Wiadro do połowy pełne, czyli miarka optymizmu

No, to sześć dni i opakowanie paracetamolu później – jestem. I wiem, dlaczego tak mnie ciągle łeb boli – to NIE JEST normalne, żeby we wrześniu był czerwiec. I nie zrozumcie mnie źle, ja na ładną pogodę nigdy nie narzekam, ale wszelkie odstępstwa od jakiejkolwiek normy, w tym meteorologicznej, sprowadzają na mnie ból głowy. W dodatku nadal jest potwornie sucho. Przynajmniej w moim regionie, bo na południu to wiadomo – ponton i wiosła są stałymi elementami wyposażenia każdego gospodarstwa, na równi z odkurzaczem i patelnią.

O reperkusjach suszy jednakowoż później, w charakterze pièce de résistance, a tymczasem to, co zawsze:

dary losu

Jak już wspomniałam w którymś komentarzu, moja Mama nie potrafi bimbać nogą zwisającą z leżaczka, wylegując się w słomianym kapelusiku z kawusią w jednej, a książką w drugiej dłoni. Przyjechała na kilka dni i miała w ofercie leśne wakacje pod błękitnym niebem (na noc proponowałam wygodne łóżko pod dachem), leniwie przegryzane soczystym pomidorem, z opcją wypasu ekscentrycznej kozy (to w charakterze lokalnych atrakcji) oraz pogaduszkami przy rozmaitych nalewkach. Zamiast tego Mama wyrwała dwa wiadra buraków, które przerobiłyśmy na wiórki do słoików, a liście posiekałyśmy do zamrożenia z myślą o zimowej diecie Tradycji i Rosołów, tysiąc porów (posiekane i zamrożone), marchewkę (zdążyła tylko część), pomidory (tym razem poszły na zwykły przecier, ale wciąż lepszy od tego ze sklepu) i już nawet nie pamiętam, co jeszcze. A tak, zrobiłyśmy jeszcze kotleciki rybne i dwa razy poszłyśmy z Tradycją na grzyby. A Mama, heroina z wielkiego miasta, wbrew moim ostrzeżeniom zanurzyła dłonie w gąszcz truskawek długodystansowych (nazywają się “pnące”, choć moje najwyraźniej o tym nie wiedzą, bo potrafią tylko pełzać, i owocują przez kilka miesięcy) i tłukąc wkurzone szerszenie kawałkiem cegły wydobyła kilka dorodnych truskawek do ozdobienia kolejnego sernika.

Przy okazji – wiecie, ile to jest “dwa wiadra” buraków? Otóż to jest bez znaczenia. Spędziwszy cztery lata na wsi (no, w pobliżu wsi) nauczyłam się już machać ręką na drobiazgi i nie dopytywać nerwowo “ale ile to jest kilogramów” za każdym razem, gdy ktoś mówi o czymkolwiek liczonym na wiadra. Wiadro to wiadro. Lub wiaderko. Nieważne, czy mowa o wiadrze budowlanym 20 litrów, gospodarczym 12 litrów, czy wiaderku po kiszonej kapuście (3 litry), albo opakowaniu po farbie emulsyjnej o dowolnej pojemności. I tak na przykład kilka dni temu dowiedziałam się, że jakiś facet płaci 15 zł za wiaderko opieniek. Jakie wiaderko? No takie NORMALNE. Nawet mi powieka nie drgnęła. A jakaś pani nazbierała pięć wiader prawdziwków (czyli borowików). I tu się już trochę spociłam, bo pół biedy tych po kiszonej kapuście, ale gdyby to były wiadra budowlane, to by mnie zazdrość zeżarła. Bo ja borowików w tym roku 6 SZTUK tylko znalazłam. W każdym razie wiadro jest na wsi miarą uniwersalną i ONI zawsze się na wiadra dogadują i bez problemu rozumieją. Więc my z Mamą przerobiłyśmy dwa wiadra buraków i po raz pierwszy w życiu ja ich nie zważyłam. Wiadro to wiadro, na wuj drążyć temat. Ale nie byłabym sobą, gdybym komuś nie zabiła złośliwego ćwieka, nieprawdaż, więc wpadłam na pomysł diabolicznej zemsty na niefrasobliwych wieśniakach, co nie szanują naukowej spuścizny i wysiłku pracowników wszystkich Urzędów Miar tego smutnego padołu. Otóż gdy mnie ktoś przypadkowo spotkany pyta, jak tam grzyby w tym roku i ile ostatnio zebrałam, odpowiadam z niewinną miną, że dwie SIATKI. I niech sobie teraz zaplatają warkocze ze zwojów mózgowych próbując rozkminić, ile to jest. Ha! Ha, ha, HA!

Ale ja Wam tu o wiadrach, a tymczasem w końcu stało się! Konkurs na najlepszy przepis na rosół odwołany, bo choć dopiero dwa dni po moich urodzinach i bez żadnej wstążki, to jednak pojawiło się pierwsze JAJKO:

pierwsze jajko

Nie wytrzymaliśmy i doszło do natychmiastowej konsumpcji celem zbadania właściwości ogólnych i szczególnych. Podzieliliśmy się po równo, to jest małżonek dostał pół, a ja i Mama po ćwierć ;)

pierwsze jajko2

Wierzcie mi na słowo, jajko było doskonałe. Dwa dni później pojawiło się kolejne, a dziś znowu jedno. A na zdjęciach poniżej prezentuję podarunek urodzinowy od mojej kochanej siostry, której nie widziałam już półtora roku i nie miałam pojęcia, że nauczyła się robić na szydełku. Takie cudo mi przysłała:

czapka i szalik

A że zdjęcie na tle pieca kaflowego wykonanego przez zduna bez artystycznego zacięcia i w towarzystwie pogierkowskiej tapety nie oddaje uroku arcydzieła, pozwoliłyśmy sobie z Tradycją zapozować do zdjęcia jak z katalogu:

koza modelka

Faktem jest, że krótko po tej sesji z odzieżą zimową, kilkadziesiąt sztuk żurawi, krążąc przez 10 minut nad naszym podwórkiem, utworzyło trzy zgrabne klucze i odleciało na południowy zachód, ale to wcale nie znaczy, że coś zepsułam, prawda? Prognozy pogody zgodnie twierdzą, że jeszcze wiele ciepłych dni przed nami. W każdym razie pomidory nie dały się nabrać na trik z czapką i szalikiem – dziś znowu zerwałam 5 kg. I nadal obrywam im nowe kwiaty. Poza tym, co jednych cieszy, dla innych bywa utrapieniem. Naprawdę lubię lato i piękną pogodę, ale tegoroczne lipiec, sierpień i wrzesień zapisują się w historii rekordowo niską ilością opadów. W lipcu musiałam podlewać ogród, ze trzy lub cztery razy, a małżonek nerwowo błyskał latarką po lustrze wody w studni. I mówił, że woda może się skończyć. A ja mu na to, że przecież niemożliwe, bo jeszcze nigdy się nie skończyła, a w sierpniu, najdalej wrześniu, jak zawsze będzie padało całymi tygodniami i jeszcze zatęsknimy za słońcem. Poza tym, on zawsze straszy i przewiduje najgorsze, a ja się tylko boję niepotrzebnie.

No, to oficjalnie ogłaszam, że trzy dni temu woda w studni nam się skończyła. Dysponujemy zebraną jakiś czas temu deszczówką, która spłynęła rynną z dachu drewutni do plastikowego pojemnika podczas kilkuminutowego deszczu i miała służyć do podlewania pomidorów w szklarni, i zawiera oprócz tradycyjnego H2O: zżółkłe liście akacji, patyczki różne, jedną szyszkę oraz niegdyś żywe organizmy latające. Jest tej deszczówki jeszcze około 100 litrów. Bo raz się umyliśmy, a i gary trzeba było w końcu pozmywać, gdyż nie mamy do dyspozycji zastawy na 12 osób. Poza tym mamy 12 butelek pięciolitrowych wody pitnej od “sąsiadki”, co mieszka kilometr od nas.

Nasza studnia jest studnią kopaną. Przez byłego gospodarza i jego szwagra. Łopatą. Nie jest to więc studnia głębinowa, zasilana wodą do której sikały kiedyś dinozaury, tylko płytka studnia made by szwagier, odżywiająca się zaskórniakami gruntowymi i polegająca głównie na opadach deszczu i poziomie wody w pobliskim stawie. Nigdy zresztą nie używaliśmy tej wody do picia, czy gotowania, gdyż kolor jej bursztynowy zimą, a pomarańczowy latem, skutecznie nas do tego zniechęcił. Ale umyć się, wyprać (byle nie białe), gary pozmywać, ogród podlać – do tego ta woda była niezbędna. A teraz jej nie ma. I bezlitosny małżonek sobie na mnie z tego tytułu używa, że to niby Kanionek całą wodę zużył, bo ogród podlewał i pranie robił, jakby miało nie być jutra, że nie wspomni o zmywaniu tych wszystkich naczyń w związku z robieniem przetworów.

I tak na przykład, gdy skarżę się, że od tego sterczenia z Mamą przy garach jestem cała sztywna, on mówi: “A ja wręcz przeciwnie. Jestem giętki jak PUSTY WĄŻ. Ha ha!”. (Chodzi o wąż doprowadzający wodę ze studni do hydroforu).

Albo pytam, czy nie widział gdzieś Kotka, bo Gonzales zdążył mu wyżreć całe mięso i został tylko ryż z marchewką, na co małżonek odpowiada, że Kotka nie widział, bo ten przepadł jak kamień w WODĘ. Hi hi! I w ogóle wszystkie słowa, związki frazeologiczne i skojarzenia odnośnie wody, mokrego, suchego itp., wzbudzają u niego nieokiełznane wybuchy radości. Ale nie ma tego złego. Odbieramy od życia kolejne lekcje survivalu i nagle okazuje się, że można się umyć w dwóch szklankach deszczówki, oszczędniej gospodarować naczyniami, a wodę po ich opłukaniu użyć ponownie – w toalecie. Brak możliwości wyprania odzieży też nie jest dokuczliwy, gdy nie jeździ się codziennie do pracy. W lesie można się pod tym względem nieco zapuścić. A poziom wody w studni powolutku zaczyna się podnosić. Jeśli w październiku będą właściwe dla tej pory roku opady deszczu, to jeszcze wszystko wróci do normy. I może nawet kilka ryb w stawie przeżyje, choć na razie tylko patrzeć, jak i tam ukaże nam się dno.

Nie upadamy jednak na duchu, wręcz przeciwnie. I na złość wodzie, rozpaliliśmy dzisiaj ogień. Trzeba się było opędzać od Rosołów, które co chwila podkradały nam cebulę, ogórki kiszone i chleb z talerzy, oraz jeden raz ugasić psi ogon, który zaplątał się w ognisko, gdy biegun przeciwny węszył w poszukiwaniu kiełbaski, której kawałek oderwał się od patyczka i spadł na ziemię. A psy bardzo nie lubią marnotrawstwa żywności i zapobiegają mu z narażeniem zdrowia, życia i urody. Poza tym, jeśli jest się psem maści czarnej podpalanej, to jednak do czegoś zobowiązuje.

O zmierzchu pojawiły się nietoperze – bezgłośni pogromcy komarów, w tym roku z braku komarów (kolejny pozytywny aspekt suszy) na diecie z ciem i innych latających pomyleńców. Niewykluczone, że pożarły też świetliki, bo w tym roku nie widzieliśmy ani jednego. Potem rozbłysły gwiazdy, kurczaki w kurniku kojąco pogdakiwały, wiaterek rozwiał swąd przypalonej sierści i zrobiło się romantycznie i nastrojowo. Co tam woda. Będziemy spijać poranną rosę, a twarz przecierać pomidorem :)

ognisko

21 thoughts on “Wiadro do połowy pełne, czyli miarka optymizmu

  1. diabel-w-buraczkach 16/09/2014 at 09:34

    ooooh….. czy tam leza na zdjeciu pomidory malinowe??? ooohh…. aaaahhh!!!!!
    od 11 lat takich nie jadlam (bo tu nie ma)…

    A jajka – prezent spózniony, ale z pewnoscia ze szczerego kurzego serca!

    • zeroerhaplus 16/09/2014 at 18:58

      .. serca, taaa.
      Ale faktycznie, brzmi lepiej, niż „z kurzej dupy” ;)

      • kanionek 16/09/2014 at 21:08

        A propos kurzej dupy – pękam ze śmiechu i trochę podziwu, gdy patrzę na te opierzone kupry. To nie jest zwykłe pierze, to jest koc ratowniczy, sweter wełniany podwójny, zaprojektowany do ogrzewania jajek. Wygląda komicznie – taka poducha pod ogonem :)

    • kanionek 16/09/2014 at 20:33

      Skąd by nie były, dziś kolejne cztery! Jutro pierwsza jajecznica z własnych jajców, na masełku i koźlakach prosto z lasu :)))
      Pomidory i owszem, malinowe, mam aż cztery krzaki, a na każdym wiszą bomby – grona po 6-8 sztuk, niektóre wielkości dwóch pięści. I też lubię ich smak, praktycznie słodki, gdy dojrzeją na krzaku, a nie w ciężarówce przewoźnika ;)

      To teraz SŁUCHAJ, gdy starsi mówią i zapamiętaj: w przyszłym roku kupujesz paczuszkę nasion (albo mogę Ci wysłać), wiadro/donicę 30 litrów, ziemię ogrodową i masz własne malinówki na balkonie/tarasie/stoliku postawionym pod nasłonecznionym oknem. Na jedno wiadro 30l jeden krzak. Jeśli będzie dużo słońca, zbierzesz z niego minimum 3 kg pomidorów :) We wiaderze robisz w dnie dziurki wiertarką, takie o średnicy 1 cm. I podlewasz. I krzak podpierasz, żeby go liczne owoce nie pociągnęły ku podłodze. I potem zjadasz ze smakiem :)

      • diabel-w-buraczkach 17/09/2014 at 09:51

        To naprawde piekny plan, niestety moje okna i balkon nie sa zbyt naslonecznione (co bardzo ogranicza hodowle moich ukochanych sukulentów). Na balkonie tylko w godzinach rannych, potem zimno i wieje. W sypialni jest wiecej slonca, ale za to nie ma miejsca… tak wiec (kurza) dupa blada.
        (powiedziala, i oddalila sie w strone zachodzacych marzen o pomidorach)…

  2. jadowita 16/09/2014 at 10:42

    chętnie bym Ci kilkadziesiąt wiader wody przesłała, bo u nas nadmiar, mokro i mokro. Pozdrawiam z południa :)

    • kanionek 16/09/2014 at 20:38

      No właśnie wiem, że Wy bidoki macie wody w nadmiarze, a my bidoki mamy suchą plażę ;) Gdyby Poczta Polska nie kosiła tak ciężkich dukatów za przesyłki, skusiłabym się na te Twoje wiadra :D Siedziałam dziś chwilę nad stawem, rozmawiając przez tel. z siostrą (tam jest jako taki zasięg) i na oko wyszło mi, że poziom wody w stawie spadł o półtora metra. Boję się obliczyć objętość tej wody, któa wyparowała :-/

  3. Lena 16/09/2014 at 11:03

    grzyby, kocham grzyby ! Podobno jest dużo.Mam działkę pod Warszawą /ostatnia chałupa przed Puszczą Kampinoską/. Wczoraj jadła /kupione na bazarze/. Las po weekendzie zryty jak po stadach dzików. To Wy teraz jak te kanie, co łakną dżżu /co za durne powiedzenie, czy to znowu o grzyby chodzi czy to ptacy są ? Po ostatniej podwyżce stawek za wodę i ścieki ja też chyba będę uprawiać wodny recykling. A Mat Dammon w ramach ice bucket challenge się oblał wodą z kibla.

    • kanionek 16/09/2014 at 20:51

      Ale z kibla Z KIBLA, czy z kibla ze zbiorniczka z wodą do spłukiwania? To robi zasadniczą różnicę :D
      A co do wodnego recyklingu, to ja się bardzo cieszyłam z przeprowadzki w miejsce ze studnią, bo myślałam, że brak licznika na wodę będzie jakimś wyzwoleniem. A tu taki klops! Zawsze na tę wodę wyklinałam, że taka pomarańczowa i trzeba codziennie zlewy i wannę szorować, a teraz pragnę jej, jak ta kania… Kania łaknąca dżdżu – obstawiam, że chodzi o grzyba, no bo ptak to sobie z kałuży od biedy pociągnie. A wiedziałaś, że „dżdża” jest rodzaju żeńskiego?? Mi to się w głowie nie chce pomieścić. Nasza języka taka przedziwna :)

      Też kocham grzyby. I jeść i patrzeć na nie i je macać po kapeluszach. Są fascynującą formą życia. Tak, podobno dużo, ale nie u nas! U nas ziemia z suchości pęka i dziś chyba widziałam jądro.
      Grzyby suszę do bigosu i pierogów z kapustą i grzybami (ach…), jak również marynuję (ach i och), no i zamrażam w takiej postaci: podsmażam na maśle z cebulką, solę, pieprzę, studzę, pakuję do woreczków porcjami na jeden obiad. Po rozmrożeniu zagotowuję, dodaję słodką śmietankę i mrożony koperek (mniam), czasem zmiażdżony ząbek czosnku, czasem mrożoną natkę pietruszki. Rany grzyba, w tamtym roku miałam zamrożonych ładnych kilka kilogramów, a w tym dopiero 1,5. A robię jeszcze pyszny makaron z grzybami, tzn. sosem grzybowo-śmietanowo-czosnkowo-rozmarynowym. GRZYBY dobre na wszystko! A dziki ryją w lesie swoją drogą. Czasem zryją i wyżrą wszystko, włącznie z grzybami.

      • zeroerhaplus 17/09/2014 at 22:27

        Jak to, DŻDŻA?!
        To czemu, do dżdżej nędzy nie śpiewa pan Kanty „jak kania dżdżY”?
        Może pora na nową pieśń kozaczą „jak kania dżdży, tak czekasz mnie ty”??
        Ranyboskie, całkiem mi się we łbie od tych dżedż pokiełbasiło. Zawsze myślałam, że to jest jakiś tajemniczy dżdż, którego kania tak tęsknie wyczekuje. A tu masz.
        Kanionku droga, światy mi się zawaliły przez tę Twoją filologię stosowaną.

        A teraz idę grzecznie zguglować, jak i co.
        Pozdrawiam :)

        • kanionek 18/09/2014 at 00:53

          Do dżdżej nędzy :D
          I co, fajnie się guglowało? Wokół dżdży/u, czy innego deżdżu jest trochę zamieszania. Mi też rodzaj żeński nie pasuje, ale z drugiej strony mianownik od dżdżu… Całe szczęście, że to słowo już niemalże wyszło z użycia.
          Nic to. Jeszcze ze sto lat, może mniej, a słownik przeciętnego zjadacza ajfona będzie zawierał maksymalnie 50 słów. Zobacz tutaj: http://mistrzowie.org/609144/Kara
          Polecam również film „Idiocracy”. Niby śmieszny, a wcale nie.

          • zeroerhaplus 18/09/2014 at 18:25

            Kara, heh, dobre :)
            Fajnie się guglowało, fajnie (dziś nie łapię ironii ;). Zamieszanie się uspokoiło (przynajmniej w mojej głowie) a kropkę nad dżdżem postawił pan Bańko: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/dzdza;14510.html
            Ot, dżdża psotna taka.
            A za tą „Idiokracją” muszę się faktycznie rozglądnąć, jesteś drugą osobą, która ten film poleca, więc coś w tym pewnie jest.
            Dzięki :)

  4. bila 16/09/2014 at 12:30

    Jestem z południa, więc u mnie pada co i rusz. A grzybów u mnie dostatek! Z moim Miłym żesmy nazbierali w niedzielę dwa koszyki(te duże, z klapką). No i mamy 22 słoiczki marynowanych :-).
    Uważam, że tak naprawdę wielu rzeczy nie POTRZEBUJEMY tyle i tak bardzo, jak nam się wydaje. W tym wody.
    Fakt, bycie psem z maścią podpalaną zobowiązuje :D

    • kanionek 16/09/2014 at 21:06

      Dwa koszyki z klapką, to rozumiem! U nas taka susza, że jak przyniesiemy dwa kilogramy, to jest mega wypas turbo ekstaza. I to po trzech-czterech godzinach węszenia przy ściółce. Za to mamy las „pod ręką”, więc możemy nawet każdego dnia wyskoczyć i przynajmniej nie spędzamy potem dwóch dni na czyszczeniu. Ale z drugiej strony… Może lepiej przynieść raz, a dużo, narobić się, ale mieć z głowy na cały rok :)

      Co do potrzebowania różnych rzeczy – święta racja. Większości nie potrzebujemy. I po prawie czterech latach tutaj czuję się lżejsza o wiele zbędnych kilogramów gratów i gadżetów, które zapewne bym akumulowała mieszkając w mieście. Po prostu potrzebowałam spartańskich warunków, żeby rozum zapukał do mojej głowy :D

  5. zeroerhaplus 16/09/2014 at 19:14

    Część „Twojej” wody jest też u mnie. Duża część.
    Poza tym że pada wodą z góry, zaczęło też ostatnio z innej beczki, czyli odziemnie – mam koło chałupy już dwa nowe źródełka.. jakże to romantycznie brzmi, a jakże niepraktyczne, gdy i tak pada. Zaczynam myśleć o uprawie ryżu.
    Jedyny plus – pełna studnia (też z tych szwagrowych, też w niej mało wody, gdy suszy).

    A poza tym – fajnie, że masz jaja ;))

    • kanionek 16/09/2014 at 21:13

      Też miałam takie ryżowe pole na podwórku, w ubiegłym roku. Ale te źródełka… Oby nie wyrosły na fontanny, bo to już by było zbyt romantyczne ;)

      • zeroerhaplus 16/09/2014 at 23:28

        Biorę tylko gejzery :)

  6. Kachna 17/09/2014 at 14:24

    Ha! A ja sobie podlewam grzyby konewką:) Bo mi kozaki takie że hej – rosną pod drzewami w ogrodzie – jakby tak razem zsumować to z wiadro już zebrałam.
    Brak wody to moja główna fobia… Jak czasami wyłączą – to mam imperatyw natychmiastowej wyprawy po butelkowaną w dużej ilości. Też mam studnię i zerkam i bywało,że dreszcz na plecach miewałam jak zanikała Choć posiadam wodociąg miejski na wsi…
    W sobotę ma padać. Na sobotę zaplanowałam kinderbal w ogrodzie. Po tylu bezdeszczowych dniach. Cóż kalosze, peleryny i do przodu! Lubię moknąć:)Serio.
    Pozdrawiam

    • kanionek 18/09/2014 at 00:59

      Ja też kiedyś lubiłam moknąć. Najchętniej w wannie pełnej gorącej wody :) Przeszło mi, bo nie miało innego wyjścia, dopiero tu, w lesie.
      Grzyby w ogrodzie to jest to! Pamiętam, jak jeszcze mieszkając w mieście, stałam się posiadaczką ogródka rodem z ROD. I w nim rósł stary modrzew, a w związku z modrzewiem morze żółtych maślaków od sierpnia do września. Smażone całkiem niezłe, marynowane – nijakie.
      Mimo wszystko życzę ładnej pogody na sobotę :)

  7. Anika 17/09/2014 at 23:21

    Gratuluję pierwszych jajecznych plonów, trzymam kciuki za pełną studnię i… cieszę się, że znajdujesz czas na prowadzenie bloga, bo naprawdę fajnie piszesz. Pozdrawiam

    • kanionek 18/09/2014 at 00:44

      No właśnie z tym znajdowaniem czasu coraz gorzej, a mam o czym pisać. Jak nie napiszę od razu, to zapominam, bo znowu coś…
      A ja dzięki Tobie znów zabłysnęłam przed małżonkiem. Długoskrzydlakiem sierposzem, proszę ja Ciebie :)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa