Leôncio nie kocha Isaury, czyli odcinek specjalny o byciu wróbelkiem

Miasteczko B., cotygodniowe zakupy, małżonek indaguje sprzedawcę w piątym już sklepie o baterię 9V, i to jeszcze alkaliczną. Odstawiam koszyk do zajezdni dyliżansów na parkingu marketu Netto, a kątem lewego oka łowię zasychającą już na polbruku plamę. Dwuwymiarowy wróbelek, rozjechany do grubości pocztówki, tam piórko, tu flaczek, taki mały Jackson Pollock. I mówcie co chcecie, ale jestem tylko Kanionkiem, więc pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to: “takiemu to dobrze”. Szast-prast i po krzyku. Nie zdążył nawet pomyśleć: “omatko, Lucynka i dzieciaki…”, a już myśleć o niczym nie musiał. “Szast-prast”, myślę sobie, wtykając dorożce w gardło ten na łańcuszku cwancyk, który wypycha moją monetę. Zezuję filozoficznie na wróbelka, gdy nagle mijają mnie, nie poświęciwszy martwej naturze nawet ułamka swej nastoletniej uwagi, dwie dziewczyny na łyżworolkach. Szuuu! Szuuu! Mijają mnie jak ciepły wiatr, ter-ter-ter-ter-ter, terkoczą kauczukowe kółka, łykając dziesiątki metrów nawierzchni parkingu w zaledwie ułamku sekundy. I ostry zakręt, za tym ruskim dostawczakiem, 45 stopni od ziemi, i radosny szczebiot “weź Gośka, zaczekaj!”. Dwa wróbelki.

Ostatni kosmyk blond włosów znika za wysoką budą mercedesa, i zaraz przypominam sobie, jak z siostrą, jej koleżanką i jakimś chłopakiem, przelecieliśmy na łyżworolkach cały odcinek drogi rowerowej na trasie Jelitkowo – Sopot, w pewien ciepły, letni wieczór, rozświetlony blaskiem nadmorskich latarni. Byłam już wtedy całkiem stara, prawie trzydzieści lat, i jeszcze fajki paliłam, a to dodaje człowiekowi tysiąclecia, i lecąc z młodszymi od siebie o jakieś eony spaliłam wszystkie mięśnie i ostatni kawałek płuca, ale z jakiegoś powodu ciągle tę wyprawę pamiętam, i z nieokreśloną tęsknotą wspominam. Nowiutkie łyżworolki, właśnie zaczął się na nie szał, kupiłam po parze dla siebie i niepracującej jeszcze wtedy siostry, i jak ona się wtedy ucieszyła! Dziś mieszka w Niemczech i jej syn ma chyba wszystko, o czym dziecko może zamarzyć, choć nie wiem, czy jadł kiedyś truskawki prosto z pola, czy może tam u nich już wszystkie uprawy są hydroponiczne? Mam jeszcze gdzieś te łyżworolki. I wielokrotnie skręcony staw kolanowy, i kręgozmyk w odcinku lędźwiowym, i cały plecak strachu. Zresztą, gdzie ja bym tu miała jeździć? I sama? Krzycząc do siebie: “Gośka zaczekaj”? Jakbym i bez tego nie była trochę dziwna.

Lepiej więc wróćmy do wróbelka. Baterii nigdzie nie dostaliśmy, to znaczy w jednym sklepie były, ale po jedenaście złotych i małżonek powiedział, że weź przestań, normalnie są po osiem. A ja przez całą drogę powrotną myślałam o tym wróbelku, i że nie dość, że życie ma lekkie, to jeszcze i o śmierć mu nietrudno. A gdybym ja tak chciała, szast-prast i po krzyku, to nie mam jak. Weźmy na przykład takie rzucanie się pod TIRa – może i poszłoby szybko i bez krzyku, ale kierowca miałby traumę do końca życia i kupę papierków do wypełnienia, i do dupy z takim wróbelkiem. Pociąg? Pewnie by się wykoleił. Traktor, to co innego. Kupa hałasu, w kabinie zawsze ktoś zdrowo wypity, może by nawet nie zauważył? Tylko skąd tu traktor wziąć, jak już mało kto używa. Zresztą, zauważyłby przy zawracaniu, i znowu papierki, pierwsze strony gazet* i się w głowę skrobanie – jak to się mogło stać?

I tak sobie rozmyślałam nad człowieczym losem marnym, a gdy będąc już blisko domu mijaliśmy gospodarstwo państwa J., zobaczyliśmy jak pan Dżery zaiwania z dziesięciolitrowym baniakiem Karate i sumiennie opryskuje wszystko to, co pani Żozefin na wiosnę zasiała. No cóż, ona w tym roku będzie miała sałatę i ogórki, a ja pewnie nie. A taki wróbelek nie sieje, nie orze, i nawet traktora szukać nie musi. Za to gdy już dojeżdżaliśmy do naszej bramy, z wysokich traw wyskoczyło na drogę stado kolorowych koziołków i od razu sobie przypomniałam, dlaczego w tym życiu nie mogę być wróbelkiem, i mroczne deliberacje na temat “czy ten z traktora zauważy, czy nie” poszły mi się grzmocić po krzakach.

PS. Wiem, że miało być o czymś innym, no ale przecież wróbelek. A znacie może taką książkę “My, wróbelki” Jordana Radiczkowa? Przeczytałam ją, gdy miałam 12 lat, i choć niektóre jej przesłania na pewno wtedy do mnie nie dotarły, to bawiła mnie tak, że przeczytałam chyba ze trzy razy (i do tej pory nie wiem, kim lub czym było “Owo Coś”). Moja Mama miała w swej biblioteczce na gierkowskim regale w zasadzie same kryminały, które też po kryjomu przerobiłam, i dziwna rzecz – sceny z przeczytanych w zbyt wczesnym wieku kryminałów (słynna seria z “kluczykiem” – brr) jakoś mnie nie prześladują, za to wróbelki, jak widać, nie zamierzają odpuścić.

PPS. No dobra, macie tu na pocieszenie kanapki z kozim serem. Jak profanować święty ser, to już z rozmachem, a nawet kiełbasą:

profanacja na bogato

A tu kawałek sera mojego małżonka. A czy to ważne, co to jest? Gdy patrzę na obrazy Pollocka zadaję sobie dokładnie to samo pytanie.

ser małego żonka

*pierwsza strona nie dlatego, że gazety tylko czekają, żeby coś O MNIE napisać, tylko dlatego, że ludzie rozjechani przez traktor zawsze cieszyli się dużym zainteresowaniem społeczeństwa. Tak jak ci, co w piątkę wpadli do szamba, albo tacy, co to napruci jak kupa starych swetrów zasnęli i zamarzli w rowie. Nie wiem skąd popularność takich niusów – może dla większości ludzi są to wydarzenia tak egzotyczne, jak dla nas, wróbelków, przejażdżka tramwajem wodnym lub znalezienie baterii 9V za mniej, niż jedenaście złotych.

105 thoughts on “Leôncio nie kocha Isaury, czyli odcinek specjalny o byciu wróbelkiem

  1. Ajka 23/06/2015 at 16:02

    hm… pierwsza?
    właśnie pisałam maila a tu pyk! nowa notka u Kanionka :D

    • kanionek 23/06/2015 at 17:10

      No faktycznie, zjawiłaś się dosłownie w dwie minuty po opublikowaniu :)

  2. Bogutek 23/06/2015 at 16:55

    A ja jeszcze szybko pobiegłam po kawę, bo to takie moje małe nabożeństwo – Kanionek, kawa, sama przyjemność:) a wróbelka jednakowoż żal… Ostatnio też tak rozmyślałam nad losem nornicy, a następnego dnia dość upasionej myszy jak szybką miały śmierć. Mam nadzieję, że moja kotka z adhd szybko się z nimi rozprawiła, a ewentualne myszątka już były odchowane… Myślałam, że nadprogramowe jedzenie uchroni potencjalne ofiary przed złapaniem, ale niestety i koń z kopytami, i z wąsatym woźnicą nie zaspokoiłby głodu. O i tak zboczyłam od wróbelka. Ach Kanionku jak Ty potrafisz poprawić humor i nawet już szarości za oknem nie przeszkadzają:)))

    • kanionek 23/06/2015 at 17:09

      Dzięki, Bogutek :) To ja tu myślałam, że Wam oczy mglistym smutku całunem zajdą od czytania o tym, jak to Kanionek się pod traktor wybiera, i dlatego na koniec litość mnie zdjęła i śniadanie ku serc pokrzepieniu Wam dorzuciłam, a tu się okazuje, że Wam w to graj :D
      A od wróbelka się bardzo łatwo zbacza, na przykład do wspomnień o Sopocie i jak się po rolkowej wyprawie przez tydzień na rękach chodziło ;)

      A może ktoś z Was ma jeszcze na półce “My, wróbelki”, i skłonny byłby wypożyczyć drogą pocztową, a ja odsyłając po przeczytaniu dorzuciłabym trochę sera w podzięce?

  3. prowincjonalna nauczycielka 23/06/2015 at 19:55

    Moja biblioteka posiada. Jeśli chcesz pożyczę i Ci wyślę, daj tylko znać:-)

    • kanionek 24/06/2015 at 00:04

      Ach! Ale jak biblioteka, to trochę się boję. A ile jest czasu na zwrot książki? Bo wysyłka, moje czytanie, znowu wysyłka, to trochę potrwa. Fakt, że “Wróbelki…” czyta się jednym tchem, no ale jednak. Jeśli naprawdę jesteś skłonna to dla mnie zrobić, to będę wdzięczna i się odwdzięczę :) Ale jeśli zmienisz zdanie, to się nie obrażę :)
      (emotikony są jak opryszczka – raz złapany wirus nie opuści człowieka aż do śmierci)

  4. Ynk 23/06/2015 at 23:25

    Wróbelki. Jak mi ich brakuje. Tej żywej, rozświergotanej hałastry, której pełen balkon był jeszcze kilkanaście lat temu. Kiedy to ja ostatnio widziałam wróbelka na dzielni? Nie pomnę. Kawki, sroki, gawrony. A tu jeszcze koła samochodowe odbierające im trzeci, czwarty, piąty wymiar.
    Kiedy zdarza mi się pomysleć o lekkiej śmierci motyla potrąconego przez samochód, to gdyby miało być szast-prast i po krzyku zasnęłabym w wannie z wodą z wolna mieszającą się moją krwią. Chyba tak.
    Zainteresowałaś mnie lekturą “My wróbelki” Radiczkowa. (Bo ja tylko “Wodnikowe Wzgórze” Richarda Adamsa.) Sięgnę po nią (jeśli znajdę) zaraz po przeczytaniu książki, którą jutro mam otrzymać w przesyłce, czyli “Podróż do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych” Krzysztofa Środy.
    Czy Leoncio kocha Pollocka? ;-)

    • kanionek 23/06/2015 at 23:57

      „Podróż do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych” – tytuł godny Kanionka, przynajmniej w zakresie długości :D
      Znałam jedną Ormiankę, dwudziestoparoletnią, wysoką dziewczynę o najpiękniejszych włosach, jakie w życiu widziałam. Nie dość, że były długie do pasa, to objętością mogłyby posłużyć pięciu kobietom, nie jednej. Ani, bo tak miała na imię ta dziewczyna, nosiła włosy upięte, ale pod koniec dnia pracy lubiła spuścić je z uwięzi i wtedy włosy szalały! Najpierw z westchnieniem ulgi opadały ciężką kaskadą, by zaraz rozbujać się na boki setką delikatnych, połyskujących fal. Nigdy ich nie farbowała, a kolor miały taki, jak jej oczy – ciemnokasztanowy. Te włosy, z których możnaby wyrabiać liny okrętowe, były jednym ze zjawisk jakie zapamiętam do końca życia. A najlepsze jest to, że Ani mogła ich nie myć przez dwa, trzy tygodnie, a one nadal były piękne. Była niebotycznie zdziwiona słysząc, że my wszytskie myjemy włosy najrzadziej co trzeci dzień i uznała, że gdyby tak to miało wyglądać, to już wolałaby je obciąć. Nie dziwię się – te włosy po namoczeniu musiały ważyć więcej, niż moja wanna plus kurki od kranu ;) I cerę miała piękną, chorobliwym wykwitem nieskalaną, no i w ogóle ładna była diablica.

      No i patrzcie, jak się pięknie od tych wróbelków odskakuje na inne tematy ;)

      Wiesz, Ynk, tam gdzie nadal mieszka moja Mama, a ja spędziłam pół dotychczasowego życia, też już prawie nie ma wróbelków. Jest zorganizowany gang srok (po kilka gniazd na jednym drzewie) i mnóstwo gołębi. A dziecięciem będąc podglądałam sobie pisklęta wróbelków, w gniazdku uwitym w zakamarku naszego balkonu. Wszystko się zmienia i nigdy już nie będzie takie samo, co?

      “My, wróbelki” – może będą w Twojej bibliotece? W mojej nie ma, ale to biblioteka wielkości dwóch kiosków Ruchu, w miasteczku, w którym ludzie nie czytają już nawet gazetek reklamowych, tak bardzo jest im wszystko jedno. Ilekroć jesteśmy w bibliotece, nie ma tam nikogo prócz nas i bibliotekarki.

      Leoncio na Pollocka nie rzuciłby nawet jednego spojrzenia ;)

      • Ynk 24/06/2015 at 01:40

        I ja znałam jedną Ormiankę i jednego Ormianina.
        Z Elwirą korespondowałam w szóstej i siódmej klasie szkoły podstawowej. Przysyłała mi koniaki w miniaturowych buteleczkach (ale się tato cieszył!).
        I nie tyle włosy, co brwi miała niezapomniane. Takie typu “niczym skrzydła jaskółki”, jerzyka raczej.
        A Sarkis Sarkisyan, siwy staruszek, pisał w Londynie swoją historię Armenii (“Hayastan”). Pracowałam w jego maciupkiej jadłodajni na studenckich wakacjach będąc.

  5. Dorcia 24/06/2015 at 07:21

    No i u mnie ostatnio jeden z wróbelków dokonał żywota na balkonie, po uderzeniu w szybę. Próbowaliśmy z dziećmi go ratować, ale siła uderzenia była zbyt mocna :-(. Tak więc Twój tekst Kanionku tak jakby bardzo na czasie.

    • kanionek 24/06/2015 at 14:23

      O, to u nas w ubiegłym roku tak walnęła sikorka, ale po dwóch godzinach niańczenia w domowym ciepełku (bo to luty był) doszła do siebie i odleciała. Ale u nas z kolei jeden Kotek wyrządza więcej szkód w ptasiej populacji, niż cały szklany wieżowiec.

      • Dorcia 25/06/2015 at 07:37

        Jak mawia mój syn: no cóż, życie takie. My też mieliśmy nadzieję, że ptaszek odżyje, ale niestety nie…

  6. spokostanka 24/06/2015 at 08:36

    Ależ w tym poście zapachniało książką! Mocny, wyrazisty powiew. Pięknie będzie.
    Tak, wielkość samej śmierci jest niczym wobec umierania. Oczywiście patrząc z tej strony drzwi. Lęk przed umieraniem mam po podszewką w każdej minucie życia, w każdej myśli, nawet jak mi się wydaje, że nic a nic. O, teraz jak to piszę, mam wrażenie, że jest cicho i spokojnie. E tam. Pierdoły jakieś :)

    • kanionek 24/06/2015 at 14:14

      “…zapachniało książką” – no nie wiem, nie wiem. U mnie dziś Dzień Sprzątania w Koziarni, a wiadomo, czym to pachnie ;)
      Serio? Z tym lękiem pod podszewką? Bo mam tak samo. Myję zęby, i ni z tego, ni z miętowego – bach! myślę: “a gdybym teraz padła na zawał?”, i wyobraźnia podsuwa mi obraz moich zwłok, z pełną świeżości i pozbawioną bakterii pianą na pysku. Leżę na kaflach, obowiązkowo w dziwacznej pozycji, i myślę o tym, jak wyglądam, bo przecież ktoś mnie znajdzie i dozna urazu na tle estetycznym. Albo wchodzę po drabinie na strych obory i znów – a jeśli złamie się wiekowy szczebelek i spadnę? Widzę, jak łamią mi się ręce i nogi po drodze, a na końcu durny łeb rozbija o betonową opaskę. I nie ma siły, po śmierci będę miała głupi wyraz twarzy. Już nawet nie wspomnę o jeździe samochodem. Zawsze urywa mi się koło, albo pęka przewód hamulcowy i lecę witać się z drzewem. Całe życie umieram, jasny gwint, a kiedy przyjdzie co do czego, to pewnie i tak będę zdziwiona.

  7. wersja druga 24/06/2015 at 08:55

    “To ja tu myślałam, że Wam oczy mglistym smutku całunem zajdą od czytania o tym, jak to Kanionek się pod traktor wybiera”- nic z tego. trzeba było nie pisać o hydroponice, to może. a tak to poszłam doczytać ki diobeł i wszelkie mgliste całuny poszły w odstawkę. (może Cię pocieszy, że Kanionek uczy bawiąc i bawi ucząc?)

    p.s. u mnie jest dużo żywych wróbelków. stado, które zimuje w mojej dzikiej róży, nazywam “moimi wróbelkami”.

    • kanionek 24/06/2015 at 14:19

      No patrz, to Ty masz taki mały rezerwat :) Pilnuj ich, tych wróbelków, bo za rok lub dziesięć one będą na liście gatunków zagrożonych, i może jakieś dopłaty z Unii dostaniesz? ;)
      I jak Ci się podobają uprawy hydroponiczne? Na jutubie można pooglądać filmiki z fabrykami pomidorów w Hiszpanii – światła słonecznego na oczy nie widziały, a słowo “ziemia” jest dla nich tym, czym dla nas woda na Marsie. Czyli że coś tam każdy o tym kiedyś słyszał ;)
      Widziałam też materiał reklamowo-instruktażowy o uprawie hydroponicznej truskawek. U nas, w Polsce. Luksus i wygoda, a inwestycja w sprzęt zwraca się w ciągu kilku lat. O, tu jest na przykład artykulik z 2011 roku: http://www.extenda.pl/aktualnosci/hiszpanski-system-upraw-hydroponicznych

  8. bila 24/06/2015 at 15:37

    U mnie też są wróbelki i kojarzą mi się (niezależnie od płci)z chłopakami z ADHD. Wiecie, takie- ,,a co to my, tak se skaczemy , o co to, abo nie, abo jednak tak, aaaaaa, hej co masz, abo nie, abo tak, frrrrrrr, a to co, abo nie, abo tak, frrrr” ;)
    Uwielbiam patrzeć na ptaki przez okno w kuchni. Karmnik stoi, ale ptaki nigdy z niego nie jedzą, tylko, jak co wysypię na bruk obok ogródka kwiatowego. Wtedy owszem, zjadają.

    Aha, Kanionku, Twoje życie to po prostu jest super egzotyczne. Hodujesz rośliny, zwierzaki i zmieniasz świat. Tak, tak. To właśnie robisz. Bo zmienianie świata najlepiej wychodzi w formie miejscowej, znaczy wokół siebie. My wchodzimy w net, czytamy i jaaaaaa… dzieje się. :) Pozdrowionka.

    • kanionek 24/06/2015 at 20:56

      ,,a co to my, tak se skaczemy, o co to, abo nie, abo jednak tak, aaaaaa, hej co masz, abo nie, abo tak, frrrrrrr, a to co, abo nie, abo tak, frrrr” – czytała Krystyna Czubówna :D
      Bardzo udany opis codziennego życia wróbelków, serio.

      O tak, moje życie jest tak egzotyczne, jak te Celyny dłonie, aż pozwolę sobie zacytować:

      “Zasłony w oknach leją blask, na mecie jasno jakby w dzień
      Tak to Celiny, Celiny, Celiny cień
      Dłonie kołyszą się – egzotyczne kwiaty dwa
      Celina naga, na balecie, pośród żądz i szkła
      Wtem nagle jakiś ruch
      W progu staje rudy Mundek – Ziutka druh”
      (Kult, “Celina”, 1993)

      Dziś, jak wspomniałam, dzień wideł i gnoju. Mieliśmy nieplanowane opóźnienie, bo pięciu panów elektryków przyjechało skakać mi po ogródku, celem zamontowania “bednarki” na słupie, w związku z wymienioną byłą linią energetyczną. No i trzeba im było patrzeć, co prawda nie na ręce, ale na nogi – żeby nie zadeptali niewidocznych dla niewprawnego oka roślin w ściółce. Jednemu z nich zdążyłam nawet opowiedzieć o ogóreczniku lekarskim i zapewniłam, że to małe i niewyraźne, którego nakazałam mu nie nadepnąć, bo w ryj, będzie niedługo wielkim krzakiem kwitnącym na niebiesko. Wyglądał tak, jakby uwierzył.

      No i gnój był, jak zwykle, całkiem nieegzotyczny, za to niezwykle aromatyczny ;) Zeszło nam parę godzin, przerwa na obiad, a zaraz trzeba iść ze sto kilo suchej ściółki do koziarni zanieść i po podłodze rozwłóczyć, aby równo.
      Ale cieszę się, że Wam się to wszystko podoba :)

  9. Fredzia 24/06/2015 at 16:30

    Melduję, że mi zaszły aż musiałam nerwowym mruganiem i patrzeniem w sufit się go pozbyć, bo koleżanka z wizawi mogłaby się dziwić jakiż to ekspert edukacyjny pisze tak chwytające redaktorów za serce teksty.
    A zaszły nie tylko z powodu wróbelka, ale i łyżworolek – niczym “Jesień średniowiecza” przepełniona jestem scenkami z przeszłości, aż się dziś złapałam na refleksji, że owszem, mam co wspominać, ale na litość chyba jeszcze mnie coś czeka?! Czterdzieste urodziny zrobiły jednak swoje i jakbym się nie zarzekała, że plwam na metrykę, natury nie oszukasz.
    Z lękiem przed śmiercią znamy się lepiej niż bym chciała. Zafundował mi parę przejażdżek karetką i kosztował mnóstwo zrealizowanych recept, które zapełniły tylko szufladę niespełnionymi obietnicami lepszego jutra, bo nie biorę żadnych leków z… lęku przed śmiercią. Trudny temat, nierówna walka.
    A co do znaczenia sprzętu rolniczego w prasie codziennej, jako ex-pracownik jednego z tabloidów mogę uchylić rąbka tajemnicy, że traktory w pijanych rowach pełnych szamba cieszą się popularnością “targetów”, bo brzmią swojsko i sąsiedzko, niczym historyjka spod gminnego sklepu zakrapiana piwem kupionym na zeszyt. Co tam jajniki Brangeliny, kiedy tu kobiecinie wybuchły kupione na chińskiej promocji w Bidlu termoloki a Witek odebrał żelazko zamiast telefonu. “Wiesiek, słyszałeś, to zupełnie jak ty po czwartych poprawinach urodzin córki szwagra”.

    • kanionek 24/06/2015 at 22:25

      Kurde, Fredzia! Eksplozja termoloków wytrzęsła ze mnie resztki sił :D

      Co do karetek, zrealizowanych recept i na wieki nieotwartych opakowań leków (bo ulotki straszniejsze są od amerykańskich horrorów) – nie dodam nic. Walka z lękiem to historia mojego życia, oczywiście przegrana. Mogę się za to wypowiedzieć ws. “czy coś nas czeka po czterdziestce”. Tak, czekają nas kolejne lata życia, w gruncie rzeczy takie same, jak przed czterdziestką. Nie mówię tu o sprawności fizycznej, czy zapadalności na choroby, tylko o tym, że wewnątrz jesteśmy zawsze tą samą osobą, w określony sposób postrzegającą rzeczywistość, i choćby zmieniały się okoliczności, miejsca, wydarzenia, tak naprawdę nie zmienia się nic. Chyba nie muszę rozwijać tej myśli.

      A ja się nadal zastanawiam, dlaczego ten przelotny wiatr z przeszłości tak silnie poruszył drzewem mojej tożsamości. Mam na myśli te dwie dziewczyny na rolkach – myślisz, że to było objawienie z gatunku “to se ne vrati?”. Bo mi się wydaje, że to dno jest co najmniej podwójne.

  10. zeroerhaplus 24/06/2015 at 19:41

    Ach, zapachniało egzystencja-tfu!-lizmem… Wróbelki, magdalenki, śmierć, życie, deskorolka. Też pomyślałam, jak Spokostanka, że dajesz nam do powąchania próbę książkową. Świadomie?

    PS. Jak to co, przecie widać, że wzmacniacz lampowy ;)

    • spokostanka 24/06/2015 at 19:57

      Nie ma lepszego niż lampowy! Gęste lepkie brzmienie.

    • kanionek 24/06/2015 at 22:45

      Wy tak całkiem serio z tą książką?
      Dobra, to ja będę szczera jak dziura w zębie. Jeśli czymkolwiek powiało, to produkcją klasy “B”, bo jakoś nie umiem, choć bardzo chciałam, oddać ulotnego nastroju tamtej chwili. Chwili z wróbelkiem i dwiema dziewczynami na rolkach. Coś mną targnęło (czyżby “Owo Coś”?) tak silnie, że aż się szarpnęłam, jak ten wózek na łańcuchu. Nie wiem co (mówiłam już, że często mam problem z identyfikacją własnych uczuć?), ale cokolwiek to było, i tak mi się zmyło ;) Dlatego napisałam Wam tylko tyle, ile się zdarzyło, z nadzieją, że każdy sobie coś z tego wyciągnie, plus-minus circa do kwadratu.

      Ty mnie, Zeroerha, wykończysz. Skąd wiedziałaś, że wzmacniacz? “PRZEDwzmacniacz lampowy, gwoli ścisłości” – powiedział małżonek. Liście odróżniasz jeden od drugiego, elektronarzędziami żonglujesz i co tam jeszcze, a teraz na dokładkę to. Ja już nawet wymyśliłam tytuł do TWOJEJ książki: “Jak przeżyć 500 lat wśród ludzi tak, żeby oni się nie kapnęli” :D

      • Kania 29/06/2015 at 22:48

        Domyślam się, że nie myślisz o książce, bo wiesz, że nie napiszesz “W poszukiwaniu straconego czasu”, ani “Pamięci, przemów” Nabokowa (bardzo polecam). No, nie napiszesz. Ale jeśliby wszyscy tak myśleli to na naszych półkach stałaby tylko “Iliada”.
        A tanatofobia nie jest czymś wyjątkowym chyba, skoro doczekała się własnej nazwy.

        • kanionek 29/06/2015 at 23:44

          Jest faktycznie trochę tak, jak piszesz. Gdy myślę: “książka”, to mam na myśli właśnie takich Nabokowów, Bułhakowów, Tołstojów czy Sapkowskich tego świata, choć oczywiście przeczytałam pewnie z tysiąc, albo trzy tysiące książek autorów, których nazwisk już nawet nie pamiętam, a jednak dobrze mi się ich czytało. Przy okazji – nie cierpię Prousta. Czytając “W poszukiwaniu straconego czasu” szybko zorientowałam się, że czasu straconego na tę lekturę szybko nie odnajdę ;)
          Ale nie tylko o to chodzi. Ja nie mam pomysłu nawet na książkę kieszonkową, do czytania w autobusie. Nie układa mi się w głowie żadna spójna historia, którą chciałabym przekazać innym ludziom. Mam za to setki krótkich historyjek, najczęściej bez rąk i nóg, z których większość opowiadam kozom podczas dojenia, albo pomidorom, gdy jak kretynka z pędzelkiem zapylam im kwiatki, a które gubią mi się gdzieś w trawie, zanim zdążę dolecieć do kompa. Zresztą – kiedy ja mam znaleźć czas na książkę? I nie mówię tu tylko o sytuacji obecnej – dojenie, sery, ogród, bla bla. Całe życie się czegoś uczę. Jednym z paradoksów mojego istnienia jest to, że niby kocham stagnację i boję się zmian, a jednak na przekór sobie ciągle coś zmieniam i w procesie adaptacji do nowych warunków wyginam boleśnie umysł i ciało, nabawiając się przy okazji nowych umiejętności, jak również nowych lęków i bólu głowy. Hm. Znów piszę elaborat, zamiast skwitować sprawę jasno: jestem popierdolona i w sztuce tej dążę do perfekcji. Albo implozji.

          Tanatofobia? Niby pasuje, a jednak nie do końca. Nie mogę powiedzieć, że odczuwam paniczny lęk przed śmiercią. Miałam w życiu kilka epizodów, podczas których byłam przekonana, że zaraz kopnę w kalendarz (i wtedy karetki, tabletki, testament i “dlaczego ja?”), ale to mi akurat przeszło, a nawet poszło w całkiem inną stronę – obecnie tak bardzo nie chce mi się przejmować nowymi straszliwymi “objawami” tajemniczych chorób, że w ogóle nie robię nic. Do lekarza idę dopiero wtedy, gdy coś mnie boli nieustannie przez okres dłuższy, niż trzy miesiące. Dlaczego trzy? Nie wiem, durny łeb tak sobie ubzdurał, i co mu pan możesz zrobić. Miewam za to natrętne myśli ze śmiercią związane, czyli kilka razy dziennie wyobrażam sobie, że umieram – a to podczas mycia zębów, a to jazdy samochodem, albo np. wpadam do rzeki (bo brzegi strome), i w wyniku wstrząsu (bo woda zimna) doznaję zatrzymania akcji serca, itp. Tyle, że obrazy ze mną w roli denatki przesuwają mi się przed oczyma jak tani i nudny film, i po prostu idę dalej. Może to rodzaj przyzwyczajenia do własnego szaleństwa? Nie wiem. Czasem tylko mnie to irytuje, bo na ile jeszcze sposobów można umrzeć i całkiem nie zwariować?

          No tak. Co to ja właściwie chciałam? O – a “Król, dama, walet” – podobało Ci się? Bo wiem, że “wczesne dokonanie”, srutu tutu, ale mi podeszło jak nie wiem co. Trzy doskonale odmalowane postacie, historia niby banalna, ale jakże dojrzałe studium ludzkiej natury. Bardzo mi się. Aż będę musiała przeczytać jeszcze raz, po tylu latach. To ja już może skończę.

          • ciociasamozło 30/06/2015 at 09:21

            Dzisiaj, gdy przechodziłam przez ulicę rozłożyłam na czynniki pierwsze wizję wpadnięcia pod tramwaj (a propos: https://www.youtube.com/watch?v=aHKzi_1eVkY). Może to normalne? Może mamy potrzebę “przerobienia na sucho” najróżniejszych scenariuszy, trochę tak jak narciarze wizualizuja sobie przebieg trasy przed startem?
            Moje wizje często dotyczą śmierci, ale równie często nachodza mnie obrazki najróżniejszych katastrof (począwszy od np oberwania się półki, skończywszy na armagedonie). I mam taką obsesję, że jak coś ze szczegółami “zobaczę”, to to się nie może wydarzyć, więc jak już trafi mi się myśl o śmierci, wypadku czy katastrofie obracam ją w głowie na wszystkie strony.
            Sorry, w konkursie na popierdolenie masz duża konkurencję ;)

          • kanionek 30/06/2015 at 14:27

            A nie, spoko, taka konkurencja mile widziana, bo w kupie, jak wiadomo, raźniej :D
            Dobry pomysł z tym szczegółowym scenariuszem zgonu, muszę wypróbować. Do tej pory zaklinałam rzeczywistość w ten sposób, że po “wizji odpalenia wrotek” powtarzałam w myślach głośno i dobitnie: to się NIE wydarzy. Trzy razy trzeba powtórzyć, żeby się nie wydarzyło, rozumiesz.

          • Kania 30/06/2015 at 11:15

            Tego nie znam, włożyłam na półkę do przeczytania. Podobnie jak tego Jarmuscha, którego ktoś wcześniej polecił. A do Prousta przymierzałam się parę razy, pewnie ze snobizmu, i nie mogłam wyjść poza kilka pierwszych stron. Aż wreszcie trafił na swój czas:)Podobnie jak Lampart Lampedusy.
            A fobie? Dobrze jak człowieka omijają, choć ponoć nie ma ludzi normalnych, są tylko niezdiagnozowani. Zresztą widać to w wielu komentarzach, że myślący ludzie myślą i o życiu i o śmierci i nie zawsze jest nam wesoło na tym najlepszym z możliwych światów.
            A twoja książka może gdzieś tam kiełkuje, bo jestem spokojna,że jeśli będziesz wiedziała “co”, to “jak”nie sprawi ci trudności.
            I jeszcze jedno – jak ty to robisz, że zmuszasz do pisania komentarzy. Mnie się nigdy nie chce i u nikogo się nie odzywam, Chyba jakiegoś kurdybanka tu zadałaś.

          • kanionek 30/06/2015 at 14:59

            Przeczytaj koniecznie :) Wiem, że o tysiącach książek można tak powiedzieć, i te odkładane na półkę “do przeczytania” w końcu urywają półkę, no ale przecież to Nabokov, jakżeż go nie czytać ;)
            No i cóż – może i do mnie Marcel kiedyś trafi. Na przykład na tydzień przed śmiercią, gdy i tak się będę nudzić w jakimś szpitalu ;)

            Jak to – “zmuszam”? Ja tylko pociągnął… (za język)
            Może piszecie dlatego, że ja piszę? Nie wiem jak Wam, ale mi się podoba taka wersja komentarzy, gdzie można sobie normalnie pogadać, niekoniecznie na temat tego, co było we wpisie. Może i jest bałagan, może czasem nie wiadomo o co chodzi, ale czy nie takie właśnie jest życie?

          • zeroerhaplus 30/06/2015 at 14:03

            Ooo, też tak mam. jak Ciociasamozło! Obracam tyle razy, wmawiając sobie, że jak wyobracam, to się nie stanie.
            Ale jakoś cholera i tak ktoś zawsze lepszy scenariusz z reguły wymyśli, ała.
            A Ciebie, Kanionku, to ja w felietonie widzę.
            Szybka i dobrze u-cięta forma, ani Ciebie nie znudzi przy pisaniu ani czytelnika ;))

          • kanionek 30/06/2015 at 15:01

            Zeroerha – tak, ja też siebie widzę. Ale poza nami dwiema musiałby mnie widzieć jeszcze ktoś. Naczelny jakiejś gazety? :D

          • zeroerhaplus 01/07/2015 at 09:49

            Cholera, nie znam żadnego naczelnego akurat. Jakoś mi w notes z adresami nie wpadli…

        • nikt wazny 30/06/2015 at 01:27

          I mie zdarzaja sie mysli o smierci. Ale wowczas sporo uwagi poswiecam kwestii jej “estetyki” (coby nie trza bylo za duzo spzatac…), kwestii ewentualnych komplikacji dla zywych, oraz, albo raczej przede wszystkim kwestii jej niezauwazalnosci (ze sie tak wyraze).

          • nikt wazny 30/06/2015 at 01:28

            przepraszam za literowki

          • Kachna 30/06/2015 at 23:37

            No to chyba Was kochaneńkie pobiję – otóż ja sporządziłam testament. Ze szczegółami. Normalnie, profesjonalnie u notariusza.
            Ze szczegółami pogrzebu.
            Muzyką . Jaką – niechaj pozostanie tajemnicą – ale mogą się przybyli zdziwić (jednakowoż nie będzie to repertuar zespołu Kat….).
            …………….
            Pozdrawiam uprzejmie całą OK:)

          • kanionek 01/07/2015 at 00:09

            Phi! Też bym sporządziła, ale co ja w tym testamencie zapiszę – kółko od roweru, sosnową szyszkę, puszkę makreli, niewyciętą ślepą kiszkę? Kóz nikomu nie zapiszę, bo to kara i zemsta zza grobu, nie spadek.
            Ale z tą muzyką to mi teraz zadałaś temat do rozmyślań. Co ja bym chciała, żeby mi zagrali, i żeby goście zdążyli do domu przed zmrokiem, hm…
            Albo – w co bym chciała być ubrana. Matko z notariuszem, jeszcze tyle rzeczy do przemyślenia.

          • nikt wazny 01/07/2015 at 03:52

            No to skoro jestesmy juz przy tematyce funeralnej, to moja znajoma opowiadala jak kiedys czekala na powrot meza z dalekiej podrozy sluzbowej. Czekala na lotnisku.
            I oto samolot sie spoznial, A jej wyobraznia zaczela podsuwac przerozne scenariusze: katastrofa, porwanie zakonczone katastrofa etc. I pooooszlooooo. Oprzytomniala, kiedy zlapala sie na rozmyslaniu: co tez ja na jego pogrzeb ubiore?

          • zeroerhaplus 01/07/2015 at 10:25

            @Niktwazny: ta Twoja koleżanka to niezła jest :)

            A co do testamentu – mam, cholera, jak Kanionek. Hipotekę komu zapisywać? Przecie to tak nie wypada ;)

    • zeroerhaplus 25/06/2015 at 11:56

      Ulotny ustrój tamtej chwili oddałaś. Teraz my Ci go oddajemy z powrotem ;))

      A co do identyfikacji własnych uczuć… tja. Też kiedyś myślałam, że słabo potrafię, ale potem poczytałam trochę bloga jednej panny, która chodzi po świecie z pakietem dodatkowym w postaci autyzmu i dowiedziałam się, co to znaczy NAPRAWDĘ mieć problem z nazywaniem uczuć ;) Tak, że ten tego, tja.

      500 lat… Może nietypowo, jak na kobietę, ale odbieram to jako komplement ;)
      A wiesz, że gdy byłam małym chłopcem, to chciałam być wampirem? Bo to takie romantyczne :)) Teraz jestem większa (objętościowo) i co? I nic :) Na coś takiego, jak https://www.youtube.com/watch?v=ycOKvWrwYFo pędzę do kina jak małolata na koncert OneDirection. Przypadek nieuleczalny.

      Hehe, wykańczanie ludzi to najwyraźniej moje powołanie: powoli, ale skutecznie (mogę dostać atest od małżonka, jakby co). Już tłumaczę z tym wzmacniaczem: kiedyś spędziłam uroczy wieczór (albo nawet kilka?) u kumpli w wynajmowanym przez nich mieszkaniu i jeden z nich trudnił się składaniem takich zabawek, chyba nawet sprzedał kilka. Fascynujące to było i bardzo ładne, więc się przyglądałam. Ot. Znowu rozbiłam Ci wyobrażenie? I’m sorry, soooo sorry….)

      • kanionek 25/06/2015 at 14:06

        “Ulotny ustrój tamtej chwili oddałaś. Teraz my Ci go oddajemy z powrotem ;))” – I love you :)

        Filmu nie widziałam, ale się postaram, a wyobrażenia moje o Tobie są z gatunku tych, co się nie śniły nawet filozofom, i jak duralex – nierozbijalne ;) (no przynajmniej jak duralex wchodził na polski rynek, to ludzie szklankami o linoleum rzucali, żeby się przekonać, czy faktycznie takie trwałe. Czasem szklanki zachowywały się tak, jak chciała legenda, a czasem popełniały buntownicze samobójstwo)

      • zeroerhaplus 25/06/2015 at 16:29

        :DDD

        Kanionku, zamiast “duralex” przeczytałam “durex”…
        A potem to już samo pogalopowało. Weź rozbij durexa o linoleum – no przecie, że się nie da ;))
        A o tych durexach, tfu, duralexach słyszałam, ale myślałam, że to taka trochę urban legend i sama chyba nigdy nie spróbowałam. I skąd ja teraz duralexa wezmę, żeby sprawdzić? Pies ze szklanką, ale skąd ja do wszystkich Anielek wezmę linoleum?!
        Dać ogłoszenie na allegro? “Kupię w trybie pilnym dwie sztuki duralexa i metr kwadratowy linoleum. Poważne oferty kierować…”?

        • kanionek 25/06/2015 at 17:50

          Duralexa też nie mam, ale jak się kiedyś będę pozbywać zgniłoleum z kuchni, to Ci wyślę ten metr :) Pod tym gumowatym szajsem mamy deski, ale małżonek mówi, że może lepiej pod zgniłoleum nie zaglądać, bo jeśli deski z grubsza zeżarte, to tylko przykrość, smutek i żal. A tak – cicho sza, mamy drewnianą podłogę, a gównoleum na wierzchu, bo łatwiej się zmywa.

          • aga 28/06/2015 at 20:28

            Dziewczyny, uprzejmie donoszę, że wlasnie rzucilam talerzem z duraleksu o linoleum i nic, cały! Szklanki nie mam :-(

          • kanionek 29/06/2015 at 00:17

            Aga – brawa za odwagę :D
            Ciekawe, czy ktoś ma jeszcze legendarną szklankę i mógłby – dla dobra nauki – rzucić nią o linoleum…

          • nikt wazny 28/06/2015 at 22:50

            A ja mam jeszcze filizanki z podstawkami i talerzyki z duralexu. I nie polecam probowac rozbicia, bo za ktoryms razem moze sie udac ta sztuka, a tlucze sie toto wyjatkowo wrednie – na drobne ostre igielki.

          • kanionek 29/06/2015 at 00:21

            Ha! Ale dopiero za którymś razem! Taka kuchenna odmiana rosyjskiej ruletki :)
            Matko z filiżanką. Miałam Wam napisać cokolwiek nowego, ale “z pola” zeszłam o 22:30, zjadłam obiadokolację, zajrzałam do maili (w wyniku najświeższego zamówienia na ser wyrobię się w tym tygodniu na styk, do ostatniej kropli mleka), a teraz jeszcze rachunki zapłacić i zaraz umrę.

          • Ynk 30/06/2015 at 10:13

            Ho. Nigdy-przenigdy nie weszłam w duralexy ;-) Za bardzo lubię nabywać i otrzymywać skorupki, żeby narażać się na nietłukące. Zatem też krótko i powierzchownie ubolewam nad rozbitym talerzykiem czy filiżanką.

          • kanionek 30/06/2015 at 14:44

            O, ja też kiedyś lubiłam ładne skorupki :) Nie żebym miała jakieś kolekcje, ale od czasu do czasu coś uroczego zobaczywszy, nabyć natentychmiast musiałam. Za to teraz populację kubeczków, talerzyczków, miseczków i innych latających spodków reguluje u mnie ilość miejsca na tych kilku drogocennych półkach, jakie mam. Przez trzy lata mieliśmy np. tylko dwa duże talerze, dwa średnie i jeden mały, choć w końcu dokupiłam jeszcze dwa duże, bo jak Mama przyjeżdża, to przecież nie będzie z garnka jeść ;) Ale już taki zakup gara do wyrobu sera zaburzył harmonię w stadzie moich statków, bo dwa inne duże gary i tak stoją NA szafce, no a teraz doszedł ten trzeci, i gdzie go podziać? Się nagłówkowałam, żonglując patelniami jak małpa w cyrku, ale jakoś go upchnęłam. Ale mam przecież jeszcze formy do sera, łyżkę z dziurkami do nakładania skrzepu, długą trzepaczkę do mieszania ziarna, chusty serowarskie i inne utensylia, które też doszły i trzeba je było gdzieś upchnąć. W dodatku wymagają maksymalnej możliwej sterylności (wiem, wiem, sterylny albo niesterylny, nie można być trochę w ciąży itd.), więc nie mogłam trzymać ich gdzie bądź, np. tam, gdzie mucha by na nich usiadła. No to we wnękę w szafie (niegdyś ubraniowej, dziś kuchennej) upchnęłam ogromny, plastikowy pojemnik, który dostałam od ciotki na pościel. I ten pojemnik, nigdy nie śmigany, ma pokrywę i świetnie się nadaje do przechowywania serowarskich dupereli, i mucha nie siada.
            No tak, znowu się rozgałęziłam.

          • Ynk 30/06/2015 at 17:03

            Nienie, kolekcje nie. Komplety też nie. Moi goście dostają różne talerzyki, różne filiżanki. Każdy inną. Mogą sobie wybrać ;-)
            A ostatnio biję się po łapach, kiedy wyciagają się ku nowej skorupce, bo miejsce w mej mikroskopijnej kuchni dawno się już skończyło. O.

          • kanionek 30/06/2015 at 23:22

            O, i tak jest spoko. Z kompletami jest taki problem, że jak jesteś “w gościach” i niechcący stłuczesz talerzyk czy filiżankę od kompletu, to wiesz, że nigdy nie znajdziesz takiego samego egzemplarza, żeby gospodarzowi odkupić, bo to albo po antycznej prababci, albo jakieś deluxy, albo edycja limitowana, albo kuzyn z Japonii przywiózł… A jak każdy kubeczek i każda łyżeczka inna, to zawsze można w zamian za stłuczoną brązową w niebieskie ciapki oddać zielonkawą w różowe kotki, i szafa gra :)

  11. ciociasamozło 25/06/2015 at 10:40
    • kanionek 25/06/2015 at 13:57

      Atosik… :D
      Piękne. Lubię takie.

  12. Kachna 25/06/2015 at 19:13

    A jeżeli chodzi o “ser Małżonka” lub sir Małżonka(!) to może to być np. korektor z układem wzmacniającym lub regulowany generator średniej mocy. Prawda.
    No.
    Te szklane kopułki z tranzystorami (lampy??) mogą zmylić.
    Hi. Hi.
    To pisałam ja Kachna z Dna
    Dobranoc.

    • kanionek 25/06/2015 at 23:00

      Na wszelki wypadek się z Tobą zgodzę, ponieważ jako córka domorosłego elektryka, co sam zbudował radio, nie mam bladego pojęcia o czym mówisz :)
      Tyle wiem, że te kopułki to lampy, i one faktycznie świecą, takim cieniutkim, pomarańczowym światłem.
      Dobranoc, Kachna. Twoja kozia imienniczka o pięknym, powłóczystym spojrzeniu, mówi: “raz na kozie, raz pod wozem”, i że kiedyś będzie lepiej.

  13. kanionek 27/06/2015 at 15:28

    Ha! Znalazłam dziś ten czarny bez, o którym wiedziałam, że musi być w “moim” lesie. Jakiś tydzień czy dwa temu szukałam w innym kierunku, a dziś wybraliśmy się na spacer, nie szukając niczego, i znalazłam. Całe zagajniki, bez wysoki na kilka metrów i rozrośnięty, i nadal kwitnie. Dziś już nie zbiorę kwiatów, bo niedługo przyjedzie pani po ser i mleko, ale jutro bierę rower i jadę na łowy.

  14. Ola 28/06/2015 at 11:41

    “Wróbelek jest mała ptaszyna,
    wróbelek istota niewielka,
    on brzydką stonogę pochłania,
    Lecz nikt nie popiera wróbelka
    Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta,
    że wróbelek jest druh nasz szczery?!
    ………………………………………………..
    kochajcie wróbelka, dziewczęta,
    kochajcie do jasnej cholery!”

    @Ynk – bo my wszyscy na Wodnikowym Wzgórzu som ;)

    • kanionek 28/06/2015 at 12:59

      O, ładne :) A ja głupia w bibliotece ostatnio będąc, usiłowałam sobie przypomnieć ten tytuł. I sobie przypomniałam, gdy już byłam w połowie drogi do domu. No nic – co się odwlecze, to się nie powiesi. Następnym razem wypożyczę.

      I dzięki za komentarz, Ola – już myślałam, że się wtyczka zepsuła, bo od dwóch dni sama sobie komentarze piszę ;)
      Pani, która wczoraj była po ser, przywiozła koziołkom kilka ogromnych toreb liści od kalarepy, łupinek strączków zielonego groszku i obierek z marchewki. A i jeszcze młode liście buraczka były. Rozsypałyśmy wszystko przed furtką północną, więc z okna kuchni widzę, jak kozy nadal podchodzą do baru sałatkowego i dojadają to, co się im wczoraj nie zmieściło :) Koty dostały suchą karmę, piesy – suszone żwacze, a kurczaki trochę pszenicy. Jak rany serowara – lubię robić interesy z tą panią :) Ode mnie dostała tylko kolejne wiadro zielska ze stawu z wkładką w postaci kijanek, i sadzonki rumianku bezpromieniowego oraz śmierdzibanka. Uprzedziłam ją, że plagę egipską sobie sprowadza do obejścia, ale się nie zraziła.

      • Ola 29/06/2015 at 09:46

        A cosi się dzieje z wtyczką, bo już myślałam, że mi pożarło pracowicie skopiowanego Gałczyńskiego… Biała strona się zrobiła i nic. Ale odświeżyłam i jest :)
        Już sobie szukam śmierdzibanka :D

        • Ola 29/06/2015 at 09:47

          hm… a więc co to jest ów śmierdzibanek???

          • kanionek 29/06/2015 at 11:39

            :D Znajdziesz delikwenta w wątku “co to za roślina” na FOK. Gdzieś tu po sekcji komentarzy też się pałętał, ale na forum są jego podobizny :)
            A przy wtyczce małżonek grzebał, żeby nie zjadała ludziom komentarzy w przypadku, gdy się zapomni wypełnić jakieś pole – Modra prosiła, też na forum.

          • kanionek 29/06/2015 at 11:40

            A… gdzie jest Gałczyński? To znaczy nie chodzi mi o jego pośmiertną miejscówkę, tylko coś o kopiowaniu pisałaś, i że jest, a ja widzę, że nie ma, czyli nie widzę ;)

          • ciociasamozło 29/06/2015 at 13:42

            “Wróbelek” Gałczyńskiego jest :). Chyba o niego Oli chodziło…

            A swoja drogą idę sprawdzić gdzie jest Gałczyński w sensie miejscówki pośmiertnej ;)

          • ciociasamozło 29/06/2015 at 13:49

            Już wiem. Na Powązkach Wojskowych.

          • kanionek 29/06/2015 at 16:58

            A, bo myślałam, że coś nowego Ola chciała wrzucić. Ja dziś całkiem niekumata, łeb mi od rana dudni i dzwoni, kolejne sery wysłałam w świat, a gdy wracaliśmy z miasta dostałam esemesem nowe zamówienie, które mogę zrealizować dopiero za dwa tygodnie, bo już ani kropli mleka nie mam wolnego. Co się porobiło… Chyba zacznę dla siebie kupować mleko w sklepie, o zgrozo. A Bożena od kilku dni ściemnia z mlekiem, i nie tylko mi żałuje, ale i dzieciom coś nie chce dawać. Może staruszka szykuje się do zamknięcia fabryki?

          • Ola 30/06/2015 at 00:43

            Ja też niekumato napisałam. Praszam za zamieszanie. A że Powązki Wojskowe? Nie wiedziałam. No i znowu trza iść sprawdzać :D
            A Bożenka co? Najpóźniej zaczęła i już kończy? A taka duża z niej fabryka … Coś widzę, że się na sery nie załapię :O

          • ciociasamozło 30/06/2015 at 08:59

            Kanionku, proszę przekazać Bożence, że ma sie nie wygłupiać, bo Antek czeka na ser. No i nieładnie tak zawalać produkcję, gdy Główna Karmicielka wreszcie ma taki zbyt :)

          • kanionek 30/06/2015 at 14:23

            A weź gadaj z Bożeną. Jak ona się uprze, to nie ma we wsi takiego bata, który ją przekona. Dziś dała niespełna litr mleka i cała zadowolona! A owies wciąga jeszcze szybciej, niż np. tydzień temu, bo już się dawno kapnęła, że ile zje podczas dojenia, to jej. No ale wielkiego zmartwienia nie ma, bo Tradycja powoli zaczyna wyrabiać normę swoją ORAZ Bożenki. A Bożena, tak sobie zmyślam wróżąc z kozich bobków, może po prostu z przyzwyczajenia się zasusza? Musiała w ciągu tych pięciu lat mieć już pęczek koziołków, i skoro nikt jej nie doił, to sama im powoli ucinała mleko. Ale jak jest naprawdę to nie wie nikt.

            Pamiętam o Twoim zamówieniu z wyprzedzeniem, i dla Antka ser będzie, choćbym miała dziką lochę w lesie wydoić ;)

    • Ynk 30/06/2015 at 16:46

      Wróbelki z Wodnikowego Wzgórza :-)

  15. Iwona 28/06/2015 at 14:04

    O rany, toż wakacje się zaczeły, i niby się cieszę,, bo koniec zawożenia, przywożenia i pomagania w lekcjach, ale dwa miesiące słuchania jęków Młodego, bo nawet wysłać go nie mam gdzie :-P . A czas popierdala i niby cały czas coś robię, a to nie zrobione i tamto, i program znów rozwalony. A dziś wstałam z bólem głowy i póki prochy działają to działam, a potem nędza i kolejne prochy. A truskawki się kończą, a ja słoiczka nawet nie zrobiłam, a wczoraj pół dnia ganiałam z wężami do wody, bo wszystko pada, i mszycy od groma, i niby słońce świeci, ale jak się zachmurzy to zimno, i katary i kaszle jakieś, i meszki jakieś. A syrop z bzu bardzo pyszny jest, i jak nie lubię tego zapachu, tak syrop pijam, a placki z kwiatów bzu smażę, ale nie jem, tak się poświęcam dla dziecków :-P

    • kanionek 28/06/2015 at 14:19

      Ha ha! U mnie też czas zapieprza (a może nie? może to ja zapieprzam, a czas się tylko ze mnie śmieje?), za to truskawki właściwie dopiero się zaczęły. Kilka dni temu zjadłam pierwsze cztery, reszta dojrzewa nieśpiesznie – w nocy dwa dni temu plus trzy stopnie. U mnie wszystko kwitnie/dojrzewa miesiąc później, niż w środkowej, że nie wspomnę o południowej Polsce. Dlatego pewnie wciąż mogę zbierać kwitnący bez, gdy u Was już tylko wspomnienie po kwiatkach ;)

      Z bólem głowy też dziś wstałam! A jeszcze wczoraj się ucieszyć zdążyłam, że od tygodnia bez tabletek żyję. No, to sobie pożyłam ;)
      Ogrodu nie podlewałam ani razu, i wszystko żyje. Pod ściółką mokro, i to nawet bardzo. Jedynie rozsady w szklarni podlewam, targając deszczówkę w butelkach, bo wody w studni wciąż tak tylko, żeby gary pozmywać. Rozsady nadal w szklarni, połowa przynajmniej, bo miały falstart z tą złą ziemią. Po tym, jak przesadziłam WSZYSTKO do normalnej ziemi z ogrodu, sadzonki ruszyły dosłownie na moich oczach. W trzy dni urosły więcej, niż przez miesiąc w tej ściemnianej trutce z worka. Cóż, nauczka na przyszłość.

      Miłych wakacji, choć nie dla Ciebie ;)

  16. Iwona 28/06/2015 at 14:44

    A dziękuję, mam nadzieję, że Młody nie umrze z nudów, a ja nie zeświruję, od ciągłego słuchania, jak to on się nudzi, lub jak się wykłóca przy grach różnych, bo przegrywa i to wina współgrających jest, a kłócić i dyskutować to on umie.

    • kanionek 28/06/2015 at 18:19

      A widzisz – trzeba było ode mnie koziołka wziąć, miałby chłopak zajęcie (i jeden i drugi). Kocyk zrobił się taki fajny, taki zabawny i kochany, że teraz to ktoś musiałby mnie ładnie prosić, żebym go oddała ;)

      • Iwona 28/06/2015 at 19:11

        To tak, jak ja szczeniaki :-D . Najpierw chciałam oddać oba, potem jednego, teraz mowy nie ma. Tylko po co mi trzy psy? Duże psy, zapowiadają się nawet na bardzo duże psy. Ale już się przywiązałam do nich i zostają.

        • kanionek 28/06/2015 at 19:22

          Jeśli mówisz o tych miśkach ze zdjęcia, które umieściłaś na forum, to się nie dziwię – nawet gdybym miała pięć, ciężko by mi było oddać choć jednego.

  17. kanionek 28/06/2015 at 19:25

    No i dobra. Ser zrobiony, kwiaty bzu zażywają kąpieli, a ja idę wywieźć resztę słomy wywalonej z koziarni, zanim kurczaki rozniosą mi ją po całym podwórku. Miało padać po siedemnastej, więc całą deszczówkę przelałam dziś do butelek, a tu słońce i ptasie koncerty. No cóż, przynajmniej z taczką mogę pobiegać. Może w nocy coś nawet napiszę.

  18. Ola 30/06/2015 at 00:46

    P.S. Za każdym razem, gdy wstawiam komentarz, wyświetla się pusta strona i nie wraca sama do Kanionka, muszę odświeżać. Nie żeby mi przeszkadzało, bo już wiem, że komentarz nie leci w przestworza :)

    • Atos 30/06/2015 at 03:31

      Jaki system, przegladarka, wersja?

    • Ynk 30/06/2015 at 10:22

      U mnie podobnie.

  19. zeroerhaplus 30/06/2015 at 14:13

    Atosie, chyba zdenerwowałeś wtyczkę. U mnie wcześniej tańczyło jak pod wiedeński walczyk, teraz kuleje jak do “zasiali górale” na wiejskich poprawinach. Czyli że po kliknięciu na “dodaj komentarz” robi się biało i już nie wraca (zaraz zobaczę, co dokładnie piszą i zrobię zrzut ekranu). Komentarz się ukazuje, ale trzeba odnowić stronę. A system to xp, przeglądarka lisek, najnowsza wersja pod windows (jak chcesz, mogę sprawdzić jeszcze jak to się sprawdza pod mintem 17.1, bo małżonek ma fazę i teraz się z linuxem prowadza).

    PS. Chyba że z tą wtyczką to tak specjalnie, żeby zamiast komentarzy forum bardziej z kopyta ruszyło ; )

    • zeroerhaplus 30/06/2015 at 14:17

      A więc: zrzutu nie będzie, bo nic nie piszą ;)
      W przypadku powyższego komentarza pojawił się w linii, gdzie się wpisuje adres strony tekst “http://kanionek.pl/?p=1384#comment-6007”, poza tym biało jak u Was w koziarni przed rokiem :)
      Ale powtórzę za Olą: nie to, żeby to jakoś bardzo przeszkadzało. My se damy radę :)

      • kanionek 30/06/2015 at 15:04

        Na Mincie małżonek jeździ ostatnio, ja na Windzie, no ale nam się normalnie wszystko dodaje, bośmy zalogowani. On się właśnie do lasu wybiera (grzybów szukać, naiwniak, a Żozefin od piątej rano węszy w ściółce i co było, to już wydziobała), ale zaraz mu powiem. No bo kto bardziej kumaty, to sobie poradzi, a innych taka tabula rasa może zniechęcić.

      • zeroerhaplus 30/06/2015 at 15:10

        To już grzyby rozdali?! A ja ciągle w lesie :)

        • kanionek 30/06/2015 at 15:17

          Łi tam zaraz rozdali. Żozefin, czyli pani J., od maja śledzi rozwój zarodników, i jak tylko nieśmiała kurka łeb z ziemi wystawi, to ona hyc! I już ją ma. Ale my ją przeczekamy, kiedyś się zmęczy ;)

    • mały żonek 30/06/2015 at 14:42

      Pozdrów zatem małżonka, ja również działam na Mint 17.1. Jeśli macie starszą kartę ATI HD48XX radzę uważac ze sterownikami AMD, bo nie działają pod 17.1. Wczoraj się załatwiłem na parę godzin, więc wiem :-)

      • zeroerhaplus 30/06/2015 at 15:30

        A pewnie, że pozdrowię :))
        Co do ostrzeżenia – dziękuję! Całe szczęscie nie dotyczy nas to, bo się nam był poprzedni komputer staruszek przed rokiem rozkraczył i zdecydowaliśmy się zmienić na nowszy model, w wyniku czego karta jest HD85.. .
        A tak poza tym, jesteś zadowolony z Minta? Nie męczy Cię czasem ta ośla upartość systemu, jeśli chodzi o drobiazgi? Pytam z ciekawości. Sama miałam kiedyś przygodę z Ubuntu, 8.04 czyli kupę czasu temu, i pamiętam, że mnie zmęczył. Nie jestem programistą, informatyk ze mnie żaden, umiem tylko czytać internet ;) Miałam do tegu Ubuntu szalenie optymistyczne podejście, prostowałam mu powolutku wszystkie miejsca tarcia między nim a nami, ale rozwaliła mnie niemożność (z mojej strony) ustawienia dźwięku tak, by to było ustawienie stałe. Raz był, raz nie. W końcu wywaliłam biedny system na zbity pysk (przez przypadek, zformatowałam zły dysk ;) i do dziś nie reanimowałam tego dysku, mimo, że jest na nim masa rzeczy (albo była?), tak mam dość tego Ubuntu, mimo że było piękne… Wot historia miłosna bez happy endu. A teraz małżonek jest napalony na Minta, a ja patrzę na to sceptycznie z boku, czekając na wynik ;)

        • mały żonek 30/06/2015 at 22:56

          Z mojego doświadczenia wynika, że problematyczne są kompy gotowe, z dużych firm (HP, Dell, itp.). Nie zawsze, ale czasami mają dedykowane układy na płycie (np. właśnie od dźwięku). Sterowniki są pod preinstalowany system, potem Microsoft wypuszcza nowy, który oczywiście nie wspiera starszego sprzętu, producent układu również nie (tak ma być) i w ten sposób “mobilizują” firmy do wymiany sprzętu. W takich okolicznościach linuksiarze nie dość, że i tak część sterów piszą na wyczucie (brak sensownej dokumentacji celowo nie podanej do publicznej wiadomości), to w przypadku takich ewenementów tym bardziej mało jest chętnych do użerania się z badziewiem. Mint sprawuje się bardzo dobrze, zresztą jest na bazie Ubuntu (obecny interfejs Ubuntu jest moim zdaniem koszmarny). Jeżeli nie instalowaliście sterownika ze strony AMD, sprawdźcie, jeśli macie możliwość, pobieraną moc przed i po jego zainstalowaniu. Ja nie mogę, bo mam za stara kartę. Rzecz w tym, że pod Windą komp pobiera mi mniej i podejrzewam, że może to być związane z brakiem zarządzania prockiem/pamięcią karty pod Mintem (pod Windą zmniejsza zegary, jeżeli karta nie jest dostatecznie eksploatowana). I niech małżonek (chyba, że wie) nie zapomni o wygenerowaniu paczki dla Minta, bo jak pojedzie z automatu, to różnie może się to skończyć. Dodam jeszcze, że do celów audio-video działam na programie VLC i póki co nie było żadnych problemów.

          • zeroerhaplus 01/07/2015 at 23:20

            Nic z tego. Ciemna masa. Trafiłam na granicę, której nie przejdę tak łatwo. Nie mam pojęcia, jak tę moc zmierzyć, a jeszcze do tego przed i po?!
            Spytam więc tylko, czy to bardzo ważne?

        • zeroerhaplus 01/07/2015 at 10:18

          A za jasną cholerę nie przypomnę sobie, jakiej firmy był tamten staruszek. Kupiliśmy go jakieś dziesięć lat temu i już wtedy był używany, od jakiegoś drobnego handlarzyny za bezcen. Potem chodził dzielnie i na przekór wszystkiemu, póki nie padła mu karta graficzna, a gdy poszłam kupić nową, to pan w sklepie mnie wyśmiał, że do takich sprzętów już od lat nic się nie produkuje ;)

          Co do Minta i jego ewentualnego (samo)unicestwienia, to nie ma problemu. Jako że jest u nas w tak zwanej fazie próbnej – nie ma tam nic ważnego, czego nie dałoby się potem z innych źródeł odzyskać. Zresztą, my nic poważnego na komputerach nie robimy, to przeważnie dla nas tylko zabawka i łącze. Ignoranci ;))

          A jeśli chodzi o resztę, to odpowiem Ci wieczorem, bo szczerze mówiąc wysiadam w paru tematach i muszę się dokształcić, jak na przykład zbadać pobór mocy przed i po ;)

          PS. VLC jest faktycznie świetny. Pod XP też :)

  20. melania 30/06/2015 at 16:13

    Dzięki Tobie poznałam słowo “hydroponiczne”, dziękuję :)
    (to jest wartość dodana do wartości dodanej, jaką jest lektura Twojego bloga)

    • kanionek 30/06/2015 at 23:16

      A nie ma za co, Melania, i ja dziękuję za komplement :)
      A swoją drogą – kupował ktoś ostatnio truskawki, albo chociaż oglądał na straganie? Bo ja się w poniedziałek przyglądałam wszystkim kobiałkom u kilku sprzedawców. Na truskawkach nie ma nawet śladu piasku.

      • ciociasamozło 01/07/2015 at 09:38

        No to może na północy takie macie. Przy takim klimacie to tylko hydroponika ;P
        W zieleniaku na rogu kupiłam niedawno pachnące i zgrzytajace w zębach piaskiem :)
        A może teraz truskawki ściółkowo uprawiają i dlatego takie czyste?

        • nikt wazny 02/07/2015 at 01:35

          Tak! Moja siostra kupuje truskawki u jednej “baby” i zauwazyla, ze nie dosc, ze czyste sa, to sie jeszcze w nich placze sloma. A skojarzyla to dopiero jak jej opowiedzialam o uprawie hydroponicznej:)
          Wiec chyba jest cos na rzeczy z ta uprawa sciolkowa.

          • kanionek 02/07/2015 at 13:19

            Może rolnicy truskawkowi przeliczyli sobie koszt ściółkowania kontra koszt herbicydów i wyszło im, że lepiej, taniej i czyściej będzie ze słomą? Ale tego nie wiem, bo nie umiem przeliczyć ilości słomy potrzebnej do zaściółkowania np. hektara uprawy truskawek :)
            Uprawy hydroponiczne są faktem, tylko u nas jeszcze na małą skalę. Jeśli Unia zacznie do nich dopłacać, to będą wszędzie.

        • kanionek 02/07/2015 at 13:44

          Ja się nawet nie łudzę, że truskawki na północy są z północy. W tych czasach? Równie dobrze mogą być z Holandii ;)

  21. mały żonek 30/06/2015 at 23:17

    Zrobiłem pewną zmianę, dajcie znać czy problem z pustą stroną zniknął.

    • nikt wazny 01/07/2015 at 03:53

      “Komentarz zostal opublikowany. Dziekujemy”
      To my dziekujemy!

    • zeroerhaplus 01/07/2015 at 09:59

      Słuchaj, lepiej się nie dało :)
      Klikam na “dodaj”, a tu szast-prast, fiku-miku i przeskakuje do świeżutko, osobiście wpisanego przed sekundą komentarza. Genialne!!
      Dzięki :D

      • ciociasamozło 01/07/2015 at 10:40

        Gra, bucy i spluwa z obrzydzeniem.
        Znaczy się, chciałam powiedzieć, że śmiga jak ta lala :)
        Dzięki!!!

    • Ola 01/07/2015 at 15:32

      to ja też se sprawdzę :D

  22. mitenki 02/07/2015 at 01:16

    Dawno tu nie pisałam, choć cały czas podpatruję, co nowego w Kanionkowie. Nie było nastroju. W sumie nadal nie ma, ale nie będę z tego powodu milczeć do końca świata przecież?
    Niedawno próbowałam zastąpić w kawie krowie mleko (zabronione mi) jakimś innym zabielaczem. Próbowałam różne mleka roślinne, jednak to nie to. W końcu po jakichś Twoich peanach na temat smaku koziego mleka, pomyślałam – raz kozie śmierć! :D spróbuję czym się tak zachwycasz. Plułam dalej niż widziałam…
    Nie wiem na czym polega różnica w hodowli u Ciebie i u innych (inna pasza, większa czystość w koziarni?), ale sklepowe kozie mleko smak i zapach ma paskudny.
    Tak że żałuję bardzo, że za daleko mieszkam, żeby wpaść po butelkę mleka od Kanionkowych kózek.
    Jeśli nie zdobyłaś książki o wróbelkach jeszcze, widziałam taką u koleżanki i mogę pożyczyć od niej :)

    • kanionek 02/07/2015 at 13:14

      Hej Mitenki. Mleko kozie w kartonie jest konserwowane jakimś kwaskiem i dosalane. Nie próbowałam, ale ludzie mówią, że niesmaczne, co Ty właśnie potwierdziłaś. I nie wiem, co jest innego w mojej hodowli, ale mam kolejnego niusa: dziś, po 45 dniach leżakowania, otwarty został jeden z moich serów dojrzewających. Fotkę wstawię do następnego odcinka kozonoweli, a o smaku mogę napisać już teraz – to jest normalny, żółty ser. Pełny w smaku, zwarty i elastyczny zarazem, z nieregularnymi dziurkami, smaczny wielce, bo bez oszukańczych dodatków, ale… nie jedzie capem. Ani kozą. A porównanie już mam, bo w celach naukowych kupiłam ser kozi dojrzewający w Lidlu i tamten czuć capem. Mleko w stu procentach kozie, piwnica jak piwnica – pod ziemią, zimna i wilgotna, czas dojrzewania może nienajdłuższy, ale ser i tak stracił 1/3 masy w wyniku odparowywania, więc nie wiem co jest grane.

      A teraz mleko. Na początku przygody z dojeniem zamrażałam nadmiar, bo serów jeszcze nie robiłam. Stąd wiem, że trzy litry zamrożonego do temp. -20 st. mleka nie rozmrażają się w ciągu doby w temp. pokojowej. Po 24 godzinach mleko jest zimne jak lód i pływają w nim mleczne kry. Wysyłka zamrożonego mleka ma więc sens, choć może nie ekonomiczny – przy trzech litrach, w wyniku kosztów wysyłki, za litr zapłaciłabyś 10 zł. Mleko mrożone nie traci mikroelementów ani witamin, tłuszcze i białko też pozostają w formie, tylko parę szczepów bakterii ginie, ale to mniejsza mniejszość. Inną sprawą jest, że należałoby je po rozmrożeniu zużytkować w ciągu doby, a tyle raczej nie wypijesz, no chyba żebyś sobie jogurt zrobiła, czy twaróg.

      “My, wróbelki” już czytam i śmieję się do nich jak za dawnych czasów – Prowincjonalna Nauczycielka mi pożyczyła, też drogą wysyłkową :)

      • mitenki 06/07/2015 at 14:04

        3 litry piłabym chyba przez miesiąc, bo ja mleko to tylko do kawy. Chyba że jako ciekawostkę do spróbowania, przy okazji zamówienia serków np. Wszystkie Twoje sery wyglądają cudnie, i te malutkie z dodatkami, i korycińskie i żółty podejrzany w następnej notce też. Aż ślinka leci…
        Jeśli wysłałabyś pocztą mleko to sery jak rozumiem też? Odezwę się mailowo :)

  23. anai 03/07/2015 at 00:55

    Myślę, że do tego sera z L, dodają sztuczny aromat identyczny z naturalnym :) Zrobiłam to samo doświadczenie i twarożku na przykład to się w ogóle nie da jeść, właśnie z powodu aromatu.

    • kanionek 04/07/2015 at 21:24

      O, ciekawe. Twarożku koziego ze sklepu nie próbowałam, i teraz już raczej nie zechcę ;)
      Może i tak jest, że producenci kozich wyrobów chcą, żeby klient nie miał wątpliwości, że to kozie? Świat dziwnieje z dnia na dzień, więc czemu nie?

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa