Miłość, szmaragd i transwestyta, czyli co się psuje od czytania Konstytucji

“Jak korony drzew
Do chmur się rwał
Ziemia przeczy snom
Każdy grabarz wie, że
Można spaść
Potłuc się
Stać się nagim w oku lwa
(…)
Duchy zwiewne, mówcy prawd
Komu złoto, komu brąz
Komu korzenie wierzb
Szczęście ziemią pachnieć winno!
Strzeż się plucia pod wiatr!”
KAT, fragment utworu “Strzeż się plucia pod wiatr” z albumu “Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach”, 1996.

 

No cóż. Niech Wam się nigdy nie wydaje, że w czymś jesteście niepokonani. Ja się tu ławką wierzbową podniecam jak indyk koralami, gdaczę, kwoczę, witki gnę, a tu o. Pierwszy lepszy zjadacz frytek z dżemem kupił garść ziemi i nie bawiąc się w mozół detaliczny, od razu całą fabrykę krzeseł zasadził:

full-grown-furniture1

Tak wyglądało pierwsze krzesło, a kolejne były już tylko ładniejsze:

full-grown-furniture

A tu artykuł, gdyby ktoś z Was też chciał pomarzyć, że kiedyś wpadnie na genialny pomysł:

plantacja krzeseł w UK

Dwa tysiące żywych funtów za krzesło! Jak kraść, to miliony, a jak robić meble, to dla milionerów. Moja wierzba się już całkiem na śmierć zapłakała. A może to dlatego, że robak ją żre? Dziady ponure i w tym roku żywemu nie przepuszczą – każdy listek na każdej witce wierzbowej dostał w łeb, i nawet nie wiadomo od kogo – sprawców nie widać, a wierzby coraz mniej.

Ale co tam wierzba, przejdźmy do najnowszych wydarzeń. Najnowsze wydarzenia wydarzyły się wczoraj wieczorem. Najpierw do mnie przyskoczyły, potem raźno odskoczyły, i przebierając kopytkami odtańczyły kilka figur z “Deszczowej piosenki” na platformie koziej ławki. Aż się po aparat fotograficzny do domu cofnęłam, bo kto by mi uwierzył, że Andrzej jest transwestytą?

Znacie te historie, jak to niektórym facetom, co ugrzęźli w jakimś życiowym schemacie, nagle odbija i chcą być kimś innym? Albo te brejkin niusy z gazet o tym, jak to szanowany obywatel, dyrektor czegoś tam i prezes związku, przykładny mąż i ojciec uczesanym dzieciom, został przyłapany w toalecie przydrożnego baru w koronkowych gaciach i czerwonych szpilkach? No znacie. Takie czasy, panie, że kryzys tożsamości czai się za każdym rogiem, a za kozim rogiem to już zwłaszcza. Wchodzę więc sobie wczoraj z wieczora do koziarni, żeby jak zawsze wszystkich pogłaskać, pozamykać, chlebkiem napoić i wodą nakarmić, a tu… Taki wita mnie widok:

you like

Na zdjęciach z fleszem słabo widać, więc jak zwykle tłumaczę. Ten turban z welonem to firanka. Skąd się w koziarni wzięła firanka? Ano z otworu drzwiowego, tego od strony podwórka. Otwór jest za dnia otwarty, żeby mi w koziarni nie wyrosły kiedyś pieczarki (no przewiew żeby był), ale zabezpieczony rozpiętą w futrynie firanką właśnie, przeciw owadom, kurom i jaskółkom. Na noc, gdy zamykam drzwi od podwórka, firankę odpinam z jednej strony i ona sobie tak zwisa przy drzwiach, od wewnątrz. Zwisała sobie od ubiegłego roku i nigdy nawet włos jasny poliestrowy nie spadł z jej sztucznej głowy, aż do wczoraj.

bitch I'm fabulous

I zanim pomyślicie “biedny Andrzej!”, spieszę poinformować, że czy Wam się naprawdę wydaje, że on się chciał tej firanki pozbyć? A w życiu. Jak tylko mnie w drzwiach zobaczył, podszedł bliżej, potrząsnął turbanim łbem, łypnął wyzierającym spomiędzy poliestrowych splotów okiem (“you like?”), a gdy wyciągnęłam dłoń by go od tej ozdoby uwolnić – ruszył z kopyta wywijając welonem jak byk czerwoną szmatą ukradzioną torreadorowi, aż cały zadowolony wylądował na ławce, nadal łypiąc na mnie, czy aby na pewno TO widziałam. Tradycja ze wstydu nie wiedziała gdzie się schować, więc stała tak obok niego, jak Alicia z “The Good Wife” w pierwszym odcinku pierwszego sezonu, bo co miała zrobić?

za co ja wyszłam

I weźcie, to są kolejne wydatki! Jemu muszę kupić te obowiązkowe, koronkowe gacie i torebkę z brokatem (i DWIE PARY szpilek w rozmiarze “krasnal”), a Alicji, to znaczy Tradycji, załatwić robotę w jakiejś kancelarii. Albo może na początek przeczytam jej coś w stylu “Rozporządzenie Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 10 listopada 2010 r. zmieniające rozporządzenie w sprawie jednostek organizacyjnych oceniających i potwierdzających zgodność środków do produkcji ekologicznej z wymaganiami określonymi w przepisach dotyczących rolnictwa ekologicznego oraz prowadzących wykaz tych środków (Dz.U. Nr 225, poz. 1468)”, albo poszukam w kartonach tej cienkiej książeczki zwanej “Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej”. I tak, teraz powinniście pomyśleć – biedna Tradycja. Od czytania Konstytucji na bank zepsują jej się oczy, a kto wie, czy nie cały mózg, i nawet nie będzie się mogła pocieszyć gorącym, biurowym romansem, bo po pierwsze – kto pokocha ślepą kozę z zepsutym mózgiem, a po drugie – w lesie są tylko jelenie i żaden nie nosi garnituru. A Gard(e)ner jest tu tylko jeden, i to niestety jestem ja.

No i tak. Tyle u mnie popadało, żeby mech na dachu zdążył wody w usta nabrać, a do zbiornika na deszczówkę ani kropla nie wpadła. Prognoza na dziś obiecywała cały dzień pod znakiem ulewy, a tymczasem jak zwykle (bo już mogę tak powiedzieć) świeciło słońce, 22 stopnie w cieniu, Atos siedział w krzakach, a Laser smażył sobie jajka. Kurze jajka oczywiście, które tylko on wie gdzie są, a ja znajduję jedynie wyssane skorupki. A gdy sterczałam przy garnku z serową gęstwą, coś obiecująco zachrobotało w okolicy kuchni kaflowej i już myślałam, że Nora wróciła. W końcu tyle sera naraz to jeszcze nie widziała. Chrobotało i chrobotało, aż zaczęłam przestawiać graty, no i znalazłam:

trup jak nic

trup

Musiał wpaść przez przewód kominowy i zaklinować się między kaflami piecokuchni a kartonikiem z wagą elektroniczną. Kruszczyca złotawka się nazywa, i na zdjęciu udaje trupa, bo one tak zawsze, gdy się ich dotknie. Za to gdy już są w locie to nawet nie udają, że nie chcą trafić we mnie. Chcą i trafiają. Nie cierpię tych pancernych turbobrzęczy nawet bardziej, niż wątróbki nadziewanej salcesonem, ale zabić też nie potrafię, bo jak sobie wyobrażę ten chrzęszczący dźwięk, to mi szkliwo z zębów odpada całymi taflami. No to go wystawiłam na parapet:

zielona broszka

I on tam sobie dalej udaje trupa. Jak go namierzy Gonzales, to się skończy udawanie, a zacznie real experience, ale to już nie moja zielona broszka. Hm. A może Andrzej by go chciał? Przyczepiłby sobie do welonu, lub, ostatecznie, do tych koronkowych gaci. Dama z kameą.

A dzisiejsze sery wyglądają tak:

sery wtorkowe

Ten malutki to z miętą, jeszcze nie próbowałam, bo ledwie nasolone i się suszą.

Nie zdążyłam Wam nawet pokazać badziewnika, w kręgach ludzi uczonych znanego pod nazwą “łubin”:

badziewnik

A on już zakwitł i kozy codziennie zaglądają do kwiaciarni. Łubin rośnie tu masowo przy leśnej drodze i na łące od północy, choć nie wiem, czy w przyszłym roku też będzie rósł, skoro wprowadziłam do ekosystemu jego naturalnego wroga, czyli kozę. Kwitnie też, pachnąc oszałamiająco, żywopłot nieznanego mi gatunku (jeszcze przez dobre dwa tygodnie będzie brzęczał tysiącem zachwyconych pszczół), oraz lilak zwany bzem, fioletowy i biały. Wiatr zerwał jeden z cięższych kwiatostanów, który sprawiedliwie podzieliłam między kozy (malutkie też dostały), no i wszyscy pytają, kiedy nagietki. A bo ja wiem, kiedy nagietki? Zimne noce, zdradzieckie przymrozki, mało wody, ślimaki zasuwają w zdwojonym tempie, żeby obeżreć cokolwiek, co spod ściółki wyrosło, to nie wiem, kiedy nagietki. Za to papierówek w tym roku będzie istne oberwanie korony:

papierówka papierówka2

Mnóstwo zawiązanych owoców. Pani J. lubi papierówki, ale mnie już nie lubi, choć nawet nie wiem za co. Któregoś dnia wzięła się i obraziła, i teraz do sklepu jeździ jakimś połączeniem autobusu szkolnego z dalekobieżnym, ciągnąc ze sobą wkurzonego pana J., któremu nasze dostawy towaru pod same drzwi były bardziej niż na rękę, a teraz musi sam te siaty ziemniaków i wieprzowego podgardla dźwigać, zamiast sobie ucinać pijacką drzemkę w rowie. Ale papierówek jej zawiozę – może organizm jej się oczyści i umysłu nieboskłony przejaśnią. Jabłka podobno tak ludziom robią, ale ja nie wiem, bo mam wrodzoną odporność na umysłu przejaśnienia.

I co ja Wam jeszcze chciałam, zanim przyjedzie Mama i zniknę na cztery dni. Poniewczasie (na to zawsze możecie u mnie liczyć) pokażę Wam jeszcze jak zrobić doniczki do rozsad, jeśli nie zdążycie przez jesień i zimę uzbierać odpowiedniej ilości tekturowych rurek od papieru toaletowego. Można użyć gazety, lub – jeśli się ma ciotkę zawodowo rysującą morskie okręty – takich papierowych wydruków z pracowni projektowej:

materiał na doniczki

No i tę płachtę, czy gazetę (ilość warstw i długość odcinka musicie sobie dobrać eksperymentalnie) zawijamy na takim na przykład słoiku z bardzo ostrą papryczką, której nikt nie odważył się zjeść:

zawijane na słoiku

Zagniatamy papier od strony dna słoiczka, wyciągamy słoiczek i mamy doniczkę jednorazowego użytku.

gotowa doniczka

Doniczka po nasypaniu do niej ziemi natychmiast się przewraca, czemu zapobiegamy ustawiając doniczki ciasno, jedna obok drugiej, w jakimś kartoniku lub innym pudełku. Gotową na walkę z żywiołem sadzonkę można wsadzić w dziurę w ziemi wraz z doniczką, lub delikatnie odwinąć papier i w dziurę wetknąć tylko bryłkę z korzeniami.

A robienie rozsady w tutkach po papierze toaletowym wygląda tak:

groch w tutkach

groch w tutkach 2

A różowy pokój rozsad Kanionka tak:

rozsady

Zdjęcie, oczywiście, sprzed jakichś trzech tygodni. No i patrzcie Państwo, już prawie nadrobiłam zaległości w reportażu z mojego nudnego życia. Tylko film z kozami nadal się nie chce załadować. Idę zajrzeć do sera w piwnicy.

PS. A do podlewania roślin w doniczkach świetnie nadaje się butelka po wodzie mineralnej, z dziurkami w nakrętce:

butelka do podlewania

Wystarczy lekko ścisnąć butelkę, by na Wasze sadzonki spadł delikatny deszcz kilku cienkich strumyczków wody, zamiast jednego, brutalnego strumienia, który robi dziury w ziemi, a nawet łamie co delikatniejsze rośliny.

na tej wsi

A jeśli umarliście z nudów jak ten zielony chrabąszcz, i złożywszy odnóża w krzyżyk zwisacie smętnie nad blatem biurka, to poproście kogoś z domowników, żeby Was wystawił na parapet. Jest tak zimno, że się zaraz wyprostujecie.

118 thoughts on “Miłość, szmaragd i transwestyta, czyli co się psuje od czytania Konstytucji

  1. Kachna 02/06/2015 at 23:17

    Jak mi był potrzebny dziś ten Andrzej – to tylko ja wiem!
    A co do zimna na parapecie – u mnie teraz o 23.16. – 21 stopni celsjusza!!!

    I …o mamusiu – PIERWSZA!!!
    Pierwszy raz w życiu!

    • kanionek 03/06/2015 at 10:28

      No to na zdrowie :) A u mnie dzisiaj ciepło, jak w czerwcu. Zaraz…

  2. Ola 03/06/2015 at 00:21

    Andrzejuuuuuuuuuuuuuuuu! :D A widziałyście tą zadowoloną minkę spo woalu???

    • kanionek 03/06/2015 at 10:28

      No właśnie się zastanawiałam, czy będzie widać :)

  3. zeroerhaplus 03/06/2015 at 06:35

    Uojezu, krześlana hodowla jak w matriksie!!!

    Andrzejowi proponuję takie tureckie bógwico do tańca za pomocą brzucha, o na przykład:
    http://www.amazon.de/Dancing-Stickerei-Tanzen-Kost%C3%BCme-dreiteilige/dp/B00JK8ILTK/ref=sr_1_18?s=apparel&ie=UTF8&qid=1433305945&sr=1-18&keywords=bauchtanz
    no bo nie dość, że kolorowe, to jeszcze brzęczy. A i welon do zarzucania niewąski posiada :)

    • kanionek 03/06/2015 at 10:41

      :D :D :D
      Fajne. W sam raz dla Andrzeja. Ale trzydzieści ojro?? Za kawałek porwanej na strzępy szmatki… A do tego trzeba dobrać buty i torebkę, i w ogóle. Może ja go jednak przekonam, żeby został filatelistą?

  4. zeroerhaplus 03/06/2015 at 08:19

    Co do rozporządzenia ministra od pasz i środków doporządzających porozpędzenia rozrządowodawcze – oddajcie mi, nieszanowni posłowie dziesięć minut życia, podczas których doczytywałam, o co tu do diabła chodzi ;P

    • kanionek 03/06/2015 at 10:30

      Tylko dziesięć? Przeciętny rolnik nie ma tyle życia, żeby się rozeznać we wszystkich obowiązujących go przepisach. Dlatego współcześni rolnicy korzystają ze specjalnych biur obsługi (płatnej, oczywiście), które wypełniają za nich papierki. Serio!

      • mp 03/06/2015 at 12:31

        Może nie ma tyle życia, ale na pewno ma rzyć, gdzie należałoby owe- wg zeroerhaplus- porozpędzenia rozrządowodawcze (genialne !) starannie umieścić…

  5. Izabelka 03/06/2015 at 08:35

    Jeszcze nie doczytałam do końca, ale muszę chlapnąć trzy słowa: jak to transwestytą?! “Już mi niosą suknię z welonem…”, to nie jest??? Może nie w klimacie Twojego motta, ale pamiętamy te hity, prawda? ;-)
    Reszka komcia, jak doczytam do końca :-)

  6. Izabelka 03/06/2015 at 08:40

    No to ja już jestem pewna, że to były oficjalne oświadczyny Andrzeja.

    • kanionek 03/06/2015 at 10:27

      No ale tę suknię z welonem, to chyba pannie młodej nieśli, co? Ale może ta stara piosenka już była z gatunku postępowych?
      Zapewniam Cię, że Andrzej tego Ziokołkowi nie zamierzał oddawać. Napawał się swoją zajebistością i tylko sprawdzał, czy wszyscy widzą ;)

  7. Barbarella 03/06/2015 at 09:15

    Melduję, że u nas dziś ciepło – pierwszy raz w tym roku nie założyłam skarpetek!

    A robale na wszystkim co żyje potwierdzam. Pryskanie działa na chwilę albo wcale. Teraz dostałam cynk od koleżanki, że trzeba zagotować w garze wodę z cebulą w kawałkach i tym egzorcyzmować. Muszę spróbować, bo tradycyjna kupna chemia w spreju oraz w kropelkach do rozcieńczania nic nie daje – wszystkie pączki róż ponadgryzane, a listki pozwijane. Zaraz je tu cebulą pojadę, skuhwysyny nienażarte.

    • kanionek 03/06/2015 at 10:24

      I don’t wanna rain on your parade… Ale cebulę to one nosem wciągają, a z wywaru robią sobie zupkę wzmacniającą. Czosnek też nie działa, ani wywar z pokrzywy, ani ze skrzypu, ani z Ani. Wiesz, co mi się sprawdziło w tamtym roku? Wywar z peta. Znaczy z tytoniu. Kup paczkę fajek, lub samego tytoniu, zalej wrzątkiem, odstaw na noc (np. w zamkniętym słoiku), na drugi dzień przez sitko tę zupę i wywarem spryskuj. Pozostałe farfocle można podobno zalać drugi raz. Palenie zabija, picie też, a picie nikotyny to już w ogóle ;)
      Niektórzy się klną na grobowiec dziadka z Wehrmahtu, że oprysk mlekiem (takim prawdziwym) też działa, ale mleko jednak będzie widać chyba na tych różach, nie wiem.
      U mnie też ciepło!

      • pluskat 03/06/2015 at 12:19

        ja tez na mszyce stosowalam wywar z petow, ale go nie gotowalam, tylko moczylam przez dzien lub dwa + kilka kropli plynu do mycia naczyn

        • mp 03/06/2015 at 12:35

          A ja dziś spróbuję sodą, zarazy, ubić- znalazłam przepis w necie : 1 litr ciepłej wody, 1/4 płaskiej łyżeczki sody i 1/2 łyżeczki oleju. Miksturę wstrząsnąć solidnie i opryskać mszyce, ponoć działa też na czarną plamistość róży. Obaczymy ! Aha, dawki sody nie należy zwiększać, bo może popalić młode listki (których nie zżarły mszyce).

          • kanionek 03/06/2015 at 16:52

            Kurczę, a może takie kombo zrobić – mleko, soda, cebula, pety, stłuczka szklana i niefiltrowany denaturat (na wszelki wypadek)?
            Daj znać jak z tą sodą poszło :)

          • zeroerhaplus 04/06/2015 at 06:30

            Mogłabym jeszcze parę ciekawych ziółek w podpowiedzi zamieścić, ale obawiam się, ze po tym to by raczej pomidory się latać nauczyły niż owoce zawiązywac, więc może raczej zamknę paszczę ;)

          • kanionek 04/06/2015 at 17:04

            Spokojna głowa – daleko nie odlecą. No chyba, że Twoja mieszanka byłaby wybuchowa, to wtedy jednak ściana szklarni ich nie powstrzyma ;)

        • kanionek 03/06/2015 at 16:50

          Wrzątkiem się niby zalewa, żeby lepiej naciągnęło, ale kto to sprawdzi? A płyn faktycznie można dodać, żeby się lepiej na liściach trzymało.
          Dla mnie zasadniczą wadą wszelkich oprysków jest to, że trzeba dokładnie, łodyżka po łodyżce, listeczek po listeczku, od góry i od spodu, bo jak się coś nieopryskane zostawi, to dziady przetrwają. Kupa czasu i ręka więdnie od naciskania spustu pojemnika ze spryskiwaczem.

  8. diabel-w-buraczkach 03/06/2015 at 09:15

    w zyciu bym nie poznala, ze na tych rysunkach jest okręt. Ale Ci wierze na slowo.
    Andrzej – no rewelacja! :D Moze zostanie trendsetterem i zbijecie fortune?
    łubin i bez fioletowy uwielbiam. Jak juz wymysle ten teleport w koncu, to wpadne na bukiecik ;)

    • -EW 03/06/2015 at 09:30

      O. O. O00000ooo jak mi dobrze po tym wpisie- Wielki Kanion znowu w formie! Informacje z poprzedniego postu, z racji empatii zrobiły dziurę w kluczowym miejscu mego organizmu.

      • kanionek 03/06/2015 at 10:37

        Różne są co prawda formy, a ja jestem zazwyczaj w tej do sera ;) Ale musiałam spróbować Was podnieść na duchu po tym ostatnim wpisie :)

    • kanionek 03/06/2015 at 10:35

      No jak – przecież widać od razu, że okręt, a dokładniej taka wielka, pływająca zamrażarka, którą płynie do nas z Chin mrożony groszek (w prawym dolnym rogu jest napisane: freezer trawler). A tak serio, to niesamowite, ile rysunków trzeba, żeby jeden okręcik poskładać do kupy.
      Łubiny kwitną pięknie, a ja najbardziej lubię patrzeć, jak koza obrywa kwiatostan i on powoli znika w koziej mordzie, konsumowany od podstawy do czubka :)

      • pluskat 03/06/2015 at 12:21

        Peklabym z dumy, majac ciotke od okretow. A co to za ustrojstwo stoi obok jablonki?

        • kanionek 03/06/2015 at 16:47

          Toteż ja pękam :) Ciotka kawał życia przepracowała w słynnej stoczni, tej z Wałęsą i płotem, a teraz rysuje okręty dla Norwegów.
          A to ustrojstwo to słupek ogrodzeniowy, do którego przypięta jest siatka leśna, a to niebieskie i rozcapirzone to pęk butelek po wodzie mineralnej. Miał odstraszać ptaki w ogrodzie, ale niczego nie odstraszał, więc przeniósł się bliżej kubła na śmieci, ale jakoś nadal szkoda mi go wyrzucić ;) I tak sobie wisi, i może czasem kogoś przestraszy, któż to wie.

  9. ciociasamozło 03/06/2015 at 14:09

    Same cuda ekonomiczno-ekologiczne. Firanka po życiu firanki dostaje etat zasłonki oborowej a potem awansuje do welonu (sukni? girlandy narożnej?), płachty zaawansowanych technologicznie wykresów stają się doniczkami, słoik papryki na boku dorabia jako forma do doniczek. Nawet chrabąszcz dostał drugie życie (być może b. krótkie życie kociej zabawki, ale jednak).
    Medal Ci się należy za konsekwentne wcielanie w życie idei recyklingu! :D
    A u nas na jednym termometrze pokazywało 29. W celsjuszach. Serio.
    I topolowa wata lata, wpada do herbaty i zalega na klawiaturze :(

  10. Fredzia 03/06/2015 at 14:28

    Rozporządzenie mnie nie wzruszyło, bo w redagowanych tekstach mam tego bełkotu na pęczki, ale na pierwszym zdjęciu musiałam zrobić pauzę – dłuższą chwilę byłam przekonana, że przedstawia niebieskie budynki stojące na nabrzeżu portowym. Za to wczoraj w tv zamiast wioski leżącej u podnóża gór zobaczyłam wiszący na niebie statek alienów rodem z filmu “Dzień Niepodległości”. Kochany Pamiętniczku, czy ma to coś wspólnego z czytaniem równocześnie antologii sci-fi “Kroki w nieznane” i książek Jonathana Carolla (chronologicznie, jestem przy “Śpiąc w płomieniu”)?
    A te krzesła może i ciekawie wyglądają, ale moje chude pośladki aż się wzdrygają na myśl o kontakcie trzeciego stopnia ;)

    • kanionek 03/06/2015 at 16:36

      To są halucynacje z przepracowania, Fredzia. Masz przekroczoną normę bełkotu we krwi i powinnaś złożyć wniosek o urlop, albo przeniesienie do innego działu :)
      A krzesło nie ma być wygodne, tylko trendowate ;) Poza tym – kto by siadał na krześle za dwa tysiące funtów? Przecież mogłoby się uszkodzić. Takie meble ustawia się, niby niedbale, w wyeksponowanym kącie, i mówi gościom, z odpowiednią dawką mimochodu i lekcewagi: Ach, to? Tak, kupiliśmy dla kota, bo to tylko dwa tysiące, szkoda że nie robią kuwety w tym samym kolorze.

  11. Kachna 03/06/2015 at 14:49

    Tak jeszcze pomyślałam, że jeśli on, ten Andrzej tak chętnie w welony się przyodziewa to i kolczyki mu przypasują?
    ………..
    Taki czarny humorek……

    • kanionek 03/06/2015 at 16:27

      Ale weź – takie kolczyki? Bez brokatu? I niedyndające? Foch!
      Ale może uda mi się do tych fabrycznych coś doczepić – choinki samochodowe na łańcuszku, czy coś. Tylko nie wiem, jaki aromat mu bardziej podejdzie – “nowe auto”, czy raczej “waniliowa ekstaza”.

  12. sieka 03/06/2015 at 22:21

    no ale dlaczego nikt nie zauważa śmiałego koloru w “pokoju rozsad”? Ożesz cudownie oczojebny. Został po poprzednikach?

    • kanionek 03/06/2015 at 23:21

      Tak, to po byłych. Choć podobno w tej części domu mieszkała mama-teściowa, oddzielona głuchą ścianą, a jej ogród stalową siatką. I podobno gdy odeszła, uschły wszystkie śliwy rosnące po jej stronie. Te suche śliwy zresztą nadal tam stoją i widać je na filmie, który nie chce się załadować na serwer. Inna wieść gminna niesie, iż wyrabiała owa pani wspaniałą śliwowicę, nie żałując poczęstunku tym, co byli godni. Czasem myślę, że to jej duch przemierza równym, spokojnym krokiem drewniany strop nad moją głową. Może ja też w końcu dostanę zawału, uschną po mnie pomidory, i po wsze czasy będę sobie zaiwaniać po strychu, tyle że ja akurat wkurwionym, marszowym krokiem ;)
      A pokój już zawsze będzie się nazywał “różowy”, nawet gdyby został przemalowany na czarno. Imiona i nazwy, które jako pierwsze przyjdą na myśl, lubią przylgnąć jak naklejka do słoika z majonezem, albo jak “Kocyk” do syna Bożeny. Choćbym nie wiem jak się wysilała z jakimś innym dla niego imieniem, i tak odruchowo wołam “Kocyk!” i nie ma mocnych :)

      • Ola 04/06/2015 at 00:22

        No ale przecież Kocyk to bardzo porządne imię! A przy okazji: jak się miewa Roman?

        • kanionek 04/06/2015 at 17:01

          A Roman rośnie, okrągleje, nie miała kaprysu wyhodować rogów, jak jej ciut drobniejsza siostra (Krówko ma na imię), no i zaskakuje mnie jej charakter. Jest czujna, jak matka, ale bardzo łagodna, wręcz nieśmiała. Bardzo sympatyczna koza się z niej szykuje :)

          • Ola 05/06/2015 at 13:14

            Roman nierogata :)
            A czy Ty mogłabyś jakieś drzewo genealogiczne przygotować? Bo muszę sobie przepowiedzieć w pamięci, kto od kogo i jak się nazywa, zanim się połapię. Krówko – powiadasz, w sensie, że KRÓWKO?

          • kanionek 05/06/2015 at 17:12

            Tak, z całego przychówku tylko Roman i Kachna są nierogate, reszta będzie “trudną młodzieżą” ;) “Krówko” jak “krówko ty moja kochana, chodź no tu, słodkie moje maleństwo, pici pici, pokaż te śliczne różki”.
            A drzewo wiadomości rogatego i nierogatego zrobię, obiecuję. Na razie siedzę w kolejnym serze, Mama mi pomaga w upierdliwościach dnia codziennego, małżonek ostrzy piłę, a kozy zajmują się konserwacją obszarów zielonych.
            Zdradzę też, że kolczyki już założone, wespół w zespół, i nie chcę się przechwalać, ale zrobiliśmy to naprawdę sprawnie i profesjonalnie – ani kropelka koziej krwi nie popłynęła :) Mnie rozbolał łeb, ale mnie łeb boli z byle czego, a młode królewny już hasają beztrosko nad stawem. Więcej postaram się napisać niedługo.

          • Ola 05/06/2015 at 18:23

            no to ufff, dzielne koziołki i dzielny Kanionek :)

          • kanionek 06/06/2015 at 00:16

            …i dzielna Mama i dzielny małżonek. Bo w tym cały jest ambaras, że kolczykownicę trzeba zacisnąć szybko i z odpowiednią siłą. A że ona wielkości sprzęgła od Żuka, to zaszła była taka wątpliwość, czy wciąż jednak drobna macka Kanionka da radę. Ale może opiszę całą procedurę w następnym odcinku, żeby się nie powtarzać, a teraz dodam jeszcze tyle, iż wszyscy cieszymy się, że operacja “kolczyk” jest już za nami. Przez dobre dziesięć minut po jej zakończeniu wymyślaliśmy w jakie ciekawe miejsca i na jakie równie ciekawe sposoby wsadzilibyśmy urzędnikom taką kolczykownicę. I ile razy.

          • Iwona 06/06/2015 at 08:41

            Czyli, już po zabiegu i wszyscy cali :-) .

          • kanionek 06/06/2015 at 14:39

            Tak, cali, zdrowi i już nie pamiętają, co się wczoraj wydarzyło. MNie najbardziej cieszy, że młode się nas nie boją po tej akcji – nadal podchodzą ufnie do wyciągniętej dłoni.

      • mp 04/06/2015 at 11:14

        Faktycznie Kocyk to bardzo milusie imię :) I przypomina mi o Tapczanie- fantastycznym psie sąsiadów s wioski ( ponoć pierwotnie nazywał się Taczan, ale nasze dzieciaki przemianowały go na Tapczana i tak już zostało).

        • kanionek 04/06/2015 at 17:14

          Pies Tapczan – fajne :)
          A Kocyk ma również milusie usposobienie, zwłaszcza w porównaniu z Luckiem, który zrobił się bardzo męski i zadziorny :) Kocyk jest najmłodszy, ma malusie różki i lubi ssać mój palec, jak niegdyś jego tatuś. A Lucek jest obecnie w takim wieku, w jakim był Pecik, gdy go wzięliśmy, i już waży więcej niż wtedy jego ojciec. Jednak wyżywienie, odrobaczanie i ogólne warunki hodowli mają wpływ na rozwój zwierząt. Lucek moim zdaniem przerośnie swojego starego o dobry koński łeb ;)

          • Ania W. 10/06/2015 at 19:55

            Ale że niby ktoś mi tu na Lucka NARZEKA? Że hę? Lucek charakterek ma po mundurowej mamuni chrzestnej, wiadomo wszak, że nikt łagodny dobrowolnie tam nie idzie!

          • kanionek 10/06/2015 at 21:54

            No to przyznaj się – podcinasz ludziom nogi zachodząc ich cichcem od tyłu i waląc łbem w zgięcie kolan? Bo jeśli Lucek ma to po Tobie, to ja żądam odszkodowania :D

          • Ania W. 11/06/2015 at 14:36

            To jest odpowiedź do tego co poniżej o waleniu łbem w zgięcie kolan :) No tak akurat nie robię, ale przemyślę sprawę i może wdrożę :)

        • Ania W. 11/06/2015 at 14:36

          A jednak się dobrze skolejkował wpis :)

  13. kanionek 04/06/2015 at 23:44

    Ja może tylko dodam, że u mnie jest obecnie zimno jak w grudniu – plus trzy stopnie na zewnątrz. Zgroza, czy co?

    • zeroerhaplus 05/06/2015 at 00:10

      Ale jazda. U mnie, jakby nie było tylko parę rzutów beretem dalej – 19,2, i to w tej chwili! A dziś popołudniu termometr rtęciowy, który mamy przy oknie na zewnątrz zatrzymał się (w słońcu) na pięćdziesięciu, bo dalej go brakło…

      • kanionek 05/06/2015 at 01:11

        Nosisz bardzo duże berety, Zeroerha :D
        A skoro już o rzucaniu mowa, to może rzuć jakimś zaklęciem, żeby u mnie też było ciepło? Bo serio – pomidory i ogórki nie urosły mi nawet o centymetr w ciągu ostatnich dwóch tygodni :-/
        Już chciałam schować rękawiczki i czapkę do kartonu z zimowymi rzeczami, ale widzę, że to pochopna decyzja. I żałuję, że nie napaliłam dziś w piecu.

        • kanionek 05/06/2015 at 11:00

          Z pamiętnika stacji pogodowej: dziś w nocy zero stopni.
          Ostatnie sadzonki dyni wyniosę do ogrodu w lipcu (a wtedy przyjdzie gradobicie).

          • Iwona 05/06/2015 at 21:11

            A ja jęczałam, bo było 6 stopnii, głupia ja.

          • kanionek 06/06/2015 at 00:24

            Gdyby u mnie było sześć, to też bym jęczała, no bo jak to – zima w czerwcu? Ale przy zerze to już nawet nie jęczałam, bo mi całkiem mowę odjęło ;)

  14. Iwona 06/06/2015 at 08:38

    Wyszłam około 22 boso, obejrzeć wielki, pomarańczowy księżyc, lodowata rosa, stopy mi zdrętwiały po chwili, a rosa wczoraj była już o 18 ,w cieniu. Dziwna ta pogoda.

  15. Fredzia 08/06/2015 at 16:55

    Dla zdrowia psychicznego w przerwie między kolejnymi częściami antologii sci-fi oglądam kozy w piżamach:
    https://www.youtube.com/watch?v=qfxUt9UM0nc
    Oraz wiem już, jak będzie wyglądał niebawem poranek w Kanionkowym obejściu:
    https://www.youtube.com/watch?v=4wDg5hEtRLA

    • kanionek 08/06/2015 at 21:48

      :D
      W ubiegłym roku tak wyglądały moje poranki z kurczakami – latały za mną gęsiego, dopóki czegoś nie dostały.
      A propos kurczaków – kurczę, dlaczego jest tak zimno? Jeszcze zmierzch do końca nie zapadł, a u mnie 5 stopni. W nocy niecałe dwa.

  16. Grace 09/06/2015 at 11:25

    Właśnie się zorientowałam, że wczoraj nasz ulubiony blog skończył roczek ☺

    Nie jestem dobra w przemowach pochwalnych, dlatego po prostu podziękuję Ci, Kanionku, za stworzenie tego pięknego, dobrego i miłego miejsca w sieci. Pogłaszcz, poklep, podrap za uszkiem, pomiziaj itp. (każdemu według potrzeb) wszystkich domowników, bo i oni mają wpływ na panującą tu niepowtarzalną atmosferę. Niech Wam się darzy przez długie lata!

    Wypadałoby wznieść toast kozim mlekiem, ale z braku takowego w moim przypadku skończy się tylko na wodzie, ewentualnie kawie…

  17. bila 09/06/2015 at 12:32

    Kanionku, dołączę się do gratulacji z okazji blogowej rocznicy. I do podziękowań, bo dla mnie całe Kanionkowe towarzystwo jest bardzo bliskie sercu i ważne . Dzięki, dzięki, dzięki!!!
    Łojeju, Andrzeeejuuuu, rety, rety, jejuuuu… Co za oryginalny imidż! To może się przyjąć wśród kóz i koziołków!

  18. ciociasamozło 09/06/2015 at 15:49

    Stooo laaaat! Stooo laaat! Niech Kanionek.pl żyyyje naaam!
    A ten w realu jeszcze bardziej :)

  19. Fredzia 09/06/2015 at 16:14

    Kanionku,
    na Twoje ręce, rogi, nogi, łapy i kopytka składam niniejszym podziękowanie za ratowanie od roku:
    – po 1 – moich włosów, bo za każdym razem, gdy mam ochotę je rwać z powodu ludzkiej bezmyślności, niefrasobliwości, braku poczucia obowiązku i odpowiedzialności za cokolwiek, przychodzę tu i spływa na mnie balsam błogiego spokoju
    – po 2 – mojego laptopa, bo za każdym razem, gdy mam ochotę pirzgnąć tym bezdusznym struclem o ściankę działową lub sprawdzić wytrzymałość biurowych szyb, przychodzę tu i spływa na mnie balsam…
    – po 3 – mojej wiary w słowo pisane, bo za każdym razem, gdy muszę redagować kolejny przeintelektualizowany gniot pseudoerudyty kaleczącego ojczysty język aż mi się substancja szara w mózgu gotuje, przychodzę tu i spływa…
    DZIĘ-KU-JĘ!
    I żeby Ci siły, cierpliwości, determinacji i chęci starczyło na kolejne 101 lat z nami życzę :)

  20. beti 09/06/2015 at 23:07

    Aniu nie jedz zbóż, a będziesz zdrowsza! Zboża , a głównie wszechobecna w każdym pożywieniu zmutowana genetycznie pszenica jest dla nas ludzi bardzo niebezpieczna. Powoduje spustoszenia w naszych organizmach doprowadzając do przeróżnych ciężkich chorób. Wszędzie w internecie o tym piszą. Ten link dokładnie tłumaczy dlaczego nie powinniśmy jeść zbóż : http://www.paleosmak.pl . Często czytam Twojego bloga. Jest super i zwierzaki masz przecudne:-D Pozdrawiam :-)

  21. sieka 10/06/2015 at 08:20

    Przyłączam się do życzeń “dobrze życzących” osób z okazji rocznicy bloga (blogu?). Osobiście chciałabym podziękować Ci Kanionku za wiedzę, którą mimochodem zdobywam o kurczakach, kozach, budownictwie, ogrodnictwie, zielarstwie, przetwórstwie mleczno-owocowo-warzywnym. Oprócz tego dobrze mi robi, takie ogólne “ooooo ja też tak mam” po przeczytaniu niektórych notek. Człowiek nie czuje się taki, hmmm nieprzystający. W pewnym wieku to potrzebne, bo już chęć “bycia wyjątkowym” minęła. Zatem, jeszcze raz dziękuję. Osobiście bardzo lubię jeszcze twoje rozbudowane metafory.

  22. sieka 10/06/2015 at 08:21

    oczywiście “twoje” powinno być przez T ;)

  23. kanionek 10/06/2015 at 14:58

    Bardzo Wam wszystkim dziękuję, faktycznie rok minął, a prawdę mówiąc nie sądziłam, że pociągnę “Kanionka.pl” tak długo. To w sumie dzięki Wam i Waszemu entuzjazmowi, bo dla samej siebie nie chciałoby mi się nawet klaptopa otwierać. Przekazuję więc niniejszym serdeczne pozdrowienia i podziękowania dla Was, od koziołków, kurczaków, kotków, piesków, nornic i chrabąszczy, za te wszystkie komplementy, nieustający doping i na wszelkie sposoby wyrażany zachwyt :)
    Zbieram się żeby coś nowego wrzucić, ale już nie obiecuję kiedy, bo ten… Różnie z moimi obietnicami bywało ;)

  24. Ania W. 10/06/2015 at 19:59

    Kanionku Peel! Kocham Cię miłością pierwszą, bo jesteś mądra, dobra, dowcipna, wrażliwa i skromna oraz zapewniłaś mi rogatego chrześniaka! Sto lat!

    • kanionek 10/06/2015 at 22:14

      Do niczego takiego się nie przyznaję, a chrześniaka to Ci zrobili Andrzej z Tradycją. Ja tu jestem tylko waszym internetowym łączem ;)

  25. Ola 11/06/2015 at 10:44

    Napisałam i poszło w luft… No to jeszcze raz: niecały rok temu znalazłam w internecie bloga, a w nim opowieść o tym, jak to koza Tradycja hopsała po dachu wychodka czekając na zejście na zawał swojej pani :P No i to była miłość od pierwszego wejrzenia. Przeczytałam jednym tchem wszystko do tyłu i żałowałam, że do przodu też nie można. Cenię w Szanownej Autorce jej niesamowitą pasję i perfekcję, poczucie humoru no i szacunek, dla wszystkiego, co żywe. Kanionek.pl niech nam żyje sto lat!!! (patetycznie wyszło, ale co tam…)

    • kanionek 12/06/2015 at 00:55

      Dzięki, Ola :) Swoją drogą ciekawe, jak będzie wyglądał Internet za te sto lat.
      A koza Tradycja hoduje sobie niezłą dublerkę. Gdyby nie to, że Andrzej rozniósł wychodek, Kachna już by po nim hopsała. Z braku wychodka łazi od kilku dni za Ireną i próbuje się z nią na łby, oczywiście z własnej inicjatywy. Gdy tak sobie obserwuję jej poczynania widzę w niej dawną Tradycję, z tą różnicą, że Kachna od początku wychowuje się w kozim stadzie, i obstawiam, że nie da się zepchnąć na szary koniec stadnej hierarchii. Tradycja z Kachną wyglądają naprawdę identycznie, i uwielbiam na nie patrzeć. Nie mogę się nacieszyć tymi moimi kozami, a Wam chciałabym w końcu coś nowego napisać (że nie wspomnę o filmie, który powoli robi się przeterminowany – tak szybko te kozy rosną!), ale się zwyczajnie ze wszystkim nie wyrabiam. O tej godzinie mam problem ze złożeniem prostego zdania, a tu zaraz znów trzeba wstać, wydoić, nakarmić, przesadzić, wykopać, zasiać, skosić, ser uwarzyć, coś zacząć, coś innego dokończyć, bla, bla, bla. Może w niedzielę…

      • Ola 12/06/2015 at 22:04

        Potencjał Andrzeja się marnuje. Może jaka firma rozbiórkowa???

        • kanionek 13/06/2015 at 00:17

          “Gdy cię widok starej szopy
          w oko mocno już zaboli
          wezwij Pecika Andrzeja
          on ci wszystko rozpie*doli”

          Ostatecznie mógłby również dorabiać jako wykidajło na weselach.

          • zeroerhaplus 13/06/2015 at 06:41

            Tja, na weselach. Najsampierw by pannie młodej welon za*ebał… ;)

          • kanionek 13/06/2015 at 13:47

            No racja, wesela odpadają :D

  26. Ania W. 12/06/2015 at 11:28

    Kanionku, a znasz książkę pt. “Błogosławieni, którzy robią ser”?

    • kanionek 12/06/2015 at 17:37

      Nie czytałam, właśnie sprawdziłam co to takiego, i widzę na Allegro używany oryginał za 9 zł, więc kupię. A sama chyba napiszę książkę “Wkurwieni, którzy robią ser”, bo się strasznie nerwowa zrobiłam. Jak robię ser, to wszyscy wynocha z kuchni, nie kręcić się, nie wnosić podejrzanych przedmiotów, nie dotykać niczego i w ogóle won. A że od udoju (przy którym też jestem nerwowa i dezynfekuję siebie i kozy po pięć razy, i poruszam się ostrożnie jak kosmonauta w stanie nieważkości sikający do woreczka) do momentu, w którym można nasolić ser i dać mu święty spokój, mija średnio 6 do 8 godzin, to w sumie mogę powiedzieć, że chodzę spięta cały dzień. Przydałaby się druga kuchnia, w której gestapo mogłoby sobie robić ser i nigdy z niej nie wychodzić ;)
      A dzisiaj dzwoniła klientka, co brała ser dwa tygodnie temu, i zgadnijcie co. CHCE KOLEJNY SER :) A teraz idę dzielić twaróg do mrożenia, bo oczywiście zrobiłam sobie również twaróg. Kolejne osiedle Domków Baby Jagi samo się nie zbuduje.

      • kanionek 12/06/2015 at 21:16

        “Blessed Are the Cheesemakers” już kupione. Od dwóch miesięcy czytam tylko o serze, to teraz poczytam sobie o serze ;)

        • Ania W. 13/06/2015 at 22:28

          E, to nie o serze, to o miłości :)

          • kanionek 13/06/2015 at 23:29

            O miłości do sera? :D
            No wiem, przeczytałam opis na Amazonie :)

  27. czubatka 12/06/2015 at 14:37

    Lepiej późno niż wcale: Sto lat, sto lat dla Kanionka i drapanko za uchem dla pozostałych.Ja podobnie jak Ola zaczęłam swój “romans” z blogiem Kanionka od biegającej po dachach Tradycji i zostałam. I dzięki Ci wielkie, że znajdujesz czas dla nas. To miejsce to taka cudowna odskocznia….I zdjęcia i filmy poprosimy.Więcej!

    • kanionek 12/06/2015 at 17:40

      Dziękuję w imieniu własnym i tych, co już zostali podrapani (teraz szczotkuję kozy przed dojeniem, bo wciąż gubią zimowe futro). No właśnie mam dla Was film i od dwóch tygodni taka lipa z Internetem, że się chyba poddam. Ale obiecuję coś niebawem napisać :)

  28. kanionek 12/06/2015 at 20:32

    Jak nie urok i biegunka, to suchoty i wojsk przemarsz. Kilka dni temu zawaliła nam się w łazience “obudowa” wanny, i łazienka w połowie rozgrzebana, a teraz mamy wyciek gazu i nie wiadomo, czy nieszczelna jest kuchenka, czy zawór butli. Małżonek od godziny smaruje wszystkie złącza pianą, żeby ten wyciek namierzyć. Jak na razie małżonek 0 – wyciek 1. A ja dziś jak zwykle nie zjadłam śniadania i teraz mam za swoje. Nawet ogniska nie rozpalimy, bo akurat teraz pada deszcz. Śmieszny, ale zawsze deszcz.
    Pozostaje mi zjeść Kotka, na surowo.

    • Ola 12/06/2015 at 22:09

      Ty się Kanionek nie tłumacz, tylko rób ten ser. To, że my tu sobie stoimy w kółeczku jak stado sępów i czekamy na wpis, nie znaczy, że musisz już i natychmiast. I zostaw Kotka. On nie jest smaczny.

      • kanionek 13/06/2015 at 00:10

        No przecież nic innego nie robię, jak tylko w kółko ten ser. To znaczy robię, oczywiście, ale mam na myśli to, że ser najrzadziej co drugi dzień, a od przedwczoraj codziennie. A wpis też muszę zrobić, bo mi uschniecie jak ta frytka, co wpadła za kuchenkę (Nora, nawet nie wiesz, jak mi Ciebie brakuje!), i kto mi za rok będzie życzył sto lat ciężkich robót?

        A Kotek z Gamoniem przepadli na długie godziny, aż dziwnie było. Deszcz zaczął padać, a tu żadnego Kotka na parapecie, mażącego ubłoconymi łapkami po szybach (wpuść mnie, łachudro, ja tu TONĘ!). No i co się okazało? Kotki dwa zadekowały się na strychu, gdzie wiele godzin wcześniej wlazły cichcem za małżonkiem, który lubi sobie podnieść ciśnienie (robaki zeżrą nam cały sufit, Kanionek). Zdjęliśmy ich jakoś po dwudziestej trzeciej, i tym sposobem Kotek ocalał, bo już mi się nawet jeść ze zmęczenia nie chciało ;)

        • ciociasamozło 13/06/2015 at 15:54

          Nie jedz Kotka. Gamonia może też nie. Może one tam, na strychu, ratowały Wasz sufit przed zjedzeniem przez robale?

          • kanionek 13/06/2015 at 17:24

            Taa, ratowały. Nagrzały się jak węgiel na hałdzie, bo na strychu jest latem bardzo ciepło – czarny dach, kupa drewna i dwa spore okna, oczywiście zamknięte. Dla kotów miejscówka idealna – ciepło, sucho, święty spokój, i można poobserwować nietoperze i/lub szerszenie :)

  29. zeroerhaplus 13/06/2015 at 06:56

    Nie wiedziałam, gdzie się podpiąć z życzeniami, więc się nigdzie nie podepnę.
    Sto lat, i tak dalej, to oczywiście, a tak poza tym, to życzę Ci drogi Kanionku, żebyś nie jadła Kotka (bo będzie mi smutno), żeby przecieki się znalazły (bo małżonek zwariuje, a to niefajnie jest, zwariowanego z powodu przecieku małżonka mieć) a jak się nie znajdą, to żeby się same zlikwidowały (raz takie cudo widziałam, rura się SAMA uszczelniła pod pakułem, rdza jej chyba mordę nieszczelną zatkała). I żeby ser się szybciej robił (wiem, wiem, że się sam nie robi;), bo nam się znerwujesz do krzty (jak mawiała moja niegdysiejsza sąsiadka). I żeby Ci śmietka cebulanka ominęła cebulane pola. I deszczu, ale nie gradu. I ciepła, ale nie upału.
    I żeby Ci internet hulał jak szatan po niewinnej duszyczce.
    Howgh :)

    • kanionek 13/06/2015 at 14:34

      Och, dziękuję :)
      Nikt nie zwariował (tak, wiem, OPRÓCZ mnie, ale w sumie kto powiedział, że nie można zwariować kilka razy?), a po godzinie dwudziestej drugiej ustaliliśmy, że żadnego przecieku nie ma, tylko pół kuchni gazem śmierdzi. Oraz również i tudzież, że w powiedzonku “no risk, no fun” musi się kryć nieznana nam dotąd tajemnica życia, i że właśnie mamy niepowtarzalną okazję dowiedzieć się jaka. Kuchenka gazowa po działaniach małżonka wyglądała tak, jakby właśnie wyszła z myjni samochodowej, z pominięciem etapu spłukiwania, a przeciek się nie ujawnił. No to co? No to żyjmy szybko i umierajmy młodo, bo jeść trzeba, a i do produkcji sera potrzebuję energii cieplnej.

      O, a wiesz, że śmietka cebulanka faktycznie mnie nie dotknęła, za to dziady jakieś żrą sam szczypiorek. Ja tam swoje w tym roku zrobiłam – ściółki dowiozłam, przy rozsadach się naklęczałam (część z nich jeszcze muszę ulokować w ogrodzie), a teraz niech się wszyscy sami o siebie martwią. Wody mam coraz mniej, sery są priorytetem, więc niczego nie podlewam, i jak już skończę z ostatnią sadzonką, to na wszelki wypadek nie będę w ogóle do ogrodu zaglądać, bo po co mam się denerwować.

      A jeśli chodzi o Internet… Po co ja mam się denerrrwować?! %$#@!!!!%$##

      • ciociasamozło 13/06/2015 at 15:47

        No ale że jak? wywietrzyliście i odpaliliście kuchenkę, czy chodzicie jak dookoła bomby zegarowej na wszelki wypadek nie używając elektryczności w całym domu?
        A może to zawór w butli (macie butlę czy gazociąg do Was dociera?), a nie kuchenka?
        Sorry, ale ulatniający się gaz to jedna z moich nieukrywanych paranoi i okazji do ataków paniki (druga w kolejności to wysłanie maila nie do tej osoby co trzeba), więc przeżywam bardzo.

        Uważam, że można zwariować kilkakrotnie. Nawet wielokrotnie. I mam podejrzenia, że zjawisko jest częstsze od wielokrotnego orgazmu.

        W szczypiorku to pewnie wgryzek szczypiorniak. Przed jedzeniem obetnij ślepe końce i przedmuchaj/przepłucz środek szczypiorkowych rurek, chyba, że lubisz zieleninę z wkładką mięsną ;)
        Ale na razie faktycznie nie ma co chodzić, oglądać i się denerwować.

        • kanionek 13/06/2015 at 17:52

          Wietrzy się cały czas, bo upał na zewnątrz (podobno), a poza tym wmówiliśmy sobie, że propan-butan jest specjalnie mocno nawaniany, żeby najmniejszy przeciek było czuć od razu w promieniu kilometra ;) Zawór w butli, ba – cała butla!, też przeszedł kąpiel w pianie i teraz śmierdzi głównie szamponem i pianką do golenia.

          Hm. Z dwóch wspomnianych przez Ciebie zjawisk wielokrotnych znane jest mi tylko szaleństwo. A jeśli chodzi o to, czy my się boimy wylecieć w powietrze, to owszem, boimy się, ale jakoś tak… Może ja się wypowiem tylko za siebie i swój lęk. Otóż przyjmuję do wiadomości, że mogę nad ranem rozbłysnąć niczym supernowa, ale nie mam czasu ani siły, ani nawet nerwów, żeby się bać tak rzetelnie i na serio. Przez te prawie pięć lat tutaj zeżarłam chyba wszystkie nerwy, bojąc się o to, że dach się zawali, że ktoś nas zamorduje (a mi przedtem zapewni wielokrotny brak orgazmu), że ktoś otruje nasze psy albo ukradnie kozy, że nie damy rady spłacić kredytu, że oboże i w ogóle. I trochę mi się zużyło, a poza tym – wobec wizji komornika prospekt lotu w kosmos w objęciach kuchenki wydaje mi się całkiem uroczy ;)

          I tak, wgryzka szczypiorka nawiedziła mnie już w ubiegłym roku (jej paskudne larwożuki są nawet na blogowych zdjęciach), ale apetyt miała umiarkowany i tylko kilka cebul obsiadła. No i miałam wtedy więcej czasu, żeby tam łazić, wypatrywać wroga i siać zniszczenie wśród jego zastępów. W tym roku bydlę przyprowadziło wszystkich krewnych i znajomych, i urzędują na całego, tylko chrzęst pożeranych łodyżek słychać. Ale czy ja się przejmuję? Ja mam w perspektywie zwiedzanie galaktyki, i palący dylemat: czy bardziej do twarzy będzie mi w patelni na głowie (patelnia siedzi w piekarniku), czy może tuż przed startem powinnam chwycić ten wielki sagan na mleko, bo jednak sagan jest na tyle duży, że zasłoni mi cały pysk aż do obojczyków, i przynajmniej nie będzie wstydu przed Łajką.

          • ciociasamozło 13/06/2015 at 19:54

            Sagan lepszy. Kształt ma taki więcej aerodynamiczny.

            Mój małżonek stwierdził, że posiadanie małżonka zwariowanego od przecieku jest ostatnio całkiem popularne w niektórych kręgach. Ale chyba nie są to kręgi, do których aspirujesz ;)

          • kanionek 13/06/2015 at 20:19

            :D
            Kiedyś odpowiedziałabym, że zdecydowanie nie, ale człowiek mądrzeje na starość. Afera-szmafera, tere-fere, a kuku to tylko nam zostanie do podziału. Bo ONI mają na kontach, prócz nieczystego sumienia, taką ilość pieniędzy, że włos im z głowy nie spadnie. Ale co ja gadam – łeb w sagan, morda w kubeł i bilet w jedną stronę na księżyc, to są moje aspiracje, bo nawet oszukiwać i kraść nie potrafię.
            Tymczasem poszłam odwiedzić szczypiorek i… jest bardzo, bardzo źle. Jak na razie tylko czosnek i kapusta pod namiotem mają się dobrze, cała reszta walczy z żywiołami. Za to jeżyna bezkolcowa wygląda tak, jakby miała w tym roku sypnąć owocami – niewykluczone, że zapomniałam ją przyciąć na jesieni. Pamiętam tylko, że jeszcze w grudniu obrywałam z niej liście dla kóz, więc jakieś pędy musiały ocaleć. I nareszcie dowiedziałam się, co to za drzewo rośnie na podwórku od południa. Podejrzewałam, że grusza, bo liście miała dla gruszy właściwe, ale nigdy nie miała owoców. A w tym roku zakwitła i ma, maleńkie gruszki, niewiadomej odmiany. A teraz wracam do sera :)

  30. zeroerhaplus 13/06/2015 at 06:58

    Ooooo, nowe logo bloga!!! Koza, koza jak malowana!
    Tera już nikt nie powie, że to dupa Atosa ;))

    • Kachna 13/06/2015 at 08:14

      Jezusie i Maryjo! Zeroerha – przestań – mam i bez tego przechlapane!
      No.
      A logo piękne i piękniejszego nie trzeba – chyba, że poprzednie.
      łubu du bu, łubu du bu…..
      To pisałam ja – Kachna.

      • kanionek 13/06/2015 at 23:52

        Kachna, Ty lizusie :D
        Tamto było do kitu, a moje niewiele lepsze. Czekamy na utalentowanego tfurcę (najlepiej mistrza Tetris, bo jednak te klocki…), który zrobi taką ikonkę, że nikomu już się nawet bloga nie będzie chciało czytać, bo sama ikonka będzie wyrażać więcej, niż tysiąc słów ;)

    • zeroerhaplus 13/06/2015 at 09:02

      Spooookoooooojnie, Kachna, nie matrw się niepotrzebnie – z Atosową kitą wyjechałam osobiście, zaraz po tym jak zauważyłam ikonkę. Bedzie z miesiąc temu, więc tym razem wyjątkowo sama się siebie czepiłam ;)
      Ale cieszy mnie, że nie tylko mi się wszystko z dupą kojarzy :D

      • Kachna 13/06/2015 at 13:34

        Żebyś wiedziała, że ostatnio tak. Wszystko dupa, a nawet wszystko …j….

    • Ania W. 13/06/2015 at 22:31

      Pięknościowe, fakt!

  31. Ynk 13/06/2015 at 22:04

    SERdecznie gratuluję i pozdrawiam, jak najwięcej koneSERÓW SERA ustawionych grzecznie, SERyjnie w kolejce życzę, na deSER nucąc ‘que SERA, SERA’.
    SERio :-)

    • Ynk 13/06/2015 at 22:09

      P.S. I nie są to żadne duSERY

      • kanionek 13/06/2015 at 23:45

        Matko ze srem, teraz nawet w serdelkach będę widziała tylko ser :D

        ” – Sir, sir!
        – To nie ser, to kiełbasa!”
        (“Zmiennicy”, odcinek 6: “Prasa szczególnej troski”, 1986)

  32. pluskat 13/06/2015 at 23:47

    ani SERwetki w neseSERach, ale zyczenia dla SERowara

    • kanionek 13/06/2015 at 23:54

      Ale Ci się brzydko wcięłam, no. A w piosence do Zmienników były też SERpentyny. Ser jest wszędzie! PrzeSERany los…

      • aga 14/06/2015 at 21:46

        a ja SERio dość długo byłam pewna, że to jest psia dupa :-)

        • kanionek 15/06/2015 at 13:58

          Moje pierwsze skojarzenie też takie było :)

    • kanionek 15/06/2015 at 14:07

      Nie dane mi będzie obejrzeć, gdyż bogowie Internetu nadal niełaskawi, i nawet nie wiem na jakiej szerokości geograficznej te koziołki w piżamkach biegają, ale jeśli chodzi o tu i teraz, to moje by mnie chyba zamordowały, gdybym chciała je w coś ubrać. Widzę, że temperatura powyżej 15 stopni im nie służy, częściej polegują w cieniu obory, a gdy słońce świeci bez litości, to dyszą jak psy. W słoneczne dni najlepiej radzą sobie Ziokołek ze swoją kopią, bo są białe (jeśli nie liczyć boków wysmarowanych żywicą i oklejonych piaskiem), a taka np. Krówko nagrzewa się jak asfalt i dym jej z uszu idzie. Nie wiem, co im tak długo schodzi ze zrzucaniem zimowej sierści – może te zimne noce powodują, że kozi termostat szaleje i nie wie, na co się zdecydować ;)

      • ciociasamozło 16/06/2015 at 09:34

        No to na noc piżamki a na zimne poranki i wieczory sweterki ;)
        Myślę, że znajdziesz tu gromadkę świrniętych dziergaczy i krawców gotowych wyprodukować kozią garderobę ;)
        Pecik, jak już wiadomo, to wielbiciel zwiewnych tiulów. Bożenka, kobieta stateczna, z zasadami, zapewnie zaakceptowałaby klasyczny tweedowy żakiet. Dla nerwowej Irenki proponuję luźny, niezobowiązujący sweter z którego można w stresujacych momentach wyskubywać nitki. No a Tradycja widzi mi się w uroczej, romantycznej sukience w kwiaty i obowiązkowym powiewnym szalu (opcjonalnie slomiany kapelusz). Nad garderoba dzieciarni jeszcze myślę, ale skłaniam się ku sportowym bluzom z kapturami (oczywiście z dziurami na rogi dla co poniektórych).

        • kanionek 16/06/2015 at 16:08

          W kwestii mody masz, zdaje się, wyczucie, któego mi brakuje. Twoja wizja jest doskonała – widzę Bożenę w żakiecie, a sweter z obszarpanymi supełkami na Irenie. Tradycja w sukni i słomianym kapeluszu – trzy razy TAK :) I łobuzy w dresikach, jak najbardziej. Dla Kocyka największy kaptur, najlepiej taki, jaki nosi Kenny z Southparku. I jeszcze dla Ciebie wiadomość szyfrowana: żyrafy już weszły do szafy, i jutro powinny dotrzeć do Narni :)

          No dobra. Komu wysłać wymiary, a przede wszystkim – JAK zdjąć miarę z kozy? :D

  33. Ania W. 15/06/2015 at 21:40

    Jak dla mnie imię Krówko wymiata!!!

    • kanionek 15/06/2015 at 22:31

      Mi też się podoba :) I oczywiście samo się do niej przyczepiło. A tak na marginesie i od futrzanej czapki – Krówko musi mieć gdzieś pradziadka z loczkami, bo jej sierść nie jest całkiem prosta, jak u mamy czy siostry, tylko lekko faluje. I w ogóle cała jest słodka i zdecydowanie bardziej rezolutna od siostry. Roman, choć większa, jest nieśmiała i spokojna, a Krówko do spółki z Kocykiem to banda złodziei i rozwiązywaczy sznurówek ;)

      • Ynk 16/06/2015 at 10:32

        Kocyk? Ta słabizno z filmiku hultajem? A to się porobiło… ;

        • kanionek 16/06/2015 at 16:10

          No właśnie! A Lucjan już prawie przerósł starego! A Wy nic nie wiecie, bo Kanionek siedzi w garnku z serem. I dziadowski Internet nie puszcza mi filmu na serwer :-/ Essu, znowu będę musiała nadrobić zaległości w jednym wpisie. To może kiedy indziej… ;)

  34. Ajka 15/06/2015 at 21:55

    nie mam siły śledzić komentarzy, może link się już pojawił, ale jeśli nie i brakuje Wam nowej notki kanionka, to polecam kózki w sweterkach :)
    http://distractify.com/Mustafa-Gatollari/baby-goats-in-sweaters/

    • kanionek 15/06/2015 at 22:44

      Matko z kolorową szmatką – najpierw w piżamkach, teraz w sweterkach… Te w sweterkach to mi na miniaturki wyglądają (w sensie, że noworodki kóz miniaturowych) i nie wiem, czy w taki sweterek stopa by mi się zmieściła :D

      Brak nowej notki Kanionka chodzi za mną jak wyrzut sumienia i chłoszcze mnie po plecach. Mea culpa, mea culpa, mea culpa maxima. A dziś ten chodzący wyrzut tak mi w plecy przygrzmocił, że mnie aż sparaliżowało. Serio, muszę sobie w końcu fotkę odcinka piersiowego kręgosłupa strzelić, żeby wiedzieć jak długo jeszcze będzie mi dane ruszać ramionami, albo np. oddychać. Zrobiłam dziś tylko to, co absolutnie musiałam, i dogorywam. I gotuję się z bezsilnej wściekłości. I jeszcze obiecuję śmierć w męczarniach, szpotawość stopy i ropiejące rany na dupie mojemu dostawcy Internetu.

        • ciociasamozło 16/06/2015 at 15:32

          Californikoziejszyn ;)

          • kanionek 16/06/2015 at 16:18

            Ciocia – :D
            Jeśli stada są zróżnicowane płciowo, to tak, zdecydowanie Californikoziejszyn. Z tą różnicą, że kozy trawkę jedzą, nie palą.

        • kanionek 16/06/2015 at 16:14

          “Here we goat again” :)
          Ciekawe, czy zatrudniają imigrantów? Bo kto jak kto, ale Bożena może zjeść dwa razy więcej trawy, niż te amerykańskie cieniasy. Ba, ona może zjeść dwa razy tyle, ile sama waży! I dulary by się przydały, i dzieciaki by trochę świata zwiedziły…

  35. kanionek 17/06/2015 at 18:27

    Wiadomość dla Agi – już wysłałam maila.

    Wiadomość dla wszystkich – że mnie jeszcze nie trafił jasny szlag, to nie wiem, komu dziękować. Wczoraj mnie sparaliżowało, dzisiaj wysiadł mi żołądek, ale już jest lepiej. Za to jeśli chodzi o Internet, to też lepiej, tyle że w znaczeniu LEPIEJ NIE MÓWIĆ. Mam plan, żeby dzisiaj późnym wieczorem lub w nocy coś napisać, ale jeśli zdjęcia się nie załadują, to nie zamieszczę, bo mi się cała końcepcja zdezintegruje. Nawet na swoje konto w banku nie mogę się zalogować, ale to może i lepiej ;)

    Z dobrych wieści – wysłałam trochę serów w świat i mam pierwszą informację zwrotną, że doszły w ciągu 24 godzin i prawie się rozeszły (w sensie, że zjedzone, nie że się rozpadły w trakcie podróży). Druga dobra wiadomość – pani, która brała ser już po raz drugi w niedzielę, dziś zadzwoniła i zamówiła kolejny kilogram na najbliższą sobotę. Czary jakieś, czy co? Aż się wzięłam, padłam na kolana, i naścinałam rumianku bezpromieniowego do ususzenia dla kóz, żeby miały przysmak na zimę :)

    Trzymajcie kciuki, a nawet palce u stóp, za nierwące się łącze, jeśli mogę prosić. Modlitwy i tańce wokół ogniska (od biedy może być dokoła kuchenki gazowej) też mile widziane ;)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa