Nauczyciela jogi zatrudnię, czyli o gruzie, co poszedł na wojnę

Nie da się. No nie da się być wyluzowanym kwiatem lotosu na tafli spokojnego jeziora.
Znów jestem wkurzonym skrzypem na wygwizdowiu. Mam już szczękę jak buldożer, a nie PO TO się wyprowadziłam do lasu, by ćwiczyć mięśnie żuchwy mieląc w zębach gruz niecenzuralny. Ja tu się chciałam powoli zintegrować ze ściółką i grzybnią, po drodze nawiązując trwałe przyjaźnie z dynią i cebulą, kozą i kurczakiem, chciałam kontemplować naturę i od tego mądrzeć, a nie miotać się wściekle jak cząstka banana w komorze malaksera. I nie zrozumcie mnie źle, mi z warzywami świetnie idzie, jestem z nich tak dumna, że aż pękam jak asfalt na polskich drogach, a zdjęć mam tyle, że mogłabym setkę Gerberowi odsprzedać, drugie tyle Łowiczowi, i jeszcze by na wszystkie opakowania Hortexu wystarczyło. I ciągle się odgrażam, że Wam to wszystko pokażę, i wyobrażam sobie, że to będzie pierwszy wartościowy wpis na tym blogu, wiecie, coś w stylu “kołacze mojej pracy”, “tymi ręcami” i “żywią i bronią”. Ale do tego to ja się muszę mentalnie nastroić, by przekaz był czysty jak poranna rosa i dźwięczny niczym harfa, a nie jak odgłos przecierania gruzu na tarce do jarzyn.

A dzisiaj przetarłam TONĘ gruzu.

Wczoraj, o godzinie 9:20 rano z północnym powiewem wiatru odleciał prąd. Po raz siedemset osiemnasty, jak tu mieszkamy. Ja nie jestem marudna, ani nazbyt wymagająca, naprawdę. Przy blasku świec wtykam w oko soczewkę kontaktową, nie gubiąc ni soczewki, ni oka. Pompa w studni nie jest niestety napędzana kozimi bobkami, więc po wodę dygam z wiadrem do studni, bądź stawu, mówiąc sobie, że to wzmacnia kręgosłup. Albo charakter, różnie sobie mówię. W razie zimowych awarii wieczornych, gramy z małżonkiem w szachy, lub karty (wolę w szachy, bo mam szansę wygrać, a w karty gapię się jak naturalizowana Cyganka po jednodniowym szkoleniu), a komputer z internetem to wynalazki, bez których ludzkość radziła sobie przez tysiąclecia, to mnie też od ich braku lumbago z miejsca nie skręci.

No to o co mi chodzi? Ano o to, że mieszkamy na końcu świata (nasz dom jest ostatnim, do którego dochodzi linia energetyczna), nasze zabytki mechaniczne są nawet bardziej zawodne, niż Smutny Autobus z pewnej reklamy rządowej, a ŻADNEJ innej komunikacji tu nie ma. Do najbliższego miasteczka jest 19 km. I w związku z tym, naszym buforem żywieniowym na wypadek klęski pojazdowej, dróg nieprzejezdnych lub innego kataklizmu, jest zamrażarka. 140 litrów zapasów “na wypadek” (mięso, chleb, ryby) oraz płodów rolnych umilających zimowe posiłki: szczypiorek, koperek, pietruszka, papryka, nieszczęsne ogórki… Po ostatniej awarii zasilania, która trwała 14 godzin, mieliśmy np. przymusową orgię schabowych, bo trzeba było zjeść to, co się rozmroziło.

I wczoraj, gdy po upływie godziny nadal nie było prądu, lekko się zdenerwowałam, bo w zamrażarce oprócz świeżych schabowych i odnogi indyka, mam już kupę botwinki, tych wszystkich koperków i papryki, no i OGÓRKI. Te, co je po plasterku bohatersko smakowałam, które później tarłam na tej tarce do gruzu, pakowałam w woreczki… O nie, pomyślałam, ogórków wam nie odpuszczę.
Zadzwoniłam pod 991.

Z miejsca zaatakowała mnie litania do Najświętszej Matki Trudnych Wyborów. “Wybierz obszar: Olsztyn, Kalisz, Góry Kaukazu…”. Wybrałam. “Wybierz REJON: Braniewo, Orneta, Ciężka Kolka Jelitowa…”. Nie jest źle, numer 7 okazał się tym właściwym. “Jeśli chcesz zdechnąć z głodu i odwodnienia, wciśnij jeden, by posłuchać wszystkich symfonii Beethovena, które specjalnie dla ciebie nagraliśmy. I spięliśmy w pętlę powtórzeń.” Nie, dzięki. “Jeśli dzwonisz w sprawie bezpośredniego zagrożenia zdrowia lub życia, wybierz zero”. Zero to chyba iloraz inteligencji tego, kto ten komunikat wymyślił. Ja sobie tak koncypuję, że jeśli dzwonię w sprawie bezpośredniego zagrożenia zdrowia lub życia, to taki komunikat powinnam słyszeć na początku połączenia, a nie wtedy, gdy już zwali mi się na łeb linia wysokiego napięcia wraz ze słupem, z włosów będę miała afrobombę, a tułów niczym siekany rabarbar.

Wybrałam najlepiej, jak umiałam i czekam na “połączenie z konsultantem”, czy jak oni się tam mienią. W tle pitoli muzyczka o neutralnym zabarwieniu emocjonalnym, taka żeby z jednej strony nie uśpić klienta, a jednocześnie nie dać mu dodatkowych powodów, by strzelił sobie w łeb. Co już mnie strasznie denerwuje, bo nie znoszę bezpłciowej muzyki. I tak sobie słucham, przesypując gruz z lewej półkuli do prawej, gdy nagle, w czwartej minucie sekund czterdzieści trzy, zrywa mi się połączenie. Aż mi się gruz uszami wysypał! No to dzwonię znowu, powtarzając sobie, że kwiat lotosu i w ogóle, wybieram odpowiednie cyferki i pokornie przystępuję do odsłuchu ballady o gender, strategicznie ustawiając się na środku podwórka, by łapać zasięg ze wszystkich kierunków świata.

JEDENAŚCIE MINUT CZTERDZIEŚCI SEKUND czekałam w pozycji “na czaplę”. Na dodatek, gdzieś w oddali słychać było basowe odgłosy tajemniczych wybuchów. Jeden po drugim. Ludzie, ja mam nerwicę lękową typu uogólnionego i chyba paranoję, ale niezdiagnozowaną. I teraz złóżcie sobie do kupy: brak prądu, doniesienia medialne o możliwej wojnie, dudniące w okolicy wybuchy i MILCZĄCA linia Energa Operator. Oczyma wyobraźni ujrzałam opustoszały budynek, w którym już tylko smętny, elektroniczny patefon odgrywał słyszaną przeze mnie w słuchawce Odę Do Tolerancji. Więc kiedy facet w końcu odebrał, to się zdziwiłam, że nie mówi po rosyjsku.

Po tym, jak już podałam adres, dwa imiona i nazwisko osoby, która zawarła umowę, numer buta babci i wynik ostatniej morfologii, oraz gdy już wyjaśniliśmy sobie, że nie rozumiem pytania “której pani nie ma fazy”, bo sama jestem W FAZIE, mianowicie transformacji w Gruzołamacz z turbonapędem, zostałam zapewniona, że mój problem zostanie załatwiony w najkrótszym możliwym terminie. To nie brzmi obiecująco, prawda? Próbowałam więc poprawić swoją sytuację grając na strunie ludzkiej litości konsultanta, i rzekłam: “panie, mi tu ogórek mięknie…”
No i nie wiem, coś nas rozłączyło.

Minęła kolejna godzina, po czym odezwał się telefon. “Sąsiadka” zza rzeki, miła starsza pani. Kilometr od nas, w linii prostej, również w samotnym domu w lesie, przedostatni dom na linii energetycznej. Nigdy jej nawet nie widzieliśmy, co tu gadać o rozmawianiu. Ja tak mam całe życie – wszyscy mają mój numer telefonu i wiedzą, co jadłam na śniadanie i jakiego koloru mam kanarka, a ja o nich nie mam bladego pojęcia. Ale mniejsza. No i miła sąsiadka pyta, czy już zgłaszaliśmy brak prądu, bo u niej też nie ma, a to na pewno znowu ten jej transformator. I ona też ma zapasy w zamrażarce. Najpierw pomyślałam, że coś z nią nie bardzo, bo mi się transformator z tranzystorem pomylił. Znaczy z radiem tranzystorowym, i zaraz zaczęłam kombinować co ma babci radio do wiatraka? To przez te wybuchy. Ja ze strachu całkiem głupieję.

Jak już do mnie dotarło o czym mowa, to zaczęłam z sąsiadki wyciągać zeznania. Jak to “na pewno”? I przede wszystkim “ZNOWU”? I okazało się, że w pobliżu domu sąsiadka ma trafo. I te wszystkie (no większość) awarie to dlatego, że tam bezpiecznik co i rusz wywala, panowie z Energi przyjeżdżają, przeprowadzają operację pod kryptonimem “Mateusz, wajhę przełóż” i po kłopocie.

No, to mnie zatrzęsło, bo już wiem co jest grane. Pół tony gruzu zmielone w pył. Dzwonię pod wiadomy numer. Słucham, wybieram, słucham, wybieram, ballada, czekam. Przynajmniej mam pewność, że wojny nie ma. Dziesięć i pół minuty serenady o niczym później, odbiera głos żeński. Tłumaczę wszystko, dane podaję, i że już zgłaszałam, ale mam nowe poszlaki, mianowicie transformator po sąsiedzku. Pani na to, że mam się nie martwić, bo oni w takich przypadkach ZAWSZE najpierw do transformatora jadą. A, to OK, mówię. To czekam.

TERE FERE! Półtorej godziny później psy z obietnicą flaków prucia obwieszczają przybycie dużego busa Energi. Z busa wysypuje się wesoły pan z wąsami, drugi, bez wąsów, woli patrzeć na spienione psy przez szybkę. No i mówię, że mieli przecież prosto do transformatora jechać. “A to nie pani zgłaszała?”. “No ja zgłaszałam, ale problem jest najprawdopodobniej tam, za rzeką”. “A jak tam dojechać?”. “Nie wiem, ale wy podobno ciągle tam jeździcie!”. “A nie, MY to nie, bo nas tu aż z Ornety ściągnęli, z innej roboty”.

Z Ornety. 100 kilometrów. Do zrypanego bezpiecznika. Ale panowie sympatyczni, numer sobie zapisali i mówią, że jak dotrą i zrobią co trzeba, to zadzwonią się upewnić, czy my też mamy prąd. I wiecie co? 15 minut później mamy prąd. Dzwoni telefon, z wąsami. Serdecznie dziękuję za prąd i pytam, choć już wiem: “a to trafo, to z której epoki, tak z ciekawości?”. Na co pan: “Oooo, pani, to już ANTYK jest”.

WIEDZIAŁAM. Już jak sąsiadka zadzwoniła wiedziałam, że tam jakaś szafa grająca z dziewiętnastego wieku stoi. I tym draniom (rzekłabym dosadniej, ale zapasy gruzu mi się wyczerpały), tym krwiopijcom żal kasy żeby nowszy postawić. Nie żal bujać samochody z ludźmi na jakichś transatlantyckich trasach, nie żal jeździć o różnych porach dnia i nocy, po kilkadziesiąt razy do roku. Kasy nie żal na marmur, chrom i szkło w budynkach firmowych, które stoją w miasteczkach, gdzie ludzie pety ze szczelin chodnikowych wydłubują i skrupulatnie porównują ceny między Biedronką i Netto. MOICH OGÓRKÓW IM NIE ŻAL?!! Poczekajcie, panowie decydenci. Babcia Ania wkracza na ścieżkę wojenną. Nie żałujcie kasy na gogle BHP, bo gruz będzie latał nisko.

Post scriptum: dzisiaj, o godzinie 10:10, znowu, znowu, zniknął prąd. GRRRRRRUZ!!!
Usunięcie awarii zajęło 3 godziny. O 13:15 poszliśmy porobić zdjęcia linii niskiego napięcia, tonącej w koronach drzew młodego lasku olszynowego, gdyż podejrzewamy, że ma to związek z problemem. I zgłaszaliśmy to Enerdze już trzy lata temu, gdy drzewa ledwie lizały linię. Godzinę później, zgadnijcie co? NIE MA PRĄDU.
Dzwonię. Mówię, że trzeci raz w ciągu dwóch dni zgłaszam. Zatroskana operatorka na to, że jest problem, bo oni mogą przyjąć tylko JEDNO ZGŁOSZENIE dziennie z tego samego miejsca (!!!). Gruz, żwir i papier ścierny!!! Ale była na tyle przytomna, że zanim spuściła mnie po kablu w lochy ciemności przeznaczone dla “klientów awanturujących się”, postanowiła sprawę skonsultować z dyspozytorem. Czekałam na linii, słuchając w tle plumkającego radośnie Mozarta. Pani wróciła po dwóch minutach i obiecała, że z uwagi na i w związku z, wyślą kogoś jeszcze raz. Taka sytuacja. Zaproponowałam, by wysłali ludzi z namiotem, termosem i lodówką turystyczną. I niech oni tam koczują, przekładając wajhę co jakiś czas, to TANIEJ WYJDZIE. Bo mnie osobiście martwi i boli los moich pieniążków, co to je do kasy Energi uczciwie i w terminie wpłacam.

Moi drodzy, kończy się bateria w klaptopie i zaraz wirtualnie zniknę. Przepraszam za usterki, i nie wiem, kiedy nastąpi dalszy ciąg programu. Niech gruz będzie z Wami i żwir i stłuczka szklana, żebyście je zawsze mieli pod ręką, bo zaprawdę powiadam Wam, jest w kogo rzucać.

plansa

27 thoughts on “Nauczyciela jogi zatrudnię, czyli o gruzie, co poszedł na wojnę

  1. Mirena 20/08/2014 at 20:32

    Aniu witaj! Czysta prawda. Nie ma siły na te instytucje. A Wam współczuję. Może jakaś petycja do władz o wymianę transformatora. Niech się trochę potrudzą i postarają o dotację. Trzymam kciuki.

    • kanionek 20/08/2014 at 21:30

      Witaj, Mireno :) Dzisiaj, przy ostatniej awarii, było dwóch innych panów, też z Ornety przysłanych. Oni mówią, że transformator jest z roku 1967, albo 1974. No jak z 1974 to ja teraz oficjalnie nie powiem, że stary, bo ja z tego samego rocznika, to sobie nie będę w stopę strzelać :D
      Ale panowie dokonali też wizji lokalnej (na bank pomogła tu moja wzmianka o koczowaniu w namiocie) i potwierdzili nasze obawy – linia bliżej rzeki jest ciut luźnawa i podczas wiatru ruch gałęzi drzew powoduje stykanie się dwóch kabli, a wtedy zwarcie i po bezpieczniku.
      A ten z kolei problem, to musi rozwiązać Energa do spółki z Lasami Państwowymi. Ale dopiero na nasz pisemny wniosek. Już temperuję wirtualny ołówek, ale wiem, że te absurdalne procedury z wnioskami, wycinką, itd., potrwają przynajmniej do wiosny. Dlatego nauczyciel jogi i wszelkiej medytacji to by mi się przydał. Dziękuję za kciuki i serdecznie pozdrawiam :)

  2. pandeMonia 20/08/2014 at 23:15

    Wybacz, że nie załkałam nad Twym losem, tylko zerwałąm bok.
    Pacz, kolejne punkty wspólne, prócz tych bolących – nerwica i lata 70!

    • kanionek 20/08/2014 at 23:52

      No tak, tu nam się powoli taki Chór Staruszków z miasta Pruszków zawiązuje. Chcesz do sekcji altów, czy sopranów? Sekcję zwłok stanowię ja, więc już zajęte.
      A jaką masz nerwicę? Bo ja lękową i natręctw (i nie chodzi o to, że jestem natrętna!). Ale jeśli nie chcesz, to nie mów. Czasem zapominam, że my tu przecież PUBLICZNIE te wszystkie świństwa opowiadamy :)

      • Fredzia 21/08/2014 at 11:50

        Miłe Panie :)
        Rocznik `75 się kłania i nerwica lękowa na tle zdrowia własnego, wywołana nieufnością absolutną do służby zdrowia, która już parę bliskich mi osób swoją nieudolnością, partactwem, brakiem odpowiedzialności i tumiwisizmem wykończyła.
        Ale przechodząc do tematów weselszych – dziękuję za powód do radosnego rechotu w ten deszczowy, smętny i zimny (14 st. 21 sierpnia!? halo!) dzionek. Ja wiem, że to niekulturalnie i nie wolno się śmiać z cudzych problemów i wiem, że gdybym była Aniu na Twoim miejscu, wcale do śmiechu by mi nie było, ale niestety sama jesteś sobie winna – trzeba było tren napisać a nie satyrę, to może bym się nie obśliniła ze śmiechu ;)
        A przy okazji zapytam, jakich autorów książki lubisz czytać? Tak, tak, to trzecie po – „spod jakiego znaku jesteś?” i „jaki jest Twój ulubiony kolor?” – najbardziej drętwe pytanie ever, ale masz bardzo bogate słownictwo i na pewno nie przyczyniła się do tego lektura prasy codziennej czy serialowych dialogów ;)
        Pozdrawiam i życzę prądu!
        FredziAnka

        • pandeMonia 21/08/2014 at 16:15

          Kanionku, którą stronę w Encyklopedii Zdrowia być nie otworzyła, jest duże prawdopodobieństwo, że to mam. Poruszę niebawem tę kwestię u mnie.

          Fredziu, z wrodzonej skromności nie powiem, że Kanionek czyta mnie, choć nie rozminę się tu z prawdą!

          Czy można wyłączyć kody kapcza, bo mi się wzrok pogarsza i palec zawisa i drży nad klawiaturą za każdym razem. Boję się, że gdy źle go napiszę, z monitora coś wyjdzie i mi coś strasznego zrobi.

          • kanionek 21/08/2014 at 21:54

            Kody Kapcia wyłączone. Miały z kapcia traktować boty, główne źródło spamu, ale się nie sprawdziły. Teraz jest ultrawtyczka w wojskowych glanach i ona działa z ukrycia, jak służby specjalne. Z tą encyklopedią to padnij w me ramiona, siostro jak w telenoweli cudem odnaleziona. Cierpię na wszystko, prócz hipochondrii ;-P

          • Fredzia 22/08/2014 at 10:06

            PandeMonia, a gdzie Ciebie można poczytać?

          • pandeMonia 22/08/2014 at 20:38

            Fredziu miła, jestem na Skorpionie w rosole i Kręgosłupie Oralnym. Z chęcią poczytałabym, co wyłazi spod Twojego pióra :)
            Pozdrawiam Was, Dziewczyny!
            (taki tutaj tłok się zrobił, że nie wiem, czy w dobrym miejscu się podepnę!)

        • kanionek 21/08/2014 at 20:01

          No to tak krótko, bo dzisiaj odbywam karę kuchni i wymknęłam się tylko na chwilę. Pytanie jest OK, tylko odpowiedź skomplikowana. Generalnie – autorów pióra elaborowanego, ale i tych lżejszych, zabawnych, ku pokrzepieniu serc. Z tych pierwszych wymienię kilku, żeby wyłonił się jakiś wspólny mianownik, ciężar gatunkowy:
          Bułhakov i wiadomo – Mistrz i Małgorzata
          Nabokov i tu oprócz słynnej “Lolity”, ekranizację której obejrzał pewnie co piąty mieszkaniec globu, również np. “Król, Dama, Walet”. Lolitę czytałam dwa, może trzy razy po polsku, raz po angielsku. “Króla…” w oryginale niestety nie, ponieważ jest po rosyjsku, a ten język zaniedbałam. Geniusz Nabokova to nie jest temat na komentarz, więc kropka.
          Anthony Burgess i jego “Rozpustne nasienie”
          Hermann Hesse i “Wilk stepowy”
          Sołżenicyn i “Oddział chorych na raka”
          Sapkowski i jego całokształt.

          I wielu innych. I na przykład, dla odmiany od powyższych, Doroty Masłowskiej “Wojna polsko-ruska…”, bo to jest geniusz formy. Ekranizacji absolutnie, za żadne skarby świata nie obejrzę, bo to – moim zdaniem – jedna z tych książek, których NIE WOLNO przedstawiać obrazem, gdyż chodzi w nich wyłącznie o słowo. Podczas lektury rzadko się śmiałam, częściej zatykało mnie z wrażenia i po kilka razy czytałam jeden wers, lub nawet frazę, nie mogąc wyjść z podziwu dla tego, jak ta dziewczyna za pomocą na pozór śmietnikowego stylu wykłada nam nieoczywiste prawdy i jak trafia w sedno, mrożąc krew, po czym niby nigdy nic leci dalej z narracją, która zresztą popiernicza z prędkością serii z karabinu maszynowego. Nie wiem, co Masłowska napisała po “Wojnie” i boję się sprawdzać. W tym znaczeniu, że nie chcę się rozczarować. Z kolei mój mąż, który jest cholernie inteligentnym gadem i mój rozumek może jego intelektowi co najwyżej kalesony cerować, rzucił tę książkę w kąt po kilkunastu stronach lektury, mówiąc, że sam by mógł coś takiego napisać. Prawie się o to nie pozabijaliśmy :) KURDE, MOJE POWIDŁA!!!

          • kanionek 21/08/2014 at 20:04

            Wrócę do Was, ale nie mam trzeciego garnka, który mogłabym spalić, więc rozumiecie…

          • kanionek 21/08/2014 at 22:19

            Ciekawe, kto nie tchórz i pierwszy mi wytknie popaprańca językowego, powstałego z pomieszania dwóch narzeczy ;)
            A kontynuując wątek gatunków i autorów, to przez kilka ostatnich lat przeczytałam tylko dwie książki po polsku – Grzegorza Sobaszka „Muszę kończyć, umieram” (zabawna, pomysłowa, a autor też cierpi na różne takie psikusy psychiczne) oraz drugiej nie pamiętam. Teraz czytam „Pod dwiema kosami” Danuty Noszczyńskiej. Może dlatego, że mamy w gospodarstwie dwie kosy, każdy swoją, i jakoś mi się dobrze skojarzyło. I to jest całkiem fajna książka, a kupiłam ją – o zgrozo kryzysowa – za 5 zł, NOWĄ. Cena na okładce mówi 34 zł. I weź tu, człowieku, książki pisz! Poza tym czytam miks rozmaitości po angielsku – kupuję używane za kilka pln sztuka. By nie stracić kontaktu z językiem, gdyż obecnie jestem tłumaczem bezrobotnym. No i można poczytać coś, co nie wyszło na polskim rynku. Ale nudzę.

        • kanionek 21/08/2014 at 22:06

          NAWET NIC NIE MÓW o służbie zdrowia. Unikam jak diabeł Całunu Turyńskiego, idę dopiero gdy coś boli dłużej, niż 3 miesiące. I że tak powiem, phi! Ty masz jeszcze cały rok do starości. Ale, ale… Panno Anno, Pani Fryderyko, laureatko laurów za twórczość, może ujawnisz, co TY pisujesz i gdzie?

          • Fredzia 22/08/2014 at 10:22

            Do szuflady ;-) Ale to kiedyś, jak miałam czas i wiarę, że umiem być zabawna i błyskotliwa ;-) Najpierw przestałam mieć czas, bo połknęły mnie dzienniki drukowane, a potem wiarę, bo jak się za wzór ma Chmielewską i Pratchetta, to lepiej od razu przerzucić się na fotografię (co też zrobiłam) ;-)
            Teraz głównie redaguję cudze, dlatego w wolnych chwilach czytam tylko tych, którzy POTRAFIĄ pisać ;-)
            Dlatego pisz, pisz koniecznie! :-D

          • kanionek 22/08/2014 at 14:47

            Ja Ciebie nie będę do niczego złego namawiać, ale ja też nie chciałam pisać żadnego bloga. Mąż mi kazał. Myślał chyba, biedaczek, że jak zacznę wszystko opisywać, to mniej będę do niego MÓWIĆ. Buhahaha i figę z makiem! Ale nigdy nie chciałam pisać „jak ktoś tam”. To byłby obciach i ryzyko pomówienia o nieudolne naśladownictwo. Nadal uważam, że najlepsze zostało już napisane, ale widać wciąż można być w literackiej klasie średniej i swym bełkotem ucieszyć te parę osób :D Na blogspocie można pisać za darmo i w trybie bez zobowiązań. Żadnych kontraktów na trzy lata naprzód i ciśnienia jak w prasie hydraulicznej. Obiecaj, że jeśli kiedyś zaczniesz pisać publicznie, podasz mi link. A teraz małżonek zarządził poszukiwania grzybów, więc muszę lecieć.

  3. Lena 21/08/2014 at 22:09

    Powidła rób w piecu, właśnie wczoraj wypróbowałam, a przepis wzięłam z komentarza Stachurskiej na Twoim blogu:) A kuku! Nie trzeba stać i mieszać ciągle, tylko 2-3 razy w ciągu 2-3 godzin. I nie trzeba walić tyle cukru, chociaż dla Ciebie to nie argument.. Ale ja jestem puszystsza ostatnio. Z tym prądem to jest tylko jedno wyjście – kupić sobie agregat prądotwórczy. Wiem, że to kosztuje, ale ewentualne zepsute żarcie też kosztuje i wqurwia. A agregat nie. A te pierniczone telefoniczne gadaczki i muzyczka to nawet jogina by zagotowały. Ostatnio chciałam się połączyć z ZUS-em, żeby wyjaśnić, dlaczego przekazuje wjednym miesiącu do OFE 20 zł a winnym 52 , a w jeszcze innym inną kwotę. A pensja ta sama. Taki luj, nie dodzwoniłam się 4 krotnie., czekając i słuchając , że „wszyscy nasi konsultanci są zajęci”.
    Myślę, że oni te składki sobie losują z kapelusza, nie popuszczę , pojadę i gardło przegryzę. A energetycy pewnie czekają, aż weźmiecie raki, wleziecie sami na te drzewa i gałęzie poobcinacie. Trzymaj się, oddychaj głęboko.

    • kanionek 21/08/2014 at 22:48

      Leno kochana, ja wiem i bym chciała w piecu, ale został mi już tylko kaflowy :D Ten piekarnik odkupiony przez rodziców mojego męża chyba od państwa Flintstone, to tak jak pisałam – PRZEBĄKUJE o tym, że nas w kosmos bez butów wyśle ;) O agregacie jak najbardziej myślimy, ale on wcale nie taki niewqurwiający – w końcu ma silnik spalinowy. O ZUSIE to ja nawet pisać nie mogę, palce mi się w szpony zakrzywiają. Jedź, wyrwij murom zęby krat i zusom wbij w tętnice! Drzewa… My byśmy CHĘTNIE sami poobcinali, nawet cążkami do paznokci, ale Ty myślisz, że tak można? Za samowolne wycięcie byle badyla grozi grzywna milion pięćset plus dożywocie! Całkiem niedawno była afera z facetem, co na własnym podwórku wyciął drzewo i sąsiad usłużny na niego doniósł. Facet dostał mandat na 500 tysięcy. Tu można poczytać o stawkach za legalne i karach za nielegalne wycinki: http://www.forbes.pl/artykuly/sekcje/podatki-2010/wyciecie-drzewa-za-kilkaset-tysiecy-zlotych,27699,1
      Tu nie Ameryka, to co jest na Twoim podwórku, wcale nie jest TWOJE, a za obronę konieczną można dostać karę więzienia. Się znowu zdenerwowałam :)

  4. Lena 21/08/2014 at 22:16

    Nie chcę wyjść na stalkera, ale się ucieszyłam, że lubisz Sapkowskiego. What about G.R.Martin ? A Lem ?

    • kanionek 21/08/2014 at 23:52

      Stalkera zaraz. Lem nie wyrył się zbyt głęboko w tablicach mojej pamięci. Jakieś opowiadania mi się mgliście snują po głowie. A co do Martina – jeszcze nie czytałam, czekam na odpowiedni moment w życiu. Z Sapkowskim też długo zwlekałam i nie żałuję, ani zwlekania, ani tego, że odpowiedni moment nadszedł. Co najbardziej lubisz u Lema? Zdaje się, że jakiś czas temu wydano listy Lema i Mrożka, kupiłaś? Ja chciałam poczekać na używane z trzeciej ręki, a potem zapomniałam :-/

  5. Ola 21/08/2014 at 22:58

    Dziewczęta,
    jeśli będziecie tak zagadywać Kanionka w komentarzach, to ona już nigdy z tych kazamatów nie wyjdzie i nowego posta nam nie napisze! No…
    A w kwestii literatury, to co powiecie na Niezwykłą podróż Pomponiusza Flatusa Eduarda Mendozy?

    • kanionek 21/08/2014 at 23:36

      Ech, sierpień i wrzesień to są Miesiące Słoika i Zamrażarki. A w piździerniku kiszę kapustę. Ja się w pewnym sensie cieszę, że grzybów w tym roku nie ma, jak na razie. Dziś miał być nowy wpis, ale już nie dam rady. O Pomponiuszu nie znam! Zaraz sprawdzę po czemu używane chodzą. Mendoza to popularne nazwisko i teraz nie wiem, czy już coś czytałam, czy nie.

  6. Ola 21/08/2014 at 23:51

    może powinnam była polecić Brak wiadomości od Gurba… Albo Przygody fryzjera damskiego, bo wyjechawszy z onym Pomponiuszem mogłam czyjeś uczucia obrazić. Czasy teraz niepewne. Poczucie humoru Mendozy – w stylu: „będąc młodą lekarką” – uwielbiam zaraz po Chmielewskiej :)

    • kanionek 21/08/2014 at 23:59

      Skoro tak, to MUSZĘ kupić. A z obrazą uczuć to nawet nie zaczynaj, bo ja się podłączę i wtedy już na pewno nie skończę tych powideł. Jakim mnie ta cała napompowana niczym rybi pęcherz kwestia „obrazy uczuć” napawa obrzydzeniem. To ja już lepiej pójdę nakrętkami od słoików kręcić.

  7. zeroerhaplus 22/08/2014 at 20:19

    „..ja też nie chciałam pisać żadnego bloga. Mąż mi kazał..”

    Mąż jest genialny. Brawa dla męża.
    Twój blog mnie porwał, wessał i uzależnił.
    Pozdrawiam :))

    PS. A piekarnika też nie mam, hej ho.

    • kanionek 23/08/2014 at 23:20

      Witaj, zeroerha :) Czyli Tobie też się nic w życiu nie upiecze ;) Mężowi powiedziałam, że niektórzy tu twierdzą, że jest genialny. Machnął skromnie ręką, mówiąc: ech, PRZESADA :D

  8. Inaja 22/08/2014 at 20:57

    Wreszcie mozna gdzies boki pozrywac (w ramach odchudzania, rzecz jasna)Chwala ci!!

    • kanionek 23/08/2014 at 23:14

      Dziękuję :)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa