Z nornicą o życiu rozmowy, czyli bigos

Z nornicą z kuchni jesteśmy już na ty. Wychodzi zawsze w tym samym miejscu – spomiędzy kuchni kaflowej i szafy, niegdyś z lustrem, która teraz służy za regał na garnki. Najpierw wystawia łepek i tkwi nieruchoma, pochłaniając obraz zastanej sytuacji tymi wielkimi, czarnymi paciorkami, i nastawia czujne wachlarze uszu.

–  Sama jesteś? – pyta.

–  Jup – odpowiadam.

–  W jakim dziś nastroju? – inwigiluje.

–  Przydennym – obnażam swą duszę wylewnie.

–  Ale nie morderczym? – upewnia się beznamiętnie, bo co ją obchodzi głębia przydennych emocji. Być, albo nie być, to jest dla nornicy jedyne istotne pytanie.

–  Nołp – wzdycham i czuję, że niechcący zbiera mi się na śmiech.

–  Kotki… w domu? – wąsiki badają cząsteczki powietrza, przesyłając do mózgu dane, o których nie mam pojęcia.

–  Gonzales w koziarni, Kotek ściga nietoperze. Fajnie być nornicą? – zagajam konwersacyjnym tonem.

–  A daj spokój – machnęła zgrabną, szczupłą łapką i już jest na środku kuchni. – Doniosłaś ziemniaków?

–  Yhy. Są w… Wiesz, gdzie są. Jak masz na imię? – pytam, bo rozumiecie, ja nie mam telewizora i nic się u mnie nie dzieje.

–  My nie mamy imion – krzyczy już ze spiżarki. – O, buraki!

–  Dlaczego? To znaczy nie dlaczego buraki, dlaczego imion nie macie?

–  Szrata szasu.

–  Co?

–  Strata czasu! Za krótko żyjemy. Kurde, a gdzie jest kapusta?

–  Bigos robiłam. Na winie – dopijam resztki rubinowej melancholii.

I tak, proszę Państwa, mamy za sobą listopad, a Wy jeszcze nie widzieliście mojego bigosu. Skandal, zgroza i wstyd przed babcią. Proszę, oto on:

bigos1

bigos2

I teraz żeby było jasne – dalej będzie tylko o bigosie. Jeśli komuś bigos powiewa i nie warzy szpiku elektrycznym dreszczykiem łakomej emocji, może przestać czytać albo umrzeć na śmierć z przyczyny że nudne. Więc.

Do bigosu poszły: kapusta kiszona własnej roboty oraz kapusta świeża własnego chowu, w proporcjach pół na pół (wagowo, nie objętościowo), grzyby leśne suszone w ilości nad wyraz szczodrej, jałowiec z lasu, mięso ze sklepu (trochę wieprzowiny, trochę kurczaka, wszystko uprzednio leżące w marynacie, potem usmażone lub uduszone w całości, a dopiero później pokrojone w kawałki), kiełbasa dobra (żadne różowe silikony z aromatem dymu – jak się bigos robi dwa razy do roku, to ma być dobry, nie tani), słój pomidorów własnej roboty, słój powideł śliwkowych (tym razem od Mamy), butelka (cała minus pół szklanki dla kucharza) czerwonego, wytrawnego wina. Cała butelka, bo garnek do bigosu mam sensowny, sześciolitrowy. Wino mam takie wypróbowane, kupuję w Biedaronce, bo ma je chyba najtaniej:

wino

Bigos wg Kanionka musi spełniać następujące kryteria: ma być ciężki, bogaty, tłusty. Lekko kwaśny, lekko słodki, zdecydowanie winny. Lekko pikantny, ale bez przesady – gdy potrawa jest zbyt ognista, połowa smaku idzie w wentyl. Nie lubię tłustych mięs do tego stopnia, iż wierzę, że po zetknięciu się moich zębów z tą szklistą, roztrzęsioną tkanką pomiędzy mięsistymi włóknami, moje trzonowce zrobią się zielone i natychmiast wypadną. Tłustość bigosowi zapewniam więc w ten sposób, że łopatkę, karkówkę, polędwicę, kurczaka, po wielogodzinnym topieniu w marynacie – smażę na smalcu i wszystko, co po wyjęciu mięsa zostanie na patelni, przelewam do bigosu, a samo chude mięso po upieczeniu lub uduszeniu kroję w kawałki i wraz z kiełbasą jeszcze raz podsmażam na smalcu. I dopiero wtedy dodaję do bigosu. Ile tego mięsa? Na oko ze dwa, trzy kilogramy (per 3 kg kapusty, licząc razem kiszoną i świeżą), plus ze dwa pęta kiełbasy. Jedni wolą więcej mięsa, inni kapusty, ale nawet nie zabierajcie się za bigos jeśli zamierzacie zrobić z niego blady kapuśniak z przygodnie napotkanym plasterkiem kiełbasy. Tak się nie godzi.

Grzyby. Garść grzybów do bigosu? Po co? Nie będzie ich w ogóle czuć. Trzeba dać dwie, nawet trzy szklanki suszu (mówimy tu o ilości na mój sześciolitrowy garnek), najpierw namoczyć w gorącej wodzie, a gdy lekko zmiękną – razem z wodą dodać do gotującej się kapusty (no chyba, że macie grzyby ze sklepu, to wodę lepiej wylać. Bo w wodzie z moczenia może być piasek, liście i czasem robaki), i nie kroić w żadne żałosne strzępki. Grzybory mają być wyczuwalne i widoczne. Nie wstydźmy się grzybów w bigosie, naprawdę.

Kapusta. Odkąd robię bigos na swojej własnej kiszonej, nie płuczę jej przed gotowaniem, nie odciskam maniakalnie soku na sitku, ani nie wylewam wody po jej gotowaniu. Kapusta własnej roboty nie wymaga uzdatniania do spożycia. Jeśli ktoś nie lubi zbyt kwaśnego bigosu, to po to się właśnie dodaje kapustę świeżą. Idealne proporcje ujawniają się w drodze doświadczeń, mi pasuje pół na pół.

Kiedyś dodawałam do bigosu śliwki suszone, ale teraz robią z nimi jakieś dziwy – smarują tłuszczem palmowym, czy innym podejrzanym towotem. Raz z braku śliwek dodałam powidła i już nigdy do śliwek suszonych nie wróciłam. Trzeba je dodawać stopniowo i po każdej dodanej porcji sprawdzać, czy bigos nie robi się zbyt słodki, bo wiadomo – każdy słodzi swoje powidła jak lubi. Dodaję też swoje pomidory ze słoika, gdy mam, albo przecier pomidorowy. Do smaku i koloru. Bigos nie ma konkurować z zupą pomidorową, pomidory lub przecier wzbogacają tylko barwę i aromat.

Wino. Czerwone, wytrawne, nie za 10 złotych, chyba że robicie bigos dla wroga, albo na doroczny festyn Mistrzów Gry w Makao i nie chcecie, żeby Was jeszcze kiedykolwiek zaproszono. Nie chcę przez to powiedzieć, że bigos wymaga zleżałego wykopaliska z omszałej piwnicy Waszych praprzodków, ale trochę szacunku się bigosowi należy, bo to jest wyborna potrawa, a nie śmietnik na gorąco. Wino, którego od lat używam, kosztuje 33 złote. Naprawdę nie wiem, czy to za dużo, bo nie jestem znawcą tematu. Piłam w życiu różne wina w małych ilościach, najczęściej przy takich bardziej napuszonych okazjach, i akurat nie ja płaciłam, a w domu piję tylko do bigosu, ale znam różnicę pomiędzy winem dla ludzi a siarkojeblem dla Rycerzy Jabola. Wiem też, że są wina, o jakich smaku i cenie nawet mi się nie śniło, ale tych bym do bigosu nie wlała, bo to pewnie z kolei byłaby ujma dla wina. Wiecie, trzeba zachować jakąś równowagę, jeśli nie we łbie, to chociaż w garnku.

Najtrudniej jest chyba zrobić tak, żeby wszystkie składniki były odpowiednio miękkie, ale nie rozgotowane. Puree z kapusty w połączeniu z gumowatym mięsem to nie bigos, tylko kara i klątwa mlecznego baru. Trzeba też pamiętać, iż po dodaniu przecieru i powideł, oraz wtedy, gdy bigos jest już gęsty, on się lubi szybko przypalać. Standardem jest co najmniej jednokrotne przelewanie bigosu do innego garnka ;)

No i przyprawy. Do gotującej się kapusty kiszonej dodaję liście laurowe, ziele angielskie i lekko rozgnieciony jałowiec. Wyciągam te liście i kulki po godzinie, żeby nie trzeba ich było wydłubywać widelcem z potrawy na talerzu, a dodatkowym argumentem za taką praktyką jest moje doświadczenie z niechcący rozgryzionym owocem jałowca. Ziele angielskie przeżuwane też nie należy do delikatesów. Sól najlepiej jest dodawać pod koniec gotowania pamiętając, że dodaliśmy już kiełbasę i przyprawione mięsa. Jeśli powidła lub śliwki nie dosłodziły Wam bigosu do szczytu ekstazy podniebienia, nie bójcie się dodać miodu. Żeby było pikantniej, oprócz jałowca dajemy np. ostrą paprykę, lub tylko pieprz. Kminek, czosnek, majeranek, kolendra, rozmaryn, cząber – to też kwestia upodobań. Ja najczęściej staję przed półką z przyprawami i usiłuję sobie przypomnieć, CO JESZCZE dodawałam poprzednim razem.

Można też nie zawracać sobie wiolonczeli i kupić gotową przyprawę do bigosu, najlepiej kilku marek. I powąchać w domu zawartość każdej paczki ustalając w ten sposób, co nam najbardziej pasuje. I przede wszystkim dodawać po trochu, testować smak po dziesięciu minutach i ewentualnie korygować, bo miałam kiedyś taką mieszankę, która pachniała należycie, za to jak się okazało zawierała w sobie tyle pieprzu cayenne, że bigosem można było nadziewać armaty. Kula bigosu po wystrzeleniu doznawała samozapłonu i jak komuś wpadło przez balkon, to miał po firankach i choince.

Na pewno o czymś zapomniałam, a Wy na pewno dopytacie w komentarzach, więc mogę spać spokojnie. I odezwa na Czas Wypizdowia i Upodlenia – ludzie, róbcie sobie bigosy zimą, ponieważ:

Bigos krzepi, bigos grzeje, do bigosu pysk się śmieje.

Komu bigos nie pomoże, temu tylko śmiertne łoże.

Na porządny gar bigosu nie żałuje szlachta trzosu.

Lepszy bigos od kablówki i na SPA wydanej stówki.

Kto smutki bigosem zajada, temu płakać nie wypada.

Tak, to mój osobisty wkład w zbiór przysłów ludowych. Wykoncypowanych melancholijnie z czerwonego.

76 thoughts on “Z nornicą o życiu rozmowy, czyli bigos

  1. nikt wazny 05/12/2014 at 02:13

    Glodna jestem!
    ps. a w kuchni jestem kompletna lamaga i nieudacznik.

    • kanionek 05/12/2014 at 02:24

      Ja, gdy wiem że mam bigos, jestem ciągle głodna – pisząc ten tekst co kilka minut myślałam, czy sobie nie rozmrozić porcyjki.
      A w kuchni kiedyś umiałam tylko herbatę zaparzyć, więc wiesz – nie od razu Rzym podpalono itd. ;)

      • kanionek 05/12/2014 at 02:25

        Dobra, idę spać zanim od Lidki mi się oberwie :D

        • nikt wazny 05/12/2014 at 02:28

          E, jak masz powod do niespania, to przeciez kijem do lozka gonic nie bedzie? Chyba?

        • Lidka 05/12/2014 at 02:35

          Ktos mi, zdaje sie, image podwazyl, bo ja naprawde taka straszna menda nie jestem. No, moze troszke menda…

      • nikt wazny 05/12/2014 at 02:26

        No jakos mi trudno uwierzyc w te herbate:)
        Piszesz z taka pasja.
        Ja bym tak mogla o jedzeniu, ale nie gotowaniu:)

        • kanionek 06/12/2014 at 01:07

          Ja też wolę jeść, niż gotować, co więcej – zdecydowanie wolę jeść, niż o gotowaniu pisać, ale cierpię na taką wstydliwą przypadłość… Otóż wydaje mi się, że jeśli czegoś szczegółowo nie opiszę, to inni nie będą wiedzieli. I nastąpi tragedia, katastrofa, makabra, dżuma z pląsawicą i błotne osuwisko. Rozumiesz. To jest podobno nieuleczalne. Chlip.

  2. Lidka 05/12/2014 at 02:21

    A Ty, Nikt Wazny, to spania nie masz?!
    Oj tam zaraz nieudacznik. Na pewno cos potrafisz upichcic, a moze nie masz cierpliwosci?

  3. nikt wazny 05/12/2014 at 02:24

    No, prawdziwy nieudacznik.
    I owszem, musze gotowac, nie tylko dla siebie, co gorsze. I jest to jadalne, ale zeby smaczne zaraz…

    • baba Aga 05/12/2014 at 15:53

      Kobieto! Chwała Ci ogromna za to, że wiesz o tym. Ja mam w rodzinie kompletną łamage kulinarną, wręcz talent do psucia sprawdzonych przepisów, ale ALE ona ogląda Gesslerową i wydaje się jej że gotuje dobrze, chociaż oryginalnie a to my się nie znamy i to jest prawdziwe nieszczęście :-(. Ostatnio był bigos z pomaranczami a właściwie pomarańczowy on był brrrrrr.

      • kanionek 06/12/2014 at 01:03

        Będę z tobą tańczyć
        bajki opowiadać
        bigos z pomarańczy
        siłą w usta wkładać

        Brzmi całkiem romantycznie ;)

        • baba Aga 06/12/2014 at 13:33

          Nie będę ci ja
          Nie bede ci ja
          Bigosu jadala
          Boś do niego
          Boś do niego
          Gupia pindo
          Pomarańczy nawkładała ;-)

          Siłą tylko siłą i wtedy nie jest już romanticznie :-(

  4. Lidka 05/12/2014 at 02:30

    Bigos cudny! Czapka z glow i dac jej sliwke naleczowska w nagrode! Ja wlewam do mojego bigosu( i gardla tez) wino typu malbec, jakos wydaje mi sie takie…tlustsze w smaku. O i dodaje tez szklanke porto. A Twoje winko tez dobre, wiem, bo pilam.
    Nowe przyslowia genialne. Chyba jestes pionierem w dziedzinie bigosowych przyslow, bo nigdy nie slyszalam o takich.

    • kanionek 06/12/2014 at 01:01

      Już mnie poniżej koleżanki pobiły na łeb w tej nowej dziedzinie ;)
      Porto zawsze mi ładnie brzmiało, jako słowo. Ale nigdy nie miałam sposobności spróbować. Czy z porto jest tyle samo zamieszania, co z winem? Różne gatunki, kolory, kraje pochodzenia, zależność smaku od wieku, fazy księżyca i humoru guwernantki sprzątającej piwniczkę?

      • Lidka 06/12/2014 at 19:48

        Nie mam pojecia. Porto jest bardzo slodkie, wiec jakby definiuje dodanir sliwek lub powidel, mysle. Porto, ktore wlewam do mojego bigosu, przemycilam („az” dwie butelczyny!) z Peru. Bardzo niemila celniczka fuczala na mnie, a ja prawie ze lzami w ochach tlumaczylam moim kulawym hiszpanskim, ze to na prezent. A moglam powiedziec mendzie, ze do bigosu. A w ogole zdegustowana bylam, bo co to za kraj, ktory nie pozwala wywozic buza inaczej niz w zoladku?!!

  5. pluskat 05/12/2014 at 08:10

    Juz dawno podejrzewalam Kanionka o perfekcjonizm, teraz mam dowod. Tez gotuje bigos w ilosciach hurtowych, ingrediencje te same (choc ze zbieranych wlasnorecznie to tylko jalowiec i listek bobkowy), dodaje jeszcze baranine (kupuje mrozony udziec jagniecy z Nowej Zelandii).

    • kanionek 06/12/2014 at 00:57

      Ta, ten przeklęty perfekcjonizm, szczególnie gdy płynnie przechodzi w pierdolca, to mnie kiedyś wykończy. A że za krzywo, a że za prosto, a że za mało zielone. Ale miewam chwile odpoczynku, kiedy w dupie to wszystko mam :) Nieczęsto, no ale to wymaga pracy nad sobą. I czasem gorzkich łez ;)

  6. diabel-w-buraczkach 05/12/2014 at 08:39

    Aaaha. No i sie wydalo, kto mi wino z szafeczki podprowadza. No ale w obliczu TAKIEGO bigosu, i ogromu wlozonego w jego sprawe poswiecenia (czasu i cierpliwosci) – uniewinniam dozywotnio.
    Znajomosc z nornica weszla widze w wyzszy poziom zazylosci, oby tylko nastepnym krokiem nie bylo przyprowadzenie rodziny i znajomych ;)

    • kanionek 06/12/2014 at 00:53

      Pardąsik, Diabełku, ale tak kusisz na tej nalepce…

      Ja wiem, że ona to żarcie dzieckom wynosi, ech. I znajomych też wielu ma, drugie ech. Ale taka fajna jest, że ECH! :)

  7. Anika 05/12/2014 at 10:21

    Twój bigos wygląda obiecująco, aczkolwiek ja nie stosuję dosładzania śliwkami/powidłami oraz nie dodaję wina. Każdy ma jednak swoje ulubione smaki i przyzwyczajenia (także członków rodziny) – np. eksperymentalny dodatek wina do gulaszu tak odmienił jego smak (zapach i koloryt), że zjedliśmy go jako… ciekawostkę kulinarną, której chyba nie powtórzę. Pozdrawiam

    • kanionek 06/12/2014 at 00:50

      Święta prawda. Ja lubię eksperymenty, ale są i takie, na które bym nie poszła. Np. ryba na słodko, albo coś w tym stylu. Z Chińczykami dawno temu pracując nażarłam się bardzo różnych rzeczy, czasem trzeba było, żeby kogoś nie urazić, no i po jakimś czasie bałam się już pytać „z czego to jest zrobione”. Znacie te słynne jajka zakopywane w ziemi? No to ja MUSIAŁAM kawałeczek drogocenny skosztować. I wszystko byłoby fajno, gdyby nie to, że oni mi najpierw opowiedzieli, jak się te jaja sezonuje.

      Bigos jest w sumie bardzo ciekawą potrawą, bo każdy go robi trochę inaczej, ale to wciąż jest bigos i co tu kryć – każdy jest smaczny.

  8. Ola 05/12/2014 at 10:36

    Zacznę od dygresji. Kuba, kiedy wraca ze spaceru i czeka na swoją michę, siada grzecznie w kątku i ŚLINI się. Nie wiem, czy widziałyście kiedyś taki ślinotok. Potem leci do swojej miski, a ja zazwyczaj włażę piętą w skarpetce – glump! – w kałużę. Taka prawidłowość dziwna.
    A więc, dotrwałam wczoraj do bigosu Kanionka, przeczytałam, dostałam taaakiego ślinotoku i odmawiając jakichkolwiek komentarzy uciekłam spać. Bo groziło mi zeżarcie zawartości lodówki…

    Kanionku! Kitowicz z Ćwierciakiewiczową obgryzają paznokcie z bezsilności swojej wobec potęgi Twojego opisu!

    Ukłony dla Nornicy Bezimiennej, niech jej koty z drogi schodzą i ziemniaków z kapustą nigdy nie zabraknie w spiżarni… O życzliwości Kanionka wspominać nie trzeba.

    • kanionek 06/12/2014 at 00:42

      Kuba to musi być naprawdę fajny gość :)
      Im więcej o nim piszesz, tym bardziej go lubię.

      Powinnam zapewne wiedzieć, kim są „Kitowicz z Ćwierciakiewiczową”, ale ciemność widzę. To jakieś szychy z telewizji?

      Polubiłam tego gryzonia, serio. Możecie się śmiać, ale lubię sobie wyobrażać, że rozmawiam z nimi NAPRAWDĘ. Z nimi, czyli tymi wszystkimi bohaterami moich wypocin, gośćmi w domu, na podwórku, w lesie. Im nas więcej, tym nam raźniej, nie?

      • nikt wazny 06/12/2014 at 01:13

        Cwierciakiewiczowej nie znasz????
        Toc nawet ja, lamaga kulinarna o niej slyszalam, ba! mam nawet reprint jej ksiazki kucharskiej z bardzo fajnymi prostymi przepisami zaczynajacymi sie zwykle tak: wez kope jaj…
        :)

        • kanionek 06/12/2014 at 01:30

          Eee… No serio Tobie mówię, bo ja naprawdę nie jestem żadnym kucharzem z pasją. Ja tylko lubię coś dobrego zjeść, więc muszę sobie zrobić. Ćwierciakiewiczowa to jest prawdziwe nazwisko??? Rany uda ze skowronka. Dobra, zaraz poszukam i przyswoję trochę informacji ze świata gwiazd.

        • shal 06/12/2014 at 01:50

          nie można zapomnieć o wzięciu do kopy jaj, mendla dziewcząt-podkuchennych(no wystarczy tuzin)

        • kanionek 06/12/2014 at 03:11

          NO KURDE LUDZIE! Dlaczego mi nie mówicie, że Ćwierciakiewiczowa dawno nie żyje? Ja już sobie raz jęzorem niewyparzonym ducha Hemingwaya do domu ściągnęłam, na co mi teraz jeszcze pani Lucyna? Mleko mi będzie kwaśniało za te „szychy z telewizji”. Chociaż pewnie gdyby żyła, tefałką by nie gardziła. W każdym razie ja bardzo Panią przepraszam, Pani Lucyno. Czołem o posadzkę i kolanami po grochu.
          (nie róbcie mi tak więcej!)

          • Ola 06/12/2014 at 10:07

            obiecuję, że POSTARAM się nie wywoływać więcej duchów, ale to skrzywienie takie jest zawodowe :(

  9. Lena 05/12/2014 at 10:51

    Lecę na bazar po kapuchę! Ale wino dodam cienkie, bo ja na emeryturze już jestem. Jałowca dokupię i dodam własnoręcznie zrobione powidła śliwkowe, tylko nornicę będę musiała sobie wywirtualnić. Letę na bazar, przybendeę, nabędę, pichcić będę. Dzięki za inspirację, szykuje się pijane popołudnie! Hurra!Long live Kanionek! Grudzień nie jest zły, śniegu u nas jeszczo niet ale bigos jako zimowe danie zrobię w większej tym razem ilości, tylko grzybów mi szkoda, bo mam mało./chyba, że w Biedrze kupię, ostatnio znalazłam tam borowiki mrożone, cymes za 7,99, wydolę finansowo, mogę być potem do 15-go wegetarianką…/Pozdrów nornicę, ona może się nazywać Nora, ładnie?

    • kanionek 06/12/2014 at 00:36

      Ładnie :) Pasuje do niej. Ona jest taka… elegancka :)
      Lena, a może za te osiem zybli lepiej suszone grzyby wziąć? Nie używałam nigdy mrożonych, ale jeśli Ty się zdecydujesz, daj znać, jak tam u nich z aromatem i smakiem. No i smacznego.

  10. ciociasamozło 05/12/2014 at 15:21

    Lepszy bigos od Kanionka, niźli w nocy zjeść pajonka
    Lepszy garnek bigosiku, niż co chwila latać siku
    Lepiej zjeść bigosu garnek, niż odchudzać się na marne
    Kto nawpycha się bigosu, ten jest panem swego losu

    Kanionku! coś Ty mi zrobiłaaaa?!

    • Lidka 05/12/2014 at 20:06

      Poczekajcie, poczekajcie z ta produkcja rymow, bo nie nadazam se zapisywac!

    • Ola 05/12/2014 at 20:51

      pajonk jest najlepszy!!!!!!!! :))

    • kanionek 06/12/2014 at 00:32

      :D
      Ja nic. Ja tylko pociągnął!

  11. Modra 05/12/2014 at 15:46

    Taaaaki gar bigosiku, mniam mniam…
    To ja proponuje w konwencji „czego życzyć Kanionkowi na gwiazdkę?”: Jak już Kanionek ten bigos zje, to niech usłyszy małych koziołków meee

    • kanionek 06/12/2014 at 00:31

      Dzięki, Modra :)
      Na miłych życzeniach chyba się jednak skończy. Grudzień leci coraz dłuższym krokiem, po glucie Bożeny już nawet wspomnienie się zatarło, i nadal nic. Machnęłam łapką, jak ta nornica. Nie teraz, to kiedy indziej :)

  12. pandeMonia 05/12/2014 at 15:49

    Jakie cudne zdjęcie – bigos nad bigosy i obok węgiel :)
    Kiedy się kiedyś spotkamy, będę miała obawy zaprosić Cię do stołu i częstować żarciem własnej roboty.
    Ukłony dla wszystkich! ♥

    • kanionek 06/12/2014 at 00:27

      Tak, zauważyłam ten węgiel już po zrzuceniu zdjęć na kompa. Od razu mówię, że to węgiel Antoniego, a on bigosu nie jadł, więc proszę bez związków :)

      Eee, ja lubię żarcie cudzej roboty. A jak jeszcze nie każą potem zmywać, to już w ogóle bigos z miodem ;)

  13. Kachna 05/12/2014 at 16:20

    Padłam po dialogu z nornicą!
    Toż jakbym ze swym synem gimbazą (sam tak o sobie mówi) gadała. „ehm, tja, yep, yehp, eee, yyy, yelp, nelp,nooo, aaataaam, coooo?….”(to kwestie nastolatka oczywiście;.Ja staram się piękną polszczyzną z elementami literackiej mowy:)
    Ot i takie dialogi prowadzimy.

    …………
    A bigos – cóż ja zawsze uważałam, że do zrobienia dobrego trzeba dorosnąć. Dojrzeć. Jak dobre wino.
    Wciąż rosnę.Dojrzewam.
    Niestety.
    Wielowarstwowo.
    Ale tak myślę, że może podejdę do Niego. Tego Bigosu.
    Bo lubię bardzo.

    ……
    Lepiej zrobić bigos własny
    niż pantofel mieć za ciasny.

    Lepsze z Norą rozgawory
    niźli z dupkiem wejść w amory.
    (Przepraszam wszystkich – musiałam.)

    • pluskat 05/12/2014 at 16:29

      A może tak iść za ciosem
      i dupka struć bigosem?

      • Kachna 05/12/2014 at 18:07

        Szkoda.

        Bigosu.

        ……….

        • kanionek 06/12/2014 at 00:23

          Ha! Więc jednak…
          Masz rację, Kachna, nie truj tego niegodnego bigosem. Użyj bigosu dla siebie w charakterze odtrutki :) Lek należy popijać dużą ilością wina, tak mówi ulotka.

  14. pluskat 05/12/2014 at 16:23

    Dajcie kumo kielonka pod bigos Kanionka!
    Gorzko żałuje, kto bigosu nie skosztuje.
    Nie straszna temu zima,
    kto bigos w lodowce trzyma.
    To rzecz oczywista:
    kto bigosem gardzi ten snob i faszysta.

    • kanionek 06/12/2014 at 00:21

      O tak – snob, faszysta i siła nieczysta. Pociągu bez kół maszynista. Żeby nie rzec – onanista!

  15. Fredzia 05/12/2014 at 17:06

    Hesusie, człowiek od rana na rozmiękłej kajzerce z pastą jajeczną w rodzaju tych, co to więcej wycieka bokami niż trafia do paszczy, blurpopędnej drożdżówce (znacie te krępujące chwile, gdy w zapchanym do wypęku szczurami na kredycie openspejsie, którego natężenie decybeli zagłuszyłoby startujący myśliwiec, nagle zapada cisza i rozlega się donośne BLURP Waszego żołądka oburzonego dostarczoną treścią? parafrazując klasyka: nie zaznał życia, kto nie pracował w korporacyjnym szczurowcu) oraz dwóch śliwkach (nałęczowskich naturliś), a tu nagle dostaje po oczach ślinosprawczym wizerunkiem absolutnie genialnego bigosu (skoro już musiałaś, trzeba było zrobić zdjęcie pralką Franią, żeby garnek majaczył w charakterze rozlazłej plamy niepodobnej do nikogo, a nie walić po oczach wysoką rozdzielczością kawałków kiełbasy i grzybów).
    Z działań okołokuchennych wychodzą mi omlety, gulasz z kurczaka i pieniądze, ale apetyt – zwłaszcza pod wieczór – miewam normalny, więc właśnie zastanawiam się nad służbowym pretekstem niesłużbowego pożarcia jabłka zostawionego na biurku obok. Nie lubimy się z właścicielką (biurka oraz jabłka), więc pewnie stanęłoby mi w gardle.
    Bigos uwielbiam, aczkolwiek – podobnie jak czosnek i cebulę – gotowany w odległości co najmniej pół wiorsty (wybaczcie rusycyzm, czytam Akunina) od mojego domu. Mama twierdzi, że mam po Tacie (który czując, że sąsiedzi smażą cebulę biega po klatce w bloku i otwiera wszystkie okna) walniętą przysadkę (bo jeśli wchodząc do mieszkania czuję zbyt intensywny zapach, biegam i otwieram wszystkie okna). Na szczęście moja lepsza połowa jest ugodowa i na śmierdzące pyszności chodzimy do knajpy albo w gości :)

    • kanionek 06/12/2014 at 00:17

      Zdjęcia pralką, albo cegłą, mogą niedługo stać się spełnieniem Twoich marzeń – mój aparat ma już ponad 6 lat, a na współczesny sprzęt to bardzo dużo. Od jakiegoś czasu silniczek mu szwankuje, tzn. dostaje napadów drgawek, i wtedy wszystkie fotki roztrzęsione

      Pracujesz w ołpenspejsie? Zgroza. Wyrazy współszczucia. Co za bydlę sadystyczne to wymyśliło i dlaczego to jeszcze nie jest prawnie zakazane, to nie wiem.

      A wrażenia o różnym stopniu i kolorycie po naprędce do roboty kupowanych śniadaniach też znam. I lanczach z ulotki. I obiadach z mikrofalówki. Po brakach obiadów, snu, poczucia godności i innych takich zdobyczach cywilizacji również. Trzymaj się dzielnie w tym swoim kołchozie, który słowo „open” ma w nazwie tylko dla zmyłki ;)

  16. mp 05/12/2014 at 17:16

    A mi jakoś tak epopeją zapachniało, prawie „Panem Tadeuszem” :) Bigos cudnie wygląda, ale jednak przy tym Casillero ręka by mi zadrżała.
    Mogę sobie wydrukować Twoje „Bigos krzepi, bigos grzeje, do bigosu pysk się śmieje.” i okleić słoiki z bigosem w spiżarni ?
    Pozdrowienia dla nornicy :)

    • kanionek 05/12/2014 at 23:57

      Hej mp :) Bierz, co chcesz.
      Ręka mi drży, gdy za Diablo płacę, ale podczas konsumpcji się rozgrzeszam. Nornica pozdrowiona – zabiegana dzisiaj taka, że tylko w przelocie „jasne, spoko, dzięki” rzuciła.

  17. Ynk 05/12/2014 at 17:48

    Pierwszy krok w kierunku bigosu wykonałam. Nabyłam wino. Wino nabyłam. Wino. Jest. W domu. Wino. Stoi. Na stole. Wino. Jest. Wino. Jeszcze jest.

    • Ynk 05/12/2014 at 18:00

      Hej, Waćpanno, pokaż no się,
      brodę całą masz w bigosie.
      Pozwól, że się ciut przybliżę
      i z gębusi bigos zliżę.

    • kanionek 05/12/2014 at 23:51

      I co – jest jeszcze?? Bo podejrzanie zamilkłaś.
      Ja niestety mam tak, że choć dobre wino lubię, to mój żołądek i głowa już nie. Butelka zawsze więc spokojnie stoi i czeka na Czas Bigosu. Ta, którą zużyłam na bigos ze zdjęcia, czekała już od wiosny :D I ten jeden, dwa razy do roku, godzę się na ewentualną migrenę i inne boleści, bo do bigosu lampkę trzeba wypić.

      • Ynk 06/12/2014 at 00:47

        Jest, jest. Za bardzo lubię ten szlachetny trunek, by jak wodę go popijać. U mnie tylko okazjonalnie, i nie więcej niż dwa, trzy kieliszki/szklaneczki. Żołądkowi memu, ani głowie nie szkodzi, ale o senność potrafi przyprawić. Trzymam zwykle w lodówce butelczynę czerwonego wytrawnego, tańszego, do podlewania mięsiwa przed duszeniem, ale w siebie wlewałam ostatnio w połowie września, bo i okazja była wyjątkowa.

  18. kanionek 05/12/2014 at 19:25

    Proszę proszę, jak to się z głupiego bigosu konkurs talentów zrobił. Piszcie, piszcie, ja tu właśnie usiadłam (na podłodze) i czytam. I śmiecham :)
    Na razie przesyłam jeno buziaki, bo zaraz do koziarni idę odwiedzić Łabędzicę, Baryłę, Mądralę i Pomoczka.

  19. diabel-w-buraczkach 05/12/2014 at 19:29

    Czytajac te wszystkie piekne strofy wacpanien, dochodze do wniosku, iz do bigosu Kanionek oprócz grzybów i powidel dodal swiezutka muze, azaliz jeszcze nie jestem pewna czy tylko Euterpe, czy moze tez i Erato ;) I teraz emanuja silnie z zamieszczonych zdjec.
    => pluskat, poleglam :)

  20. pluskat 05/12/2014 at 20:50

    Andrzej Pecik ma ksywe POMOCZEK? Ale mam nadzieje, ze nie Wymoczek?

    • kanionek 05/12/2014 at 21:53

      Dzisiaj taką dostał, bo w pomoczności jasnej (nie mylić z pomrocznością) obsikuje wszystko z pasją szaleńca-filatelisty. I pewnie myślicie, że co ja gadam, bo zbieranie znaczków to takie spokojne hobby. Nic bardziej mylnego – lat temu wiele byłam za tłumacza najęta jednemu takiemu od znaczków, na jakiejś wielkiej giełdzie pokancerowanych pomyleńców. Uwierzcie mi – negocjacje cenowe nad kupką papierków z klejem mogą osiągnąć temperaturę budki z kebabem. Po zamachu terrorystycznym.

      A wracając do tematu, moje zwierzaki miewają różne, tymczasowe ksywy, poza swymi na stałe przydanymi imionami. Wszystko zależy od tego, co akurat przeskrobią :)

      • Ola 05/12/2014 at 22:13

        może jemu pas z pieluchą???

        • kanionek 05/12/2014 at 22:40

          Diabłu wcielonemu pieluszkę? A jak mu od tego libido spadnie? Może najpierw się upewnię, że dopełnił małżeńskich obowiązków, a wtedy zawinę go choćby w dywan ;)

  21. anai 05/12/2014 at 21:52

    też zgłodniałam…! ale jeśli bigos trzeba zacząć robić 6 niedziel wcześniej, to na święta już nie zdążę! Ale w tym roku JA będę dosmaczać :) i grzybów dorzucę dużo.

    • kanionek 06/12/2014 at 01:20

      Serio, jest nakaz sześć tygodni go gdzieś ukrywać? Ja swój odgrzewam tylko dwa razy, no i trzeci raz po rozmrożeniu, bo część pakuję w porcje do woreczków i zamrażam. Ale sześciu tygodni żadna chyba nie przetrwała.

  22. pluskat 05/12/2014 at 21:53

    Fajnie, ze z dzikiej, nieufnej Ireny zrobila sie u Ciebie Madrala. Zdolna koza, trzeba by ja ksztalcic.

  23. kanionek 05/12/2014 at 22:34

    I jak wypiękniała! Zaokrągliły jej się pośladki, zniknął kościsty grzbiet i matowa sierść, nawet rzęsy ma dłuższe :D
    Naprawdę, Irena jest wspaniałą kozą. Niewielka, jak na dwulatkę, zwinna i bystra, coraz bardziej przytulańska – taki pies, który robi meee :)

  24. Lidka 06/12/2014 at 00:48

    A te nornice, Nore, to bym zlapala, scisnela i wycalowala. Pewnie dlatego moje wszystkie chomiki tak krotko zyly: z nadmiaru mojej milosci…

  25. Lidka 06/12/2014 at 00:57

    Pod moja zmywarka kiedys mieszkala czarna myszka. Wychodzila rano bladym switem i akurat w tym momencie, kiedy stalam przy oknie kuchennym i delektowalam sie kawusia. To bylo akurat po porze karmienia kotow, koty nazarte juz se poszly, a ona biegla prosto do ich misek i wypychala policzki, ile wlazlo. Niestety, nie zasluzylam sobie na to, zeby uslyszec co ma do powiedzenia, wiec cieszylam sie przynajmniej, ze lypie na mnie tym czarnym koralikowym okiem. A potem zmywarka sie zepsula i musialam wstawic nowa. I po tej operacji juz jej nie bylo.

    • kanionek 06/12/2014 at 01:25

      Myszki są chyba bardziej ostrożne. Nornice mają tupet i prawie niczego się nie boją ;)

      Ja też mam tę przypadłość ze ściskaniem, przytulaniem, buziaczkowaniem i innymi przejawami molestowania zwierząt. Niby wiem, że to infantylne i czasem wręcz szkodliwe, no i co. Nic. To jest silniejsze ode mnie, głosy mi kazały, a mój pradziadek był kuzynem doktora Dolittle. Takie mam argumenty na swoją obronę. Skoro nawet Bożena się z tym oswoiła i teraz sama nadstawia pyska, to inni też w końcu polubią. Jak to szło w Kingsajzie? „My ich tak długo będziemy kochali, aż i oni nas pokochają”.

  26. baba Aga 09/12/2014 at 15:29

    Nadszedł ten dzień, że i ja mam wino ;-)
    W związku z tym mam dwa pytania:
    1. Czy nie dajesz cebuli do bigosu?
    2. Czy od razu gotujesz wszystko razem? Bo mnie babcia uczyli, że w kwaśnym się nie Ugotuje, więc ja najpierw gotuje świeżą kapustę z d

  27. baba Aga 09/12/2014 at 15:31

    Dodatkami, przyprawami, wedlinami itp a dopiero potem dodaję kwaśną i razem jeszcze kilka godzin.
    Przepraszam za usterki, ale tablet mi świruje, udało mi się napisać za 3 razem, poprzednie nagle znikły :-/

    • kanionek 09/12/2014 at 20:25

      Ups, przepraszam, że dopiero teraz. A jeśli zaczynasz od świeżej kapusty, to ona się nie rozgotowuje? I te wędliny nie rozpłyną? Ja akurat robię dokładnie odwrotnie – gdy kapusta kiszona jest już półmiękka, dodaję świeżą. Być może to też zależy od kapusty, zarówno świeżej, jak kiszonej. Zauważyłam na przykład, że ta z mojego kiszenia gotuje się dwa razy szybciej, niż ta ze sklepu. Świeża też bywa różna, kiedyś miałam taką już lekko zleżałą, niby wciąż dobrą, ale zdecydowanie miała w sobie mniej wody. No i gotowała się długo. W ogóle oceniam „na oko” jak długo co się będzie gotować, ale i tak nie zawsze uniknę jakiegoś potknięcia.

      Cebulę można dać, można nie dawać, prawdę mówiąc robiłam i z cebulą, i bez, i nie zauważyłam różnicy. A ja jeszcze z kolei słyszałam, że w słodkim się nie ugotuje, więc powidła, cukier lub miód, lepiej dawać na końcu. Widać co bigos to inna wiązka zaklęć ;) Kiedyś też dolewałam wina po trochu, co 15 minut, a teraz wlewam w dwóch porcjach i wychodzi na jedno. Jeśli Twój bigos do tej pory wychodził smaczny, to może rób po swojemu? Eksperymentować można z dodatkami, dodając po troszeczku, i sprawdzać co z tego wychodzi :)

  28. baba Aga 09/12/2014 at 22:08

    Dzięki, ciekawa byłam opini znawcy :)
    ja robię bigos tak jak moja babcia,(tzn właściwie wyciągnęłam od dwóch babć to co najlepsze, jedna babcia z obecnej Ukrainy, druga spod Tarnowa, a ja mieszkam na kaszubskiej wsi) wędliny i mięso obsmażam na patelni z cebulką i dodaję do sparzonej świeżej, podgotuję trochę i wtedy daję kwaśną a potem to już daje resztę do smaku. Gotuję cały dzień, co chwilę próbując, bo jak coś dodadm to musi sie przegryźć, a wieczorem na balkon, żeby zmroziło troszku i następnego dnia jeszcze raz całośc zagotowuję i wtedy juz jest ok. Co do kwaśnego to łatwo sprawdzić na zupie ogórkowej, jak wrzucisz najpierw ogórki a potem ziemniaki to zawsze będa troszku twarde. Ja tez mam gar 6 litrowy i co roku obiecuję sobie że kupię wiekszy, własnie do bigosu, bo on jakoś tak magicznie znika, a teraz jak córuś mieszka z 3 koleżankami to nawet nie myślę o mrożeniu na zaś, dziecko jak sie dowiedziało ze będzie bigos to nawet na weekend z miasta do domu zajedzie :)

    • Iwona 10/12/2014 at 07:10

      A wino domowej roboty może być, słodkie, trochę;-)

      • Iwona 10/12/2014 at 20:22

        Z tym winem to zapytać chciałam, czy być może wino takie do bigosu, bo nie wiem , bo kiełbasy robię i na dekiel mi poszło już ;-)

        • kanionek 10/12/2014 at 21:24

          Hej Iwona, słdkiego nigdy nie dawałam, ale tak sobie myślę, że jeśli wino smaczne, to czemu nie? Ale wtedy lej mniej, niż wytrawnego, lepiej ostrożnie dodawać i sprawdzać, czy z bigosu nie wyjdą nam kapuściane konfitury. Tak sobie myślę. KIELBASY robisz?? Ja cie… Dej no jakiś sprawdzony przepis – jakie przyprawy, jakie mięso, no i w ogóle!

          • Iwona 10/12/2014 at 23:41

            Teraz to ja się nazywam: kiełbasa, baleron, kaszanka, salceson, jak kto woli, mnie tam wsio ryba, od tygodnia gotuję, mielę, napycham, gotuję i zmywam tłuste gary, jutro finisz, oby wytrzymało i nie wiało, bo mąż czary mary przy wędzarce robić będzie, a wiatr nie jest dobry. Ja najczęściej robię tak, proporcje na oko oczywiście:-), mięso wieprzowe 10 kg, mięso wołowe 2 kg mielę na, dodaję 3 łyżki płaskie cukru,czosnku dwie duże główki, przez praskę wyduszony, soli wg doznania kubków smakowych, 0.5 litra wody i wyrabiam, aż będzie kleiste, i napycham jelita, i do wędzenia, lub pieczenia, lub gotuję. A pieprzu czarnego jeszcze daję, wot skleroza, tak torebkę na tę ilość:-)

          • kanionek 10/12/2014 at 23:53

            Aha, dobra, a powiedz jeszcze (w przerwie pomiędzy myciem i napychaniem), jakie mięso wieprzowe – mieszane, czy wszystko jedno, oraz jak długo one się dadzą przechować, te kiełbasy, i w jakich warunkach? Wędzone pewnie najdłużej? Oby Wam nie wiało. Dla mnie prognoza widzi w porywach 90 km/h, w piątek po południu.

          • Iwona 11/12/2014 at 09:17

            Daję różne okrawki, karkówkę, łopatkę. Wędzimy na ciepło, tydzień spokojnie poleży w lodówce. Porcjuję i zamrażam. Wędzenie na zimno jest trwalsze, wtedy wędliny można przechowywać do pół roku w suchym, zimnym pomieszczeniu. Ale to dwa tygodnie trzeba po trochę wędzić.

    • kanionek 10/12/2014 at 21:19

      @ baba Aga

      ZNAWCY :D
      A tak, ja też obsmażam i mięso i kiełbasę, na smalcu. Mięso uprzednio upieczone. Tak, garnek sześciolitrowy kiedyś wydawał mi się wielki jak wanna, a teraz jakiś taki malutki, taki biedaczek. Ale on ma dużą średnicę dna, kosztem wysokości, i zajmuje połowę powierzchni kuchenki gazowej :-/ No i co dwie babcie, to nie jedna – bigos musi być ekstra :)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa