Jako mąż i nie mąż, czyli o dwóch córkach nosorożca i worku pokutnym w paski

“Ale dlaczego JA nie mogę być Administratorem? Ja stąd WSZYSTKO widzę i jestem NAJSZYBKI!”

dlaczego nie ja

“Laserku, mówi się >najszybszy<”

“Pszypszy-rypszy! FOCH!”

foch

A Kanionek jeden, miał koziołków osiem… Ale może od początku.

Należy więc kategorycznie rozwiać romantyczne złudzenia i zdecydowanie sprostować mity, baśnie, klechdy, podania i wierzenia, tudzież plotki, pogłoski i pomówienia na temat Andrzeja. Długo utrzymywałam Andrzejowe sprawki w tajemnicy, podtrzymując piękną legendę o jego wierności Tradycji, ale dłużej się już nie da. W środę bowiem, ósmego kwietnia Roku Kozy, wyszły na jaw dwa takie dowody, których Andrzej się nie wyprze, a ja pod dywan nie zamiotę, gdyż – jak wiadomo – jestem szczera jak pole i uczciwa jak większość ludzkich zamiarów. No to Wam mówię, jak na spowiedzi w Mielcu*.

Irena już od jakiegoś czasu świeciła gołym cyckiem i chodziła lekko spuchnięta, bynajmniej nie od kartofli. Może daleko jej było do Baryły Bożeny, nosicielki sanek i toru bobslejowego z kompletem zawodników, ale człowiek na oko nie całkiem bleszczaty by zauważył, że przynajmniej parę łyżew w rozmiarze 35 w sobie nosi. No i dnia onego, kwietnia ósmego, o godzinie około trzynastej, wyszłam ja sobie na pomost nad stawem pozażywać słońca i zimnego wiatru, i w zadumie popatrzeć na kozy. I jak tylko na pomoście usiadłam, to od razu musiałam wstać, bo wiedziałam, że to ZARAZ i JUŻ. Skąd wiedziałam? No cóż. Wiał wiatr od zachodu, temperatura powietrza na wysokości dwóch metrów wynosiła 5 stopni, a nad stawem przeleciały dwa kruki. Oprócz tak oczywistych oznak zbliżającego się porodu warto wspomnieć jeszcze o tym, że cycki Ireny przybrały nagle kształt i rozmiary dwóch podwodnych torped, a więzadła wzięły urlop na żądanie. Sama zaś Irena patrzyła w dal takim wzrokiem, jakim patrzy klient, który po dwóch godzinach napychania koszyka w markecie zorientował się, że zapomniał portfela. I teraz trzeba to wszystko z wózka wypakować, niech to jasny szlag.

Podstępem zwabiłam Irenę do porodówki i się tam z nią zamknęłam, co się Irenie wcale nie spodobało i dała temu wyraz, podejrzliwie obwąchując ściółkę, miskę, ściany, drzwiczki, oraz mnie, jakby to wszystko pierwszy raz na oczy widziała, i w ogóle co my tu robimy. No to wtedy ja też trochę zwątpiłam, że może znów panikuję, a to jeszcze kupę czasu i wiadro trawy można zjeść, a pogoda taka wiosenna, i Irenę wypuściłam. Ale że wszyscy pamiętamy, jak to było z Ziokołkiem, to uparłam się, że tym razem nie przegapię, choćbym miała z Ireną trawę żreć cały dzień. Chodziłam za stadem jakieś półtorej godziny, łapiąc zeschłe rzepy w nogawki i lodowaty wiatr w nerki, a Irena robiła się od tego coraz bardziej nerwowa i starała się zwiększyć dystans, leząc uparcie w las. Postanowiłam ją więc przechytrzyć metodą “na paparazzi” i przyczaiłam się za krzakiem.

Gdzieś za dwadzieścia trzecia, pomiędzy jednym ździebełkiem trawy, a drugim listkiem pokrzywy, Irena wzięła jedną końcówką głęboki wdech, a drugą wypluła chlust żółtego płynu. Natenczas właśnie wylazłam zza krzaka, bo co to, to nie. Ja tu sterczeć nie będę patrząc, jak moja koza rodzi w lesie, bez rękawiczek, sterylnych nożyczek (do pępowiny) i wiadra na odpady biologiczne (łożysko), a poza tym wiatr łeb urywa i to nie są dla mnie, znaczy się dla kozy oczywiście, odpowiednie warunki.

Dzielący nas dystans piętnastu metrów pokonałam klucząc zgarbiona między drzewami, jak lisek chytrusek skradający się do gąski. Całkiem niepotrzebnie, bo Irena oszołomiona faktem żółtego wychlustu nawet mojej skromnej obecności nie zauważyła, i nie jestem pewna, czy w ogóle pamięta naszą drogę do koziarni (No chodź, Irenko. Pomału sobie dojdziemy. Nie aż TAK pomału. Irenka, ja cię proszę. Zobacz, żaba tu siedzi, znaczy więc, że zajęte. Gdzie te dzieci chcesz zrzucić – tu? W te patyki?! Irenka…)

Niecałe pół godziny później, po porodówce pełzały niezgrabnie dwie mokre, Irenkowe córeczki:

jeszcze mokre

jeszcze mokre 2

I tu muszę dodać, bo mi nie wybaczy. Kto. No KTO doskonale i od razu wiedział, że COŚ SIĘ DZIEJE, i sterczał pod frontowymi drzwiami koziarni od momentu, gdy zaczął się poród? I tkwił tam wytrwale do zmierzchu, choć już mu portki z zimna latały?

co tam się dzieje 2

co tam się dzieje

W międzyczasie przyczłapała reszta koziej ferajny, bo nagłe zniknięcie mnie i Ireny zawsze przecież mogło oznaczać coś ciekawego, np. wiadro z owsem, lub suszone śliwki. Bożena wsadziwszy łeb pomiędzy żerdzie przepierzenia rozejrzała się bacznie i – nie przerywając przeżuwania – skwitowała sprawę krótko i treściwie (“taa… następne gęby do wykarmienia”); Andrzej zajrzał, odwrócił się, i postanowił NADAL do niczego nie przyznawać, za to Tradycja odstawiła teatr dramatyczny. Gdy tylko ujrzała te dwa nieporadne, kwilące i wilgotne kłębki koziej sierści, dostała oczu jak pięć złotych, kalendarz jej się cofnął o miesiąc i zaczęła do małych ciepło i miękko beczeć, jak do swoich własnych. Tego z kolei Irena już nie zdzierżyła. Postawiła sierść na grzbiecie, przebiła Ziokołka wzrokiem na wylot jak zatrutą włócznią, po czym parsknęła groźnie. I tak jej zostało. Parska niczym wkurwiony nosorożec na wszystko, co wyda jej się zagrożeniem dla jej bezcennych pędraków – psy, koty, wszystkie te OBCE kozy, mój aparat fotograficzny… Próbowała też wzrokiem nosorożca zabić komara, który zapałętał się w przestrzeń powietrzną porodówki, ale wiadomo – gdyby sztuczki z morderczym spojrzeniem działały, nie mielibyśmy intratnego biznesu opartego na repelentach.

Nie wiem, czy chcecie czytać o sprzątaniu po porodzie, o oczekiwaniu na całkowite wyjście łożyska, upewnianiu się, czy małe trafią do cycka i czy będą miały odruch ssania. O wiadrze z ciepłą wodą do obmycia wymion i tylnych nóg z krwi. I o tym, że gdy już pięknie kozę umyliście i osuszyliście (a ona wcale tego nie chciała), to zaraz była nowa porcja śluzu i krwi, z czego część wpadła komuś pod mankiet kurtki. Może napiszę tylko tyle, że z pola bitwy zeszłam tuż przed dwudziestą, wyczerpana emocjami, bo wciąż jeszcze przeżywam te porody bardziej, niż same kozy. I pozostaje mi tylko dziękować pomyślnym wiatrom, że znów obyło się bez komplikacji, a że małe koziołki upierają się pić mleko tylko z jednego cycka, to dla mnie obecnie nie problem i 700 ml siary mam już zamrożone. No to wróćmy do słodkości.

Dzień po porodzie, pamiętna doświadczeń z Tradycją, chciałam wypuścić Matkę Irenę na pastwisko, żeby choć przez dwie godziny poskubała sobie świeżego. Irena ostrożnie wystawiła głowę za obręb drzwiczek od porodówki, wciągnęła nosem wszystkie informacje, jakie zawierało powietrze, i okazało się, że były to informacje STRASZNE. Przerażające i niepomyślne. Zdecydowanie nie wróżyły niczego dobrego i należało się natychmiast zjeżyć, parsknąć na wszelki wypadek (bo oprócz wszelkiego wypadku byłam tam tylko ja, a na mnie już naparskała) i wycofać w głąb porodówki, odcinając młodym drogę wyjścia na spotkanie pewnej zagłady. No wiecie co? Musiałam wziąć wiadro i dorabiać za sztuczną kozę. Narwałam Matce Roku dziesięć litrów zielska, dorzuciłam gałąź świerku, i zaserwowałam w koziarni. Dary zostały łaskawie przyjęte, a gdy ostatni listek zielonego opuścił wiadro, znów uchyliłam drzwiczki.

Tym razem maluchy były szybsze od nadgorliwej mamusi, wygramoliły się radośnie na salony, a wkrótce i na zewnątrz (ale że na mojej piersi też nie dyndają ordery odwagi, to otworzyłam tylko te drzwi na mały wybieg), a za nimi dreptała niepocieszona Irena, parskając, węsząc, i pobekując żałośnie. Gdybyście byli ciekawi, jak wygląda niespokojne oblicze Matki Roku, to tu jest fotka:

czujna mamuśka

Owszem, było mi jej trochę żal, ale ONE były tak ciekawe świata:

Irenkowe

Irenkowe2

Irenkowe3

Irenkowe4

Irenkowe5

Irenkowe6

Irenkowe7

Irenkowe8

Irenkowe9

No i tak to. Andrzej, Andrzejek malusi, skurwikłaczek niedorobek, który sypiał pod kozią ławką i ciężko mu się było do mnie dopchać po suchy chlebek, wyszedł znienacka jak to szydło z worka i nadziergał dzieci jak Turek swetrów w paski. Dobrze, że chociaż ładne.

Tymczasem u Gonzalesa bez większych zmian:

Admirał Gamoń

Kotek też żyje własnym życiem:

Kotek zamyślony

A Antoni znów machnął ogonem. Co prawda przez sen, ale wszystko się liczy. I to już koniec spowiedzi na dziś, przepraszam, że znów nie o wszystkim, co było obiecane, a w ramach pokuty nie zjem dziś obiadu. I wczoraj też nie jadłam, ani przedwczoraj. No i spałam dziś tylko trzy godziny. Może być?

* a spowiedź w Mielcu wygląda tak: http://www.sadistic.pl/falszywy-ksiadz-vt353457.htm

63 thoughts on “Jako mąż i nie mąż, czyli o dwóch córkach nosorożca i worku pokutnym w paski

  1. Modra 10/04/2015 at 20:31

    Kanionku! Boj sie boga, wiedziałaś i nic nie pisnęłaś o swoich podejrzeniach co do kolejnej ciąży? Ja boje się myśleć kto jeszcze zaskoczy tej wiosny rozwiązaniem :-) To udziela się jak jakaś dżuma. W każdym biurze, jak jedna dziewczyna zaciąży, zaraz okazuje się, że będą sypać się kolejne. Co dalej, co dalej?

    A może jak w Dynastii w kolejnym wpisie Kanionek doniesie nam, że Lucek poznał piękną sąsiadkę i z koleżanką ciotki szwagra Bożenki spotyka się Laser. No ja oszaleję :-)

    • kanionek 10/04/2015 at 20:50

      A tak dla odmiany, po szajbie z ciążą Tradycji, tym razem nic nie pisnęłam ;)
      A Lucek będzie chyba musiał poznać piękną panią weterynarz i oddać jej wszystkie klejnoty, bo jakoś nie widzę dwóch rosłych samców z rogami w jednym stadzie, a Lucek zapowiada się na walecznego rycerza. Dla Andrzeja i tak trzeba zrobić osobne lokum i rozwiązać kwestię wypasu, więc przed nami trochę roboty. Jak zwykle, tylko że jeszcze więcej ;)

  2. Modra 10/04/2015 at 20:37

    I oczywiście kozuchny piękne, to mokre jeszcze uszko koziołeczka słodkie. Gonzales rozwali kazdy system, a zdjecie Kotka z taką smugą światla i szarościami traw kradnę na pulpit.

    Laser na masce wyglada jak posąg lub piesek kiwajacy główką spod tylniej szyby każdego mercelota. Mógłby pewnie równie dobrze nazywać się Tajfun :-)

    • kanionek 10/04/2015 at 20:57

      Proszę uprzejmie :) Kotek został uchwycony w kadr przez tylne wyjście z koziarni, w tle zachodziło sobie słońce, a w jego zimnych promieniach iskrzyły się czupryny jakiegoś gatunku trzciny, czy coś. Wysokie te wiechcie na dobrze ponad dwa metry. Wczorajsza fotka, świeżutka jak córki Ireny.

      • Modra 10/04/2015 at 21:13

        cyt: ” tle zachodziło sobie słońce, a w jego zimnych promieniach iskrzyły się czupryny jakiegoś gatunku trzciny”
        No poezja, poezja lub pierwsze zdanie nowelki o Kotku, Kanionku i ich przypadkach.

        • kanionek 10/04/2015 at 22:24

          No tak. Czyli tytuł i pierwsze zdanie już mam. W tym tempie, coś czuję, kariery literackiej nie zrobię przed emeryturą ;)

          • Kania 12/04/2015 at 17:40

            Biedronka daje 100tys. za książkę dla dzieci.Jestem pewna, że miałabyś szansę. Kozy kozami, ale gdybyś nie mała talentu nie byłoby tylu czytelników na blogu:)

          • kanionek 12/04/2015 at 20:24

            Kania – dziękuję :)

  3. aga 10/04/2015 at 21:04

    https://m.youtube.com/watch?v=NfnVw0QuHDE
    tekstowo trochę bez związku, ale to rozemocjonowane „Andrzeju! Rety, rety, jeju!” Jakoś mi pasuje :-)
    Przyślę latem moje dzieci, będą Ci w ramach agroturystyki te wszystkie kozy na spacer wyprowadzać.

    • Ola 10/04/2015 at 21:11

      ha ha! Andrzeeeeejuuu!!!

    • kanionek 10/04/2015 at 21:58

      Tego pliku mój net jeszcze dziś nie uciągnie, ale przesłanie podałaś, i tak to właśnie wygląda – rety, rety, jeju… Teraz rozumiecie, że ja tu mam isztny czyrk, roszady, przemeblowania, kolejki przy karmieniu, te wydoić, tamtej pilnować, wpuścic, wypuścić, i tak dalej. Ogród na razie leży i czeka cierpliwie…

      Przysyłaj dzieci swoje i sąsiadów – każde dostanie po jednej kozie na spacer, bo kóz wystarczy dla małej wioski ;)

  4. Iwona 10/04/2015 at 21:05

    Aleś tajniaczyła :-D. Słodkie są te dziewuszki Ireny.

    • kanionek 10/04/2015 at 21:59

      Łiii tam. Ty pewnie i tak wiedziałaś :) I Ciocia :) I może jeszcze ktoś?

      • nikt wazny 11/04/2015 at 02:15

        Nieskromnie to pewnie zabrzmi, ale ja czekalam na TAKIE wiesci o Irence. A po tamtym Twoim „ekhem” wiedzialam, ze to juz:)

        ps. „mając na względzie osoby pragnące zawsze i wszędzie pozostać anonimowe, nienamierzalne, i ulotne niczym gazy płonącego ogona komety.”
        ekhem…

        • kanionek 11/04/2015 at 12:39

          ;-)

          • zeroerhaplus 12/04/2015 at 13:54

            Kanionek, jak to zrobiłaś, że możesz wpisać tylko trzy znaki i zamieszcza Ci komentarz mimo to? Chody jakieś masz chyba na serwerze ;)

          • kanionek 12/04/2015 at 21:19

            NO WŁAŚNIE! Może zdobyłam jakieś punkty, mile, czy inne gwiazdki, i oto mogę :) Wpisałam odruchowo, zaraz przypomniałam sobie, że przecież za mało znaków, a tu przeszło. Znaczy się, jestem KIMŚ. Nareszcie.

  5. Ola 10/04/2015 at 21:21

    Kanionku!
    Wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego! Gdzieś tam coś wspominałaś o Irence, ale uciekło… No i tak tajemniczo zagadywałaś ostatnio, myślałam, że faktycznie Gonzales kogoś sprzątnął :O
    A tu masz, njus dnia!!! Nie wiem jak z imionami, ale może ROMAN do jednej będzie pasować? :P
    Zmóżdżam, czego Ci życzyć Kanionek, przy tej okazji, ale wszystko, co mi przychodzi do głowy do Ciebie nie pasuje, więc dam Ci weksel in blanco :)
    A! I pozdrowienia dla Lasera-Światowida.

    • kanionek 10/04/2015 at 22:03

      Żebyś wiedziała – ten Roman za mną chodzi :)
      Dziekuję za pozdro dla ziomala Lasera, a czego ja bym sobie życzyła? Dwóch rzeczy – żebym nie zwariowała, i żebym nie zbankrutowała. No i może jeszcze, żeby małżonek to wszystko wytrzymał. I żebyśmy wszyscy zdrowi byli. Patrz, jednak mam kilka zachcianek ;)

      • Ola 10/04/2015 at 22:31

        I żebyśmy wszyscy zdrowi byli. Ament. :)

      • ciociasamozło 10/04/2015 at 23:08

        Może Ramona?

        I szczęścia sobie Kanionku życz! Bo jak mówił Prof. Vetulani „na „Kursku” wszyscy byli zdrowi…” ;)

        • kanionek 10/04/2015 at 23:32

          Łii, szczęście to ja już mam, jak każdy głupi :D

  6. Ania W. 10/04/2015 at 21:23

    No gratulacje!!!!!!!!!!!!!!!!! Super!!! I się powtórzę: piękna ta Twoja zwierzyna cała!

    • kanionek 10/04/2015 at 22:05

      Dzięki, Ania :) Tak się właśnie zastanawiałam, czy oni wszyscy naprawdę tacy udani, czy to tylko mi się wydaje, bo wiadomo – każda pliszka i tak dalej ;)

      • Ania W. 12/04/2015 at 00:03

        Wszyscy, co do sztuki!

  7. ciociasamozło 10/04/2015 at 21:43

    Wiedziałam!!! Ha! Wiedziałam, że to rozbęcie się Irenki to nie może być ino metan w żwaczu! Ani nawet kalosze Cebulackich.
    Irenko, słoneczko, mamusiu dzielna, niech Ci macierzyństwo lekkim będzie. Nie stresuj się tak, bo Ci się mleko zatrzyma, a tu dzieci trzeba nakarmić i Kanionek sery planuje…
    Takie koziołki udane, że szkoda andrzejowych klejnotów, ale jak mu ma być wszystko jedno czy z mamusią, czy z córusią i jeszcze testosteron ze łba mu paruje, że aż musi uskuteczniać demolkę wyposażenia, to lepiej ciachać.
    Jeszcze tylko czekamy na sanki od Bożenki :)). Chociaż zima się kończy to może jakiś ponton będzie lepszy?

    • kanionek 10/04/2015 at 22:13

      Ja wiedziałam, że Ty wiedziałaś :)
      A Irenka mnie zaskoczyła, naprawdę, z tą powagą macierzyńską. Dzisiaj zrobiłam krótkie spotkanie zapoznawcze z nowymi członkiniami stada, i Irena opierniczyła absolutnie wszystkich. Nikt nie mógł nawet powąchać jej dzieci. Ziokołek został ugryziony w ucho, na Bożenę Irena naryczała jak lwica, a z Andrzejem zaczęła się siłować na łby i musiałam im przerwać, bo Irena nie miała szans. Moje dzieci, wara i won!
      A przy tym wszystkim pozwala sobie wydoić mleko z tego niechcianego przez dzieci cycka, jakbyśmy były najlepszymi przyjaciółkami.

      A nie, Andrzej pozostanie samcem alfa, to Lucek będzie śpiewał castratto ;) A od Bożenki to ja poproszę łódź z wiosłami – wypłynę sobie na środek stawu i tam zostanę, i nikt mnie nie dosięgnie :)

      • Iwona 10/04/2015 at 22:58

        Od Bożenki to raczej batyskaf, sądząc po gabarytach właścicielki ;-)

        • kanionek 10/04/2015 at 23:33

          Iwona – batyskaf to nawet lepiej! Nie będą wiedzieli, gdzie się podziałam :)

      • ciociasamozło 10/04/2015 at 22:58

        No właśnie ten ponton to miał być w tym celu :)

        Biedna Irenka-lwica (choć z drugiej strony – szacun dla jej determinacji), mam nadzieję, że z czasem ten nerw jej się trochę wyluzuje.

        Nie wiem co mi się ubzdurało, że to Pecik ma iść pod nóż. Chyba już substancja szara normę dzienną wyrobiła i odmawia nadgodzin ;)

        • kanionek 10/04/2015 at 23:38

          Ja też mam taką nadzieję, choć Irena od początku była kozą odpowiedzialną i zawsze czujną. Na spacerach w lesie, czy na łące, zawsze węszyła co jakiś czas w powietrzu i nasłuchiwała. I jak tylko coś jej się nie spodobało, pierwsza wiała do domu :)

          Moja substancja szara wycieka mi uszami – spałam trzy godziny, a od czasu zakończenia związku z korpo trochę odwykłam od takich treningów wytrzymałościowych ;)

  8. Ynk 10/04/2015 at 22:55

    No coś podobnego! Irena uległa Andrzejowi! Znaczy te poszturchiwania to taka gra wstępna była ? ;-)
    Córeczki rozkoszne, ta jaśniejsza na Zuzię mi wygląda.
    I Kotek sypiący ogniami św. Elma z ogona – miodzio :-)

    • kanionek 10/04/2015 at 23:41

      Serio – do tej pory nie wiem JAK, ni kiedy on to wszystko zmajstrował. To znaczy na kalendarzu umiem sobie policzyć, że Królewnę zaliczył w połowie października (niewyobrażalne, ważył wtedy jedną trzecią Ziokołka), a Irenę najwyraźniej miesiąc później, ale JAK? Mam na myśli to, że gdy tylko czegoś próbował, dostawał bęcki, przynajmniej w mojej obecności. Może skradał się do nich pod osłoną nocy, gdy leżały na słomie, bo wtedy były mniej więcej jego wzrostu :D

      • inwentaryzacja krotochwil 11/04/2015 at 00:25

        Dwie pary bliźniaków przeczą rozczulająco temu strasznemu piaru, co mu go zrobiłaś ;)
        ps. Natomiast kamera z noktowizorem rozczulająco rozwiałaby wątpliwości techniczne andrzejowego ars amandi.

        • kanionek 11/04/2015 at 18:23

          Czyli jednak monitoring. Widzisz, Monia, WIDZISZ?

          • pandeMonia 12/04/2015 at 22:06

            Widzę, widzę! Jak wygram w totka, zainwestuję w Twoją koziarnię!
            Ja tak wchodzę kilka razy, ale zawsze mnie zapowietrzy, ja mam słabe serce.

  9. inwentaryzacja krotochwil 11/04/2015 at 00:19

    Rzeczywiście, co za emocje. Chyba też wyczułam zachodnie wiatry zwiastujące nowe okozienie, bo nagle zaczęłam częściej wpadać (ha).
    Gratulacje.

  10. Fredzia 11/04/2015 at 00:28

    Toś się przyczaiła z njusem Kanionku :D
    Gratulacje!
    Jak tak dalej pójdzie, każda z nas dostanie koziołka na gwiazdkę, bo Ci czasoprzestrzeni zabraknie ;)

    • kanionek 11/04/2015 at 12:46

      A po co czekać do Gwiazdki?? Kto chce koziołka na pierwszego maja? :D

  11. spokostanka 11/04/2015 at 16:26

    Jak Ty to robisz, że Twoje koziołki są kózkami, ha?! U nas zamiast 12 jest 11, bo jedno umarło. Cztery dziewczynki kontra siedmiu chłopa!
    Właśnie mi jedna matka przydzwoniła łbem swoim w mój, bo się ośmieliłam nachylić nad dziecięciem. Jedna tylko taka wredota paskudna, na szczęście. I teraz mam bardzo nierówną głowę i w niej pewnie też.
    Koźlęta masz prześliczne i zapewniam Cię, że udane (nie tylko dlatego, że każda pliszka …)

    Uwielbiam czytać Twoje wpisy

    • kanionek 11/04/2015 at 18:22

      Toż mówiłam przecież – głupi ma szczęście. To po pierwsze. Po drugie – nawet w kasynie się wygrywa za pierwszym razem ;)
      Jedenaście maluchów! Gratulacje, czy wyrazy współczucia są na miejscu…? Nawet nie dlatego, że tylu chłopaków, ale ile roboty!
      Hm. Może faktycznie Andrzej robi po prostu ładne dzieci? Mogę Ci go wypożyczyć, jeśli kiedyś zajdzie taka potrzeba, tylko będziesz musiała zgłosić odpowiednim władzom przejazd pojazdów ponadgabarytowych – rogi Andrzeja zajmą co najmniej dwa pasy ruchu :)
      Ja Twojego bloga czytam nadal w odcinkach z przerwami, ale już kilka Twoich wpisów zagrało na moich strunach i wypada mi tylko przeprosić, że jeszcze nie zostawiłam u Ciebie komentarza. I zdjęcia masz po prostu świetne.

  12. sieka 11/04/2015 at 20:06

    Gratulacje dla Ciebie Kanionku i Irenki. Czy jako,że jestem wierną fanką Twojej żywioły, czyni mnie poniekąd ciocią? Tylko jak to etatową pesymistkę, dręczy mnie jedna myśl…Wykastrowany Lucek jaką będzie miał rolę życiową? No serio pytam, bo nie wiem (mieszczuch)co się robi z nadprogramowymi koziołkami. Znaczy wiem, ale nie lubię myśleć o zwierzęciu, które konkretnie znam jako o daniu. Głupi ze mnie tchórz…No to co teraz z nim będzie? Pytam, nie w celu sądzenia jakichkolwiek Twoich decyzji, tylko od strony „technicznej”.

    • kanionek 11/04/2015 at 22:56

      Ależ oczywiście, że jesteś ciocią :)
      Lucek i jego życiowa rola. Gdybym miała zjeść Lucka, albo sprzedać na pożarcie, nie kastrowałabym go. A już na pewno Ania W. nie zostałaby jego chrzestną, no bo jak to tak – dać komuś tytuł chrzestnej KOTLETA? Wygląda raczej na to, że życiową rolą Lucka będzie bezstresowe fikanie po łąkach i zbijanie bąków. Innymi słowy – zostanie pełnoetatowym darmozjadem ;)
      Miał szansę, jako przystojny i miły młodzieniec, trafić do pewnego minizoo, ale niestety. Lucek będzie miał rogi po dumnym starym, a do minizoo przychodzą dzieci i ich matki zapewne wolałyby, żeby dzieci wróciły do domu z kompletem oczu i zębów ;)

      I wiesz, ja też jestem tchórz, i mieszczuch z urodzenia. I mam te same dylematy. Słyszałaś o kimś, kto trzyma cztery koguty do siedmiu kur? I nie wiem, co będzie z ewentualnymi koziołkami w przyszłości, bo utrzymać kozę a koguta, to dwie różne historie o znikających monetach. Chciałabym, żeby komuś okazały się potrzebne, i na pewno będę się starała je oddać w dobre ręce.

      • sieka 12/04/2015 at 00:07

        Czyli ma u Ciebie dożywocie ;). Będzie do tego nieświadomą gwiazdą tego zakątka internetu.

      • Ania W. 12/04/2015 at 00:07

        Dobrze Kanionku, że zareagowałaś, bo ja już w płuca powietrza nabierałam, żeby wydrzeć się w obronie mojego chrześniaka! Lucek będzie po prostu w stadzie i cóż, będzie wyglądał i ociekał cudownoscią!

        • -EW 12/04/2015 at 09:46

          Brawo, BRAWO Kanionek!

          • kanionek 12/04/2015 at 21:23

            Ale za co? A czy to ważne zresztą? Dziękuję :D

  13. zeroerhaplus 12/04/2015 at 14:01

    No, to się porobiło…
    Się człowiek odwróci na chwilę w drugą stronę, a tu bęc! nowe koziołki!
    Kanionku, opanuj chucie Andrzeja (nie śmiem nazywać go Pecikiem), bo Cię kozy z czubkiem zakryją :) (nie mylić z pokryciem).
    Kozięta są pewnie, że śliczne, nie wydaje Ci się :)

    • kanionek 12/04/2015 at 21:17

      Ale wiesz, teraz to już za późno :D
      Natomiast celem opanowania w przyszłości, to już Andrzejowi odosobniony kącik wygospodarowaliśmy, z możliwością się widzenia z innymi kozami, ale bez możliwości się tentego spoufalania. Tylko jeszcze kwestia osobnego miejsca wypasu nas przerasta, głównie finansowo. Nie chcemy go trzymać na kilku metrach kwadratowych trawy, jak niektórzy psa, a ogrodzić sensowny kawałek terenu sensownym materiałem (odpornym na moc rogów Andrzeja) to ten… Kombinujemy w tej sprawie.

  14. baba aga 12/04/2015 at 15:05

    Ja to w tej ciemniejszej widzę Kornelie a w tej jaśniejszej Helenę, piękną oczywiście, dla przyjaciół Nela i Lena :-) mój Łysy ma siostre Kornelcie ktora jest piękna i zgrabna i też jest kungfoką, jak on, i potrafi przywalić, a piękna Helena to moja wnusia, taka cicha woda, którą ostatnio próbowało okiełznać dwóch weterynarzy do krwi, swojej rzecz jasna, Helena wyszła z tego bez uszczerbku na urodzie.

    • kanionek 12/04/2015 at 21:10

      To ja tu kombinuję z jakimiś ultraoryginalnymi imionami (np. Improwizacja i Indolencja), a Wy co? Zuzia, Hela i Kornela.
      A tak serio – ja też znałam jedną Kornelię, trochę stuknięta była, choć podobno w życiu dorosłym na ludzi wyszła. Jednak z Heleną… nie mogę. Piękne imię, a Lena tym bardziej, ale z pewnych powodów – nie mogę :)

      • ciociasamozło 12/04/2015 at 21:51

        To chcesz lecieć w „I” po mamusi? Może Ironia i Irytacja? Inkwizycja i Instytucja? Albo bardziej po ludzku Irmina i Izolda?

        • ciociasamozło 12/04/2015 at 22:07

          Impertynencja! to jest dobre imię dla kozy ;)

          • pandeMonia 12/04/2015 at 22:12

            Irygacja i Ironia!

        • Ynk 13/04/2015 at 13:38

          Imponderabilia też niebrzydkie.
          Ale Inherencji, czy Influencji też niczego nie brakuje ;-)

          • Iwona 13/04/2015 at 14:16

            Indoktrynacja i Ingerencja!

  15. pluskat 12/04/2015 at 17:04

    Oj, Kanionku, jeszcze Cię głowa rozboli od przybytku, jak się okaże, że Bożena też nie jest taka nietykalska, na jaką wygląda. Dziewuszki śliczne. Ledwie wyszły z brzucha, ledwie obeschły, a już brykają i gotowe do życia. Załóż na blogu jakieś konto na wpłaty na zwierzyniec, który nam daje tyle radości. Pozwól sobie ulżyć odrobinę.

    • kanionek 12/04/2015 at 21:03

      Pluskat :) Z Bożeną to my już mamy ustalone, że ona mi urodzi batyskaf, albo przynajmniej dużą balię i wiosło (bo zima się skończyła i sanki to mi tylko będą miejsce w graciarni zajmować), a głowa i tak mnie boli, od dwudziestu lat z okładem, od byle czego nawet ;)
      Założę. Jeśli ktoś zechce dorzucić swój grosz do wiaderka z owsem, dopóki nie staniemy z powrotem na nogi, to niechaj mu wszyscy bogowie sprzyjają, a gwiazda pomyślności i w ogóle :)

  16. Eli 12/04/2015 at 17:12

    Myślę sobie zajrzę, zaległości w czytaniu Kanionka nadrobię, a tu taka PETARDA!!! wiosna radosna normalnie, piękne te koziczki (tfutfutfu! na psa urok, może jakieś czerwone wstążeczki?):-)Andrzej dajesz, dajesz chłopie! Ale żeby tak od razu Luckowi te jajka? może jakieś referendum zrobić czy co…tak nie uchodzi ;-)
    Tak sobie patrzę i myślę z goryczą, że człowiek to strasznie ułomne zwierzę jest, wyobrażacie sobie człeczego malucha jak tak dzień po porodzie na własnych nogach na spacer idzie? ech…

    • kanionek 12/04/2015 at 20:29

      Eli :)
      Proszę bardzo – najpierw referendum ws. jajek Lucka, a później, gdy już zdecydujecie, że jajka zostają, referendum ws. komu wcisnąć Lucka na balkon, albo do salonu, żeby mi się tu nie wdał w związki kazirodcze ;) Nie mogę go trzymać razem z ojcem, bo się pozabijają, a nie mam już dodatkowego, wolnego pomieszczenia :)

      • Eli 13/04/2015 at 01:14

        cholerka, poważna sytuacja z tym Luckiem…

  17. Barbarella 12/04/2015 at 18:49

    Maluchy cudowne. Aż palce swędzą, żeby je potarmosić.
    Ale dziewczyno, skąd ty umiesz tę całą kozią akuszerię???
    Ja bym chyba do studni wskoczyła w sytuacji z żółtym chlustem.
    Albo uciekła, jak Prissy z „Przeminęło z wiatrem” – ja nic nie wiem o rodzeniu koziołków, panienko Scalett!…

    • kanionek 12/04/2015 at 20:11

      No jak to „skąd umiem”? Z internetu przecież :) Jak się uprę, to i bombę mogę zrobić, a nawet ciasto.
      I gdybyś tyle miesięcy, co ja, pływała na sucho, to też byś nie utonęła. Jest taka babka w Ameryce, co kozy hoduje już ponad 20 lat, i jej strona internetowa zawiera WSZYSTKO o kozach, włącznie z instrukcją kastracji…
      Choć wcale nie chcę przez to powiedzieć, że mi powieka nie drgnęła, a ręce nie latały. No i w moim kuferku akuszerki, prócz standardowych utensyliów, nie mogło zabraknąć dwóch wielkich tabletek Solpadeiny. A kiedy w połowie pierwszej córki Irena wrzasnęła, jakby jej ogon w windzie przycięło, to mało sobie języka nie odgryzłam. Drugą córkę chciała na stojąco urodzić, więc ja już czatowałam z wyciągniętymi dłońmi, żeby ten worek z koziołkiem w porę złapać. I nawet delikatnie w ręce go ująć zdążyłam (jaki gorący!), a wtedy Irena wykonała błyskawiczny obrót o 180 stopni i chlusnęła małą za siebie. I wtedy znowu umarłam, choć zaraz musiałam wstać.
      Jak więc widzisz, wytrawna ze mnie położna, lęk się mnie nie ima, a noworodki przyjmuję jedną ręką, bo w drugiej trzymam wino i skręta. Ale TEORETYCZNIE, to wiem chyba wszystko.

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa