Wsadź se pan gałązkę, czyli kura na celowniku

Zima, zima, i po… A nie. Zima wciąż tu jest. Po świętach tylko. Dobry wieczór Państwu, u mnie godzina minus szesnaście. I z góry przepraszam, że będzie bylejako, ale jaki twórca, taki produkt. A twórca ostatnio…

zima zła

Znacie może jakieś tabletki na “chcenie”? Bo nic mi się nie chce. Tabletki od bólu łba już wzięłam, i też nie pomogły. Przeżyłam dzisiaj tak zwany stres, i to już PO wizycie w Starostwie Powiatowym i na poczcie, gdzie – w pierwszym przypadku – klimatyzacja była ustawiona na trzysta stopni na plusie, a w drugim – kaloryfery były rozgrzane do czerwoności, a okna pootwierane. I przede mną druczek na paczkę wypełniali Rosjanie (“jaki pana ZAWUT?”, “tu nie pisat, TU PISAT” i tak przez 15 minut), a po Rosjanach był przestępujący z nogi na nogę, zarumieniony z emocji (a może tego UPAŁU wewnątrz) chłopaczek, któremu tatuś zgubił awizo, a on czekał na buty. Pani była bardzo uprzejma i w poszukiwaniu wytęsknionego załącznika do zagubionego awizo przetrzepała cały pocztowy magazyn i chyba jeszcze podwórko na tyłach, bo długo jej nie było. A niecałą godzinę później dla odmiany zmarzłam i przeżyłam stres, ale o tym w ciągu dalszym, bo najpierw po kolei.

Wiecie, jak tak sobie patrzę na Wasze chwalisie to myślę, że niczego by nam nie zabrakło na tej bezludnej wyspie z plastikowych butelek. No, może kardiologa – bo chodziłybyśmy wiecznie ubzdryngolone i do kwadratu obżarte. W samych skarpetkach, owinięte patchworkami, i na milę waniejące syropem z sosny. I jeszcze chciałam dodać, że wszystko mi się podobało i mam taki pomysł-propozycję, że gdy tylko zechcecie – wysyłajcie co Wam się podoba, a ja będę Wasze chwalisie umieszczać pod kolejnymi wpisami. Bez znaczenia, czy będzie do rymu i taktu – JA Wam mówię, że to dobry pomysł.

To może teraz i ja się pochwalę. Otóż całkiem niedawno zgubiłam kurtkę i wiadro. JAK można zgubić kurtkę? No nie wiem, nie wiem. Z niektórymi umiejętnościami człowiek się zwyczajnie rodzi i one nie wymagają wielu lat nauki, ani zawodowych szlifów. Po prostu się umie, i już. Kurtki szukam od dwóch tygodni i naprawdę nigdzie jej nie ma, zaś wiadro znalazłam po trzech dniach – stało zwyczajnie w przedpokoju i mało sobie rączki ze śmiechu nie zerwało, że ja tak szukam, a ono sobie przecież tutaj stoi. Ale nic to. Głupi ma szczęście, i w kartonie z odzieżą, którą dostałam od siostry, znalazłam nie jedną, a DWIE zimowe kurtki, więc jak by nie patrzeć – jestem o jedną kurtkę do przodu.

I żeby było po kolei, to najpierw o wczoraj. Wczoraj mnie zdenerwowali polowaniem. Nie wiem kto, ale co roku przyjeżdżają, w majestacie prawa i z przyklaskiem leśnych służb. ONI. W nowiutkich, błyszczących samochodach “terenowych”, wystrojeni w odzież paramilitarną, z gałązkami świerkowymi powtykanymi w czapki i przejęci, jakby wyruszali w dziką dżunglę na wściekłego słonia. TYMCZASEM. Po tym, jak już ustawią samochody w szeregu na łące i powyciągają z bagażników swoje drogie zabawki, ze starego busa ciągnącego się za nimi wysypuje się banda najętych półgłówków, obleczonych w odblaskowe kamizelki i urządzenia do robienia hałasu, i rusza w las wypłaszać zwierzynę. I wtedy ONI, wielcy myśliwi, rozsiadają się na krzesełkach wędkarskich wzdłuż leśnej drogi, w odstępach co jakieś 10 metrów, celując z precyzyjnej broni w jeszcze cichą i nieruchomą ścianę lasu. Po tym, jak banda półgłówków przeczesze okolicę wrzaskliwą tyralierą (ho ho! hu hu! eja eja!), wystrachany zwierz pędzi przez knieje wprost na tę krzesełkową paradę łikendowych maczo. Sru-tu-tu, łubudu, trup ściele się gęsto, dziki nie mają żadnych szans. Pędzą wprost w najeżoną lufami pułapkę. Proszę uprzejmie, kilkanaście sztuk dziczyzny w dwa kwadranse, można wstać z krzesełka, westchnąć “ech, przygodo!” i wrócić do domu na pomidorową i gołąbki.

Tak przynajmniej było rok temu, gdy z premedytacją wybraliśmy się z małżonkiem na spacer, by zobaczyć z bliska współczesne polowanie. I miałam wtedy wrażenie, że w oczach jednego ze starszych uczestników tej farsy dostrzegłam zażenowanie. Nie dziwię się. Wolałabym wetknąć sobie te świerkowe gałązki w tyłek i przelecieć się nago środkiem miasta, niż w czymś takim brać udział. I wczoraj, jak i rok temu, banda pokurwionych krzykaczy przeleciała za naszą drewutnią i laskiem olszynowym wzdłuż obory, czym śmiertelnie przeraziła Irenę. Kozy były zamknięte w koziarni, właśnie ze względu na “polowanie” (z okna naszej kuchni widać ten cyrk), a gdy pół godziny po wszystkim do nich zajrzałam z wiaderkiem owsa, Irena stała na murku wpatrzona w ścianę i trzęsła się jak osika. Owsa nie tknęła, długo mi zeszło by ją przekonać, że nic jej nie grozi (nie dawała się nawet pogłaskać), no i sama się wystraszyłam, że może jest chora, albo jednak przemarzła. Godzinkę później była już na powrót sobą, a że słońce zachęcająco wyjrzało zza chmur, to pozwoliłam się kozom poszwendać pod nadzorem:

zimowa Tradycja

zimowa Tradycja2

zimowe kozy3

zimowa Irena

zimowa Bożena

zimowy Andrzej

zimowe kozy

zimowe kozy2

Jak smakuje śnieg?

Bożena je śnieg

Tak sobie…

taki sobie ten śnieg

A dzisiaj kolejny stres. Z zakupów wróciliśmy gdy już zmierzchało. Jak tylko wysiedliśmy z samochodu, samotnie tkwiący w krzakach żywopłotu kogut podniósł nerwowy lament. Gdakał jak kura, tylko dużo głośniej, i przede wszystkim był sam. Najpierw wzruszyłam ramionami myśląc, że taki ma po prostu nastrój, bo każdego czasem krew na coś zalewa, a reszta towarzystwa pewnie dawno siedzi w kurniku, bo oni nie lubią się szwendać po ciemku. Ale idąc z siatami ku drzwiom wejściowym wtargnęłam na ścieżkę usłaną kurzymi piórami. I krew mi się ścięła momentalnie, a koguci lament zyskał nową, oczywistą wymowę. Małżonek dotarł na miejsce zbrodni i zdążył tylko wypowiedzieć słowo niecenzuralne, gdy zauważyłam leżącą kilka metrów dalej kurę. Leżała, bidulka, na grzbiecie, z podkurczonymi łapkami, na śniegu. I WCIĄŻ ŻYŁA! Podniosłam ją ostrożnie, łepek jej się zakołysał, ale złapał orientację. “Ja ją zaniosę do domu, a ty poszukaj reszty” rzuciłam w pustą przestrzeń, bo małżonek już ruszył na poszukiwania.

Pięć minut później oznajmił, że obleciał wszystkie kąty, i znalazł jeszcze tylko jednego koguta. “Wszystkie kury poszły w pizdu” – zawyrokował smutno, a ja od razu pomyślałam, że dopiero co nadałam na poczcie trzydzieści dwa jajka dla Mamy nie mając pojęcia, że to nasze ostatnie. Wyszliśmy ponownie przed dom. W zapadających powoli ciemnościach, zza krzaków jałowca nieśmiało wychynął drugi kogut. Memento mori. Zrobiło się smutno, zimno, i cicho.

“Ale gdzie te wszystkie kury są??” – zastanawiałam się na głos, “coś je powynosiło w las? I nie ma żadnych śladów?”. I zaczęłam wołać. Tak, jak zawsze je wołam, gdy niosę im żarcie. “KURCZAAAKI! KURCZAKI!”. I kurczaki przyszły :) Najpierw jedna kurka, nie wiadomo skąd. Potem druga, a na końcu pięć sztuk, w sznureczku, jedna za drugą. I pozostałe dwa koguty. Nie mamy pojęcia, gdzie się schowały, ale to małe kurki i tak umaszczone, że można je pomylić z kupką zeschłych liści. Ucieszyłam się na widok dzielnych ocaleńców, one na mój chyba też, choć zaraz skwapliwie podreptały do kurnika. Dostały dodatkową porcję ziarna w ramach powetowania strat moralnych, umościły się na grzędach i teraz smacznie śpią.

A kurka, która omal nie poległa, dziś nocuje w domu, w takim kartoniku:

kura w kartonie

Nadal jest w lekkim szoku, na piersi ma goły placek po wyskubanych piórach, skrzepłą krew na głowie, której nie pozwala sobie przemyć, a lewe oko jest bolesne i nie wiadomo, czy będzie działać. Nie wiem, co ją zaatakowało. Gdyby to był lis, kura nie miałaby szans i nawet gdybym ją znalazła, to uduszoną. Obstawiam więc jakieś ptaszysko, a od wczoraj obserwujemy wzmożone patrole podniebne zarówno padlinożerców (głównie kruki), jak i myszołowów i błotniaków. Tak to jest po polowaniach, po których zwierzyna jest patroszona na miejscu, a wnętrzności walają się po obrzeżach lasu. I tak to jest, gdy nasze szeregi obrony przeciwlotniczej są osłabione. Antoni na L-4, a Laser niestety nie wyrabia w takich temperaturach w tym swoim cienkim sweterku, więc gdy wyjeżdżamy na kilka godzin, on zostaje w domu i wygląda tak:

zimowa norka Lasera

Możliwe, że nasz dzisiejszy powrót nastąpił krótko po ataku i zwyczajnie spłoszyliśmy oprawcę, ale następnym razem nie będziemy ryzykować. Mamy jeszcze z czasów miejskich specjalną, psią kurtkę dla Lasera. I chce, czy nie, sierżant Laser będzie musiał pełnić straż podczas naszej nieobecności. Bo naprawdę, więcej nie chcę się tak denerwować.

I tyle na dziś, moi kochani, bo łeb mi pęka. Wrzuciłam Antoniego na łóżko, gdzie śpi jak zabity, Laser co chwilę zagląda do kurki w kartoniku (to będzie ten rosół, czy nie?), Kotek uparł się, że chce wyjść na dwór, a po dziesięciu minutach przy minus siedemnastu, bo już spadło, rozpłaszczył się na szybie z dramatycznym “miauuu”, i tak się kończy dzień pełen wrażeń. Postaram się, żeby następnym razem było weselej.

81 thoughts on “Wsadź se pan gałązkę, czyli kura na celowniku

  1. Ola 30/12/2014 at 00:09

    Może niezbyt wesoło ale z happy endem. A kurczaki są bystrzaki, że tak się pochowały.
    Wyśpijcie się. Dobranoc…
    Aaaa… Ta Irenka takie piękne futerko ma!

    • kanionek 30/12/2014 at 12:10

      Kurczaki-bystrzaki dostały już śniadanie i profilaktycznie siedzą w krzakach :D
      A Irenka jest piękna, to prawda. Malutka, jak na dwuletnią kozę, przypomina bardziej psa, z charakteru również ;)

  2. Lidka 30/12/2014 at 02:32

    Piekne Irenkowe futerko rzeczywiscie, ale najpiekniejsza grzywka Andrzejka! Wydaje mi sie, sadzac po obrazeniach Rosolowej, ze byl to napad z powietrza i byla to spora ptica drapieznica. Bedac w kraju, widzialam w malym sklepie ogrodniczym taka mechaniczna sowe. Wydaje to jakies dzwieki czy nawet ultradzwieki odstraszajace latajace drapiezniki. Montuje sie toto na plocie czy dachu gdzies, na przyklad, w poblizu kurnika. Mysle, ze znalazlabys cos takiego w swojej okolicy. Rosolowa wyraznie przestraszona.
    A u mnie +15 C, czego i Wam zyczymy.

    • kanionek 30/12/2014 at 12:15

      Plus piętnaście?! To my sobie też tego życzymy :)
      Tak, można kupić urządzenia emitujące różne dźwięki, tylko nie wiem jak się sprawdzają przy tak ekstremalnych temperaturach, jakie tu miewamy. No i koszt – niestety muszę myśleć racjonalnie. A pani rosołowa dziś już odzyskała rezon. Najpierw zniosła jajko w kartoniku. Potem zjadła śniadanie w kuchni, popiła wodą, i zabrała się za swoje uczesanie. Jeszcze trochę się ogarnie i zażąda kawy i ciasteczka ;)

      • Ola 30/12/2014 at 12:43

        Wiwat Rosołowa, wiwat jajko!

        • kanionek 30/12/2014 at 12:54

          Wiwat zwierzaki! One się nie rozczulają nad sobą. Otrzepują się z kurzu i przykrych doświadczeń i wiedzą, że nie ma co drążyć tematu – trzeba dalej żyć ;)

    • Lidka 30/12/2014 at 16:07

      No widzisz, juz masz kolezanke do kawy!

  3. nikt wazny 30/12/2014 at 02:53

    Biedne kurki. To ile zniknelo? Brakuje ktorejs?
    I faktycznie, to zapewne nalot fruwajacych bandytow (srok tam nie macie? nie cierpie ich).
    Ale swoja droga troche mnie dziwila Wasza beztroska w kwestii rosolow (np. te samodzielne popasy w lesie), bo jako czytelniczka bloga mamofyen.ownlog.com wiem juz, ze kury sa zagrozone roznorodnymi atakami, czesto niestety zabojczo skutecznymi.
    Co do kurtki, to ja bym dokladnie sprawdzila koziarnie:) Moze tam ja zostawilas po ktorejs kozoterapii, a kozy ja potem dokladnie zagrzebaly w jakims kacie.

    Wesolych poswiat i do siego roku!

    • kanionek 30/12/2014 at 12:43

      Nie, żadnej nie brakuje. Nadal mamy osiem kurek, z czego jedna hospitalizowana, i cztery koguty. Sroki widujemy tu bardzo rzadko, a ja akurat lubię te cwane bestie, no i sroka nie jest zagrożeniem dla drobiu :)
      Beztroska, mówisz… Raczej BEZRADNOŚĆ. Wiesz, że zielononóżki to nie takie „zwykłe” kury? Moje potrafią siedzieć na drzewie, a wskoczenie na dach drewutni (wys. ponad dwa metry) to dla nich betka. Cały teren mamy ogrodzony, ale dla zielononóżki to nie jest żadna przeszkoda. Dwumetrowe ogrodzenie ich pierwotnego wybiegu, zrobione ze stalowej siatki wolierowej, pokonywały wdrapując się pionowo po siatce, i machając przy tym skrzydłami.
      To co mam zrobić? Ta rasa nie lubi ograniczania wolności, a ich zasięg żerowania znawcy określają na nawet do kilometra od miejsca „zamieszkania”. Nie nadają się do chowu klatkowego, a i kurnik muszą mieć dwa razy większy, niż współczesne nioski, bo inaczej szajba im odbija i potrafią się wzajemnie pozatłukiwać. To samo tyczy się liczebności stada – powyżej iluś tam sztuk osobniki nie rozpoznają się wzajemnie i tłuką. Takie są, i takimi je lubimy – to rasa w pewnym sensie półdzika, dumna i niezależna. A niebezpieczeństwo i nagła śmierć czyhają na nas wszystkich… Staramy się ich unikać, ale jednak wsiadamy do samochodu, samolotu, przechodzimy pod rusztowaniami ;) I – paradoksalnie – zielononóżka ma większe szanse ukrycia się przed drapieżnikiem na wolnym wybiegu, niż na ograniczonej przestrzeni. One NIGDY nie uciekają do kurnika, jakby instynktownie czuły, że jeśli drapieżnik się tam za nimi pofatyguje, to już koniec. Reasumując – martwię się o nie, ale nie będę ich więzić ze szkodą dla ich psychiki. Chyba, że masz jakiś ciekawy pomysł, na który nie wpadłam, to będę wdzięczna. Serio.

      Nie, nie ma kurtki w koziarni :) Kozy to takie małpy, że chętniej coś odgrzebią spod ściółki, niż zagrzebią w niej. Nie zostawiam u nich niczego, co mogłyby rozpracować szczękami, a i koziarnia nie jest w końcu aż tak wielka, żebym kurtki nie zauważyła. Obstawiam raczej, że zostawiłam ją w lesie, przy okazji awarii Atosa. Bo gdy przy nim czekałam, a małżonek poleciał do domu po płachtę do transportu, to przykryłam Atosa kurtką, żeby się nie wyziębiał. I mam blanka. Nie pamiętam, czy gdy małżonek wrócił z płachtą założyłam tę kurtkę na siebie, czy może odłożyłam na bok i całkiem o niej zapomniałam. Nie znajdę już raczej tego miejsca, więc jeśli kurtka tam została, to może latem jakiś grzybiarz ją znajdzie. Mogła też zostać w którymś gabinecie weterynaryjnym, wszystko wtedy działo się szybko i mam w pamięci jedną, wielką plamę ;)

      I z wzajemnością – najlepszego w Nowym Roku :)

      • Iwona 30/12/2014 at 13:08

        Ja przycinam kurom lotki, nie wylatują za siatkę. Niestety mieszkam nad szosą i zbierałam rozjechane kury, a i indyka mi się zdażyło, poza tym plaga lisów, zdziesiątkowały małą zwierzynę, a kurniki to teraz podstawa ich jadłospisu. Siatka zalana betonem, żeby nie dały rady się podkopać, i kury i lisy.

        • Iwona 30/12/2014 at 13:25

          Parę lat temu stadka kuropatw przechadzały się w pobliżu, niespecjalnie nas się bały, odlatywały kawałeczek i znów spacerek, zając co chwila wpadał w pole widzenia. Tamtej zimy widziałam parkę, w tym roku żadnej jeszcze, zające tak samo, trzy widziałam. Lisy mieszkają w pustostanach, których tu pełno i rządzą, a myśliwi nie zawracają sobie nimi głowy, ani mięsa, ani skóry, prestiż też żaden.

      • nikt wazny 30/12/2014 at 23:18

        Kanionku, przepraszam, ze tak sie wymadrzalam w poprzednim poscie, a przecie ja na kurach nie znam sie nic a nic! Tyle wiem, co wyczytalam u mamofyen (nawiasem, bardzo polecam tego bloga). Jego Autorka rowniez kilka lat temu przeniosla sie z rodzina z miasta na wies. I ma kury zielononozki wlasnie. A wiedze o nich czerpala m.in. z jakiegos forum dla hodowcow. jej kurki maja wybieg zabezpieczony rowniez z gory siatka (czyli sa w takiej duzej wolierze). Pisala tez o podcinaniu lotek. I tez lubi te swoje kurczaki bardzo:)
        Miala tez dramat w swoim kurniku: najprawdopodobniej lis wygryzl jej cale poprzednie stadko (ale to jeszcze chyba byly zwykle kury, nie zielononozki).

        Takze ten, troche sie wyglupilam z tymi swoimi uwagami…

        • nikt wazny 30/12/2014 at 23:21

          A srok nie cierpie odkad bylam swiadkiem przeprowadzonej przez nie eksterminacji malych sikorek. Rozwazalam nawet zakup procy…

          • kanionek 31/12/2014 at 00:41

            A u mnie chuliganerią trudnią się sójki. Też piękne ptaki, choć żal sikoreczek, które muszą czekać w kolejce do ochłapka słoniny, o ile sójki w ogóle coś zostawią. Co ciekawe, tej zimy ani jedne, ani drugie nie pojawiły się jeszcze po prośbie. Może obecność Rosołów je deprymuje?

        • kanionek 31/12/2014 at 00:30

          Nikt wazny, i inni dobrzy ludzie, oto apeluję do Was. Nie przepraszajcie, albowiem się nie gniewam. Wszyscy mamy jakieś zdanie, wszyscy czasem zdanie zmieniamy, nic wielkiego. Ja mam kury dopiero nieco ponad pół roku, też się wiele o nich naczytałam, a drugie tyle na doświadczeniu nauczyłam, a trzecie tyle pewnie jeszcze przyjdzie mi się nauczyć, więc piszcie co macie do powiedzenia, bo może akurat sobie coś z tego wyciągnę na przyszłość.

          Nikt wazny, a orientujesz się, ile tych kur na jakim areale ma wspomniana mamofyen? Nie ukrywam, że dla mnie zabezpieczenie wybiegu od góry siatką jest obecnie zbyt kosztowne. I choć wybieg (ten pierwotny, gdy kurczaki były jeszcze malutkie) ma jakieś 100 m2, to dla tych dwunastu kurczaków to jest jak kuweta dla kota. W dwa tygodnie byłaby na nim pustynia. Pani J. tak właśnie trzyma swoje kury – drepczą cały dzień po ubitym klepisku, ale im to pasuje – dostają swój granulat „Nioska2” i nic więcej od życia nie pragną. Moje by się chyba powiesiły na suchej gałęzi, z nudy i frustracji ;) A do tego ich dieta składa się głównie z zielska i robactwa, więc im większy obszar poszukiwań, tym dla nich zdrowiej.

          Fakt, że lis się jeszcze do nas nie dobierał. Nie wiem czy to dlatego, że psy zawsze były na zewnątrz, czy może populacja jest tu niska. Lisy widujemy czasem na polu, raz nawet dwa rudzielce spacerowały nad stawem, ale na podwórko żaden nie zajrzał. Liczę na to, że Rosołowie pozakładają rodziny w przyszłym roku i kur będzie więcej. I że wszystkie żyć będą długo i szczęśliwie :)

          • nikt wazny 31/12/2014 at 01:00

            Oj, nie pamietam ile teraz tych kur jest, bo wiosna pojawily sie mlodziaki:) Nie znam tez powierzchni tego wybiegu. Mamofyen wypuszcza tez kury poza te „woliere”, z tego co pamietam, ale pod nadzorem i jeden pies zdaje sie jest wowczas zamykany w domu, bo jego zainteresowanie kurami jest nieco hmm, przesadne;)

          • kanionek 31/12/2014 at 22:09

            Ha. Zainteresowanie naszych psów CZYMKOLWIEK nowym na podwórku też zawsze było przesadne ;) Z Tradycją oswajaliśmy je chyba ze dwa tygodnie. Najpierw „widzenia” przez siatkę małego wybiegu. Potem kontakty bliższe, przy czym psy na smyczy i w kagańcu. Z kurczakami to samo – prawie trzy tygodnie tylko oglądanie, bez kontaktu, a Laser sterczał przy siatce dzień w dzień napięty jak struna w fortepianie i już myśleliśmy, że nigdy mu się nie znudzi.
            Laser jest najgorszy – przy pierwszym spotkaniu zabiłby na miejscu, ale gdy zrozumie, że to „nasze”, i trzeba kochać i pilnować, to wtedy z kolei włosa z głowy ni pióra z d… nie pozwoli ruszyć. Wyjątkiem były kury, którym parę razy oberwało się od Lasera za… hałas, jaki robiły, gdy koguty się do nich dobierały. Tearz wszyscy się do wszystkich przyzwyczaili, ale gdyby wprowadzić cokolwiek nowego do stada – kota, psa, gęś czy wielbłąda – całą procedurę oswajania trzebaby zaczynać od nowa. Ale chyba znów piszę nie na temat.

  4. nikt wazny 30/12/2014 at 02:54

    Kozy wygladaja kwitnaco – na okolicznosc zimy zafundowaly sobie bardzo szykowne futra.

    • kanionek 30/12/2014 at 12:44

      Tak. Największe postępy w przyroście futra robi Bożena, przez co wydaje się jeszcze grubsza, niż była ;)

  5. diabel-w-buraczkach 30/12/2014 at 07:33

    Pieknie wyglada Tradycja na sniegu, w zachodzacym sloncu! Istna Królewn Sniezka :)
    A „mysliwi”, hmmm. Az sie krew w zylach gotuje, wiem. To musza byc naprawde bardzo „mali” i niespelnieni ludzie. Chyba.

    • Iwona 30/12/2014 at 11:45

      U nas w niedzielę rano też polowanko było, może to ichnia jakaś okazja była, czy cóś. Pełno myśliwych u nas i wędkarzy, tymi pierwszymi gardzę, do tych drugich nic nie mam.

    • kanionek 30/12/2014 at 12:47

      Tradycja, moja łabędzica :) Ma w sobie jakiś naturalny wdzięk, choć rozumku może nie za wiele ;)
      Myśliwi. No właśnie. Ja rozumiem hobby, choć przykro, że wiąże się z zabijaniem, ale nie gdy jest realizowane w taki sposób.

  6. baba Aga 30/12/2014 at 12:45

    Też gubię i też się tego nie musiałam uczyć, tak mam od zawsze, zwalam winę na skrzaty, bo przecież ślepa nie jestem, spostrzegawczość ćwiczę ( mahjong) to nie możliwe żeby stało i się śmiało tam cały czas. Ostatnio zgubilam zimowe robocze buty mężczyzny mojego rozmiar 46, to są naprawdę duże buty, zima jest, butów nie ma.

    • kanionek 30/12/2014 at 12:53

      :D To może masz tak, jak ja. Czasem schowam coś właśnie po to, żeby się nie zgubiło. TYlko potem nie wiem, gdzie schowałam :)

      • Iwona 30/12/2014 at 13:02

        Ja też tak mam, schowam, żeby nie zgineło i nie mogę znaleźć potem, nadgorliwość gorsza od faszyzmu;-)

      • diabel-w-buraczkach 30/12/2014 at 13:06

        Dobrze schowac, zeby sie nie zgubilo… taaa. :) Ja tak wlasnie ostatnio schowalam sobie takie fajowe metalowe zapiecie, do którego mialam wyprodukowac breloczek. Przepadlo jak kamien w wode, breloczek wisi na zwyklym kólku.

        • bila 30/12/2014 at 21:23

          U mnie, jak czegoś nie można znaleźć, to znaczy, że jest na swoim miejscu. Może u Ciebie, Kanionku, też tak jest? Masz, rację, od zwierzaków można się nauczyć tego nastawienia ,,Ku życiu”. Pozdrawiam poświątecznie!!

          • kanionek 31/12/2014 at 00:57

            @bila

            Ha ha! Tak, na swoim miejscu! Tylko GDZIE ono jest :D

            A o tych kurczakach to już z małżonkiem kilka razy sobie rozmawialiśmy. Że jak to jest – móżdżek wielkości ziarnka grochu, a rozumek swój mają. Drogi do domu nie zgubią, żarcie wykopią i spod ziemi, a gdy na niebie pojawi się orła cień, kto pierwszy zauważy ten ostrzega resztę i cała ferajna rozpierzcha się po krzakach. Siedzą potem w tych badylach i gdaczą do siebie po cichutku: „po-po-poleciał już?”, „nie-nie-nie, jeszcze krąży”, „to już? to już?”, „tak-tak-tak, już można”. I wychodzą robić swoje :)

  7. pluskat 30/12/2014 at 13:31

    A nie ma strat wśród naganiaczy? Tu, gdzie mieszkam, wciąż zdarzają się jakieś wypadki: czyjś szwagier poszedł w krzaki za potrzebą i myśliwy wziął go za dzika itp. W dzień Bożego Narodzenia natknęłam się na tabliczkę „Uwaga! Nagonka na grubą zwierzynę”. Niczego nie uszanują! WOLNOŚĆ DLA ZIELONONÓŻEK!

  8. mp 30/12/2014 at 13:38

    Niechże kura się wykuruje szybko, bo się robi z Kanionkowego domu lazaret :)
    A co do tajemniczych czarnych dziur w pamięci i w domach – ostatnio się bardzo ucieszyłam, bo znalazłam nówka funkiel sztuka nieśmigany otulacz, co go zrobiłam jesienią i po sesji zdjęciowej na jałowcu zaginął był. Z tej radości dokupiłam do niego wielce pasującą czapeczkę , zamierzałam zadać szyku w święta. I pewnie bym zadała, ale dla odmiany zniknęła czapeczka… O miętowych czekoladkach od Mikołaja nie wspomnę, może trafił się wśród porządnych gości jakiś miętowoczkoladkowy skrytożerca…
    O „polowaniu” się nie wypowiem, bo byłoby brzydko- naprawdę w ten sposób prowadzi się teraz ubój zwierząt, bo przecież polowaniem tego nazwać nie można ?! Inaczej sobie to wyobrażałam- cóż, jako mięsożerca nie udaję, że kotlet nie ma nic wspólnego z prosiaczkiem, ale nie jest mi obojętne, jaka jest jakość życia i śmierć zwierzęcia.

    • Iwona 30/12/2014 at 14:16

      Niestety tak, jak Kanioek napisała. Optyczne celowniki, noktowizory nawet mają, co jest niedozwolone chyba, ale wiecie, kto bogatemu zabroni. Zwierzęta nie mają żadnych szans. Są jeszcze ci prawdziwi, myśliwi z zasadami, z leśnych rodów, szanują zwierzynę, opiekują się, przestrzegają reguł. Najgorsi są ci niedzielni, z super sprzętem, w super ciuchach, ot pobawić się na weekend przyjadą, jatkę zrobią, na facebooka zdjęcia wrzucą.

      • Lidka 30/12/2014 at 15:08

        Moj tesc nalezy do klubu lowieckiego. Raz nawet mialam szanse przygladac sie takiemu polowaniu. Zbiera sie dziesieciu gosci, rozpalaja ognisko w lesie, jedza bigos i czekaja. Wylazlam nawet z nimi na ambone. Kiedy z lasu wyszlo stadko elkow, bardzo intensywnie i dlugo sie im goscie przygladali, nie usilujac nawet wykonac strzalu. Zapytalam potem dlaczego. Poinformowano mnie, ze stadko bylo mlode i zdrowe i zaden osobnik nie odstawal. Nie bylo wiec potrzeby odstrzalu. Mysle, ze prawdziwy mysliwy to czlowiek o wysokim stopniu moralnosci i etyki. Te bubki z noktowizorami do tej kategorii nawet sie nie kwalifikuja.
        Moj Rafal jest wedkarzem zapalonym. To znaczy wlasciwie takim, ktory lapie rybe, robi sobie z nia zdjecie i wypuszcza z powrotem do wody. Jakby mial rzeczywiscie rybe wyfiletowac to chyba by zemdlal…

        • Iwona 30/12/2014 at 15:28

          Mój ojciec jest wędkarzem, to nawet nie hobby już, to jakiś nałóg, łódkę sam zrobił sobie, zarejestrował. Deszcz, komary, śnieg, mróz, śmig na ryby i śmig na ryby. Kiedyś rosówki mu się rozlazły po lodówce, bo pojemnika nie domknął, mama mało apopleksji nie dostała i wywaliła ojca z lodówką do garażu. A ryb też nie wyprawia, on, jak prawdziwy facet, łowi, przynosi do domu zdobycz, a kobiety już resztę niech robią ;-)

          • Iwona 30/12/2014 at 16:24

            „Prawdziwy” facet, tak miało być, bo uważam, że, jak łowi te ryby, to powinien też je oprawiać.

      • Iwona 30/12/2014 at 15:55

        Kanionek, oczywiście, wybacz.

        • kanionek 30/12/2014 at 16:52

          Aaaale co mam wybaczyć? Wędkarstwo? Sama poleciałam wyrobić i opłacić kartę wędkarską, gdy miałam 16 lat. Mam cały potrzebny sprzęt, nawet kuferek specjalny, i wystarczy mnie zrzucić z tym całym bajzlem nad jakimś jeziorem, a reszta świata przestaje istnieć.
          Ale babrać się z tymi rybami też nie lubię, więc najczęściej po wyjęciu haczyka wypuszczam z powrotem na woność. Wyjątkiem są większe okonie, no i jeden miętus, kiedyś przypadkiem złowiony – pyszny był :)

          • Iwona 30/12/2014 at 18:13

            Nieee, literówkę w pseudo, znów zgubiłam, i koment źle umieściłam. Ale, ale skoro przy zimie jesteśmy, mam pytanie, jak u Was z odśnieżaniem? Zawiewa drogę i co wtedy?

          • kanionek 30/12/2014 at 18:30

            Ech. Ta nasza droga taka po części gminna, w dodatku na pograniczu dwóch gmin, a trochę leśna, w sensie że Lasów Państwowych własność. ALe przyjeżdża pług, to z jednej gminy, to z drugiej, czasem rano, czasem pod wieczór, a bywa, że wcale. Chyba tylko raz zdarzyło się, że jak po odśnieżaniu i tak nawiało w jednym miejscu z pola, to musieliśmy sobie sami odgarnąć, żeby samochodem przejechać, za to częściej zdarza się, że pan pługowy zostawi nam śnieżną skarpę tuż pod bramą wjazdową :) Nie obsługiwałam nigdy pługu, więc nie wiem, czy to dlatego, że miałby problem wymanewrować, czy może mu się nie chce. Ale to już pikuś. Gorzej z podwórkiem, bo tu już wiadomo – sami musimy.
            Iwona, a jaką macie szuflę do śniegu – własnej roboty, czy może coś dobrego ze sklepu możesz polecić? Bo te tanie, plastikowe dziady są do niczego, jedną już połamaliśmy, a druga jest powiązana do kupy na druciki ;)

            Pojawiam się i znikam, bo za dnia zajmowałam się kurnikiem i koziarnią, a teraz kotlety mielone robię.

          • Iwona 30/12/2014 at 18:16

            Patrząc po zdjęciach, u mnie śniegu dwa razy więcej, mróz -11 teraz, jakby wiatr był, to nasza droga n- tej kolejności odśnieżania, już byłaby zawiewana.

          • Iwona 30/12/2014 at 19:36

            Jak znajdę zdjęcia, to prześlę Ci, jak wygląda nasza droga zawiana, nic nie przejedzie, fadroma nas odśnieża, a moje dzieci mają sztuczne górki, a raczej góry do zjeżdżania:-D . A szufle te typowe do śniegu są do bani, łamią się i pękają. Mamy takie plastikowe, do zboża, węższe są, ale wytrzymałe, już kilka lat na nich jedziemy i latem i zimą. Mogę focię pstryknąć jutro. Kosztują około 40 złotych, ale naprawdę są porządne.

          • kanionek 30/12/2014 at 21:42

            O, fajnie. Jak będziesz miała chwilę i wolę, to ja chętnie tę szuflę obejrzę. I zawianą drogę też. Nasza droga ciągnie się głównie lasem, więc wiatr tam dużo nie namiesza, za to pod koniec jedzie się między łąką i polem uprawnym, no i tam zdarzają się wydmy. Ale nie Giewonty ;)

          • Iwona 30/12/2014 at 19:47

            Produkuje je Kwazar, kupiłam je w rolniczym sklepie, nie pamiętam, ale ze cztery lata temu, i jedyny uszczerbek to odpadła ta metalowa listewka.

    • kanionek 30/12/2014 at 22:15

      No właśnie – szpitalik na leśnych peryferiach tu mamy. Jutro będzie próba reintrodukcji Rosołowej do środowiska naturalnego. Lewe oko na razie nie rokuje większych szans na powrót do sprawności, ale jak wiadomo z ludowych przypowieści, i ślepej kurze trafi się w życiu jakieś ziarno. Myślę, że sobie poradzi.

      Mp, ja mam taki interesik do Ciebie – jak ten sos zrobić z pomidorów – zmiksować i tyle?

      • mp 31/12/2014 at 10:31

        Zaraz tam zmiksować, na łatwiznę byś chciała pójść ! :) Wrzucam do garnuszka, gotuję i odparowuję, można zmiksować, jak nie całkiem się rozgotuje. Dodaję sporo oregano (rośnie mi w ogródku jak chwast, mogę ci wysłać na wiosnę, jeśli nie masz). Może być też bazylia i szczypta tymianku, ale właściwie oregano wystarczy. Jak ma już konsystencję podłego koncentratu marketowego- rzadsze niż Pudliszki- wystarczy :) Pychota do smarowania ciasta pizzowego pod dodatki i potem na wierzch. Jak lubisz pizzę na cienkim cieście , to znalazłam też fajny przepis w internecie, wychodzi super, mogę wrzucić linka.

        • sieka 31/12/2014 at 12:42

          tu Sieka, poproszę też o linka do cienkiego ciasta na pizze, bo to co wypróbowałam nie spełnia moich oczekiwań (tu nos do góry pod chmury)

          • kanionek 31/12/2014 at 15:22

            Spróbuj stąd: http://www.ciastonapizze.pl/cienkie/
            Generalnie strona poświęcona ciastu na pizzę. Mi wychodzi raz lepsze, raz gorsze, temperatura wypieku też moim zdaniem się liczy, zawsze jest jadalne, ale takie jak w pizzerii wyszło mi tylko raz w życiu :)

        • kanionek 31/12/2014 at 15:22

          @mp

          Ale zara zara. Mówimy o pomidorach suszonych, czy tych pasteryzowanych żywcem?

          • mp 31/12/2014 at 18:14

            Żywcem :) Suszone zjadam na kanapkach i w sałatkach.
            Przepis na ciasto pizzowe biorę stąd : http://fotokulinarnie.pl/przepisy/oryginalne-wloskie-ciasto-na-pizze-i-sos
            Nie bawię się w rozciąganie, normalnie cieniutko wałkuję, mąki włoskiej nie używam, a i tak wychodzi super ! Surowe ciaso smaruję sosem pomidorowym, na to mozarella, tuńczyk albo salami, cebulka, pieczarki surowe w plasterkach, czasem kapary albo co tam się pod rękę nawinie i buch do piekarnika. Pychota !

          • kanionek 31/12/2014 at 21:44

            Tak myślałam. Jednak stojąc w piwnicy jak ten osioł, jednym okiem łypiąc na pomidory pasteryzowane, drugim na te suszone, a trzecim, czyli latarką, szukając nietoperza, który zmienił lokalizację (inna dziurka, półtora metra dalej), mało z głodu nie padłam, i w końcu postawiłam na oszczędność czasu – sos został wykonany ze zblendowanych pomidorów suszonych z dodatkiem keczupu domowego. Wszystkim nam dwojgu smakowało, a następnym razem będzie z tych drugich pomidorów.
            Zajrzałam pod link, który podałaś – no, to brzmi i wygląda obiecująco. U mnie problem największy prezentuje sobą samo pieczenie. Mam bowiem do dyspozycji jeno ten kombiwar, który dostałam od Eli z Łodzi (ELA, GDZIE JESTEŚ??), a on ma problem żeby upiec ciasto od spodu. Temperatury też osiąga jakie ma akurat ochotę, więc muszę się trochę nakombinować, ale jak się opanuje parę chytrych sztuczek, to wszystko można ;)

  9. Lidka 30/12/2014 at 16:01

    Sorry, Iwona, bo ja tak jak i moj malzonek: jakbym miala rybe wyfiletowac tez bym zemdlala. Nawet na Wigilie juz kupilam przygotowane filety. No bo karp z tego akwarium sklepowego tak jakos zalosnie na mnie patrzyl…

    • Lidka 30/12/2014 at 16:05

      A jakbym miala wyzyc z tego, co moj maz upoluje czy zlowi i przyniesie do domu- juz dawno umarlibysmy z glodu!

      • Iwona 30/12/2014 at 16:18

        Ja karpia nie jem, nie robię, nie lubię, właściwie lubię tylko te małe sumiki, które u nas koluchami nazywają. Twój Mąż jest bezkrwawym hobbystą.

  10. Lidka 30/12/2014 at 16:40

    Ja tez karpia nie jem. Z ryb to raczej losos i tunczyk z puszki, a wigilijne filety byly z ryby o nazwie orange. Nie mam pojecia, co to za ryba, ale smaczne byly.

    • kanionek 30/12/2014 at 21:57

      Jak już o rybach gadamy, to i ja swoje trzy dorsze dorzucę.
      Ja też lubię łososia, zwłaszcza smażonego po uprzednim leżakowaniu z taką posypką: sól, pieprz, czosnek z praski, koperek (może być mrożony), sok z cytryny. Potem delikwenta w mące umoczyć i na patelnię. Pod koniec smażenia położyć na gorącym kawałku ryby plasterek masła.
      Tuńczyk z puszki – no ba! – ale tylko duże kawałki w oleju. Miłością pałam też dozgonną ku małym okonkom smażonym na chrupiąco.
      Dorsz jest niezawodny, szczególnie lubię zwarte i mięsiste filety z dużych okazów, a z ryb niedostępnych w moich okolicach – makrelę. Smażona makrela jest bardzo smaczna, i absolutnie bezproblemowa – nie rozpada się nigdy, nie wychodzi ani za sucha, ani za mokra, choćby nie wiem jaki lajkonik się za nią zabrał… Ale się rozmarzyłam.
      Mama ostatnio podjęła mnie obiadem rybnym – filecik z karmazyna. Bardzo, bardzo w moim guście, choć to niestety znów jedna z droższych ryb, a w tej części końca świata nikt o niej nawet nie słyszał. A wczoraj w sklepie oczy nam na wierzch wylazły jak jakiemuś rekinu, na widok dorsza mrożonego w glazurze z lodu 10%, cztery dychy za kilogram.

      • mp 31/12/2014 at 10:35

        Czterema łapami podpisuję się pod twoimi rybnymi preferencjami ! Choć karpiem też nie pogardzę… Ja jeszcze dorzucę zupę rybną, którą gotuję ze świeżych ryb i zjadam sama, bo mój Milaczek wzdraga się :)

  11. Ynk 30/12/2014 at 23:30

    Uff.. miała tym razem szczęście Rosołowa.
    A to, co opisałaś to ani polowanie, ani cyrk nawet (bo jakie tu „sztuczki”, „akrobacje”?), a pospolita, tępa podłość.
    ‚Koziniec’ malowniczy wielce w tej zimowej scenerii, i dorosłe jakieś całe towarzystwo zda się.
    Tabletki na ‚chcenie’? Niepotrzebne. To normalny stan po tak intensywne pracy, jaką masz za sobą. Teraz pora na wolniejsze tempo, a ‚chcenie’ samo z czasem się odbuduje.

    • kanionek 31/12/2014 at 00:47

      Tak mnie usprawiedliwiasz, że aż prawie sama w to uwierzyłam :D Mam wrażenie, że jestem jak ten kulisty krzak, co się wala po pustyni poganiany wiatrem. Jakaś taka pusta w środku, sucha i łamliwa… O, paznokcie mi się łamią, włosy rozdwajają (a ostatni raz im się to zdarzyło w liceum), łeb mi pęka. Może to jednak przyspieszona menopauza. Albo zwykła, pospolita dodupowatość zimowa :-/

      • mp 31/12/2014 at 10:41

        Ale wiesz, że ten krzak żyje i jak się czegoś uczepi i dostanie trochę wody , to odżywa ? I jak fajnie się nazywa, „pieriekati polie” w wersji zza wschodniej granicy.
        A serio- zmęczona jesteś pewnie, wychodzą te letnie i jesienne kłopoty z wodą, stres związany z chorobą piesa i takie tam. Będzie lepiej !
        I na pewno już w przyszłym roku, czego Tobie, załogantom Kanionkowa i Obory Kanionka życzę z całego serca ! :)

        • kanionek 31/12/2014 at 21:59

          O, serio? Idzie odwilż, to może i ja się gdzieś nawilżę i ukorzenię ;)
          Najlepszego, mp, i niech Ci się zawsze oczka równo na druty nawijają (wiem, nie mam pojęcia o czym mówię), a jak do mnie koło fortuny uśmiechnie się uśmiechem Magdy Masny, to ja u Ciebie zamówię takie czapeczki na krzesła, jak sobie zrobiłaś na taboret :)

  12. Kachna 31/12/2014 at 13:34

    Heja!
    Ja z życzeniami bo potem nie wiem gdzie będę….
    Wszystkim – ale to wszystkim – życzę LEPSZEGO Nowego Roku. Najbardziej sobie….
    Zdrowia i zabliźnienia wszystkich ran ciętych, szarpanych i innych.
    Słońca.
    Deszczu.
    I chmurek.Dużo. (Ktoś mi powiedział, że do chmurek przyczepiamy złe sprawy i myśli i one odfruwają.)
    Wiary. W ludzi mimo wszystko.
    Wiary w siebie. Mimo wszystko.
    I piosenka odkryta na płycie ..dla dzieci:))

    https://www.youtube.com/watch?v=ZCSf8a-Gexs

    Do wysłuchania obowiązkowo!!!

    I tego się trzymajmy!

    • Iwona 31/12/2014 at 17:07

      Wszystkim Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy. A tak poważnie, życzę Wam ( i sobie), jak najwięcej radości, jak najmniej stresu, niech będzie to dobry, spokojny rok. Buziaki
      A kto się bawi, temu udanej sylwestrowej zabawy, a kto w domu, temu miłego sylwestrowego posiedzenia lub pospania, aby było miło:-)

      • kanionek 31/12/2014 at 21:50

        Niech będzie dobry i spokojny, bardzo tego potrzebuję. Piniondzów też sobie życzę, i Tobie Iwono, i nam wszystkim, bo wiadomo, że nie o fortunę chodzi, tylko o przeżycie.
        Ja się bawię świetnie – małżonek właśnie szedł zajrzeć do pieca przy akompaniamencie nuconej pod wąsem (wąs z pyłu węglowego) piosnki „Chrześcijanin tańczy”, jak wrócił zapuścił u siebie Tinę Turner „You’re simply the best” (myśli, że to o nim), a teraz piłuje jakiś death metal. A to podobno ja mam niezintegrowaną osobowość, silnie labilną emocjonalnie ;)

        • Iwona 31/12/2014 at 22:05

          U nas cisza dla odmiany, ale zwykle stary punk rock rozsadza okolicę :-)

    • kanionek 31/12/2014 at 21:55

      Zaraz posłucham, jak tylko za ścianą umilknie „Slave to the grind”.
      Kachna, Tobie tylko słońca, bo na co Ci deszcz, najlepiej pod palmami :)
      Wracaj zadowolona, gdzie byś nie była, Kozo Wędrowna :-*

  13. mitenki 01/01/2015 at 00:35

    Kanionku drogi! Nie umiem składać życzeń tak pięknie jak poprzedniczki. W Nowym Roku życzę Ci przede wszystkim zdrowia (wszystkim mieszkańcom Kanionkowego królestwa, dwu- i czworonożnym oraz skrzydlatym) i pieniędzy, bo jak zdrowie dopisze i komfort w sprawach finansowych będzie to reszta też się ułoży :)

    Kozy jak zawsze śliczne, zabawne że każda z nich jest inaczej umaszczona :) Zastanawia mnie zawsze, czy jak idziesz z nimi na spacer do lasu czy na łąkę, one chodzą za Tobą czy prowadzisz je na smyczach jak pieski?

    • kanionek 01/01/2015 at 01:01

      Latem same chętnie za mną idą, a czasem przede mną, ale generalnie starają się nie stracić mnie z oczu. Idziemy taką niezorganizowaną grupką, w której czasem ktoś zamarudzi z tyłu i zaraz dogania resztę w radosnym galopie, ktoś się z kimś dla zabawy na łby posiłuje, a ktoś inny komuś mniejszemu od siebie przydzieli karne pchnięcie z czółka w tyłek ;) Teraz już w sumie nie ma po co się szwendać po lesie, ale jeśli zrobi się trochę cieplej, pójdziemy poszukać jeżyn – można jeszcze dorwać zielone liście.
      Tradycję na początku prowadzałam na smyczy, bo nie byłam pewna jak się zachowa np. w sytuacji stresującej. Potem, gdy przybyli do nas Bożena, Irena i Andrzej, Bożenę trzymałam na smyczy jako przewodniczkę stada, ale szybko okazało się, że to zbędne. Nawet gdy się czegoś przestraszą, to albo lecą do mnie, albo – jeśli jesteśmy w miarę blisko domu – bezbłędnie trafiają do koziarni.

      Dziękuję za życzenia i masz rację – ze zdrowiem i pieniędzmi można wszystko, czego i Tobie życzę :)

      • Ewa z Łodzi 01/01/2015 at 01:35

        No jak to gdzie jestem, w Łodzi niestety jestem. I przy okazji w czarnej de.
        Ale jak już wychynęłam, to życzę Tobie i Mężowi w Nowym Roku wszystkiego,co Wam się tylko zamarzy. I żadnych lazaretów więcej.
        Ela to tylko w sprawach urzędowych ( poczta), tak na codzień uważam się za Ewę ( moje drugie imię).
        Wiesz, jak mi jest tak całkiem smutno, to pomagają wisienki od Ciebie.

        • kanionek 01/01/2015 at 19:27

          Ewa, przepraszam, oczywiście, że Ewa! Jeszcze masz te wiśnie??
          A w Czarnej De chyba jakaś promocja trwa, bo coraz więcej osób się tam wybiera :-/
          Jak najkrótszego pobytu więc życzę i słonecznej reszty Nowego Roku :)

  14. Lidka 01/01/2015 at 02:17

    Drogi Kanionku z Malzonkiem, drogie Kolezanki Kozy z OK, drogie kozy, piesy, koty i Rosoly, w tym nowym roku, zyczymy Wam razem z Rafalem, Swietego Spokoju. Po 42 latach spedzonych na tej ziemii doszlismy do wniosku, ze to najdrozszy i najbardziej chodliwy towar na swiecie i nie ma takiej ilosci pieniedzy, zeby zacz zaplacic. Dosiego!

    • kanionek 01/01/2015 at 19:23

      TAK! Święty spokój jest taki nieuchwytny. I wiecznie mami nas obietnicami – że niby jak już TO i TAMTO załatwimy, to on przyjdzie. Ale zamiast przychodzić, wysuwa wciąż nowe postulaty ;)

      Lidko i Rafale, dziękujemy i życzymy Wam duuużo świętego :)

  15. Ynk 01/01/2015 at 13:48

    Niech Ci Las, Okoliczności Przyrody, i Człowiek na Drodze sprzyjają, Zwierzyniec zdrowo chowa, i nie boli głowa:-)
    A Kozom czworonożnym i dwunożnym, bardziej i mniej rogatym swobody, trawy zielonej, nieba niebieskiego, słońca ciepłego grzbiety grzejącego!
    (Właśnie dostałam ‚message’ od poczty, która to tłumaczy się, że nie wysłała moich zdjęć m.in. z wisienką na śledziu, czy też wisienką na kalendarzu z powodu, że skrzynka jest full. Same powody do radości: że full, znaczy Kanionek ma powodzenie, a śledź trochę blado wypadł, bo za krótko się kąpał w zalewie wiśniowej, czyli mam czas na poprawę potrawy ;-) )
    Najlepszego!

    • kanionek 01/01/2015 at 19:19

      MÓJ SERWER KŁAMIE JAK Z NUT! I jeśli coś mu się zapchało, to na pewno nie moja skrzynka. Spróbujesz wysłać jeszcze raz tego śledzia? Może się jednak przeciśnie :) Możemy też poczekać na poprawionego, tylko nie zapomnij.

      Tobie również najlepszego, Ynk :)

  16. zeroerhaplus 01/01/2015 at 13:53

    Się podpinam pod wszystkie życzenia, jakie zostały tu wypowiedziane (sprytnie, wiem ;), bo i tak nic lepszego nie wymyślę.
    Tak, że więc ten tego, DOBREGO ROKU WSZYSTKIM :))

    PS. Dzielne te kuraki, oj dzielne.
    A koziuty tak pozarastały, że Ty je faktycznie zamykaj podczas polowań, bo jeszcze się jakiś patałach strzelający na futerko połasi, toż to sobole z norkami skrzyżowane wymiękają przy tych kozich ubraniach :)
    Swoją drogą, Pecik to już nie Anrzejek, tylko pan Andrzej.. ach, jak one szybko rosną…

    • Iwona 01/01/2015 at 15:37

      Ja wysłałam też dwa maile, na stary adres, bo tu mi pokazuje serwer, że stanowię zgrożenie :-D

      • kanionek 01/01/2015 at 19:36

        :D Spoko, mnie też tak kiedyś potraktował ;)
        Maile to te z szuflą i śniegiem na drodze? Bo te dostałam, dziękuję :) I faktycznie, szufelka może mniejsza od tej typowej do odśnieżania, ale wygląda solidniej, więc takiej sobie poszukam. A na razie prognozy widzą deszcze niespokojne i bardzo potargany sad – może to na tę wichurę tak mi łeb od kilku dni pęka?

    • kanionek 01/01/2015 at 19:33

      Najlepszego, Zeroerha :)
      Na Irenę to ja sama patrzę zazdrosnym okiem…
      Pan Andrzej, mam wrażenie, całe żarcie lokuje w atrybutach męskości: ma wielki dzwon, imponujące poroże, i gęstą, coraz dłuższą brodę. Ale jak go pomacać pod tym aksamitnym futrem, to same kości! Nie wiem, może tak ma być? Ale beczy wciąż jak dzieciak.

      • zeroerhaplus 01/01/2015 at 21:58

        :D
        Nic się nie martw, niektórym to na całe życie zostaje – dzwon jak zygmunta, a beczy, jak dzieciak ;)
        Da się z tym żyć ;))

  17. Fredzia 01/01/2015 at 16:13

    Spokoju i zdrowia.
    A że wczoraj nie było pierwszego a dziś krucho z drugim (wchodzenie w nowy rok tanecznym krokiem w pewnym wieku zagraża życiu lub zdrowiu), inwencja twórcza śpi zakopana pod pierzyną.
    Dlatego zostawiam Państwa w towarzystwie dużo bardziej elokwentnego gorzyka ;) https://m.youtube.com/watch?v=F0a7DHcOp0E
    Śmiechu, Panie i Panowie.
    Żeby nam nie zabrakło siły i powodów do śmiechu :)

    • kanionek 01/01/2015 at 19:44

      A ja się nie pośmieję, bo internet mam dzisiaj reglamentowany i idzie jak krew z nosa, ale nie szkodzi. Małżonek przyniósł mi do łoża boleści (tak, znowu młot parowy w czaszce) Królową Margot (w sensie, że film), to się pogapię, a później odpłynę.
      Zdrowia, Fredziu, forsy w materacu, wiatru w plecy i lekkiej pracy :)

  18. pluskat 01/01/2015 at 16:26

    Kanionku i Szanowna Oboro! Spokoju a nawet pokoju, nie mowiac o juz o zdrowiu, milosci i finansach!

    • kanionek 01/01/2015 at 19:50

      Dzięki, Pluskat :) Niech to będzie dobry rok dla nas wszystkich, a Szanowna Obora niechaj pęka w szwach – bo w kupie i cieplej, i weselej ;)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa