Wielkie Perypetie Małego Żwacza, czyli koza na L4

Tradycja chce wykończyć albo mnie, albo siebie, albo nas obie. Wczoraj był dzień jak co dzień. Około osiemnastej kończyłam robotę w ogródku, koza włóczyła się wzdłuż ogrodzenia po drugiej stronie co chwilę sprawdzając, czy wciąż tam jestem, i skubała sobie to i owo. Zerwałam dla niej kilka owoców jeżyny bezkolcowej, bo nic nie zrobię z taką ilością, a ona jeżyny bardzo lubi – i liście i owoce. Zjadła ze smakiem, coś tam pogadała i na tym nasz kontakt urwał się na kilka godzin, bo ja wróciłam do domu robić coś tam, a ona jak zwykle wędrowała od furtki do furtki, skubiąc zielsko.

Wieczorem, jak zawsze, poszłam do koziarni ze smakołykami (gotowane ziemniaki albo suszony chleb), żeby zamknąć Tradycję na noc. Ona zawsze sama wraca do siebie, gdy zapada zmrok. Wchodzę z latarką, a tam nic. Nikt na mnie nie skacze, robiąc raban, łubudu, beeeee i podwójne salto. Koziarnia pusta. Moje serce w ułamku sekundy osiągnęło temperaturę sopla lodu. Obleciałam kąty w poszukiwaniu śladów walki, bo pierwsze przyszły mi na myśl wilki. Żadnych śladów. No to wyszłam wciąż na wpół otwartymi tylnymi drzwiami, omiotłam okoliczną przestrzeń latarką – nic. Wołam ZIOKOOOŁEEEK! Nic. Jeśli nie liczyć szczekania rozemocjonowanych psów. Idę wydeptaną kozią ścieżką nad staw, snop światła pada na pomost, a na nim ukazuje mi się biała zjawa. Tradycja stoi na pomoście, sierść ma lekko nastroszoną, przez co wydaje się dużo większa, i patrzy na mnie tak, jakby mnie nigdy wcześniej nie widziała. Szczękając zębami ze stresu wołam cichutko: koziołek, kozunia, chodź… A ona NIC. Ni słowa, ni ruchu. Podeszłam do niej, pogłaskałam, przytuliła się, ale wciąż była nieswoja. Pomyślałam, że może zdrzemnęła się na pomoście, wygrzewając kości w promieniach zachodzącego słońca, i przegapiła moment powrotu do domu, a potem bała się iść po ciemku, tym bardziej, że po zmroku dziki podchodzą nam prawie pod sam płot. I że może jest w lekkim szoku.

Oświetlając drogę latarką, wiodłam stawiającą opór zjawę, przemawiając do niej jak do dziecka. Byłam pewna, że gdy przekroczymy próg koziarni, Tradycja rzuci się na swoją michę, a ja znów zacznę oddychać. Nic z tych rzeczy. Koza stanęła na środku swego lokum i niespiesznie obracając głową zaczęła je podziwiać, jakby była tam po raz pierwszy w życiu. Podetknęłam jej ziemniaczka pod nos – NIC. Nasypałam płatków ulubionych – powąchała i odeszła. I wtedy naprawdę zaczęłam się bać. Każdy człowiek, który zna swoje zwierzęta, potrafi bezbłędnie rozpoznać, kiedy coś jest z nimi nie tak. A z Tradycją było bardzo mocno nie tak. Sprawdziłam całą powierzchnię kozy pod kątem ukąszeń, użądleń, złamań, wszelkich ran. Nic. Oczy czyste. Pyszczek ładny. Podwozie niegorące. Oddech normalny, zapach też. Brzuch duży, jak to po całym dniu wypasu, ale miękki, więc to nie wzdęcie. WSZYSTKO w porządku, poza tym, że koza patrzy na mnie jak na kosmitkę, rusza się jak na filmie puszczonym w zwolnionym tempie, i NIE CHCE JEŚĆ. I zamiast skakać mi po plecach, przytula się, jak pijany miś polarny. No nic. Posiedziałam z nią, poprzytulałam, skonsultowałam sprawę z małżonkiem i doszliśmy do wniosku, że musiała coś dziwnego zeżreć, może w nadmiarze, bo zachowuje się jak naćpana, ale bezpośredniego zagrożenia życia nie widać. Zajrzałam do niej jeszcze przed północą, spała smacznie.

Rano, pełna tak nadziei, jak obaw, poleciałam do koziarni. Na powitanie usłyszałam króciutkie “y-y-y-y” (taka nadąsana forma “beee”), poza tym bez zmian. Żarcie nie ruszone. Koza duchem nieobecna. Szlag. Wyprowadziłam ją na zewnątrz, na słońce, tym razem na podwórko. Przywitała się z psami, kotami, kurczakami. Trochę się ożywiła, pogrzebała racicą w wygaszonym ognisku, próbując zjeść zwęglone kawałeczki drewna, raz nawet podskoczyła PRAWIE radośnie. W końcu położyła się w tym czarnym popiele i najwyraźniej chciała się znowu zdrzemnąć. Przyniosłam szczotkę do wyczesywania sierści, co spowodowało psi taniec radości, i ożywiło również Tradycję. Pozwoliła się wyczesać, podrapać za uszkami…

Próbowaliście wetknąć kozie termometr w tyłek? Ja już tak. Potrzeba do tego dwóch osób. Jedna siedzi na kozie od frontu i uważa, żeby nie zgubić zębów w kontakcie z twardym czerepem, a druga siedzi na rufie, podciąga do góry wyjątkowo dobrze umięśniony ogonek broniący tylnego wejścia do fortu i próbuje trafić w bardzo małą, wściekle zaciśniętą dziurkę.

Trafiłam, nawet dwa razy, dla pewności. Elektroniczny termometr dokonujący pomiaru w kilka sekund, powiedział: 39.6, a potem już tylko 39. Wziąwszy pod uwagę, iż prawidłowa temperatura u kozy waha się pomiędzy 38,6 a 40,5 można uznać, iż Tradycja ma ciepłotę w normie.

Obdzwoniłam znanych mi hodowców kóz z zapytaniem po pierwsze, czy mieli taki przypadek (nie, nikt nie miał), po drugie, czy mają zaufanego weterynarza znającego się na kozach (nie, nie mają, każdy radzi sobie jak może). No to zadzwoniłam do pani weterynarz, która przyjeżdża co roku szczepić nasze psy i ona poleciła mi inną panią weterynarz, taką “od bydła”. Pani od bydła, sympatyczna w odbiorze, była niestety na robocie poza gabinetem, ale wysłuchawszy mojej przydługiej listy zażaleń na dziwne zachowania Tradycji uznała, że to może być chwilowa niedyspozycja żwacza (pierwszy żołądek u przeżuwaczy) i poleciła podać jej rozpuszczone w wodzie drożdże. Ludzie… Żeby dostać głupie drożdże, musieliśmy oblecieć kilka wiejskich sklepów, ale to nie problem. Spróbujcie kozie podać coś, czego ona nie chce. Nabrałam roztworu do wielkiej strzykawy. Znowu zastosowaliśmy technikę “dwóch na koziej ławce”. Ostatecznie w Tradycji wylądowało jakieś 5 ml roztworu, a w trawie i na mojej odzieży około 50. Pani weterynarz powiedziała, że gdyby kozie się jutro nie poprawiło, to możemy Z NIĄ PRZYJECHAĆ. Fakt, Tradycja już raz jechała mercedesem, ale wtedy była wielkości sznaucera miniaturowego. Trzymałam ją na kolanach, jak pluszową małpkę. Jak przewieźć samochodem osobowym wierzgający kredens? To może być najdłuższe 13 kilometrów w naszym życiu. Trzymajcie kciuki, żeby obyło się bez tej podróży.

koza w ognisku1

koza w ognisku2

koza w ognisku

PS. Tradycja po południu chodziła już sobie sama, jak zawsze, po drugiej stronie ogrodzenia. Nie ma biegunki (tak, czyhałam, żeby się przekonać), siusia jednak mniej niż zwykle. Wieczorem wróciła do koziarni. Jeść nadal nie chce. Treść pokarmowa ze żwacza przesuwa się do pyska, tak jak powinna, i koza żuje, jak zawsze. Ale nie przyjmuje nowego pokarmu. Skusiła się jedynie na suszoną pokrzywę (kilka listków) i garść suszonej mięty polnej. Nadal ma miękki brzuch, właściwą temperaturę, chodzi, czasem nawet beczy, ale to NIE ONA. Jakby była zaczarowana. Przerobiłam dziś tonę materiałów w obu znanych mi językach, i żadna choroba/zatrucie/pasożyty/wzdęcie nie pasują. Ki diabeł??? Powiem Wam, że i mój żołądek nie wyrabia z tych nerwów, ale ja mam wrzody, mam to na piśmie i wiem, z czym to jeść. Martwię się.

21 thoughts on “Wielkie Perypetie Małego Żwacza, czyli koza na L4

  1. Anika 18/09/2014 at 09:02

    Smutna historia z Twoją kózką Ślicznotką, nie wiem co poradzić. Obserwuj ją (wiem, że to robisz). Czy palenisko było trochę ciepłe, gdy ona się na nim kładła, czy może skubała węgielki?
    Trzeba wierzyć w instynkt zwierząt. Cz. Klimuszko pisał, że pies chory na wściekliznę przebywający w lesie, jest w stanie (po pewnym czasie) wrócić zdrowy – znajdzie jakieś ziółka.
    Być może koza najadła się jakiejś trującej rośliny, albo niechcący wtrząchnęła toksycznego robala.
    Na wszelki wypadek (w wolnej chwili) obejdź terytorium kozy i przyjrzyj się, a nawet sfotografuj rośliny, które się tam znajdują. Może któraś ma działanie odurzające, albo jeszcze gorzej? Tfu, tfu!
    Ziokołku, niech moc będzie z tobą!

    • kanionek 18/09/2014 at 11:11

      Palenisko było wygaszone ponad dobę wcześniej, ale możliwe, że nagrzane od słońca – w końcu czarne. Psy też sobie w nim polegiwały.
      Generalnie jest lepiej, nie gorzej. Ziokołek dzisiaj chodzi żwawszy i zdecydowanie więcej beczy. A jeśli nie jest gorzej, to teraz powinno powolutku być tylko coraz lepiej. Żałuję, że nie znam się dobrze na ziołach, bo koza nie ma szans sama sobie znaleźć wszystkiego, co jej potrzebne. Teren wokół obory i stawu (tak, wczoraj robiłam rekonesans z nosem w trawie) jest zdominowany przez chwasty wysokie (oset, pokrzywę, łopian), a w miejscach gdzie kosiliśmy – koniczynę, trawę, mniszek. Są też krzewy dzikich malin i jeżyn, młode drzewka (głóg, wierzba, leszczyna, olszyna), dziki chrzan. Nic nadzwyczajnego. Tu i ówdzie rośnie barszcz zwyczajny oraz syberyjski. Nie są trujące (wiem, że Ty wiesz), poza tym koza uważnie wącha absolutnie WSZYSTKO, zanim weźmie coś do ust. Na spacerach w lesie robi to samo. Wącha, i albo odchodzi z niesmakiem, albo pochłania roślinę z animuszem. Wrotycz np. jadła, ale z dużym umiarem. Jeden kwiatostan i basta.
      Jeśli łyknęła toksycznego robaka, to wygląda na to, że nie był śmiertelnie trujący. Najbardziej obawiałam się przypadkowego pobrania do pyska np. osy lub pszczoły, bo wtedy gardziel by jej spuchła i pewnie nic nie zdążylibyśmy zrobić.

      Jedna rzecz mnie martwi. Kiedyś na wsiach wyrzucano rozmaity śmietnik poza obręb podwórka, a czasem zakopywano wręcz na podwórku. I czasem te śmieci wyłażą. My z naszego podwórka wyrwaliśmy już tonę sznurka, gruzu, przerdzewiałego drutu, starych butelek i puszek po konserwach, oraz wiele przedmiotów tak starych i przez czas zmienionych, że nierozpoznawalnych. Wtedy mieliśmy tylko psy, ale i tak martwiliśmy się, że sobie np. łapy pokaleczą o wystające z ziemi ostre krawędzie.
      Kurczę, nawet z ziemi w szklarni wywiozłam taczkę zakopanego w niej gruzu, a w ogródku w tym roku wykopałam kłąb drutu kolczastego! Nie rozumiem tego poziomu kultury. Gdybym miała problem z zagospodarowaniem śmieci, wybudowałabym dla nich jakiś schron, komórkę z drewna, cokolwiek. Ale zakopywać w ziemi?? Teraz, gdy woda w stawie opadła o półtora metra, wyzbierałam z odsłoniętych brzegów: jakieś tworzywa sztuczne, rękawicę roboczą, folię, puszki, plastikowy kubek…
      No i tego się tylko obawiam, że Tradycja mogła z ciekawości wciągnąć jakiś kawałek wystającej z ziemi szmatki, czy sznurka, i ją zamuliło. I uwierzcie, nie sposób to wszystko wytargać z ziemi. Teren jest spory, a do tego przydałaby się chyba koparka, która przeryłaby glebę do głębokości metra. A potem trzydziestu chłopa, żeby to wszystko zebrać i ciężarówki, żeby to wywieźć. Co widzę, to zbieram i wyrzucam.

      Zaraz idę nakarmić drób i zaniosę coś smacznego Tradycji, na próbę apetytu. Ufam, że skoro wczoraj zjadła pokrzywę i miętę, a zwykłego siana nie chciała, to widać sama lepiej wie, na jakiej diecie wypada jej się teraz trzymać. Dam znać :)

  2. Ola 18/09/2014 at 10:13

    Trzymam kciuki, Ziokołku

    • kanionek 18/09/2014 at 12:34

      UWAGA, dobre wieści :))) Ziokołek biega niczym uskrzydlony Pegaz, beczy namiętnie i nawet zjadł ugotowany pęczak z płatkami owsianymi :)))
      Będzie dobrze, widzę to po jej pyszczku :) Moje morale wstało z kolan, a małżonek poleciał do lasu po grzyby do jajecznicy z sześciu najnowszych jajek. CO ZA ULGA. Wczoraj nawet nie miałam ochoty jeść. I uchylę rąbka tajemnicy – jedziemy dziś po towarzystwo dla Tradycji. Może tylko koziołek, a może jeszcze jakaś koleżanka? Zobaczymy, co facet ma w tej swojej hodowli :)

      • zeroerhaplus 18/09/2014 at 18:35

        Po raz pierwszy ucieszyło mnie, że czytam notkę „po czasie”, czyli w tym przypadku, gdy już jest dobrze.
        To jest bardzo smutne, gdy zwierzak choruje. Wtedy żałuję, że one nie potrafią mówić naszym językiem – ulatwiłoby sprawę znacznie w przypadku choroby..

        Zdrowia wszystkim życzę!!

  3. diabel-w-buraczkach 18/09/2014 at 13:03

    Jak to dobrze, ze juz dobrze!
    Ale, ale, skoro koziolek, to tez zakladacie hodowle? (a jak jeszcze kolezanka do tego, to juz prawie harem)

    • kanionek 18/09/2014 at 13:09

      Nie wiem, czy to już można nazwać hodowlą, ale jednak koza jest zwierzątkiem stadnym. Szczególnie zimą samej Tradycji byłoby smutno, bo teraz biega z nami i resztą zwierzyńca po lesie, a zimą co – buda, siano i długie, samotne wieczory. W kupie cieplej, raźniej i weselej ;)
      Znikam na kilka godzin, oby zwierzaki u tego pana były zdrowe i zadbane, to nie wrócimy z niczym :)

  4. Kachna 18/09/2014 at 13:18

    Patrz – a ja miałam napisać, że może ona jakiś problem psychologiczny ma? Może przeczuwała zmiany? Może nie wiedziała czy się cieszyć czy nie – i profilaktycznie strzeliła focha??
    Mówiłam już, że mam wyostrzoną empatię? ;)
    Dobrze że już lepiej:)

  5. Ania W. 18/09/2014 at 13:35

    No dobrze, że są komentarze! Niedyspozycja Tradycji zasmuca rzesze fanów, więc pozytywne wieści zmieniają postać rzeczy! Uściski!

  6. Fredzia 18/09/2014 at 17:20

    Kryzys minął, więc mogę w tonie lżejszym się przyznać, że moje skojarzenia biegły torem „bliskie spotkania – prawdziwe ZŁO – opętanie”, ale mam mózg niczym gąbka nasiąknięty Kingiem, u którego takiego objawy zawsze oznaczają, że w okolicy wylądowali goście z Matplanety albo dziecko sąsiada wykopało róg prehistorycznego statku, budząc Istotę, która już wkrótce nakryje całą wieś szklaną kopułą i będzie eksperymentalnie podszczypywać ludzkość.

    Bo to się jednak na myśl nasuwa, że ona w tym jeziorze COŚ zobaczyła.
    Na przykład swoje odbicie, po raz pierwszy identyfikując je z wewnętrznym ego i trochę trwało nim otrząsnęła się po konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością. Każda z nas to miała (może z wyjątkiem Penelope Cruz).

    Na koziej gastryce się nie znam, ale na kobiecej psychice troszku tak i moim zdaniem Ziokołek zwyczajnie złapała pierwszą dorosłą zawiechę – taką co to „kim jestem, quo vadis, czy jedno ucho nie odstaje mi bardziej, a może tej jesieni modne będą pasemka siena palona wpadająca w oberżynę?” A potem machnęła kopytkiem i niczym Scarlett O`Hara uznała: Nie mogę teraz o tym myśleć, bo oszaleję. Pomyślę o tym jutro.

    Lepszego więc jutra życzę :)

    • Kachna 18/09/2014 at 17:55

      :))))))
      No mówiłam – foch!
      Fredzia – Ciebie się trochę boję;)

  7. Mirena 18/09/2014 at 18:27

    Ale co napędziła stracha to napędziła. Jak już będzie dla niej towarzystwo to dopiero będzie uciech i będziesz miała co opisywać.

  8. kanionek 18/09/2014 at 19:02

    Kochani, dziękuję Wam za troskę i kibicowanie i słowa wsparcia i WSZYSTKO :)
    Napiszę na razie krótko – jest koziołek. Trochę nie taki, jak miał być. Miękkie serce, durny łeb, twarda dupa (to o mnie).

    Koziołek roboczo nazywa się Pecik (tak, od fajki), a Tradycja faktycznie STRZELIŁA FOCHA! Postawiła irokeza na grzbiecie (w życiu czegoś takiego nie widziałam, ona ma tam bardzo długi włos i okazuje się, że ten włos potrafi się usztywnić na całej rozciągłości) i ubodła koziołka w tyłek! Wy to jednak przenikliwe bestie jesteście, dziewczyny, i też się Was trochę boję :D
    Fredzia, możesz sobie mówić, że jesteś moją fanką, ja za to jestem fanką Twoich komentarzy. Napisz, proszę, powieść grozy :)

    Tę noc chyba spędzę w koziarni, żeby tych dwoje się nie pobiło na śmierć i życie. Myśmy chcieli dla Księżniczki Tradycji dobrze. Ona jednak zupełnie tego nie docenia. Niewdzięczna emancypantka na ziarnku owsa. Biedny Pecik!

    • Ola 18/09/2014 at 23:11

      Chyba nie myślałaś, że Twoja Tradycja, będzie jako ta białogłowa wdzięczna a nieśmiała, warkocz zaplatać i wieży się chronić. Mądra dziewczynka, nie pokaże Pecikowi tak od razu, że go lubi. Nich się chłopak trochę postara. No co? :)

      • kanionek 19/09/2014 at 02:15

        :D
        On się, bidulek, na razie stara nażreć i przeżyć :) Ona przy nim jest jak tłusta świnka skarbonka. I naprawdę, potraktowała go jak KARALUCHA, co jej zeszpecił widok na żłób :D A on jest taki słodziutki. Tradycja ma charakterek, że strach się bać…

    • Anika 18/09/2014 at 23:34

      No, odetchnęłam z ulgą (w kwestii kondycji Tradycji).
      A co do absztyfikanta to co, wy, gupie ludzie myślicie, że kozę można lekką rączką wyswatać przywożąc jej koziołka, którego ONA sobie nie wybrała?! Oj, będzie się działo!
      Pokaż Pecika, muszę zobaczyć jak mu z oczu patrzy :-)

      • kanionek 19/09/2014 at 02:12

        Biedny Pecik jest wielkości chrabąszcza i liczyłam na jakiś instynkt opiekuńczy u Tradycji, a ona go potraktowała z buta! Tzn. z nierogatego łba. Ona sobie NIKOGO u siebie nie życzy! Żmiję wyhodowałam na własnym łonie. Ale już ja dopilnuję, żeby go pokochała. Nie takie związki z biegeim czasu się stabilizowały :)

  9. Anika 28/11/2014 at 16:59

    Jako przyszywana matka chrzestna Bożenki oraz korespondencyjna znajoma Tradycji chcę zwrócić Twą uwagę – czy w rewirze, po którym poruszają się kozy nie rośnie starzec jakubek? Teraz jest już pewnie po ptakach – jeśli nawet jest, to przekwitł i usechł i trudno go rozpoznać, jednak zerknij na zdjęcia, może coś Ci zaświta.
    Starzec jakubek ma moc zabijania (świeży, suchy czy zwiędły) koni, bydła, więc pewnie i kóz, o drobiu nie wspominając…
    Pozdrawiam i zdrowia wszystkim życzę (trzymaj się Atos!)

    • kanionek 28/11/2014 at 21:42

      O kurczę, Anika, takich różnych żółtych dziadów jest pełno, podobnych do siebie (dla laickiego oka) i jeśli ktoś mi palcem pokaże pana Jakubka, to będę wiedziała, ale tak? Sprawdziłam foty jakie podsunął google i nie dam sobie łba obciąć, że to coś u mnie nie rośnie :-/ Jedyna nadzieja w tym, że kozy wiedzą, co robią. One naprawdę wąchają wszystko, zanim zjedzą. Z tego co pamiętam, dziki łubin też jest potencjalnie trujący, ale dopiero w ekscesywnych dawkach. I pamiętam, że Tradycja wcinała to zielsko, a później jego kwiatostany, ale bywały dni, że podchodziła, wąchała i rezygnowała. Czarodziejskie zwierzęce instynkty? I przyznam się do czegoś, czego wcześniej nie napisałam. Raz nie zdążyłam jej odpędzić od muchomora czerwonego, tego klasycznego z białymi ciapkami. Widząc, że lecę spanikowana, krzycząc rozdzierająco: nieee!, natychmiast wtrąbiła trzy sztuki. Cały tydzień byłam w nerwach, sprawdzałam w mądrych źródłach jak długo może przebiegać pełen proces trawienia u kóz, poznałam na pamięć wszystkie objawy zatrucia, a tu NIC. Kompletnie nic, żadnych nienormalnych objawów, apetyt bez zmian, chód niezaburzony, wzrok niemętny :) Podobno nie jest łatwo zatruć się śmiertelnie tym grzybem, bo kto jest przy zdrowych zmysłach nie zeżre siedmiu sztuk dorodnych okazów (a tyle potencjalnie wynosi dawka śmiertelna), chyba że chodzi o samobójstwo. Policzyłam wtedy, że skoro dla ludzia śmiertelna może być dawka 7 sztuk, to dla kozy trzy wystarczą… Tradycja najwyraźniej nie miała o tym pojęcia, bo nawet jej się po tych grzybach czkawką nie odbiło. Może toksyny muchomora czerwonego nie działają na głupie kozy ;)

      Starzec jakubek to jednak co innego, skoro piszesz, że truje bydło i konie. Będę na niego zwracać uwagę, gdy znów na łąkach obudzi się życie :)

      • kanionek 28/11/2014 at 21:47

        Czekaj, a może wtedy, kiedy była taka osowiała i jakby naćpana…? Może niechcący pożarła Jakubka, przy okazji wcinania czegoś innego? Ale takie coś wydarzyło się tylko ten jeden raz, i tylko Tradycji, a wszystkie łażą razem. Bez sensu to teraz roztrząsać, bo i tak się nie dowiem :-/

        • Anika 30/11/2014 at 20:16

          No właśnie o ten moment mi chodziło, a wtedy innych kóz jeszcze nie było. Trucizna w jakubku niszczy wątrobę i to nieodwracalnie. Nie twierdzę, że Tradycja coś takiego zjadła, ale dotąd nie miałam też pojęcia, że gdyby poszła na moją łąkę i nawcinała się tych żółtych kwiatków, łodyg czy liści, to szybko padłaby trupem.
          Alarmuję Cię ze względu na żarłoczność Twego sympatycznego inwentarza – istnieje ewentualne niebezpieczeństwo, że jakubek rośnie i w twojej okolicy (raczej na łąkach niż w lesie). Na pewno zwróciłabyś uwagę na starca jakubka – jest wyższy od wielu traw i całkiem ładnie wygląda. Oczywiście, oprócz niego jest jeszcze ze 100 gatunków trujących (choćby żmijowiec czy wilczomlecz), ale chyba żaden jak jakubek (niewielka ilość może zabić).

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa