Żywym karpiem w pysk bohaterów, czyli o symbolach i problemie z dzióbkiem

Więc z tą nieśmiertelnością to jest tak, że skąd ja mam wiedzieć, czyby mi się znudziła, czy nie. Ja optowałam za tym, żebyśmy żyli dłużej, np. pięćset lat. Mogli się więcej nauczyć, zaczynać wszystko kilka razy od nowa (a ja kilkanaście), zwiedzić świat na piechotę, zanurkować w oceanie, dłużej płacić ZUS i podatki, i takie tam. Ale Wy zaraz, że po co, a za długo, a bo nudno, i w ogóle. No to jak tak, no to nie. Wszyscy niedługo umrzemy i po zabawie. Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni.

Świeżych Rosołów nie mam, tylko małżonki u wodopoju, i już Państwu służę:

kurczaki u wodopoju

To jest taka dziura w ziemi, na południowy zachód od drewutni wykopana przez małżonka, żeby odbierała nadmiar wody z okolic drewutni. Wykopana oczywiście w czasach, gdy w ogóle można tu było mówić o NADMIARZE wody. No i ponieważ jakiś czas temu trochę padało, a ziemia była jeszcze zmarznięta, to woda w dziurze stała i kurczaki raczyły się nią jak jakąś Cisowianką, kompletnie ignorując wodę w miseczce, którą codziennie wymieniam na świeżą. Może powinnam przestać wymieniać? I na dno miseczki dosypać trocin, piachu i zbutwiałych liści? A propos liści.

Od poniedziałku taka pogoda, że psa nie wypędzisz, więc zaplanowałam sobie prace na zewnątrz, bo powody do narzekania same się przecież nie znajdą. Nie bez znaczenia był również fakt, że padający deszcz i siąpiąca wcześniej mżawka wypełniły zbiornik za drewutnią po brzegi, no i nie mogłam patrzeć, jak się ta woda przelewa i bezpowrotnie marnuje. Okutana w co mniej przemakalne łachy wyniosłam więc sobie kilka pęków plastikowych butelek i rondelek z uchwytem, żeby zabezpieczyć te uzbierane 150 litrów deszczówki. Gdy tylko puste butelki dotknęły ziemi, natychmiast rozbiegły mi się we wszystkich kierunkach, bo – jak poinformował małżonek – w Łebie właśnie zanotowano poryw wiatru o prędkości 110 km/h, a i u nas wicher z rozmachem rozwieszał koty na drzewach.

Gdy już napełniłam trzydzieści butelek lodowatą wodą i całkiem przemokły mi rękawiczki, z nieba posypał się grad. Ruszyłam więc do warsztatu po ciężki i dość wysoki stołek, bo to był IDEALNY moment na to, by oczyścić rynnę drewutni z ubiegłorocznych patyków i liści, które zabarwiają wodę na żółto, a ja przecież w tej deszczówce gotuję ziemniaki. Przy okazji – bardzo chciałabym Wam napisać, że ziemniaki gotowane w deszczówce smakują zupełnie inaczej i w ogóle bez porównania, że są delikatne i bardziej ziemniaczane, albo że ich smak sprawia, że zaczynamy rozmyślać o korzeniach i dziedzictwie przodków, ale nie. Smakują zupełnie zwyczajnie i co ja na to poradzę.

A gdybym była bohaterką jakiejś, dajmy na to, romantycznej historii, nad – powiedzmy – rozlewiskiem, to po skończonej robocie pobiegłabym do domu lekkim krokiem (obuta w wesołe, kolorowe kalosze), rzuciła małżonkowi coś w stylu “ale ziąb!” i roześmiała się perlistym śmiechem, rozwieszając mokre, choć wciąż wesołe i kolorowe ubrania na sznurze przy starym, stylowym piecu, i poszła zagrzać wody na owocową herbatkę z imbirem w stylowym, kolorowym czajniczku, a siedząc przy dębowym stole miętosiłabym czule puszystego kota. Wesołego i kolorowego, oczywiście. Tymczasem jestem tylko starym, zrzędliwym Kanionkiem, więc do domu wracałam powłócząc sztywnymi z zimna nogami w czarnych gumiakach, patrząc jak wiatr ciska mokrymi Rosołami o ściany obory, na pysku może i kolorowa (zielono-fioletowa, gwoli ścisłości), lecz zgoła niewesoła, a gdy przekroczyłam próg to Atos zrobił kupę, a czarny kot nawet na mnie nie spojrzał. I nie wspomnę o tym, że z imbirem nic nie mogę, bo mi się wrzody aktywują, a gdybym miała stylowy czajniczek zdobiony regionalnymi motywami, to byłby to czajniczek ze szlaczkiem typu “złom metali kolorowych przeplatany kołpakami od Audi”, bo jaki region, takie motywy. Może to jej urok, może to niskie ciśnienie i marcowy spleen.

deszczówka

No ale, powiecie, zaraz ZARAZ. Jak można być wkurwioną, zrzędliwą staruszką, gdy się ma TAKIE koziołki!? Otóż więc można, całkiem bez wysiłku, tylko trzeba mieć skomplikowaną osobowość i nigdy w życiu nie wiedzieć, czego się tak naprawdę chce. A poza tym koziołki i zrzędliwość absolutnie się nie wykluczają. I kiedy widzę moje słodkie koziołki, automatycznie robię dzióbek, a one do mnie też zaraz dzióbek, i cała się wtedy rozpływam, jak zwłoki w roztworze sody kaustycznej. Najlepszy dzióbek robią rano, gdy już wydoję ich mamę, a one czekają na swoją porcję mleka. Zaglądam do nich przez drzwiczki od porodówki, one robią dzióbek poruszając maleńkimi usteczkami, ja wtedy znów myślę, że jestem świnia, ale oczywiście się rozpływam, tylko tym razem jak świński tłuszcz na patelni. Z dorosłego towarzystwa dzióbek umie robić tylko Tradycja i jest to dzióbek nad dzióbkami. Zjawisko występuje w trakcie rozdawania smakołyków w koziarni – podczas gdy kolorowa trójka kłębi mi się pod nogami, serwując sobie ciosy z bańki i kuksańce rogami, Tradycja wskakuje na kozią ławkę, wyciąga ku mnie łabędzią szyję i porusza ustami jak karp wyciągnięty z wanny. Rozkoszności. A propos karpia – wiem, że idą święta, ale dziś na lokalnym rynku zgłupiałam i zaczęłam się zastanawiać KTÓRE, bo baba z wanny sprzedawała żywe karpie. No weźcie. Przecież karp to nie ryba, tylko symbol. Nie można tak uczciwego człowieka, wiosną, przez łeb żywym karpiem, bo człowiek może wpaść w depresję, i na to powinny być jakieś paragrafy.

No ale przecież koziołki. Kachna i Lucek skończyli trzy tygodnie, Kachna waży 6,4 kg, a Lucek 7, i wyglądają tak:

zaczyna się

koziołki 9

koziołki 8

koziołki 5

koziołki 4

koziołki 3

koziołki 2

koziołki 1

koziołki 6

koziołki 7

jestę świnkię

Kachna the goat

dumna mama

Lucek ma już ze trzy centymetry rogów i testuje je na Irenie, ponieważ tylko ona nie ma mu czym oddać, a do matki się nie podskakuje. No chyba, że do cudzej. Tak, jak wspominałam, na weekend przyjechała moja nieoceniona Mama, przywiozła nam zapas słodyczy na ni mniej, ni więcej, tylko właśnie pięćset lat (i weźcie, ja to muszę teraz zjeść bardzo szybko, a to podwójnie niezdrowo) i różne inne rarytasy, a oprócz tego bardzo ładny, ostry nóż z różową klingą, który już przetestowałam i rozcięłam sobie opuszkę serdecznego palca lewej dłoni. No i Mama oczywiście uległa kompletnie czarowi koziołków i dała sobie poobgryzać palce i zrobić ślady kopytek na plecach. Z kilkudziesięciu pstrykniętych zdjęć wybrałam jednak tylko te, na których koziołki nie prezentują się w postaci smug rozciągniętych w powietrzu:

Mama z koziołkami

dwie mamy z koziołkami

dwie mamy z koziołkami 2

z Irenką i Bożenką

z Irenką

Powtykałyśmy też trochę witek leszczynowych w siatkę leśną oddzielającą ogród od reszty podwórka, gdyż albowiem proszę Państwa zapomniałam Wam powiedzieć. Otóż nie ma sensu zawracać sobie głowy sadzeniem ziemniaków w słomie, czy uprawą czegokolwiek w ogródku, gdy ma się siedem zawodowych, niezmordowanych minikoparek, zwanych zielononóżkami. Które nie chcą kopać dołków na terenie podwórka, ani nawet w lesie, bo tam jest TRUDNIEJ i one chcą w ogrodzie i na poletku przeznaczonym na uprawę ziemniaków. Do ogródka wchodzą bez najmniejszego wysiłku przez oczka siatki leśnej, i wywracają ściółkę do góry nogami w poszukiwaniu robaków. Żeby więc zagęścić siatkę, wymyśliłam taką przeplatankę z leszczyny:

zabezpieczenie przed kurczakami

zabezpieczenie przed kurczakami 2

Ale jeśli kurczaki się połapią, że od biedy można przefrunąć NAD ogrodzeniem, to uprawianie czegokolwiek w ogrodzie nie będzie miało sensu – czego nie zjedzą, to zadepczą. Wysiany ubiegłej jesieni czosnek coś o tym wie. I pozwolę sobie zauważyć, że nawet dziki nie rozpruły nam w ubiegłym roku ziemniaczanego pola, a małe, słodkie kurki tak.

rozgrzebałam ci

rozgrzebane

A małżonek jeszcze się martwi, że one się nie rozmnażają, a przecież jest już wiosna i ktoś powinien usiąść na jajach, przy czym Atos się nie liczy. I wymyślił, że przeniesiemy tę małą, psią budę, do której kurczaki lubią znosić jajka, na mały wybieg. A żeby tam był święty spokój i rozpłodowe warunki, to główną bramkę na wybieg się zamknie, a w siatce zrobi maleńkie drzwiczki, przez które Laser nie przejdzie, a kurczaki i Rosoły tak. I będą tam sobie w zaciszu budki i zagródki produkować kolejne buldożery, na pohybel mojemu ogródkowi. No i to jest kolejny projekt, a jeszcze trzeba zrobić osobne pomieszczenie dla męskiej części koziego towarzystwa, no i nadal trwają prace nad stanowiskiem do dojenia:

praca wre

praca wre2

praca wre 3

Rysunek do projektu był prosty i zakładał, że prace nie potrwają dłużej, niż dwa dni:

projekt szafot 2015

Ale już w trakcie okazało się, że koncepcje lubią się zmieniać pod naporem pewnych praw fizyki i w związku z ograniczoną ilością narzędzi oraz niskim stopniem zróżnicowania dostępnych materiałów, że nie wspomnę o przymiarkach z udziałem żywych zwierząt. I tu nie chodzi nawet o to, że ciężko uszyć taką sukienkę, która będzie pasować zarówno na Justynę Kowalczyk, jak i Anitę Włodarczyk. Moje zawodniczki po prostu w ogóle nie rozumiały, po jakie kopytko wspinać się na szczyt jakiejś podejrzanej konstrukcji, skoro chlebek przecież można zjeść stojąc bezpiecznie na podłodze. Dużo chlebka poszło w dniu przymiarek. Nie bez znaczenia jest również fakt, iż temperatura wewnątrz budynku obory jest nawet niższa, niż na zewnątrz, i nie sprzyja osobom o upośledzonym krążeniu, których jedynym zadaniem jest sterczeć na tej betonowej posadzce i od czasu do czasu podać śrubkę. W takich warunkach zapał gaśnie szybciej, niż iskry spod ostrza kątówki.

praca wre 4

No ale jeszcze dzień, lub dwa, i będzie można rozpocząć proces przyzwyczajania kóz do stanowiska udojowego. W harmonogram codziennych zajęć trzeba będzie wcisnąć prowadzenie każdej kozy dwa razy dziennie na szafot, żeby tam sobie jadły owies i warzywa, i żeby cały ten wynalazek dobrze im się kojarzył.

A Państwo, przepraszam, dokąd?! Nie ma przerwy na siku, jeszcze o mleku i twarożku trzeba wytrzymać.

“Kanionek, zrób sobie najpierw twarożek”, mówili. “To najprostszy ser”, mówili. Ta.

Nastawiłam ja litr mleka na zsiadłe. Oczywiście, że przy piecu. Stało, stało, dobrze się miało. Po trzech dniach śmietana na wierzchu była już kwaśna i zaczynała dostawać dziwnych kolorów, a mleko pod spodem NIC. Jednolicie płynne i całkiem niezsiadłe. No to następną porcję nastawiłam, zaprawiwszy ją uprzednio łyżką jogurtu naturalnego, co do którego upewniłam się, że zawiera “żywe kultury bakterii”. Żywe kultury opierniczały się prawie dwie doby, aż mnie nerw wziął i troszkę to mleko na kuchence podgrzałam. I wtedy żywe kultury powiedziały “ojezu no dobra” i wyprodukowały jakieś cienkie farfocle, które po przelaniu przez sito uzbrojone w jałową gazę utworzyły białą masę, pachnącą nawet trochę jak twarożek. Masy było całe 116 gramów i była – o dziwo – smaczna. Taka pasta niby twarogowa, ale o delikatniejszym smaku. Do zakwaszenia KOLEJNEJ porcji mleka użyłam już ciężkich dział w postaci mleka oficjalnie zsiadłego, zakupionego w sklepie (a wiecie, że wszystkie przetwory mleczne są obecnie robione z mleka pasteryzowanego i dopiero po pasteryzacji zaprawianego odpowiednimi bakteriami? Jogurty, śmietany, twarogi. Wiem, fascynujące.) i w tym przypadku mleko co prawda się zsiadło, ale też tak trochę niezobowiązująco. Za to dało po podgrzaniu 180 gramów normalnego, porządnego twarogu, który po dodaniu soli i siekanego szczypiorku wyglądał tak:

twarożek ze szczypiorkiem

I bardzo Mamie smakował, a małżonek powiedział, że dobre, ale farfocle z jogurtu lepsze. I muszę sobie kupić termometr kulinarny z sondą, żeby doświadczalnie ustalić optymalną temperaturę maksymalną dla udanego twarogu. Pojemnik plastikowy do precyzyjnego mierzenia objętości już kupiłam, ale ponieważ nikomu nie ufam, to za pomocą wagi kuchennej sprawdziłam, czy litr wody wg pojemnika na pewno waży jeden kilogram wg wagi. Nie waży. Pojemnik jest chiński, waga jest chińska, nie wiadomo które kłamie, a przecież termometr też kupię chiński, bo skąd tu wytrzasnąć inny, i bądź tu, człowieku, profesjonalnym serowarem w Unii Europejskiej.

Co Wam jeszcze o mleku chciałam napisać. Nadal doję Tradycję w koziarni, na koziej ławce. Litrowy słój, do którego przelewam udojone do mniejszego słoika mleko, stoi na parapecie okienka w koziarni. I codziennie wypijam kilka łyków jeszcze ciepłego mleka prosto z udoju, i ono nadal nie chce śmierdzieć ani kozą, ani capem, ani koziarnią. Aż PRAWIE jestem rozczarowana. Nie mam wielkiego doświadczenia, a koziarnię, oprócz mojej własnej, widziałam w życiu tylko jedną – tę, z której pochodzi Tradycja. I tam faktycznie odór walił przez otwarte drzwi, a wewnątrz można się było ślizgać na słomie. W mojej koziarni jeszcze nikt po mokrej ściółce nie stąpał, ani we własnym gównie nie spał, więc dochodzę do ostrożnego wniosku, że tu może być śmierdzący pies pogrzebany. Co do smaku koziego sera to wyczytałam ciekawą rzecz, i Wam zacytuję: “Tłuszcz kozi zawiera wyjątkowo dużą ilość trzech kwasów tłuszczowych: kapronowego, kaprylowego i kaprynowego, które w sumie stanowią 17% wszystkich kwasów tłuszczowych w mleku kozim. Dla porównania, ich ilość w mleku krowim nie przekracza 5%. To właśnie przemiany enzymatyczne tych kwasów podczas dojrzewania serów decydują o powstawaniu tego specyficznego, charakterystycznego „koziego” smaku.” I dalej jest o tym, że im dłużej ser dojrzewa, tym bardziej będzie “pikantny” i “kozi”. Jeśli ktoś jest zainteresowany, tu jest cały artykuł: http://www.agrovis.eu/specyfika-mleka-koziego.html

A na koniec cycki Tradycji przed dojeniem:

cycki z mlekiem

cycki z mlekiem 2

I z tym obrazkiem Was zostawiam, a problem z dzióbkiem jest taki, że “dzióbek” jest wytworem internetów i rodzi ortograficzne dylematy. Bowiem zdrobnieniem od “dziób” winien być “dziobek”, ale dziobek nie dość, że nie brzmi, to jeszcze źle się kojarzy (z dziobem po ospie na przykład). No więc robimy dzióbek, który nie ma nic wspólnego z dziubaniem (dziubać – “uderzać czymś ostrym, kłuć”) i nie ma wiadomo kogo we wsi. I nawet nie pytajcie o “czyby”. Nerwica ortograficzna to straszna choroba.

PS. No dobra, żonkile zaraz zakwitną:

żonkile 2

żonkile

PPS. A jutro jedziemy po owies – znaleźliśmy nowe źródło zaopatrzenia, i to całkiem blisko domu. Tylko nie wiem dlaczego, gdy mówimy że to “dla kózek”, to patrzą na nas jak na moherowy protest przed koncertem Behemotha – z takim pobłażliwym współczuciem…

88 thoughts on “Żywym karpiem w pysk bohaterów, czyli o symbolach i problemie z dzióbkiem

  1. pandeMonia 02/04/2015 at 01:29

    Pierwsza!
    No nie wiem co najpierw skomentować, może poprzestanę na ostatniej wizji, którą będę nosiła pod powieką długo. Mów co chcesz, ale dla mnie to ciągle przyrośnięta do lędżwi łabędzicy, głowa prosiaczka. Post mortem.

    • kanionek 02/04/2015 at 01:49

      Druga! („nawet jak byłem pierwszy, to się czułem, jakbym był drugi”)
      Z tym prosiaczkiem – bo my jesteśmy ofiarami czasów modyfikacji genetycznych, i wszędzie się spodziewamy niespodziewanego.
      Ale ładnie nam napęczniał ten prosiaczek, co? Choć nadal nie chcąc nadmiernie eksploatować Tradycji, doję tylko litr mleka dziennie. Jak już będzie zielska w bród, to może się odważę brać więcej. A teraz przysięgam, że idę spać, bo jutro jest już dzisiaj i zaraz cały kołowrotek ruszy od nowa :-*

  2. zeroerhaplus 02/04/2015 at 06:51

    Laser złodziej jajek :)
    Plan dojarki ujął mnie swym nieodpartym urokiem. Mam tylko dwa pytania:
    – co to jest, to niby ruchome, oparte (chyba) na kątowniku, co ma po odchyleniu (?) wejść czopem (?) w jakieś zagłębienie? To, co jest zobrazowane przed michą Tradycji? Czy to jakiś trzymak do michy, czy co?
    – dlaczego na jednym obrazku (po lewej na dole) jakbym nie patrzyła, widzę tylko jedno: gilotynę odtrójstronną* dla kóz?!

    A tak z innej paczki: ależ się ładnie pani Mama wkomponowała w kozi klimat :)

    A twarożek jest w pytę :)

    ___________________
    *- czyli że od trzech stron „coś” się porusza w kierunku delikwenta: z góry, z prawej oraz z lewej.

    • kanionek 02/04/2015 at 20:03

      O matko z szubieniczką… Zeroerha, Ty nie możesz poważnie podchodzić do projektu rysowanego przez niepoważnych ludzi :D
      To jest kilka odrębnych rysunków, częściowo zachodzących na siebie, w czasie trwania gorączki twórczej. I za nic nie pamiętam, czym jest „to coś” z Twojego pierwszego pytania :)
      Ta gilotyna odtrójstronna to dwie deski, ustawione pionowo, z wycięciami po wewnętrznych krawędziach (po zetknięciu się desek wycięcia tworzą jajowaty otwór na kozią szyję), ale ta końcepcja już uległa przemianie. A po kiemu te strzałki tam były, to nie pytaj – rysunek powstał ponad tydzień temu, a to jakby wieki minęły ;)

      I dlaczego nikt nie zapytał, KTO RYSOWAŁ KOZĘ?

      PS. Czekaj! Już wiem. To coś z czopem przy misce, to tak, to jedna z tych desek była. Miała pracować na zawiasiku i tym czopem się klinować w odpowiedniej pozycji.

      • zeroerhaplus 03/04/2015 at 11:03

        JAK ŁADNIE KANIONEK NARYSOWAŁ KOZĘ!!!!!
        :DD

        Przepraszam bardzo za nadużycie majuskuły, ale czasem nie da się inaczej, czyż nie?

        A za informacje dziękuję bardzo, teraz już wszystko rozumiem ;) Nic nie pocznę na to, że jak widzę rysunek poglądowy (jakikolwiek), to MUSZĘ widzieć i wiedzieć, co na nim jest. Takie zboczenie – nic nie zrobisz :) A co najśmieszniejsze, to w końcu sama się „kapnęłam” co to jest, to z czopem, ale jakoś nie zdążyłam napisać ;)

  3. Barbarella 02/04/2015 at 07:36

    Jezu. A skąd Ty wiesz, że to jest POŁUDNIOWY ZACHÓD? Kierunki świata to zawsze była i będzie dla mnie wiedza tajemna (no dobra, „skręć w lewo” też jest z pogranicza czarów i magii).
    Co do deszczówki – a włosy myjesz? Bo deszczówka to chyba jest najlepsza do mycia włosów. O gotowaniu weń ziemniaków nie słyszałam. CHOCIAŻ CZEKAJ – woda po ziemniakach też jest dobra do włosów! Więc jak umyjesz włosy deszczówką po ugotowaniu ziemniakow, to powinno wyjść KOMBO i zarośniesz jak Chewbacca!

    PS. O pasteryzacji na wejściu do mleczarni wiem. Tysiąc lat temu zwiedzałam zapyziałe mleczarnie z fajnymi chłopakami celem policzenia, ile potrzeba kasy żeby wprowadzić HACCP. Policzyliśmy, ale ile wódki wypiliśmy wtedy, to nie policzy nikt. NIKT!

    • kanionek 02/04/2015 at 20:27

      Jeśli chodzi o kierunki i ogólną orientację w terenie, to nic nie bój – jakby mnie gdzieś rzucić znienacka, w środek lasu lub miasta, to też nie wiem skąd, dokąd, i która godzina. Ale ja tu tkwię już cztery lata, rozumiesz, w jednym miejscu, no i te cztery główne kierunki udało mi się opanować. Bo tak naprawdę wystarczy wiedzieć, gdzie jest jeden z tych czterech ;)
      Ale w lesie zgubiłam się już kilka razy, tropiąc grzyba z nosem przy ziemi. I to mi się zawsze przytrafia tuż przed zmierzchem, gdy wszystko wygląda strasznie i obco, i ja wtedy napędzana paniką lecę, drąc łachmany na strzępy przez te jeżynowe krzaki, nogi wykręcając na wilczych dołach, dyszę jak ranny łoś i tętno mi skroń rozwala, a gdy wylecę na skraj lasu to się okazuje, że w sumie byłam tuż pod domem i o co ten lament.
      TERAZ to jest luksus, bo teraz mamy Rosoły i one nadają sygnał z bazy średnio co 10 minut. Niesie się na jakieś dwa kilometry, więc zawsze się złapie właściwy azymut.

      Mi to w sumie na jedno wychodzi, czy deszczówką, czy wodą z kranu, te włosy, bo w kranie mam wodę ze stawu, lekko jedynie przefiltrowaną przez nieokreślone bliżej warstwy ziemi. Ale że z ziemniaków? Soloną? To już nic nie rozumiem, bo jak się z Bałtyku wyjdzie, to włosy od razu do dupy, i nie o długość bynajmniej mi chodzi.

  4. Barbarella 02/04/2015 at 07:46

    AAAA i jeszcze!
    Będąc bohaterką współczesnej powieści romantycznej, od razu po wbiegnięciu do domu musiałabyś gwałtownie zrzucić odzież i mieć z mężem wyuzdany seks z pejczem, taśmą klejącą, ubijaczką do piany i zakrętkami od tych butelek, co zbierasz deszczówkę. A najlepiej, żeby od razu w pakiecie Twój mąż był wampirem.

    • ciociasamozło 02/04/2015 at 10:35

      Bardzo bogatym wampirem.

      • kanionek 02/04/2015 at 20:49

        Ma się rozumieć, że bogatym, bo wampiry żyją długo i mają czas nauczyć się wszystkich sztuczek na obejście fiskusa (mówiłam, że długo żyć się opłaca?). No i faktycznie, na TAKI seks to nie mam szans. Chyba, że biegnąc do domu i zrzucając ochoczo odzież już po drodze, zaplątałabym się w kaptur, głowa uwięzłaby mi w swetrze z golfem, i przekroczywszy próg potknęłabym się i wpadła do kartonu z rupieciami. Tylko skąd tam w środku mój mąż? Ubijał myszy ubijaczką i zasnął? Jacy bohaterowie, taki romantyzm…

  5. ciociasamozło 02/04/2015 at 10:34

    Cycki!!! Jak następnym razem ci od owsa spojrzą się na Was TYM wzrokiem to pokażcie im zdjęcie cycków Tradycji!

    „Szafot” wydaje się być jak najbardziej sensowny i logiczny, tylko nie wiem czy sens i logika to to, co kozy potrafią docenić ;)

    Czy stare okna z graciarni/dojarni użyjecie do zrobienia inspektu?

    Leszczyna w siatce – kolejny superdizajn!

    Pozdrowienia dla Pani Mamy.

    Ps. Czy ma ktoś może do oddania trochę niespożytej energii? Działam na tak zwolnionych obrotach, że śniadanie wielkanocne to chyba na Boże Ciało przyszykuje :((

    • kanionek 02/04/2015 at 21:00

      Niespożytej energii?? Ja Cię nie poratuję, bo na debecie jadę.
      Trochę mało tych okien na inspekt, raczej zostawimy na wypadek, gdyby któreś z tych użytych do budowy szklarni trzeba było wymienić. Tak, leszczyna w siatce nawet nieźle wygląda, tylko gupi Kanionek sobie zupełnie nie wyobrażał, ILE witek będzie musiał przytargać. A nadają się tylko takie proste i niezbyt grube. Mam prawie połowę ogrodzenia zawitkowaną, a po resztę materiału muszę ruszyć w dzikie ostępy.

      Jeśli kozy docenią miskę pełną owsa i słonecznika, to sens i logika będą miały drugorzędne znaczenie. Nawet się nie łudzę, że chciałyby na to wchodzić BEZ miski w perspektywie ;)
      Dziękuję, pozdrowienia przekażę adresatce :)

  6. Ynk 02/04/2015 at 11:01

    Ho! Ho-ho! Suspension Lucek:-) Się szykuje…
    Kolanka koziołkowe mnie tym razem ujęły. Niewinne a zarazem mocarne i wszechstronne ;-)
    I Mama Kanionka. Nie jak na ściance, a jakby tam od dawna siedziała. Pozdrawiam.
    Na zdjęciu z Rosołowymi, mimo oficjalnej wiosny, najbardziej zielenią się ich nóżki.
    Patrząc na leszczynowe ogrodzenie przypomniałam sobie wierzbinę: jak tam wierzbowa ławeczka? Rośnie, czy zjedzona?
    Twarożek przedstawia się bardzo mouthwateringowo. Aż mój (ten rozmarowany na chlebku, który właśnie wcinam) zasłabł ;-)
    Projekt konstrukcji stanowiska do dojenia przypomina mi skrzyżowanie szafotu z dybami, ale ja się nie znam ;-D

    • kanionek 02/04/2015 at 21:10

      Bo to JEST skrzyżowanie szafotu z dybami :) Jak będzie skończone, to zaprezentuję szczegółowe zdjęcia, może nawet z modelką.

      Wierzbowa ławeczka… stoi w wiaderku :) I nie puszcza korzonków. Nie wtykałam witek w ziemię, bo jeszcze dwa, czy trzy dni temu, znów było minus pięć w nocy.

      Wiesz co? Twarożek był wporzo i spoko, ale gdybym nie wiedziała, że on z koziego mleka, to nigdy bym nie zgadła. Po prostu twarożek. Muszę kupić podpuszczkę i zrobić jakiś prosty ser.

  7. Ola 02/04/2015 at 11:54

    Kanionku, jak napełniałaś te butliszcza wodą, to obmyślałaś jakieś morderstwa albo co? Bo ja Cię podziwiam!
    Zdjęcie „Lucek z ławeczki” jest genialne! Mały z niego diabelec.
    A ten płot wierzbowy, to on się chyba zazieleni? Widziałam witki w wazonie szklanym, one zaraz puszczają białe bąble korzeni…
    Pozdrowienia dla Wspaniałej Mamy Dzielnego Kanionka :)

    • kanionek 02/04/2015 at 21:23

      Tak naprawdę, to moja Mama jest dzielna ORAZ wspaniała, a ja jestem tylko Kanionek ;)

      Witki nie dotykają ziemi, ale gdyby któraś się mimo wszystko ukorzeniła, to wielkiego zmartwienia nie będzie. Dwa lata temu zrobiłam taką sporą podporę pod fasolę tyczną, i na słupki pionowe użyłam grubszych pędów leszczyny, i faktycznie ukorzeniły się i puszczały listki. I nawet by mi to nie przeszkadzało, tylko z jakiegoś powodu listki przyciągały mszyce, więc je obrywałam. Na drugi rok znów miałam listki – leszczyna i wierzba jest nie do zamordowania :)

      A butelki… Odkąd wyschła nam studnia, napełniłam ich pewnie ze dwieście. Tak, to jedno z bardziej nudnych i nieprzyjemnych zajęć, zwłaszcza że napełnianie ich zawsze wypada w paskudną pogodę. Ale mówię sobie, że to praca tymczasowa i kiedyś znów będziemy mieli aż za dużo wody w stawie, a tym samym w studni.

      • Ola 03/04/2015 at 12:49

        No ja przepraszam, ale obawiam się, że NIE MA zwykłych Kanionków :P Wczoraj kumpel chciał mi z Australii słać książkę Pokochaj siebie. Odmówiłam stanowczo, bo na widok wszelkich poradników włącza mi się przekora straszliwa. Ale może powinnyśmy popracować nad tym polubieniem siebie, co?
        A co do tyczek leszczynowych i fasoli, to w sumie nie wiem, co bardziej przyciąga mszyce, bo chyba fasolowe kwiatki też…

        • kanionek 03/04/2015 at 18:55

          Z tym „NIE MA zwykłych Kanionków” to mi się skojarzył stary dowcip, jak pijany pasażer chce kupić bilet na pociąg do Szczecina, kasjerka go pyta „ale jaki bilet”, on na to (bo pijany był), że „no jak to jaki, DO SZCZECINA”, a zniecierpliwiona kasjerka, że „no ale JAKI, proszę pana,
          normalny?”, a pijaczyna na to: „NIE, KURWA, POPIERDOLONY!”.
          Jak mnie ten kawał bawił! No i faktycznie, zwykłych Kanionków nie ma, są tylko takie, jak ten bilet do Szczecina ;)

          PS. Przeczytałam w życiu kilka tego typu poradników i raz, że trują truizmami, a dwa – zazwyczaj trzystustronicową zawartość można streścić do trzech stron, jeśli wyciąć z nich wszystkie powtórzenia (w kółko to samo, tylko szyk zdania inny, itp.). I w ogóle mam wrażenie, że „selfhelpy” pisane są dla trzylatków zamkniętych w izolatce, które nigdy nie miały jeszcze okazji ani myśleć, ani doświadczać, ani tak naprawdę żyć. Ale kto wie, może świat roi się od takich trzylatków w ciele dorosłego człowieka, bo „selfhelpy” sprzedają się lepiej, niż margaryna „obniżająca cholesterol”.

          • Ola 04/04/2015 at 19:21

            Nie znałam tego dowcipu :D :D :D
            A poradniki? Czytałaś może Delicje ciotki Dee?

          • kanionek 04/04/2015 at 20:49

            Nie czytałam. Polecasz? Nie brzmi jak tytuł poradnika, więc jest szansa, że się skuszę i poszukam :)

          • Ola 04/04/2015 at 22:08

            A nie! Nie poradnika :P To reportaż Polki, która była bodajże na stażu w Stanach. Jakieś 20 lat temu. I opisuje swoje wrażenia. I parę takich smaczków jest: jak drogo jest chorować w Ameryce, bo kiedy pójdziesz do lekarza on Cię najpierw odeśle na sto różnych badań. Albo o niezobowiązującej gadce na przyjęciu na przykład. No i właśnie jest o bibliotekach: że tam czytają głównie poradniki… U nas wtedy jeszcze inaczej było i czytało się tę książkę trochę jakby o kosmosie.

          • kanionek 04/04/2015 at 23:06

            Wierzę. Pamiętam, jak milion lat temu, krótko po tym, jak upadł stary system, odwiedził nas wujek z Kanady. W błękitnych dżinsach i prawdziwych kowbojkach wyglądał nie inaczej, tylko właśnie jak kosmita. I jeszcze do tego był opalony, na przedwiośniu!
            No to poszukam tej książki.

  8. bila 02/04/2015 at 11:55

    Obśmiałam się, opuszczając obowiązki w pracy, bo oczywiście pracę zaczynam od czytania chyłkiem Kanionka. Ależ ten Lucek skacze! Więc to naprawdę tak kózki robią, a nie tylko te na zegarze w Poznaniu? Ha!
    Ser wygląda pysznie i teraz pragnę go. A nie mam. Trudno się mówi.
    Nad rozlewiskiem skakałabyś z pomostu i narzekała na brak talii. A tak, to talię masz ;)

    • kanionek 02/04/2015 at 21:58

      O tak, skakanie to jest kozi sposób na przednią zabawę. Maluchy już odkryły skoki na ścianę z odbiciem i uprawiają namiętnie :)
      Może uda mi się złapać te cyrkowe popisy w kadr.

  9. mp 02/04/2015 at 13:27

    Dzięki, Królowo, za Rosołowe :)
    Pomysł na ogarnianie gospodarstwa w taką pogodę miałaś zaiste znakomity, to w ramach umartwiania się w Wielkim Tygodniu ?
    A z tą chińską miarką i wagą to tak mi zabiłaś ćwieka, aż zaczęłam sobie guglać, bo jakoś nigdy nie sądziłam, że litr miałby ważyć kilogram :) I faktycznie tu chyba intuicja mnie nie zawiodła, niesłusznie oskarżasz chińszczyznę- no chyba że faktycznie do pomiarów użyłaś wody destylowanej w temperaturze 3,98 stopnia C. Ale przecież nie masz termometru !
    Trzy dni na kwaszenie mleka to faktycznie dość długo, ale na mleku kozim nie znam się wcale, może ono tak ma ?
    Co do karpi- wcale a wcale mnie nie dziwią, dziś z autka zrzuciłam 10- centymetrową warstwę śniegu , więc myślę, że karpik na świątecznym stole byłby całkiem nie od rzeczy :)
    Kózki z Mamą- cudny portret rodzinny :) A skakuny z nich faktycznie niesamowite (z kózek, nie z Mamy). Śliczne „pruszaki”- jak mawiała córeczka mojej znajomej, kiedy nauczyła się wymawiać R i wtykała je wszędzie zamiast L .
    Na uprawę ziemniaków pod słomą też się czaję, przygotowałam pod nią spory, jak na mój miejski ogródek, areał ( z 1,5 m kwadratowego będzie!), przykryłam słomą z odzysku po ogaconych na zimę różach, a niewdzięczna córa na ten widok zapytała- a tu co, jakąś oborę obrabowałaś ? Ech, nikt nie ma zrozumienia dla duszy bardzo małorolnej ogrodniczki…
    No dobra, bo komentarz wyjdzie mi dłuższy od Twojego posta, odmeldowuję się chwilowo .

    • kanionek 02/04/2015 at 22:24

      No czo Ty, mp? Litr wody zawsze ważył kilogram (OK, w temperaturze pokojowej 998 gramów, ale to są drobiazgi), a pomiędzy wodą „zwykłą” a destylowaną różnicę się pewnie mierzy w dziesiątych częściach grama – dla celów kulinarnych takie różnice są nieistotne. Benzyna jest lżejsza od wody, a mleko np. cięższe, więc tu przelicznik 1:1 się nie sprawdza, ale w przypadku wody przyjmuje się dla uproszczenia, że litr waży kilogram.
      Za to litr wody odmierzony moim nowym pojemnikiem waży 940 gramów, co np. przy odmierzaniu pięciu litrów mleka daje już sporą różnicę. I co prawda nie wiem, czy podpuszczkę, którą dozuje się w kroplach, liczy się per litr czy kilogram mleka, to i tak dupa, bo nadal nie wiem, czy pojemnik jest kopnięty, czy może jednak waga :)

      Rany, 10 cm śniegu?? U nas popadało deszczem ze śniegiem, grad sypnął dwa razy, ale zaraz się stopił. A dziś już było słonecznie.

      Ziemniaki w słomie wychodzą świetnie! Tylko czasem trzeba dosypać słomy, gdy już rośliny podrosną, bo słoma jednak opada, „ugniata się”, i bulwy mogą zzielenieć, jeśli dostaną słońca. No i myszki i nornice lubią takie łatwodostępne łupy. I ja Ciebie rozumiem – w tym roku wszystko sadzę w słomie :D To znaczy pod warunkiem, że opanuję kurczaki :)

  10. spokostanka 02/04/2015 at 13:39

    Zawsze mi się w głowie kręci po przeczytaniu.
    Masz cudowną saudkową ścianę! Tło dla skakunów wyborne, ale można by tam też posadzić żonę z mężem na ławeczce i w ogóle!
    Wymię Tradycji niesamowite! Ona naprawdę jest pierwiastką, czy coś pokręciłam? I jak sobie fikuśnie przekłada strzyk przez nóżkę :)
    Podest dużo wyższy niż mój, będzie Ci się wygodnie doiło. Przymierzałaś się na ryczce? Pasuje? Ja muszę się trochę przyginać, ale nic to, najgorszy jest ten stały skręt tułowia w prawo. A w drugą stronę nie umiem …
    Przy naszym podeście mamy z tyłu przymocowane dwie taśmy do ewentualnego przywiązania tylnych nóg kozy ( np. przy jakichś zabiegach wet.)i dlatego podest budzi takie gorące skojarzenia :)
    Serdeczne pozdrowienia!

    • kanionek 02/04/2015 at 22:51

      Ta cudowna ściana to efekt eksperymentów z wapnem i barwnikiem. Kolor ni to łososiowy, ni to brzoskwiniowy, to jeszcze stara warstwa naniesiona przez poprzednich włodarzy. Niebieski to już moje mazanie po ścianie – resztka wapna po remoncie koziarni. No i niestety tak, jak przepowiedział małżonek, wapno niezaprawione cementem lub innym utrwalaczem, nie nadaje się do stosowania na zewnątrz budynków ;)
      Nie wiem kiedy się z tym wyrobię, ale w tym roku chciałam pociągnąć całą oborę z zewnątrz na niebiesko, właśnie wapnem z odrobiną cementu.

      Tradycja naprawdę jest pierwiastką, w dodatku stosunkowo młodą, i te jej cycki mnie powalają. Ale może to wpływ owych genów saaneńskich po tatusiu?

      Tak, podest wysoki i powiem Ci, że chyba ciut przesadziliśmy, bo przez to podbieg wyszedł dość stromy. Z drugiej zaś strony moje kozy nie mają problemu z pokonywaniem stromych „zboczy” ułożonej na kupę dłużycy, i zawsze wgramolą się na sam szczyt, przyprawiając mnie o zawał, więc może przesadzam, jak zwykle, z tym marudzeniem.
      I jeszcze się nie przymierzałam, ale na oko widzę, że dam radę nawet na stojąco doić, a wysokość stołka łatwiej mi będzie dobrać, niż zmieniać wysokość podestu. Ja muszę jeszcze brać pod uwagę sporą różnicę wysokości moich kóz – Tradycja jest wysoką, długonogą blondyną, a Bożena i Irena to zupełnie inny sort. Irena, gdy do mnie przyszła, ważyła 18 kilogramów i nie mogłam uwierzyć, że ma już dwa lata. Przytyła parę kilogramów na dobrej diecie, ale wzwyż nie urosła :)

      No właśnie – ja np. nie umiem lewą dłonią z tych małych strzyków doić, więc na razie obracam sobie kozę. Szafot będę mogła oblecieć dookoła i doić tak, jak mi do głowy strzeli. A przynajmniej tak to sobie wyobrażam…

  11. mp 02/04/2015 at 14:02

    A, jeszcze miałam Ci podesłać link do koziego szafotu u Kasi http://kreskowo.blogspot.com/2015/04/kiedy-snieg-w-kwietniu-sypie.html
    U niej działa, więc jest szansa, że u Ciebie też się sprawdzi, oby !

    • kanionek 02/04/2015 at 23:02

      Tak, koncepcyjnie niewiele się różnią, tyle że my nie mieliśmy tylu dobrych, identycznych desek (bo te na wiatrownice są święte), więc na platformę użyliśmy kawałka starych drzwi od łazienki (a na nie nabiliśmy stary dywanik, żeby kopytka się nie ślizgały), a na słupki – różnych takich z ubiegłorocznej wycinki. Poprzeczki powstały z gałęzi wierzby własnozębnie okorowanych przez kozy podczas zimy. No i „podbieg” – u mnie by się ta zwiewna drabinka nie sprawdziła. Bożena waży już sporo ponad czterdzieści kilogramów, a i Ziokołek to taki mały koń ;) Nasz powstał więc z litej, szerokiej i grubej dechy, starej jak Kanionek, za to w przeciwieństwie do mnie bardzo wytrzymałej i odpornej na wszystko. Serio – ta decha była już wszędzie, bo do niczego nam wcześniej nie pasowała, a większość żywota spędziła oparta o ścianę na zewnątrz. Na podbieg nabiliśmy dwa pasy gruboziarnistego papieru ściernego, bo decha była gładka jak szkło, i teraz kopytka mają doskonałą przyczepność. Sprawdzone na Baryle Bożenie :)

  12. Modra 02/04/2015 at 14:25

    O jejciu, ile do czytania i komentowania na raz :-)
    Po pierwsze butle z wodą – cale lata u mnie w rodzinnym domu jeździło się po wodę do źródełka, bo jedynie ta jest smaczna i zdrowa, a kranówa wiadomo – samo zuo. I ona, ta woda, po 5 dniach zaczynała śmierdzieć lekko stęchlizną, a na dnie rósł kożuszek. Czy taka woda jaka zbierasz Kanionku nie ma tych samych zalet? Czy może schodzi tak szybko, że nie zdąży się wytworzyć plecha? No jak utrzymujesz ją w stanie ‚spożywalności’?
    Mama Kanionka od razu zwróciła mą uwagę :-) Bardzo stylowo na tej ściance, czapeczka, okulary i pazurki idealnie spasowane. Ale to uśmiech szanownej Mamy zwraca uwagę. Pozdrawiam także Mamę serdecznie! Dzióbek Kachny i portretówka Lucka to cudności. Ściskając koziołki byłabym rozanielona jak Mama Kanionka.

    Konstrukcja szafotu przypomina mi moje szafki robione do kuchni :-) Nieśmiało zapytam, czy podstawa przewiduje wzmocnienia, bo obawiałabym się że ‚rozchibocze się’ i rozluźni jeśli kózka tuptać będzie w miejscu, a nie stać podczas operacji całkiem spokojnie.

    I już tylko o twarożku. W Hameryce będąc aby uzyskać nasz twaróg do ichniejszego mleka UHT dodawałam kubeczek kwaśniej śmietany. Dopiero po ok. 3 dniach w garnku tworzył się kożuch twarogu. I gar musiał stać w cieple, min. 25/30 stopni. Jeśli u Was w chałupie chłodno to pewnie dlatego bez grzania na płycie nie rusza. Odcedzanie polegało na wlaniu zawartości do poszewki jaśka i powieszeniu za róg na sznurku, na uchwycie od szafki nad zlewem. Po całej nocy i dniu w jaśku był już tylko ser. Tak więc to proces był długotrwały.

    • mp 02/04/2015 at 15:43

      No popatrz, a ja nie wpadłam na to, że można użyć poszewki i na chustę serowarską się zrujnowałam !

      • Modra 02/04/2015 at 16:44

        No to Twój ser porządny, ze znakiem jakości HACAP, a mój tylko wg zasady Polak potrafi ;-)
        I dodam, że jasiek ‚na lewo’ wywinięty, żeby nitki nie ugrzęzły w twarogu.

        • Ynk 02/04/2015 at 18:13

          Tak, tak, dokładnie takie twarogi Babcia moja w mieście, w bloku mieszkając, wyrabiała – w ‚na lewo’ wywiniętej poszewce jaśka. Później zaszczytu tego dostąpiły płócienne ściereczki kuchenne :-)

        • zeroerhaplus 02/04/2015 at 19:34

          O, toć można w jaśka! A ja pakuję w pieluchę tetrową zszytą wzdłuż dwóch boków „na trójkąt”.. podobnie jak moje przodkinie ;)
          Co wiocha, to obyczaj…

          • mp 02/04/2015 at 21:32

            Przez pieluchę tetrową to ricotta robiona z serwatki poszłaby mi w rury, musi być bardziej ścisła tkanina :) Ale do twarogu i bundza na pewno wystarczy.

          • zeroerhaplus 03/04/2015 at 11:18

            Podejrzewam, że przodkinie myślały, że ricotta to rodzaj toskańskiego tańca, jeśli już ;)
            Żeby nie było – ja też zguglowałam, co to dokładniej jest… :)
            Dalej niż do prostego twarogu nie zaszłam w szlachetnym kunszcie serowarstwa.
            A serwatę i tak z reguły wypijamy :)

    • kanionek 02/04/2015 at 23:20

      Modra – może sekretem przechowywania takiej wody jest niska temperatura? Butelki stoją u mnie w takiej przybudówce, przedsionku, czy jak to się zwie, gdzie jest tak zimno, jak na zewnątrz. Zimą trzymałam je na korytarzu, żeby woda nie zamarzła, a w korytarzu też zimno sakramencko (coś koło 6-8 stopni). I po miesiącu przechowywania woda pachnie i wygląda tak samo – w sumie nie pachnie niczym i jest krystalicznie przejrzysta. Może taka ze źródełka ma więcej naturalnie występujących bakterii, czy coś? Chociaż deszczówka spływająca z dachu i przez pełną liści rynnę też niby powinna mieć. Obstawiam więc temperaturę :)

      Przekażę Mamie pozdrowienia, bo ona nie czyta komentarzy, i dziękuję :) Do koziarni ubrałam ją w moje łachy, bo wiadomo – kozy skaczą po wszystkim, a po ludziach najchętniej. A Mama kocha wszystkie stworzenia, a takie małe kaczuszki to już w ogóle :)

      No tak, 25 stopni to nie mamy na chacie, ale słój z mlekiem postawiłam tuż przy piecu i jeszcze się poświęciłam i zamknęłam na noc drzwi do pokoju, więc rano wszyscy, włącznie z psami, byli ukiszeni, tylko nie mleko. I tak przez dwie noce. Za to faktycznie po dodaniu czegoś już ukwaszonego na start, proces przebiega szybko i prawidłowo :)

  13. Modra 02/04/2015 at 16:47

    Czytam właśnie trzeci raz od początku.Tyle wiadomości, że się w głowie zakręciło. I jakże przyjemna to lektura Kanionku. Zdjęcia, a szczególnie skaczący Lucek sprawia tyle frajdy!

    • kanionek 02/04/2015 at 23:22

      Tak, i ja Was bardzo przepraszam – była długa przerwa, trochę się informacji i zdjęć nazbierało, więc jak już siadłam to klepłam wszystko hurtem ;)

  14. Ania W. 02/04/2015 at 19:26

    Boshhh, jakiż ten mój chrześniak piękny! I na pewno mądry! Piękny i mądry!

    • kanionek 02/04/2015 at 23:23

      I bystry :) I słodki :) I skoczny :) I odważny :) I Twój :)

      • Ania W. 03/04/2015 at 00:04

        I w ogóle! Przecudo! Jak już dorośnie, będziemy go nazywać z italiańska: Lucce, na lepsze branie. I przyślę mu jakieś swoje moro, bo za mundurem… Tak mnie z tą przyszłością naszło w kontekście niegdysiejszego wpisu o tym, że mało kto trzyma większe koziołki…

        I ja też bardzo pozdrawiam Mamę Kanionka!

  15. pluskat 02/04/2015 at 21:53

    Tyle różności, że z tego wszystkiego kupiłam (i zjadłam) francuski serek kozi, choć niby miałam pościć. Otóż waży (ważył) on 150 g, zawiera 23% tłuszczu, skład: surowe kozie mleko, sól, bakterie mlekowe, podpuszczka. Cena: 3,27 euro. Wytytłany w węglu drzewnym i trochę poleżał w jakiejś piwnicy. Dotarło też do mnie, że przecież ja byłam w szwajcarskim Saanen, ale kóz niestety nie widziałam. A Tradycja o pięknym biuście właśnie stamtąd się wywodzi. Podobno może dać 1000 litrów mleka na laktację, możesz doić. Ja też proszę serdecznie pozdrowić ode mnie Mamę i Gitarzystę. A co do poprzedniego tematu, czytam właśnie opowiadania JD Salingera i jeden z jego bohaterów mówi: „Życie to darowany koń, według mego zdania.” I tym akcentem…

    • kanionek 02/04/2015 at 23:28

      Będziemy się z półkrwi księżniczką rozkręcać, ale jeszcze czekam, aż pastwiska się porządnie wypełnią soczystym chwastem. Bo jakaś taka mi się wydaje chudziutka, ta moja królewna :)
      Tak jakby się jeszcze nie zorientowała, że teraz musi jeść za czterech – siebie, dzieci i Kanionka…
      Mamę oczywiście pozdrowię :)

      Czyli mówisz, żeby koniu w zęby nie zaglądać, tylko gnać przed siebie póki nie kulawy? ;)

  16. zeroerhaplus 03/04/2015 at 11:33

    A tak a propos żółwia i marchewki: też stanowczo popieram opcję życia pięćset lat, albo około.
    Oczywiście – z sensownie rozpisanym diagramem dotyczącym zdrowia łamane przez sił i przez zużycie.
    No i te cholerne ludzkie zęby zmieniłabym na coś bardziej logicznego, no bo kto to widział taką fuszerkę…

    Przez te pięćdziesiąt do osiemdziesięciu lat (jak dobrze pójdzie), to ja zdążę się tylko spostrzec CO źle robię (o ile w ogóle). A gdzie miejsce na resztę? W „raju”?!

    Buahhhhaha! (to miało zabrzmieć jak śmiech z zaświatów (czymkolwiek one są) więc udawajmy, że brzmi :)

    • Modra 03/04/2015 at 12:59

      A jakby przyjąć, że to odczucie typowo ludzkie, że popełniłaś jakiś błąd jest właśnie błędem? Powiedz jaszczurce albo sarnie, że powinna odczuwać dyskomfort z powodu decyzji podjętych np. w mijającym roku i poprawić się w kolejnym :-) Jeśli przyjąć, że nasz czas tutaj jest kilkudziesiecioletnim okresem na jakieś tam trwanie lub dokonywanie przypadkowych, albo bardziej planowanych działań. Taki film z naszym udziałem, bez znaczenia dla jakiejś większej całości. A poczucie, że powinnaś coś naprawić wynika z narzuconego ci przez kulturę i/lub religię poczucia winy i potrzeby zadośćuczynienia, naprawy? Jeśli przyjmiesz perspektywę jaszczurki, to dokonałaś po prostu takich a nie innych czynów i to nie podlega ocenie ani wartościowaniu. Ot żyjemy, lepiej albo gorzej, ale dlaczego właśnie my i to tu i teraz? Człowiek jest raczej krótko trwającym projektem z perspektywy ziemi i kosmosu. Może również projektem z krótkim terminem zakończenia, skoro sam podcina gałąź na której siedzi. Wiedząc jak to się za chwile skończy powinien żyć tu i teraz „Bo czas i przypadek rządzi wszystkim” jak mówił Kohelet, wiec bez sensu jest tracić czas na rozmyśliwanie o popełnionych błędach i pożądanym z tej perspektywy sequelu :-)

      • Ola 03/04/2015 at 13:02

        A poza tym Annuszka i tak już wylała olej… ;)

        • zeroerhaplus 03/04/2015 at 14:22

          Całe szczęście nie mamy tej świadomości, że już wylała :))

    • zeroerhaplus 03/04/2015 at 14:22

      Modra :)

      Ba, my nawet musimy przyjąć, że to ludzkie. A nawet, że to typowe dla każdego jako jednostki, to prywatne postrzeganie czegoś jako błąd lub nie :)

      Nie jestem jaszczurką, ni sarną*, stąd i odczucia mam typowo ludzkie :) Niestety, a może na szczęście – myślę po ludzku (w miarę). Nie wykroczę poza to – brak mi i uporu i zapału do wykraczania, poza tym niekoniecznie uznaję to za warte poświęcenia.
      Nie jest też szczególnie bolesne, że moje życie ma sens tylko dla mnie (i paru innych), a dla reszty (kosmos,wszechświat i inne takie) jest pyłkiem, czy tam inną zabawką, bo całe szczęście tymi kategoriami też nie potrafię myśleć prawdziwie.

      Zakładam, że coś pewnie spieprzę (wcześniej czy później), ale dowiem się o tym, że to był błąd dopiero później. Nie napisałam o tym, ale pewnie i coś dobrego zdarzy mi się zrobić, ale czy to było faktycznie dobre – też się okaże kiedyś. A jeszcze do tego to też będzie relatywne… I BYĆ MOŻE fajnie byłoby to pokontemplować przez następne czterysta lat.

      Poza tym każdy rozciąga sobie życie tak, jak chce. Pięćstet lat, czy pięćdziesiąt – kwestia pojmowania czasu, czyż nie? ;)

      Chciałam tylko w poprzednim komentarzu powiedzieć, że jakby ktoś lata rozdawał, to ja chętnie biorę, tylko mają być dobre i w miarę niezużyte – ot niepoważna wypowiedź niepoważnego użytkownika… ja tu pajacuję, a Ty mi Koheletem :)

      PS. Panie Kanionkowy, dawaj pan to forum czem prędzej, bo sam widzisz, co my tu wyprawiamy!!

      ________________________
      *- aczkolwiek wykazuję potężne podobieństwo do leniwca.

      • Ynk 03/04/2015 at 14:53

        Można czasem mierzyć nasze zmienianie się, dorastanie, ewoluowanie (50, 500, 5000 lat), a można i właściwym momentem, który może, lub nie ;-) przydarzyć się na dowolnym etapie życia. Coś jakby błysk! i wgląd. Oświeceniem to niektórzy zwą. Tylko czy to się mierzy? ;-) No i jaki mamy na to wpływ? Pratchettowej Pani sposób jest ciekawy: nie gram tak, żeby wygrać, ale tak, żeby nie przegrać :-)

      • Modra 03/04/2015 at 15:47

        Cyt”Zakładam, że coś pewnie spieprzę (wcześniej czy później), ale dowiem się o tym, że to był błąd dopiero później.”
        A ja właśnie pytam – A jakby sobie odpuścić, wybaczyć? Jakby przestać doszukiwać się czy mogłam lepiej i nie dopuścić do tego poczucia winy? Robię to co umiem i najlepiej jak umiem w danym momencie. Jestem świadoma siebie tu i teraz, bo jutro nie jest mi dane na pewno.
        Z tej perspektywy to co zrobiłam było dobre w tym monecie, kiedy to robiłam, zgodne z moja widzą i możliwościami. Błąd IMO leży w pysze ludzkiej i wdrukowanym poczuciu winy, które pięknie współgrają ze sobą.

        • zeroerhaplus 03/04/2015 at 19:52

          Tak tylko na szybko: nie wiem, czy ma to coś z poczuciem winy wspólnego. Raczej nawet nie.
          Zakładam, że każdy (prawie) robi też w życiu dobre rzeczy. I wie o tym. I wszystko jest relatywne. Nie ma czego odpuszczać, błędy też są relatywne.
          A teraz muszę iść spać ;)

          Dobranoc :)

        • zeroerhaplus 04/04/2015 at 05:38

          Rozwijając: nie za bardzo zgodzę się z „wdrukowanym”, jak mówisz, poczuciem winy. Za daleko na tym zapedałować nie można (się mi wydaje) zwłaszcza, jeśli się nie ma w szufladzie legitymacji żadnej ze znanych religii. I tu pozwolę sobie wrócić do początku wątka: w przypadku, gdy dajmy na to nie mam w perspektywie nic poza tym, co tu i teraz, żadnego życia pozagrobowego sensu stricto, to zrozumiałe jest, że jeśli mi się tu podoba, to nie miałabym nic przeciwko, żeby to trochę potrwało. Bo niby dlaczego nie :)

      • kanionek 03/04/2015 at 19:10

        Zeroerha – Pan Kanionkowy już skończył i umywa ręce, a teraz Gupi Kanionek roztrząsa, jakie typy plików będą dozwolone w charakterze załączników, i po ile jeden załącznik (nie dolarów, tylko bajtów, i czy kilo, czy mega), bo forum osadzone będzie w całości na tym samym kawałku serwera, co Kanionek.pl, i rodzi to taki problem, że „powietrza coraz mniej” (czyli miejsca na tym serwerze), a chciałabym jednak, żebyście od czasu do czasu mogli wrzucić na forum jakąś fotę czy inny plik. No i usiadłam nad tym kilka dni temu, część zrobiłam i padłam (bo do kompa siadam, gdy już mam wszystko inne ogarnięte), no i zamiaruję znów usiąść dzisiaj, tylko że tych formatów jest bazylion, a ja mam dzisiaj Karę Kuchni (obiady na 6 dni robię) i muszę jeszcze jedną sesję w koziarni zaliczyć i zaraz się zapowietrzę :)
        Aha, no i jeszcze jakiś wstęp, regulamin i objaśnienie chcę napisać, prawda. Ale BĘDZIE, przeceiż od kilku miesięcy mówię, że będzie, to co – nie wierzysz mi?? :D

        • zeroerhaplus 04/04/2015 at 05:06

          Aaaa, jak tak, to przepraszam :)

          • kanionek 04/04/2015 at 21:14

            A nie ma za co – presja robi swoje i dzisiaj dopracowujemy ostatnie szczegóły. Już za chwileczkę, już za momencik, forum Kanionka zacznie się kręcić. Oby nie puste, jak karuzela w postnuklearnym Wesołym Miasteczku ;)

      • Ania W. 03/04/2015 at 19:12

        Popieram kumę Zeroerhaplus, Panie Kanionkowy forum nam potrzebne! :)

    • Modra 03/04/2015 at 15:54

      Cyt:”A tak a propos żółwia i marchewki: też stanowczo popieram opcję życia pięćset lat, albo około”
      No co ty, żaden ZUS tego nie przetrwa :-)
      Przyjmuje wiec, że chodzi o życie w innym wymiarze, np na planecie Coruscant z mocami Jedi lub na pustyni Suf pomiędzy Paran i Tofel z ludem mojżeszowym :-)

  17. Ola 03/04/2015 at 12:54

    Słuchajcie, a gdzie Lidka? Czy to teraz jej pieson miał mieć zabieg?

  18. Lidka 04/04/2015 at 05:17

    @Ola

    Jestem, jestem. Dziekuje za pamiec! Bardzo mi milo.
    Wlasnie skonczylam czytac wpis i komentarze. Wpis wlasciwie przeczytalam parokrotnie wczoraj, czekajac u weterynarza, ale bez kompletnego zrozumienia. Moje piesu mialo wczoraj zabieg. Wszystko zakonczylo sie szczesliwie i wieczorem zostal zabrany do domu. Zostaly nam nawet pozyczone nosze z psiego szpitala. Pieson ma sie dobrze. Noga zabandazowana po ogon, jakis saczek wystaje. Nie rwie sie za bardzo do wstawania, z czego sie ciesze, ale to pewnie wina prochow, ktorymi kazano nam go szprycowac. Nie spalam cala noc, bo sobie i pochlipalam w kacie i troche wypilam, i czuje sie jak „bilet do Szczecina”.
    Zdjecia koziolkow cudne. Lucusiek widac szalony. A jak tak wysoko skacze to sobie nozek nie polamie?! Kachna delikatna i eteryczna, jak mamusia, a Kanionkowa Mama przycupnieta na tej koziej laweczce, zupelnie zadowolona i w swoim elemencie.
    Pozdrawiam goraco kumy z OK i zycze wesolych Swiat Wielkiej Nocy.
    PS. Nasz kolega Andrzej, zwany przez nas Pecikiem, oswiadczyl nam, ze jego zona jest w ciazy. Na co Rafal bez zastanowienia parsknal: „Tradycja?!”. I zeby nie wyjsc na kompletnych chamow wyjasnilismy, o co sie rozchodzi. Okazalo sie, ze chlopak ma jednak poczucie humoru i z zainteresowaniem obejrzal Kanionkowy blog. Zaloze sie, ze bedzie czytal, z czystej ciekawosci nawet.

    • zeroerhaplus 04/04/2015 at 06:59

      Motyw z Tradycją, żoną Andrzeja – przedni :)

      Szybkiego powrotu do zdrowia piesonowi życzę!!

    • Ola 04/04/2015 at 13:30

      Lidka, to teraz już z górki, nie martw się :) Cmoki dla psiaka!

    • kanionek 04/04/2015 at 21:10

      Lidka, doskonale Cię rozumiem, z tym chlipaniem i biletem. Jeszcze trochę nerwów Cię czeka, co tu ściemniać, ale wszystko się ułoży, mówię Ci :)
      Lucek się nie połamie – on jest z kauczuku!
      I pozdrawiamy Pana Andrzeja i informujemy, że jego kozi imiennik to już nie byle popierdółka, tylko postawny przewodnik stada. I gratulacje, oczywiście, składamy.
      Spokojnego Jajka, Lidko i Rafale :-*

  19. Fredzia 04/04/2015 at 14:17

    Kanionku, rysunek niczym z testu Rorschacha. Ja tam widzę siekierę, bidet, kostkarkę do lodu i pierścień hobbita ;) Nie trzeba być Freudem, żeby zdiagnozować, co jest tematem konwersacji mojego id i ego ;)

    Ale nie o tym chciałam. W niezbyt niestety pięknych okolicznościach przyrody, bo nawet jak wyjdzie słońce i tak piździ jak w przedsionku Eskimosa, wszystkim razem i każdemu z osobna życzę, żeby nam te święta bokiem nie wyszły, no chyba że w postaci odleżyn od lenistwa.
    Zdrowego obżarstwa, sympatycznych rozmów z rodziną i mnóstwa wolnego czasu na robienie tego, co lubimy najbardziej :)
    Albo niech chociaż będzie wesoło ;)

    • kanionek 04/04/2015 at 21:03

      Siekierę, lód i biżuterię to rozumiem, ale co w tej wyuzdanej fantazji robi bidet!? Albo może nie mów.

      Tak, bogatego jajka, wesołego żurku i kiełbasy bez odleżyn :)

  20. pluskat 04/04/2015 at 16:47

    Alleluja i do przodu!

    • kanionek 04/04/2015 at 20:57

      No chyba, że jest się kozą. Wtedy do przodu, do tyłu, w górę i w bok! I jeszcze jeden i jeszcze raz :D

  21. Ajka 04/04/2015 at 17:06

    Aaaaaaaaaaaaaaaaa! byłam mięgolić małe kózki!!!!
    To jest obłęd!!! Kanionku, powinnaś to gdzieś zareklamować i biletować ;)
    Znajomi mają ze 30 kóz (pytałaś o rasę: „kombinowane” ;) ), z czego może z 10 małych – tak na oko. Mi się dostała ta mała czarna z białymi uszami i gwiazdką na czole, stoi po lewej stronie:
    https://lh6.googleusercontent.com/-s0dCsOIq7zc/VR_7g88nodI/AAAAAAAADxA/RW1Bw89Kg9c/s640/IMG_0383.JPG
    Małe kózki są cudowne! Malutka przytuliła się do mnie, wyciągała pyszczek w stronę mojej twarzy. A potem spokojnie leżała i coś tam sobie mieliła w pyszczku. Była taka mięciutka i puchata i pachniała futerkiem. Oszalałam!!!
    Duże kozy też są zabawne, jedna taka podobna do Tradycji napraszała się głaskania i skubała zamki w mojej kurtce.
    Za tydzień jedziemy tam znowu :)

    • kanionek 04/04/2015 at 20:56

      Zgadzam się, to jest obłęd :) Trzeba BARDZO uważać, żeby podczas mięgolenia nie pożreć takiej małej kózki żywcem, albo nie ukochać na śmierć :)
      Nie dziwię się więc, że tam wrócicie – kozy to uzależnienie niepoddające się leczeniu.

  22. Ynk 04/04/2015 at 18:17

    No to zadowolonego Rosołowego Jajka, i Kopytka :))

    • kanionek 04/04/2015 at 20:51

      Wszystkiego zadowolonego i udanego w kozie kopytko :D Wszystkim oczywiście życzę :)
      Dzisiaj śnieg padał i u mnie. Odszczekuję złe słowa o karpiach i myślę, że jeśli ktoś jeszcze nie wyrzucił choinki, to też nie żałuje ;)

  23. ciociasamozło 04/04/2015 at 22:55

    Kanionku, Oboro, tradycyjnie świątecznie padając na ryj (ale za to ryj padnie na czystą podłogę tudzież sernik z polewą) życzę Wam żeby przynajmniej na te dwa dni Wasze kołowrotki zwolniły i dały Wam odpocząć :)
    Buziaki!

    • kanionek 04/04/2015 at 23:02

      Droga Ciociu, jak padać, to tylko w ciasto!
      W lesie nie ma dni wolnych od pracy, ale nie szkodzi – ptaki śpiewają jak nakręcone, listki wyłażą z pączków, nastrój jest świąteczny, i jeszcze gdyby nie ta wypiździawa… ;)
      Odpoczynku i Tobie życzymy, a Antoni już JEDEN RAZ machnął ogonem i wierzę, że to do Ciebie :)

      • ciociasamozło 05/04/2015 at 22:41

        Wypiździawa to mało powiedziane! Dzisiaj mieliśmy przegląd wszelkich możliwych opadów (no dobra, nie było manny, żab ani ryb, ale nic straconego, doba się jeszcze nie skończyła).

        Kanionku, możesz przekazać Antoniemu, że ciocia jest z niego dumna!

  24. baba aga 04/04/2015 at 23:33

    Nie wymyłam okien, nie upieklam sernika i nawet jajek nie pomalowałam, a jutro mam w planach spanie bez budzika i to będą właśnie wesołe święta :-D syn u narzeczonej, córka w pracy a pasierbowie u dziadków, jaka cisza, jaki spokój, życie bywa piękne. Radosnych Świąt dziewczyny :-)
    Kanionku wytrwałości!!! Pośpię też za Ciebie :-)

    • pluskat 05/04/2015 at 00:19

      ja tez ani szyneczki, ani mazurka, ani jajka, w lodowce hula wiatr i tak ma byc: jestem sama i na gebie wieczny banan.
      Alleluja i w bok!

    • Ola 05/04/2015 at 00:19

      Baba Aga tak trzymać! Jestem z Ciebie dumna! :D (Ja też nie umyłam i nie pomalowałam, upiekłam tylko crumble z truskawkami do kawy…) Radosnych!

  25. zeroerhaplus 05/04/2015 at 01:09

    Kanionku, czy małżonek czyta wszystkie komentarze?
    Bo właśnie sobie zwizualizowałam Twego małżonka, jak popyla a koszyczkiem święconki…
    Jeszcze nie mogę złapać oddechu :)
    Wesołych świąt :)

  26. mitenki 05/04/2015 at 02:08

    A Kanionek jeden miał koziołków siedem…

    Co to ja chciałam…? Bo tyle tu wątków, że nie wiem, czy się nie pogubię ;)
    Pozdrowienia dla Kanionkowej Mamy, która tak wdzięcznie i naturalnie na tej koziej ławeczce wygląda, jakby całe życie koźlęta tuliła :))
    Kozi szafot w deseczkę, tylko czy Tradycja zechce tam wejść po dobroci? I czy Wasza hacjenda to się rozrasta jak ciasto drożdżowe? Bo co i rusz nowe pomieszczenie do zagospodarowania :D Czy tyle stoi nieużywanych?
    Kozutki coraz piękniejsze (o ile to możliwe). Lucuś to powinien mieć w herbie Małysza, bo skacze równie pięknie i daleko jak on. Hmm… Lucek Pecik herbu Małysz :D
    Dobrze że pokazałaś żonkile, bo nie wiedziałabym że to już wiosna. Wprawdzie nie ma śniegu, ale wiatr omal głowy nie urwie i zimno jak na biegunie.

    Wiosny w sercu wszystkim życzę, smakowitego jajeczka i świątecznego poleniuchowania :)
    A w poniedziałek niech wszystkich porządnie pokropi! :D

    @Lidka
    Przytulam i głaski dla piesona :)

  27. Wiolka 06/04/2015 at 20:51

    Wreszcie doczytałam całość i mogę się przywitać.
    Kanionek i kozy rządzą.
    Ja też wiejska baba i już mam 5 małych rosołów.
    Na pewno będę czytać.Pozdrawiam

    • Modra 06/04/2015 at 22:39

      @Wiolka, nie damy ci życ jak nie pokażesz zdjęcia tych małych Rosołów :-) Ślij do Kanionka lub załączaj linka.
      Rosoły działają terapeutycznie prawie tak samo jak kozy, a Rosoły małe i to jeszcze przy Wielkanocy wzbudzą szał :-)

      • Wiolka 07/04/2015 at 09:37

        Dobra idę robić zdjęcia małych rosołów(:
        Mam nadzieję,że kwoce się pomysł na sesje spodoba.

        • kanionek 09/04/2015 at 00:24

          Wiolka, przepraszam, że dopiero teraz Tobie odpisuję, ale u mnie jest od wczoraj taka nędza z internetem, że czasem nawet nie mogę się zalogować. Nie wiem nawet, czy wysłałaś mi fotkę – maile sprawdzę gdy będę mogła.

          Mam trochę… ekhem… nowości do zamieszczenia na blogu. Jak tylko mój internet skończy dopijać poświąteczną wódkę (którą zapewne obala w jakiejś dziupli, do spółki z wdową po ofierze Gonzalesa), i się do mnie doczłapie, to czem prędzej i w ogóle. I w końcu pojawi się również forum :) Tymczasem pozdrawiam całą Oborę, do przodu, do góry i w bok ;)

          • Ola 09/04/2015 at 01:50

            No to podniosłaś ciśnienie…

          • ciociasamozło 09/04/2015 at 16:13

            Na potęgę Kanionkowej Obory!
            (tu błyskawice, grzmoty, beczenie kóz, pianie Rosołów, Andrzej wali rogami w blachę)
            Internecie weź się w garść!

          • kanionek 09/04/2015 at 20:01

            Żeby w blachę… W drzwi walił, aż rozwalił (Andrzej, nie internet). Dziś zeszło nam pół dnia na zbieraniu materiałów na nowe drzwi (odzysk ma czasem to do siebie, że trzeba go nawet spod ziemi wyciągnąć) i przymiarkach (bo tu jest wszystko krzywe i gdyby małżonek zrobił normalne, proste drzwi, to moglibyśmy je co najwyżej o ścianę oprzeć), ale nieważne. Wszystko zostanie napisane, tylko niech ja złapię ze dwie godziny świętego spokoju, bo internet już powstał i może nawet będzie żył ;)

  28. Wiolka 09/04/2015 at 21:33

    Andrzejek to ma parę,że zdołał drzwi rozwalić.
    Kanionku na wpis oczywiście poczekamy,bo cóż innego nam pozostało,chyba tylko modlitwy do bożka internetu coby nie wygłupiał się i nie skąpił Kanionkowi prędkości łącza.

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa