Śpię w koziarni bo muszę trzymać kredens, czyli o Peciku

Moi Drodzy Czytelnicy (tak, chcę wierzyć, że czyta mnie choć jeden mężczyzna, tylko się ukrywa), łeb mi pęka od nadmiaru wrażeń w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin, a mięśnie przykręgosłupowe mam napięte jak struny od bałałajki, ale muszę Wam napisać o Peciku i drodze nabycia, gdyż jutro na pewno znów coś się wydarzy, a ja mam mało pojemny dysk i nowe dane nadpisują się na starych. Czyli zwyczajnie wszystko zaraz zapominam, ze starości.

To będzie długi wpis. Jeśli zachodzi ryzyko, że Wasz szef za pięć minut wpadnie wyrwać Wam z rąk ten pilny raport, o który prosił już wczoraj, to lepiej odłóżcie lekturę na po raporcie. Nie chcę mieć Waszych karier na sumieniu.

Numer telefonu do “pana, który ma farmę i dużą hodowlę kóz” dostałam w maju od pani weterynarz, która szczepi nasze psy. W moich wyobrażeniach, nie wiedzieć czemu, widziałam coś na kształt farmy amerykańskiej, z pięknie utrzymanym terenem, przestronną oborą i uśmiechniętymi zwierzątkami. TRZEŹWYM farmerem, którego oko konia tuczy. Wiecie – połyskujące siodła, tłuste krówki, kozy na huśtawce, żłoby pełne wonnego siana i merdający ogonem owczarek pasterski. Głupi Kanionek. Przecież mieszkam w Polsce, w woj. warmińsko-mazurskim, na końcu świata, właściwie to prawie w Rosji. Tutaj psy karmi się suchym chlebem moczonym w wiadrze wody, a koza jest bydlęciem stojącym w hierarchii jeszcze niżej, niż burek na łańcuchu. Ale dobra, tylko spokojnie. Nie było aż tak źle. Widziałam gorsze miejsca.

Zanim przejdę do wątku głównego, jeszcze taki mały dla Was smakołyczek. Przejeżdżając przez niewielką miejscowość, na terenie której trwały akurat roboty drogowe, zauważyliśmy znak ostrzegawczy z przyczepioną pod nim fabrycznie wykonaną tabliczką. Napis na tabliczce głosił: “Roboty drogowe. Ruch wachadłowy”. DOKŁADNIE tak, jak napisałam :)

Zajechaliśmy w końcu na podwórze gospodarstwa, uprzedzeni telefonicznie przez pana farmera, że jego osobiście nie będzie, ale pomocnik farmy wszystko nam pokaże. Piękny pies przykuty do budy solidnym łańcuchem chciał nam odgryźć błotnik, a ja starałam się nie rozjechać miliarda kurczaków wałęsających się po podwórku. Wysiedliśmy z rozgrzanego wnętrza mojego zabytku niemieckiej mechanizacji i rozejrzeliśmy dokoła. Typowe, wiejskie podwórze: mnogość form i gatunków zwierząt, części od maszyn rolniczych, kupka tego, stosik owego, napoczęty balot słomy, drewno, fiat 126p, i jeszcze trochę rupieci. Na spotkanie, z jednego z tysiąca gospodarskich zakamarków, wyleciał nam kotek – doskonale wykonana, miniaturowa replika naszego Gonzalesa. W tle, jak okiem sięgnąć, rozciągały się pola i pastwiska, a na nich krowy i jeden dorodny, czarny byk. Po kozach ani śladu. W końcu z któregoś z licznych otworów w oborze wyskoczył człowiek w nieokreślonym wieku, coś mruknął w ramach nieczytelnej autoprezentacji, uścisnął nasze prawice i wskazał miejsce pobytu kóz. “Tam, na lewo.” I zniknął. Wciągnęła go otchłań ogromnej obory, a my posłusznie udaliśmy się “tam, na lewo”, mijając po drodze bardzo różne stosy różnych rzeczy, po których skakały różnokolorowe, drobne kurki, a jedna miała nawet fikuśną czapeczkę z nastroszonych piórek.

Dobrnąwszy do elektrycznego pastucha, którego pieszczotliwych zdolności żadne z nas nie miało ochoty testować, i wytężywszy wzrok, słuch i węch, stwierdziliśmy jednogłośnie, że “tam” żadnych kóz nie ma. I że albo jesteśmy ślepi i głusi, albo facet ma obie ręce lewe i my zwyczajnie poszliśmy w przeciwnym do właściwego kierunku. Postanowiliśmy wrócić i poczekać, aż obora znów wypluje naszego obuleworęcznego Przewodnika. Stanęliśmy na środku dziedzińca, dla zabicia czasu próbując ustalić, skąd dochodzi kurczęce “pi-pi-pi”, wdzięcząc się do przedstawiciela rodziny Gonzalesów i dokonując odkryć w stylu: “patrz, oni też mają takiego starego merca, jak my”. Przewodnika chyba zmełły jakieś mroczne, średniowieczne żarna, bo się nie doczekaliśmy Ponownego Przyjścia, za to na wijącej się wśród pastwisk dróżce dostrzegliśmy podskakujący radośnie pojazd mechaniczny osobowy, a za nim (i za chwilę przed nim i znów za nim) prującą fale gorącego powietrza futrzaną kulę marki pies. “Gospodarz”, pomyśleliśmy. Pojazd zajechał na podwórko, futrzana kula okazała się być całkiem podłużna i nie zaszczyciła nas nawet mrugnięciem ogona, a z pojazdu wysiadł młody chłopak i stary (chyba) gość, który zaczął gadać jeszcze zanim na dobre wysiadł i nie skończył, dopóki nie zamknęliśmy drzwi samochodu przy odjeździe. Do tej pory nie wiem, kto to był. Kolejny pomocnik? Bo tamtego mroczne żarna przerobiły na paszę dla tajemniczych pi-pi-pi, których miejsca pobytu ostatecznie nie udało nam się ustalić? Może lepiej nie wiedzieć.

Wcale też nie chcieliśmy wiedzieć, ile Pan Gość tego dnia wypił, ale gdy stanął bliżej, przyglądając się mojemu mężowi z BARDZO bliska i stwierdzając “ja ciebie skądś znam”, chcąc nie chcąc dowiedzieliśmy się drogą olfaktoryczną, iż Pan Gość owszem pił, raczej niemało i to nie od dziś. Ale nic to. Grunt, że wiedział, gdzie są kozy. Dotarliśmy po raz wtóry do tego samego pastucha elektrycznego i nastąpiło zamieszanie związane z podobnym brzmieniem słów “wyłączony” i “włączony”. W szkołach powinno się wprowadzić obowiązkowe lekcje dykcji, to może komuś uratować życie. Ostatecznie, pokonawszy okrakiem NA PEWNO WYŁĄCZONE zasieki z grubego drutu, weszliśmy na polanę… Nie, nie polanę. Na ugór weszliśmy. Suchy, usiany sterczącymi badylami niegdysiejszych traw, pozbawiony jakiejkolwiek zielonej roślinności ugór. Minęliśmy młody dąb, całkowicie pozbawiony gałęzi do wysokości dwóch metrów i wtedy zza suchego gąszczu ledwo żywych krzaków wychynęła kolumna piesza. Około dwudziestu kóz we wszystkich wzorach i kolorach, w rozmiarze od czegoś rozczochranego wielkości kota, po ponurego, równie rozczochranego kozła wielkości sporego cielaka. Kolumna ujrzawszy stado dwunożnych przyspieszyła kroku i wkrótce mieliśmy wokół siebie kłębowisko rogów i skołtunionej sierści, domagające się CZEGOKOLWIEK do jedzenia. Guzika od kurtki, chusteczki higienicznej, moich palców… Spoglądały na nas wielkie, okrągłe i błyszczące jak szklane paciorki oczy z poziomą źrenicą, WYCZEKUJĄC.

Kozioł miał sporo godności osobistej i trzymał siebie oraz swoją wielką nadżerkę nad nozdrzami jakieś trzy metry od nas. Gdy jednak Pan Gość, nie przestając nawijać nam alkoholizowany makaron na uszy, urwał z dębu gałąź pełną zielonych liści, nawet stateczny kozioł nie wytrzymał napięcia. Gałąź została opędzlowana z liści i cieńszych gałązek w ciągu trzech sekund, a głodne paciorki oczu wpatrywały się w nas z natarczywą, niemą prośbą o więcej. Pan Gość chyba załapał, że to niezbyt dobrze świadczy o gospodarzu i rzucił Młodemu, pałętającemu się nieśmiało gdzieś na orbicie o promieniu pięciu metrów, by przyniósł kozom pszenicy. Młody przyniósł po jakichś dziesięciu minutach, w trakcie których trzynaście razy usłyszeliśmy hasło “pani weźmie wszystkie, ładne kozuchy, o jak panią lubią, fajne kozy, wszystkie pani weźmie”, po czym… rzucił ziarno na ziemię, jak kurom! Znów się zakłębiło, rogi się splątały, a biedne kozy, które nie są kanarkami, próbowały wyskubać ziarenka spośród szczeciny uschniętych traw ugoru. Zapytałam Pana Gościa, czy owsa nie mają. Nie mają i nigdy nie mieli, bo ON (farmer, jak mniemam) nie sieje owsa, a przecież nie będzie kupował.

I co ja Wam mogę jeszcze powiedzieć? Pewnie, że chciałam wziąć wszystkie, od razu. A przynajmniej kilka. Zauważyłam, że dwie matki mają problem z zapaleniem wymion. Jedna była wychudzona do stanu prześwitujących przez skórę żeber, być może gorzej radziła sobie z brakiem odrobaczania. Reszta jakoś się trzymała, choć kilkoro najmłodszych koźląt miało obesrane portki i skołtunioną sierść zwisającą w posklejanych frędzlach. Tak poza tym, to były naprawdę piękne kozy. O ciekawym umaszczeniu, wszystkie wielkookie, dwie samice maści wręcz sarniej, i żadna nie była agresywna. Piękne, dobre zwierzęta.

Tłumaczyłam Panu Gościowi, który bełkotał jak zepsuta katarynka, że nie możemy wziąć nawet dwóch kóz naraz, bo przecież jedno z nas prowadzi samochód, a drugie musi trzymać kozę. Pan Gość wcale się nie strapił taką pozorną inkonweniencją! Zapakujemy kozy w worek i do bagażnika! Rzekł entuzjastycznie. I tutaj muszę Wam powiedzieć jedną ważną rzecz. To nie jest tak, że ci ludzie są źli. Pan Gość był wylewny i – naciągając nieco strunę mojej tolerancji – nawet sympatyczny. Młody jego padawan był nieśmiały i wiadomo – przy starszych dzieci i ryby głosu nie mają. Wessany przez mroczny młyn Przewodnik był zwyczajnie w pracy i nie miał czasu dla jakichś nawiedzonych idiotów pragnących jakiejś KOZY. Oni nie czytają książek i nie wiedzą, od której strony telewizora ogląda się Internet. Powszechne przekonanie jest takie, że koza zje i “wytrzymie” wszystko, włącznie z wojskami Putina i wirusem Ebola. Kto ma ich nauczyć obsługi kozy? Pradziadek stryja znajomej ze sklepu miał kiedyś kozę i ona jadła świeży chleb i siano sprzed trzech lat, rozkładające się na podwórku, i NIC jej nie było. Lekarz? Kontrola wymion? Na moje pytanie, czy gospodarz doi kozy, Młody obsmarkał się ze śmiechu. Na pytanie małżonka, po co im w ogóle te kozy, zapadło zafrapowane milczenie. Pewnie nikt już nie pamięta, po co. Może najpierw były dwie, potem siedemdziesiąt, a teraz jest tyle, ile przeżyło skrajnie trudne warunki.

Nie będę Was dłużej męczyć tą ponurą wieśnowelą. Przejdźmy do tego, w jaki sposób nabawiliśmy się Pecika, zamiast przystojnego, postawnego narzeczonego dla Jaśnie Pani. Pecik (nazwa robocza, on jeszcze będzie miał godne siebie imię) był jednym z tych najmniejszych obesrańców, na które próbowałam nie zwracać uwagi, bo w końcu przyjechaliśmy po PARTNERA dla Tradycji, a nie przekąskę dla kota. Przez cały czas, gdy dzieliłam swą uwagę pomiędzy jarmarczną nawijkę Pana Gościa a stado, z którego bystrym okiem próbowałam wyłowić średniej wielkości koziołka, Pecik obgryzał mi palce. I spoglądał mi w oczy wielkimi paciorkami. I lizał po dłoniach. I łaził za mną. Nie odstępował na krok. I lizał po dłoniach. Teraz już rozumiecie? Jestem miękka faja i Pecik został moim adoptowanym obesrańcem, bo ON tak chciał. Nie wiem, ile ma tygodni. Nikt nie wie. Najprawdopodobniej, sądząc po oszałamiającej wadze jedenastu kilogramów, jest koźlęciem z letniego miotu, czyli z rui marcowej. Raczej mało prawdopodobne, by był w wieku Tradycji, bo nawet przy tym poziomie niedożywienia osiągnąłby większe rozmiary, choć wciąż niską masę. Nic nie szkodzi, ja też mam młodszego od siebie małżonka :)

Cena Pecika, po wstępnej konsternacji, wzruszaniu ramionami i propozycjach w stylu “a ile pani da” (ja nawet nie wiem, co to za rasa!) i ostatecznej konsultacji telefonicznej z właścicielem, zabrzmiała: “co łaska”. Na łaskę niebios rzucony kozi los i cena jego niższa od suchara z kminkiem. Dałam 50 zł (Tradycja kosztowała 100 zł, z kolczykiem, po ojcu rasy wysokomlecznej) z zaznaczeniem, że w tej cenie życzę sobie jeszcze kózki, po którą przyjadę nazajutrz. Wzięli te 50 zł i haust wody w usta. Chyba ostatecznie przekonani, że spotkali rasową, erste klasse wariatkę, świeży import prosto z miasta. Na odchodne, Pecik uzbrojony w za dużą obrożę i smycz, dostał od Pana Gościa, wbrew moim protestom, kromkę świeżutkiego chlebka. “Oni lubią chleb”, zapewnił mnie z ciepłego serca Pan Gość. “Tak, mówię, ale dawajcie im chleb ususzony. Świeży może powodować problemy trawienne”. Teraz byli już do reszty przekonani, że te ludzie z miasta popaprani są, jak chleb ze śliwką i cynamonem.

Pecik beczał dziecięcym głosem przez całą drogę. Tym razem prowadził mój mąż, a ja robiłam na tylnym siedzeniu uniki przed majtającymi mi przed oczyma rogami. Pecik bowiem nie chciał leżeć, ani stać w przestrzeni pomiędzy fotelami. On chciał stać na siedzeniu i stwarzać zagrożenie dla mojego wzroku, a może i słuchu. Ale posikał się tylko raz i całe szczęście, że na brezentową płachtę, którą przytomnie wyścieliłam całe tylne siedzenie. Kiedy nie beczał, oblizywał mi palce :)

Zajechaliśmy na podwórko, wypuściliśmy Pecika na świat, i cóż zrobił Pecik? Zaczął ŻREĆ, jak tylko jego minikopytka dotknęły ziemi. Nie interesowały go psy, kury, nic dla niego nie istniało, tylko ten zielony cud, który objawił mu się pod zdeformowanymi racicami (przerośnięte, od braku kontaktu z twardym podłożem, już przycięłam elegancko). Żarł jak leci – trawę, na którą Tradycja nawet nie spojrzy, kwiatostany babki zwyczajnej, suche liście, resztki słomy. Posuwał się drobnymi kroczkami i pochłaniał wszystko na swej drodze. Próbował zjeść tę zieloną tackę, na której podaję Rosołom śniadanie, i w ostatniej chwili wyciągnęłam mu z pyszczka sztywny patyk grubości ołówka, który był dłuższy od jego przedniej nogi. Chciał go chyba wciągnąć jak makaron. Zachwyt mnogością żarcia przerósł mikrorozumek jedenastokilogramowego kołtunka na patyczkach. Śmierdzącego kołtunka. Nie bójmy się tego słowa – za Pecikiem ciągnął się GÓWNIANY smrodek nigdy nie czyszczonej obory. Pozwoliłam małemu demonkowi nasycić pierwszy głód (a za pierwszym głodem w kolejce stał drugi, trzeci, dziesiąty…) i wsadziwszy go do plastikowego pojemnika na pościel, niczym do dziecięcej wanienki, zmarnowałam dziesięć litrów bezcennej wody, by rozmoczyć posklejaną sierść i uwolnić bydlątko od smrodu własnych odchodów. W ogóle się tym zabiegiem nie przejął, bo cały czas lizał małżonka po dłoniach :)

Nie będę Was dłużej trzymać w niepewności. Oto zdjęcia Pecika, jeszcze przed kąpielą, suszeniem i czesaniem. Prezentuję zdjęcia ładne, bo po co Wam oglądać gówniane placki na brzuszku i tym podobne horrorki.

Pecik1

Pecik2

Pecik3

Reszta zdjęć i przydługiej historii już jutro, gdyż padam na pysk. Nie, ostatecznie nie będę spała w koziarni, choć siedziałam w niej chyba godzinę, powstrzymując Tradycję od wyniesienia Pecika na kopach hen daleko precz. Musiałam ją obsztorcować grubym głosem i nawet obdzielić klapsem po śnieżnobiałej dupie, bo zaciekłość, z jaką Jaśnie Pani atakowała tę małą, obżartą do granic beczułkę na krótkich nóżkach, zasługiwała na taką korektę. Małżonek miał rację. Jestem zbyt miękka i rozpuściłam wszystkie nasze zwierzaki jak dziadowskie bicze. Ciotka Tradycja w końcu trochę odpuściła, wlazła na najwyższy murek i spoglądała na Pecika z pogardą Kozy Wysoko Urodzonej. Moja kochana, słodka Tradycja pokazała swe drugie oblicze – bezlitosnej Królowej Śniegu. Pamiętam, jak przyprowadziliśmy malutkiego Gonzalesa, gdy Kotek był jeszcze naszym kocim jedynakiem. Cyrk, jaki wtedy Kotek odstawił, prosił się o egzorcyzmy. A jednak się polubili. Liczę więc na to, że Królowa i Gwiazda Internetów, Tradycja, spuści z tonu i zaprzyjaźni się z Pecikiem, bo jeśli Pecik osiągnie rozmiary swojego starego, to lepiej dla niej, żeby już teraz go pokochała ;) Zaglądałam do nich przez okienko, z latarką, kilka razy. Trzymają się od siebie z daleka, ale rozlewu krwi nie było.

Trzymajcie kciuki za ten klasowy mezalians, a teraz idę w końcu spać.

26 thoughts on “Śpię w koziarni bo muszę trzymać kredens, czyli o Peciku

  1. Anika 19/09/2014 at 09:04

    Będzie dobrze :-) Skoro Pecik, Mister X, MiXter sobie Ciebie wybrał, to wiedział, co robi, więc z Tradycją też się dogada w ciągu tygodnia. Przyzwoicie mu z oczu patrzy. Dobranoc :-)

    • kanionek 19/09/2014 at 22:44

      Tak, naprawdę sympatyczny z niego wróbelek, o spojrzeniu z gatunku ujmujących. Zadziera tę wielką łepetynę, by ze swej skromnej wysokości móc spojrzeć człowiekowi w oczy :)

  2. bila 19/09/2014 at 09:52

    Czyli, że dzis jedziecie jeszcze po jedną kózkę? Tak? Tak? powiedz, ze tak! Źle znoszę cierpienia zwierzaków, a kolejna kózka zasługuje na dołączenia do Waszego Faucymeru.
    Na pewno się polubią kozuchy.
    Tak to czasem bywa, że zwierzak wybiera nas, a nie my zwierzaki. Moi znajomi zostali adoptowani przez psa, niejakiego Wieśka, który po prostu spał pod domem, pilnował domu, witał gospodarzy i był sympatyczny i wdzięczny za każde jedzonko (w domu spać nie chciał). Nie bylo wyjścia, zostali jego właścicielami :-)

    • kanionek 19/09/2014 at 22:51

      Tak, tak, powiem „tak” nawet dwa razy, albowiem nie jedną, lecz dwie kózki dzisiaj przytargaliśmy. Cały dzień nam dzisiaj zleciał na kozach, bo trzeba było całe towarzystwo poustawiać: żeby psy nikogo nie zjadły, żeby żaden kurczak nie został nabity na rożen (jedna z nowoprzybyłych ma rogi!), żeby nikt nie zadeptał Pecika, bo on taki mały i nie mógł się zdecydować, w czyim chce być obozie… Ale o tym mam nadzieję NIE ZAPOMNIEĆ i napisać może jutro. Muszę w końcu przespać więcej, niż 5 godzin pod rząd.

      Nie licząc Tradycji i Rosołów, wszystkie nasze byłe i obecne zwierzaki to takie czy inne sieroty, niechciane, uszkodzone, niewygodne. Nie mam co prawda misji zbawiania świata, ale zawsze coś śmierdzącego i kwilącego proszalnie mi się do rąk przyklei.

  3. Kachna 19/09/2014 at 12:14

    Eh……
    I na mnie się bardzo dziwnie patrzył kiedyś wójek jak psom tarłam warzywa do gotowania z kaszą o powiedział, ze na wsi to ludzi czasami tak dobrze nie jedzą – i to też prawda….
    ………….
    Ja nie chcę wchodzić Ci w kompetencje Kanionku – ale chociaż na drugie albo trzecie imię Pecik mieć powinien FARCIK – a jak urośnie to baaardzo duży Fart…
    Wysyłam dobre fale Wam wszystkim!

    • kanionek 19/09/2014 at 23:01

      Dziękujemy za dobre fale, kołyszemy się na nich i dochodzimy do siebie po nowych nabytkach :)

      Nie, no nie wchodzisz mi w nic, propozycje jak najmilej widziane, tylko z Fartem akurat mam problem. Gdyż pech chciał, że to słowo po angielsku oznacza coś zupełnie innego, niż łut szczęścia :) A tak w ogóle to jest małe zamieszanie, bo ja trzymam się Pecika, a małżonek zaczął go wołać „Andrzej”. Nie wiem, skąd ten Andrzej, ale Pecikowi chyba wszystko jedno. On jest bardzo mocno skupiony na jedzeniu. Ja się w sumie nie dziwię – ma już teraz trzy piękne niewiasty wokół siebie, a żadnej nie sięga do kolan. Musi szybko nadgonić tę różnicę we wzroście i autorytecie;)

  4. Kachna 19/09/2014 at 12:28

    Jezzzu!! Oczywiście miałam na myśli „wujka” a nie „wójka”!
    Jak popatrzyłam to nie wiedziałam co napisałam….

    • kanionek 19/09/2014 at 23:04

      Wiesz, to tak, jak zalewanie herbaty zimną wodą. Niby wiemy, jak coś zrobić, a mózg się zawiesza i raz na jakiś czas robi nam kawał ;)

  5. Ola 19/09/2014 at 12:39

    Oka mi się spociły, kiedy to czytałam. Tak jak mówisz, Ci ludzie nie są źli… ale… :(
    Moja kudłata bestia jest znajdkiem, właśnie wczoraj oglądałam jego zdjęcia, jak szczenięciem był – 7 lat temu. Brat znalazł jesienią dwa wychudzone maluchy, chowające się między garażami. Jeszcze długo zżerały wszystko, co wpadło im pod pychole: ślimaki, robaki, trawę, wodę z każdej kałuży…

    • kanionek 19/09/2014 at 23:14

      I to jest kolejny z powodów mojego pragnienia maksymalnej izolacji od świata. Nie jestem jakąś świętą Teresą, czy Wiolettą Villas, nie mogę przygarnąć każdej sieroty (zresztą ich zapas jest wiecznie niewyczerpany), ale każde zetknięcie się z nieszczęściem, ludzkim czy zwierzęcym, kosztuje mnie kupę własnego zdrowia. Dlatego miękkie faje siedzą w lesie i starają się NIC nie widzieć, o NICZYM nie słyszeć i udawać, że NICZEGO nie ma ;)
      A Twoja historia z bestią kudłatą przypomina mi mojego nieodżałowanego psa Szeryfa. Może kiedyś o nim napiszę. Nie ma go już ponad trzy lata, a ja nie mogę o nim zapomnieć.
      Buziaki dla Bestii :)

      • Ola 20/09/2014 at 12:38

        Dziękuję w imieniu bestii, choć ona sama pewnie zrobiłaby co innego. Nie ufa ludziom i niestety ma obrzydliwy zwyczaj podbiegania od tyłu i szczypania w tyłek. Dlatego spacerujemy na smyczy i w okropnym kagańcu. Tego już nie zmienię niestety. Co nie zmienia faktu, że w domu jest okropnie łasym na głaski pluszakiem :) Wiadomo, że człowiek ma dwie ręce, jedna może być zajęta telefonem przy uchu i w tym czasie druga może, przepraszam – MUSI głaskać.
        Jak się miewa Pecik??? Mordę ma taką nieśmiało uśmiechniętą :) Tak się zastanawiam nad jego proporcjami… A jeśli on jest takim kozim jamnikiem???

        • kanionek 20/09/2014 at 12:52

          Spoko-ko-ko, ja się nie rzucam głaskać cudzych piesków, niektórzy właściciele potrafią być bardziej agresywni, niż ich pupile (np. przedstawiciele rasy Dresów, wodzący na smyczach napompowane amstaffy), a i nie wszystkie pieski sobie życzą. Pozdrowienia i buziaki przekazujemy po to, byś od nas Bestię dodatkowo dopieściła, ale własnoręcznie :)

          Pecik wczoraj znowu biegunkował. Dziś jest lepiej. Ale on się niczym nie przejmuje – łazi za nami jak piesek i wlepia w nas te swoje wielkie gały. Żre wszystko, choć jego koleżanki ze stada niekoniecznie. Jedna zdecydowanie gardzi cukinią i nagietkami. Wszystkie kozy dostały wczoraj środek odrobaczający, a teraz gotuję piętnastolitrowy gar żarcia dla rogatych i skrzydlatych. Z dodatkiem czosnku i cebuli, w ramach wspomagania naturalnego. Bo te dwie ciotki, co je wczoraj przywieźliśmy, prezentują sobą szkielety ciasno obleczone skórą. Są półdzikie i nieufne, ale powolutku zrobimy z nich przytulanki ;)

          Mam nadzieję, że Pecik vel Andrzej jednak nie jest jamnikiem! On musi sobie dać radę ze swoim haremem :D

      • Ola 20/09/2014 at 12:42

        PS. Stosowanie filozofii trzech małp jest niestety jedynym sposobem, żeby zachować jako taką równowagę :)

        • kanionek 20/09/2014 at 16:54

          Nie znam filozofii trzech małp, znowu coś przegapiłam! Przybliż, proszę :)
          I od kilku tygodni próbuję przeczytać książkę „How to be idle” (na polskim rynku pod tytułem „Jak być leniwym”) i wychodzi na to, że skoro nie mam czasu nawet przeczytać, to chyba nie jest mi pisane, by być „idle” ;)

          • Ola 20/09/2014 at 19:57

            No przecież sama przed chwilą omówiłaś tę teorię, trochę przystosowując do potrzeby chwili. W oryginale brzmi to: nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego i jest chyba wzięte z buddyzmu.
            O książce Jak być leniwym słyszałam. Zainteresowała mnie z tego względu, że może wreszcie znalazłabym uzasadnienie, dlaczego mam rację, że nie lubię się przepracowywać :)
            Bo Ciebie pozostaje mi podziwiać, ogarnąć nie potrafię swoim małym rozumkiem, jak można mieć tyle energii??? :)

          • kanionek 21/09/2014 at 00:59

            Czekaj… Coś kojarzę, a przynajmniej skądś pamiętam taki obrazek: trzy małpki, z których jedna zasłania sobie łapką oczy, druga uszy, a trzecia usta. Muszę podrążyć temat. Zaraz po lekturze „Jak być leniwym”, gdzieś w życiu pozagrobowym ;) I jeśli szukasz uzasadnień dla nicnierobienia, to książkę polecam. Przeczytałam zaledwie kilka stron i uzasadnień, podwalin naukowych oraz logicznych wniosków skłaniających do zaniechania wszelkich działań, a w szczególności porannego wstawania, jest tam bez liku.

            Co do energii – ja wcale nie mam dużo. Ja się zmuszam. A dziś o godzinie 22:15, gdy właśnie piłam sobie sok pomidorowy odlany z wielkiego gara, w którym później miał się robić przecier, okazało się, że nie będę robić przecieru do północy, gdyż jednego pana z sąsiedniej wsi trzeba było odebrać spod szpitala, w mieście odległym o 30 kilometrów. Tak to jest, gdy ma się jakikolwiek pojazd samobieżny, a w promieniu kilku kilometrów albo nikt inny nie ma, albo wiadomo – sobota, wszyscy „wypici” i nieprzytomni. A ja tylko sok pomidorowy chlapnęłam i do tego wiadomo, żem miękka jak rękawiczka z kangurzej skórki. I przecier będę kończyć jutro, znów mi się przesunie kiszenie kapusty, trzeba jeszcze grzybów dozbierać i nowych kóz doglądać, bo one są dzikie i nie wiadomo, co zmalują… Muszę im gałęzi na zimę nazbierać, ostatnie ziemniaki wykopać, wykombinować gdzie będę trzymać kolejne baloty siana i pół tony owsa i różne takie, bo już zamówiłam i we wtorek ma wszystko przyjechać. WCALE mi się nie chce, ale muszę, bo sama się tak urządziłam, z chciwości ;) No i należałoby się Wam w końcu jakieś sprawozdanie z obecnego stanu posiadania, a mam też parę (setek) zdjęć :)
            I muszę im uszyć jakieś solidne obroże. Kozom, nie zdjęciom. Znaleźć sprzączki do tych obroży. Idę szukać.

          • Ola 21/09/2014 at 21:59

            Wobec tego, podziwiam Twoje zmuszanie się :D
            Chapeau bas!

  6. Ania W. 19/09/2014 at 22:11

    Peciku – łelkam!

    • kanionek 19/09/2014 at 23:17

      Pecik mówi, że jeśli to się da zjeść, to może być, to całe łelkam :) Mówi, żebyś mu przysłała w paczce wyściełanej siankiem, to sobie chętnie jeszcze sianko przegryzie. I kurtką listonosza ;)

  7. bila 21/09/2014 at 09:07

    Kanionku, tak się cieszę, że przygarnęliście Nowe Kózki!!!Osobiście jestem zwolenniczką przygarniania, mam dom, meble, psa i męża z odzysku ;-) Jakoś mi się tak wydaje, że to jest proces przywracania dobra światu. No wiem,że to brzmi trochę pompatycznie, ale cóż… ;-) Czekam na wieści i wpisy, a szczególnie na zdjęcia.

    • kanionek 21/09/2014 at 14:01

      Rzeczy, ludzie i zwierzęta z odzysku to też proces restauracji dusz ;) Chciałabym umieć odnawiać stare meble, ale nie te ze sklejki, tylko porządne, z drewna. A przede wszystkim chciałabym mieć meble W OGÓLE. Przeglądam czasem ogłoszenia lokalne z kategorii „oddam lub tanio sprzedam” w poszukiwaniu starych mebli po dziadku, ale najwięcej ogłoszeń oferuje współczesne paskudki – sklejka, gąbka, materiał syntetyczny. Małżonek powziął zamiar samodzielnego zrobienia łóżka. Na razie ma ostrugane elementy szkieletu nośnego :)

      Tymczasem lecimy na grzyby, bo to już ostatnie chwile, zanim zaczną pleśnieć w lesie. Nowy wpis mam już w głowie, tylko doba wciąż za krótka. Dużo czasu spędzam z kozami, żeby oswoić je z ręką, szczotką, obecnością człowieka, który nie jest zagrożeniem.

  8. Ania W. 21/09/2014 at 10:23

    Jak Tyś warmińsko-mazurska,a ja podlaska :), więc łelkam do Pecika (dzięki, że nie Farta, białostocka „Fartlandiia” nieodmiennie wywołuje mi uśmiech na twarzy) szybko by się przypocztował :)

    • kanionek 21/09/2014 at 14:02

      Czyli my prawie sąsiadki ;) Choć warm.-maz. jest duże, a ja bliżej Gdańska, niż wielkich jezior.

  9. Jot 21/09/2014 at 20:54

    żesz… napisałam długi i zawadiacki komentarz, na temat tego, jak żywię radość z powodu C Z T E R E C H kóz i spotkania kolejnej osoby, która porzuciła miasto na rzecz pomidorów, świeżego powietrza i kozy na dachu i mi skasowało.
    chyba nie mam już dziś mocy do napisania znów (tak mądrze i zawadiacko… ;) ), więc tylko się przywitam – dzień dobry ;)

    • kanionek 21/09/2014 at 21:35

      Witaj :) Znam ten ból – kilka razy doświadczyłam pożarcia moich tekstów przez chochliki internetów i teraz mam na te małe gnomy taki sposób: zanim kliknę „wyślij”, „OK”, „już” – zaznaczam cały tekst, ctrl+C (żeby mieć w pamięci) i jeśli go coś zeżre, wtedy wyluzowana jak stare sznurowadło, nonszalanckim gestem robię ctrl+V.
      To znaczy jeśli nie zapomnę :)

      • Jot 24/09/2014 at 11:31

        Haaa, też nam ten sposób ;)
        Tylko jeszcze muszę opracować drugi sposób, żeby nie zapominać o tym pierwszym ;)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa