A owoc żywota twojego je ZUS, czyli z grubsza o jajkach

Wychodzę na podwórko z michą żarcia dla kozy, a tam kura na drzewie siedzi, i patrzy na mnie tak, jakbym to ja tu była nie na miejscu. Myślę sobie, nie mi oceniać czyjeś ambicje – jak kura marzy o karierze sokoła, to jej prywatna sprawa. Ale trochę mnie to pogardliwe spojrzenie ubodło i pytam odważnie: “gdzie jajka!?”. A ona mi na to, że W SKLEPIE! No doprawdy, podłość kurza nie zna granic. Podejrzewam, że kury kitrają te jajka gdzieś po krzakach i nie wiem, co one sobie wyobrażają. Że ja je karmię i im sprzątam tak całkiem za frajer i dla jakiejś pomrocznej satysfakcji?
Idę już nieco zrezygnowana do koziarni, myśląc po drodze z czułością w sercu – kozunia moja kochana, futrzane maleństwo moje śnieżnobiałe, merdający ogonek słodziutki, cmok cmok i w ogóle… Wchodzę, a Tradycja sterczy na szczycie najwyższego murka i obgryza belkę stropową z resztek jaskółczego gniazda. I nasrała sobie do miseczki. Jak oni mnie wszyscy szanują!

I choć to nie jest blog polityczny, ani nawet pretendujący, to tak w kontekście jajek i szacunku powiem Wam, że mam serdecznie dość tego, że ciągle coś wkładam, a nic nie wyjmuję. Ledwie moja wątroba opamiętała się z nadprodukcją żółci po akcji z OFE, to teraz nadszedł czas gnicia śledziony w związku z Donaldowym stołkiem unijnym.
Jeśli chodzi o OFE, to mój rocznik nie miał wyboru. Ówczesny Zarząd Folwarku powiedzial, że od dnia takiego a takiego jajka będziemy składać w OFE i możemy sobie co najwyżej wybrać w którym. No to wybrałam i składałam, licząc na tłustą jajecznicę na starość. Jakież było moje w-kurzenie, gdy kilka lat później przyszedł rząd ze swoim dziurawym koszykiem i zabrał wszystkie moje jajka, w dodatku bezczelnie tłumacząc mi, że to “zły kurnik był”! I że zabiera mi jajka dla mojego dobra! Teraz, oficjalnie, dobrym kurnikiem jest ZUS, choć nieoficjalnie każdy wie, że ZUS to jeden wielki ZBUK, który cuchnie na milę i właśnie wybił mu okres połowicznego rozpadu.

A co robią pierzaste koguciki, gdy kurnik tonie? Siadają na wyższej grzędzie. Najlepiej w zupełnie innym kurniku. I jeden taki, z lekka ryżawy, po tym jak się już obżarł moimi jajkami do rozpuku, postanowił odlecieć na zimę. A właściwie na zawsze. Choć jeszcze rok temu (i mamy to na taśmie), dumnie piał o tym, jak to on ma w swoim kurniku ważną misję do wykonania i że wszakże i albowiem nie godzi się iść między obce wrony, gdy jest się jak on honorowym przywódcą stada. Tymczasem zaszumiało, zawiało, z taśmy się urwało, i nagle Teleranek ogłosił, iż ten lisek był farbowany i właśnie wita się z tłustą gąską. Która znosi bardzo tłuste jaja. I na emeryturze Pan Kogucik dostanie w jeden miesiąc tyle jajek, co ja przez dziesięć lat. No kurza twarz!

To nie jest blog polityczny, a ja już nie wierzę żadnej partii. Ale na swoim podwórku muszę w końcu zaprowadzić porządek. I powiem Wam, że jeśli w moje czterdzieste urodziny kurczaki nie wyskoczą z krzaków z euforycznym okrzykiem “niespodzianka!” oraz wielkim koszem jaj przewiązanym wstążką, to zażądam, żeby cały kurnik podał się do dymisji.

9 thoughts on “A owoc żywota twojego je ZUS, czyli z grubsza o jajkach

  1. bila 08/09/2014 at 13:18

    Ja wiem, że z tym ZUS-em to są jaja i nie ma na co liczyć na starość. Czemuż więc dziwisz się kurom, że utajają swoje dochody? Na koguta, jak widac, nie mają co liczyć, więc może sobie hodują kurczaki cichcem, by mieć starość opłaconą przez nowe pokolenie. Ma się rozumieć, dokładnie tego nie przekalkulowały, ale na co liczyć u stworzen, które dają się dzobać kogutowi po głowie?
    P.S. Przetwory są zaraźliwe. Ja dziś kompociki.Pozdrowionka

    • kanionek 08/09/2014 at 15:55

      Z tym dziobaniem po głowie, to faktycznie ciary przechodzą. Jak kogut wskakuje na kurę w celu wiadomym, to ją tym ostrym dziobem trzyma za wszarz, aż się boję, że jej dziurę w karku na wylot zrobi.
      Ja mam dziś przerwę w przetworach, bo znoszę z ogrodu i szklarni materiał na… kolejne przetwory. Kapusta zwieziona taczką, natka pietruszki już posiekana się mrozi, pól kilo rzodkiewki (teraz jest najbardziej dorodna, bo gąsienice odpuściły szturm na liście kapustowatych), zaczęłam też zbierać marchew, ale musiałam się oderwać i posłużyć za podajnik do cięcia drewna. Jeszcze tylko kolejną skrzynkę pomidorów zerwać, obiad zrobić i posprzątać, oraz upchnąć gdzieś tę kapustę, by zbielała do kiszenia. UFF! Smacznych kompocików życzę :)

  2. Kachna 08/09/2014 at 21:33

    Witam,
    Wpadłam na kozie rogi przez Barbarellę (chyba nie tylko ja:).
    Robisz kobieto świadomie – nieświadomie kawał dobrej roboty tym blogiem. Z ogromną przyjemnością i radością (głośną czasami…) się Ciebie czyta.
    Pisz. Tacy jak TY są potrzebni.

    Pozdrawiam całą menażerię a szczególnie mojego ulubieńca Gonzalesa:)

    • marynka 08/09/2014 at 21:43

      Ja toż samo!! Podpisuję się obiema ręcyma!!

      • kanionek 08/09/2014 at 23:40

        Kurczę, no naprawdę. Ja przez Was nadwyrężam te kilkaset mięśni twarzy odpowiedzialnych za uśmiech, a że dawniej rzadko ich używałam, to one teraz przechodzą gehennę. W końcu dorobię się twarzy kulturysty! Dziękuję, Marynka :)

    • kanionek 08/09/2014 at 23:35

      Dzięki :) Szczerze mówiąc czasem się zastanawiam, o czym ja tu dobrym ludziom przynudzam. O pomidorach, kurach, robakach jakichś… I opadają mnie wątpliwości, bo myślę sobie: co to ludzi obchodzi, że ja kapustę taczką wożę. Ale Wy za każdym razem wiwatujecie, jakbym zdradzała kolejne tajemnice fatimskie, a teraz czytam, że Gozales jest Twoim ulubieńcem! Muszę Tobie powiedzieć, że Gonzales to jest jedna, wielka zagadka. Mój mąż przemianował go na “Popychle”, czasem tylko mówi o nim bardziej pieszczotliwie – “Gamoń”. Ja uważam, że Gonzales jest kimś, kto się jeszcze nie do końca wykluł sam z siebie. I że jeszcze pokaże lwi pazur. O czym będę jego fanów informować.
      Tymczasem cała menażeria macha, czym się da i pozdrawia :)

      • Kachna 09/09/2014 at 06:40

        Myślę, że moja sympatia do Gonzalesa może wynikać z tego,że mam koteczki (pieseczki w palnie) – min Ciastka. Ciastek….jedna wielka zagadka – przez weta zwany – Pierdoła….łazi za nami jak pies a nawet bardziej:)
        ………….
        To, że piszesz o pomidorach i kapuście i ich zjadaczach – to samo z siebie piękne.
        Ale wiesz – liczy się forma. A ta moim zdaniem jest wyjątkowo foremna. A o to nie tak łatwo.
        Pozdrawiam

        • Fredzia 09/09/2014 at 16:08

          Forma, forma, foremka. Bo można jak japoński farmer wyhodować w klatce kwadratowego arbuza, którego się łatwiej kroi, przewozi i trzyma w lodówce, albo puścić wodze fantazji i wydobyć ukrytą w nim rybę http://photos-h.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-ash3/156829_550246621672818_1521009522_n.jpg ;)
          A że wolimy formę zaskakującą od konformistycznej, to wiwatujemy :D

          • kanionek 10/09/2014 at 23:06

            Żesz… Piękna ta ryba. Widziałam w netach wiele rzeźb arbuzowych, to są cudne cudeńka. I że się ludziom chce czynić sztukę tak nietrwałą! Widać jak artystyczną duszę przypili, to nie patrzy na materiał – gips, arbuz, czarna rzepa… Moje przygody z rzeźbą zakończyły się na struganiu łódek z kory. Czyli całkiem niezaskakująco ;)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa