Ursus arctos horribilis, czyli o świńskim truchcie

Zabrałam wczoraj Tradycję na wieczorny rekonesans, by zbadać sprawę jeżyn w lesie. Było już blisko godziny dwudziestej i na tyle chłodno i szaro, że osy zakończyły żerowanie. Uzbierałam jakąś śmieszną garstkę owoców, drugą zjadła koza, no i że mi mało było, podążałam sobie niespiesznie dalej w las. I wierzcie lub nie, ona znowu dawała mi sygnały, że coś jest niefajnie. Przystawała, strzygła uszami, a ja jak ta ciemna klempa NIC do głowy. A chciwość może zabić szybciej, niż fajki. Po obu stronach leśnej ścieżki są rowy głębokie na jakieś pół metra i w nich często kłębią się pędy jeżynowych krzaków. Przystanęłam przy jednym, wciskając nos w kolczasty gąszcz, i dojrzałam tłustego borowika po drugiej stronie rowu. No to wpakowałam się w ten rów, Tradycja oczywiście za mną, ale wyprzedziłam ją o włos i już dzierżąc w dłoni okazałą zdobycz usłyszałam trzaskające po drugiej stronie drogi gałązki. I mówię do kozy: stój cicho, to zaraz zobaczymy twoją kuzynkę, sarenkę. I nie powiem, zobaczyłyśmy. Aż mi się serce z językiem na miejsca pozamieniały.

Sarenka rozmiarów młodego niedźwiedzia marki grizzly wytoczyła się na leśną dróżkę, ryj miała długi, czarny i mocno owłosiony, a za nią wypadły z krzaków, radośnie kwicząc, dwie mniejsze sarenki w pasiastych piżamkach. W końcu to wieczór już był. LOCHA, bo to już chyba oczywiste, stanęła na środku drogi, jakieś 10 metrów od nas, i zaczęła węszyć. Tradycja spięła się jak gorset na pensjonarce, a ja błagałam ją w duchu, żeby tylko nie powiedziała “bee” i nie ściągnęła na nas świńskiej uwagi. Ona by uciekła, a ze mnie zostałaby MARMOLADA. Stojąc w tym nieszczęsnym rowie traciłam znacząco na wzroście, a do tego miałam na sobie czerwoną bluzę z kapturem. Czy dzika świnia z młodymi zdecydowałaby się zaatakować żałosnego krasnala z borowikiem, niczym berłem w dłoni? Czy może fakt, iż krasnal drugą dłonią trzymał za obrożę BIAŁE DZIWADŁO, kazałby świni się jednak zastanowić?

Po chwili trwającej dłużej, niż wszystkie odcinki “Kwadransu dla rolnika” do kupy wzięte, potworny ryj zwrócił się w naszą stronę, postawił na sztorc kosmate uszy, zogniskował krasnala w swoich świdrujących oczkach i wydał z paszczy odgłos za przeproszeniem rzeźny. Ścisnęłam borowika tak, że mu kapelusik odskoczył, a że koza nie miała czego ścisnąć, to wyrwała z tego rowu jak futrzany kapiszon, i tego z kolei świńskie nerwy nie wytrzymały. Potwór zrobił błyskawiczny zwrot i pognał w głąb lasu, łamiąc stuletnie świerki (no dobra, tu już przesadziłam), a za nim z przeraźliwym wizgiem leciały pasiaki.

I ja wierzę w pomroczność jasną oraz szok pourazowy, bo wiecie, co najpierw zrobiłam? Zaczęłam szukać tego kapelusika! Znalazłam, otrzepałam, patrzę na kozę, ona na mnie, i w końcu zrozumiałam, że robię z siebie kretynkę, a tu trzeba wiać ile sił w kopytach. Bo kto wie, może świnia po starego poleciała? Za randkę z odyńcem to my z kozą dziękujemy.

I tu kolejny dramat, bo ja nie mogę biec, jak normalni ludzie, gdyż jedno kolano miałam kilka razy skręcone z naderwaniem więzadeł krzyżowych i jednego bocznego. A nie zgłosiłam się na sugerowaną przez chirurga artroskopię, bo Służby Zdrowia boję się nawet bardziej, niż odyńca. No i zawsze, gdy trzeba grupowo np. dogonić odjeżdżający z przystanku autobus, to ja jestem tym “trzymającym się z tyłu pacanem” (powiedzonko Czarnej Żmii), co się ostrożnie telepie w cudacznym półkłusie jak trafione zatrutą strzałą karibu. Z porażeniem mózgowym. Toteż na żadne promocje i wielkie otwarcia nowych marketów nawet nie mam się co wybierać – dobiegłabym akurat w momencie gaszenia światła i zakładania kłódki przez ciecia. I jak ostatnio z kozą w deszczu leciałyśmy, to czułam, jak mi się to kolano we wszystkich osiach rozjeżdża, więc tym razem postawiłam na modny ostatnio truchcik a la “osiedlową alejką w różowych najkach”. Nie wiem, czy koza rozumie pojęcie godności osobistej, ale starałam się wyglądać JAK GDYBY NIGDY NIC, choć w mojej wyobraźni trzeszczał już cały las, a dzikie zęby łapały mnie za nogawki.

I kolejne spostrzeżenie. Teoria z zastosowaniem w praktyce to się czasem potrafią minąć o jednostkę astronomiczną. Z obszernej lektury na temat zachowań dzikich zwierząt możemy wysnuć kojący wniosek, iż zwierzę, które ma możliwość przed nami uciec, wybierze właśnie ucieczkę, a nie dziką szarżę w stylu “hej, kto Polak, na bagnety!”. I TEORETYCZNIE powinniśmy sobie stać spokojnie w obliczu oczywistego BRAKU ZAGROŻENIA, czekając, aż brak zagrożenia sobie pójdzie. Sama tak ludziom mówię, na wypadek spotkania przez nich jakiegoś węża. Tylko jak się ma tyci zaskroniec do czarnej, chrząkającej półciężarówki?! Możecie się śmiać, ale to nie był jakiś Pawlaka kaban pastowany, tylko pełnowymiarowa, ciężka i sapiąca, dzika lokomotywa. Z małymi wagonikami. I wyedukowany umysł mi mówił “nie ma się czego bać”, a trzysta milionów komórek odpowiedzialnych za zachowania atawistyczne wrzeszczało “ratuj się kto może!, właź na drzewo!, nie właź, uciekaj!, o mamuniu, już po nas!”.

I dlaczego, gdy idę przez las z małżonkiem, najgroźniejszym osobnikiem jakiego możemy spotkać, jest dzięcioł? Nie dalej jak przedwczoraj, również tuż przed zmierzchem, zakończyliśmy tropienie grzyba w okolicach rzeki. Węsząc po skarpie za śladami podgrzybka, usłyszeliśmy głośny w wodzie plusk i naszym oczom ukazała się urocza rodzinka bobrów. Siedzieliśmy w kucki aż nam wszystko od pasa w dół zdrętwiało, w nabożnym milczeniu obserwując tłuściutką mamę bobrzycę i jej małe, pocieszne bobrzątka. A jak idę sama, to zawsze stanie mi na drodze jakiś armagedon, katastrofa, lub jak wczoraj – Mechata Zgrozilla!

11 thoughts on “Ursus arctos horribilis, czyli o świńskim truchcie

  1. Grażyna 26/08/2014 at 07:35

    Popłakałam się ze śmiechu :) rewelacyjnie piszesz, gdybyś kiedyś zachciała to wydać drukiem to oświadczam, że kupię WSZYSTKIE Twoje książki :) Na razie będę wiernie czytać bloga.
    Pozdrawiam i życzę dobrego dnia :)

    PS. Uściski dla dzielnej Tradycji

  2. pandeMonia 26/08/2014 at 07:48

    Ja myślę, że to Tradycja przyciąga dziczyznę.
    Piękny post, zresztą to nie nowina! :*

  3. Bellissima 26/08/2014 at 09:38

    nie da rady czytać Twoich postów w pracy, no nie da rady, bo zaraz wszyscy wiedzą, że mój nieudolnie hamowany chichot nie oznacza bynajmniej zmagania się z niezwykle upierdliwym klientem.. jak mogę się odwdzięczyć za tak udany i rozchichrany poranek?? :)

  4. Ola 26/08/2014 at 12:00

    Jak ścisnęłaś borowika, zaraz sobie przypomniałam: „Nie! Tylko nie guziczki! Tylko nie moje lukrowane guziczki!” Dziękuję, czkawka z rana, to jest to co lubię najbardziej.

  5. kanionek 26/08/2014 at 14:45

    Dziękuję Wam, wszyscy dobrzy ludzie, za te słowa zachęty do dalszych działań :) Przepraszam, że za dnia rzadko odpowiadam, ale u mnie jest obecnie jak na budowie z tego kawału: taki zapie*dol, że nie ma kiedy taczki załadować. Na bloga wyszarpuję godziny często nocne, urywając sobie z karnetu na sen. Jeśli chodzi o książkę, to największą robotę już mam odwaloną, mianowicie tytuł wymyśliłam. Będzie brzmiał „Jakaś durna książka”, i wyobraźcie sobie ten ubaw: idziecie do ulubionej księgarni i rzucacie sprzedawcy: ma pan „Jakąś durną książkę?”. Teraz jeszcze tylko te 300 stron dopisać i mogę ruszać na rynek wydawniczy ;)

    • Fredzia 26/08/2014 at 15:50

      Czyli najgorsze masz już za sobą, bo z ciężkiego doświadczenia wiem, że z tytułem najtrudniej. 90 proc. autorów nie pisze ich w ogóle, 10 pozostałych i tak trzeba zmieniać ;)
      Onegdaj w ramach służbowych obowiązków bywałam odpowiedzialna za pierwszą stronę pewnej gazety codziennej. Oznaczało to pisanie tytułów, zajawek artykułów (bo pierwsza strona to był taki obrazkowy spis treści), podpisów pod zdjęcia etc. A redaktor prowadzący zawsze życzył sobie co najmniej trzy (słownie: TRZY) tytuły do każdej zajawki, których na pierwszej stronie musiało być SIEDEM!
      Wierz mi, jak już masz tytuł, cała reszta zajmuje mniej czasu niż paniom z korekty sprawdzenie w słowniku, jak się pisze par excellence ;)

      • kanionek 27/08/2014 at 00:34

        Par excellence, ale Ty mnie podpuszczasz :D Napiszę tę książkę zimą i wtedy poznacie drugie oblicze Kanionka. Kanionka, co nosi węgiel w kieszeniach i porozumiewa się monosylabami szczekanymi przez zaciśnięte zęby. Książka będzie miała mnóstwo pustych stron z podpisem „śnieg”.
        A co do działu korekty, to najbardziej bym się bała, że mi podostawiają przecinków i z tekstu zrobią padający deszcz. Oraz że mi zlikwidują słowa, których nie ma nawet w słowniku objaśniającym pisownię „par excellence”, np. „pocierpek” ;)
        Swoją drogą, masz ciekawe doświadczenia zawodowe :)

  6. diabel-w-buraczkach 27/08/2014 at 07:32

    oooo! ale ci zazdroszcze tej rodzinki bobrów! (lokomotywy juz mniej ;)

  7. ewa102 27/08/2014 at 13:01

    Przyszlam na Twojego bloga z bloga Barbarelli. Jestem tak samo zachwycona jak reszta czytelnikow ale z powodu braku talentu literackiego nie bede siala formami stylistycznymi, zeby moj zachwyt opisac. Musisz uwierzyc na proste slowo, ze zachwyt jest.

    Chcialam tylko napisac jedna rzecz. Czytajac twoja tworczosc musze sobei caly czas przypominac, ze ja przeciez nie lubie zwierzat, ze nie moglabym zyc bez zmywarki/maszyny do lodow/cieplego prysznica bez czekania/ogrzewania gazowego i calego tego kramu, ktorego sie na codzien nie zauwaza. Wiele ludzi ma takei marzenie, zeby zamieszkac w bajce, a ty ta bajke tak cudnie opisujesz. Musze sie bardzo mocno szczypac w rozne czesci ciala, zeby pamietac, ze rzeczywistosc jest inna i tylko dla odwaznych.
    I wtedy ty robisz wpis w ktorym nawet awaria pradu jest basniowa i pelna przygod.
    Chwala ci za te urywki bajki w moim szarym zyciu. Chwala ci za to, ze udowadniasz, ze telenowele moga sie spelnic.

  8. beti 30/08/2014 at 14:23

    Bajecznie to opisałaś, tak na wesoło.Bardzo mi się podobało :-D

    • kanionek 30/08/2014 at 21:43

      E tam, ja jestem ciekawa, co TA ŚWINIA na swoim blogu napisała ;) Tam to pół lasu musiało boki zrywać.

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa