczas pisania!

      Aha, i dziękuję, Fredzia :) A Ty przypadkiem nie na urlopie?

      • Fredzia

        Na urlopie, urlopie. Od pracy, nie od Kanionka ;) To długie pisałam na trasie Radom-Białobrzegi.
        A propozycja jest serio-serio, więc wiesz ;)

        • kanionek

          Dzięki, Fredzia. Będę pamiętać. No i faktycznie – ciągle zapominam, że nie trzeba z pecetem na plecach ganiać, żeby mieć łączność w tych czasach ;)

  • kanionek

    A teraz Kanionek wszystkich przeprasza, ale dzisiejsze sery już zrobił, i idzie sprzątać w koziarni. Tak, ZNOWU. I muszę soie rozkładać machanie widłami na raty, bo wymiękam (niby tylko 23 stopnie w cieniu, ale słońce smaży), więc w międzyczasach wezmę się za naprawienie poszycia tej nieszczęsnej komórki z sianem. Problem z nią taki, że nie można wejść na dach, gdyż konstrukcja stropu tego nie przewiduje, więc poszycie zostało jakiś czas temu “załatane” folią szklarniową rozciągniętą po powierzchni dachu trzema zachodzącymi na siebie pasami, ale folię potargał wiatr, powyrywał zszywki tapicerskie, i o. Trzeba rzeźbić od nowa, jak ten kretyn, wyciągając długie ręce z drabiny. Tym razem poukładam gdzie się da cegły i kamienie, może wiatr nie da im rady. No w każdym razie nie będzie mnie pewnie do wieczora, bo i jeszcze świeżą słomą po sprzątaniu trzeba pościelić. Czy ja już wspominałam, że dziesięć kóz to nie… Tak, wspominałam. No to idę rzeźbić w gównie :)

  • zeroerhaplus

    Uffff, zaległości nadrobione :)
    To masz już gotową tę książkę, Kanionku? ;)
    A tak na serio, to mnie się ten początek też podoba, ale nie wiem, czy to dobrze, bo te rzeczy, które mi się podobają, jakoś za cholerę nie chcą się dobrze sprzedawać…

    A teraz o rzeczach innych jeszcze:
    – ta cała Wasza gromadka podrośnięta – kawalerowie i panny kozie, śliczna jest :)
    Co prawda niemowlęcy urok małych koziołków rozpłynął się w futrze, ale za to szelmowskie pyszczki kozich podrostków są bombowe.
    – rodowód kozi – pierwsza klasa :)) Tak na marginesie, na dole strony widać tekst “kopiowanie i rozpowszechnianie zabronione”. Czy mogę się przyznać, że rysunek skopiowałam, a potem jeszcze do tego rozpowszechniłam małżonkowi? Czy pójdę za to siedzieć i dokąd? I w końcu wolno, czy nie?
    – Tradycja z cycem lepsza od rozkładówek playboya!! (i ciekawsza, i mądrzejsza, i do tego daje mleko)
    – kurdybanek bardzo sprytnie wplotłaś w bukiet :)
    – lis, zwany też Rudym Ryjem – smutna sprawa. Ciekawa jestem, co zadecydujecie w sprawie kur. Czy zielononóżki, czy inne.
    – pięknie załatwiliście sprawę kolczykowania. Pełna czapka z głowy i ukłon przed całą brygadą!!!
    – “My, wróbelki” są faktycznie piękne. Kiedyś je dorwę.

    No i zapomniałam, co tam jeszcze chciałam dodać ;)

    • kanionek

      Nieee no, kara grzywny za skopiowanie, a śmierci za rozpowszechnianie. Tylko po karę musisz się stawić osobiście, bo ja nie mogę żywego inwentarza na tak długo zostawić, więc do Ciebie nie pojadę. To na kiedy się umawiamy? I może weź ze sobą swój własny wieniec nagrobny, bo mnie nie stać. Chyba, że taki z kurdybanka Ci będzie pasował, a i wrotycz rośnie w siłę i niedługo będzie kwitł ;)

      Generalnie zasada jest taka: można sobie skopiować do celów prywatnych (tapeta z dynią lub Luckiem), można pokazywać znajomym i mówić: “o, to Kanionka jest, FAJNE, co?”, a czego nie można, to: kopiować i podawać za swoje, używać w celach komercyjnych (ha, ha) itp. Jeśli ktoś chce łamać zasady, niech już zbiera na podróż, wieniec i trumienkę :)

      Jajka. Uzbierałam 15 i leżały w ciepłym, więc zaryzykuję z inkubacją. To też nie takie hop-siup, więc pewnie nic z tego nie wyjdzie. I w takim wypadku myślę dogadać się z Żozefin (która już nie jest obrażona, za to dała sobie jakiemuś naganiaczowi frajerów wcisnąć trzeci telefon, a mój numer gdzieś posiała, no ale nieważne), żeby jej kwoka posiedziała na swoich jajach, a ja jej zapłacę za kilkutygodniowe kurczaki, czy coś.

      A Tradycja cudna, co? Jak ja uwielbiam tę kozę. A teraz mam dwie identyczne :)

      • zeroerhaplus

        Tak, Tradycja jest cudna :))
        Można powiedzieć, że (z “drobną” pomocą Andrzeja) sklonowałaś kozę :)

      • Iwona

        A pani Żozefin nie może kwoki Tobie wypożyczyć np.?

        • kanionek

          Zbyt ryzykowne – moje kury (albo psy, albo koty) mogłyby obcej nie zaakceptować, a do tego nie wiem, czy taka kwoka nie zestresowałaby się przeprowadzką, i nie straciła instynktu macierzyńskiego. Poza tym z Żozefin ciężko się gada. Musiałaby zrozumieć koncepcję, potem ją przemyśleć, a na końcu pewnie uznałaby, że to jednak zbyt ryzykowne, pożyczać jedyną kwoczącą kurę takiej wariatce, jak ja ;) I szczerze mówiąc, już wolę powiedzieć Żozefin – tyle a tyle kasy pani dostanie za tyle a tyle kurczaków, niż się użerać i czekać na decyzję, i odpowiadać na setkę pytań.
          Ale zanim w ogóle na wchodzenie w interes z Żozefin się zdecyduję, spróbuję “sama” wysiedzieć kilka jajek. Za trzy tygodnie będę wiedziała, czy to ma sens, a wtedy po prostu kupię od Żozefin 15 jaj, bez wchodzenia w szczegóły, i te 15 jaj znów wysiedzę. Gdyż właśnie przed chwilą, z uwagi na opady deszczu (jejku!), porzuciłam planowane prace na zewnątrz i skonstruowałam inkubator. I może nawet Wam go pokażę, jak mi dzisiaj weny wystarczy :)

          • Iwona

            Poka, poka :-) . A to rzeczywiście lepiej samej spróbować wysiedzieć te jajka, niż z panią Ż. w spółkę wchodzić.

          • kanionek

            Spróbuję. Policzyłam właśnie wszystkie koszty operacji i wyszło mi poniżej 30 zł (do momentu wylęgu), więc gra warta ryzyka. Pierwsze próby i pomiary porobione, tylko pozostaje pytanie, czy uda mi się utrzymać stabilną temperaturę przez całe 3 tygodnie, bez użycia termostatu. Ale wuj tam, kto nie ryzykuje, ten nie wie :) A wpis z inkubatorem w roli głównej już mam zroiony, tylko zdjęcia muszę załadować, a to już jedna wielka loteria z tym internetem.

    • zeroerhaplus

      Kanionku, my jakiś wspólny tajming mamy – też właśnie zaglądnęłam, i to nie pierwszy raz już tak jest, że widzę jak odpowiadasz na bieżąco :)

      Wieniec z kurdybanka przyjmuję chętnie, może być. I niech mi małżonek (Twój) jakiś sprytny krzyżyk brzozowy wydłubie, bo potrafi (tylko mi tam bez odwracanych wygłupów! ;). Jakoś się potem rozliczymy ;))

      A Żozefin, to co ma w tych jajch? Też zielononóżki znaczy się?

      • kanionek

        Nie, ona ma zwykłe, swojskie “kundle”, takie co nie potrafią do krzaczka porzeczki podskoczyć, żeby się za darmo nażreć ;) A to oznacza, że nie tylko porzeczki mi zostaną, ale i kury na podwórku :)

        Dobra, to się wysilę z tym wieńcem, a jeśli krzyżyk od małżonka, to niestety tylko odwrócony, o innego nie umie. Ręce by mu się trzęsły i jeszcze by się zaciął, czy coś ;)

        A co do tajmingu – musi telepatia. Fajna rzecz, zdecydowanie lepsza od telepawki, i czy ja Ci już nie proponowałam małżeństwa? No tak, proponowałam, i ODMÓWIŁAŚ!

        • zeroerhaplus

          Bo poligamia jest karalna!!! :DD

          • kanionek

            A kto nam każe prawo łamać? Najpierw rozwody, a potem ślub. Nasz, taki piękny… Kurdybanki wszędzie. No ale dwa razy prosić nie będę ;-P

  • zeroerhaplus

    A welon poniesie Andrzej :))

    • zeroerhaplus

      Oj, aż mi z wrażenia komentarz w kosmos poleciał. Bo sobie ten ślub wyobraziłam. I małżonków jako świadków :)
      No dobra, spadam, bo Ci zatrolluję całą szpaltę komentarzy ;)

    • kanionek

      Tak, w siną dal :D
      Ech, pomyśl. Twoje i moje umiejętności, plus energia i chęci – zrobiłybyśmy tutaj cud gospodarczy. Czy Twój małżonek czyta komentarze? Głupio by było, gdyby przeze mnie założył Ci blokadę rodzicielską na Kanionka.pl :D Jakby co – ja tylko żartowałam.
      Idę się z tą siatką gimnastykować. A później papierki powypełniać – muszę w końcu zgłosić moje nowe kozy do rejestru, a i Wielką Księgę Zdarzeń uzupełnić, bo mi Unia nie wybaczy ;)

  • pluskat

    Dziecieciem bedac mialam do czynienia z inkubatorem, pamietam, jak sie podswietlalo jajka, zeby zobaczyc, czy zarodki rosna. Fajna sprawa jak sie wykluwaly. Nie wszystkie jaja byly zaplodnione i w jajecznicy okazaly sie jeszcze calkiem jadalne. A Twoje przy tych upalach moze tez juz sie same wysiaduja. Ale chyba nie mozesz liczyc 15 jaj = 15 kurczakow, bo czesc to zbuki.

    • kanionek

      Nie, ja liczę, że z piętnastu wykluje się 5, i jeszcze liczę na to, że to nie będzie pięć Rosołów :D
      A jajka sobie już dziś podświetlałam z ciekawości – latarka na jednym końcu tutki od papieru toaletowego, a jajko na drugim. No i wszystko widać, a dokłądnie tyle, że w środku jest żółtko i nic poza tym :) Za to po siedmiu dniach powinno już być widać siatkę naczyń krwionośnych, i jeśli jej nie ma, to jajko na jajecznicę.

  • bila

    Ja bardzo proszę o ciąg dalszy, co z Mariuszem? Najpierw dwa razy sprawdzałam, czy aby na właściwy blog weszłam. A potem wsiąkłam, w opowiadanie znaczy. No i jak nie wiem, jak się co skończyło, to za mną chodzi to pytanie- Co dalej? i to pytanie mnie dręczy.
    To, że masz Kanionku dar pisania, to nie podlega wątpliwości. Czytam z zapartym tchem (robiąc krótkie przerwy na oddychanie).
    Kozy maja miłe minki, jak zawsze. Czemu kozom nie robią się zmarszczki, a ludziom tak? Czy to przez owłosienie pyszczka? Pozdrawiam.

    • kanionek

      A żebym ja wiedziała, co było dalej. Jak mnie znów Mariusz napadnie, to natentychmiast spiszę i podam :)
      Kozom nie robią się zmarszczki, bo kozy żyją beztrosko! Widziałam wielu pomarszczonych ludzi z owłosieniem na twarzy, a kozy pomarszczonej jeszcze nigdy. Tu musi chodzić o brak stresu i życie krotochwilne ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *