My ze spalonych wsi, czyli o cegle filozoficznej

Na początek pozwolę sobie poinformować, że zielononóżki to jednak cwany i przebiegły naród. I frazę “wolny wybieg” traktują ostatnio bardzo dosłownie. Nie dość, że odkryły już dwa sposoby na wydostanie się poza teren podwórka, biegają za kozami po udeptanych nad stawem ścieżkach, wyłapując resztki populacji padalców, to na dodatek pokumały, że tylne wejście do koziarni jest czynne od świtu do zmierzchu i teraz pchają się tam jak do siebie, rozgrzebując ściółkę w poszukiwaniu trzech ziaren pszenicy (ściółka jest ze słomy i czasem trafi się w niej pełny kłos). I ja im koniczyny, padalców, ani nawet tego rozgrzebywania słomy nie bronię, tylko się martwię. Bo psia jurysdykcja nie sięga poza teren podwórka i w związku z tym Atos i Laser powiedzieli, że oni nie biorą odpowiedzialności za ewentualne ataki z ziemi lub powietrza na niefrasobliwy drób. Na podwórku to co innego – nawet bociana z dachu przegonili i żaden zapałętany nieopatrznie lis żyw by się tu nie ostał, ale poza ogrodzeniem? NIE ICH SPRAWA. Umywają łapy, dłubią kością w uchu, leżą do góry denkiem i NIC ich to nie obchodzi.

Przebiegły, jak się okazuje, jest nie tylko mój drób. Dziś rano, gdy Atos i Laser poinformowali nas o zbliżającym się Wiesiu, małżonek zawzięcie smarował kromki chleba masłem, przykładając się do tego jak saper do niewybuchu. I mówi: “Weź może TY idź otwórz Wiesiowi, bo ja tu kanapki robię, i powiedz mu, żeby się wziął za piły ostrzenie”. I ja poszłam i to był BŁĄD! Pułapka to była i podstęp, jama z zapadnią i zardzewiałe wnyki! Wyszłam do Wiesia o 9:40, wróciłam o 10:10. Przez ten czas usłyszałam historię całego Wszechświata i wróciłam przekonana, że nawet jeśli Wiesio Wszechświata nie stworzył, to miał niebagatelny wpływ na istniejący w nim obecnie porządek. I wiem już, jak rozmnażać żywopłot. Oraz jak NIE przenosić pięciometrowej drabiny w pojedynkę, bo Wiesiowi się prezentacja nie udała. Zrzucił wszystko na karb świeżości rzeczonej drabiny, bo, powiada, “gdyby ona sucha była, to ja bym ją, o! jak to piórko!”. Godzinę później wyrżnął tym piórkiem o dach, aż rynna wszystkie zęby zgubiła. I źle wymierzył długość potrzebnych nam desek, ORAZ szerokość potrzebnej nam drabiny, ale to są DROBIAZGI.

I wczoraj wieczorem małżonek mówi tak: “Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Ty masz swojego bloga, napiszesz coś o Nieomylnym Wiesiu, pośmiejecie się, a ja? Ja tylko wysłuchuję jego baśni tysiąca i jednej nocy i muszę mu patrzeć na ręce, żeby jakiegoś paciaka nie odstawił. Nie powiem mu, żeby poszedł w diabły, bo facet ma szczere chęci i niewykluczone, że coś jednak potrafi, ale mówię ci, jak on nie przestanie nawijać jak Tony Halik, to ja go w końcu zwiążę i wyślę Pocztą Polską do Gwatemali”. Pamiętna bliskiego spotkania z Wiesiem o poranku i w pełni (tak mi się wydawało) rozumiejąc poziom frustracji małżonka doradziłam mu, że jak związywać to tylko taśmą, no i żeby jeszcze przemyślał tę wysyłkę Pocztą Polską, bo to jednak przesadne okrucieństwo. “A poza tym”, rzuciłam na odchodne, “co ci szkodzi też się pośmiać?”. I poszłam zadać kozom owsa, a on usiadł przed kompem i faktycznie, za jakieś pół godziny śmiał się sam do siebie jak hiena na pustkowiu, a ja muszę przyznać, że WCALE nie rozumiałam poziomu jego frustracji. Efekty jego pracy mówią jednak wiele i w dodatku odpowiadają żywotnym potrzebom społeczeństwa, bo jak dobrze pamiętam, ktoś tu prosił o więcej zagadek obrazkowych, tak? No to proszę, zagadka nr 1:

Kto był pierwszym człowiekiem na Księżycu?

człowiek na Księżycu

Zagadka nr 2:

Kto dzieckiem w kolebce łeb urwał Hydrze, a młody zdusił Centaury?

pogromca smoków

Zagadka nr 3:

Kto, i CO zrobi, gdy dowie się o naszych niecnych poczynaniach w cyberprzestrzeni?

zemsta Wiesia

Żarty żartami, ale jedno Wam powiem. Ja Wiesia staram się unikać, małżonek ściera sobie szkliwo zgrzytając zębami, ale zgodnie uznaliśmy, że Wiesiowi jakiś szacunek się jednak należy. Nawet GDYBY się okazało, że połowa opowiadanych przez niego historii jest zmyślona, a druga mocno naciągana, to on jednak coś tam w życiu robił i jeszcze wszystkich szarych komórek na kapsle od piwa nie zamienił. Bo Wiesio mógłby, jak część okolicznej gawiedzi, przepijać zasiłek, rentę czy emeryturę, nie robiąc nic. A on wsiada na moped drutem wiązany, do którego rano pakuje kanapki, przyjeżdża do nas trzeźwy jak dzik na wrzosowisku i COŚ robi. A że czasem trochę krzywo, i że bogowie nie poskąpili mu narratorskiej swady? No cóż, nikt nie jest doskonały ;)

PS. Byłabym zapomniała: Pecik przytył trzy kilogramy! Ważyłam go rano, zanim zaczął napełniać zbiorniki. Chłop idzie jak burza, nie gardzi niczym jadalnym (niejadalnym też nie), nie próżnuje, licząc klucze żurawi, tylko cały czas robi masę. To będzie kozioł godzien swego haremu!

24 thoughts on “My ze spalonych wsi, czyli o cegle filozoficznej

  1. jadowita 02/10/2014 at 08:38

    i znowuż w pracy podpadłam… jak hiena na pustkowiu :D

  2. Kachna 02/10/2014 at 09:40

    Oszaleję z tymi „wtyczkami” ostatnio – wszędzie tak szleją???
    ………..
    Podobno dziś światowy dzień empatii.
    Empatia to moje drugie imię…moje przekleństwo.
    Wyzwól i Ty Kanionku wszelkie pokłady empatii w stosunku do Pana Wiesia:)
    Zaczynam go lubić;)
    Miałam takiego gadacza fachowca – altanę stawiał. Ale wzięłam go sposobem – jak chciałam mu po prostu coś przekazać, albo pooglądać tok prac – dawałam mu coś do jedzenia. Nie mówię że całkiem milkł – ale szło wytrzymać. Dużo jeść, coś do żucia. Często czekoladę:)Ciastka ze słonecznikiem itp.
    W ramach przerostu empatii idę myć okna. One już tak smutno wyglądają.

    • kanionek 02/10/2014 at 10:53

      A jak myślisz, dlaczego my jeszcze pana Wiesia nie wysłaliśmy do Gwatemali? Mamy i empatię i sympatię na stanie. Ale odreagować też musimy, bośmy zwykli ludzie z wadami i zaletami, jak każdy ;) Chciałam mu wczoraj dać jeść, nawet te pomidory mu oferowałam. Zaparł się i wyparł się! Tzn. przez 10 minut opowiadał mi, dlaczego to on „na robocie” u ludzi nic nie je!

      Co Ci nie poszło z wtyczką? Zgłaszaj zażalenie, żebym wiedziała z której strony ugryźć problem :)

      • Kachna 02/10/2014 at 11:34

        Wtyczkę olałam…..że tak powiem i sobie poszła.

        Jak nie chce jeść – to rzeczywiście trudny przypadek.
        Moi zawsze jedli:))))))
        Tja.
        To już nic Ci nie pozostaje – jeno blogiem odreagować.
        Czego Tobie i tym bardziej – wdzięcznym czytaczom życzę.
        O – wiem! Jak on nie che – TY JEDZ!!!
        Ha jestem genialna. Więcej czekolady i krówki lukrecjowe – odkryłam niestety – i chałwę! Przegryzaj pomidorkiem.

        • Lidka 02/10/2014 at 17:29

          Kiedys byly takie „krowki”, duuuze rozmiarem, a jak sie je na pol przelamalo- to sie ciagnely i ciagnely, i ciagnely, i ciagnely… Ktos pamieta moze?

          • kanionek 02/10/2014 at 18:58

            Ja pamiętam. Those krówkas are gone. A przynajmniej ja już daaawno takich nie widziałam. Nawet te krówki zwykłych rozmiarów już nie te, co kiedyś. A może to tylko złudzenie? Może w dzieciństwie i latach wczesnej młodości wszystko smakowało lepiej?

          • Ola 03/10/2014 at 00:21

            no, to były krówki… eh…

  3. bila 02/10/2014 at 10:40

    Ja zawodowo słucham ludzi, więc jak fachowiec przychodzi i mówi, i mówi…To ja mało empatyczna jestem. Zazwyczaj zadaję pytania i ponoć kłopotliwa jestem. I w internecie szperam, jak się co robi. Dlatego wynajmuję sprawdzonych, co to już znam. Mój ulubiony Jareczek, to potrafi kilka dni nic nie robić i się szwendać, a potem, NAGLE…wszystko jest zrobione!
    Pecik rulezzzz!!!

  4. Fredzia 02/10/2014 at 12:57

    Zobaczycie, jeszcze gdzieś kiedyś stanie pomnik FACHOWCOWI – RODACY, bo to odrębny gatunek jest i zasługuje na własną gałąź nauki albo nawet koronę. A tajemnicza formuła „jak-robić-żeby-nie-robić-a-zrobić-i-zarobić” będzie najbardziej pożądanym Graalem Wszechświata, w poszukiwanie którego zaangażują się mieszkańcy przedmieść Odległej Galaktyki i o którą toczyć się będą zaciekłe boje do końca świata i o jeden tydzień dłużej (bo jak człowiek się w szale zapamięta, to żadna doba mu niestraszna a kosmita też człowiek, tyle że Obcy).
    Gdybym umiała pisać haiku, na pewno ich tematem byliby fachowcy.

    Koza na dachu
    Grzebiąc kluczem w uchu
    NieDaSię splunął

  5. kanionek 02/10/2014 at 14:38

    :D :D :D

    Podoba mi się Twoje haiku. I w ogóle wiem już, komu będę zlecać pisanie na moim blogu w te dni, gdy nic mi się nie będzie chciało, bo będę zajęta liczeniem pieniędzy (tak, my też pracujemy nad TĄ formułą), albo zapomnę zjeść Snickersa ;) Będę Tobie mailem wysyłać ogólny zarys sytuacji w punktach, a Ty z tego zrobisz Gwiezdne Wojny – Imperium Kurczaków Kontrwysiaduje, albo Koszmar na Ulicy Kozłów, albo sama lepiej wiesz co :)
    Ale to dopiero wtedy, gdy wiesz, ta formuła… Ze szczególnym uwzględnieniem „zarobić” :)

  6. Ola 02/10/2014 at 16:36

    – Wiesio??? :O
    – No co, Lew? Schudłeś? Mówiłem, Ci ostatnio, że źle się zabierasz do tego polowania. Ale nie… Nikt nie słucha Wiesia. To i potem głodny chodzi.

    • kanionek 02/10/2014 at 17:28

      A gdyby był to Lew Starowicz, dowiedziałby się jak NAPRAWDĘ powinno być w związku, a Lew Tołstoj zawstydzony napisałby inne zakończenie dla Anny Kareniny ;)
      A tak w ogóle, to dzisiaj Wiesio „robi” u pani J. i jest nadzieja, że oni nawzajem się na śmierć zagadają.

  7. Eli 02/10/2014 at 19:41

    A ja dziś wspominałam Twoje kozy, z wielką zazdrością wspominałam. Z racji posiadania (niestety) działki na ROD :-( i przyznaję nie uczęszczania przez lato na wyżej wymienioną, czekała mnie okrutna kara czyli trawa odpowiedniej wysokości oraz inne zielsko. Ja chcę kozę, dużo kóz!!! Nie wiem tylko co na to sąsiedzi z bloku ;-)

    • kanionek 02/10/2014 at 22:54

      Zbrodnia i kara! Też tak kiedyś, dawno temu, zapuściliśmy swojego RODa, gdy jeszcze nie mieliśmy na niego pomysłu. Służył wtedy za grillowisko i wybieg dla psów, co dziś wydaje mi się zbrodnią. I jakiś Wielki Kierownik RODów przyszedł i powiedział, że jak nie skosimy tej sawanny, to nam działkę zabiorą. I z ciężkim sercem dokonaliśmy zakupu kosiarki elektrycznej. Dopiero później zrobiłam tam mały ogródek.

      Wiem. Otworzę Wypożyczalnię Kóz! Nie pamiętam na którym blogu przeczytałam taki opis produktu, jakim jest koza, ale bardzo mi się spodobał: kosiarka tylnonawożąca. Wypożycz kozę, ona skosi i nawiezie Twój trawnik :D A sąsiadom się powie, że to nowa rasa psa, prosto z Nowej Zelandii – koza zajęta żarciem nie beczy, to może się nie zorientują ;)

      • Eli 03/10/2014 at 15:00

        ba! pięknie to wygląda w opisie, ale z realizacją gorzej :-) na razie mam bite 5 godzin odchwaszczania i koszenia trawy (i w głowie obraz tych biednych kóz ze stada „farmera”, a tu tyle dobra się marnuje :-(, świat jest niesprawiedliwie urządzony)…no cóż, jeszcze parę ładnych słonecznych dni i ogarniemy to małe poletko :-) do tego uformuję winorośl, różę, coś co kiedyś przypominało kwiaty oraz parę zapuszczonych iglaków..dziękuję Kanionku za wsparcie, miło przeczytać, że nie tylko ja taka nieokrzesana, prosto z epoki kamienia łupanego, zaniedbuję tak wspaniały kawałek ziemi na ROD-osie :-) mam nadzieję to sprzedać, w jak najszybszym czasie, nie nadaję się na życie w społeczności działkowców, może, kiedyś, na emeryturze, w co jednak wątpię, bo charakter jakiś mam mało spolegliwy i na wszelkie przepisy i przymusy źle reagujący ;-)

        • kanionek 03/10/2014 at 22:10

          Ha bloody ha. Do „społeczności działkowców” to my też pasowaliśmy, jak pięść do nosa. Po tej akcji z trawą po pas zapytaliśmy Zacnego Kierownika, jaką maksymalną wysokość żywopłotu przewiduje Regulamin ROD. Może miał jakiś problem ze zgryzem, bo tak dziwnie ruszał szczęką…
          Tymczasem powodzenia z zielskiem i mów sobie cały czas, że to w ramach uzupełnienia niedoborów kontaktu z naturą. Zimą jeszcze zatęsknisz za zieloną skórą na dłoniach ;)

  8. Ola 03/10/2014 at 00:18

    Jak nie beczy? Twoje mlaszczyły i beczały, co prezentował film dokumentalny krótkometrażowy.
    Jestem za wypożyczalnią, wypożyczałabym bardzo chętnie to towarzystwo na spacer do lasu…

    • Kachna 03/10/2014 at 07:29

      Ola – wypożycz moje dzieci….jeden często beczy, mlaszczy jak je, gada jednocześnie, drugi gada ale (nie beczy), w lesie brykają jak stado Tradycjii, jeden drugiego tryka oraz bodzie….Rozbiegną się – ale zawsze wrócą na jedzenie.
      A starszy umie kosić trawniki!

      • Ola 03/10/2014 at 11:29

        Ale tak fajnie ucha nie przekrzywiają, jak ta pierwsza w leśnej procesji (zobacz zdjęcie). Ta przekrzywiona główka przodownika wycieczki po prostu mnie rozpuściła! :)

    • kanionek 03/10/2014 at 22:13

      Kierownik Zagrody sprostowywuje: mlaskała ta, co żarła, a beczała w tle Tradycja, za drzwiami od koziarni, bo też chciała, a to jeszcze nie była jej kolej :)
      A spaceruje się z nimi przednio! Nie muszą nosić kagańca, nie pogonią zająca, nie robią hałasu i tak miło patrzeć, jak wcinają zielone :)

      • Ola 03/10/2014 at 23:59

        A właściwie to czemu? Nie pogonią zająca czemu?

        • kanionek 04/10/2014 at 00:48

          Bo to dobre kobiety, znaczy kozy są. Pokojowo nastawione. Kontemplujące raczej, niż kątem plujące jadem na zające. No chyba, żeby przy misce. Przy misce nie ma wybacz i rosołowe pióra fruwają, a wszelkie przyjaźnie idą w zapomnienie. To dobre kozy są… :)

  9. pandeMonia 03/10/2014 at 19:46

    Czy mnie się wydaje, czy Pan Wiesio jest ze szlacheckiego, acz zubożałego rodu? Wszak ze spodni wystaje mu i dynda…tak! Nie mogę się mylić. A może to zmyłka? Nieee… To zegarek z dewizką!!!

    • kanionek 03/10/2014 at 22:05

      Taaa, jasne :) W butonierce zatknięty ma monokl, a za pasem dynda mu bicykl! Ech, romantyczni literaci :D
      Nie wiem, co to jest, rewizji osobistej nie robiłam, ale obstawiam że to jest sam i tylko łańcuszek (na moim podwórku z dzieciństwa taki łańcuszek przy dżinsach dekatyzowanych to był SZCZYT szyku i szczenięcy SZAŁ), albo otwieracz/zapalniczka na tymże. Ale ja w gumofilcach chodzę i z butów owies mi się sypie, więc MOŻE się nie znam :D

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa