Suchutky załkał lyść, czyli Sławek Sławek, puścił ci w pralce spawek

Pochłaniam suszone żurawiny, które dostałam od Mamy i nie mogę nadziwić się, że nigdy wcześniej ich nie jadłam. Są wyborne. A księżyc, dziś jeszcze lekko niedopieczony z jednej strony, niedługo znów będzie w pełni i rozpoczną się wzmożone wędrówki leśnych zwierząt. W noce Tłustego Łysego, przy bezchmurnym niebie, psy dostają szału i obszczekują wszystkie strony świata. Bo z każdej coś podejrzanie szeleści, trzeszczy, chrząka lub pokrzykuje.

Moja Mama nie może spać w czasie pełni i to bez względu na to, czy Łysy świeci jej w okno, czy nie. Ja nie mogę spać tylko dlatego, że co zapadnę się po obojczyk w lepkiej polewie masy sennej, to zaraz tuż pod parapetem rozstrzela mi się psia jadaczka ze swym zdesperowanym “ja wam wszystkim nogi z dupy natychmiast!”.

Dni są zaś ostatnio tak ciepłe i słoneczne, że grzechem byłoby nie urobić się fizycznie po łokcie. Sprzątałam w kurniku i niosąc w objęciach czystą słomę wdychałam jej charakterystyczny zapach mąki i lata. To mój pierwszy rok obcowania ze słomą i wiem, że kiedyś przestanie robić na mnie wrażenie, ale na razie poję nią wszystkie zmysły, tak spragnione banalnego kontaktu z naturą. Zapach, szelest, wrażenie ciepła (gdy jest dobrze zrobiona, tzn. naprawdę sucha), no i ten słomiany kolor. Oczywiście słoma, która jechała taczką w drugą stronę, tym razem do szklarni, już nie pachniała tak wybornie – być może z powodu domieszki kurzego łajna.

I znowu myślę sobie, że szkoda, że niektóre zawody podupadają (krawiec, zegarmistrz, zdun), a inne zdają się być już całkiem martwe (szewc, kowal, kołodziej), zaś dzisiejszy rolnik jest często rolnikiem z przypadku. Brak tradycji przekazywania tajników fachu z ojców na synów, a być może zwykłe niedbalstwo powoduje, że ludzie nawet rzeczy proste potrafią spie*dolić. Kto przy zdrowych zmysłach i uczciwych zamiarach zbiera siano w czerwcu, gdy na zewnątrz 12 stopni i wilgotność powietrza sięgająca 90%? A taki latoś mieliśmy tutaj czerwiec i w związku z tym jeden balot siana nadaje się tylko na ściółkę do ogrodu. Odwijaliśmy ten szaro-bury dywan warstwa po warstwie, a pleśń pyliła, atakując oczy i oskrzela. Nakichaliśmy się jak po tabace, urobiliśmy po pachy z przewalaniem tej kurzącej masy (balocik ważył co najmniej 250 kg, był dobrze sprasowany), psy kręcące się w pobliżu nagle zapragnęły sobie oczy pazurami powydłubywać, i tyle z tego mamy. Koza by tego do ust nie wzięła, chyba żeby ją głodzić przez pół roku. Pozostałe dwa baloty są innego sortu, miejmy nadzieję, że z lipcowego zbioru.

A jutro (właściwie to już jest dzisiaj) jedziemy w czynie społecznym komuś pralkę naprawiać. Jedziemy zespołowo, bo choć ja niczego nie umiem naprawić, to pełnię wcale i zgoła nie od parady rolę w naszym duecie wizytowym. Biorę mianowicie, na swe wątłe barki, cały ciężar konwersacji i to jest bardzo ważne, gdyż małżonek nie umie pracować inaczej, jak tylko w ciszy i skupieniu. Nie dla niego klient z futryny zwieszający się i zagadujący uprzejmie: “a jak wam się tam w tym lesie mieszka?”, “a nie straszno wam?”, “a do Anglii aby nie wyjeżdżacie?”. Albo kręcący się wokół rzeczonej pralki jak zatroskany trzmiel przy zwiędłym tulipanie, i brzęczący co chwila: “a może tu by coś…”, “a jakby tak TO odczepić?” i tym podobne. Mam też rolę specjalną, w której wcielam się w zołzę, heterę i Złą Kobietę, albo zwyczajnie – głupią babę. Mianowicie na koniec roboty, bez względu na to, czy operacja się była powiodła czy nie, zaczynam ponaglać małżonka do odjazdu (tłumacząc się garnkiem na gazie, rozmrożoną flądrą lub zwykłym bólem głowy) i kategorycznie odmawiać wysokoprocentowych poczęstunków. Rzeczy sią mają bowiem tak, że małżonek wódy nie lubi nawet oglądać, ale jemu, jako “chłopu”, nikt by nie uwierzył i z miejsca wziął się każdy obraził. Więc małżonek nie odmawia, tylko patrzy na mnie, ja wtedy w lament uderzam, że ryba, głowa i spalone kartofle, i już nas nie ma. Kartofel syty i płastuga cała.

A na koniec dla Was zagadka z serii “Znane i nieznane szkodniki lasów i upraw”. Kto nam tak pięknie opierniczył z kory wszystkie świerki i nie tylko, posadzone za płotem w charakterze wiatrochronu, i kto ma teraz w związku z tym ryj czarny jak świnia?

ogołocone3

ogołocone2

ogołocone

Zagadka nie jest trudna, więc w nagrodę czeka Zwycięzcę tylko odrobina satysfakcji i może jakieś oklaski, za to dla JASNOWIDZA, który powie mi, kiedy zbiorniczek na deszczówkę wypełni się wodą, przewiduję nagrodę rzeczową: słoiczek grzybów, odcisk kopytka Tradycji w betonie, albo specjalny wpis na zamówiony temat (nie dość, że to są nagrody do wyboru, a nie wszystkie w kupie razem, to jeszcze lipne jak sztuczny miód w plastikowym słoiku, wiem). Aha, i fajnie byłoby, gdyby ten jasnowidz miał też moc sprawczą i w takim przypadku proszę o termin na bieżący listopad, bo marzec i kwiecień 2015 nie interesują mnie :)

Na zachętę prezentuję fotkę smutnego, pustego zbiorniczka, tulącego w swym łonie samotny, zwiędły liść. Liścia może nie widać, ale czy ja Was kiedyś oszukałam?

sad and empty

A w nocy robi takie “pii pii pii”, że serce się kraje i łka dwunastnica.

30 thoughts on “Suchutky załkał lyść, czyli Sławek Sławek, puścił ci w pralce spawek

  1. Lidka 05/11/2014 at 04:17

    O, kurcze, kurcze! Co za menda Wam te drzewa tak zalatwila?! Ja stawiam na jakiegos duzego, czworonoznego rogacza, ktorego swedza rogi. Nie jest to wiosna, wiec nie moze byc to krolik, a w ogole to co ja gadam – krolik nie zdarlby taaakim platem kory z drzewa.

    Wczoraj wieczorem zaczelam pichcic bigos z MOJEJ kapusty i dzis byla oficjalna degustacja produktu. W czasach szczeniecych mialam kolezanke, ktorej wujek o imieniu Zygmunt, doskonale gotowal i kiedys bedac przeziebionym ugotowal zupe pomidorowa. Ciotka, jego zona, po sprobowaniu tej zupy, wrzasnela:”Nie solone, nie pieprzone, Zygmunt, wywal to.” Tak nam sie to powiedzonko spodobalo, ze przylgnelo do naszego repertuaru. I tak tez mi wlasnie moj malzonek powiedzial, ze nie solone, nie pieprzone i w ogole Zygmunt wywal to. Doprawiam wiec.
    Pozdrawiam zyczac deszczu.
    PS. O, a moze powinniscie zatanczyc jakis Kanionkowy rytualny taniec deszczowy? Nie zaszkodzi, a sasiadow nie macie, zeby widzac Was cos sobie pomysleli i wezwali tych z sukienkami zawiazywanymi z tylu….

    • kanionek 05/11/2014 at 17:26

      O, fajne to z Zygmuntem! My mamy takie z życia małżonka, a raczej jego kolegi: „Ukaszek, zrób mi kawy, bo mie ch*j strzeli” (gdy się nad czymś pracuje, to coś nie wychodzi, a ktoś nam jeszcze przeszkadza), oraz drugie, wypowiadane gdy coś się bardzo nie uda: „I wkrótce było dużo lepiej… (wielokropek symbolizuje zawieszenie głosu i smętny wzdech)”.

      Żywię nadzieję, że po dosoleniu i dopieprzeniu bigosowi zachowuje się on już należycie :)

      Dobra, poszukam info nt. techniki tańca deszczu, bo domyślam się, że kluczowe będą tu jakieś dziwne kroki.

      • Ynk 05/11/2014 at 22:11

        Może cuś takiego się nada?
        Wystrugaj fujareczkę z łoziny, Rosołom uskub piór parę z ogonów, a jak tupać podpowie Ci intuicja deszczu spragniona. Improwizacja w tańcu rytualnym? A czemu nie :-)
        https://www.youtube.com/watch?v=-zHEISlEriQ

        • kanionek 05/11/2014 at 22:21

          Fujareczka z łoziny… Ja nawet na flecie prostym nie umiałam motywu przewodniego z „Koziołka Matołka” zagrać :D
          Jak zacznę improwizować na tej fujareczce, to wiem, co mnie czeka. Gradobicie i pioruny.

          • kanionek 05/11/2014 at 22:25

            A gdybym tak klaptopa na podwórek wyniosła, i ku niebiosom go wzniósłszy, z Twojego linka oryginalny zaśpiew w eter zapuściła, a? To może się udać.

  2. czubatka 05/11/2014 at 07:53

    Sądząc po wysokości zdartej kory to szaraczek to nie był.Sarna?, jeleń? no chyba , że człek jaki.Trochę trudu to „coś” sobie zadało, żeby tak pedantycznie drzewo po drzewie oskubać.
    Co do prognoz na dni najbliższe- u nas na podkarpaciu suchuteńko też, ale mi to pasuje.Ciepło, sucho, słonecznie-cudownie.Taki listopad to ja lubię…
    Mam koleżankę(Taką trochę wiedźmę), która twierdzi, że gdzie przyjedzie to pada deszcz nawet w miejscach , gdzie deszcz zwykle nie pada, albo pada 2 razy w roku-oczywiście wtedy , gdy ona tam jest.Może ją podesłać?

    • kanionek 05/11/2014 at 17:31

      Oj, zadało sobie to coś, zadało. Trudu i żywicy dopyszcznie. A jakie zadowolone z siebie :)

      Koleżanka daleko by miała, ale może umie korespondencyjnie? Wiesz, czary podobno można czynić na odległość. Niech chociaż spróbuje…?

      Ja też lubię taki listopad. Miałam już taki październik. I wrzesień. I wszystko pięknie, tylko wiesz, pół stawu mi wyparowało, studnia wyschła, ziemia pęka i zaraz będę tu miała księżycowy krajobraz ;)

  3. jadowita 05/11/2014 at 11:52

    stawiam na pecika. A co do deszczu… wieszcznę sobie, niech będzie, że 10 listopada. Może być?

    • kanionek 05/11/2014 at 17:32

      Pewnie, że może być! To czekam :)

      Pecik – tak. Choć jest tylko jedną czwartą odpowiedzi :D

  4. Lena 05/11/2014 at 12:11

    Kochany Kanionku, w pierwszych słowach mego wirtualnego listu , zapytowywuję się, jak tam zdrowie? Na zdrowię najlepsza księżycówka i smalec, a lament zaczynaj po drugim kieliszku, bo Was więcej na pomoc nie wezwą i się będziecie zamartwiać, że obskurantyzm, że obstrukcja, że embargo na stosunki za przeproszeniem, a po księżycówce ciepło i świat jakiściś lepszy. Tak bym chciała wygrać grzybki, jakiekolwiek, bo wielką miłośnicą jestem. Może to Wasze kozy te drzewa obskubują? Może lunatyki som? You never know, Kanionku, albo „nic nie wiesz, Jon Snow” /to z książki G.R.R. Martina, jakby co.
    Życzę wam deszczu, ale tylko jednodniowego, że by zlało Was porządnie i żeby grzyby były, całuski z frontu walki na radną /Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze-a co!

    • kanionek 05/11/2014 at 17:38

      Droga Leno! Odpowiem staropolskim przysłowiem: tak dobrze żarło, i zdechło!
      Albowiem jeszcze wczoraj skakałam niczym sarenka, wesolutka jak pijany zając, chwaląc się małżonkowi jak to ja się wspaniale wreszcie czuję i jaki mam przypływ mocy, a tu dzisiaj zonk. Znów mi się we łbie kręci. A nie minął jeszcze przepisowy kwartał od poprzedniego razu! A ja jednak lubię mieć porządek w takich sprawach. Ale nic to. Przeczekam.

      Grzybki są do wygrania za sprawdzoną przepowiednię deszczu – wciąż masz szansę! Obstawiaj termin i dmuchaj na chmury w moim kierunku.

      Powodzenia w walce, trzymamy kopytka :)))

  5. ciociasamozło 05/11/2014 at 12:31

    Pecik wszystkożerny drzewka załatwił?
    Szkoda tego siana spleśniałego :(
    Praca zespołowa to podstawa. Wczoraj zespołowo czytaliśmy z małżem Kanionka :)))
    Danych na temat deszczu nie posiadam, ale pewnie na Boże Narodzenie to będzie lało ;)

    • kanionek 05/11/2014 at 17:41

      Pecik TEŻ :)
      No szkoda tego siana, bo to masa zmarnowanej roboty, ale dziś nadgryzłam drugi balot i jest OK.
      Nie no, do Bożego Narodzenia znów mi się zdążą ręczniki skończyć. Dawaj jakiś wcześniejszy termin!

      • ciociasamozło 05/11/2014 at 20:53

        Ej, może Ty te zawroty, bo odwodniona jesteś?
        A jak chcesz wcześniejszy deszcz to pewnie 11.11 będzie lało bo mam wolne i szansę na oglądanie świata nie tylko po ciemku, więc sama rozumiesz… No i w ogóle święto, jakieś defilady. Tyle osób żądnych pięknej pogody. Ha! musi lać!
        Na Boże Narodzenie swoją drogą ;)
        A może Tradycja & co. nie obżerali kory, tylko ratowali drzewka przed szkodnikami, takim np. obgryzaczkiem świerczaczkiem, albo odkorowcem łysownikem?

        • kanionek 05/11/2014 at 22:08

          Dobrze kombinujesz z tym jedenastym. Jak zepsuć święto, to od razu milionom. Ale Tobie deszczu nie życzę, skoro tak rzadko masz okazję oglądać oświetlony świat :)

          Odkorowce Darmozjadki to oni sami są! Tyle im grubych gałęzi nacięłam, tyle się tego natargałam do koziarni, a oni trochę z łaski skubnęli. Za to tam, gdzie nie trzeba, patrzcie Państwo – jacy z nich ratownicy drzewostanu. No ale ja im wierzbę przyniosłam, a świerk to świerk. Swoją drogą, ładnie im teraz z pyszczków pachnie :)
          Takim Colgate-PINEolive (wiem, wiem, pine to sosna, ale spruceolive brzydko brzmi).

          Ale serio, to może być z odwodnienia? Nigdy dużo nie piłam, jakoś nie umiem w siebie wiadrami wlewać, a później wkurza mnie ciągłe latanie do wiadomo gdzie. Jeśli jednak miałoby pomóc, to się poświęcę.

  6. diabel-w-buraczkach 05/11/2014 at 12:36

    Co do drzew: na pewno nie pieski, ani kotki, ani rosoly. Zostaja kozy, ale te swierki wydaja sie opierniczone do wysokosci 3 metrów!? Pokazywalas im ten wiadomy obrazek i sie wycwanily wskakujac jedna na druga?
    Co do zbiornika: stawiam na polowe miesiaca, czyli 15.11. O mocy sprawczej mozemy chetnie pomówic – cyrografik przeslac?

    • kanionek 05/11/2014 at 17:45

      Obrazek oczywiście pokazywałam :)
      Nie wiem, czy robiły piramidę, ale powiem Ci, że one jak staną dęba i podeprą przednimi kopytkami, wysuwając szyję do góry, to do dwóch metrów dają radę :)

      Pomyślę nad tym cyrografem. Ale drogo u Ciebie. Tak za sam deszcz duszę sprzedawać? Chyba, że dorzucasz jakieś supermoce, to bierę.

  7. pandeMonia 05/11/2014 at 14:36

    Zaprawdę powiadam Ci, ziemia wykona 3 obroty wokół Śłońca i deszcz lunie z nieba na Twe spragnione łono (przyrody).

    A korę, to wiadomo – ktoś podrzucał zająca.

    • kanionek 05/11/2014 at 17:48

      TRZY LATA mam czekać na deszcz??? Noż zlituj się, Monia. Uschnę ja i moje łono!

      Odpowiedź „ktoś podrzucał zająca” zajmuje drugie pierwsze miejsce (ex aequo z odpowiedzią Sliwki), bo padłam :D

      • pandeMonia 05/11/2014 at 18:17

        Pardąsik ,pomyliłam ruch wirowy z obrotowym :)

        • kanionek 05/11/2014 at 20:00

          A ja mam ruch wirowy przed oczyma, a obroty ciał (niekoniecznie niebieskich) już mi naprawdę dały popalić. ZNOWU!
          Czyli co, wg nowej, poprawionej prognozy, mam się spodziewać urwania chmury za trzy dni? Dobrze. Poczekam :)

  8. bila 05/11/2014 at 14:39

    A może to były łosie, te zjadacze kory? Obstawiam bowiem łosie.
    Mnie na działce pod lasem sarenki zeżarły dwa drzewka derenia. A miała być za dwa lata dereniówka!!!
    Jesteś, zaiste, wspierającą Żoną. To się nazywa podzial ról. I nie, żebym seksistką była. To tradycja z baby prababy, jojczenie stosować w sytuacjach podobnych.
    U nas na południu, wieje, że hoho!!! Liście odstawiają pod oknem kuchennym szalony taniec, mało rytmiczny, lecz widowiskowy nie mniej niż Moskiewski Balet. Jeeesień…

    • kanionek 05/11/2014 at 17:18

      Wyrazy współczucia z powodu niedoszłej dereniówki.
      A u mnie jednak nie łosie i nie sarny, gdyż psy nie pozwoliłyby im podejść tak blisko. Za to KOZA to oczywiście swojak, więc psy milczały i nie interweniowały :)
      Może jak u Was wieje, to do nas coś przywieje? Chmury brzemienne deszczem na przykład? Ale wiatr z południa miewamy tu rzadko.

  9. sliwka 05/11/2014 at 15:28

    Łosie? Z czarnymi mordami? Ja stam stawiam na białego rozrabiacza – czytaj księżniczka Tradycja :)

    • kanionek 05/11/2014 at 17:15

      BINGO! Brawa dla tej Pani :)
      Rzecz uściślając – najbardziej czarną mordę ma Tradycja, bo na białym lepiej widać. Wygląda jak Adolf H. z króliczym uchem. Jeśli uda mi się to ładnie chwycić na fotce, to nie omieszkam zamieścić. ALE oczywiście nie działała w pojedynkę. Wszyscy żarli i ponoszą współodpowiedzialność. I wiem, że kozy lubią ogryzać korę, ale co je tak nagle napadło? Robią zapasy żywicy na zimę?? Mam nadzieję, że drzewa mimo wszystko przetrwają :-/

  10. zeroerhaplus 05/11/2014 at 22:40

    Też obstawiałam, że to kozie mordy tak drzewostan załatwiły, ale już za późno, grzybki rozdane, pobite gary ;)

    Nie chcę Cię denerwować niepotrzebnie, więc jeśli masz JUŻ za wysokie ciśnienie, to nie czytaj dalej…
    (..)
    U mnie zapowiedzieli deszcz, na jutro, pojutrze, popojutrze i jeszcze jeden dzień. Jakże by inaczej, skoro sobie remont komina zaplanowaliśmy na najbliższe cztery dni… Małżonek nawet urlop wziął. I po co, ja się pytam?!
    Ja bym Ci ten mój deszcz zapakowała i posłała paczką. Opady ciągłe i niezmienne, poleconym, a jak.
    Chrrrrszhrm. (to był wyraz przeciwko nieprzewidywalności pogodowej oraz złego jej rozkładu)

  11. kanionek 05/11/2014 at 22:55

    Och, prace planowane na zewnątrz i wyżebrany z trudem urlop, to jest okazja, jakiej żaden szanujący się opad nie przepuści. Ale u mnie świat stanął na głowie i nawet przyjazd desek z tartaku nie skusił deszczu. To ja już nie wiem.

    Przykro, że tak Wam wypadło, no. Ale może sobie chociaż spędzicie dużo czasu razem :)

    • zeroerhaplus 05/11/2014 at 23:00

      Na kominie też byśmy razem byli :)
      Ale spoko, spoko. Komin zrobimy, jak śnieg spadnie :) To będzie taki „Tribute to Santa Claus”.

  12. KaLorka 27/11/2014 at 00:48

    Tak mi się żal tego biednego pojemniczka zrobiło, że kurcze gotowam jakiś beczkowóz Wam tam podesłać. Tylko koneksji w okolicznej straży pożarnej, bądź wodociągach poszukać muszę:D

    • kanionek 27/11/2014 at 02:07

      Ech, zapomnij o koneksjach tu, na Ziemi. Teraz pomoże już tylko boska interwencja. Zbiorniczek co prawda pełen, bo przez dwie godziny deszczu nakapało mu z rynny po brzegi, ale ku naszemu zdziwieniu wody w stawie po deszczu UBYŁO. Bo zaraz po deszczu staw zaczął parować, jak jaki głupi i nadgorliwy :-/ A od poziomu wody w stawie zależy poziom wody w naszej studni – gdy w stawie jest niższy, to woda ze studni zaraz leci karasiom w biedzie pomagać ;)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa