Partenogeneza, z ciocią impreza, kwitnąca akacja i taka sytuacja, czyli życie jak sen

“Róża – kolce, rozdarty cierń
Słowo – brudne ostrze,
włóczęga we mgle
Serce – kamień, pulsujący głaz
Człowiek – znamię,
widoczne znamię zła
Wieki, wieki, wieki mijają
Ludzie rodzą się i umierają
Przez życie idą nie tak, jak trzeba.
Łatwiej do piekła, trudniej do nieba.”
Fragment utworu “Kawaleria Szatana II”, z albumu “Kawaleria Szatana” grupy “Turbo”, 1986

 

–  Weź dosyp ziarek – Bożena zezuje na mnie zza pionowej deski dojalnicy.
–  Nie “ziarek”, tylko “ziaren”, albo “ziarenek” – poprawiam odruchowo.
–  Albo nie bądź taka sztywna i dosyp ZIAREK, bo ziarka są zabawne? – pyta Bożena, mrugając jednym  wyłupiastym okiem.
– Bardzo zabawne, Bożena. Ziarka ziarka, dla Bożeny i dla kanarka – tylko taki głupawy wierszyk przyszedł mi do głowy.
–  Nom. Ziarka ziarka, lepsze od boczku i tłustego skwarka – ripostuje Bożena. – A coś ty taka dziś skwaszona, jak zawilgłe zboże?
–  A bo nie wiem. Ręce mnie bolą, kręgosłup mi znowu nawalił, a dziś na dokładkę żołądek – wyliczam z miną męczennika, dosypując owsa do miski.
–  Aha. Wiem jak to jest, – konstatuje Bożena – bo też jestem już STARA, i czasem coś mnie łupie tu i ówdzie, i o – na tę na przykład przeklętą dojalnicę to mi się ciężko wchodzi. – Kończy dobitnie, łypiąc na mnie kontrolnie, czy aby na pewno dotarła do mnie skarga, wniosek i zażalenie.
–  Na dojalnicę to ci się ciężko wchodzi, bo jesteś gruba bary…
–  Że CO jestem? – Bożena sapie, jak napędzana owsem lokomotywa.
–  No nic, nieważne. Jedz już te swoje ziarka – wzdycham, i wracam do dojenia.

Na chwilę zapada cisza. Pozorna, oczywiście, bo bardzo wyraźnie słychać chrzęst owsa pospiesznie miażdżonego trzonowcami Bożeny, beztroskie ćwierkanie ptaszków za oknem obory, i rytmiczne “siurp, siurp” strzykającego do słoika mleka, które nie bez wysiłku wyciskam z twardych, mało elastycznych strzyków potwornie starej, niedołężnej kozy.

–  A szuchaj, – ożywia się nagle staruszka, dla której perorowanie z pełnymi ustami nigdy nie było nietaktem – a czo to był za chłopiecz, czo tu był ostatnio?
–  Taki z jasnymi włosami, prawie dwa tygodnie temu? – pytam głupio, jakby codziennie przewalały się tędy tabuny chłopców, w dodatku tylko rudych lub brunetów.
–  No, taki fajny. Syn mi mówił, że się zaprzyjaźnili.
–  Kocyk? – znów pytam głupio, jakby Bożena miała więcej, niż jednego syna.
–  No żesz właśnie i przy okazji, Kocyk! – Bożena aż się owsem zakrztusiła. – Nie mogłaś mu dać głupszego imienia?! Na przykład “chodnik”, albo “brezent”, a córka “karimata”! – drwi bezlitośnie, rozsypując złośliwie owies (jak dobrze machnie pyskiem, to połowę zawartości miski potrafi wyhuśtać na podłogę).
–  Ale “Kocyk” to ładnie… – protestuję bezsilnie – Taki milusi, mięciusi, puszysty kocyk, różnokolorowy. Moim zdaniem ładnie, – dodaję już trochę pewniejsza siebie – a poza tym ty się ciesz, Bożena, że on jest “Kocyk”, bo mogło być gorzej! Mógł się nazywać TURBO!
–  Czo?
–  Turbo!
–  Jezu słodki na kozie jadący… – mruga oczami Bożena – Turbo? Jak “turbosprężarka”?
–  Tak! – teraz to mi aż nazbyt wesoło – a córka Turbiiiiina! – machnęłam słoikiem i mleko chlusnęło na ścianę wapnem bieloną. Mleko kozie niby białe, a jednak żółte, hm.
–  Ty, ty! – denerwuje się Bożena – Co ty tak moim mlekiem szastasz? Ja tu dzieckom od gęby odejmuję…
–  Taa, jasne, Bożena. Dzieciom, od gęby. Za ten cały owies, co ty wciągasz chyba nawet nosem, to ja powinnam od ciebie cysternę mleka dostać, a nie nędzne trzy słoiczki. Ty wiesz, ile mi daje Irena? Że nie wspomnę o Tradycji? I co ty myślisz, że ja nie widzę, ile sobie zatrzymujesz w tych twardych bukłakach? Się z dziećmi na wojnę szykujesz, czy jak?
–  No dobra, a wracając do tego chłopca, co tu był, – szybko zmienia temat Bożena – to jak on ma na imię?
–  Antek.
–  Antek.
–  No Antek, mówię przecież.
–  I widzisz, – mówi Bożena – TO jest ładne imię dla chłopca. Antek, Krzysiek, Stanisław…
–  Krzysiek nie może być, bo gruby Rosół już się tak nazywa, i by się nam myliło. A Stanisław ładne, mój dziadek tak miał, ale już przepadło, jest Kocyk i już mi inaczej do niego nie pasuje.
–  No to turbo. Znaczy TRUDNO – poprawia się Bożena. – A mógłby ten Antek częściej do nas przyjeżdżać? Bo tak krótko był i się pobawić nie zdążyli, a Kocyk chciał mu pokazać fajne krzaki i jak się pije wodę ze stawu i…
–  No nie da rady, bo Antek daleko mieszka.
–  Jak daleko? – Bożena po prostu musi wiedzieć.
–  Tak daleko, że gdybyś się tam wybrała na piechotę z dziećmi i tymi zapasami mleka, którego mi nie dajesz, to doszlibyście w okolicach grudnia, i to całe mleko by ci zamarzło i…
–  Dobra, dobra, zrozumiałam. Bardzo daleko. A mleka dam ci więcej, jak dzieci skończą trzy miesiące. To może w przyszłym roku by ten Antek znów przyjechał?
–  No może w przyszłym roku – uśmiecham się.
–  I jeśli mi się drugi syn urodzi w przyszłym roku, to może dałybyśmy mu na imię Stanisław? – ciągnie słodkim tonem Bożena, wyczuwając poprawę mojego nastroju.
–  Masz to jak w banku. Stanisław Turbosprężony, syn podstarzałej matrony! – pokazuję Bożenie język.
–  Ale ty jesteś dzisiaj złośliwa.
–  A może byście tak z łaski swojej skończyły te tam takie pogawędki, bo tu kolejka jest!? – Irena wsadza łeb przez uchylone drzwi, przebierając nerwowo nogami.
–  No właśnie… – miauczy żałośnie Tradycja, która już zdążyła zapomnieć, że była dziś dojona jako  pierwsza, i w kolejce stoi z czystego roztargnienia.
–  Weź dosyp ziarek – mruga do mnie bezczelnie Bożena.

I tak to jest z tymi kozami. Nie ma dnia bez awantury, nowej sztuczki z rozsypywaniem owsa, trudnych pytań lub małego szwindelka ze wstrzymanym mlekiem. I wiem, że lubicie, gdy Wam przytaczam te nasze pogawędki, ale wszystko trzeba z umiarem, bo wierzcie mi – może się przejeść. Tak jak ciasto-domek na przykład. Serio – resztka czwartego z kolei ciasta-domku siedzi w lodówce od dwóch dni, a że nikt się nią nie interesuje, to z nudów zaczęła gadać z puszką filetów z makreli w sosie pomidorowym, która z kolei siedzi tam już ze dwa lata i ma w związku z tym wiele do powiedzenia.

A tajemniczy Antek, którego tak mile wspomina syn Bożeny, wygląda tak:

Antek z Kocykiem

A od mamy Antka dostałam furę ciasta marki pleśniak (już wiecie, kto mnie odwiedził?), oraz taką słodką kozowieczkę:

kozowieczka2

kozowieczka1

I słoik marynowanej dyni i trochę dobrych rad :) Teraz już na pewno wiecie KTO, ale gdybyście nadal mieli wątpliwości, to wraz z Antkiem i jego rodzicami przyjechała piękna Buła, o której Atos śni teraz romantyczne sny o wielkiej ucieczce w stylu Bonnie i Clyde’a:

061

Tak, Ciociasamozło u mnie była! I ser jadła, i mleko piła, tańce, hulanki… No ale może Ciocia sama napisze w komentarzu jak to było naprawdę, bo ja z wrażenia mogłam coś pokręcić. W każdym razie mi się podobało, Kocyk przybija Antkowi wirtualną piątkę, a Atos kazał sobie w sklepie kupić wielką, pszenną bułkę, w której zamierza wyrzeźbić podobiznę ukochanej.

A tak a propos i vice versa – pamiętacie tego sympatycznego, zielonkawego kolegę z poprzedniego odcinka? Co udawał trupa, skromnie złożywszy krzaczaste odnóża na podołku? No to on wrócił. Sporo czasu mu z tym zeszło, ale dał radę, i to tą samą drogą co poprzednio – przez komin. Tym razem jednak wpadł do pojemnika po obierkach, który stał na piecokuchni, tuż pod kratką wentylacyjną:

znowu trup

Trup jak malowany. No to próbowałam go z pudełka wykopsać drogą przez okno, ale ręce mi się trzęsły, bo nie lubię, no nie lubię tego kolegi, i tak nim niefachowo majtnęłam, że się wziął i odbił od okiennej ramy, wpadając w mroczne czeluście przestrzeni pod grzejnikiem. Oczywiście, że nie zanurkowałam w czeluście, bo przecież on mógł mi stamtąd wylecieć prosto w twarz, a tego by moje wątłe nerwy nie zniosły, więc postanowiłam udawać, że nic się nie stało, i w ogóle – jaki chrząszcz? No ale się nie dało długo udawać, bo on nie po to do mnie przyszedł JUŻ DRUGI RAZ, żeby tak po prostu zginąć i przepaść marnie, prawda? No więc za pół godziny już był na parapecie:

zielona karuzela

I serio, o co chodzi z tym stylem grzbietowym? Zaczynam wątpić, czy te ofermy szmaragdowe w ogóle potrafią tak normalnie, po bożemu, czy może latają też do góry butami, co wyjaśniałoby kwestię wpadania do kominów albo mi prosto w oko, bo jak ja kiedyś zwisałam do góry nogami, na przykład z trzepaka, to też mi się trochę we łbie pierniczyło. Drugim zagadnieniem, nad którym trwałam w zadumie obserwując szmaragdową karuzelę, było: jak one się, do jasnozielonej choroby morskiej, rozmnażają? I wyszło mi, że ten niedojda na moim parapecie to ani chybi samiec, a w związku z tym samice tego gatunku musiały postawić na partenogenezę. No bo weźcie – stara siedzi gdzieś w krzakach, na zegarek spogląda, wieczór już zapada, ona wystrojona w seksowne koronki, a stary co? Pół dnia przesiedział jak głupek w kominie, a drugie pół kręci popisowe bączki u jakiejś obcej baby. No ja na ich miejscu też bym się w końcu wkurzyła i uderzyła w dzieworództwo.

Za to mój małżonek, udręczony narzekaniami “że film na serwer nie wchodzi”, się wziął i zawziął, i ten serwer jakimś sposobem oszukał. Jakiś klient ftp, jakieś tylne drzwi, potem fejkowy plik filmowy, podmienianie nazw, hokus pokus i ułamek kwadratowy z odnośnika do bazy danych, i włala! Oto przed Państwem przeterminowany jak moja puszka makreli film z koziołkami. Które już dawno urosły jeszcze większe, a panny już są zakolczykowane, ale o tym już następnym razem, bo stajenny właśnie zasypia na siedząco.

PS. I czy ja zakitowałam to kozie okienko? No ba.

kici kici

Ja nie mówię, że zrobiłam to dobrze, albo że ładnie, tylko że zrobiłam. I w ogóle przekwitły już dawno magnolie, teraz robinia akacjowa cała buczy od pszczół, i pachnie oszałamiająco jaśminowiec, a ja nie wiem, gdzie się podział mój cały czas i kiedy nadrobię zaległości na blogu. To jakiś dziwny ser… Znaczy sen. Dobranoc.

sery co poszly w swiat

Bożena z dziećmi

118 thoughts on “Partenogeneza, z ciocią impreza, kwitnąca akacja i taka sytuacja, czyli życie jak sen

  1. Iwona 18/06/2015 at 07:06

    No, nie mówcie, że pierwsza. Dialog cudny.

    • kanionek 18/06/2015 at 11:08

      Dzięki :) Okazuje się, że Bożena jest całkiem rozmowna, gdy się z nią przebywa na osobności. Tylko przy gadatliwej z natury Irenie sobie odpuszcza, bo Irena zajmuje cały czas antenowy paplając trzy po trzy, choć nie wie nawet, co to jest turbosprężarka. A Bożena mnie pewnie jeszcze nie raz zaskoczy swoją wiedzą i obyciem kozy, co to z niejednego żłobu stare trampki jadła ;)

  2. diabel-w-buraczkach 18/06/2015 at 08:10

    Ujrzawszy piekny kozi galop za Rosolami uswiadomilam sobie, ze nigdy nie widzialam biegnacej kozy… Wszystkie które (krótko) widzialam staly, lezaly albo niespiesznie szly. W najlepszym razie truchtaly.
    Wychodzi, ze malo w zyciu widzialam.

    A pogoda jaka ladna! Slonca tez malo w zyciu widze ostatnio.

    • kanionek 18/06/2015 at 11:15

      Och, kozy pięknie biegają! Często widzę je (z okna w kuchni), jak wracają z lasu w pełnym galopie, bo coś je przestraszyło – Andrzej z włosem rozwianym i dumnie uniesionym porożem na przedzie, w środku Tradycja z cyckiem rozbujanym i Irena, niczym krasnal wyścigowy, po bokach lecą dzieciaki, a na końcu toczy się baryła, stękając z wysiłku i wyklinając na czym owies rośnie.

      A pogoda podobno piękna, Diable kochany, ale co ja o tym wiem? Film był popełniony 28 maja, trwa niespełna 10 minut, i na tyle mniej więcej opiewała moja przepustka do świata zewnętrznego. No i przy kitowaniu okienka jeszcze trochę życia pozagarnkowego zobaczyłam, ale słońce już miałam za plecami, a na plecach hordy wygłodniałych komarów, więc ten. Łączę się z Tobą w bólu mrocznego nietoperza. A Ty? Jaki masz powód, żeby się nie opalić?

      • diabel-w-buraczkach 18/06/2015 at 14:43

        Taki, ze nie ma slonca :) Chmury u nas i chmury tylko. Foty robilam moich nowych wytworów drewnianych – mialy byc wypasione oczywiscie, a wyszly tak ponure i bez koloru, ze az sie przelękłam! Wujek photoshop troszku pomógl, ale i tak nic nie zastapi prawdziwego swiatla…
        Sama bym tez troche fotonów pochrupala, mniam mniam. Z tej mrocznosci dookola zaczynam miec ponure sny nawet. No i dziwne uczucie jednak chodzic w polowie czerwca w swetrze i jesiennej kurte. A sandaly mi sie w tamtym roku rozwalily i sie zastanawiam czy w ogóle jest sens kupowac nowe.

        • kanionek 18/06/2015 at 14:50

          Jeśli sandały, to w tym sezonie tylko futrzane. U nas też zima, pomimo słońca! Temperatura w dzień od 12 do 15 stopni, a w nocy spada do dwóch, że nie wspomnę o CZERWCOWYM przymrozku. Mój ogród prezentuje się żałośnie. Twoje wyroby (tak, widziałam drewniane śledzie, i rozpoznałabym je jako Twoje nawet w ciemnej piwnicy) nie mogą źle wyglądać, no ale rozumiem, że to światło to taki kaprys artysty, który dąży do absolutnej perfekcji ;)

        • zeroerhaplus 18/06/2015 at 22:42

          A ja wam wszystkim tak gorąco ciepła życzyłam, że aż się u mnie oziębiło. Dokąd poszło życzone ciepło, nie wie nikt, bo jak widać, nawet Diabli nie wzięli ;)
          Pewnie do Afryki, jak znam życie…

          • diabel-w-buraczkach 19/06/2015 at 10:17

            0Rh+ ano nie wzięli, nie dolecialo! :(
            Gdzies się po drodze zawieruszyc musialo. Moze kozy gdzies w lesie znajdą, zaplątane w krzakach?
            Kanionek, CZERWCOWE przymrozki… takie sformulowanie potrafi zgasic ostatni promyk nadzieji… chlip, chlip…
            W przyszlym tygodniu jedziemy na tydzien w Bieszczady – jak tam tez bedzie padac, to rzucam wszystko i wyjezdzam na Mauritius.

  3. Brytusia 18/06/2015 at 08:39

    A może jakiś handel wysyłkowy tymi serami… bo bym zjadła :-)))) Mniam :-)))

    • kanionek 18/06/2015 at 11:22

      Ależ jak najbardziej, pierwsze sery za płoty już poszły i doszły :)
      Zamierzam otworzyć mały, nielegalny kącik z serami spod lady, i będę Was namawiać do zakupów, ale o tym szerzej w następnym odcinku kozonoweli. A tymczasem, jeśli tylko masz ochotę, napisz do mnie na info@kanionek.pl. Do soboty cały mleczny utarg zarezerwowany na poczet bieżących zamówień, ale od niedzieli znów mleko wolne i trzeba mu czas i życie w przyszłości zorganizować ;)

  4. ciociasamozło 18/06/2015 at 13:13

    Ciocia Wam powie jak było naprawdę! Naprawdę to było tak, jak opisuje Kanionek :)
    No może bez tańców, chyba, że uznać za nie to coś co próbowałam robić z kosą.
    Ponieważ bo na weekend bożociałowy wybieraliśmy się w okolice pi razy drzwi Kanionkowa (wychodziło mi że max 100km od) to sobie pomyślałam „a co! raz kozie śmierć, zapytam Kanionka, czy możemy przyjechać, spróbować serów i poglaskać kozy”. Kanionek w swej wielkiej dobroci i cierpliwości zgodziła się i pewnego pięknego dnia zrobiliśmy jej wjazd na chatę.
    No i proszę Szanownego Państwa, po kolei:
    KOZY – pięć minut wśród tego towarzystwa to jak miesiąc w SPA i kilo prozacu! w dodatku z niezwykłym programem artystycznym :)
    ATOS – pies anioł! Nosi skarpety z urokiem i godnościom osobistom, ale trzymam kciuki, że jeszcze miesiąc, dwa i nie będzie ich potrzebował. Biedak uległ urokowi Bułki-latawicy, a ona nie okazywała żadnego szacunku wobec niedysponowanego gospodarza.
    ROSOŁY – klejnoty podwórka, nawet te, którym lis próbował urodę zepsuć; no i swój rozum mają ;) (chociaż niekoniecznie widoczny od razu i dla wszystkich). Znoszą jaja o najżółciejszych żółtkach jakie widziałam od czasów kiedy moja mama dostawała jajka od wiejskiej babuleńki.
    MLEKO jest pyszne i kozą go nie czuć; aksamitne, delikatne, tłuściutkie, powiedziałabym, że bardziej do najedzenia niż do ugaszenia pragnienia.
    SERY – poezja! Coś pomiędzy korycińskim a oscypkiem jeśli chodzi o konsystencję. W smaku łagodne, lekko podsuszone nabierają ciut ostrości.
    GONZALES – uroczy Gamoń, nie zaprezentował nam swojej postawy kota-zen, bo mu Buła nie dała. B. bardzo lubi zaprzyjaźniać sie z kotkami, ale Gonzales nie docenił.
    KOTEK – mignął gdzieś chyłkiem (bystrzacha!)
    KOSA – a nawet dwie; Młody wziął do łapy i nie chciał wypuścić, próby koszenia całkiem nieźle mu szły , a ja… ja będę utrzymywać, że mam jakiś feler w budowie, który nie pozwala mi skutecznie machać kosą.
    LASER – powiedział, żebyśmy spadali bo nas nie zna ( i słusznie!)
    No i last but not least
    KANIONEK, MĄŻ KANIONKA i MAMA KANIONKA – nic nie napiszę, bo musiałabym piać z zachwytu. Byłoby to nudne, Kanionek mógłaby się zarumienić od komplementów, a Rosoły i tak pieją lepiej, więc tylko po raz kolejny DZIĘKUJĘ!!!
    A Antek do Kocyka i reszty ferajny chciałby wrócić już i natychmiast :) Ja też…

    I jeszcze sprostowanie -ta fura pleśniaka to był taki mały kawałek ;)

    Ps. W tle wizyty były oczywiście piękne okoliczności przyrody, staw, dojalnica, warzywa pod ściółką, strach na wróble czyli wszystko, co dzięki blogowi wydawało się znajome i jeszcze więcej :)

    • kanionek 18/06/2015 at 14:35

      Fura pleśniaka to NIE BYŁ ŻADEN MAŁY KAWAŁEK, i dobrze że moja Mama była akurat u nas, bo sama jadłabym go trzy dni (małżonek niczego, co leżało choćby obok owoców nie tknie), a tak zjadłyśmy połowę dnia onego, a drugą połowę zamiast śniadania w dzień następny :)
      Co do całej reszty – no skoro tak mówisz… :D A kosa powinna być robiona na wymiar koszącego, a poza tym miałaś ją w rękach trzy minuty, a z kosą trzeba balot siana zjeść, żeby się dobrze poznać ;) No i z warzywami ciut przesadziłaś, bo nie wiem – czosnek to warzywo, zioło, czy jeszcze inna parafia? Ale gdybym potrzebowała speca od reklamy, to już wiem, kogo zatrudnić :D

      My też Wam dziękujemy – czuliśmy się tak, jakby wpadli do nas starzy znajomi, i nadal nie wiem jakim cudem kilka godzin nam przeleciało w pięć minut :)

      • ciociasamozło 18/06/2015 at 21:02

        Kawałek mały, tylko z Was takie „jadaki” ;)
        Antek przeczytał wpis – jest zachwycony, dumny i odbija piątkę Kocykowi.
        A marketing szeptany masz jak w banku ;)

        • kanionek 19/06/2015 at 00:34

          No tak, jest nawet takie powiedzonko: nie to duże, co duże, tylko co się komu duże wydaje. I w sumie masz rację – gdyby to był duży kawałek, toby nam na trzy dni wystarczył, a nie na dwa. To może nie napiszę już, że było pyszne, bo pewnie się nie znam :D
          Najważniejsze, że Antek zadowolony i nie zgłasza żadnych uwag :)

    • jadowita 19/06/2015 at 12:15

      zazdroszczę przeokropnie…
      jaka szkoda, że jesteś tak daleko, kanionku :(

      • kanionek 19/06/2015 at 15:44

        Jadowita, w Twoich okolicach powinno być więcej hodowców kóz, niż tutaj, i może kiedyś trafisz na jakiś substytut Kanionka?
        Albo może kiedyś jakiś spływ kajakowy poniesie Cię z prądem w okolice Elbląga, któż to wie :)

  5. Lucy on the Sky 18/06/2015 at 13:38

    Kanionku!
    Jak dobrze zobaczyć/przeczytać co u Ciebie! Zawsze czekam z utęsknieniem na newsy dnia codziennego (ale bez presji ;-) ). Koziołki cudne, rozbrykane, wszędobylskie i zadziorne! No i ten alarm rosołowo-koziołkowo-Laserowy! Ciekawe, o co tam chodziło??? :D Pięknie macie w tym swoim lesie. Dołączam do grona chętnych i pożądających pysznych kozich serów! Zazdroszczę wizyty u Ciebie Cioci. Może kiedyś i ja…. Was odwiedzę??? Tymczasem ściskam! I ślę w eter to co najlepsze!

    • kanionek 18/06/2015 at 14:46

      Dziękuję, Lucy :) Ten alarm rozbrzmiewa częściej, niż byśmy chcieli, i zazwyczaj nie wiadomo, o co chodzi. Myślę, że to taki efekt lawinowy – Laser się np. denerwuje na Rosoła, że ten kurę maltretuje, Rosół ucieka z panicznym wrzaskiem, koziołki na wszelki wypadek ruszają z kopyta byle dalej od źródła awantury, więc Laser MUSI się zdenerwować i naszczekać tym razem na koziołki, więc kocie nerwy też ostatecznie puszczają, i wszyscy latają w kółko wrzeszcząc wniebogłosy, a tak naprawdę nikt nie wie, co się właściwie dzieje ;)
      Z serami jakoś tak się porobiło, że od około dwóch tygodni schodzą na pniu, ale jakby coś, ktoś, to proszę pisać maila, a ja sprawdzę i podam czas realizacji. A jeśli znajdziesz się kiedyś w pobliżu Trójkąta Warmińskiego (Elbląg-Frombork-Braniewo), to daj znać, a będzie Ci dane zakosztować kozich atrakcji :)

      • Ynk 18/06/2015 at 20:10

        Będę przez kilka dni we Fromborku pod koniec lipca. Ale zmotoryzowaną nie będąc nie mam szans na dotarcie do Waszego Uroczyska ;-) Czy w Braniewie, albo Fromborku podrzucasz jajka i sery w sklepach albo targach pokątnych? Prostokątnych? Albo w starej dziupli wierzby rosochatej?
        Bo tak czy inaczej, ustawiam się w kolejce po sery wysyłkowe stare i nowe;-)

        • Ynk 18/06/2015 at 20:29

          P.S. Oglądając filmik próbowałam ogarnąć i rozpoznać Koziełlów. I wychodzi mi, że Tradycja (+Andrzej) -> Kachna i Lucek, Irena (+Andrzej) -> Roman i Krówko, Bożena (+Andrzej) -> Pippi i Kocyk. Czy coś pomajtałam? Ale za Rosołami nie nadążam. Krzysiek, mówisz? ;-)

          • kanionek 19/06/2015 at 00:24

            A koziołki dobrze masz opanowane, wszystko się zgadza. A Rosoły… No niby jeden z tych grubszych to Krzysiek, ale tak całkiem szczerze, to i ja się muszę dobrze przyglądać, żeby się nie pomylić. Całe szczęście, że oni wszyscy reagują na jedno imię: kurczaki. Tak od początku wołałam, gdy szłam do nich z tacą przysmaków, i najwyraźniej każdy z nich jest przekonany, że się nazywa „kurczaki” ;)

        • kanionek 19/06/2015 at 00:17

          Ha! Jak chciałam w sklepach, to nie było chętnych. A teraz nawet gdyby byli, to już nie mam tyle sera :D
          Pod koniec lipca, mówisz? No to daj znać przynajmniej tydzień wcześniej, najlepiej mailem, to się jakoś zorganizujemy :)

  6. czubatka 18/06/2015 at 14:17

    Powiem tylko tyle , nie powinno się czytać Kanionka w pracy, bo to jednak dziwnie wygląda, jak ktoś zobaczy zapłakaną i trzęsącą się z tłumionego śmiechu osobniczkę przy biurku. Tak mnie właśnie zobaczył kolega z pokoju obok i chyba do końca mi nie uwierzył…Nie dziwię się zresztą. Dialog fenomenalny……….

    • pluskat 18/06/2015 at 18:09

      Kanionku, sery wygladaja na dopieszczone, niedlugo bedziesz robila zapisy, pierwszy wolny termin w listopadzie 2016.
      Podejrzewam, ze bedzie wiecej chetnych do odwiedzin.
      Okienko pieknie zaszklone, ja tez szkle, jestem matka-szklarz, te gorne szybki to Ci przycieli w sklepie?.
      Nie moge sie polapac w imionach mlodziezy: Tradycja (Kachna + Lucek), Irena (Roman+?), Bozena (Kocyk + ?), och ta sciezka dzwiekowa z Rosolami, przypomina sie dziecinstwo!

      • zeroerhaplus 18/06/2015 at 22:47

        Okienko faktycznie, ładnie przeszklone, ale czemu, na Zeusa, ma na imię „kici kici”?!

      • zeroerhaplus 18/06/2015 at 22:48

        Orany, jaka ze mnie jełopa paskowana. Napisałam, i dopiero jak wysłałam w eter, to zrobiło klik we łbie gamoniowatym. W tej samej chwili. Kici kici, no przecież ;))

        • kanionek 19/06/2015 at 00:51

          Zeroerha – to była podkręcona piłeczka specjalnie dla Ciebie, bo chyba tylko Ty czytasz nazwy plików zdjęciowych :)
          A co do jełopy, to nic nie bój, ja mam dokładnie w te same paski problem. Odpowiedzi na pytania przychodzą mi do głowy dopiero PO egzaminie, a cięte riposty średnio po tygodniu od zaistnienia palącej potrzeby. Jestem jak ś.p. Internet Explorer – na Wielkanoc życzę wszystkim bogatego Mikołaja ;)

        • zeroerhaplus 19/06/2015 at 13:32

          Tak po cichutku nieśmiało podejrzewałam z tym podpisem, ale nie śmiałam nawet głośno przypuścić :D
          A bogatego Mikołaja, to bym i na Matkiboskizielnej wzięła, jakby kto rozdawał ;)

      • kanionek 18/06/2015 at 22:55

        Dziękuję, Pluskat :)
        Wszystkie szybki przycinał małżonek, ze starych szyb okiennych, takim ręcznym nożykiem do szkła. Zeszło mu chyba parę godzin, bo z takim sprzęcikiem to żmudna robota.

        Tak, drzewo wiadomości rogatego i nierogatego zrobię, a tak na szybko: Irena (łaciaty krasnal) ma dwie córki, Roman i Krówko. Bożena syna i córkę – Kocyka i Pippi (zwana również Owiec), Tradycja to tak, jak napisałaś :)

    • kanionek 19/06/2015 at 01:25

      Dziękuję, Czubatka :) A ja z ukradkowego przeglądania netu w pracy najgorzej wspominam te chwile, gdy któraś z otwartych w tle kart przeglądarki wybuchała znienacka radosnym komunikatem w stylu: „Czujesz świąd i piekący ból, a siedzenie na krześle wydaje ci się torturą? Kup żel do okolic intymnych firmy Aksamitna Odbytnica!”, albo coś w tym stylu. Kilka razy spłonęłam, nim nauczyłam się odpalać opcję „mute” ;)

  7. Kania 18/06/2015 at 18:26

    Kanionku – nie tylko Diabeł ma swój styl, Ciebie też łatwo rozpoznać.
    Proszę oborowe towarzystwo o zajrzenie na forum i zagłosowanie w Hyde Parku na literacką karierę Kanionka. Nie samym serem żyje człowiek:)

    • kanionek 19/06/2015 at 00:03

      No nie samym serem, to fakt, bo jeszcze masłem, twarogiem, mlekiem i jajkiem żyje ten człowiek ;)
      Kania, speca od reklamy już mam, więc Ciebie posadzę na stanowisku trenera motywacyjnego, czy jak się to nazywa. Taki, co musi ciągle wymyślać, jak to zrobić, żeby zawodnikowi się chciało :D

      I w ogóle przepraszam, że dopiero teraz Wam odpisuję, ale jak zwykle wymyśliliśmy sobie dziś taką robotę, że szkoda gadać, która dzięki nieprzewidzianym trudnościom trwała trzy razy dłużej, niż planowaliśmy. Czyli normalka.

  8. mp 18/06/2015 at 18:43

    Ależ smakowicie wyglądają te serki ! Nie dziwię się, że są na nie zapisy :) Też się zapiszę, ale jak już ogarnę się z urlopami i wyjazdami. Latający cyrk super, mogłabym obejrzeć w wersji pełnometrażowej nic a nic się nie nudząc. Pojutrze ruszam na mój najdłuższy (dwutygodniowy) latoś urlop, więc też trochę powioskuję, co prawda nie mieszkam tam w gospodarstwie, a w starej szkole przerobionej na agroturystykę, ale i tak jest super ! Po mleko, sery, jajka jeździmy rowerem do sąsiedniej wioski, w naszej czasem uda się zdobyć jakieś warzywa czy owoce. Sklep przyjeżdża na kółkach 3 razy w tygodniu :) Kurdesz, Kanionku, gdyby nie ten zapiernicz od rana do wieczora, to masz prawie tak, jak ja na wakacjach :) Tylko towarzystwo masz fajniesze, bo u mnie to loteria (choć- odpukać- do tej pory nie narzekam !).

    • Iwona 18/06/2015 at 19:50

      @ mp
      Zdradzisz, gdzie jedziesz? Stara szkoła, przerobiona na agroturystykę jest w mojch rodzinnych stronach :-)

      • mp 18/06/2015 at 21:07

        To słynny kurort Psie Głowy :))) Ze dwadzieścia domów i trochę więcej dusz, wakacjuję tam od paru lat namiętnie, czego większość znajomych (i osobista Rodzicielka) nie mogą zrozumieć. Twierdzą, że niczego tam nie ma, ignoranci . A są cudne lasy, jeziora, drogi w sam raz dla rowerów, mleko i sery od p. Bączkowskiej, warzywa od sąsiada, biżuteria od pani Koralikowej, pyszne lody w Czaplinku, ukryta w lesie osada z zardzewiałym szyldem, na którym ktoś namalował „Las Vegas”, festyny w okolicznych wioskach, baza na upały pod jabłonką, beczka do wędzenia pstrągów i tysiące innych atrakcji ! I wyjątkowo przyjaźni właściciele i inni wakacjusze.

        • Iwona 18/06/2015 at 21:52

          O widzisz Mp, jednak to nie moje rodzinne strony, ja pochodzę z „Krainy Rumianku”. Opis urlopowej miejscówki kuszący i wcale nie dziwię się, że tam wypoczywasz :-) . Udanego urlopu Mp, ładuj baterie :-)

          • Dorcia 19/06/2015 at 08:07

            mp, ale jak to twierdzą, że „niczego tam nie ma”???? Toż to ja tam mieszkam niedaleko, ca. 15 km od Czaplinka i poświadczam, że tam jest wszystko, czego człowiekowi do szczęścia potrzeba! Nie ma tylko gór, dlatego my w każde wakacje wyruszamy w kierunku południowym, by w polskich górach podładować akumulatory. A Pojezierze Drawskie piękną kraina jest, co mogę przysiąc ja, Dorcia! A ścieżka rowerowa Złocieniec-Połczyn Zdrój to chyba najlepsza z rzeczy, jakie się temu terenowi (nie tak bardzo)ostatnimi czasy przytrafiły, polecam!

          • Dorcia 19/06/2015 at 08:08

            No i nie tu odpowiedziałam, pierdoła za mnie….

          • kanionek 19/06/2015 at 15:53

            Dorcia, nic się nie martw. Ja np. odpowiadałam wczoraj na komentarz Czubatki, a wylądowałam gdzieś za górami, za lasami, za siedmioma Pluskatami…

    • kanionek 19/06/2015 at 00:13

      No to udanego i smakowitego, mp :) Ja też jeździłam na takie i tylko takie wakacje, a jeśli było w okolicy jezioro, to cała reszta mogła właściwie nie istnieć.
      I to jest święta prawda, że wakacje w takim miejscu odbiera się zupełnie inaczej, niż codzienne życie. Patrzysz sobie na taki np. stary dom, i myślisz – dom z duszą, specyficzny zapach staroci, drewna i pajęczyny, sielskie widoczki, cudownie. Dopiero gdy w nim zamieszkasz, zaczynasz widzieć – korniki, wilgoć, fundamenty, dach, rynnę, piec, studnię, komin… Czyli same problemy, bez końca :D

  9. zeroerhaplus 18/06/2015 at 22:52

    Gratuluję wam panny udanego spotkania :)))

    Dialog z Bożeną – bezbłędny.

    A co do Kocyka, no to ja nie wiem, Kanionku, nie wiem…. http://www.pudelek.pl/artykul/80323/blanket_jackson_dreczono_mnie_i_wysmiewano_z_powodu_imienia/

    :P

  10. kanionek 19/06/2015 at 01:07

    No patrz, no! Znów nie byłam oryginalna. Ale może Bożena doceni, że jednak sławny człowiek i też kocyk? I oj tam, że się naśmiewali – jak ktoś młody, ładny i na domiar złego bogaty, to się czepiają.
    Kocyk Bożekson… Przystojny i obiecujący artysta słomianej estrady, pożeracz damskich serc, słodki jak karmelek w czekoladzie :)

  11. zeroerhaplus 19/06/2015 at 01:40

    Aaaa, tak na marginesie, te kwiateczki niebieskie to przetaczniki chyba są :)

    • kanionek 19/06/2015 at 02:12

      Skąd Ty to wszystko wiesz, Czarownico? Ja się bez bicia przyznaję, że świat roślin jest dla mnie zbyt zróżnicowany, a nazwy gatunków czasem tak kosmiczne, że nie mogę spamiętać. Ale przy okazji – mam w ogrodzie plagę takiego śmierdzącego badziewia, płożąco-wzniesionego, co kwiatuszki ma malusie, ładniusie, fioletowusie i urocze jak dzwoneczki u bajkowych papucików, tylko sama roślina po zerwaniu emituje odór tak potworny, że się żyć odechciewa. Mam gdziesik fotki smrodliwej ohydy – w wolnej chwili wrzucę może na forum i będę wyczekiwać Twojego słowa. Bo jak już się dowiem, co to jest, to przynajmniej zwyzywam w twarz zwracając się po imieniu, a poza tym będę mogła poczytać, jak się tego pozbyć ;)

    • zeroerhaplus 19/06/2015 at 13:59

      Łojtam, łojtam, jedni mają pamięć do twarzy, inni do roślin, ot :)
      Ja Ci chłopa pięć minut wcześniej poznanego na ulicy po tych pięciu minutach już nie rozpoznam, chyba że jest kulawym garbatym Indianinem (najlepiej w pióropuszu) z tatuażem w kształcie salamandry na twarzy, na ten przykład…
      Botanikę w szkole miałam i lubiłam, to wszystko. Coś tam w durnym łbie zostało jeszcze na starość, jak widać :)
      A co do śmierdzącego badziewia – za mało danych, poczekam faktycznie na fotę :)

      • kanionek 19/06/2015 at 15:36

        Z ludźmi też tak mam, a kulawego, garbatego Indianina może i rozpoznałabym przy kolejnym widzeniu, ale czy miał na imię Złamana Strzała, czy Cuchnący Mokasyn, to nie ma siły żebym pamiętała. Razu pewnego spędziłam 15 minut w kolejce SKM na trasie Gdańsk-Zaspa – Sopot, rozmawiając ze „starym, dobrym kolegą”. Ostrożnie formułowałam ogólnikowe pytania typu „a co tam słychać”, „jak tam praca” oraz „a tak ogólnie wszystko okej?”, bo nie mogłam sobie przypomnieć nie tylko jego imienia, ale też skąd ja go w ogóle znam, czy może z nim pracowałam, albo piłam wódkę na jego weselu, ani w ogóle NIC. Wiedziałam tylko, że muszę go bardzo dobrze znać (ha ha!), bo on mi zadawał pytania bardzo szczegółowe, świadczące o naszej niewątpliwej zażyłości. Wysiadł jeden przystanek przede mną, a ja do dziś nie wiem, kto zacz.

        Dobra, roślinę wrzucę jeszcze dziś, bo choć chciałam sama poszukać po jakimś kluczu do oznaczania gatunków, to niestety utknęłam już przy punkcie „kształt liści”. Te liście mają wg mnie kształt całkiem popie*dolony i nie wiem, czy są bardziej okrągłe, sercowate, postrzępione czy w ząbek. Jak ktoś durny, to i darmowy wstęp do biblioteki mu nie pomoże.

        • mp 19/06/2015 at 18:22

          Może bluszczyk kurdybanek ? Charakterystyczny, kadzidlano- żywiczny zapach idzie przeżyć, jak weźmie się pod uwagę jego arcyzdrowotne właściwości :)

          • kanionek 19/06/2015 at 19:18

            No patrz, dopiero tu zajrzałam, a właśnie opublikowałam zdjęcia śmierdziela na forum. Sprawdzam bluszczyka kurdybanka i czytam, że zioło nie dość, że lecznicze, to jeszcze przyprawowe. Nie no, mój śmierdziel jest bardzo podobny, ale zalatuje martwym szczurem zawiniętym w mokrą szmatę, i gdybym miała nim coś przyprawiać, to chyba tylko czarną polewkę. „Poprawia apetyt”, dobre sobie. Mi go zdecydowanie odbiera :D

          • kanionek 19/06/2015 at 19:21

            Ale czekaj, jakis spec od survivalu pisze, że podobny do niego jest „bluszczyk włochaty, o nieprzyjemnym zapachu”. Nieprzyjemny to mało powiedziane, tylko że ten mój jakis mało włochaty. Może kundel?

          • zeroerhaplus 19/06/2015 at 20:03

            Mp, jesteś wielka :)))

            A co do zapachu…
            Aż poleciałam za miedzę szukać kurdybanka, coby mu nos pod ogon wsadzić i się zaciągnąć zdrowo*, ale przyznam się, że nie doszłam, bo deszcz mnie z powrotem do chałupy zapędził ;)
            Ale.
            Jakiś rok temu miałam nasilenie fazy pod tytułem „jadalne rośliny dziko rosnące” i pamiętam jako żywo, że robiłam kotleciki, których głównymi składnikami były: podagrycznik, pokrzywa i bluszczyk kurdybanek. No i skoro to zeżarliśmy (i to nie raz), to wyjścia są trzy:
            – mój (wyjątkowo) nie śmierdzi,
            – Twój wyjątkowo śmierdzi,
            – jestem pozbawiona węchu ;)
            Nigdy się nie dowiemy, o co chodzi. Dopisuję tę zagadkę do trójkąta bermudzkiego, kręgów w zbużu i zagiętego wszechświata :)
            ________________________
            *- w celach naukowych. Nigdy bowiem nie wąchałam martwego szczura zawiniętego w mokrą szmatę ;)

          • kanionek 19/06/2015 at 20:34

            Normalnie jestem skłonna narwać Ci tego szczura, zapakować w kopertę i wysłać ekspresem, żebyś doznała tych wrażeń :) Tylko nie wiem, czy szczur zwiędły lub suszony śmierdzi tak samo. Ale co – JA nie sprawdzę? Zaraz narwę i podsuszę, a drugą partię zapakuję w foliową torebkę i otworzę za kilka dni. I jeśli przeżyję ten eksperyment (no bo jednak będę musiała kurdedzbanka wąchać), to dam znać.

            Ech, też zjadłam w życiu trochę podagrycznika (aż do kotletów się nie posunęłam, tylko podgryzałam podczas odchwaszczania), ale bardziej z ciekawości, czy faktycznie zalatuje marchewką. No trochę zalatuje, ale jak dla mnie zbyt gorzki :)

          • zeroerhaplus 19/06/2015 at 20:49

            Tja, jeszcze Cię zgarną za przesyłanie narkotyków ;)
            Ja się nie posunęłam do żarcia na surowo za to :)
            A do kotleciorów się to chwasty wrzątkiem przelewało, trochę traciło przez to zapewne na intensywności…

          • kanionek 20/06/2015 at 00:30

            Nie zgarną, bo jak tylko komisyjnie otworzą paczuszkę z podejrzaną zawartością, natychmiast padną trupem od smrodu. Jest on bowiem z gatunku powalających (nie jestem w stanie tego wystarczająco mocno podkreślić), a taki skondensowany wskutek szczelnego zamknięcia zapewne zabójczy. I chyba właśnie dlatego nie powinnam Tobie tego wysyłać. Musiałabyś inwestować w maskę tlenową, czy coś, żeby móc bezpiecznie odpieczętować zawartość :)

            PS. To może jeszcze w ramach podkreślania. Nie spotkałam w życiu rośliny, która by tak intensywnie, agresywnie i uporczywie śmierdziała. Nawet tak uporczywie pachnącej nie znam. Melisę można zerwać i ona owszem, pachnie. Miętę można podeptać i też pojawi się ulotny zapach. Ale ten szczur w szmacie… On to robi specjalnie, właśnie po to, żeby go nie dotykać, a nawet na niego nie patrzeć. Pół biedy z pojedynczą rośliną, ale jeśli się kosą trafi na cały dywan, to zgon w męczarniach gwarantowany. Obrzydlistwo.

  12. sieka 19/06/2015 at 10:19

    No witam Panie/Panów (dżender-srender) letnio. Kanionku, Twój dialog w komentarzach z Ciocią – mistrzowski. „Kawał ciasta na tydzień, nie no malutki tylko wy niejadki”….itd. no jakbym swoich ciotek na imieninach słuchała. Ech kocham polskość w takim wydaniu (bez żadnych sarkazmów – poważka). Obawiam się Kanionku, że CSZ zrobiła pierwsza wyłom, teraz każda z nas „będzie przejazdem w okolicy, bo oczywiście wakacje”. Ja już pisałam o tym wcześniej, reklamujesz beztrosko, a potem staniesz się dobrem gminnym jako atrakcja turystyczna i podciągną Ci asfalt pod dom…..Zobaczysz (głosem nawiedzonego medium).

    • kanionek 19/06/2015 at 15:51

      :D
      A wiesz, że jestem skłonna uwierzyć w ten asfalt? Cuda się dzieją, Energa zamiaruje wymienić cały kawał linii energetycznej, w tym i „mój” odcinek, a przecież ja jestem na samym jego końcu, a do tego dostaliśmy przedwczoraj całkiem nowe liczniki, które mrugają kolorowym oczkiem i same podają swój stan do Centrali, i w ogóle wszystko samo jedzie i jeść nie woła. To czemu by nie asfalt, a kto wie – może i nastrojowe latarnie w lesie?

      A jeśli chodzi o Ciocię i ciasto, to najszczersza prawda jest taka, że ten kawałek był tak duży, że Ciocia musiała go przymocować linkami do bagażnika na dachu samochodu, bo nigdzie indziej by się nie zmieścił (a teraz Ciocia powinna napisać, że do ciasta dołączyła szkło powiększające, żebym nie miała problemu z jego odnalezieniem na dnie pojemnika plastikowego) ;)

  13. zeroerhaplus 19/06/2015 at 21:11

    I jeszcze zupełnie z innej beczki.
    Po pierwsze: zainspirowana Kanionku Twym kartoflanym polem postanowiłam pokryć siankiem prawie cały warzywniak. Efekt jest zachwycający – ciepło, mokro i nie ma chwastów :)) Jak na razie widzę tylko jeden minus, ale jest to prawdopodobnie spowodowane urokiem okolicy – ślimaki też to lubią… Ale jestem w stanie poświęcić ślimakom część sałaty z bazylią za tę wygodę z siankiem :) Poza tym eksperymentuję z pułapkami piwnymi, i gdyby mi małżonek nie wymłócił cieczy przeznaczonej do doświadczeń, byłoby zapewne już lepiej ;)
    A po drugie – oczywiście miałaś rację, że do Twojego penne z tuńczykiem nie powinno dodawać się parszywej rybki. Sprawdziłam – zjedliśmy, ale nigdy więcej! Tuńczyk do penne MUSI być dobry!
    Po trzecie: a jakby tak Atosowi fotkę Buły nad łóżkiem zawiesić? ;))

    • kanionek 20/06/2015 at 00:48

      Ale SIANKIEM siankiem? Czy jednak SŁOMĄ siankiem? Bo nie chcę Cię straszyć, ani nic z tych rzeczy, ale siano może nie być dobrym pomysłem. Bo jest inne niż słoma – mniej przewiewne, zlepia się w zbitą wykładzinę, i w razie długiego utrzymywania się wilgoci gnije, a słoma nie tak prędko. No ale moż, jeśli warstwa nie za gruba…

      A tak, ślimaki kochają ściółkę. I też miałam dylemat – zerwać ściółkę na pohybel ślimorom, czy jednak postawić na zdrowie swoich lędźwi. Bo odchwaszczania nie znoszę i plecy mnie po nim bolą, a poza tym wydziobywanie tysięcy siewek chwastów spośród setek siewek warzyw to czasochłonna katorga. No i ściółka została. A pamiętasz, jak się skończyła historia MOJEJ pułapki piwnej na ślimaki? W razie czego obserwuj swoje koty :D
      Jeszcze jeden sposób na ślimaki, ale działa tylko do pierwszej ulewy: posypać teren wokół cennych roślin popiołem (oczywiście z drewna, nie węgla). Takoż zrobiłam w tym roku wokół sadzonek dyni. No i ślimaki nie odważyły się przekroczyć wału obronnego z popiołu, za to czerwcowy przymrozek wykończył mi ponad połowę rozsady :)

      A z tym tuńczykiem… Pisałam właśnie dlatego, że sama kiedyś zrobiłam penne z tą papką z tuńczyka (nazwa handlowa: tuńczyk rozdrobniony, choć moim zdaniem to jest tuńczyk zmieciony z pokładu statku przy pomocy twardej szczoty) i uznałam, że warto, a nawet trzeba Was ostrzec. Ech, przypomniałaś mi :) A tu ani pomidorów, ani zielonego groszku. Trzeba jeszcze poczekać, o ile w tym roku w ogóle będzie na co. W tej chwili mam 5 stopni na zewnątrz, a wczoraj małżonek aż w piecu napalił!

      A jak Atosowi pokazywałam fotkę Buły na ekranie laptopa, to powiedział, że go wkręcam, bo Buła nie była taka mała. Chyba powinnam mu posąg gipsowy 1:1 zrobić. Tylko nie z gipsu, a z bułki tartej ;)

      • zeroerhaplus 20/06/2015 at 13:15

        Siankiem czyli siankiem :) Postawiłam na jakość raczej, niż na ilość, więc może mi się siankowy beton nie zrobi ;)
        Do słomy dostępu nie mam, to znaczy może raczej i mam, ale nie do takiej, jakbym chciała? Nie po to przecie robię wszystko bez nawozów i innych pestycydów, żeby potem słomą wyściółkować, która jest nasycona różnymi gównami, niekoniecznie pochodzenia zwierzęcego… A takiego bauera, co to słomę bio i eko sprzedaje, to jeszcze nie znam. Zapuszczam więc sobie trochę więcej łąki niż zwykle (się kóz nie ma, się da ;) i tymi swoim siankiem potem zakrywam. W sumie zobaczymy po tym roku, jak to wyjdzie, bo jeszcze takim towarem nie ściółkowałam :)

        A co do ślimaczków naszych kochanych, powiedz mi, Kanionku, w jakim promieniu tego popiołu wysypać trza dookoła rośliny? Bo mi sukinsyny cukinie i bazylie do korzenia zeżarli, a obydwie lubię. I popiołu się jeszcze w piecu po zimie ostało (lenistwo czasem się opłaca ;), więc bym skoczyła podsypać.
        A pułapki na ślimaki na wszelki wypadek takie przykrywane zrobiłam ;)

        • kanionek 20/06/2015 at 13:37

          W jakim promieniu… :D No fakt, przydałoby się wokół ogrodu fosę wypełnioną popiołem zrobić, ale skąd tyle materiału wziąć? Ja wysypałam taki grubaśny pierścień wokół sadzonki, szerokości może wyprostowanego palca wskazującego, a grubości też te parę centymetrów. Tak sobie kombinując, że jeśli jakiś dziad na ten wałek wpełznie, to ugrzęźnie, czy coś. Albo na samym początku drogi zawróci. W każdym razie chodziło o to, żeby wałek był szerszy od rozciągniętego ślimaka, bo gdyby on dał radę, ten ślimak, po wpełznięciu na wałek zahaczyć ryjem o słomę po drugiej stronie wałka, to już by się dał radę przeciągnąć na drugą stronę. Matko skorupko, tyle tłumaczenia, a wciąż niewiele wiadomo… Zrobiłabym fotkę, ale akurat w nocy deszcz padał i już nie ma co oglądać…

          No to powodzenia z siankiem i w ogóle udanego sezonu :) U mnie bazylia, zwykła i cytrynowa (którą zasiałam dzięki Waszym rekomendacjom), wysiana prawie dwa miesiące temu w tej złej ziemi z worka, ma dziś centymetr wzrostu i mówi, że dalej nie idzie. Żal patrzeć. Wysieję jeszcze raz, tylko ziemi muszę sobie nakopać normalnej, a czasu mi ciągle brak. W pierwszej kolejności ratowałam pomidory i ogórki, później dosiałam cukinie i fasolkę, trochę kukurydzy. Podwójna kupa roboty w tym roku, ech.

          • kanionek 20/06/2015 at 13:43

            A ziemi najpierw ukradłam trochę z ubiegłorocznego poletka ziemniaczanego, ale zauważyłam, że ziemniaki jednak powyrastały, pewnie z tych co je przegapiliśmy przy zbiorze, no to dałam im spokój. Na kompostowniku posadziłam dwie dynie (dzięki temu one akurat przeżyły przymrozek), więc też tylko tak z boczku ten kompost podbieram. A teraz idę zbierać ręcznie kozi i kurzy gnój do wiaderka – będzie zupka do podlewania co bardziej żartych roślin. Wybieranie gnoju ze ściółki to cudowne zajęcie… Prawie tak fajne, jak koszenie kurdybanka :-/

  14. zeroerhaplus 20/06/2015 at 14:40

    Dziękuję, Kanionku :)) Załapałam sens główny, resztę sobie we łbie zwizualizowałam, bardzo dobrze wytłumaczyłaś :)
    Niech no tylko skończy się deszczowa prognoza, to popędzę z tym popiołem. Nie będzie ślimak pluł nam w twarz ni cukinii nam wpier…. … nana, na, nana.

    Podwójna kupa roboty mówisz w tym roku… no, logiczne. Mordeczek przybyło :)
    Ale dzięki temu i podwójna kupa kupy do zbierania ; )

    • kanionek 20/06/2015 at 16:16

      Łeh, o kozach to ja nawet nie wspomnę, ile więcej roboty przy dziesięciu, ja tylko ogród miałam na myśli – dobre 3/4 wszystkich rozsad musiałam przeflancować do innej ziemi, albo wysiać od nowa, bo nie wyrosło lub zdechło w pół drogi ;)

  15. Kachna 20/06/2015 at 15:55

    Haj!
    A ja tak dla odmiany zatrzymam się na….:

    “Róża – kolce, rozdarty cierń
    Słowo – brudne ostrze,
    włóczęga we mgle
    Serce – kamień, pulsujący głaz
    Człowiek – znamię,
    widoczne znamię zła
    Wieki, wieki, wieki mijają
    Ludzie rodzą się i umierają
    Przez życie idą nie tak, jak trzeba.
    Łatwiej do piekła, trudniej do nieba.”
    Fragment utworu “Kawaleria Szatana II”, z albumu “Kawaleria Szatana” grupy “Turbo”, 1986

    No właśnie niby tak – a jednak …niekoniecznie.

    I tym niewiadomojakim akcentem się żegnam oraz pozdrawiam.
    Wbrew pozorom dość optymistycznie.

    P.S. I nie pytajcie mnie co biorę i żeby pół.
    Życie biorę.

    • kanionek 20/06/2015 at 16:14

      Ale nie żegnasz się tak całkiem, na amen i zawsze?
      No i nieładnie tak, nie pochwalić się, JAK to życie brać, żeby było nam tak dobrze, jak Tobie :)

      A to znasz? „Życie, życie jest nowelą, tu cię kopną, tam w łeb zdzielą” :D
      U Kanionka TYLKO złote przeboje, zawsze na czasie ;-P

  16. Kachna 20/06/2015 at 16:29

    Ooooo! Nie ! Nie!
    Ja się dopiero zaczynam przybliżać do WITANIA życia.
    Żeby było tak dobrze ja mi????
    Kanionek Cię proszę bez żartów przy trumnie! (Ale się nie żegnam!).
    Do zmian się gotuję.
    A życie to nie nowela – ale …..bardzo ciekawy film z wieloma zwrotami akcji:)
    Paa!

    • kanionek 20/06/2015 at 17:06

      Ale właśnie podobno NALEŻY żartować przy trumnie, żeby wydała się mniej straszna :)
      Ale nie, widać źle Cię zrozumiałam, ten optymizm i entuzjazm mnie zmyliły. No to życzę Ci, by zmiany były na lepsze, a od zwrotów akcji żebyś nie dostała zawrotów głowy, no chyba że takich właśnie lekkich i euforycznych. Byka za rogi i gnaj, piękny motylu! :)

  17. zeroerhaplus 21/06/2015 at 00:21

    Kanionku, przestańcie palić, lato się zaczęło!!!!
    :O

    • zeroerhaplus 21/06/2015 at 00:21

      (w piecu, znaczy się)

    • kanionek 21/06/2015 at 14:38

      No właśnie. Tylko czy lato wie, że się zaczęło? Może wywieszę kalendarz na zewnątrz domu, żeby WIDZIAŁO, jak już późno, a ono w krzakach.

  18. nikt wazny 21/06/2015 at 02:49

    Az nie wiem od czego zaczac…
    To moze zaczne od zyczen z okazji pierwszych urodzin kanionka.pl:
    duzo zdrowia dla Autorki, duzo sil i optymizmu, oraz nieprzerwanie trwajacej weny tworczej.
    Duzo zdrowia rowniez dla Malego Zonka, dla Mamy Kanionka, oraz dla calej gadziny ze szczegolnym uwzglednieniem Atosa.
    I na tym chyba zakoncze:)
    Albo nie:
    pozdrowienia dla calej Obory, w tym dla milczacej jej czesci (Modra, trzymaj sie!)
    :)

    • kanionek 21/06/2015 at 14:52

      Dziękuję w imieniu swoim i cudzym :)
      Modra, Lena, Lidka i wiele innych Kóz Oborowych poznikało (Nikt Wazny też się długo nie odzywała, a ja Was wszystkich pamiętam), pewnie jakieś wiry losu je wciągnęły. A nam lisek chytrusek wciągnął trzy kurczaki i jednego Rosoła… Przed chwilą udało nam się uratować jednego – lisek podszedł w biały, słoneczny dzień pod samą furtkę północną (tę przy stawie), i skradał się tak sprytnie, że nawet pieski się nie zorientowały. Usłyszeliśmy klasyczny kurzy wrzask, małżonek nawet przez chwilę widział złoczyńcę, i wylecieliśmy w te pędy z domu. Wtedy pieski się zorientowały, że coś jest na rzeczy, Lasera wypuściliśmy za furtkę, żeby lisa chociaż trochę nastraszył, a przerażonego koguta odłowiliśmy z wysokiej trawy tam, gdzie go lis upuścił. Piór trochę stracił i godności osobistej, ale tak poza tym cały.
      Natomiast trzy kurczaki zniknęły dosłownie jednego dnia w tym tygodniu i jeszcze do dziś się łudziliśmy, że gdzieś w krzakach jajka wysiadują, ale teraz już tę nadzieję pogrzebaliśmy. Zostały nam cztery kury i trzy koguty. A lis, rozochocony udanymi polowaniami na pewno wróci. Cały rok te kurczaki z nami przeżyły, takie fajne stadko, a teraz wygląda na to, że w tydzień możemy się ze wszystkimi pożegnać :-/

      • nikt wazny 21/06/2015 at 23:40

        Szkoda kurczakow.
        Laserze, wstyd, wstyd…

        A co do znikniecia, to nieprawda: zagladam codziennie, ino milcze, przytomnie.

        • kanionek 22/06/2015 at 01:23

          Ale wiesz co? Muszę trochę się ująć za Laserem, bo nawet Atos nie wyczuł tego lisa, a on jest na dzikie zapałętańce cięty. Wspominałam już, że tylko dzięki Atosowi nie mamy na dachu bociana? ;)
          No i tamte bidulki, co zniknęły, to raczej nie z podwórka, tylko z terenu na zewnątrz, a tam to już Laser nie poradzi. Uparte te kurczaki. Zawsze rano, przed dojeniem kóz, czekały grzecznie aż im sypnę ziarna, i czasem nawet nie dojadły do końca, tylko już leciały do lasu. Nie wiem, może taki zew krwi u tej rasy. Ogrodzenie musiałabym mieć chyba na wysokość 2,5 metra, żeby nie dały mu rady, a to jest koszt absurdalnie wysoki. No nic. Małżonek, zdaje się, wznawia projekt z inkubatorem.

  19. kanionek 21/06/2015 at 15:11

    A tymczasem wygląda na to, że idzie na nas pierwsza w tym roku burza. Grzmi groźnie, a od zachodu ciągnie wkurwiona masa czarnych chmur. Dobrze, że właśnie zdążyłam odłowić sto litrów deszczówki do butelek, bo jeśli burza będzie taka, na jaką się zapowiada, pojemnik zapełni się ponownie w 15 minut :)

  20. pluskat 21/06/2015 at 17:24

    Och, ja by z tego lisa pelise zrobila, to by popamietal! Biedne kurczaki zginely za wolnosc.

    • kanionek 21/06/2015 at 21:29

      No z jednego byś zrobiła, a drugi zaraz by się ucieszył, że konkurencja zniknęła i teren łowiecki wolny ;)
      W lesie pełno zajęcy, wyłażą nawet na „naszą” drogę i kamienieją na długie minuty (Laser – zaklinacz zajęcy), ale po co lis ma się wysilać i gonić skocznego zająca, skoro może capnąć wolnobieżną kurkę :-/ Jak raz zwietrzą dobry interes, to już nie odpuszczą i wie to niestety każdy, kto na wsi kury trzymał. Tutaj faktycznie za wolność płaci się wysoką cenę.

    • zeroerhaplus 21/06/2015 at 21:56

      Żesz psia, tfu, lisia mać. Szkoda pierzaków….

      • kanionek 21/06/2015 at 22:16

        No szkoda, żesz lisia jego mać, bo człowiek od kołyski odchował, no może od poprawczaka, żarcie im gotował, pod dziobek podstawiał, i zżył się z nimi, i w ogóle łyso tak teraz. Jak się dzisiaj rozpadało, to ta biedna garstka ocaleńców tak smętnie stała pod dachem obory, taka nieliczna i w swej wątłości słaba. I Tasiemka jest wśród tych, co zniknęły…

  21. pandeMonia 21/06/2015 at 20:35

    Kiedy ja nadrobię zaległości?! Posty to pikuś, bo ze trzy góra, ale komcie?! Człowiek na chwilę weźmie pióro do ręki, wpadnie między litery, a na zewnątrz się okazuje, że tygodnie minęły!
    Cmokam!

    • kanionek 21/06/2015 at 21:35

      To za posty też się lepiej nie bierz, bo co z tego, że trzy na krzyż, skoro każdy długi na pół metra ;)
      Ja też mam zaległości, tak w swoim pisaniu, jak w czytaniu co u innych. Barbarellę łykam jak młody rekin wodę, bo choć pisze często, to krótko i wartko, że tak powiem.
      I cóżeś tem piórem zmalowała? Wszyscy kurde jacyś tajemniczy, pół słowa rzucą i lecą, paa! Ja nie cmokam, ja pianę z pyska i parę uszami puszczam :) Dobrze, że przez dwie godziny padało, to przynajmniej w szklarni posiedziałam i burdel w zielonym ogarnęłam, a teraz robię późny ser…

    • zeroerhaplus 21/06/2015 at 21:59

      A po wiela ten PÓŹNY ser, paniusiu? ;)
      Tak mi się jakoś klimat targu we wsi mimowolnie przypomniał… ech, sentymenty :)

      • kanionek 21/06/2015 at 22:12

        Zeroerha – a co łaska, pani ładna, a i powróżyć mogę :)
        A wiesz, że jak mam lepszy humor, albo sprzedawca w sklepie fajny, to potrafię w sprawie towaru zapytać: „a po czemu ten fotoplastikon?”, albo „a ile pan sobie za ten cwancyk winszuje?”. No i nie wiem. Filmów nie oglądali, książków nie czytali, i nic nie rozumiejo, i ja zawsze na zwykłą kretynkę wychodzę, a przecież jestem NIEZWYKŁĄ kretynką, prawda? PRAWDA, Zeroerha?

        • zeroerhaplus 21/06/2015 at 23:49

          :DD
          I dlaczego, powiedz, dlaczego, gdy (będąc młodą lekarką?) pracowałam kiedyś dawno temu w sklepie, nie wszedł do mnie ani razu taki klyjęt i tak nie zagaił?!
          Ludzie się stanowczo czasem źle mijają, znaczy za dalekim łukiem ;)

          A tak poza tym proszę mi tu pospolitego, szeroko rozpowszechnionego kretynizmu z czystym, pięknym i niepokalanym wariactwem nie mieszać ;)
          Tak, Kanionku, jesteś najniezwyklejszą wariatką w internecie :)))
          (niniejszym chyba dołączyłam do sztabu słodkopierdzących dziuń, proszę mnie za karę wychłostać pokrzywami i obrzucić kurdybankiem ;)

          • kanionek 22/06/2015 at 01:30

            Czyli co, jednak mam Ci wysłać paczuszkę ze śmierdzibankiem? :D
            A wychłoszczesz się już sama w ramach pokuty, i ja Ci uwierzę na słowo :)
            A z ludźmi to racja, niektórzy już się widocznie niczego zabawnego w życiu nie spodziewają, i gdy to zabawne ich kopnie w kostkę, to się krzywią i mówią „ała”.
            O, i ja kiedyś też młodą lekarką! I w sklepie będąc, tylko że to był sklep z kolegą założony, a klientów miewaliśmy przedziwnych. Bo sklep był zoologiczny, a wiadomo, kogo takie sklepy przyciągają :D

  22. pandeMonia 21/06/2015 at 21:45

    Posty nadrobiłam, bossssssssssssssskie. ♥
    Zmalowałam z pewną białogłową! Ale na razie sza! :D

    • kanionek 21/06/2015 at 22:20

      Dobra dobra, Ty mie tu białych włosów boskimi nie mydlij. A kiedy będzie coś więcej, niż „sza”? Jakaś ta, jak to się nazywa, prakopacz? ;)

      • pandeMonia 22/06/2015 at 09:40

        Owoce pracy pojawią się we wrześniu. Albo wcale :D Wtedy zobaczymy, cośmy zasiały. Niemniej ma dwie okładki, a w środku kupę liter w odpowiedniej kolejności.
        Teraz siejemy kolejne, to tu Ci zdradzę, co – http://www.calapolskaczytadzieciom.pl/iv-edycja-konkursu-al

        Trzymajta kciukasy, Oboro!

        • kanionek 22/06/2015 at 13:43

          O, od razu mi lepiej, bo przecież ja tak jak Bożena – po prostu MUSZĘ wiedzieć. I przeczytałam wstęp regulaminu konkursu, i te warunki mnie powaliły – tego nie wolno, to ma być takie a takie, a tamto trzeba i nie inaczej. Pisząc taką bajkę czułabym się spięta i spętana, zaglądając co chwilę do regulaminu by się upewnić, czy jednym nieopatrznym słowem nie złamałam jego warunków. Trzymam kciuki, oczywiście :)

  23. baba aga 22/06/2015 at 00:20

    Ja też jestem i czytam, na pisanie czasu już mi nie wystarcza, ale pani psor tam obecność mi zaznaczy w dzienniku :-) pomimo tego że lato nie wie że jest, to sezon nad morzem ruszył i tym samym ja mam zapieprz, jak się rozkręci to może uda mi się coś skrobnąć, a tak od października wrócę na pełny etat do obory :-D pozdrawiam cieplutko, bo dogrzewam farelką ;-)
    A Laser to nie zasłużył dzisiaj na miskę, niech sobie lisa upoluje, szkoda kurczaków.

    • kanionek 22/06/2015 at 01:36

      Zaznaczyłam, „Baba Aga siedzi z tyłu” ;)
      A to współczuję zapieprzu sezonowego, choć z drugiej strony – dobrze, że się kręci :)
      U mnie teraz 9 stopni na zewnątrz, ale za kilka dni ma przyjść ciepło i wszystkim życzę, żeby farelki i inne dogrzewacze porastały kurzem aż do późnej jesieni.

  24. bila 22/06/2015 at 07:52

    Ojejku-jejku… Z rana radzę się blogiem Kanionkowym i dzień od razu mi się toczy jakoś mniej koślawo☺kozoterapia powinna być powszechnie stosowana. Od depresji po chroniczne lenistwo. Dialog z kozunią cudny. Błagam Kanionku, powiedz że się kiedyś opublikujesz?
    I pozdrowionka, i uściski ślę!!!

  25. bila 22/06/2015 at 07:53

    Miało być, ,raczę się ” sorry

    • kanionek 22/06/2015 at 13:38

      Spoko, domyśliłam się :)
      Tak, tak, opublikuję się („Mówiłem, mówiłem. Dużo rzeczy mówię.” – Chłopaki nie płaczą, 2000).
      O baryle Bożenie mówisz „kozunia”? :D Szkoda, że nie słyszałaś, jak jej w brzuchu burczy, warczy i grzmi – to jest czołg, nie koza. A od kilku dni musi brać rozpęd, żeby wleźć na dojalnicę. Pękam ze śmiechu, gdy tak cofa się, cofa… i jeszcze jeden krok do tyłu…, oceniając czy już da radę, czy jeszcze nie. I gdy uzna, że już, to startuje z kopyta, a w połowie podbiegu obowiązkowo stęka ciężko, jak stary most po przemarszu słoni. A i tak cieszę się, że wpadła na pomysł rozbiegu, bo przez prawie tydzień musiałam ją podsadzać, i kości mi się niebezpiecznie wyginały ;)

  26. zerojedynkowa 22/06/2015 at 13:55

    Ja wiem, że to co napiszę to tak zupełnie od czapy. Przyszedł mi bowiem do głowy taki pomysł, że skoro od dojenia ręcznego bolą Cię, Kanionku, palce to może laktator elektryczny dla kobiet by się sprawdził. Co prawda trochę on kosztuje (na pewno nie tyle co prawdziwy aparat do udoju), może też niezbyt pasować na „biust” kozi i buteleczka pewnie nie o tej pojemności co trzeba, ale znając Wasze (Kanionka i Małżonka) uzdolnienia do poprawiania i majsterkowania to może… warto chociaż przemyśleć ten pomysł.
    A tak w ogóle i w szczególe: ale te koźlątka urosły!

    • ciociasamozło 22/06/2015 at 14:25

      No patrz, jak pewne idee są zaraźliwe! Parę godzin temu zapytałam Kanionka w mailu czy ktoś już skonstruował dojarkę dla kóz w wersji mini, działającą jak laktator :)
      I cały dzień chodzi za mną myśl jak można by przerobić taki ludzki, żeby pasował na kozę :)

      • kanionek 23/06/2015 at 00:56

        Zerojedynkowa i Ciocia – sprawdzę, jak działa taki laktator (podciśnienie nie może być za małe, ani za duże), i pewnie dałoby się go przerobić na kozi, ale na razie muszę przystopować z inwestycjami okołomlecznymi, bo nadal grubo przerastają dotychczasowe zyski. A muszę jeszcze zarobić na kozi wikt i opierunek na najbliższy rok, bo co mi po laktatorze, jak Bożena z głodu padnie :D
        I nie wiem już, jak Wam dziękować za to, że tyle o mnie myślicie. I dodam jeszcze, że obecnie sprawa dojenia przedstawia się nieco weselej, bo Tradycja grzecznie i bez fochów wyhodowała sobie takie strzyki, które już można złapać prawie całą dłonią, i doję ją w 10 minut (no bo nadal każdy cycek z osobna, gdyż albowiem wiaderko zostałoby musowo wykopane poza obręb platformy dojalnicy). Irena jest kozą z dużym poczuciem humoru, więc jeden strzyk jej się wyciągnął i jest bardzo wygodny w dojeniu, a drugi nadal taki jakiś skurczony i wycofany, ale też nie ma tragedii. Tylko Bożena jest twarda, dosłownie i w przenośni – lubi siebie taką, jaka jest, i najwyraźniej niczego nie zamierza w sobie zmieniać, a strzyków w szczególności. Na Bożenę schodzi mi tyle czasu, co na Irenę i Ziokołka razem wziętych. O dojeniu zmechanizowanym będę musiała na pewno myśleć wtedy, gdy kóz dojnych będzie np. 8 czy 10, a to jeszcze dużo czasu, a teraz jakoś daję radę. Podobno jak nic nie boli, to znaczy, że się już nie żyje ;)

      • mały żonek 23/06/2015 at 01:02

        No to Ci podpowiem. Obecnie tego typu urządzenia są z reguły sterowane mikrokontrolerem – taniej, łatwiej. Zgranie softu wymaga znowu sprzętu, a i tak binarnego pliku nie wyedytuję, mało kto potrafi takie numery. Można kombinować z zewnętrznym mnożnikiem/dzielnikiem dla pulsatora, ale wciąż pozostaje kwestią otwartą wydajność pompki podciśnienia. Do tego kwestia mechaniczna (uszczelki, kielichy…). Na końcu może się okazać, że prościej i taniej zrobić od zera. Pewnie się da, a w razie pomysłów: atos@kanionek.pl

        • ciociasamozło 23/06/2015 at 10:39

          Mały Żonku, w świecie zewnętrznego pulsatora i binarnego pliku czuję się mocno nieteges :(
          Wydajność pompki podciśnienia jest już mi bliższa :)
          Ja rozważałam to wszystko w kategoriach takiego laktatora, którego kiedyś sama używałam. Z ręczną pompką, silikonowym kielichem i butelką na mleko. I najbardziej mnie frapowało dostosowanie kielicha do kozich sutków, czy da się wytworzyć wystarczające podciśnienie i jak się ono będzie miało do większej butelki.
          Ech, poczułam się zupełnym „lajkonikiem” (ale myśleć nie przestanę ;))

          • kanionek 23/06/2015 at 15:47

            No i widzisz, Ciocia, jak się gada z mądralą ;) On do mnie tak często po japońsku, a ja się tylko ukłonić mogę i powiedzieć sławetne „jaaciee”.
            A wiesz, co to jest skala miksolidyjska? Już trzynaście razy o niej słyszałam, a nadal nie mogę sobie tego we łbie przedstawić :) Nie mówię, że narzekam, bo lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć, i zawsze jakaś tam cząstka nowej wiedzy się w moim mózgu zakotwiczy, ale nie oszukujmy się – okręt małżonka tak często grzęźnie na mieliznach mojego umysłu, że dla niego byłoby lepiej, gdyby w ogóle omijał te wody. Z trzeciej jednak strony: ile można gadać o tym, co na obiad, albo jaka pogoda? WIęc jednak czasem rozmawiamy, a najlepiej nam wychodzą kłótnie na tematy socjo-psycho-społeczno-polityczno-obyczajowe. Pod koniec dyskusji wszyscy są wkurwieni i pełni poczucia wyższości nad interlokutorem, co poprawia krążenie i wydolność oddechową, a to też nie bez znaczenia, skoro dżogingu nie uprawiamy ;)

          • zeroerhaplus 24/06/2015 at 19:26

            A czy istnieje jakiś logiczny powód tego, że ta miksolidyjska skala leci od góry do dołu, a nie „normalnie” ? Tak z ciekawości pytam…

          • mały żonek 24/06/2015 at 20:45

            @ZH
            Mi tam leci od każdej strony, skąd ten pomysł, że od góry? Generalnie, jak się siedzi w muzyce przez ileś tam lat, to coraz trudniej uznać jakieś rozwiązanie za kontrowersyjne. Do polirytmii też idzie się przyzwyczaić, choć wymaga to z pewnością sporo inwencji, by wciąż była to muzyka, a nie eksperyment z udziałem instrumentów.

          • zeroerhaplus 24/06/2015 at 21:38

            A, no bo:
            https://pl.wikipedia.org/wiki/Skala_miksolidyjska
            to było pierwsze, co kliknęłam, by sprawdzić, co to za cudo, ta skala. I myślałam, że to ważne, że od góry do dołu leci. I koniecznie chciałam wiedzieć, czemu ;)

          • mały żonek 24/06/2015 at 22:37

            To se narysuj od dołu, a ja zapytam dlaczego nie biegnie od góry. Swoją drogą, jeśli nie miałaś do czynienia z tego typu zagadnieniami, to poszukaj sobie na youtube przykładów granych w różnych modach (skale modalne). Muzyka filmowa często osadzona jest w takich klimatach (szczególnie mod lidyjski).

          • kanionek 24/06/2015 at 22:58

            Ja już nic nie powiem, bo przecież tyle razy mówiłam :D
            Po śmierci życzę sobie pomnik męczennika, z napisem: „nikt nie wie, jak ona dała sobie z tym wszystkim radę”.
            Mojego małżonka niewymownie irytuje fakt, że choć mam muzyczne ucho, to ni w ząb nie rozumiem muzyki pisanej (nuty), ani tych wszystkich struktur, warstw, skal, tonacji itp. Ale ja tak samo mam z gramatyką – umiem napisać poprawnie kilka zdań do kupy, ale do dziś nie wiem, co to jest „przydawka”. Moim skromnym zdaniem przydawką powinno być coś, co się przydaje, albo kiedyś przydać może. Szopka pełna przydawek, to rozumiem, ale żeby w zdaniu? Odróżniam rzeczownik od czasownika i tyle mi do życia wystarcza. I z muzyką tak samo – zaśpiewam każdą nutę, ale tych robaków na pięciolinii ni w ząb nie łapię. Może to jej urok, może wodogłowie.

          • zeroerhaplus 25/06/2015 at 12:33

            A mnie się przydawka z czymś brzydkim na skórze kojarzy, ale skrupuły też, więc to raczej nie jest problem przydawki ;)

            A co do tej skali: pacz, MałyŻonku, tyle po świecie chodzę, a pojęcia o skalach nie miałam. Już nie raz mówiłam i jeszcze raz powtórzę: na Kanionek.pl można się nie tylko masy ciekawych rzeczy dowiedzieć, ale i muzycznie się rozwinąć :)
            A propos muzyki, czy wiecie już, skąd się wzięło powiedzenie „jak z koziej dupy trąba”? Bo ja nie ;)

          • kanionek 25/06/2015 at 14:09

            A mi skrupuły z kaszą.
            Z tą dupą i trąbą to nie wiem i boję się pomyśleć, że może ktoś w kozią dupę dmuchać próbował…

          • kanionek 25/06/2015 at 14:23

            Zeroerha, jeśli masz ochotę na coś muzycznie megazajebistego i dosłownie powalającego na marne śmiertelników kolana, to przesłuchaj album Lost Horizon „A Flame to the Ground Beneath”. Całą płytę. Wskazany „normalny” sprzęt grający, nie jakieś komórki. Muza, wokal (!!!), aranżacja – mistrzostwo światów.

          • zeroerhaplus 25/06/2015 at 16:31

            No weź, żeby tak komórką? Są granice :)
            Poza tym moją komórką to z rzeczy muzycznych można najwyżej się w ucho podrapać. Emerycką se sprawiłam, bo do smartfona widać nie dorosłam ;)
            Dziękuję pięknie za muzycznego kwiatka, zajmę się nim na razie pobieżnie, a dokładniej – dopiero „po pierwszym” ;) W tym nurcie generalnie jestem jak ta kozia trąba, więc cieszę się, że coś nowego na starość poznam ;) Dzięki :)

          • kanionek 25/06/2015 at 17:47

            Ja też, szukając komórki, gdy stara mi się rozpadła, stanęłam przed niemałym wyzwaniem: jak tu kupić telefon, który na dzień dobry nie wybucha pierdyliardem fajerwerków, jest mniejszy od kafla w łazience i bateria trzyma w nim fason przez kilka dni, a nie godzin. No i kupiłam prostego Samsunga w wersji „jeszcze nie emeryt, ale ZUS już macha zza rogu”.
            A tego kwiatka zanim kupisz, może wstępnie jednak przesłuchasz choćby na tubie, żeby nie było, że jednak całkiem nie Twoja bajka i to wszystko wina Kanionka ;) Wiadomo, że to nie muza w stylu „oops, I did it again”, to raczej taki evergreen – za każdym razem odkrywa się jego kolejne, ciekawe oblicza, i nigdy się z niego nie wyrasta. Dobra, idę sprzątać.

          • zeroerhaplus 30/06/2015 at 15:06

            Kanionku, spokojnie z tym kwiatkiem (muzycznym), nic w przyrodzie nie ginie, więc jak mi nie podejdzie, podam dalej ;)
            Poza tym już wiem, że na jutubie to ja sobie tego raczej nie posłucham, na tych „pitu pitu” głośniczkach ;)
            A jeszcze poza tym, to właśnie przeżywam drugą młodość muzyczną i jakoś odnajduję inne kąty, które przeoczyłam za młodu. Tyle gwoli wyjaśnienia :)
            A jako kropkę nad M postawię kawałek, do którego wygrzebania z czeluści sieci sama mnie sprowokowałaś. Jest to porażająca interpretacja czegoś całkiem ładnego.
            Kawałek, którym można odstraszać szpaki z czereśni. Kawałek, którym można odpędzić kosmitów podczas inwazji na ziemię. Kawałek, przy którym Justin Bieber cieszy się, że jest sobą :)
            Wchodzisz na własną odpowiedzialność:
            https://www.youtube.com/watch?v=54Tz4gTsVR8
            ale śmiesznie jest tylko przez pierwszą ponad minutę, potem już tylko męczy ;)

          • kanionek 30/06/2015 at 15:15

            Taa, „wchodzisz”. Czołgam się, pełznę, i to po drodze usłanej kolcami. Wg Plusa „Fair Usage Policy” polega na tym, że wszyscy mamy po równo – ktoś kto zapłacił 10 zł więcej za abonament ma internet, a ja… gówno :) Innymi słowy: odpaliłam linka w nowej karcie i idę zajrzeć do szklarni, a jak wrócę, to może się załaduje ;)

          • kanionek 30/06/2015 at 23:55

            Zeroerha, nie wiem, gdzie mnie rzuci los z tym komentarzem, ale ja w sprawie Britney Spears. Miałaś rację. Wytrzymałam do 1:43, i zaczynam żałować, że w ogóle mam internet. Pod wpływem zjawiska napisałam tekst alternatywny dla tego utworu (potworu?)

            Cycki, brokat i oliwka
            ależ ze mnie gładka dziw#@%
            Cycki, brokat i stękanie
            zajebista jestem, a nie?
            Cycki, brokat, tyłka gięcie
            to popłatne jest zajęcie

            I can get no satisfaction
            but I’ll give you brain obstruction
            oops, I did it again…
            ugh, ugh
            ekh, ekh

            Myślisz, że mam szansę na karierę w branży muzycznej?

          • zeroerhaplus 01/07/2015 at 09:46

            Hyhyhhh :D
            Nie sprzeda się, mówię Ci :)
            Nie bez powodu to Brytnej czesze miliony w kieszeń… (rymy są zaraźliwe). A swoją drogą, smutną ma minkę dziewczynka, gdy tak skupia się na tym, by niedejboże nie pomylić kroków. Chyba jednak ta ich robota nie jest tak prosta, jak się wydaje…

          • kanionek 02/07/2015 at 13:43

            A nie, do występów to ja wiem, że się nie nadaję. Spadłabym ze schodów nawet gdyby nie miały stopni ;) No i nie ta giętkość, nie ta młodość.
            Myślałam raczej o karierze tekściarza. Ale moja twórczość chyba bardziej na wesela, niż koncerty wytrawnych słuchaczy ;)

  27. mały żonek 23/06/2015 at 01:03

    To było do pani CSZ

  28. Kania 29/06/2015 at 22:06

    Kanionku – dzięki za muzę. I jako mianowana na stanowisko mówcy motywacyjnego powiem, że może twój mąż też powinien pisać bloga. Bo coś mi się widzi, że jego głowa stanowiłaby łakomy kąsek dla łowców, ale on się ukrywa w głuszy. A np. mój znajomy pracuje dla angielskiej firmy nie ruszając się ze swojej kanapy w Polsce i dostaje przyzwoitą wypłatę w funtach.

    • kanionek 29/06/2015 at 23:07

      Spodobała Ci się? Mój mąż wynajduje takie perełki. Siedząc od ćwierć wieku w muzyce często narzeka, że dziś to już nie to samo, co wczoraj, ale raz na jakiś czas – jak kot w zębach – przyniesie łup godny drapieżcy. A Flame to the Ground Beneath to skondensowana energia, finezja, perfekcja wykonania i wyczucie smaku. To muza tak gęsta i treściwa, że gdyby była zupą, możnaby ją podawać w szpitalach rekonwalescentom, a jednocześnie nie sposób się nią przejeść ;)

      Małżonek napisał swego czasu kilka artykułów do gitarowych portali, skonstruował niejeden preamp (ba, jeden z nich jest nadal produkowany w Chicago), nagrał sobie ze trzy płyty… A ja zaraz dostanę w łeb za rozpowszechnianie świętych tajemnic ;) Może lepiej oddam głos do studia ;-P

  29. Kania 30/06/2015 at 11:20

    Spodobała się. Te czary ampary nic mi nie mówią, a wnioski mi się nasunęły z czytania między wierszami:)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa