Dziadek w zaułku, czyli słowo dla niewiernych

A kuku! Dwa wpisy jednego dnia, czy może nocy. Każdy po trosze o zakupach, ale tematycznie rozbieżne, więc się zmusiłam i dokonałam rozmnożenia. Mam jeszcze materiału na trzeci, ale niczego nie obiecuję. Wolę robienia czegokolwiek wyduszam z siebie jak resztki pasztetu ze świńskiego jelita.

Antoni śmierdzi jak ciemny zaułek dworca kolejowego. Wszyscy znamy takie zaułki. Myję go wilgotną szmatką, osuszam ręcznikiem papierowym, ale to wszystko na nic, gdy leje się z niego nieustannie. Skóra jest sucha, nie ma odparzeń ani nic w tym stylu, tylko sierść cuchnie moczem na dwa metry. Wiem, bo Atos z uporem maniaka tkwi wieczorami przy moim łóżku, tuż pod moim nosem. I tu poruszę wątek pieluch.

Próbowałam różnych wynalazków, i jeszcze raz dziękuję za Wasze podpowiedzi. Ja niestety nie mam wyobraźni krawca i osobiście uważam, że to wielce niesprawiedliwe, gdyż mój dziadek rodzony był krawcem, takoż i żona jego a babcia moja. Moje ciotki, a wspomnianego dziadka córki, w czasach peerelu same szyły ubrania sobie, koleżankom, i nam, siostrzenicom. Pamiętam kolorowe “Burdy” i inne gazety lub czasopisma, ciężkie, wielokrotnie używane, nad którymi ciotki siedziały z wypiekami na twarzy kombinując, jakby tu z wystanego w kolejce metra materiału wykroić elegancką bluzeczkę, czy coś w tym stylu. Piszę “coś w tym stylu”, bo ja się nawet na stylach nie znam. Kompletnie. Falbanki, fiszbiny i firanki to dla mnie jedno i to samo. I kojarzy mi się z wielorybem tylko. Mój styl to buty (mam obecnie 3 pary plus kalosze i te prostackie kapcie w dziurki), spodnie (najlepiej czarne dżinsy) i koszulka latem a sweter zimą. Ewentualnie bluza jakaś z butelek wytopiona. I moja kurtka nigdy nie pasuje do reszty, a torebki nie mam na całe szczęście. Kiedyś podobno umiałam się CZASEM ładnie ubrać, ale mi przeszło, jak losu zachcianka.

Wracając do umiejętności wyrabiania odzieży z niekształtnej materii. Myślałam, że to kwestia pokolenia, ale nie – oto moją siostrę wciągnęła magia szydełka i mam na to niebieskie dowody, w tym jeden z pomponem. Chyba więc już jasne, że Dziadek musiał na mnie rzucić klątwę. Bo jako jedyna w rodzinie umiem niewiele ponad przyszycie guzika z powrotem tam, gdzie był, a zagadnienie rękawa przy koszuli jest dla mnie bardziej tajemnicze, niż równanie z dwiema niewiadomymi. Nawet kiedy prasowałam koszule małżonkowi starałam się NIE MYŚLEĆ o tym, jak to działa. Wiecie, że dziura na rękaw jest odpowiedniej wielkości, rękaw się zgina, można podnieść rękę do góry… JAK oni to wszystko składają do kupy, żeby działało na żywym człowieku? Brr. Jeśli nie rozumiecie, czego ja tu nie rozumiem, to może choć pochylcie głowę przed rozmiarem mojego upośledzenia.

Co mi się więc wydawało, że wiem już jak skonstruować kaftan z pieluchą dla Atosa, to zaraz okazywało się, że powierzchnia klatki piersiowej pomiędzy jego przednimi łapami, w mojej głowie była jakimś cudem dłuższa, niż odcinek jego kręgosłupa od nasady ogona do łopatek. Kwestia dziur na łapy w odpowiednich miejscach, szelek jakichś albo NIE DAJ ZGROZO zamka błyskawicznego, przyprawiała mnie o myśli samobójcze. Przymiarki na pacjencie niewspółpracującym były dla mnie źródłem frustracji, a dla pacjenta odroczonym stresem pourazowym. Kiedy więc już podziurawiłam parę starych ciuchów, zmarnowałam dwie pieluchy dla seniorów i machnęłam obiema lewymi rękami, oraz pogodziłam się z Atosem przeciekającym gdzie popadnie, DZIADEK SIĘ W KOŃCU ZLITOWAŁ.

Nie, nie zesłał mi anioła z szybkim kursem krawieckim dla ciężkich młotków. Po prostu palcem w sklepie NETTO, w takim koszu gdzie jest wszystko, często bez sensu, nie do pary, albo ma coś urwane, pokazał: elastyczny pas ciążowy. Z delikatnego materiału, bezszwowy. I widząc, jak obracam ten kawałek tajemnicy w dłoniach, usiłując zgadnąć jak działa, powiedział, że nie muszę już sobie łamać głowy obliczeniami, ani nadwyrężać oczu wyobraźni – TO będzie w sam raz.

Ja normalnie raczej nie wierzę w takie rzeczy paranormalne, ale że wynalazek kosztował całe 5 złotych, to zaryzykowałam. To znaczy zaryzykowałam całe 10 zł, bo w opakowaniu były dwie sztuki i teraz Atos ma dwa pasy ciążowe: czarny na eleganckie przyjęcia i biały do szlajania się po domu. I wiesz co, Dziadek? DZIĘKI, faktycznie są w sam raz!

Antek w ciąży2

Antek w ciąży

Materiał jest naprawdę miękki i miły w dotyku (kto miał kiedyś tzw. bieliznę bezszwową na sobie, ten będzie wiedział) i nie uciska niczego. A że jest to pas do podtrzymywania brzucha, ma z przodu, a w przypadku Antoniego pod spodem, taką jeszcze bardziej rozciągliwą wstawkę, w którą elegancko wchodzi pieluszka dziecięca :) No i co najważniejsze – Atos przyjął ciuch bez protestu, i nareszcie przestanie się wylizywać. Bo ludzie cuda o urynoterapii wypisują, ale ja myślę, że Antoni to robił raczej z zażenowania sytuacją, a nie prozdrowotnie. Jeśli mu się nie odwidzi, to w końcu przestanie również ciągnąć za sobą woń tego ciemnego zaułka. I kto to wymyślił, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach? Ja na swoją narzekać nie mogę :)

PS. W temacie “moda i styl” – żeby nie było – wygrzebałam zdjęcie sprzed ośmiu lat. Moje pierwsze w życiu selfie, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak to się nazywa. To powinno potwierdzić, że kiedyś byłam kobietą i potrafiłam połączyć kropki.

My beautiful picture

129 thoughts on “Dziadek w zaułku, czyli słowo dla niewiernych

  1. bila 02/12/2014 at 07:57

    Atos ma świetną kreację Kanionku co wyrówna częściowo oszałamiające wrażenie olfaktoryczne. Sama wiesz że ładny ciuch zmienia nastawienie do zdrowienia. Eeee, no tak mi się wydaje. Pozdrawiam cieplutko.
    Ładne zdjęcie ale w niebieskiej czapeczce wyglądasz ładniej.

    • kanionek 03/12/2014 at 03:17

      Dziękuję, Bila :) Tak, ciuch może podnosić na duchu. Mi tam np. w szpitalu robiło zawsze ogromną różnicę, czy leżę we własnej, domowej piżamie, czy w paskudnym, szpitalnym łachu. Mam nadzieję, że Antoni docenia moje starania ;)

  2. Iwona 02/12/2014 at 08:39

    Ja też dżinsy i bojówki jeszcze, taki luźny styl. Ale lubię buty na obcasach, koturnach itd., nawet prowadzić nauczyłam się. A na codzień królują gumofilce, a teraz waciak i uszanka jeszcze :-P

    • kanionek 03/12/2014 at 03:11

      No nie powiem, miałam w życiu kilka par butów, które uznawałam za ładne i też kiedyś biegałam w wieżowcach, ale wieczorem tak bolą stopy, łydki, czasem kolana… I często się zastanawiałam, patrząc na inne babki na ulicach – czy one też cierpią w milczeniu, skuwając chodniki sztyletami szpilek (a w rękach po dwie siaty z ziemniakami), czy tylko ja mam coś nie tak z budową ciała?

  3. pluskat 02/12/2014 at 08:58

    pas ciazowy genialny!

    na zdjeciu Kanionek z innych czasow, ale ja tez wole Twoja dzisiejsza wyrafinowana elegancje – w kaloszach, z kosa i koza, taki pastisz Malczewskiego.

    • kanionek 03/12/2014 at 03:07

      Dziękuję, ja też taką siebie wolę, ale bez złudzeń – tak mi po prostu wygodniej :)

  4. Kachna 02/12/2014 at 09:09

    Ależ Ty masz hiszpańską urodę! Klasyczną – więc czy gumofilce, niebieski pompon czy klasyczna elegancja – zawsze ładnie. Nie kadzę – tylko stwierdzam fakt.
    Ja do dziś szukam swojego “stylu”…i cóż – kto szuka ten wciąż błądzi…
    Kiedyś ktoś stwierdził, ze mam taką przaśną, słowiańską twarz…No dziękuję…..I włosy jak słoma. Sztywne. A ja zawsze chciałam być smagłą brunetką z lokami. Bu……

    • kanionek 03/12/2014 at 03:04

      Hisz… CO? :D
      Ciekawostką jest to, że wtedy akurat pracowałam dla Portugalczyków – może trochę tej “cieplejszej” urody przechwyciłam na zasadzie “z jakim przestajesz”, i to wcale nie jest żart! Bo gdy z kolei pracowałam z Chińczykami, to ktoś mnie z Chinką pomylił i później dopiero dodał, że w sumie faktycznie, wydałam mu się trochę “wyblakła”. Kurde, może więc nie jestem pająkiem, tylko kameleonem?

      Kachna, ja tak naprawdę mam urodę nieboszczyka. Na zdjęciu widzisz mnie w farbowanych włosach i makijażu, że nie wspomnę o normalnych ubraniach. Bez tego wszystkiego wyglądam jak mój zmarły ojciec, serio. Zresztą, wszyscy widzieli film z koziarni.
      I hej, to dobrze, że masz twarz “jakąś”. Mogłaś od losu dostać nijaką! I sama wiesz, jak to z nami jest: jedne śpią z wałkami we włosach, inne swoje naturalne loki prostują na gorąco. A na babskich zachciankach producenci kosmetyków i farb do włosów zbudowali imperia ;)
      Ja już swojego stylu nie szukam, bo co będę szukać czegoś, czego nie zgubiłam?

      • nikt wazny 03/12/2014 at 03:11

        Skoro z Ciebie taki Zelig, to wkrotce bedziesz wygladac jak mloda koza?;)

        • kanionek 03/12/2014 at 03:39

          Jak cokolwiek młodego to już raczej wyglądać nie będę, ale kozą chętnie zostanę. Zawsze chciałam być taka skoczna i sprytna :) Tylko z tym Zeligiem… On, zdaje się, trafił do psychiatryka? A w takim razie gdzie wyślą mnie, kozę?

    • Lidka 03/12/2014 at 03:09

      @Kachna

      Mnie tez ktos powiedzial, ze mam bardzo polska urode. Nie mam pojecia, co to znaczy. Znowu jakis stereotyp…? A ja zawsze chcialam byc smukla blondynka.

  5. sieka 02/12/2014 at 09:10

    jak, ja Cię rozumiem z tym stylem…znaczy jego brakiem, znaczy…No chciała rzec, że ten cały faszyn to męski wynalazek, oni nie muszą bo po prostu tak jest wygodniej, ty musisz, bo musisz wyglądać. Mężczyzna wystarczy, że jest, tak mi się ulało, sory. Chciałabym poruszyć, poruszający wątek znudzenia. Otóż mnie się znudziło wymyślać w co, z czym połączyć, jak dopasować. No po prostu znudziło mi się, za tym poszły paznokcie, włosy i takie tam, znaczy robię, ogarniam, ale wszystko na krótko i żeby było czyste i zajmowało mało czasu. To takie syzyfowe prace…Czy tylko ja tak mam? Hmmmm..
    Pozdrowienia “spopod” Wrocławia.

    • kanionek 03/12/2014 at 02:51

      O tak, wątek jest mi znany. I pewnie nie tylko ja miałam kiedyś taki plan, żeby kupić sobie 5 par identycznych dżinsów, do tego 7 sztuk identycznych koszulek, i mieć całe to zamieszanie z dopasowywaniem ciuchów z głowy ;)
      Pozdrawiam Wrocław – u Was cieplej niż tu, na północnym wygwizdowiu?

      • sieka 03/12/2014 at 09:21

        eeee, tam cieplej, chyba jak auta stoją w korku, ale pachnie jakby mniej ładnie. Jak u Ciebie na wsi z opałem, w sensie czym sasiedzi palą? Bo u mnie dla przykładu każdy pali szmatami, starym płaszczem i “ekogroszkiem” przez co mam “wrażenie zapachowe Wałbrzycha”. Podsuwam właśnie temat do ulżenia sobie słownego…chyba.
        Byle do wiosny…
        Ps. U mnie kominek i dymek bialutki, prawie bezwonny ;)

        • kanionek 03/12/2014 at 18:28

          Tu chyba większość ludzi pali drewnem. Sąsiadów najbliższych mam za wschodnim krańcem lasu, kilometr ode mnie, więc rzadko coś z wiatrem zalatuje.
          A drewnem ludzie palą dlatego, że tzw. gałęziówka jest tania, choć upierdliwa z nią robota. Na pewno czasem wrzucą do pieca i reklamówkę, i stare buty, ale chyba nie hurtowo – w końcu skąd by tyle surowca wzięli? ;)
          My palimy drewnem w kaflaku, ale w centralnym służy tylko do rozpałki, potem idzie węgiel (kaliber “orzech”) i niestety, zapach dymu węglowego nie jest fajny. Podczas siarczystych mrozów dymek też mamy jasny i sączy się cienko, bo wtedy piec pracuje równo i w swojej ulubionej temperaturze. Na samym piecu kaflowym jesteśmy w stanie przetrwać do końca listopada, i znów do niego wrócić w marcu/kwietniu (wszystko zależy od tego, jaka jest zima), więc można powiedzieć, że pół sezonu grzewczego jedziemy na drewnie, pół na węglu. Czy jakoś tak.

  6. diabel-w-buraczkach 02/12/2014 at 09:34

    “To powinno potwierdzić, że kiedyś byłam kobietą” :) Gwarantuje ci, ze nadal jestes :) Tyle ze z wyprasowanego Kanionka biurowego zamienilas sie w Kanionka podwórkowego, z pomponem i w starych spodniach. I powiem ci, ze tez wole to nowe wcielenie! A stare spodnie to juz w ogóle kocham. Jak jakies na mnie pasuja, to nosze, dopóki sie nie rozpadna, nie wazne czy modne czy nie modne.
    Pas ciazowy to rzeczywiscie genialny pomysl! Z rodzaju tych “to przeciez TAKIE PROSTE, czemu ja na to wczesniej nie wpadlam!”

    • kanionek 03/12/2014 at 02:36

      Sęk w tym, że ja nawet nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak “pas ciążowy”. Nawet mój Dziadek w zaświatach jest bardziej ogarnięty ode mnie ;) Więc twierdzisz, że nadal, niestety, jestem kobietą? To oznacza, że powinnam się wybrać do babskiego lekarza, bo od sześciu lat udaję, że mnie to nie dotyczy.

  7. Ola 02/12/2014 at 10:18

    Ho ho! Szyk i elegancja, ale z tych onieśmielających. Bałabym się podejść. Też wolę Cię z pomponem!!! :)
    Gdyby Antoniemu zdarzyło się popijać wiśniówkę, nieźle by sobie poużywał na temat swojego pasa ciążowego :P

    • kanionek 03/12/2014 at 02:16

      Z tym “bałabym się podejść” to mam dwa zabawne, identyczne wspomnienia. W jednej firmie prawniczka, a w drugiej księgowa, przyznały mi się po kilku miesiącach/latach znajomości, że na początku się mnie bały. Sztukę kamuflażu opanowałam do perfekcji – ci, którzy się mnie boją, nie mają pojęcia, że ja boję się ich bardziej. Czy to oznacza, że jestem pająkiem?

      Atos ma szczęście, że mieszka w lesie i inne psy nie widzą jego upodlenia. A co mają powiedzieć te biedaczki, co na oczach całego osiedla muszą ganiać z abażurem na głowie, albo jakąś kokardką??

      • Lidka 03/12/2014 at 02:43

        O tych, co te kokardki zawiazuja swoim zwierzetom to ja mam swoje zdanie. A tym co biegaja z abazurem to wszyscy zazdroszcza, bo ani chybi, odbieraja za darmo HBO albo inny kanal…

        • kanionek 03/12/2014 at 03:42

          Albo odblokowanego Reksia na Polsacie :D
          To taki żarcik z polskiego podwórka, choć fakt, że już trochę nieświeży.

          • Lidka 03/12/2014 at 03:52

            Dla mnie swiezy! Nie slyszalam, smieszny.

  8. Izolda 02/12/2014 at 10:23

    Potrzeba matką wynalazków, ot co :) najprostrze metody zawsze są najlepsze. Konionku – szacun – za całokształt :)

    • kanionek 03/12/2014 at 02:09

      Dziękuję, Izolda :)

  9. ciociasamozło 02/12/2014 at 10:56

    Brawa dla Dziadka za zesłanie olśnienia i dla Kanionka za umiejętne wykorzystanie jego wskazówek ;)

    Ale, ale, czy ta podgięta łapka Atosowa to tak upozowana do zdjęcia, czy sam podciągnął?

    Kanionku, ładnemu we wszystkim ładnie, i w makijażu, i w niebieskim pomponie :)
    A Atosowi nawet w pasie ciążowym

    • pandeMonia 02/12/2014 at 23:00

      O to samo miałam pytać – z łapą.

      Ależ teraz nowoczesne pasy! Ja nosiłam poporodowy, może to coś innego? Chyba tak, bo mój był na rzep na całej długości, gruby i mocno ściągał. Albowiem w czasie pierwszego porodu pękłam w biedrach na symetryczne połówki.

      Kanionku, to Ty?!

      • kanionek 03/12/2014 at 01:12

        Łapa to niestety fotomiraż i złudzenie optymistyczne. Czasem, gdy Atos śpi, wygląda dokładnie tak, jakby nigdy nic. Choć coraz wyraźniej widać mu kręgosłup i kości miednicy :-/

        To nie są “nowoczesne pasy”, tylko tandetne pasy nowych czasów :) Wiadomo, że dziś można zrobić wszystko za 5 złotych. Ten pas jest moim zdaniem takim “pic na wodę” – nie sądzę, by podtrzymał brzuch zaawansowany wyżej, niż pierwszy trymestr. Za to na pas do pieluch nadaje się idealnie i jako taki został odpowiednio wyceniony przez sklep ;)

        I tak, to ja, ale osiem lat temu, a jak głoszą internetowi wiedźmini, komórki człowieka wymieniają się co siedem lat na nowe. Teraz więc wszystko jasne – wtedy byłam kimś innym, potem zrzuciłam wylinkę i wiecie, jak to się skończyło ;) Muszę się oduczyć zastępowania kropek emotikonami. Kropka.

    • kanionek 03/12/2014 at 02:08

      Niestety, Ciociu, ta łapka tak została po manewrach z pasem i pieluchą. Jak mu się je ułoży, tak leżą. Czasem gdy popyla na przednich szczudłach, ciągnąc resztę po podłodze, tylne łapy krzyżują mu się pod brzuchem i wygląda to jak siad po turecku :-/ Staramy się je układać “naturalnie”, gdy tylko zauważymy że się zaplątał. Ale czasem, gdy właśnie tak na przednich zasuwa, a idzie mu to bardzo sprawnie, tylne łapy nagle dostają takiego sztywnego wyprostu do przodu, jakby siedział tyłkiem na dwóch nartach. Nie wiem, czy jasno to nakreśliłam… Myślisz, że to dobry odruch, czy całkiem bez znaczenia?

      • ciociasamozło 04/12/2014 at 09:25

        Dobrze, że napina mięśnie, choćby w sztywnym wyproście (żeby nie zanikały!), ale czy jest to sygnał, że będzie dobrze to nawet najstarsi górale nie chcą się wypowiadać, a babka jak zawsze wróży na dwoje.
        Masujcie, masujcie..

  10. shal 02/12/2014 at 13:17

    Uwielbiam Twoje tytuły notek, całkiem się uzależniłam od tego bloga.Jak to pięknie,że nie ma tutaj wstrętnych komentarzy,zostawianie emaili działa odstraszająco na “mądrali”.

    • Lidka 02/12/2014 at 17:46

      #shal
      …bo to blog, gdzie sie mili ludzie spotykaja. Udziela im sie po autorce.

      • kanionek 03/12/2014 at 01:14

        Jeszcze mi tak trochę poopowiadajcie, a założę sektę :D

        • Ola 04/12/2014 at 00:11

          Zaraz mi się przypomniała scena z Life of Brian, jak nieszczęsnego Briana uznają za proroka. A więc Kanionku, dawaj but czy co tam chcesz :P

          • kanionek 04/12/2014 at 00:52

            Z braku tykwy i sandała, mogę zaoferować jedynie dziurawy garnek i dziurawy chiński kapeć :D

    • kanionek 03/12/2014 at 02:02

      @shal
      Dzięki za ten ukłon uznania w stronę tytułów, trafiłaś kroplą miodu w me serce :)
      Myślisz, że przed trollami chroni mnie wymóg podania adresu e-mail? Trolle specjalizują się w pozostawianiu fałszywych tropów, myleniu ścieżek, a czasem plątaniu się we własnych zeznaniach. Ja myślę, że jestem dla nich zbyt nudna. No i hejt na kozy nie jest jeszcze na czasie, bo kozy robią obecnie furorę na całym świecie ;)

      • nikt wazny 03/12/2014 at 02:13

        Ekhem, z tym pozostawianiem adresu @ to lekka sciema, shal. Np. ja, jako byt malo wazny pozostawiam na takich blogach maila calkowicie fikcyjnego.

        • nikt wazny 03/12/2014 at 02:32

          Teraz przeczytalam swoj wlasny komentarz i lekko scierplam. Piszac “na takich blogach” mialam na mysli blogi, na ktorych trzeba pozostawic adres @. Bo poza tym, innych podobienstw z reszta “takich” blogow nie widze.
          Twoj jest wyjatkowy, pod kazdym wzgledem.

          • kanionek 03/12/2014 at 03:54

            Nie pękaj :D
            Czy ja już pisałam, że nie jestem papieżem??

            Ale wiesz, że gdy podasz fałszywy adres e-mail w formularzu, to za dni osiemdziesiąt zdechną Twoje wielbłądy, a po kolejnych dniach piętnastu woda w kranie zamieni się w lepik asfaltowy? Więc wiesz, po co ryzykować?

          • nikt wazny 03/12/2014 at 03:58

            E, Kanionku, a gdzie Ty nasciemnialas, ze Ci studnia wyschla?;)
            Przepraszam, glupawy zarcik(ale nie moglam sie powstrzymac!).

          • kanionek 03/12/2014 at 04:29

            Nic się nie stało, bo i tak nie zrozumiałam. Ze o co się rozchodzi?

          • kanionek 03/12/2014 at 05:31

            Aaaa! Dotarło :D
            Niestety, nie mogę ujawnić zawartości mojej teczki. To są wrażliwe dane mogące zachwiać gospodarką całego świata oraz negatywnie wpłynąć na politykę zewnętrzną Ziemi wobec Marsa. Mogę wyznać tylko tyle: Kanionek to nie jest moje prawdziwe imię. Dość. Nie chcę narażać Was na zbędne niebezpieczeństwo. Gdyby ktoś Was pytał – nigdy o mnie nie słyszeliście. Za oknem przesunął się cień Agenta przebranego za Rosoła. Gonzales naciska na ucieczkę tajnym kanałem przerzutowym z Koziarni do Kukunamuniu. Mój Boże! Czy już do końca życia będę uciekać?!

        • shal 03/12/2014 at 13:03

          ależ ja naiwna jestem. No ale czego się mogę obawiać ? że Kanionek zasypie mnie spamem? typu: zapraszam do SPA w Koziarni? :)

          • shal 03/12/2014 at 13:09

            to miało być do “nikt ważny”.A do Kanionka mam pytanie co mnie dawno gnębi – czy Kanionek z Anionka powstał?I co z naprawcą dachowym?nie pokazał się ?

          • kanionek 03/12/2014 at 17:57

            Wiesio Superhero? Wiesioręki Bandyta? Człowiesio Usterka? Ostatnie słuchy o nim dotarły do mnie około miesiąc temu, i to od jego własnej promotorki, pani J.
            PODOBNO wziął od niej KUPĘ pieniędzy, a GÓWNO zrobił. Przepraszam, ale klimat wiejski nie zawsze pachnie fiołkami ;)

            Co do pochodzenia Kanionka – SKĄD WIEDZIAŁAŚ?? Najpierw byłam Anionem, bo mój mąż nie uznaje żeńskich imion ni przydomków. Później Kanionem, bo łatwiej się wymawia w zdaniu. A gdy dopadło mnie starcze zdziecinnienie, zostałam Kanionkiem. Bywałam też Kartonikiem i Katastrofem… Miłe wspomnienia.

          • kanionek 03/12/2014 at 18:11

            @shal
            Nie jesteś naiwna, po prostu ominęła Cię cyberparanoja ;)

            Oraz łi tam, taki spam. Teraz na topie są gołe foty celebrytów. Będę Wam rozsyłać swoje kompromitujące ujęcia, w stylu “Kanionek rozbiera ciągnik i ogląda gołe kable” (teraz jak rozumiem wszyscy zaczną podawać swoje prawdziwe adresy?). A wszystko dlatego, że w sobotę przylatuje Statek Matka, muszę zdać raport, i przekazać IM listę kandydatów do eksperymentów na żywych organizmach. Liczę na Was :D

          • nikt wazny 03/12/2014 at 20:33

            Ze niby ja ofiara cyber paranoi?
            Eeeee, nieeee. To raczej niesmialosc z uwagi na mala waznosc:)

          • kanionek 03/12/2014 at 23:34

            @nikt wazny

            Nie piłam do Ciebie, NW. Chciałam tylko zapewnić Shal, że nie jest naiwna, tylko normalna. Adres e-mail nie jest numerem PIN do karty, ani kluczem do naszego pałacu. Oczywiście istnieje zjawisko ukierunkowanego spamu, właściwie to już prężna gałąź biznesu, ale tu prędzej wykorzystuje się adresy e-mail klientów odwiedzających sklepy, lub strony bardziej dookreślone tematycznie, niż zwykłe blogi. Jeśli chodzi o tzw. hejterów i trolli, to blogger, który pada ofiarą nienawistnych komentarzy, oszczerstw czy innej formy prześladowania, naprawdę nie musi znać adresu e-mail, by ścigać sprawcę. Jest w końcu coś takiego, jak numer IP. Dlategoż i potemuż chciałam tylko uspokoić wszystkich zmartwionych tym, że podali prawdziwy adres e-mail i CO TERAZ ;) No więc to po prostu nie ma znaczenia, chyba że w przypadku newslettera. Podanie fałszywego adresu w formularzu dotyczącym listy mailingowej skutkuje czymś niewyobrażalnie strasznym, mianowicie nieotrzymywaniem powiadomień o kolejnych okładach z kapusty ;)

  11. Lidka 02/12/2014 at 14:59

    W zyciu nie wpladlabym na pomysl z pasem ciazowym, hmm. Czapka niebieska z pomponem z glow za pomyslowosc! Moj dziadek tez mial dooobre pomysly. Co do Atosowego smrodu: ja mojego smierdzacego bokserka po operacji przecieralam recznikami z dziecinnym szamponem i takimi mokrymi chusteczkami, tez dla dzieci, z pudelka. Nie powiem jakiej marki i najlepsze byly te bezzapachowe. Tyle, ze Rocky krotkowlosy, latwiej wiec mi bylo.
    A ja robie na drutach, jakby moje zycie od tego zalezalo. Kciuki przez to juz mam tak krzywe i odstajace od reszty dloni, jakby to byly jakies obce narosla, a nie palce. A poza tym kiedys bylam siatkarka i to tez pewnie powod.
    Sliczna jestes, czy w szpilkach czy w kaloszach. Kobieta pozostaje kobieta na zawsze. I dobrze czasem rozluznic styl.

    • kanionek 03/12/2014 at 01:41

      Czyli przejście od wizerunku a la “corporate lawyer” do bohomazu pt. “chłoporobotnica” nazywasz rozluźnieniem stylu? :D
      Hm. A czy na drutach da się zrobić palto zimowe dla kozy, z krótkimi rękawkami i zapinane na grzbiecie? Bo na to na pewno nie ma żadnych wzorów w sieci, i jestem ciekawa – czy na drutach robi się czasem “z głowy”, czy trzeba mieć rozpisane te wszystkie oczka i zakręty?
      Moje kciuki wyginają się do tyłu w zakresie odrażającym :)

      • Lidka 03/12/2014 at 02:20

        Milo, ze pytasz. Nowe wzory robie z gazety, ale wiekszosc z pamieci. Kiedy zaczelam dziergac mialam 10 lat i zaczynalam, jak wszyscy dziergacze na swiecie, od szalika. Dziergalam i dziergalam, i dziergalam, a kiedy przestalam- okazalo sie, ze szalik ma…
        11 metrow!
        Mysle, ze da sie zrobic sweterki dla koz wyobraz sobie takiego Pecika, przystojniacha w kamizelce w serek. Az se pisnelam na te mysl.

        • kanionek 03/12/2014 at 04:15

          Och, ja w życiu zrobiłam jeden szalik na drutach, a może szydełkiem, nie pamiętam. I z jednego końca był szalikiem dla węża, a z drugiego dla płastugi :)

          Tak, widzę Andrzejka w kamizelce, tyle że… obsikanej! :D
          Ale po chwili zastanowienia myślę, że jednak szkoda by było wysiłku na dłubanie tylu oczek dla tej ferajny. Przecież oni by te palta nawzajem z siebie pozjadali.

          I co jeszcze robisz na drutach? Rany, przez tyle lat mogłabyś zrobić szalik do opasania całej Ziemi!

          • Lidka 03/12/2014 at 04:33

            Oj, czasami smieje sie, ze juz nadlubalam oczek na szalik dlugi stad do Ksiezyca. Ja glownie robie swetry. Malo dla siebie, czesciej dla kolezanek. Zrobilam juz pare pledow i czapek i szalikow. Nie potrafie rekawiczek, ani skarpetek. Za to moja Mama byla mistrzynia pieciu drutow. Tak szybko jej te rzedy wchodzily i rowno, ze wygladalo wrecz na diabelska robote.
            Mozesz podac rozmiary Tradycji, moge sprobowac zrobic. Moze nie zjedza…?

          • kanionek 03/12/2014 at 05:46

            Rozmiary Tradycji? No wiesz – średniej wielkości kredens, tyle że ruchomy :D
            Nie no, Lidka, co Ty? Tyle roboty, żeby małpy jej wdzianko choćby z zazdrości rozszarpały? Fakt, posiadanie jedynej na świecie UBRANEJ kozy to kusząca perspektywa, ale nie zrobię Ci tego :)

            Na pięciu drutach JEDNOCZEŚNIE? Czary jakieś, czy co?
            Kurczę, idę zajrzeć jeszcze do koziarni, bo ta Bożena dziś jednak dziwna była, a potem odpływam.

      • EWA z Łodzi 03/12/2014 at 15:27

        Kiedyś czytałam blog Jolinkowo i tam we wpisie z 27.02.2012 są śliczne kubraczki dla kozich dzieci, zrobione z ikeowskiego koca i kawałka tzw.baranka. Nie wyglądają na skomplikowane i chyba nie zostały zjedzone.
        I chciałam Cię pocieszyć, że to wcale nie jest łatwo uszyć kubraczek dla psa, nie miej kompleksów. Ja niby trochę szyję, umiem też na 5 drutach, a dla kotki po sterylizacji męczyłam się z kaftanikiem strasznie -te zwierzęce wymiary to jakiś kosmos.I jak już piąty był dobry, to kotka wyszła na 2 minuty do pokoju obok i wróciła BEZ. Ale to było ze 20 lat temu, teraz kolejną kotkę odebrałam od weta w gustownym zielonym wdzianku.Pozdrawiam

        • kanionek 03/12/2014 at 17:45

          Dzięki, Ewa :) A co z Twoją obecną kotką?

          Jeśli chodzi o ubrania dla kóz, waham się pomiędzy panikarskim “ojezu, zamarzną” a zdroworozsądkowym “tylko ludzie są nieprzystosowani do życia w naturze”. No bo niby koza nie sarna, ale z drugiej strony – nie musi spać na stojąco w lesie przy minus trzydziestu. Gdzieś czytałam o zgubnych skutkach przegrzewania zwierząt i ingerowania w ich naturalne mechanizmy termoregulacji. Po psach i kotach widzę, że im więcej przebywają w domu, tym bardziej mizerną mają okrywę włosową.

          Wczoraj, w pierwszej połowie nocy, było minus dwanaście. W koziarni minus jeden. Eksperymentalnie zarzuciłam na Bożenę moją starą bluzę dresową, wiecie, coś jak derkę na konia, tylko z rękawami zawiązanymi na popiersiu. Nie dość, że dostałam od niej spojrzenie pt. “ciebie już NAPRAWDĘ pogięło”, to jeszcze Irena się wystraszyła, bo nie poznała koleżanki. A potem Andrzej zahaczył rogiem o bluzę i nastąpił tak zwany galimatias ;)

          Przy okazji – Andrzej ma rogi coraz dłuższe i końcówkami wykręcające na zewnątrz, inaczej, niż u Bożeny. Czytaliście, jak wygląda dekornizacja? Jeśli nie, to lepiej nie czytajcie. Ja się dowiedziałam od hodowcy krów i zrobiło mi się słabo :-/

          I teraz się zastanawiam – zajrzeć na to Jolinkowo, czy nie. Bo jak zobaczę “śliczne kozie ubranka”, to może mi się włączyć CIUCIU.

          • EWA z Łodzi 03/12/2014 at 19:06

            W sumie nie wiem, czy ubranie potrzebne kozie, tam były ubrane tylko takie świeżo urodzone, wejdź, włączy Ci się na pewno. A kotka obecna też była sterylizowana i stąd kaftanik.

          • kanionek 03/12/2014 at 23:52

            Weszłam. Piękny, piękny, piękny dom! I kozy. I kaftaniki. Dlaczego jestem takim beztalenciem? Smutłam.

          • Ynk 05/12/2014 at 11:56

            Zajrzałam na stronę Jolinkowa ciekawa kubraczków. I domu. Koziołki w kubraczkach wyglądaja na zadowolone. A dom… ładny, tak, ładny, ale… jakby… ‘za dużo nut’?

          • Ola 05/12/2014 at 12:53

            Przeczytałam :( Andrzejku zapomnij, że masz rogi, nie używaj ich i najlepiej już ich nie rośnij, co?

  12. czubatka 03/12/2014 at 00:55

    Kanionku to może i duch mojego Dziadka piekarza z zawodu spłynie na mnie i wezmę się do regularnych wypieków chleba.Kiedyś spróbowałam i był pyszny.Ja Cię tam kupuję w obu wersjach, chociaż w niebieskiej czapeczce jesteś jakby szczęśliwsza?
    Zazdraszczam figury…

    • kanionek 03/12/2014 at 04:23

      Ja też chciałabym piec chleb! Taki prawdziwy, na zakwasie, który trzeba hodować… “Pogadaj” z dziadkiem :)

      Figura rzecz marna i nietrwała. Obecnie dosłownie czuję, jak z dnia na dzień flaczeję. Cóż, taka biologia. I mogę jeszcze dodać, że moja szczupłość wynika tylko i wyłącznie z nerwicy. W liceum, gdy jeszcze mało wiedziałam o świecie istniejącym poza książkami, miałam 10 kg nadwagi, pysk rumiany i dwa razy więcej cycków. W sensie, że objętościowo, nie ilościowo ;)

  13. czubatka 03/12/2014 at 00:56

    Spróbowałam oczywiście upiec…

    • anai 03/12/2014 at 19:32

      ja spróbowałam i nawet mi się udało :) i zakwas wyhodować i chleb upiec. Mąka i woda i 5-7 dni i zakwas gotowy. A chleb wychodzi naprawdę dobry.

      • kanionek 03/12/2014 at 23:50

        Ale co, mąka i woda, i tak bez czarów i mierzenia temperaturów? Że tak… po prostu?
        A jakiego urządzenia do wypieku użyłaś?

        • Lidka 04/12/2014 at 00:14

          A ja mam taki przepis na chleb bez gniecenia, jezeli ktos sobie zyczy…Wychodzi dobry, bo sceptycznie sprobowalam, myslac, ze to wyjdzie taki jankeski zakalec, ale ku mojemu radosnemu rozczarowaniu, wyszedl calkiem przyzwoity chlebek.

          • Ola 04/12/2014 at 00:17

            A jaki, jaki? Powiedz?

          • Lidka 04/12/2014 at 00:20

            @Ola

            Jade do domku z pracy. Dotre i wtedy napisze. Zapewniam, ze przepis naprawde prosty.

        • anai 04/12/2014 at 16:57

          hihihi tak po prostu :) też myślałam, że to jest jakoś bardziej skomplikowane :)
          tu jest link do bardzo przydatnej strony http://przepisnachleb.pl/
          nie mojej, nie, ale korzystam :) 5 łyżek mąki, 5 łyżek wody, wszystko wymieszać w np. słoiku. Z urządzeń mam foremkę i piekarnik :) I samo rośnie!

          • anai 04/12/2014 at 17:04

            ta mąka i woda to na zakwas! :))

          • kanionek 04/12/2014 at 22:00

            Kurczę, no spróbuję. Nie mam piekarnika, ale mam kombiwar od Ewy :) Może na próbę zrobię taki malutki wypieczek. Taką bułkę z chleba.

          • ewa z Łodzi 04/12/2014 at 23:48

            Wogle już nie wiem, gdzie się podpinać -dyskusja tak rozpączkowała.
            1. nie smutaj Kanionek, Ty masz talent( a nawet TALENT) do pisania i reszta internetów może Ci co najwyżej buty czyścić tymi kaftanikami dla kózek!
            2. tak mi się miło na sercu robi, kiedy piszesz o kombiwarze ode mnie:)
            3.Twoje Rosoły robią najlepsze jajka na świecie
            4.co tam odlotowe chałupy, Ty po prostu uprawiasz szlachetny minimalizm

          • kanionek 05/12/2014 at 00:56

            Ewa, a kojarzysz takie miejsce bardziej w Twojej okolicy, gdzie są takie stare chałupy, malowane na niebiesko i kryte strzechą? Niskie okna, ciasne wejścia… To jest coś jakby skansen. Byłam tam tylko raz, przy okazji tej roboty w delegacji, ale gdyby mi pozwolili, tobym tam zamieszkała. Była taka izba, pełniąca rolę szkolnej klasy, z ciężkimi ławami z ciemnego drewna… I inna izba, też bardzo prosta, o ile pamiętam bielona wapnem, z białą kuchnią kaflową, śmiesznym łóżkiem i kolorową narzutą, i skromny stolik, i dzbanek… I jeszcze wiatrak tam stał. Mam pamięć do niczego, ale samo wrażenie było niezapomniane.

            A boli mnie tylko to, że mój dom ma ponad 130 lat, a wygląda, jakby go sam Gierek robił. “Poprawki” poprzednich właścicieli – beton, tynk, tona kiczu i popie*dolone tapety. Dach z eternitu to wiadomo, wrzask pochopnego zachwytu lat siedemdziesiątych. Żeby doprowadzić go do stanu staropruskiej świetności, trzeba worka dukatów. I talentu do nadawania rzeczom odpowiedniego miejsca. Dobra, ja właśnie skończyłam pisać o bigosie i trudno – czym chata bogata. Zaraz zamieszczam.

  14. nikt wazny 03/12/2014 at 02:15

    Atos wyglada bardzo schludnie, a nawet elegancko w tym pasie ciazowym. I fajnie, ze go toleruje. Oby tak dalej, a bedzie wkrotce pachnial jak dzentelmen:)

  15. nikt wazny 03/12/2014 at 02:18

    I przylaczam sie do zdania, ze Kanionek w wersji korpo byl wery oniesmielajacy.

  16. kanionek 03/12/2014 at 04:27

    Dobra, obiecuję więcej nie straszyć zdjęciami z poprzedniej epoki :D

  17. Kachna 03/12/2014 at 08:28

    Tak teraz pomyślałam, że jakby nas postawić obok siebie to mogłybyśmy być ilustracją do definicji słowa “kontrast” lub “przeciwieństwa”…;)
    ………..
    Mróz powoduje u mnie nieco – ale naprawdę NIECO – wzrost formy psychicznej. I za to Was przepraszam:)(za mróz)
    I nie czekam na odwilż…..Tu w mazowieckiem.
    A i bym zapomniała! Pilnujcie odpowiednio wysokiego poziomu magnezu w organizmie bo was skurcze nocne zjedzą!!

    • pluskat 03/12/2014 at 20:05

      a po co kozie ubranko? przeciez maja siersc, siano, w kupie im cieplej. ale ja na kozach sie nie znam, w dziecinstwie mialam za to do czynienia z owcami. Karmilam nawet jagnie odrzucone przez matke, ktora urodzila dwa baranki. stanelo na tym, ze to ja zostalam mama tego niechcianego Maciusia i karmilam go z butelki. Byla zima, Macius rankiem wrzeszczal jak opetany, mialam wtedy szesc czy siedem lat, Macius rosl jak na drozdzach i wszedzie za mna biegal jak pies.

      • Lidka 03/12/2014 at 21:05

        A ja kiedys bylam mama sarenki. Mialam osiem lat i tata z dziadkiem przywiezli malego blakajacego sie po lesie i strasznie wychudzonego jelonka. Byl listopad wiec pewnie mama jelonkowa padla ofiara mysliwych. Jelonek zima urzedowal w stajni i spal pod konskim zlobem. O ile pamietam, zostal do poznego lata, a potem poprostu poszedl sobie sam do lasu i nie wrocil. Plakalam chyba z tydzien.

      • kanionek 04/12/2014 at 00:03

        @pluskat

        Kozie ubranko pewnie potrzebne, jak psu kapelusz. Tu chyba raczej chodzi o mnie – to mi jest potrzebna stuprocentowa pewność, że robię wszystko dobrze. I wciąż na przykład dręczy mnie pytanie – dlaczego moje kozy nie chcą żreć siana? Niby zimą taka koza powinna zjeść ze dwa kilo na dobę, a moje tylko od niechcenia coś tam skubną. I jestem zła na okolicznych producentów siana, bo robią fuszerkę. Siano winno być zielone i pachnące. Na strychu obory mam stare siano, sprzed grom wie ilu lat, i ono nadal jest zielone i pachnie sianem. A to, co tu można kupić w balotach i kostkach, to jakieś biedne, nijakie badyle. Ja już może nie będę dzisiaj nic więcej pisać.

        • Ola 04/12/2014 at 00:18

          Przecież one dostają tyle pysznej sałatki warzywnej, że po co im jeszcze siano???

          • kanionek 04/12/2014 at 00:57

            No właśnie, głodne nie chodzą, ale siano powinno stanowić podstawę ich zimowej diety. Ja nie wiem, dlaczego te kozy się na kozach nie znają??

        • Iwona 04/12/2014 at 18:40

          Może one nie potrzebują dużo siana, dajesz im warzywa, owies chyba,nie wiem co tam jeszcze, to siano tak poskubią, na dokładkę. A jakość ma znaczenie też, badyle powiadasz? Mogło być za późno skoszone, takie zdrewniałe mniej chętnie jedzą, zbyt wcześnie zebrane, znaczy nie wyschnięte dobrze, wtedy nie dość, że nie pachnie to kurzy jeszcze, a kolor traci przez deszcz, bo nie zawsze uda się zebrać bezdeszczowe. Czasem słomę jęczmienną lepiej wcinają niż słabe siano. A skoro głodne nie chodzą to nie martw się niepotrzebnie, nie dręcz się, jak mają wybór, wybierają co im bardziej smakuje :-).

          • Iwona 04/12/2014 at 18:59

            A próbowałaś dać im to siano ze strychu? Nie szkodzi, że ma ileś lat, dobrej jakości siano, dobrze przechowywane nie traci szybko wartości.

          • Lidka 04/12/2014 at 19:27

            Zgadzam sie z Iwona. Dobrej jakosci siano nie traci na dlugo wartosci. Ma byc szaro zielone i tak wysuszone, ze mozna rozroznic poszczegolne gatunki traw. Na naszych lakach czesto rosly rumiany i inne kwiatki i masa aromatycznych ziol. Zapach tego siana pamietam do dzisiaj, pewnie dlatego, ze bylam ta, ktora je grabila i stawiala w snopy, a potem z tata zwozila do stodoly. Zapach byl odurzajacy. Kiedys nawet dziadek powiedzial mi, ze po nocy spedzonej na takim sianie, mozna sie juz nie obudzic. Twoje siano, Kanionku, to widac jakies nieporozumienie, i dlatego kozusie nie jedza. Ja bym sie jednak nie martwila, bo maja inne dobre jedzonko.

          • kanionek 04/12/2014 at 22:07

            Jesli to prawda z tym sianem, po którym się można nie obudzić, to nie wyobrażam sobie ładniejszej śmierci. Zasnąć z kozami na takim sianie i zapomnieć o wszystkim na zawsze.
            Plan był taki, że w przyszłym roku wynajmiemy maszynę z lub bez operatora i skosimy własną łąkę. Tzn. tę, którą dzierżawimy od Lasów Państwowych. A co z tego będzie, zobaczymy.

          • Iwona 04/12/2014 at 19:31

            Zaczadzieć można od tego intensywnego aromatu :-P , ale zapach cudny.

          • kanionek 04/12/2014 at 22:04

            Dobrze gadasz. A słomę mają z pszenicy lub pszenżyta (podobno), i widzę, że jak doniosę świeżej na ściółkę, to skubią. Miałam dostać owsianą, ale niby się skończyła.

    • Lidka 04/12/2014 at 00:09

      Tak jest, Kachna. Magnez i potas. Zwlaszcza istotny dla kawoszow: to do Ciebie, Kanionek. Masz zrec orzechy i pomidory!

      • kanionek 04/12/2014 at 00:56

        Orzechy w UE droższe od piniendzy, a pomidory to już tylko w słoiku. Ale łykam Asparaginian coś tam, super, mega, plus i extra. Magnez i potas w jednym pigułku. Jak mam napady arytmii to przekraczam przewidzianą dawkę pięciokrotnie i wtedy dopiero cokolwiek pomaga ;)

        • Lidka 04/12/2014 at 04:27

          Orzechy drogie????!!! Padlam.
          Twoje pomidory to sa idealnym zrodlem potasu. I witaj w moim swiecie; ja tez lykam mase witamin i mikroelementow. Juz sama nie wiem, co lykam, kur…

          • kanionek 04/12/2014 at 21:13

            No właśnie. Odkąd weszliśmy do Unii, zdrożały jakoś trzykrotnie. I banany też. I inne rzeczy, ale pamiętam, że bananów i orzechów najbardziej nie mogłam im darować. Obecnie kilogram orzechów różnych kosztuje od 30 do 50 zł za kilogram. Dla porównania najniższa krajowa to niecałe 1300 zł. Bardzo lubię robić sobie mix typu “mieszanka studencka”, ale po swojemu, bo w tych sklepowych są głównie rodzynki i orzechy ziemne. Ja lubię wymieszać orzechy laskowe, ziemne, te duże brazylijskie, rodzynki, suszone morele, migdały, nerkowce. I mogę jeść jak koń z worka, bez przerwy ;) No ale się skończyło babci przeżuwanie, teraz mogę sobie zapchać usta chińskim słonecznikiem.

            A ja z witaminami w pigułach dałam sobie już dawno spokój. Bo, jak to powiedział Garfield, mimo najszczerszych chęci nie widzę żadnych rezultatów ;)

        • pandeMonia 04/12/2014 at 15:26

          A czytałaś ulotkę? Tez żarłam magnez na arytmię i się doczytałam, że magnez powoduje arytmię :D
          Mi pomaga lecytyna. NIestety Solgar przestał produkować czystą lecytynę, więc łykam Vita Buerlecithin.

          • kanionek 04/12/2014 at 21:57

            No niby tak, zarówno niedobór, jak i nadmiar magnezu może powodować arytmię. Ale tak sobie koncypuję, że skoro po końskiej dawce jest lepiej, to znaczy, że miałam niedobór. Nie biorę regularnie, tylko wtedy, gdy już mi się wydaje, że umieram. Miewam dodatkowe skurcze komorowe, w skrajnych przypadkach po kilka tysięcy na dobę, i wtedy oszaleć można. Inna sprawa, że nie każdy preparat z magnezem mi służy. Ten Asparaginian kosztuje groszki w porównaniu z innymi (nie łudźmy się, cena zależy od nazwy producenta, koncerny trzepią pierdyliony orenów na suplementach diety), a działa na mnie najlepiej. Nie wykluczam tzw. autosugestii, bo jestem podatna. Jestem też sceptycznie nastawiona do lecytyny, bo się naczytałam. I parafrazując Marka Twaina: doniesienia o skuteczności leczniczej lecytyny są mocno przesadzone ;)
            A tak niby przy okazji, a niby nie – jak mnie zawsze irytowały te telewizyjne reklamy cudownych knedelherców i doppelszitów dla dziadka i babci. Każde święta, dzień dziadka, dzień babci – maniakalnie uśmiechnięci staruszkowie nakurwiający salta na rowerach, a wszystko to dzięki flaszce many za skrzynkę złota dostępnej w każdej aptece. Kochana Babciu, jebnij se Geriavit, to nie pogubisz przerzutek. Ups. Hejt mi się włączył. Może powinnam samą siebie zadenuncjować u Pani Wtyczki od Spamu.
            Wybaczcie, dobrzy ludzie.

  18. Lidka 03/12/2014 at 21:08

    Kurowalismy tez uszkodzonego bociana przez zime, ale ten mnie wyraznie nie lubil, bo szczypal mnie dziobem i musialam trzymac dystans. Swietnie jest miec takie wspomnienia z dziecinstwa.

    • pluskat 03/12/2014 at 22:05

      ja tez oplakiwalam Maciusia, ktory skonczyl tragicznie i to byl najwiejszy dramat mojego dziecinstwa. fajnie, ze jelonek wrocil do lasu, choc rozumiem Twoj zal.

      • kanionek 03/12/2014 at 23:47

        Niby bez związku, i może to wina czerwonego wina, ale powiem Wam, że jeśli kiedyś będę musiała wrócić do miasta, to się chyba ze smutku powieszę. Albo uschnę po cichu, w kącie za paprotką w doniczce.

    • kanionek 03/12/2014 at 23:42

      A ja znalazłam na plaży w Jelitkowie mewę, która była czymś upaprana i nie była w stanie unosić się na wodzie (sprawdziłam doświadczalnie w wannie). Trzymałam ją na balkonie, ale było lato i ona sobie lubiła wejść z balkonu do mieszkania i obesrać parkiet ;) I codziennie ofiarnie jeździłam kilka przystanków tramwajem do parku, w którym był duży staw i dopływający do niego strumyczek, i siatką akwarystyczną polowałam na cierniki, kiełbie, jazgarze i inne drobne rybki. Jakoś nikt z dorosłych mi nie podpowiedział, że można było kupić kilo śledzi w rybnym. Uwielbiałam tę mewę, była piękna. A rybki, których pochwycenie zajmowało mi kilka godzin, połykała w kilka minut. Nie pamiętam, jak długo u mnie mieszkała, ale któregoś dnia po prostu poczuła się lepiej i odleciała.

  19. Fredzia 04/12/2014 at 01:41

    Z mrozzu zzamarzzł mi mózzg, ale nie skarżę się, nie skarżę się, bo Kanionkowi gorzej jest.
    Mantrę mam taką od dzieciństwa – zawsze gdzieś komuś jest gorzej, więc przestań wyć, przestań wyć, przestań płakać. Twierdzenie Pitagorasa kurzy się na strychu niepamięci, ale po ponad 20 latach potrafię wyrecytować piosenkę:
    “Wiedz dziewczynko, pamiętaj chłopczyku, gdy smutno ci bywa przypadkiem, że komuś na świecie jest bardziej przykro, więc dziel się uśmiechem jak opłatkiem.”
    Wymyśliłam sobie kiedyś taką autoterapię – przeglądając kanał po kanale programy w tv mówiłam “nie jest tak źle, bo mogłabym…” i tu w zależności od aktuanego programu padało: być w ciąży, żyć w kraju ogarniętym wojną, mieć kurzajki, trafić do więzienia, stracić słuch, studiować chinologię, wyjść za mąż za nieślubnego brata bliźniaka stryjecznej siostry powinowatej świekry wdowca po ciotce prababci i przekonać się, że zanim zmienił płeć był moją nianią.
    I pomagało (zwłaszcza jak do gry przystąpiła kablówka, kanały się zmultiplikowały, a na co drugim dawali tasiemca z Isaurą – taki zez to dopiero tragedia!). Nie dlatego, że cieszyłam się z cudzego nieszczęścia, ale docierało do mnie, że inni mają gorzej, więc grzechem byłoby się skarżyć.
    Dziś już wiem, że ta metoda działa tylko do pewnej skali nieszczęścia, bo przy defcon 1 człowiek redukuje się do pospinanego flakami szkieletu, ale na ciągłą zmarzlinę, genitalną atmosferę w pracy i nałogowy brak pieniędzy trochę pomaga.
    Pomaga też ucieczka w fikcję, choć to uliczka jednokierunkowa, u której wylotu czeka co najmniej psychoza maniakalno-depresyjna, a warunki w psychiatrykach zniechęcają do zapisania się na turnus.
    Dlatego swoje troski zagryzam śliwką w czekoladzie a za Twoje trzymam kciuki, żeby dostały zapalenia płuc i spierdzieliły na bezludną wyspę.
    Życzę Ci deszczu, przespanej nocy i spokojnego uśmiechu.

    • Lidka 04/12/2014 at 02:45

      Fredzia, podpisuje sie. I kocham sliwki naleczowskie! Pozdrowionka.

      • kanionek 04/12/2014 at 21:37

        A jakie to są te nałęczowskie? Ja lubię tylko jeden rodzaj śliwek w czeko, dawno go nie widziałam i już nawet nie szukam. To były takie wielkie cuksy, w środku śliwka, dokoła śliwki jakaś smakowita masa, a dopiero to wszystko oblane czekoladą.

        • Lidka 04/12/2014 at 22:47

          Co jakis czas dostaje z kraju paczke, w ktorej oprocz ksiazek i filmow, i suszonych grzybow, i warkocza czosnku, sa i sliwki w czekoladzie. Z Naleczowa. Najlepsza rzecz na swiecie.

          • Ola 04/12/2014 at 22:53

            ej no, ale z Wawela w kuferku, też są pycha, takie gorzkiej czekoladzie…

          • kanionek 04/12/2014 at 23:50

            @Ola

            Ano właśnie mi w samej, i to gorzkiej czekoladzie, nie podchodzą. Te nałęczowskie to inna bajka. Fakt, są słodsze niż te z Wedla, bo mają jeszcze tę masę niebiańsko pyszną, i może zwolennikom gorzkiej czekolady by nie odpowiadały :)

          • Lidka 04/12/2014 at 23:02

            @Ola

            Az poszukam w sklepie, z Wawela w kuferku, powiadasz? Juz sie slinie na sama mysl.

          • Ola 04/12/2014 at 23:10

            ano, w gorzkiej, chrrrupiącej czekoladzie… Macie wyroby Wawel u Was? Czy tu musisz szukać?

          • Lidka 04/12/2014 at 23:17

            @Ola

            Musze szukac, niestety.

          • kanionek 04/12/2014 at 23:47

            @Lidka

            Rany mandaryna w karmelu, zapytałam w końcu google i TO JEST TO! To znaczy śliwki te to są. Te moje ulubione. W mojej okolicy ich nie ma i myślałam, że wyszły z produkcji, jak wiele innych produktów. Lidka, przybij śliwkę. Znaczy piątkę :)

          • Lidka 05/12/2014 at 00:00

            Sliwki naleczowskie dostaje od mojego brata i jego rodziny, z Olsztyna (ten w warminsko- mazurskiem). Ty gdzies tez tam mieszkasz w tym sasiedztwie, prawda? Jak daleko masz do Olsztyna? Bo tam SA te sliwki!

          • kanionek 05/12/2014 at 01:01

            Do Olsztyna mam jakieś 150 km, chyba taniej wyjdzie wysyłkowo zamówić :) Na razie cieszę się, że one w ogóle gdzieś są.

    • Kachna 04/12/2014 at 09:49

      Wiesz co Fredzia – bywa, że przejrzysz 1500 kanałów – i mimo wszystko Twoje nieszczęście jest większe (no tak Ci się wydaje) – to zostają już tylko śliwki albo chałwa. A jak sobie uświadomisz, że i one robią Ci krzywdę to już tylko, ale to absolutnie -tylko- zostają koty i ….Kanionek.pl.

      • Lidka 04/12/2014 at 14:30

        @Kachna

        A moze powinnas zmienic otoczenie, chociaz na chwile? Wyjechac na jakies krotkie wakacje? A moze retail therapy? Jakos zawsze mi sie zrobi lepiej na duszy, jak gdzies pojade albo sobie cos kupie. Wiem, ze to nie dlugoterminowe rozwiazanie, ale zawsze cos i moze ulzyc. A ubierasz choinke? Ja juz ubralam i od razu ta prosta czynnosc przyniosla mi poprawe nastroju. I nawet nie jest mi smutno, ze kot juz zalatwil pare ladnych bombek.
        Pozdrawiam i mocno sciskam.

        • Kachna 04/12/2014 at 18:07

          Choinkę??? Noooo jeszcze nie ubrałam…. Ale to czynność zarezerwowana dla moich dzieci:)
          Wyjechać – no właśnie tego nie mogę.
          Nic nie mogę. Z różnych względów.
          Porządki robię. Różne. Małe i duże.
          Ale bałagan wciąż jest.
          Czekam.
          Ściskam i ja.

          • Lidka 04/12/2014 at 18:20

            @Kachna

            Ja tez juz sie przestalam ludzic, ze jak sprzatam to bede miala posprzatane. Maslo maslane, ale wiesz co mam na mysli.
            Pranie lubie robic, o.
            A choinke zwykle ubieram na swieto Mikolaja, ale w tym roku, tez w ramach terapii, zrobilam to wczesniej.

    • kanionek 04/12/2014 at 21:34

      Dzięki, F.
      To, że inni mają gorzej, to jedna rzecz. Druga jest taka, i o niej sobie też muszę przypominać, że jutro to MY możemy mieć gorzej. W sensie – gorzej niż dziś. I że w porównaniu z tym “gorzej”, to dziś jest lepiej.

  20. Lidka 04/12/2014 at 04:21

    @Ola

    Chleb bez gniecenia.
    Skladniki potrzebne:
    -1 lyzka aktywnych drozdzy,
    -3 szklanki cieplej wody (szklanka to 200 ml)
    -1 lyzka cukru
    -1 lyzka octu
    -1 lyzka oleju roslinnego
    – 3 szklanki maki zwyklej (mozna przesiac)
    – 2 i pol do 3 szklanek maki pelnoziarnistej (mozna przesiac)
    – 1 lyzka soli

    Zmieszac razem drozdze, cukier i wode w duzej misce i postawic w cieplym miejscu zeby wystapily bable i piana, to jakies 20 minut, a kiedy juz wyraznie widac, ze drozdze pracuja – dodac ocet i olej. Pozniej make wsypywac powoli szklanka po szklance dobrze, ale powoli mieszajac i dodawac wtedy make pelnoziarnista i dobrze wymieszac. Dodac sol. Ciasto bedzie troche mokre i gabczaste. Przykryc sciereczka i postawic w cieple miejsce do wyrosniecia, ok 40 minut az ciasto podwoi objetosc. Rozgrzac piekarnik do 190 stopni. Przygotowac i natluscic dwie prostokatne foremki i podzielic ciasto na pol i ulozyc w foremkach dociskajac rogi. NIE UGNIATAC! Nozem zrobic po trzy naciecia na ciescie. Mozna posypac kminkiem czy jak kto woli gruba sola, lub innymi przyprawami. Piec 1 godzine, albo do czasu az chleb sie ladnie zarumieni i przy postukiwaniu wydaje gluchy dzwiek.
    Chleb udaje sie zawsze. Moze dodam, ze nalezy sie powstrzymac przed zagladaniem do piekarnika przez ok 50 minut, zeby dobrze wyrosl. A zeby sprawdzic czy jest upieczony w srodku, mozna wsadzic zapalke. Jezeli sucha to chlebek gotowy, mokra- dodac 10 minut do czasu pieczenia.
    Mam nadzieje, ze przepis sie przyda. Pozdrawiam goraco!

    • pluskat 04/12/2014 at 09:09

      ciekawy przepis bez wygniatania, musze wyprobowac.
      Kanionku, a czy kozy probowaly tego ekologicznego siana ze strychu? Moze to rzeczywiscie problem siana? A moze Ty je po prostu rozpuscilas i wola lepsze rzeczy?

      • kanionek 04/12/2014 at 21:21

        Nie, choć mogę spróbować. To znaczy jeśli dam im zeżreć siano ze strychu, to będę musiała je zastąpić innym, bo ono tam za izolację termiczną niby dorabia. Ale się waham, bo jednak strych ma takie otwory do przewiewu, albo do załadunku siana właśnie, cały rok otwarte (nie ma okiennic, ani nic w tym stylu), w związku z czym śpią tam nietoperze, a latem jeszcze jaskółki latają, no i siano może być zanieczyszczone. Czyli zielone, ale w pewnym sensie brudne.
        Wzięło mi się na zrzędzenie o tym sianie, bo w zoologicznym kupowałam gryzaki dla Antoniego i Lasera, i widziałam siano dla gryzoni, wiecie, w takich małych paczuszkach. Było tak zielone, jak ufarbowane! I pachniało, bo przecież zaraz powąchałam. Skoro dla chomika można zrobić dobre siano, to dla bydła chyba też, nie? Kwestia rzetelności “producenta”. Jak ja czasem ludzi nie cierpię :-/

    • Ola 04/12/2014 at 22:52

      dzięki Lidka, wypróbuję! Najbardziej zastanawia mnie rola octu w drożdżowym cieście, nigdy takiego przepisu nie widziałam.

      • baba Aga 04/12/2014 at 23:15

        Mam podobny przepis i też jest ocet i też się nie wyrabia tylko troszku miesza i faktycznie wychodzi i jest pyszny. Ja dodaje zioła prowansalskie, siemię lniane, słonecznik, dynię a posypuje czarnuszką. Ja piekę z mąki żytniej z dodatkiem pełnoziarnistej pszennej.W moim przepisie jest napisane że mąka powinna być typu 650, ja się trzymam tego z dokładnościa do 50 ;)

        • Lidka 04/12/2014 at 23:34

          Tak, tak, wychodzi pyszny. Ja tez posypuje ziolami prowansalskimi, kminkiem- bo lubie i pestkami slonecznika. A ten ocet to nie mam pojecia, po co, ale widac potrzebny. Pozdrawiam.

  21. Ania W. 04/12/2014 at 22:46

    Jakby co, to Was uwielbiam. Wszystkie.

    I widać jestem tu przypisana odgórnie, bo swoją córkę od początku(czyli ponad sześciu lat) nazywamy właśnie Kozą…

    Pamiętam spanie na sianie u dziadków i rzeczywiście odurzający zapach. Moi rodzice mówili, że siano pachnie kumaryną i po dziś dzień ta “kumaryna” mi się pałęta po zwojach mózgowych.

    • kanionek 05/12/2014 at 02:01

      Kumaryna, kumaryna
      w sianie chłopak i dziewczyna
      jak się nawąchają siana
      będą smacznie spać do rana

      Ludzie, CO się ze mną dzieje?!
      Ania, pozdrowienia dla Twojej Kozy :)

  22. Eli 04/12/2014 at 23:45

    Poddaję się, tyle wątków, że nie ogarniam :-)

  23. Lidka 04/12/2014 at 23:50

    Z Kanionkowego blogu nie mozna sie wylaczyc nawet na jeden dzien, bo czlowiek zaraz wypadnie z nurtu. Zdaje sie, zesmy sie wszystkie znalazly…

    • kanionek 05/12/2014 at 00:59

      Dlapotemuż zaraz będzie nowy kawałek do zjedzenia. Wpis o bigosie :)

      • Lidka 05/12/2014 at 01:14

        150 kilosow to ciut za daleko po sliwki, chociaz warte. I kto to mowi?! Do mnie “maja” jeszcze dalej, bo ok. 6000 km. Moj brat kupuje je w jakims osiedlowym sklepie, ale nie wykluczone, ze duze supermarkety tez prowadza sprzedaz naszego smakolyku.

    • ciociasamozło 05/12/2014 at 12:25

      Lidka, śmy się znalazły jak igły w stogu siana (tym pachnacym)….jak kozy na pochyłym drzewie…jak kamień w wodę (tej, co jej brakuje w studni)…jak w korcu maku…jak wół do karety, a nie, sorry, to nie tutaj ;)
      Dzięki Kanionku, za kawałek świata pachnacy kozami, sianem i bigosem (a nawet Atosem bez pieluchy). Trzymam się tego świata uparcie jak śmieci po Cebulackich bo potrzebuję takiej normalności :)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa