Cały dzień w kuchni, czyli z zapisków grabarza

Ludzie, jak mi się nie chce pisać. To po części wina Wasza, a trochę klawiatury laptopa. Bo przecież nie moja. Ozdobnym wieńcem ludowych kwiatków językowych pożegnałam dziś na zawsze literki “a” i “z”, oraz ich bliskie krewne, “ą” i “ż”. Do piachu zabrały ze sobą cyfrę “1” i klawisz tabulatora. Zaczęło się od krótkich niedyspozycji, na które pomagało rozgrzanie sprzętu i uporczywe wyciskanie z klawiszy ostatniego tchu, a skończyło atrofią i nieodwracalnym zgonem. Teraz piszę na starej klawie od peceta, rozmiarem nie ustępującej kajakowi i równie rozchybotanej. Z klaptopem łączy ją kabel usb i kolor czarny, a dzieli przepaść cywilizacyjna i odległość, jaką muszę zachować, by móc korzystać z tego głaskanego pada, co w laptopie zastąpił mysz. Innymi słowy siedzę jak początkująca stenotypistka, której zamiast maszyny do pisania podstawili tablicę rozdzielczą gruzińskiego czołgu, i szukam literek. I wszystko mie się kolebie, jak u pijanego szypra w kajucie, bo nie mam biurka z krzesłem, tylko wielkie łóżko, na którym śpię, czytam, czasem jem, zegarki naprawiam, zdjęcia obrabiam, a teraz jeszcze historię tworzę.

A dlaczego wina Wasza? Bo nie oszukujmy się, dobrzy z Was ludzie, ale na taktykach zarządzania zwierzęcym folwarkiem to Wy się ani ciut nie znacie. Tyle mi komplementów napisaliście, achów i ochów, że teraz siedzę, jak ta Laura na liściach, oczy mam maślane i wyraz na gębie wypisz, wymaluj, jak Garfield po opróżnieniu puszki z tuńczykiem.
Mój małżonek to spryciarz, co z niejednego pieca koty jadł, więc on dobrze wie co robi, gdy mówi: “lampkę sobie wystrugaj, albo będziesz miała ciemno”. A Wy mi na własnych plecach przytargaliście lampkę, świecznik, projektor z kina i latarnię morską! No, to teraz sobie siedzę, we własnym blasku skąpana, a jeszcze łapką po dnie puszki gmeram, żeby ostatnią resztkę tłuszczyku wylizać. Gdzieś ja tu miałam paradną obrożę z dzwoneczkiem…

A smutna prawda jest taka, że w czwartek cały dzień siedziałam w kuchni. Klątwa powideł i przepowiednia spalonego garnka. A skoro i tak byłam uwiązana do garów, to była idealna okazja przecedzić wiśniówkę staropolską (z dodatkiem miodu, suszonych śliwek i goździków) przez filtry do kawy. Z uwagi na owocowe farfocle, filtrowanie tego trunku idzie tylko trochę szybciej od eksperymentu z kroplą paku węglowego: http://www.geekweek.pl/aktualnosci/16911/po-69-latach-uchwycono-krople-smoly, więc to zajęcie w sam raz do pary z powidłami. Nakapało prawie półtora litra:

wiśniówka

A teraz trzeba się od tego powstrzymać co najmniej pół roku, żeby zeszlachetniało. Osobiście trzymam nalewki w omszałej piwnicy pełnej żab i nietoperzy, bo wierzę, że tak trzeba. Małżonek mówi, że mi by się też przydało tam z pół roku posiedzieć, tobym nabrała charakteru.

I przez pół dnia, robiąc oświetlenie w łazience, nucił sobie taką piosenkę, śpiewaną na nutę sakralną:

Biedny, biedny, biedny
Kotek z ostępów
oszukany przez Kanioooo – nkaaaaa

Amen. I teraz o co chodzi. To NIE MOJA WINA, że Kotek się skuł! Ja po prostu nie lubię, jak się coś marnuje. We wtorek dałam kurczakom do wydziobania resztki arbuza, z połówki tegoż w kształcie łódki. I one tak ładnie wydziobały to różowe, a skorupka zielona została, i musiałam ją jakoś wykorzystać. No i miałam jeszcze przeterminowane piwo malinowe, pierwotnie zakupione celem zrobienia pułapki na szerszenie. Ale ja mam za dużo na głowie i piwo stało, aż się zakurzyło i termin minął miesiąc temu. Jak zobaczyłam tę łódkę, od razu pomyślałam o piwie i że je wleję do łódki i wystawię w ogródku, żeby się te buczące potwory uchlały na śmierć. I nawet lepiej, że przeterminowane, bo dobrego na nich szkoda. Każdą śliwkę mam z dziurą wydziobaną, a wieczorem okna nie można uchylić, bo dziady ociemniałe lecą do światła i wlatują do środka i ja Wam oszczędzę dalszego opisu, bo mi się głowa odkręca o 180 stopni, jak tylko o tym myślę. Nalałam tego piwa prawie po brzegi i wyniosłam na sam czubek kompostownika, bo tam też lubią dranie biesiadować.

W czwartek rano, dzień powideł, poszłam do ogródka po nagietki i ogórecznik dla Tradycji, a tu nagle, jak sponiewierany szlafrok obwoźnego sprzedawcy pumeksu, z gąszczu fasoli wytacza się Kotek. Ubzdryngolony calusieńki. Idzie, niby do mnie, a jakoby wcale nie bardzo; niby miauczy, ale jakimś kogucim dyszkantem, a pośrodku ścieżki między selerem a rzodkiewką w końcu pada na bok i patrzy na mnie z lekka kaprawym okiem. I łapkę proszalnie wyciąga, jakby po klina. I to ma być moja wina. Ja wiem, że koty piją, ale na litość boską – w Rosji! Nie tutaj. Polskie koty piją mleko, a jak mają światłych właścicieli, to wodę. Poszłam sprawdzić zawartość arbuziej szalupy. Na dnie resztka piwa i trzech rozbitków (niestety zwykłe, udojone po pachy muchy). No żesz! I teraz fakt, że Kotka wzięliśmy ze schroniska, a opiekunka działu kotów miała dość śpiewny akcent, zaczyna mi dawać do myślenia.

A skąd grabarz w tytule? Nie, spoko, Kotek żyje, przez kilka godzin miał kaca i był tylko trochę bardziej nieznośny, niż zwykle. W dniu powideł zrobiłam – oprócz powideł – całą masę rzeczy: wiśniówkę jako się rzekło, 5 kg pomidorów z czosnkiem i bazylią w słoikach, surówkę z kapusty “prawie Coleslaw”, obiad dla kurczaków i dla nas, psy nakarmiłam, gary pomyłam, stary zapiekacz kanapek wyszorowałam, i generalnie to, co się tylko z poziomu kuchni dało zrobić to zrobiłam, i co na koniec dnia usłyszałam? “No widzisz, Kanionek, ja tu KONKRETY robię, oświaty wieszam kagańce, a Ty? Cały dzień coś w tej kuchni GRZEBIESZ”.

Ale kagańce faktycznie fajne mu wyszły, sam dłubał i drutem zakuwał:

lampka łazienka
lampka łazienka2

A tu lampka w korytarzu, taka bardziej w Kotka stylu:

lampka korytarz.2jpg
lampka korytarz

Trzeba je będzie z Kotkiem oblać, jak wiśniówka dojrzeje.

11 thoughts on “Cały dzień w kuchni, czyli z zapisków grabarza

  1. Lena 23/08/2014 at 13:58

    Ołojezu, jak się uchichrałam serdecznie i to nie mogłam przestać. Ja tam jak coś zrobię w kuchni to latam i gdaczę do sióstr i córki do telefonu i wiozę próbki na obiad rodzinny niedzielny, a jeszcze bym chciała tak, jak w Anglii chodzić po ulicy z dzwoneczkiem i ogłaszać ” Listen listem to ja żem samotrzeć zrobił ! Powiedz mężu, niech nie deprecjonuje, bo nie dasz nalewki skosztować.

    • kanionek 23/08/2014 at 15:50

      :D Samotrzeć, jak rany arbuza, dzięki :D
      Dokładnie i ja też tak mam. Jak mi się coś uda, to chodzę dumna niby szympans, co po latach prób wcisnął kwadratowy klocek we właściwe okienko. A jak mi się nie uda, to jest wina Tuska i fazy księżyca ;) A po moim mężu Twój argument niestety spłynie, jak nalewka po umarłym. On niczego, co miało związek z owocami, przez szmatę nawet nie tknie. Jak trzymam jabłka w lodówce, to pyta „co tak śmierdzi?”. Taki z niego drapieżnik.

      • Ola 23/08/2014 at 18:44

        O! A ja myślałam, że pisząc Gad o swym mężu, tak nam dyskretnie przedstawiasz jego zacne imię, po wesołym aktorze francuskim wzięte. A on naprawdę taki? :P
        Lampa mi się podoba bardzo, ta w kształcie i kolorze butelkowym. Ona ma dno za przeproszeniem urżnięte?
        Pozdrowienia dla Kotka na katzu…

        • kanionek 23/08/2014 at 23:12

          Tak, butelka 0,3 l, po jakimś NIBY cydrze, denko ma urżnięte, żeby ją łatwo było zdjąć do wymiany żarówki. Gad jest chyba w mojej nomenklaturze komplementem – w końcu kocham gady :) No i nie napiszę o mężu „misiaczek”, „skarbek” ani żadne takie, bo jeszcze jakiś jego znajomy weźmie kiedyś i przeczyta, i jak on będzie wtedy wyglądał :D Przekażę mu wyrazy uznania względem lampki z butelki, choć jak mu zdradziłam, że jego wytwory wystąpiły gościnnie na blogu, to był PRAWIE zły. On jest skryty, jak ten zaskroniec w kompoście. Ale zdecydowanie stałocieplny ;)

          • Fredzia 24/08/2014 at 00:25

            Mnie się podoba ta zadrutowana. Rzuca taki niepokojący cień… W sam raz do czytania skandynawskich kryminałów ;)
            Pogratuluj Mężowi. Podziwiam ludzi, którzy potrafią nie tylko zrobić coś z niczego, ale najpierw to ZOBACZYĆ. Jestem kompletnie pozbawiona takiej plastycznej wyobraźni.
            Ale Ciebie podziwiam bardziej – za te wszystkie nalewki, przetwory i inne efekty kuchennego grzebania. Nienawidzę kuchni, gotowania i zmywania – straszna strata czasu – więc swój pobyt w tym miejscu ograniczam do minimum. Ale gdy pomyślę, jak w Twojej kuchni pachnie… mmmm… a potem w mroźną zimę przywołujesz te zapachy… mmmm… :)

          • kanionek 24/08/2014 at 17:31

            O, tak. Skandynawski kryminał w mrocznych cieniach łazienki, z buczącym w przewodzie wentylacyjnym szerszeniem :D A po strychu lata nietoperz i nie wiem, jak go stamtąd wyciągnąć. Na kiełbasę zwabić? One zawsze wiedzą, jak się przez najmniejszą szparę gdzieś wcisnąć, a ja potem zwłoki wynoszę. Bo wyjść już nie potrafią. Jeśli otworzę mu na noc okno, to efekt będzie taki, że wleci tam dziesięciu jego kumpli. No żesz!
            Gotować nie cierpię, ale nie mam wyjścia. Napiszę o tym kiedyś. Może jutro, może w grudniu, ja już nie wiem, w co ręce włożyć, a łeb najchętniej bym w studni trzymała. Głuchej, zimnej, odciętej od tego cyrku na powierzchni ;) A małżonek jest tak zdolny i wielokierunkowy, że o tym nie napiszę, bo NIKT mi nie uwierzy :D

  2. beti 24/08/2014 at 16:59

    Aniu ja również czytam Twojego bloga ( info mam od brata )i muszę przyznać jestem pod wrażeniem :-O Jak widzę ( czytam ) posiadasz wiele talentów, a pisanie jest jednym z nich. Super.Tak trzymaj! :-)

    • kanionek 24/08/2014 at 17:21

      A widzisz, od miesiąca się zbieram, żeby link po rodzinie rozesłać, i jakoś tylko naszemu wojakowi sms wysłałam, przy okazji. Najpierw myślałam, że nikt tego nie będzie chciał czytać, potem zapomniałam, a teraz ganiam od kozy do kurczaka, od kosy do ziemniaka, od szklarni do kuchenki i wieczorem dopełzam do łóżka, łapiąc zębami za prześcieradło. Pozdrowionka dla Ciebie i Twojego G. :)

  3. beti 25/08/2014 at 00:54

    Dzięki i nawzajem :-) Zapomniałam pochwalić Twojego małżonka za te pomysłowe lampeczki co je sam wystrugał. Zdolna z niego bestyja :-) A za moim domem rośnie stara jabłonka co cudnie pachnące i smakowite owoce daje :-) Właśnie jestem na etapie robienia z nich marmolady.Po prostu rewelka. Mam tez parę słoiczków z innych owoców, ale na tym koniec bo nie posiadam niestety ani sadu ani ogrodu. Oj troche Ci zazdroszczę tej natury i podziwiam za wytrwałość zarazem. Twarda dziołcha z Ciebie wyrosła :-)

  4. Ania W. 25/08/2014 at 21:50

    Super! Już się zadomowiłam :)

    A przepis na śliwkowe powidła bez mieszania i bez cukru znasz? Bo u nas święci on triumfy największe…

    • kanionek 25/08/2014 at 22:32

      Witaj :) Powidła bez mieszania to wersja dla odważnych :D Ale podaj, proszę, może nie ogryzę paznokci do łokcia patrząc na garnek. Bez cukru, powiadasz? To pewnie takie z mocno dojrzałych śliwek?

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa