Na jaskiniowca, czyli wpis głównie obrazkowy

Niedziela, dzień stosunkowo ciepły, słoneczny. Z samego rana, bukiecik dla Tradycji:

bukiecik dla kozy1

bukiecik dla kozy

konsumpcja bukietu

Koza dekapituje nagietki z wprawą Królowej Kier z Alicji w Krainie Czarów. A te małe niebieskie, to kwiaty ogórecznika lekarskiego. Wysiałam go, ponieważ wyczytałam w internetach, że w smaku przypomina ogórka, można z niego robić sałatki, jest dobry na wszystko, w tym koklusz i odciski, a w zamierzchłych czasach napar z jego liści pijano, by dodać sobie odwagi. “Ogórecznik uczyni cię walecznym”, powiadali dobrzy ludzie w czasach, gdy magiczne właściwości przypisywano również końskim jądrom. Dużo wysiałam, bo deficyty odwagi ciężko czymkolwiek uzupełnić po tym, jak końskie gonady wycofano z rynku. U mnie ogórecznik tak się rozbujał, że osiągnął rozmiary krzaka porzeczki i ma ogromne, włochate liście, w dodatku kłujące. Faktycznie smakuje trochę jak ogórek, ale będę szczera – jak mi przyjdzie ochota na coś włochatego i kłującego, w pierwszej kolejności usmażę sobie kota. Za to pszczoły Dziadka Mioda są bardzo zadowolone. Przy krzaku ogórecznika kręcą się ich dziesiątki.

pszczoła na ogóreczniku

pszczoła na ogóreczniku2

A tu dzielni wojownicy, co nie pili naparu z zielonej sierści, a odbywają od wczoraj brawurowe loty ćwiczebne po całej koziarni. Wszystkie ściany upstrzone pociskami :)

jaskółki młode

Później zaczęły się pojawiać samochody, ludzie na rowerach, desperaci na piechotę… Późne lato i jesień to jedyny taki okres w roku, gdy widujemy tu ludzi. A przepraszam, jeżdżą też konne wycieczki z pobliskiej stadniny koni, ale oni się nie liczą. Komponują się z krajobrazem i wręcz pasują do naszego stutrzydziestopięcioletniego domu (ha, lubicie długie wyrazy, co?). Do domu oczywiście nie wjeżdżają, ale mają taki szlak, który przebiega m. in. za naszą oborą i raz słyszałam, jak krzyczą: Jezu patrzcie, KOZA!
A koza… NIE, dzisiaj nie będzie czczych dywagacji i rozwlekania wątków jak błota po linoleum, same KONKRETY.

No więc niedziela, dzień piękny, to biedne ludziska z miast i wsi po grzyby przyjechały. Psi alarm dzwonił co pół godziny. Jedno auto błyszczące zaparkowało tak blisko, że prawie widziałam, ile mają na liczniku. I w kontekście poprzedniego wpisu i mojej nagłej, choć przecież OCZYWISTEJ SŁAWY, aż cisnęło się na usta i zwoje mózgowe: paparazzi! Przyjechali zrobić sensacyjne zdjęcia, np. jak karmię kozę marihuaną, suszę nietoperze, tańczę goło na kompoście, albo robię nalewkę na sromotnikach, z zamiarem częstowania urzędników. My z małżonkiem, jak podchwycimy temat wart rzetelnej kpiny, to go eksploatujemy do bólu, dna i śmierci z umęczenia. A po jakimś czasie go ekshumujemy i wysysamy ostatnie kosteczki. Teraz jesteśmy na etapie, gdy małżonek pyta, czy na czterdzieste urodziny chcę czapkę z daszkiem i ogromne, ciemne okulary. Jak dorzuci do tego namiot tlenowy, to biorę. No żesz! Obrazki miały być.

No to pomidorów już 8 kg przerobiłam, z czosnkiem prosto z ogródka i bazylią ze szklarni:

pomidory w misce

pomidory w słoikach

Są doskonałe do porządnego, ciężkiego bigosu, do leczo, do sosu bolognese, ale przede wszystkim do penne z tuńczykiem, które jest jednym z moich ulubionych dań z makaronem (danie jest bardzo łatwe w wykonaniu, jeśli ktoś sobie życzy wiedzieć, JAK łatwe, niech da znać w komentarzu, opiszę proces produkcji). Tymczasem OBRAZKI:

ziemniaki w słomie

ziemniaki skrzynka

Zebraliśmy jak dotąd około 20 kg ziemniaków uprawianych w słomie. Resztę zostawiliśmy na później (albo na zmarnowanie, jeśli nornice się nie opamiętają), bo niektóre ziemniaczki są jeszcze wielkości orzecha włoskiego.

Po południu ciut się zachmurzyło, ale wciąż było super-ekstra-odlotowo-beeee:

koza na pomoście

koza na pomoście2

Niedzielny obiad Rosołów, ma się rozumieć, że NA TACY:

obiad kurczaków

A pod koniec kolorowy telewizor zaburczał, syknął ostrzegawczo, i zrobiło się tak:

burzowo1

burzowo

I zimno (12 st.), i padało. Całkiem jak w czerwcu. Lato tego roku postanowiło się nie rozciągać, tylko zrobić krótką, intensywną przebieżkę i pobiło rekord toru, mieszcząc się w lipcu, za to jesień i zima nie mają tendencji do sprintu. Jak się rozciągną i zrobią szpagat, to klamrą sinych nóg zepną i osiem miesięcy. Porzuciłam widły i taczkę i poszłam wynosić zapasy do piwnicy. W taką pogodę, przy akompaniamencie błysków i grzmotów, do piwnicy się schodzi najfajniej:

piwnica

Zgubiłam gdzieś fotkę nietoperza, a wczoraj koza zjadła resztki lata:

koniec lata

Wiem, że macie niedosyt, ale trzeba dozować przyjemności. Czosnek i cebula wystąpią w innym odcinku.

27 thoughts on “Na jaskiniowca, czyli wpis głównie obrazkowy

  1. pandeMonia 25/08/2014 at 12:20

    Co za rozpusta! Dałabyś powąchać naleweczki i ogóra!
    Albo mnie zaadoptuj! Przybywam!

    • kanionek 25/08/2014 at 16:59

      Spoko, choć chyba masz daleko. Zobaczysz, kiedyś internet się rozwinie i będą efekty specjalne, jak w kinach w Japonii. Klikniesz na zdjęcie ogóra w słoiku, a z dyskretnej dyszy z boku monitora rozpyli Ci się zapach prosto z beczki :D Nalewki tegoroczne, to nic w porównaniu z ubiegłoroczną na czarnych porzeczkach… A miałam ich klęskę urodzaju i na nalewkę nie żałowałam. Jeśli ktoś lubi czarne porzeczki, pokocha i nalewkę – atramentową, z bordowym połyskiem, krystalicznie czystą (bo ktoś filtrował do drugiej w nocy), aromatyczną i lekko cierpką. Większość rozdałam, bo kiepski ze mnie menel, a potem żałowałam :) W tym roku czarnej porzeczki były trzy kulki na jednym krzaku, więc zamiast atramentówki zrobiłam nalewkę cytrynową z miętą i imbirem. Też niezła. Szukaj w sklepach monitorów z rozpylaczem, bo będę zdjęcia pokazywać :D

  2. pandeMonia 25/08/2014 at 17:14

    Łii tam. Ty mnie tu techniką nie mydl oczu, bo ja jestem pokolenie analogowe, takie, co to głównie nad tą naleweczką pogadałoby, porwało tych nagietków bezbłędnych, posłuchało kołatka w desce. Co mnie tam sam psik zapachu w nos.
    ech…
    A jak się robi naleweczkę?

    • kanionek 25/08/2014 at 18:06

      A ja to niby z przyszłości przyleciałam, na mopie napędzanym antygrawitacją. To zrobimy tak. W następnym sezonie powinny znów być porzeczki. Nalewka musi swoje odstać, więc na degustację wypadnie zaprosić latem 2016. Wiem, termin odległy, ale chyba dożyjemy? I może do tego czasu dorobię się np. MEBLI, żeby gości było na czym posadzić :) Bo mówię Ci, na porzeczkową warto przyjechać, wiśniowa i cytrynowa to tak tylko, żeby zimę przetrwać. I będą też kozie sery i prawdziwe jajka i kto wie, co jeszcze.
      A nalewka zasadniczo polega na moczeniu owoców w dobrej wódce, lub spirytusie z wodą, dodatki mogą być różne: imbir, goździki, mięta, kardamon, pole do popisu jest. No i miód i/lub cukier. Po upływie kilku tygodni odcedza się grubsze farfocle i resztę filtruje przez np. filtr do kawy. Po przelaniu do butelek, nalewka musi nabierać mocy w chłodnym, ciemnym lochu, od pół roku do nieskończoności. Generalnie im dłużej, tym lepiej. Z nalewką na czarnych porzeczkach jest jeszcze ciut inaczej, bo pomiędzy filtrowaniem i przelewaniem, jest jeszcze etap podgrzewania do momentu wrzenia. I wtedy im dłużej stoi, tym bardziej gęstnieje, aż się prawie zgalareca. W tym roku można jeszcze zrobić nalewkę z jeżyn, może spróbuję. Proporcje owoców do alkoholu i cukru/miodu są tak różne, jak wielbiciele nalewek. Ja robię „na oko” i na smak. Kilogram wydrylowanych wiśni zalewam wódką w dużym słoju, aż je wódka pokryje, dodaję pokrojone suszone śliwki (dwie garście lub trzy) i goździki – kilkanaście sztuk. Miodu daję na oko, po wymieszaniu sprawdzam, czy mi pasuje. Warto dolać spirytusu, bo jeśli mieszanina będzie zbyt uboga w procenty, może zacząć fermentować, albo gnić. Podobno. W ciemne i ciepłe miejsce odstawiam na około miesiąc, raz na kilka dni wstrząsając zawartością słoja. Po przefiltrowaniu sprawdzam jeszcze raz, czy odpowiednio słodkie i do lochu. Bo na początku przebija smak wódki, którego NIE ZNOSZĘ. Po długim leżakowaniu na przód wychodzą bukiety owocowe :) Ale po co ja tu warsztaty młodego alkoholika otwieram, gdy internet zna tysiące przepisów na nalewki, a każda „najlepsza z najlepszych” :D

  3. pandeMonia 25/08/2014 at 20:32

    O raju, dlaczego mi każesz na sery i jajca czekać dwa lata?! Serca nie masz!
    Wydrukuję sobie Twój przepis, jutro jedziemy po owoce w takim razie. Zamierzałam zrobić nalewkę maliny+spirytus, a tu się dowiaduję i setce innych ingrediencji?! Chciałam zalać i zapomnieć, a tu sączenie, gotowanie, klarowanie, wstrząsanie! O matko! Tak bez instruktażu na żywca to chyba nie potrafię! I nie mam loszka. Musi być loszek? U mnie garaż robi za wszystkie możliwe pomieszczenia. Tylko nie za garaż. Parkujemy pod chmurą.

    • kanionek 25/08/2014 at 21:07

      Bo na sery i jajka sama czekam :D Koza musi być najpierw zakocona, żeby mleko dawała, a kury na razie tylko ćwiczą amory, a efektów brak.
      Zrobię osobne zakładki, czy coś, żebym sama się nie pogubiła. Mam od dawna w planach zakładkę „Rysopisy sprawców”, w której poczytać będzie można o wszystkich osobnikach występujących w naszym kinie. Teraz dochodzi zakładka z garami, a mam jeszcze w głowie projekt kolejnej, ale to już niespodzianka. Muszę pomyśleć, co by pasowało do Twojej nalewki z malin. ZAWSZE dawaj dużo owoców, żeby dały radę pokonać smak wódy. Kurde, ja właśnie „piekę” nogę od indyka w garnku. Jak się przypali, robicie zrzutę na nowy :D

      • Ola 25/08/2014 at 21:56

        Nie wiem dlaczego skórę na niedźwiedziu czyli kozie sery na Tradycji dzielisz? A jak ona nie będzie chciała? Niemca? Jak ona woli po dachach prygat’ i panienką być??? Feministka może?
        Co do nalewki, to czy można prosić o wskazówki, jak robisz tę cytrynową z imbirem? Obiecuję sobie, że spróbuję zrobić nalewkę i nic! Jak na razie likier uskuteczniłam, taki a la baileys, z mleka skondensowanego, śmietanki i kawy… Wiem, wiem, zaś mleko. No co zrobić.
        Jak noga indycza? Przetrwała?

        • kanionek 25/08/2014 at 22:26

          No jakbyś zgadła, targają mną takie wątpliwości, że już się zaczynam strzępić po bokach. Bo jak patrzę na moją słodką kozicę, na jej wolność i rozbrykaną naturę, to mam wyrzuty sumienia, że ją chcę wpędzać w znój macierzyństwa. Z drugiej strony tłumaczę sobie, że zwierzę jest stadne, a po drugie byłoby niezgodne z naturą trzymać ją jak gazę jałową do śmierci. Człowiek to jest jednak baran, wszystkich mierzy swoją miarą i ciągle coś mu się nie zgadza.

          Nalewka cytrynowa: na oko kilogram cytryn wyszorować sumiennie, z dwóch sztuk zetrzeć naskórek (tylko to żółte, bo białe gorzkie jak piołun), potem wszystkie cytryny obrać dokładnie ze skóry, aż do tej cienkiej błonki i pokroić w plastry. W odrobinie wody zagotować startą skórkę i dodać cukru (zabij mnie, nie pamiętam ile, ale zawsze można później dosłodzić), oraz miodu, jeśli się ma dobry miód. Do słoja wrzucić pokrojone cytryny, można je lekko dźgnąć parę razy widelcem, żeby puściły trochę soku, dolać syrop ze skórką, zalać wszystko wódką lub mieszaniną wody i spirytusu (na litr spirytu 3 szklanki wody z butelki). To jest wersja „basic”. Można dodać kilka plastrów imbiru pamiętając, iż nadmiar wypali nam wnętrzności. Ja zrobiłam tak: dodałam imbiru na oko, a po tygodniu spróbowałam zawartości słoika i uznałam, że imbir trzeba już wyciągnąć, bo nalewka dozna samozapłonu ;) Jeśli się przesadzi, można dodać więcej cytryn i wódki, te składniki są cały rok dostępne. Ja dodałam również garść poszarpanych liści mięty. Świeża mięta zrobi się brunatna po kilku dniach i też trzeba ją usunąć ze słoja. Żeby nie robić sobie problemów, można z powodzeniem użyć mięty suszonej dobrej jakości (poznajemy na węch – mocno aromatyczna ma być), którą wsypujemy na oko :D Naprawdę, to nie są skomplikowane rzeczy.

          Nalewka najpierw stoi dwa miesiące w umiarkowanie ciepłym pomieszczeniu, ale nie na słońcu. Po dwóch miesiącach filtrujemy i do butelki. W przeciwieństwie do innych nalewek, nie musi koniecznie leżakować, można się stoczyć od razu :) Jeśli znamy umiar, to butelczynę trzymamy w lodówce i raczymy się orzeźwiającym trunkiem przed płonącym, zimowym kominkiem, czy coś.

          A wracając do kozy, to małżonek znów mnie zaskoczył. On udaje, że koza go denerwuje i w ogóle jest uosobieniem szczytu bezczelności. A dzisiaj rano mówi do mnie: wiesz co? A może byśmy Ziokołkowi owieczkę do towarzystwa dokupili? „Ziokołek” to osobna historia…

          • Ola 26/08/2014 at 00:12

            Chyba sobie zacznę notować w jakim kajecie o co mam Ciebie jeszcze zapytać. A co do kozy, chyba faktycznie zbaraniałam, żeby jej profil psychologiczny na podstawie jednego wyskoku tworzyć. Za dużo kryminałów tego lata…
            Czy ona ma rogi, ta koza?

          • kanionek 26/08/2014 at 02:13

            O tym baranie to nie była do Ciebie, tylko do mnie samej aluzja :D I rodzaju ludzkiego ogółem.
            Nie, rogów nie ma, po matce chyba, za to ma na głowie pocieszną fryzurę, jak ptasie gniazdo, no i dwa wystające guzy. Powiem Ci, że i bez rogów ten twardy czerep to jest broń, z którą trzeba się liczyć :)

    • kanionek 25/08/2014 at 21:38

      W moim garażu parkują trzy baloty słomy i dwa rowery. Nic więcej się nie zmieści. Garaż może być, dopóki temperatura nie spadnie do siarczystych minusów. Optymalna to około +10. Najwyżej obalicie butelkę przed czasem :D

  4. mp 25/08/2014 at 20:33

    A na bezprocentowe pomidory i makaron z tuńczykiem przepis będzie ? Nie samymi nalewkami (niestety!) człowiek żyje…

    • pandeMonia 25/08/2014 at 20:40

      POpieram w całej rozciągłości! I proszę otagowac jakoś te przepisy, albo jakąś półeczkę na nie zrobić, bo się zaraz tu nie ogarnę. A chciałabym się ogarnąć jednak, uwielbiam czytać o garach!

    • kanionek 25/08/2014 at 21:00

      Będzie, wszystko napiszę i podam na wirtualnym talerzu, tylko dajcie dech złapać. Pół godziny temu wróciłam z kozą z lasu, TRUCHTEM, bo przygodę miałyśmy przestraszną. Jutro pójdę butów poszukać, co je pogubiłam.

      • pandeMonia 25/08/2014 at 21:33

        Bajka o siedmiu koźlątkach będzie? Spotkałyście sołtysa? Wilka? Wiem, wyszłaś nago i w kaloszach! Albo Ci się przypomniało, że gar na gazie stoi.
        Ciekawe, że jak gadam z Inwentaryzacją, to też jej się gary palą. Hm. Frapujące.

        • kanionek 25/08/2014 at 21:44

          Bo widzisz, żaba wiedziała co mówi, gdy rzekła, że przecież się nie rozdwoi (staruszki powinny pamiętać ten dowcip z brodą). Indyk już doszedł, teraz dorabiam sos śmietanowy z leśnymi grzybami, czosnkiem i koperkiem. Pierwsze świeże grzyby w tym roku, nasze wątroby się stęskniły.
          I muszę podać stany liczników. I psy mi właśnie zrobiły dziurę w płocie i zaraz idę brodzić w mokrej trawie z latarką i gardło zdzierać. Jutro Wam wszystko napiszę, słowo kozicy.

    • kanionek 25/08/2014 at 23:27

      Dobra, najpierw pomidory, bo to w ogóle łatwizna. Dojrzałe, najlepiej mięsiste, a nie takie, co mają pół wiadra wody w środku, myjemy. W dużym garnku zagotowujemy wodę i do wrzątku wrzucamy pomidory na 10 sekund. Wodę wylewamy, lub wyciągamy z niej pomidory do innego naczynia. Chodzi tylko o to, żeby je sparzyć i w ten sposób bez problemu zdjąć skórkę. Co zaraz czynimy. Oskórkowane pomidory kroimy dowolnie: w kostkę, w plastry, ćwiartki, bez znaczenia. Usuwamy zielony, twardy środek. Dodatki opcjonalne, całkowicie nieobowiązkowe: posiekany czosnek (ja daję około 20 ząbków na 4-5 kg pomidorów), posiekane liście bazylii (tu trudno podać ilość, daję kilka garści liści z kilku gałązek bazylii).

      Mieszamy wszystko w misce, dodając płaską łyżeczkę soli i płaską ŁYŻKĘ cukru per kilogram pomidorów. Można dać mniej, można więcej, można sobie doprawiać do smaku. Można też nie dawać cukru, jeśli mamy bardzo dojrzałe pomidory słodkiej odmiany. Trzymamy mieszaninę w misce, aż pomidory puszczą sok (około pół godziny), jeszcze raz dokładnie mieszamy i przekładamy do słoików (żeby ich nie brudzić, można wyciąć „lejek” z butelki po wodzie 5l, odcinając jej górną część – świetnie się sprawdza). Potem niestety pasteryzujemy. Ja używam słoików 0,6 lub 0,9 litra, pasteryzuję 20-30 minut od momentu zagotowania wody w garze. Nakrętki mam położone luźno na słoikach, a dokręcam dopiero po wyjęciu gorących słoików z garnka. Używam do tego swoich rękawic motocyklowych, co też jest nieobowiązkowe ;) Słoiki po wyciągnięciu i dokręceniu po prostu sobie stoją i stygną, po kilku godzinach mają już wklęsłe wieczka. Nie wiem, jaki jest maksymalny okres przechowywania ich w piwnicy, bo zazwyczaj zużywam zapasy w ciągu 8 miesięcy.

      Przepis na makaron jutro, bo już wymiękam od trybu kulinarnego :)

      • mp 26/08/2014 at 20:16

        Dzięki, królowo :)
        W sobotę śmigam na rynek i zaczynam produkcję !

        • kanionek 26/08/2014 at 23:51

          Powodzenia!

          Obiecałam przepis na penne z tuńczykiem, a słowo kozicy droższe od pieniędzy:

          Będziecie potrzebować:

          1/3 kostki masła
          trzy garście mrożonego groszku
          czosnek
          pomidory z puszki/słoika
          puszka tuńczyka, duże kawałki w oleju
          zioła suszone: bazylia, zioła prowansalskie

          Wykonanie:

          W małym rondelku rozgrzać na małym płomieniu 1/3 kostki masła. Wrzucić przeciśnięty przez praskę czosnek, ilość od kilku do kilkunastu ząbków. Ja lubię czosnek, więc sobie nie żałuję. Czosnek przesmażyć, ale nie przypalić! Masło ma z niego tylko wyciągnąć aromat. Przelać masło do większego garnka, nad sitkiem, by odcedzić czosnek. Ten czosnek z sitka nie bierze udziału w kolejnych etapach przygotowania potrawy, ale można nim posmarować kromkę chleba.

          Do garnka z masłem, podgrzewanego na małym płomieniu, wrzucić trzy garście zielonego groszku – świeżego lub mrożonego, nigdy z puszki! Po kilku minutach wlać do garnka pomidory z puszki lub te ze słoika, które sami zrobiliśmy. Mieszając poczekać, aż zawartość garnka się zagotuje, po czym zmniejszyć płomień do poziomu śmierci klinicznej i można wyjść z kuchni. Powracać co 10, 15 minut, by kontrolnie zamieszać. Gdy potrawa zacznie gęstnieć (nie przykrywamy garnka!), mieszamy częściej, by się nie przypaliła. Gdy już pozbędzie się większości wody i konsystencją będzie przypominać dobry ketchup, dodać zioła: bazylię (płaską łyżeczkę, można też dać świeżą, wtedy więcej), zioła prowansalskie (szczypta, może dwie). Żadnej soli!
          Przykryć garnek pokrywką i podgrzewać jeszcze kilka minut. Na koniec wrzucić tuńczyka z puszki – najlepsza jest tutaj wersja “duże kawałki w oleju”. Jeśli pożałujecie dodatkowych dwóch złotych i kupicie wersję “rozdrobniony” lub “sałatkowy”, co gorsza “w sosie własnym”, otrzymacie paskudną breję i ja za to nie biorę odpowiedzialności :)

          Ostatnia minutka podgrzewania z delikatnym przemieszaniem, żeby całkiem nie rozbabrać kawałków tuńczyka i już możecie wylać swój sos na makaron typu penne (ale mogą być świderki, ja w jedzeniu kocham treść bardziej, niż formę). Jak ktoś lubi, może posypać całość jakimś ekskluzywnym serem i udekorować czubkiem pędu bazylii. Bez czubka też smakuje wybornie. Mój mąż mówi na to danie “śmierdziel” (bo czosnek i tuńczyk i najgorsze co może być – pomidory) i wychodzi z domu na dwie godziny PRZED gotowaniem. Wraca na następny dzień i wietrzy ;)

          Ziół też możecie dać więcej, lub mniej, do smaku, na węch. Można dać pieprzu, choć generalnie ma dominować słodycz i lekki pocierpek pomidorów, aromat czosnku i bazylii.

          Właśnie dla tego dania robię tyle pomidorów w słoiku i wysiewam tonę zielonego groszku, który później zamrażam. Tuńczyk jest drogi, ale za całe danie wychodzi jakieś 8-12 zł (w zależności od tego, gdzie i co musicie kupić), a w restauracji za taką kwotę można dostać co najwyżej czystą serwetkę i dolewkę wody. Oby Wam smakowało!

          • Ola 27/08/2014 at 11:50

            No zaraz… to jest to danie służące do konsumpcji czy do załatwiania sobie wolnej chaty? Bo tyle wysiłku???

          • kanionek 28/08/2014 at 00:18

            WYSIŁKU! Wysiłek to jest przy gołąbkach, bigosie, albo barszczu ukraińskim, TO to się robi prawie samo! I na co mi ta wolna chata, o smutku mój podegustacyjny (cytrynówka się udała, właśnie sprawdzałam), chyba żeby wilcy jacy wpadli i puchacze. Czk…

          • Ola 28/08/2014 at 01:30

            wilcy i puchacze… Czerwony Kapturek… tfu… Krasnoludek znaczy… To ja sobie naleję nalewki z aronii, com ją była dostała od cioci Heli… Na zdrowie!

  5. Mirena 25/08/2014 at 21:40

    Anulka, a kto Cię gonił? Czekam na szerolachny opis. nalewki powiadasz. Też tym się z lubością
    zajmuję oraz winka. Rozpoczęłam od 2010 roku. Ostatnia nalewka z 2013 r. z owocu berberysu,miód, sok z cytryny i imbir i spir + woda mineralna. Teraz to by się przydał ten telewizor co wydziela zapachy. Niebo w gębie. W zimowe wieczory jak znalazł. Ponoć nasze winko wszystkim smakuje. Jest tak dobrana ilość cukru, że nie jest ani za słodkie , ani za wytrawne. I nie ma tego posmaku owocu z którego jest zrobione. W sezonie działkowym mamy de delicje pod ręką. Zaprzyjaźnionych sąsiadów. No trzeba jakoś nowy sezon działkowy rozpocząć i zakończyć , prawda? Pozdrowionka.

    • kanionek 25/08/2014 at 21:56

      Gonił to mnie już tylko wielki strach, co ma oczy jak spodki :) Wina jeszcze nigdy nie robiłam, wyższa szkoła jazdy. I kupujesz te wszystkie drożdże specjalne i w ogóle? A sezon w tym roku zaczyna powoli zwijać żagle :( Dynie dorosły do rozmiarów piłki kopanej i boję się, że w moim regionie nie mają szans już dużo urosnąć. Teraz mam temp. 6 st.! A we wrześniu bankowo pierwsze przymrozki.

  6. Mirena 25/08/2014 at 21:43

    Zapomniałam , przepisy wskazane!!

  7. Ania W. 25/08/2014 at 21:57

    O tak! O tak! Przepisy!!!

  8. Fredzia 27/08/2014 at 12:23

    WIĘ-CEJ KOZY! MNIEJ PRZE-PISÓW! WIĘ-CEJ KOZY! MNIEJ PRZE-PISÓW! WIĘ-CEJ KOZY!
    To ja skandowałam – frakcja Miłośników Rogacizny i Zwierzyny Wszelakiej Takoż. Chyba powinnaś iść w ślady prawie-cudnej premierówny i rozdzielić się na połowy (niekoniecznie równe), które zadowolą coraz bardziej rozbuchane apetyty (kulinarne) i roszczenia (animalne) Twoich fanów :P

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa