Keczup, grzyby, wilkołaki, czyli nadal o szajbie

Ludzie we wsi się ekscytują, że zima będzie długa i sroga, bo podobno radio u sołtysa powiedziało, że żubry już łączą się w większe stada i odlatują na południe. Też mi. Co roku jakaś sensacyjna historia z tanią przepowiednią w tle, a żadne, ŻADNE radio nawet nie wspomni, że gdzieś tam, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami oraz nieprzejezdnym bagienkiem, które gmina upiera się nazywać drogą gruntową, mieszka mały, głupi Kanionek, co nigdzie nie odleci, bo MUSI MIESZAĆ KECZUP.

Dlaczego ja nie mogę mieć czegoś w sam raz, tylko albo wcale nic, albo fuj za dużo? Pomidory zawsze miałam w gruncie, czyli na wolnym wybiegu. I zawsze w okolicach sierpnia jakaś zaraza je dopadła, skutkiem czego ostawały mi się trzy zielonkawe owoce na krzyż, do tego każdy ze szpetną plamą jak memento mori. W tym roku w wyniku wymyślnych taktyk żebraczych, gróźb karalnych i szantażu doczekałam się od małżonka skleconej ze starych okien szklarni. Trzy na cztery metry, ot, taki szklany wychodek. Pomna uprzednich niepowodzeń, wsadziłam w wychodek dwadzieścia jeden sadzonek pomidorów, bo wiadomo – połowa zdechnie od razu, a drugą szlag trafi tuż przed zbiorem plonu. A tu taka tragiczna niespodzianka! Taka, że zacytuję, piękna katastrofa! NIC nie zdechło. Pomidory osiągnęły już dwa metry wzrostu i planują montaż szyberdachu, kwitną na potęgę jakby o tych żubrach nic nie słyszały, a owoce wiszą im wszędzie – pod pachą, przy kostkach, obwarzankiem w pasie, za uszami… Jeden z krzaków przeholował z przychówkiem do tego stopnia, że wziął się w końcu chłop załamał i w zamachu samobójczym rzucił w paprykę, a upadając wyrzęził jeszcze: “śmierć bazylii…”. (Tak, napchałam w tę szklarnię czego się dało, nawet zioła i kwiatki).

Po szklarni biegają jaszczurki, skaczą pasikoniki i jakieś filigranowe żabki, latają zamyślone motylki… Istny mikrokosmos i beztroska oranżeria. Na początku było nawet fajnie. Tak patrzeć, jak tłusta świnka rośnie i różowieje. Teraz świnka spuchła, nadęła się i chce zjeść MNIE, a ja, pakując w słoiki dwudziesty pierwszy kilogram pomidorów zaczynam podejrzewać, że NIE MA tyle tuńczyka na świecie, żebym mogła zawartość tych słoików wykorzystać. Celem ratowania naturalnych zasobów oceanicznych kolejne kilogramy pomidorowej świnki postanowiłam przeznaczyć na przecier. Ale w trakcie przecierania pomysł ewoluował. Do czegoś bardziej skomplikowanego, oczywiście. Wszak trzeba się rozwijać, a czasem nawet rozerwać (ma ktoś namiary na tanią bombę?). Od trzech dni robię więc keczup domowy, z przerwami na próby samobójcze. Mówią, że od przybytku głowa nie boli. Mnie boli głowa, nogi oraz łokieć golfisty, od tego mieszania i przecierania. Przy okazji taki mały apel społeczny: ma ktoś pożyczyć, albo tanio wynająć niewielką cysternę? Taką do pięciu tysięcy litrów? Bo gdzieś muszę przechować zapas keczupu na pięć tysięcy lat.

Do keczupu oprócz pomidorów gotuje się i przeciera paprykę, cebulę, jabłka i cukinię. To ostatnie to już mój wkład własny w wynaleziony w internetach przepis, bo cukinii mam niewiele mniej, niż pomidorów. A jak się o cukinii przez kilka dni zapomni i nie zerwie, gdy jest mała i urocza, to wtedy ona waży 5 kg i wygląda tak:

człowiek z cukinią

Może objaśnię, co Państwo widzą na powyższym obrazku. To zielone to cukinia. To czarne, co ją trzyma, to Człowiek-Keczup, strzęp człowieka właściwie, z przewagą keczupu. I niech Was nie zwiedzie mój odświętny strój – akurat udało mi się wyrwać na godzinkę do cywilizacji, bo trzeba było jechać na pocztę, a w drodze powrotnej przypomniałam sobie, że przecież cukinia. Na co dzień posuwam w zgrzebnym łachmanie, obuta w walonki i z chustką na głowie, jak dziecko z Dworca Zoo. I Wy się domagacie, żebym ja DUŻO pisała. Ale o czym może pisać człowiek zaklęty w pomidora, z oczami jak nakrętki od słoików?! No chyba, że koniecznie chcecie coś więcej o cukinii…

Jest druga w nocy, ja Wam tu pomidory smażę, a zza ściany dobiegają mnie dziwne dźwięki. Jakieś wycie i sapanie. Mój małżonek siedzi przed swoim kompem i… nie, nie przegląda najnowszego dorobku przemysłu pornograficznego. Ogląda dokument o facecie, co wskoczył do studni, bo ze studni przemawiał do niego wilk. I on, ten facet, po wyjściu ze studni też stał się wilkiem. A tak poza tym, to u nas WSZYSTKO w porządku.

PS. Co jeszcze można zrobić z pomidorów? Bo tak na oko dojrzewa mi kolejne 10 kilo.

PPS. Koza waży 27 kilo, wszystkich pozdrawia, a dzisiaj wyrwałam się z nią na godzinę do lasu i obżarła się opieniek. Tu się wszyscy tymi opieńkami podniecają – raz widziałam faceta, co z bagażnika jedenaście plastikowych wiader po farbie wyciągnął i aż nie wyrabiał z tych opieńkowych emocji, bo myślał, że ja mu konkurencję będę robić. JA bym tego kijem przez szmatę i w azbestowych rękawicach nie tknęła, a tu proszę. Nawet koza je lubi. Widać ja jakaś jednak durna jestem.

9 thoughts on “Keczup, grzyby, wilkołaki, czyli nadal o szajbie

  1. Ola 07/09/2014 at 10:01

    Ponieważ wczoraj ledwo się doczołgałam do domu po wycieczce z Krakowa, mogę z czystym sumieniem poczytać o cudzych mękach i pochichotać przy tym. A czkawki dostałm już przy pomidorach pod pachą… I zaraz na uspokojenie przypomniałam sobie zupełnie nie na temat, jak to wypatrzyłam super tunikę na allegro. Już pędziłam ją kupować, kiedy w opisie znalazłam, że ona ma tyle a tyle POD PASZKAMI! Podziękowałam ślicznie za zakup, nie życzę sobie mieć nic wspólnego z czymś, co ma POD PASZKAMI :O
    Wracając do pomidorów, szkoda, że nie masz piekarnika, bo suszone pomidory to też fajna rzecz. Chociaż może na jakim dachu? Na słońcu?
    A Ziokołek to już ma wagę jakiego młodego wilczura? Ona jeszcze dużo urośnie?

    • kanionek 07/09/2014 at 14:52

      A widzisz, tego nie wie nikt, ile Ziokołek jeszcze urośnie i jaka będzie jej waga końcowa. Ona jest mieszańcem kozy białej polskiej (po mamusi) i kozy saaneńskiej (po tatusiu). Może ważyć od 35 do 55 kg, czy jakoś tak, a co gorsza, kozy uzyskują swoją masę docelową dopiero w drugim roku życia. Ziokołek może skończyć jako biały karzeł, albo jako koza-mutant, co będzie napadać i rabować okoliczne wioski, a pięciokilogramowe cukinie łykać będzie jak frytki.

      Pod paszkami… Nie dziwię Ci się, że wyszłaś bez tuniki. I faktycznie, mogę spróbować ususzyć część pomidorów, a gdzie to się jeszcze wymyśli. Dzięki :)

  2. M_o 07/09/2014 at 22:07

    Można też z tej cukinii i pomidorów zrobić leczo. I albo do zamrażarki (hm, wobec kłopotów z prądem to chyba kiepski pomysł), abo do słoików. Zaletę ma jednak zasadniczą – można gotować w kotle, od razu dużo;-)

    Pozdrawiam:)

    • kanionek 08/09/2014 at 00:35

      Faktycznie, jeszcze leczo. Ale do niego potrzeba też papryki, a w szklarni mam jeszcze niedojrzałą. Inna sprawa, że w ubiegłym roku zrobiłam jakieś 10 litrów pasteryzowanego leczo i wspominam to ze zgrzytaniem zębów. Było pyszne, nie powiem, i miło było sobie zimą wyciągnąć taki słoik i zjeść z podsmażoną kiełbaską, ale ile roboty z tym krojeniem, smażeniem, gotowaniem, pasteryzacją… Mnie ten keczup już dobił na śmierć i amen. Na hasło „słoik” dostaję drgawek, czkawki i oczopląsu. Chyba zafunduję moim pomidorom karierę w politycznym szołbiznesie – wyślę kilka skrzynek na Wiejską i niech sobie przypadkowi przechodnie, całkiem za darmo, darem mojego serca porzucają w posłów.
      Pozdrawiam Ciebie i Twoje kociaki :)

  3. Lena 08/09/2014 at 09:28

    Pozdrawiam znad słoików z ogórami cukinią i papryką. Ogóry dostałam od siostry, która to dostała zewesi, ale ma wnuczkę do opieki i doopa, na mnie padło.Mówię jak Pan Michał: nic to, Baśka /bo moja siostra Basia/, nic to! Tylko jakieś 25 kg, co to przy Twoich pomidorach. Ale już zmieniłam zdanie , narobiłam zatrzęsienie, a jeszcze mi połowa została. Też już nie mogę patrzeć. Ale sobie radzę trójpolówką: ogóry, „Cienie Śmierci”, /to na działce w Puszczy, jak mówią KampinoWskiej/ , zebranie stowarzyszenia /to w mieście/. Tę sobie rób przerwy. Moje ogóry już 2-gi tydzień wytrzymują:)

    • kanionek 08/09/2014 at 16:02

      Robię sobie przerwy, tzn. przerwy na wykonanie innej roboty :D Puszcza KampinoWska, mówisz… A byłaś we FromborGu? :D
      Trzymajmy się rantu słoika, już niedługo koniec przetworowego szaleństwa. Pozdrawiam Ciebie i Twoje leżakujące ogórki. Niech nabierają mocy. Ja dziś zebrałam kapustę i też muszę ją przeleżakować, bo taka lepsza do kiszenia. Na czytanie już nie mam czasu, ale odbiję sobie zimą. Wtedy zamawiam książki używane po 10-20 sztuk za jedną przesyłką.

  4. zeroerhaplus 08/09/2014 at 09:58

    Przecier! Zagęszczony sos, tylko z solą, abo i bez, mocno odparowany, skoncentrowany do granic możliwości. Ale tu też trzeba wieki mieszać… no i w słoiki wkładać ;)
    A co do opieniek, to za jajecznicę na opieńce na masełku niektórzy duszę diabłu by oddali. Tylko, ze same kapeluszki trza brać, bo inaczej się człowiek zanożuje przy obieraniu.

    • kanionek 08/09/2014 at 15:58

      Ta, chyba jednak się poddam i zrobię ten przecier. Mama przyjeżdża, może postoi trochę przy garnku…
      Opieńki mnie odpychają dlatego, że surowe są trujące. Dopiero podczas obróbki cieplnej, najczęściej przez gotowanie (bo toksyny w nich zawarte są, zdaje się, rozpuszczalne w wodzie) stają się jadalne. Ale nadmiar opieniek w życiu i tak może się zemścić na wątrobie, bo (znów podobno) jednak część toksyn zostaje i się w tej wątrobie odkłada. Ja więc jednak dziękuję, choć rozumiem, że są smakosze tego grzybka :)

      • zeroerhaplus 09/09/2014 at 07:23

        Oho, jak tak, to ograniczę spożycie do dwóch jajecznic na sezon. A tymczasem idę na rydze w las, ha!

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa