Gospodyni garbata, a jej córka rogata, czyli o szarańczy

Nie wiem, naprawdę nie wiem, co się dzieje. Jestem wstrząśnięta i zemulgowana. Od kilku dni po MOIM NIEBIE lata samolot dwupłatowy. Oraz facet na motolotni. Co oni tutaj robią? Tu nic nie ma – ropy, gazu łupkowego, złota, wody, grzybów, atrakcji turystycznych. No nie ma kompletnie NIC. Znaczy się musi im chodzić o mnie. Jeśli nie przekonują Was facet w samolocie i drugi na motolotni, to posłuchajcie tego: moja droga dojazdowa, zwana przez nas pieszczotliwie bagienkiem, która w okresach swej świetności potrafiła wyglądać np. tak:

droga kwiecień 2013

i do której żadna z gmin, na których terenie nasz dom stoi właściwie okrakiem, nie chciała się przyznać, została właśnie WYRÓWNANA. Skoszono garby i zasypano dziury. I rzucono kamień. Nie, nie to, żeby droga została utwardzona kamieniem. Po prostu kamień tu, kamień tam. Ale liczą się chęci i poświęcenie, prawda?

Jadąc dwa dni temu po kózki stanęliśmy zderzakiem w lemiesz z operatorem ciężkiego sprzętu naprawczego. Sprzęt wycofał, wjechał tyłem w przecinkę w lesie i nas przepuścił. Ale czy ja mogłabym przepuścić taką niebywałą okoliczność i nie zapytać, co się właściwie dzieje, bo przecież limit cudów na ten rok został wyczerpany przez Energę, co to wycięła nam drzewa przy linii niskiego napięcia? Wysiadłam natychmiast i pytam operatora (obowiązkowo z wąsami), mniej więcej tak: “co to? kto to? dlaczego…?”, no bo mi normalnych pytań zabrakło z wrażenia. A on tylko wzruszył ramionami, że “drogę równają”. No tyle to sama widziałam! I teraz się znowu boję. Zwiady z powietrza, droga jak placek (przecież to się nikomu nie opłaca, dla mnie drogę robić!), jak postawią sygnalizator świetlny i automat z napojami, to już będzie jasne. Jednak delegacja rządowa. I tu problem, bo nie mam się w co ubrać. I jakąś Księgę Gości by wypadało założyć, chleb upiec, sól wykopać, oscypek dać, czy coś. Ja nie mam na to czasu!

I dzisiaj pokażę Wam tylko zdjęcia całej koziej ferajny, bez przydługich opisów. Dwie kozy, roboczo nazywane “ciotkami”, nie są kozami, które sobie wybraliśmy. To są po prostu jedyne kozy, jakie udało nam się złapać, po prawie godzinnej gonitwie z podchodami, przy pomocy dwóch gości z wcześniej opisanej farmy, jednej linki udającej lasso oraz wiadra z pszenicą. Ciotka z rogami jest chyba kotna, ja w ogóle nie chciałam z rogami, no ale teraz ją uwielbiam, i nie wiem ile ma lat, bo kilka prób policzenia jej zębów w dolnej szczęce spełzło na niczym, a raz na moich palcach. Druga ciotka, ta łaciata, jest bystra, odważna, dzika jak australijska preria i chyba będą z nią kłopoty. Tradycja wygląda przy nich jak spasiony prosiaczek z całkiem innej bajki, a do tego wcale się z nimi gatunkowo nie identyfikuje. Uznała, że skoro w koziarni mają spać jacyś OBCY, to ona wprowadza się do psiej budy. Cyrk na kwadratowych kołach. Kiedy dnia następnego wypuściliśmy nowe kozy na podwórko, te rzuciły się na żywopłot, dzikie wino, fasolę “Jaś” zwisającą poza siatkę ogrodu, trawę, krzaki, wodorosty, jednym słowem na wszystko. Gałęzie trzeszczały, liście furczały, żwacze stękały od ciężkiej pracy, a ciotki szły jak przecinak zostawiając po sobie zniszczenie. Małżonek, patrząc na to z niedowierzaniem, powiedział tylko: ONE SĄ JAK SZARAŃCZA…

ciotka rogata

kozy

kozy2

kozy3

kozy4

kozy5

kozy6

kozy7

kozy8

kozy9

kozy10

kozy11

kozy12

I na dziś to naprawdę wszystko. Jutro cotygodniowe zakupy (dla nas i tej pani, co nie ma samochodu), potem przyjedzie siano i ziarno dla wszystkich, trzeba będzie to gdzieś upchać przed zapowiadanym deszczem, i muszę w końcu ukisić kapustę. Suszone pomidory już zrobiłam, dziękuję za podpowiedź :)

pomidory suszone

A Pecik, zwany też Andrzejem, jest taki słodki, że nabawię się garba przez niego. Bo jak tak zadziera łepetynę i patrzy tymi swoimi ślepiami, to po prostu nie można się nie schylić i nie podrapać za uszkiem. A że jest bardzo mały, to człowiek zgina się przed nim, jak przed chińskim cesarzem – całkiem wpół.

Pecik2

Pecik

43 thoughts on “Gospodyni garbata, a jej córka rogata, czyli o szarańczy

  1. Lidka 22/09/2014 at 03:25

    Drogi Kanionku- Czytam Twoj blog juz od miesiaca i jestem zachwycona! Polecila mi go moja bratanica,mieszkanka Olsztyna, wysylajac email pt;”O Kozie. Bedziesz lubila”. No i stalo sie. Pokochalam.
    Mieszkam wprawdzie na innym kontynencie, ale jako byla wiesniaczka identyfikuje sie z Twoimi problemami dnia codziennego. Pozdrawiam i prosze o wiecej.
    Ps. Moj malzonek, Rafal, tez czyta.Masz wiec rowniez meskiego czytelnika. A w ogole to Pecik rulz!
    PS.2. Zeby Rosoly sie niosly, przypomnialam sobie jak moja babcia Bronia, wkladala do kazdego gniazda po…pileczce pingpongowej. Najwyrazniej chetniej zasiadaja, gdy juz cos tam lezy.

    • kanionek 22/09/2014 at 18:04

      Witajcie więc, Lidko i Rafale :) O kozach będzie na pewno dużo, bo są niewyczerpaną studnią (choć to słowo ma teraz dla mnie złe konotacje) wrażeń ;) Na innym KONTYNENCIE, powiadasz? Czyżby słoneczna Australia? A może Ameryka Południowa?
      Na piłeczkę w gnieździe nie wpadliśmy, ale zostawiamy im jedno jajko “ku pamięci”, bo tak czynił dziadek mojego męża :)

      • Lidka 22/09/2014 at 22:44

        Drogi Kanionku- Pozdrawiamy z kontynentu Ameryki Polnocnej, a dokladniej- z przedmiesc Chicago. W Ameryce Poludniowej juz tez bylismy, podobalo sie nam, a Australia na razie w planach.
        Kozy kocham nad zycie. Moj malzonek jest miejskim stworzeniem, nie rozumie wiec jak mozna palac uczuciem do przezuwacza, ktory czyha na twoja czapke.
        Na gospodarstwie, na ktorym dorastalam, mielismy mnostwo interesujach zwierzat. Koza tez byla. Niestety, przez jeden dzien. Popadla bowiem w nielaske, zjadajac babcine SOBOTNIE pranie rozwieszone na sznurku pomiedzy jabloniami. Tata musial odwiezc z powrotem do hodowcy. A ja mialam lat dziesiec i zlamane serce, bo juz zdazylam koze nazwac i pokochac. Dlatego z przyjemnoscia czytam o przygodach z Twoimi ziokolkami. Pozdrawiamy i zyczymy zdrowia. I deszczu.

        • kanionek 23/09/2014 at 00:06

          Dziękuję :) I jesteś kolejną osobą, która potwierdza tę życiową prawdę – wystarczy jedna chwila w towarzystwie kozy, by w kozich oczach przepaść na całe życie. Co te zwierzęta w sobie mają? No bo wiem, że nieodparty urok, ale żeby aż tak…? Może i Tobie jeszcze będzie dane mieć kozę, czego z całego serca Ci życzę :)
          A ten deszcz to poproszę tak jutro po południu, bo muszę coś jeszcze zrobić ZANIM zacznie padać ;)

  2. Lena 22/09/2014 at 08:04

    A czy ta rogata to nie jest przypadkiem koziołek? Ja tam nie wiem, już pisałam kiedyś w komentarzu, że kiedy miałam 5 lat, zarobiłam w głowę i oko kopytem od źrebaka Edziusia.
    To było u Babci na wsi a ja tylko chciałam go wydoić…Cudnie to stadko z Tobą na czele wygląda. A tradycja też nie wygląda na emigrantkę wewnętrzną:) Idźcie i rozmnażajcie się ! Kibicuję!

    • kanionek 22/09/2014 at 18:08

      Ta rogata ma też brodę i zastanawiam się, czy nie wołać jej Conchita ;) Na pewno jest damą, ponieważ ma wymię i siusia tyłem :D
      Pecik ma za to wielkie cojones… Większe od jego głowy. Serio. Na początku myślałam, że są spuchnięte, mają nowotwór, albo coś mu się przyczepiło i dynda… Widać u koziołków z jajcami jest tak, jak z kopytkami u Tradycji – najpierw rosną insygnia władzy, a potem dogania je właściciel insygniów ;)

  3. Kachna 22/09/2014 at 09:03

    Tja….jedno jest pewne – trawy to Ty na podwórku nie będziesz musiała kosić;)
    A Ciotki fajne – SZCZEGÓLNIE ta z rogami:)

    Pozdrawiam mokro

    • kanionek 22/09/2014 at 18:10

      Właśnie od jakiejś godzinki cała ekipa czyni spustoszenie poza podwórkiem, gdyż za chwilę przyjedzie siano i ziarno, a nie chciałam, by kozy poodgryzały wszystkim guziki od kurtek. No i tak, mokre to ja tu mam tylko pozdrowienia od Ciebie, bo z zapowiadanego deszczu spadła szklanka wody, a potem wyszło słońce i już wszystko się ulatnia w postaci wstążki mgieł :)

  4. Michalina 22/09/2014 at 09:51

    Jedno jest pewne: na brak towarzystwa to już teraz w tym swoim lesie narzekać nie będziesz :) fajniusie i ciotki i Tradycja i Pecik i Rosoły i pieski i kiciusia nawet wypatrzyłam w tym tłumie! kogoś pominęłam? ;)

    • kanionek 22/09/2014 at 18:31

      O tak, teraz jest naprawdę wesoło i przede wszystkim Tradycja nie będzie sama zimą. Mamy dwa psy, dwa koty, dwanaście kurczaków i cztery kozy. Jak na razie :D
      Pozdrawiam :)

  5. Ola 22/09/2014 at 10:04

    No piękne masz to stado! I na skłócone nie wygląda. A Tradycja faktycznie przy nich jak pluszak ze Smyka :) Naprawdę eksmitowała się do budy?
    Malowniczo wyglądają te pomidory, jak suszyłaś?

    • kanionek 22/09/2014 at 18:42

      Powiem tak: kiedy rzucam hasło “do budy”, gdy chcę z jakiegoś powodu zamknąć psy w kojcu, to Tradycja leci razem z nimi i upiera się, żeby ją też tam zamknąć. A że ją stamtąd wyciągam, to idzie sobie do trzeciej budy, która stoi pod oborą :)

      Pomidory: przekrawałam na pół (nie mam odmiany podłużnej, ponoć najlepszej do suszenia, ale i tak wyszły pyszne), wycinając tylko tę zieloną część od ogonka, posypywałam solą, pieprzem/ostrą papryką, bazylią i oregano, niektóre też rozmarynem (co komu pasuje), na każdej połóweczce pomidora położyłam plasterek czosnku, umoczyłam pędzel w occie winnym i skropiłam tak przygotowane pomidory. Suszyłam aż kilka dni na suszarce do grzybów, bo nie mam piekarnika. W piekarniku zajęłoby to pewnie kilka godzin, ale nie powiem Tobie w jakiej temperaturze, bo nie mam doświadczenia. Gdybym miała piekarnik, pewnie ustawiłabym go na jakieś 60-80 stopni, żeby pomidory się nie ugotowały, no i trzeb wtedy uchylić drzwiczki, żeby wilgoć odparowywała. Ususzone, ale wciąż elastyczne pomidory wpakowałam do słoiczków dość ciasno i zalałam podgrzanym w garnku olejem słonecznikowym, bo taki akurat miałam. Podgrzałam ciut za mocno i pomidory skwierczały podczas zalewania, ale WCIĄŻ są smaczne. Jak widać ciężko ten przysmak zepsuć :D Zakręcałam na gorąco, odwracałam do góry dnem, żeby sprawdzić, czy nakrętki trzymają, a po dziesięciu minutach stawiałam już “po bożemu”, nakrętką do góry. UWAGA, można się poparzyć – olej osiąga nieco wyższe temperatury niż woda ;)

      Jak długo można je przechowywać to się okaże. Sama się waham, czy trzymać je w lodówce, czy piwnica wystarczy. Te ze sklepu są czymś konserwowane, być może związkami siarki. I dość istotna informacja – jeśli użyjesz pomidorów wodnistych, licz się z bardzo dużym ubytkiem objętościowym po ususzeniu :)

  6. Ola 22/09/2014 at 10:30

    Aaaa! I obroże ciotki mają! Takie więcej wspinaczkowe! Że niby górskie, te kozice? :D

    • kanionek 22/09/2014 at 18:46

      :D
      “Obroże” były zrobione ze starych psich smyczy, ale już kupiłam materiały na porządne, eleganckie obróżki. Między innymi – pasek męski z Biedronki za 4,99 :D Może opiszę proces powstawania kozich kolii :)

  7. Anka 22/09/2014 at 11:48

    Jakie piękne kolorowe kozy!
    Takie pstrokate to tylko na Fuerteventurze widziałam. I zawsze się zastanawiam, co one tam jedzą, bo rośnie dokładnie NIC. Chyba te kamienie z zastygniętej lawy.

    • kanionek 22/09/2014 at 19:05

      O, to by potwierdzało teorię, że koza zje wszystko i przeżyje ;) Co mi przypomina, że muszę zutylizować w końcu ten stary telewizor zza obory, zanim kozy zjedzą jego podzespoły i zaczną nadawać jakieś dziwne sygnały w kosmos.

      Podejrzewam, że moje nowe nabytki to kozy barwne uszlachetnione, pochodzenie rasy – niemieckie, ale z domieszką kozy alpejskiej (szczególnie ta rogata). Przewodniczką stada na farmie była właśnie piękna koza alpejska. PIĘKNA, jak sarna, tylko dużo większa :)

  8. bila 22/09/2014 at 13:17

    Te kozy się ślicznie uśmiechają! I są bardzo miłym gronem wyżeraczy;-). Gratuluję nabytku!!!
    No i masz- teraz będę robić suszone pomidory, bo się zapatrzyłam.

    • kanionek 22/09/2014 at 19:09

      Ja też widzę uśmiech na kozich pyskach i on jest zaraźliwy! Wychodzisz przed dom, leci ta cała kolorowa masa kopytna i cieszy gęby, a gdy człowieka dopadną, to próbują go ze wszystkiego obeżreć, nie wyłączając butów ;)
      Smacznych pomidorów życzę :)

  9. Eli 22/09/2014 at 13:53

    Jakie szczęście, że te bidule Rosołów nie zjadły :-)
    a z drugiej strony strasznie mi smutno, że reszta stada została u pana farmera…
    Tradycja wygląda jak kozia księżniczka :-)

    • Kachna 22/09/2014 at 16:30

      Kozia księżniczka – hi hi!
      Królewna Śnieżka normalnie:)

      • Eli 22/09/2014 at 18:39

        Może być i Królewna Śnieżka :-)

      • kanionek 22/09/2014 at 19:24

        No ba! Crème de la crème!

    • kanionek 22/09/2014 at 19:18

      Rosoły są na to zbyt sprytne. Podjadają rogatej z garnka, robiąc szybkie uniki przed rogami. Mi też smutno, tym bardziej, że w końcu poznałam samego Pana Farmera. Nie chcę nikogo krzywdzić pochopnymi opiniami, ale on mi wygląda na ROD. Rolnika Okazyjnej Dotacji (unijnej). Taki rolnik sadzi maliny, gdy Unia za nie dopłaca i hoduje tylko te gatunki zwierząt, na które są przeznaczone dofinansowania. Mieszka w mieście, a na farmę przyjeżdża liczyć pieniążki. I niech mu Unia da majątek i zdrowie i w dzieciach wynagradza, tylko żeby on dbał o swój inwentarz!
      Niestety nie stać mnie na zakup trzydziestu kóz, z których każda jest zarobaczona (stwierdziliśmy to naocznie, więc już wszystkich odrobaczyliśmy), co druga ma problem z tą, czy inną częścią ciała, co czwarta jest kotna i to przedwcześnie…
      Za słomę, siano i ziarno na utrzymanie zimowe dla tych czterech urwisów przyjdzie mi zapłacić 500 zł. W przyszłym roku wynajmiemy sprzęt do koszenia i będziemy mieli choć siano swoje. Na uprawę zbóż nas jeszcze nie stać. Dzisiaj rolnictwo to kosztowne hobby ;)

      Tradycja. Tak, obecnie mówię do niej per “księżniczko”, niech ma, na pocieszenie za to, że już nie jest jedyną Panią na włościach ;)

      • Eli 22/09/2014 at 22:01

        Kanionku Kochamy, jeśli mogę się tak zwrócić, niech Ci bozia w czymś tam wynagrodzi czego sobie życzysz za to, że chociaż ta trójka miała niebywałe szczęście i trafiła do Ciebie. Toż to szczęściarze są :-) wiem jak są traktowane zwierzęta na wsiach, scyzoryk w kieszeni się otwiera, ale całego nieszczęścia nie da się naprawić niestety, to inny świat jest…z takich ciekawostek usłyszałam, że smalec z psów jest bardzo zdrowy, i to nie była wieś zabita dechami tylko gmina wiejska w województwie mazowieckim…

        • kanionek 23/09/2014 at 00:16

          Dziękuję, Eli :)
          Ja sobie zawsze życzę zdrowia, choć to takie niby banalne. Będąc jednak osobnikiem od dziecka cherlawym, którego czepiają się różne, często egzotyczne przypadłości, wiem jak niedocenianym darem jest właśnie to zwykłe, przeciętne zdrowie. A psi smalec to była afera na całą Polskę. Afera ucichła, a wieś dalej żyje swoim życiem.

  10. zeroerhaplus 22/09/2014 at 15:18

    Pecik wygląda na fajnego typa. Może i nie arystokrata, ale sympatyczny.
    A ciotki mają takie.. przepraszam za skojarzenie, ale mnie to tylko negatywne kościotrupki przypomina, ten obrazek z frontu na odnóżach. Znaczy, jakby ich negatywy puścić na jakąś tragiczną zabawę typu halloween, dziewczyny zrobiłyby furorę w tym stroju ;)

    • Ola 22/09/2014 at 17:39

      No Pecik też ma niezły czarny emblemat na łebku. Niezła ekipa! :)

      • kanionek 22/09/2014 at 19:27

        Małżonek pokłada wielkie nadzieje w Peciku. Już mu na ucho opowiada, jak to będzie rządził tym całym babińcem, gdy wyrośnie na potężnego, groźnego kozła z rogami jak stąd do Koziej Wólki :D Jak na razie Pecik robi masę. Bo ma jej bardzo dużo do zrobienia, zanim obejmie ten obiecany, kozi tron ;)

      • zeroerhaplus 23/09/2014 at 10:01

        Faktycznie, Pecik ma drugiego kozła na swoim kozim łebku!
        Łał :)

    • kanionek 22/09/2014 at 19:21

      Dokładnie to samo sobie pomyślałam. A wiesz, jakie one są zabawne, gdy uprawiają chód synchroniczny? I idą ku mnie, łeb w łeb, bok w bok, kopytko w kopytko, i te czarne piszczele migają złowieszczo. Ale to ja tu dzierżę kosę, nie one ;)

    • kanionek 22/09/2014 at 19:39

      Tu miała być odpowiedź na komentarz zeroerhaplus w sprawie strojów na halloween, ale wyszła niżej, bo WTYCZKA WIE LEPIEJ.

      • kanionek 22/09/2014 at 19:40

        No kurde!!!

        • Ola 22/09/2014 at 20:48

          Bo się, bo wpakowałam z komentarzem o łebku Pecika :p i wtyczka zgupła…

          • zeroerhaplus 23/09/2014 at 09:59

            Ona nie zgłupła nagle, ta wtyczka, o nie. To już jest kolejne stadium choroby – poznałam wtyczkę już wcześniej od tej strony ;)
            A co do kolejności komentarzy, nie martw się Kanionku niepotrzebnie, że nie wypatrzę odpowiedzi na mój “komentarz”. Ja tu czytam wszystko :) Dopasuję więc sobie odpowiednią odpowiedź, ewentualnie taką, która mi się najbardziej spodoba ;)

            Chód synchroniczny w ich wykonaniu to faktycznie niezła jazda musi być. Nie wiem czemu, ale trzecim okiem zobaczyłam teraz taki słodki widoczek: kozice z piszczelami zaprzężone w jakąś gustowną karocę (zaprojektowaną naljepiej przez Tima Burtona) a w roli powoziciela pojazdu Ty z kosą w roli pobocznej (kosa w pobocznej, nie Ty). Tło: wzburzone. A w tym tle muzyka dobiegająca z karocy, piekielna oczywiście, bo jak inaczej.
            Miejsce akcji: ta błotnista droga z Twojej foty :)

            Mogłabyś tym pojazdem sąsiadom jako transport służyć – daję sobię łapę odciąć, że miałabyś więcej czasu dla siebie ;)

          • kanionek 24/09/2014 at 23:29

            Podoba mi się Twoja wizja :D Trochę jak diabelska świta od Bułhakowa. Musiałabym tylko skombinować zepsuty monokl i mały, rosyjski piecyk ;)
            Szkoda, że tak słabo opanowaliśmy obróbkę drewna i trochę brak nam do tego sprzętu, bo chętnie bym taką karocę skleciła. I uprzęże i w ogóle. Ale do transportu te kózki trochę słabe (choć jak Tradycja się rozpędzi, mogłaby mojego Merca popchnąć).
            Jeśli ten komentarz wyląduje gdzieś w kosmosie, to wiem już, że go sobie znajdziesz i dopasujesz :) A z wtyczką zapoznam się bliżej, gdy tylko znajdę czas. Bo co, całkiem nowa wtyczka i już chora? To jak ten kraj ma funkcjonować, panie Premierze? Pani Premiero?

  11. marynka 22/09/2014 at 22:28

    Ten Twój zwierzyniec – rewelacja! Oglądałaś “Tajemniczy ogród”? To te same klimaty ;)

    • kanionek 23/09/2014 at 00:07

      Nie oglądałam, ale widzę, że jest i książka o tym tytule. Poszukam i tego i tego, na zimowe wieczory, dziękuję :)

  12. Anika 23/09/2014 at 09:20

    Na zdjęciu pod drzewem kozy tak mądrze patrzą niczym Czarnoleskie Jany :-) Bardzo mi się podobają, mimo, że (jeszcze) wychudzone. Spokojnie możesz siać trawniki – kosiarki masz w zestawie.
    Biedna Gazela – czy zdąży należycie się odżywić nim wyda na świat potomstwo? Moim zdaniem wygląda na ciężarną, no chyba, że z wygłodzenia spuchła…
    Pecik vel Andrzej – urzekający! Pozdrawiam

    • kanionek 24/09/2014 at 23:34

      Ta Gazella na szczęście umie zadbać o siebie – owies wsypuję do trzech misek i ona żre z każdej. Niemożliwe? To się robi tak: trzy zaczerpnięcia paszczą z jednej miski, potem bieg do drugiej, odepchnięcie osobnika przy misce, znowu trzy łapsy paszczą, biego do trzeciej miski.. I tak w kółko. Tradycji już całkiem owies obrzydł od tych perturbacji, a Pecika nadal karmię z ręki. Inaczej nie miałby szans na choćby ziarenko :)

  13. serdunio 21/10/2014 at 16:06

    ja bardzo przepraszam ale co to jest to biale po bokach????? tzn po bokach tego co zapewne jest droga jak podeschnie nieco??

    • kanionek 21/10/2014 at 17:48

      To jest… uwaga, uwaga! ŚNIEG :D
      Bo to była tylko fota poglądowa w temacie “po czym my musimy jeździć przez 8 miesięcy w roku”. Zrobiona na przedwiośniu. Już kilka razy stanęłam swoim zabytkiem w poprzek tej “drogi”, płynąc majestatycznie bokiem po dziesięciocentymetrowej warstwie błota. I musiałam dygać do lasu po gałęzie, albo do domu po parę wiader gruzu.

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa