Dwie tony kupy i radości też kupa, czyli o bąbelkach

Na początek cytat z geniusza: “I trochę się teraz boję jeździć z Małymżonkiem na wycieczki po owies, bo wiadomo, że to zawsze ryzyko, że się nam jakaś bieda po drodze uczepi kostek, albo zderzaka”

A wiecie, co Los miał mi na to do powiedzenia?

Bitch, please! Ty nie musisz nigdzie jeździć! I w ogóle to faktycznie jakaś zacofana jesteś. TERAZ WSZYSTKO ZAŁATWIA SIĘ ZDALNIE”.

I kilka dni później:

“Koninek, idź szybko zobacz, bo chyba jest do ciebie coś w skrzynce” – i tutaj zaniósł się szyderczym śmiechem, a ja poleciałam szybko zobaczyć i faktycznie – było do mnie coś w skrzynce:

Bim-bam-bom, bim-bam-bom, mam bombelki, som to som (na wuj drążyć temat?).

Jeśli chodzi o to, jak się miłe pieski nazywają, to roboczo nazwałam je Lolek i Tola, żeby w ogóle jakoś je wołać (a i tak wołam do nich: “robaki” lub “kartofelki”), na co Małyżonek, oczywiście, nie może przystać i ciska swoimi propozycjami niczym automat do piłeczek tenisowych: “Bubel i Wada”, “Wrzód i Gangrena”, “Łazik i Sonda”… Co ma być, to będzie (Wódka i Śledzik…?). A zbiorczo mówi o nich: brukselki. Też ładnie.

Brukselka płci męskiej waży obecnie 5 kg, a jej damska kopia 5,5. Chyba, bo ważyłam je w pudełku na wadze zdolnej policzyć tylko do pięciu, a waga łazienkowa nie umie w gramy, więc brukselkę damską oceniłam na oko.

Tak, to jest skrzynka po cebuli, a zarazem po Pasztedziku, bo on też w niej spał, gdy był małą pasztetową.

Znamy się już parę lat i wiem, o co zapytacie, więc mówię: wszyscy się spokojnie z brukselkami dogadują, oprócz właśnie Pasztedzika, którego nie tylko nic nie tyka, ale i on tykać niczego nie chce, a zwłaszcza tych SZCZURÓW, na które nie wolno polować. Nie podchodzi więc do małych, ani razu ich nie powąchał, i podejrzenia Małegożonka, iż Pasztedzik wcale nie jest psem, uległy tym samym umocnieniu – wszak KAŻDY pies poznaje świat noskiem, a wąchanie cudzej dupy na dzień dobry to podstawy towarzyskiej etykiety.

No więc nie tylko nie chce ich wąchać, ale wręcz odmawia przebywania w jednym pomieszczeniu z bąbelkami, co powoduje komplikacje tranzytowe, gdy się chce np. wszystkie pieski wypuścić na podwórko, albowiem droga na podwórko wiedzie przez wąski korytarz, w którym – w ogólnym rozgardiaszu – można niechcący dotknąć takiej brukselki i zostać zbrukanym na zawsze. Na podwórku Pasztedzik obserwuje bąbelki z góry, czyli z balota, wodząc za nimi wzrokiem jaszczompia. Ale nie może im zrobić krzywdy, bo to wymagałoby kontaktu cielesnego, i sami Państwo rozumieją, że Pasztedzik jest w wielkiej, czarnej… kropce.

Poczekamy, zobaczymy – Żółtego też nie chciał znać i unikał jak dżumy przez blisko miesiąc, a potem jakoś się do niej przekonał. Tymczasem nasze starsze psy mają brukselki zasadniczo w dupie – zapoznały się z nimi jak należy, popatrzyły i machnęły łapą, że “od biedy mogą być”, a Żółte wprost nie może się nimi nacieszyć – małe, piszczące zabaweczki!

A teraz zapytacie: no ale skąd one się w ogóle wzięły, te brukselki?! No więc już Wam mówię, że jak to skąd, skoro przecież z mojego snu! Można też powiedzieć, że łosie je przyniosły…

Bo to było tak:

Od kilku miesięcy, codziennie, przyjeżdżają do mnie tacy mili państwo po kilka litrów mleka dla łosi. Czy ja pytałam, dla jakich łosi? Nie, ja już nikogo o nic nie pytam i – jak sobie dawno temu obiecałam – niczemu się nie dziwię. Jak dla łosi, to dla łosi, proszę uprzejmie – jeśli o mnie chodzi, to może być nawet mleko do podlewania uprawy bananowców w przydomowej szklarni, albo do kąpania nietoperzy (no co? Nietoperze mają delikatną skórkę). No ale tak jakoś, od słowa do słowa, przez te wszystkie tygodnie codziennego kontaktu z państwem od łosi, wyszło tak trochę piąte przez dziesiąte, że państwo prowadzą ośrodek dla dzikich zwierząt, gdzie pomagają chorym, zranionym, powypadkowym lub porzuconym dzikusom, i później zwracają do środowiska naturalnego wszystkie te, które się do tego nadają. Mają też trochę swoich kóz, ale łosie piją więcej mleka, niż kozy mogą dostarczyć, i stąd zakupy u mnie.

I tu Wam się muszę pochwalić (bo wiecie, że jeśli chodzi o moje kozy, to jestem zazwyczaj spuchnięta z dumy i łasa na komplementy), że właśnie od tej pani łosiowej usłyszałam, że oni wcześniej jeździli po mleko gdzie indziej, bo mieli bliżej, ale tam zwierzęta wyglądały nie teges, i ta pani w końcu powiedziała mężowi, że on będzie sam po to mleko jeździł, bo ona już “nie może na to patrzeć”. A gdy zobaczyła moje stadko, to powiedziała coś wręcz przeciwnego: że nie może się napatrzeć! Że takie ładne i widać, że o nie dbamy. NO RACZEJ! Więc ja Wam to mówię, gdybyście nie wiedzieli, że na ładnej kozie każdy chętnie oko zawiesi, niektórzy to nawet na całe 10 minut, a że u mnie wszystkie najładniejsze i najmądrzejsze, to już wiedzieliście wcześniej, a teraz wiecie jeszcze bardziej.

No ale podejdź no do płota, Koninek, z tą swoją przydługą przypowieścią – powiecie. No to i podchodzę. Otóż dnia pewnego, przez Los już pewnie dawno w kalendarzu naznaczonego, podjechała pani po mleko i mówi do mnie te pamiętne słowa: “A chce pani zobaczyć, co mam w samochodzie?” – i uśmiecha się do mnie słodko i łagodnie, jakbym miała dwanaście lat, a ona rożki czekoladowe z orzechową posypką w furgonetce Family Frost (to ten samochód z melodyjką). No więc czy ja kiedykolwiek nie chciałam zobaczyć, co ktoś ma w samochodzie, zwłaszcza, że MOGŁY to być lody czekoladowe?! I czy ja Wam wyglądam na kogoś, kto ma więcej niż 12 lat (i progerię)? No raczej, że chyba nie. No to poszłam, zobaczyłam, i… nie zwyciężyłam, a wręcz przeciwnie – przegrałam. Szach, mat, i Koninek pozamiatany. Bo w samochodzie miłej pani był karton ze szczeniaczkami. TRZEMA!

Od razu przypomniałam sobie ten sen, mało nie dostałam zawału, zawołałam Małegożonka, który akurat wyszedł z domu, a on – jak tylko zobaczył, co się święci – rzucił na mnie oskarżenie o oszustwo i granie znaczonymi kartami, ale powiedział: “A rób co uważasz”, a niby co ja miałam “uważać”, skoro każdy głupi wie, że nie igra się z Losem, no i tak to… A dlaczego mam dwie brukselki, a nie trzy? Bo trzecia została z tą panią, bo była wcześniej bardzo chora i nie rokowała, i ta pani jej obiecała, że jeśli przeżyje, to zostanie u niej, no i sama sobie tego chciała – mała suczka zawróciła znad brzegu rzeki Styks i teraz jest siostrą przyrodnią stada łosi i innych dzików. A wszystkie szczeniaki, o ile dobrze zapamiętałam, bo byłam w stanie szoku, pochodzą z interwencji w jakiejś nielegalnej rozmnażalni, gdzie było około 50 psów, w niezbyt uroczych warunkach (sponsorami dzisiejszego odcinka są: eufemizm i litota). I jeśli sobie myślicie, że jestem frajerka, bo wzięłam dwa szczeniaki, a ta pani tylko jednego, to już Wam mówię, że frajerka, owszem, ale akurat jeśli chodzi o tę panią, to ona ma już swoich psów… osiemnaście. Oraz i tak uważam, że wygrałam, bo Los chciał, żeby mi na głowę spadły trzy szczeniaczki, a tu proszę: “Oszukać przeznaczenie: 2”.

WYGRAŁAM, prawda?

Chociaż mój kręgosłup twierdzi inaczej. Szczeniaczkowanie to jednak kupa roboty, z przewagą kupy – wiadomo. Brukselki są malutkie i trzeba się po nie schylać, podłoga jest strasznie nisko, a plecy jakby z drewna, no ale trzeba to jakoś przetrwać – jeszcze parę miesięcy i będzie dobrze. Jeszcze tylko kilka(naście? Dziesiąt?) ukradzionych skarpetek, chustek do włosów, rękawiczek. Może obsikany komputer. Może dziura wyżarta w wykładzinie, i może trochę innych atrakcji, ale przecież wszystko ma kiedyś swój kres, z brukselki wyrośnie kapusta…

Bim-bam-bom…

No i co?

No i pstro.

Ostatecznie, myślę sobie, życie to ani bajka, ani brazylijska telenowela. Życie to konkurs, do którego przystąpiliśmy nie z własnej woli, nikt nie określił w nim jasnych zasad, a organizatorzy tego konkursu z góry uznali, że najlepiej będzie, jeśli wszyscy sprawiedliwie na końcu przegramy. Nie wiadomo nawet, czy faktycznie siedzi gdzieś jakieś jury, oceniające nasze skille, osiągnięcia, uczynki i czas na sto metrów przez drut kolczasty, więc… Po prostu trzeba żyć, dać żyć innym, i czasem zadbać o tych, co też wzięli udział w konkursie, ale radzą sobie gorzej, niż my.

To jedyne, co mi obecnie przychodzi do głowy, bo tak poza tym to muszę się trochę uspokoić, albowiem od dwóch tygodni bez przerwy jestem bezkształtną masą chaotycznej energii, miotającą się z kąta w kąt, a w mojej głowie, jak w komorze maszyny losującej, wirują trzy ostatnie szare komórki, obijające się o wnętrze czaszki dzięki porywom wiatru szalejącym pomiędzy moimi uszami. Bim-bam-bom.

Przy okazji – po raz kolejny dziękuję tym, którzy wysłali mi niepotrzebne już ręczniki, pościele, szmatki i kocyki, bo zawsze się przydawały, a teraz szczególnie. Taka np. bawełniana poszewka na kołderkę dziecięcą, no w sam raz na posłanko dla brukselek (wepchnęłam do niej moją starą kołdrę złożoną na cztery):

(Piszę o tym dlatego, że czasem pytacie mnie, czy to nie głupio tak wysyłać używane rzeczy, i czy na pewno nie mam nic przeciwko. No więc nie głupio, bo to wszystko u nas dostaje kolejne życie. Nie będę wymieniać “kto i co”, bo nie wiem, czy sobie życzycie, ale pozdrawiam bąbelka, który kiedyś spał w tych owieczkach!)

 

A lubicie pieczywo czosnkowe? Bo ja bardzo, i właśnie sobie takie upiekłam, z przepisu jutubowego: https://www.youtube.com/watch?v=mtn15GeZ12I

Nic się nie bójcie, że nie rozumiecie, co znaczy Farkli Guzel Bir Lezzet, bo ja też nie wiem, ale do filmu są napisy w chyba wszystkich językach świata, prócz starohebrajskiego, więc sobie włączcie jaki lubicie, a przepis z całego czosnkowego serca polecam, bo jest wprost idealny.

Zdjęcie nie oddaje uroku tego dzieła, które jest proste w przygotowaniu, piecze się pół godziny, a pachnie tak zniewalająco, że pająki spadają z sufitów. W charakterze “cream cheese” wystąpił u mnie kozi twarożek, fetę też mam własnej roboty, swojskie masło dostałam od państwa łosiowych, a tymianek dałam świeży, w ilości dekoracyjnej, żeby nie zdominował smaku, i wyszło po prostu delicjacyjnie, że tak powiem po czarnożmijowemu. Najlepsze jest prosto z piekarnika, ale jeśli akurat nie zdążycie zjeść gorącego, bo będziecie musieli iść ładować siano dla kóz, to nic nie szkodzi, na zimno też jest pyszne. Tylko nie cudujcie – przepis jest naprawdę idealny, proporcje doskonałe, a to smarowidło maślano-czosnkowo-twarożkowe to czysta poezja smaku.

(Małyżonek mnie pyta: “Co tak wali czosnkiem w całej chacie – znowu jakieś świństwa gotujesz?”, no ale co on, na czym on się zna, oprócz matmy, fizyki, muzyki, elektroniki, historii, geografii, ekonomii i demonologii? No na niczym się nie zna, biedny człowiek, a ja Wam mówię – zróbcie sobie ten “chlebek”, a nie pożałujecie. To jest porcja na co najmniej dwie głodne osoby, ale ja dziś nie miałam ani śniadania, ani obiadu, więc jak nic należy mi się całość).

PS. Kozy właśnie zaczęły godowe jękowycie. Betonik w jeden dzień ochrypła, a Pippi ma szaleństwo w oczach. Miki puściły nerwy i puściła się pod prąd do Pacanka, więc ona już przepadła, ale reszta musi poczekać do następnej rui, bo wiecie, że ja nie lubię dzieci spod śniegu wykopywać, a na początku kwietnia to już i ździebełko trawy dla matek się trafi. I mleka coraz mniej i chyba już ostatni klucz żurawi widziałam wczoraj wieczorem. A z nowości dojrzewa powoli ser cebulowy Cotswold – jakim cudem ja wcześniej nie wpadłam na ser z cebulą (suszoną; suszona zachowuje wszystkie cukry, a traci sporo jadu), nie mam pojęcia. Przecież ser i cebula to jest czołowa kompozycja smakowa w chipsach i nie tylko. Gdy już więc ulepiłam kilka gomółek dojrzewającego Cotswolda, to zrobiłam też kilka serów wędzonych z cebulą, i to jest mój nowy faworyt, którego i Wam polecam, tylko śpieszcie się zamawiać, bo nawet jeśli mleko jeszcze będzie przez miesiąc, to nie wiem, czy ja wyrobię przy wędzarni w ujemnych temperaturach, że nie wspomnę o deszczu, bo deszcz nie sprzyja wędzeniu.

PPS. Mam 27 porów i pytanie do Was, co z tym fantem zrobić. Musiałam wyrwać wszystkie, bo czas był puścić kaczki na ogród, i teraz nie wiem co począć z tym całym dobrem. Barbarella chyba kiedyś pisała o tarcie porowej…? Ale kto by to teraz znalazł. Macie jakieś przepisy z udziałem wiadra porów? Wiem, że pełno recept w internecie, ale właśnie tego się obawiam – za dużo opcji i na końcu wybiorę najgorszą, a Wy na pewno macie coś sprawdzonego.

133 komentarze

  • Aliwar

    Szczeniaczki przecudne … pierwsza myśl ze one takie zadbane sierść się błyszczy i wogole a potem wszystko się wyjaśniło ze zanim Kanionek je ratował to ratowała je Pani od łosi i już takie uratowane się trafiły to prawdziwy fart jakby nie patrzeć 👍 ślinka cieknie na wypiek czosnkowy ….

    • kanionek

      Prawda? Normalnie jak los na loterii, takie już raz uratowane szczeniaczki :D
      Teraz tyllko przetrwać ten czas, gdy one chcą wszystko gryźć, no i sikają co 10 minut, a jak na nieszczęście trafiło na jesień i zaraz zima, więc za długo na zewnątrz też ich nie trzymam.
      Wypiek czosnkowy wygląda dużo lepiej na tym wideło na jutubie, bo mój piekarnik nie umie grzać od góry, ale smak – przypuszczam – podobny. I naprawdę mało pracy! To będzie moja zapchajmorda na te dni, gdy czasu lub chęci brak na coś bardziej czasochłonnego, tylko szkoda, że Małyżonek tego nie tknie.

      • Aliwar

        A to zdjęcie z dyniami pierwsze to normalnie jak w kreskówkach ….. same się sprzątają z pola , idą droga gęsiego i tylko piesio nadzoruje żeby równo szły 😆
        I jaki zdolny ten szczeniak widać ze robotny od razu chce być pożyteczny 👍

        • kanionek

          Faktycznie tak to wygląda – jednak cudze oko to świeże oko, człowiek na swoim to już takich rzeczy nie widzi.
          Taa, pomocny :) Ja te dynie turlałam do kupki i musiałam patrzeć i uważać, żeby nie zrobić sobie po drodze dżemu z brukselki :D

  • Magda

    gratulujemy powiekszenia stada. samo zycie. wszyscy na zdjeciach sa piekni, cudne szczeniaki, radosci i cierpliwosci zyczymy.

    • kanionek

      Fakt, Ty coś o tym wiesz :D
      Sery dojechały, czy celnicy skonfiskowali walizkę?
      Buziaki od naszego stada dla Waszego :-*

      • Magda

        dojechaly i sa konsumowane. zawsze sobie mysle jaka te sery maja droge… Celnik kazal wszystkie wyciagac z walizy i osobno je sobie skanowali. Alez te wasze nowe futra fajne. pieknie sie im w zyciu ulozylo. bedziecie miec tornado w domu cala zime:)

        • kanionek

          A ja sobie właśnie zdałam sprawę z tego, że tym razem zapomniałam dać etykiet po angielsku. Pewnie dlatego, że tyle razy jechały i nikt się nie czepiał, że mój mózg wreszcie uznał, iż nie ma się czym martwić :D A przecież co celnik to inna historia. Ale w sumie, skoro i tak skanowali, to co im po etykietkach? Nawet gdybym napisała “Does NOT contain guns or cocaine”, i tak by je pewnie obwąchali psami i napuścili skanery ;)

          O tak, tornado, żebyś wiedziała. Już teraz biegi przełajowe na osiem krótkich nóżek po drewnianej podłodze to szalone i donośne wydarzenie :D A wiesz, jak wszystkie psy się cieszą, że Żółte ma w końcu na czym skupić swoją uwagę? Wytchnienie! Puszczak siedzi na balocie wyluzowany jak król na kiblu, bo Żółte tropi brukselki, które mu się pochowały w zakamarkach (są na tyle małe, że wcisną się prawie wszędzie).

          • agniecha

            Osobiście uważam, że POWINNAŚ napisać na etykietkach: “contain guns AND cocaine”. Z czystej ciekawości.

          • kanionek

            Gdyby komuś obcemu, to tak, ale Magda nic złego mi nie zrobiła! Sery by jej na tarce poszatkowali, żeby się do tej kokainy dostać, albo gorzej – analizy chemiczne mogliby zrobić (rozpuszczając ser i mieszając z odczynnikami), bo czytałam gdzieś, że raz w Polsce wykryto przemyt narkotyków rozpuszczonych w kleju do kopert, czy jakoś tak, i więźniowie to sobie potem ekstrahowali, czy coś, dokładnie nie pamiętam :)

  • Willow

    Aaaa🥰 trzecia, teraz jeszcze raz będę czytać 😂

    • Willow

      No wygrałaś ❤ Brukselki przeurocze, trafiły los na loterii, każdy by chciał być Brukselką, Pasztedzikiem, Żółtym albo kozą w Oborze…ja na pewno😍Odpękujesz dobre uczynki za połowę wszechświata i jak zawsze szapoba
      Pieczywo czosnkowe zrobię na pewno, bo uwielbiam😊 ale ale, Ty Kanionku Ty- jak to że masz fetę własnej produkcji a ja jej nie jadłam jeszcze?? pożądam i natentychmiast pragnę🤣tak samo jak mozarelli
      kocham nieustająco💕

      • kanionek

        No patrz – miałam Ci wysłać tej fety na spróbowanie i zapomniałam. Bo ona stoi w wielkim słoju z solanką (musi być całkowicie zanurzona, bo każdy wystający kawałek mięknie i się psuje) i się jakoś tak nie narzuca. Sama nie pamiętam, że ją zrobiłam w tym roku, a przypomniałam sobie na okoliczność znalezienia tego przepisu na czosnkowe szaleństwo.
        Mozarelli za to jeszcze w tym roku nie robiłam i pewnie zapomnę zrobić. Muszę też mieć wenę danego dnia, bo to ser irytująco pracochłonny.

    • kapelusznik68

      Pory konfitowane w gęsim tłuszczu. Pycha.
      Brukselki też pycha. Tym bardziej, że na zdjęciu pokazałaś pościel po moich dzieciach. Bardzo się wzruszyłam bo moje dzieci to już stare konie. Ale to dobrze, że trafiły się jej nowe słodkie dzieci.

      • kapelusznik68

        Nie wiem dlaczego tutaj ten komentarz wrzuciło. Nie panuję nad telefonem.

        • kanionek

          Pff, telefonem. Ja nie panuję nad własnym życiem!
          Ale, tłumaczę sobie, jeszcze trochę i bombelki podrosną i będzie łatwiej.
          Dzisiaj ma przyjechać facet z Kwidzyna po pięć ostatnich dziewczyn, i zostaniemy już tylko ze starą ekipą. Też ulga, bo siana będziemy nosić praktycznie tyle samo, ale “produktów ubocznych” hodowli będzie jakby trochę mniej :D A już się prosi o sprzątanie w koziarni, tylko czasu wciąż mało.

      • kanionek

        Przeczytałam “pory konfliktowane” i zaraz pomyślałam, że pięćset lat na karku, a ja wciąż nie znam wszystkich kuchennych technologii.
        Nowe słodkie dzieci nie mają litości dla pościeli… Dzisiaj wpakowały się pod poszewkę i próbowały wygryźć sobie drogę powrotną ;)
        Och, i nie tylko ta poszewka się przydaje, bo podłogę zmywam teraz 5 razy dziennie, i część ręczników została zatrudniona w charakterze szmatek.

  • Ania W.

    Poza pudłem, ale i tak szybko ;). Serdeczności dla Obory!

  • wy/raz

    No, siłę sprawczą masz. I Bąbelkobrukselki!!! Może w takim razie Agro i Unia :-). Boczek i Spółka ;-). Proszę o podanie daty powiększenia stada, to może w kalendarzu będzie Dzień Miłosiernego Kanionka vel Oszukać Przeznaczenie 2.

    Przeczytałam: przepis z całego czosnkowego sera polecam, bo jest wprost idealny. No tak to jest jak się lubi sery. I cebulowy piszesz, hmm…

    Dzięki za przepis, niestety nie wiem co zrobić ze stadem porów.

  • Agniecha

    na szybko.
    Zupa porowo ziemniaczana. Porów może być i 27. Tylko musisz mieć duży garnek. :-D

  • GONIA

    Kanionku jesteś przecudną kobietą co już niejeden/ niejedna ci mówiła, jak zobaczyłam te brukselki to pierwsza myśl- jakiś cwany ,,humanitarny ,, typ podrzucił pod drzwi, no ale to było bardziej perfidne ,ale rozumiem, nie mogłaś inaczej, serce ty masz jak słońce wielkie i gorące, uwielbiam twoje podejście do życia, pozdrawiam i zawsze czytam,G.

    • kanionek

      Dziękuję, Gonia, ale już nie przesadzajmy z tą cudownością, naprawdę. A podejście do życia mam bardzo dobre, fakt, tylko czasem zapomnę to podejście wprowadzić w życie. Albo może inaczej: ja bym chciała, a nerwica mówi “po moim trupie! Nie będziesz wyluzowana jak kwiat lotosu i tak dalej, licz mi tu szybko te kafelki nad wanną!Tak, dobrze, a teraz OD NOWA” :D

  • Olika

    1.zupa porowo-ziemniaczana
    2.łosos zapiekany pod porowo-ziemniaczana pierzynką ( brzmi ekskluzywnie ale to 15-20 min roboty i mnostwo pysznego żarcia) tobtak naprawde gestsza weesja zupy ;-)

    A brukselki pierwszoklaśne, może Nierusz i Zostaw albo Polo i Cocta?

      • kanionek

        Dziękuję, Olika, zupa już drugi raz pada w propozycjach, więc może jednak? Bo łosoś to tak jakby ciut kosztowny interes w tych czasach, gdy ryba droższa od złota, no i hodowlany. Nawet te oznaczone jako “łosoś norweski” są z przegęszczonych hodowli, i ja nie chcę wierzyć we wszystko, co mówią internety, ale PODOBNO w tych łososiach jest więcej pierwiastków, niż się śniło Mendelejewowi (albo antybiotyków Flemingowi).

        Nie mogą się nazywać Zostaw i Nierusz, bo reszta psów by do reszty zgłupiała :D
        Polo i Cockta, no świetnie. Wyobrażasz sobie, jak biegam po lesie i wołam: Polo Cockta! Polo Cockta! Hejkum kejkum…
        Jeszcze mi się do domu jakichś krasnali nazłazi!

    • Willow

      Rum i Cola 🤣
      Bazylia i Tymianek💕
      jakby Brukselkom nie było i tak Kanionek albo Małyżonek przerobią po bliższym i dalszym poznaniu🤣

  • Basia

    Kanionku! Cudna jestes! Polococta! 3xtak :)

    • kanionek

      Ale że cudnej urody, czy taka cudaczna bardziej…? :D
      (A ja Wam mówię, że nieważne, jak te brukselki teraz nazwiemy, bo najdalej za kilka miesięcy Małyżonek i tak wynajdzie im takie imiona, że klamka zapadnie, szczęki opadną, a kości zostaną zjedzone, czy coś).

      • Basia

        Jestes po prostu cudna z charakteru:))

        • kanionek

          To już naprawdę wyższa szkoła dyplomacji, żeby Kanionka cudnym z charakteru nazwać (tak pewnie pomyślał Małyżonek, jeśli to przeczytał), ale dziękuję :)

    • Iza

      Aż sobie wylezę z szafy chwilowo… :)
      Odczytałam na głos w gronie rodzinnym dywagacje na temat Polococty. Efekt:
      Córka: Jeśli nawoływanie Polococta może przywabić krasnale, to zawsze można nawoływać Marco Polo… Chociaż to z kolei może przywabić karetkę psychiatryczną…
      Mąż: E, po 10 minutach biegania z nawoływaniem to i tak zacznie brzmieć Małpo Polo, więc spoko…
      xD

      • kanionek

        Ha ha :D A figę z makiem! Karetka nie dojedzie, bo droga dojazdowa do mnie to obecnie bajoro pełne głębokich niespodzianek (i jeszcze rolnik poprawił, bo sobie orał, równał i siał, nawrotki robiąc właśnie naszą drogą), więc mogę sobie fiksum dyrdum do woli!
        No chyba, żeby helikopter… Na helikopter nie ma mocnych.

        • agniecha

          A gdzie będzie lądował?
          Ten helikopter?
          A w sprawie porów, to przeczytawszy wszystko powyżej, dochodzę do wniosku że powinnaś je SKONFLIKTOWAĆ. Wytłuką się same, pozostanie samotny zwycięzca, a Ty go wrzucisz do rosołu jako włoszczyznę ( co za słowo w ogóle, do jasnyanielki ).

          • kanionek

            No bo z Włoch przywieźli egzotyćne kwiaty dwa, tfu – marchewki i takie tam inne, to jak mieli nazwać? Ciesz się, że nie z Wenezueli, bo dawać do zupy wenezuelszczyznę to ić pan w krzaki, ile to sylab i język można połamać.
            A helikopter oczywiście na łące. Ewentualnie na dachu, okrakiem.

      • agniecha

        Dobrze że nie przywieziono tych kwiatów kapuścianych ze ZWIĄZKU SOCJALISTYCZNYCH REPUBLIK RADZIECKICH ( sylaby i te sprawy ). To już rosół by był na samej faunie, bez dodatku flory.

        • kanionek

          Łiii, to by była po prostu ruszczyzna, ze związkiem, czy bez związku ;)
          Sto lat nie jadłam rosołu, jak na wieśniaka przystało :D

  • mp

    Bombelki cudne i z pewnością to one wygrały los na loterii, wchodząc do stada Kanionkowego :)
    Zupę porową polecam, można najpierw podsmażyć starte warzywa korzeniowe, pokrojone ziemniaki , dodać pokrojone pory i poddusić, zalać bulionem ( u mnie w tej roli występuje kostka pana Rosołowa :) i po krótkim gotowaniu zupa jest gotowa. Można ją zamrozić w porcjach i mieć na czarną godzinę, można dodawać śmietanę, można blendować i zajadać z czosnkowymi grzankami- pyszna w każdej wersji.

    A tarta porowa prosta jak budowa cepa- jeśli jesteśmy mięsożerni, to na patelni podsmażamy jakieś pokrojone w kawałeczki wędliny (boczek wędzony, szynka itp.), do tego dorzucamy krojone pory, dusimy, aż lekko zmiękną. Lekko studzimy, wbijamy parę jajek, żeby nam się później masa ścięła, czyli najmniej ze 3, dodajemy hojnie śmietany lub jogurtu (ja daję duży kubek na patelnię), solimy, pieprzymy . Do masy ścieramy na grube wiórki ser, jaki tam mamy pod ręką i nam nie żal. I to już w zasadzie wszystko, teraz tylko na lekko podpieczony spód z ciasta kruchego (wersja dla ambitnych) albo francuskiego z Biedry
    ( wersja moja) wylewamy przygotowaną masę, całość pieczemy w piekarniku około 40 minut- czyli aż się lekko przypiecze z wierzchu. Pyszne na gorąco i na zimno .

    W ten sam sposób robię również tartę na winie, czyli remanent lodówki- może być z brokułami i serami pleśniowymi, w wersji wypasionej z łososiem wędzonym,może być z bakłażanami , fetą, szynką dojrzewającą i kurkami i co tam jeszcze komu przyjdzie do głowy. Por do każdej z tych wersji się przydaje, bo fajnie zaostrza smak.

    Lubię też prostą sałatkę : pokrojony por, kukurydza z puszki, pokrojona w kostkę wędzona pierś kurczaka lub indyka, pokrojony w kostkę “żółty” ser (pewnie podobnie smakowałoby z upieczoną zwykłą piersią z kurczaka i Twoim wędzonym serem), to wszystko solidnie pieprzymy, trochę dosalamy, miąchamy z majonezem i czekamy z godzinę, aż się przegryzie.

    Zazdroszczę Ci tych porów ! Jakbym miała ich tyle, zrobiłabym pewnie więcej tego farszu do tarty i zamroziłabym w porcjach na zaś.

    Czy z dojrzewających serów coś masz teraz gotowego ?

    • kanionek

      Mp – dziękówa za przepisy, faktycznie zupę można zamrozić, zapomniałam, a ta sałatka już mi się marzy. Tylko te kurczaki sklepowe mnie jakoś brzydzą, ale może raz się skuszę – w sałatce pewnie da się to zjeść. Dlaczego ludzkość tak okropnie psuje żywność, która była dobra przez wieki, a teraz wszystko jakieś napompowane wodą i popędzone na bób wie czym, byle więcej i szybciej? To znaczy wiem, że taniej, ale chyba przekroczyliśmy już granicę przyzwoitości z tą masową produkcją wszystkiego. No ale dobra, nie marudźmy.
      Och, i zakwas buraczany muszę zrobić, kolejny dopisek na liście.

      MAM! Mam cheddary, mam trochę canestrato (dużo nie zrobiłam, bo strasznie kapryśny i pracochłonny ten ser i zawsze z nim kończę w środku nocy, choć przyznać trzeba, że smak to wynagradza), edamskiego parę krążków, emmentalera skarpetkowego też, manchego, resztki cabra al vino, i chyba powoli powinien dojrzewać pierwszy z cotswoldów, ale to muszę jeszcze sprawdzić. Aha, no i derby jest, oczywiście, wersja tradycyjna z szałwią oraz wersja “zioła prowansalskie i kwiaty bławatka”. Obydwa pyszne.

      • Dytek

        Ależ ta surówka bez mięcha też jest przepyszna. Podwędzany ser i mamy niebo na języku. Albo prostota: por, jabłko, rodzynki, majonez. Jak ktoś nie daje rady z ostrością pora można go lekko sparzyć albo zrobić surówkę dzień czy kilka godzin wcześniej. Mniam. I kotlety jajeczne wychodzą o niebo lepsze z podduszonym na maśle porem niż z cebulą.

        • kanionek

          O, to taką z jabłkiem, rodzynkami i majonezem (i śmietaną) to robię z selera i jest pycha (Małemużonkowi bez jabłek i rodzynków), a z porem to pamiętam z dzieciństwa kompozycję: por, seler, marchewka i majonez. I pieprz i sól, rzecz jasna. Jak się pokrojony por ugniecie najpierw z solą, a póxniej doda resztę składników, to por jest mięciutki.
          Sałatka jajeczna, powiadasz. Zjadłabym, a jakże. Tylko kurczaki znowu mnie w konia robią z jajkami. Ale może się uzbiera przez tydzień.

          • Dytek

            Kanionku – kotlety jajecznica. Ale cóż, sałtaką jajecznica z polem też bym nie pogardziła

          • kanionek

            Fakt, że ja pomyliłam sałatkę z kotletami to jedno, a drugie – widzę, że z Tobą to dopiero telefon robi co mu się żywnie podoba :D

          • Dytek

            Pidzie (PISZĘ) z telefonu. Niech żyje korektor tekstu – zostawiam pisownię oryginalną 😤😂😈😢😩😩😩😲😭😫😨😅

  • grazalpl

    Slitasne brukselki!
    Kanionek to prorok jak nic :P
    MP dzieki za przepisy,zainspirowalas mnie :)))

  • Łada

    Czy to znaczy, że mogę zamówić zestawik serów??!!!!!
    Porów zazdroszczę, robiłam kiedyś na patelni, pokrojone w spore kawałki i podsmażone/ podduszone i do tego potem dorzucić obrane pomidory/ czosnek/ przyprawy i dusić, aż się zrobi sos. Pory na ten czas wyjmowałam z sosu, chyba? Hmmm, chyba sama wypróbuję.
    Zrobię natomiast to coś czosnkowe, dzięki! Zaiste, nie ma jak ktoś inspirujący…
    Zdrowia dla stada, w tym Bombelków! Łada

    • kanionek

      Ależ jak najbardziej, zestawik zamówić można zawsze, tylko nie zawsze w zestawiku będą sery dojrzewające (a teraz już tak).
      Zdrowia nam wszystkim! Uściski :)

  • Meg

    Pory lubią się z tymiankiem, same mi mówiły!

    • kanionek

      Sery też! Z tymiankiem, znaczy się, bo z porami to jeszcze nie robiłam. Może to jest jakiś pomysł – nasuszyć pora w krążkach i będą sery porowe? POROWATE? Ser i por, por favor…

  • Ania B.

    No co można powiedzieć na widok tych dwóch brukselek…??? No co ?? No cuda ! Ale że nie miała baba kłopotu….?? :-))
    Mój podziw gania Cię po całym obejściu , ale jeszcze bardziej gania tę panią, co ma OSIEMNAŚCIE psów…. Musi mieć DUŻE obejście – u mnie mieszczą się tylko dwa koty i pies :-(
    Pory się bardzo dobrze przechowują w chłodnym, więc się nie śpiesz ,
    Po raz pierwszy w życiu stałam się szczęśliwym końsumentem kanionkowych serów – na razie na czele stawki jest ser z kozieradką , tuż za nim cheddar !
    Buziaki dla bombelków …

    • kanionek

      “Ale że nie miała baba kłopotu….??” – No właśnie baba miała już tyle kłopotów, że na dwa dodatkowe machnęła ręką, bo to i tak niewiele w sumie zmieni ;)
      I owszem, pani łosiowa ma większe obejście, o jakieś parę hektarów :)
      No własnie trzymam pory w chłodnym i ciemnym korytarzu, z nadzieją, że poczekają na te ekscesy kulinarne, które zamierzam im zafundować. W lodówce nie mogę, bo więdną za szybko.
      BUziaki!

    • Leśna Zmora

      Co tam obejście, jakie duże łóżko, żeby cała 18 (+ państwo łosiowi) się zmieściła!

  • Ania B.

    A , chyba jeszcze nie pisałam , że podróże z Kanionkiem kształcą – przynajmniej MNIE kształcą ….
    Z dzisiejszego wpisu poznałam dwa nowe, mądre słowa : progeria oraz litota…
    Oraz kilka przepisów kulinarnych…
    Pszyjemne z porzytecznym :-))

    • kanionek

      :D
      Eee tam, taka edukacja – mało kto tych słów używa, oprócz zawodników wąsko wyspecjalizowanych w odpowiednich dziedzinach.
      Ale proszę uprzejmie, mam jeszcze pewnie pół setki takich niepotrzebnych nikomu słów w zanadrzu – na co dzień siedzą w mojej głowie i grają w karty z nudów, ale może kiedyś przebiegną się na bloga i z powrotem ;)

      • Iza

        No to ja jestem niby z tej samej branży, ale jednak chyba ze dwie klasy rozgrywkowe niżej, bo musiałam sobie te dwa słowa wyguglać. Ale ja tu sobie zamacham alibi w postaci starczej sklerozy – bo trzymam takie alibi w szafie w przedpokoju na Wszelki Wypadek (Chmielewska) i czasem się przydaje, jak widać. :P
        Więc tę skromność możesz wywalić na kompost, może kurczaki polubią. :)

  • mp

    To jeszcze jeden przepis na imprezową zapiekankę z porów- przebój mojej koleżanki, która przypalała nawet jajecznicę i wodę na herbatę, a tym daniem łamała serca męskiej części imprezowiczów (i damskiej, jeśli się akurat nie odchudzała).Potrzebujemy tylko kilka porów, ze dwie paczki plastrów wędzonego boczku, dużą śmietanę i słoiczek koncentratu pomidorowego, trochę soli, sporo pieprzu. Bierzemy plastry wędzonego boczku, zawijamy w nie pora pokrojonego na kilkucentymetrowe kawałki (na szerokość plastra boczku). Takie roladki ustawiamy pionowo w naczyniu do zapiekania, lekko natłuszczonym. Śmietanę mieszamy z koncentratem (jeśli duży, to dać połowę), dodajemy sól i pieprz. Zalewamy roladki sosem, pieczemy w piekarniku aż pory będą miękkie, czyli około pół godziny w 180 stopniach, najpierw pod przykryciem, a potem odkrywamy, żeby się trochę podpiekły. Bomba kaloryczna, ale pyszota !
    A wracając do serów- parmezan to kiedy może dojrzeć ?

    • kanionek

      Widzę te roladki oczyma wyobraźni. Nie powinnam czytać takich rzeczy na głodniaka.
      Parmezany to jeszcze ho, ho, bardziej tak w 2022 roku, ale może Romano dojdą do znośnego poziomu dojrzałości przed świętami BN, a Romano to też twardy ser, z rodziny pecorino, o ile mnie pamięć nie zawodzi.

      AHA! Kto chciał camemberty? Bo ja nie wiem – miały być bardziej stabilne, a one już po pięciu tygodniach wyglądają, jakby się miały rozpłynąć. Pachną już grzybowo, jeszcze żadnego nie rozkroiłam, ale chyba przeniosę je do 2 stopni, żeby spowolniły, bo inaczej będę je w mililitrach odmierzać, a nie w gramach. Są tylko 3 sztuki, bo to była partia próbna (myślę, że jeszcze w tym roku ich narobię), ale chętnych chyba też nie było zbyt wielu, tylko zgłoście się, bo ja już naprawdę nie łączę kropek i nie pamiętam co było w ub. tygodniu.

  • Ewulek

    Drogi Kanionku. Niemal od początku czytam Twojego bloga, ale dopiero teraz postanowiłam się ujawnić i złożyc zamówienie na Wasze osławione już sery. Przez te wszystkie lata byłam wierną Twoją czytelniczką i cieszy mnie , że mimo nawału pracy i znacznej juz gromadki zwierzyńca, nie zostawiasz nas, sekundujących Ci czytelniczek na długi czas bez wpisów

  • kanionek

    Dzień Pieszego Pasażera: nad ranem jeszcze nawet szczególnie mocno nie wiało, a prąd i tak zabrało. Automatyczna panienka z Energa SA poinformowała beznamiętnie, iż podlegamy wyłączeniu awaryjnemu, a na powrót luksusu możemy liczyć nie wcześniej, niż o 13:00 (a tak naprawdę to o 17:00, ale oj tam, oj tam). Cóż było robić? Zgadnijcie, kto wydoił ręcznie 19 kóz. A Małyżonek jedną. Ale praca i tak była zespołowa, bo Małyżonek ma już z kozami wyrobione zwyczaje i całą rutynę, więc on wpuszczał i wypuszczał (a raczej wyrzucał) kozy na dojalnicę, a ja już tylko doiłam.

    Bez prądu jak bez nogi. Nie tylko dojarka nie działa, ale i wody nie ma, i lodówki nieme, i zamrażarki pełne zapasów na długie tygodnie w grupie szczególnego ryzyka. Tak więc opóźniło mi się serowanie, zmywanie, i pisanie maili, a mam już trzydniowe zaległości. Idę Wam odpisywać, bo wiatr ma się na noc rozpędzać i nie wiadomo, czy zaraz znów nie trzeba będzie ucałować świeczki w niezawodny knocik.

    PS. I oczywiście dylemat – palić w piecu, czy nie? Wczoraj się nie dało, bo za ciepło na zewnątrz i komin nie złapałby ciągu, a dziś ryzyko, że prąd padnie, a z nim pompa. Ech.

  • ewulek

    Witam Cię serdecznie Kanionku.Pierwszego listu do Ciebie nie dokończyłam , a mój mąż wysłał go do Ciebie bez przysłowiowej kropki.Ja zaś na parę dni musiałam zapomnieć o komputerze z różnych względów.
    .Niemniej jednak dokończę ostatnią myśl z poprzedniego wpisu.Cieszę się, że ostatnimi czasy nie zostawiasz nas, wiernych czyteliczek, kóz Obory Kanionka i kozłów ( mój mąż też zaśmiewa się czytając Twoje wpisy) na długie okresy posuchy jak niegdyś, kiedy przez parę miesięcy nie dawałaś znaku życia, a my wiernie czekałyśmy, czekałyśmy…
    Przez te wszystkie lata Twój blog był dla mnie wspaniałą lekturą.Śmiałam się ,płakałam i wiernie Ci sekundowałam i mam nadzieję, nadal będę .Masz doskonałe pióro i w czasach, kiedy na rynku czytelniczym,niewybreną pisaniną zalewane są półki ksiegarni,Ty marnujesz swój talent.Dziękuję Ci Kanionku za te chwile spędzone z Tobą i Twoim zwierzyńcem .Ponieważ mieszkasz daleko ode mnie, w kozie sery zaopatrywałam się zawsze na lokalnym rynku,bo myślałam, że jednak ta podróż nie zrobi im dobrze .Czasy się zmieniają i moje myślenie również.Chciałabym zamówić zestaw serów, w tym twarożku,cheddara, sera z kozieradką, cebula i co tam jeszcze mi zapodasz.Mój mąż jest fanem serów długodojrzewających, ja wszystkich, a twarożek kocham.Poproszę więc o taki zestaw i z góry dziękuję.

    • Willow

      kochana pisz maila na info@kanionek.pl, w tytule że chcesz sera :) – tak to działa od dawna- ile czego chcesz, telefon i dane do wysyłki. Tutaj komentarz może umknąć zapracowanemu Mistrzowi Koziarni i Serowarstwa i się nie doczekasz ;)
      podróż serom nie szkodzi w żaden sposób, Kanionek pakuje genialnie i z chłodzeniem, sama zresztą zobaczysz

      • Ania B.

        “Kanionek pakuje genialnie i z chłodzeniem” – i to jak !! Mnie na kolana powaliła paczuszka lodu PODPISANA : Deszczówa ….. :-))

        • kanionek

          No tak, bo sobie pomyślałam, że po co marnować wodę pitną, skoro deszczówka zamraża się dokładnie tak samo, a podpisuję, bo jednak zdarzały się już pytania: “Czy tę wodę z worka można wypić?” oraz “Do czego się ta woda nadaje?”. No to teraz wszyscy wiedzą, że można nią podlać kwiatki – to jest wspaniała deszczówka z ekologicznie czystego regionu (na tyle, na ile teraz jakikolwiek region może być czysty), Kanionek tą deszczówką czasem poi pomidory szklarniowe, więc polecam, kaktusy Wam po tej wodzie zakwitną, a bananowce obrodzą jak nigdy!

      • kanionek

        Wierzba zawsze czujna i na posterunku :D
        Dzięki Twoim wskazówkom już dostałam maila od Ewulka :)
        A Mistrz właśnie skończył kolejną partię serów wędzonych (poprzednia miała być ostatnią, ale się rozkręciliście z zamawianiem i co zrobisz? Dzięki bobu dziś pogoda dopisywała). Brukselki dzielnie szalały kilka godzin na podwórku, więc teraz śpią jak dwie rowerowe dętki, a ja dopieszczam kolejną partię camembertów, bo ta pierwsza wyszła WSPANIAŁA. Dziś dopiero odważyłam się rozkroić jeden krążek – idealna konsystencja, przy krawędziach półpłynna, w centrum ładnie zwarta, ale gładka i aksamitna, jak to u camemberta. Posolone też idealnie, no udały mi się :)

        • Willow

          czujna, czujna :) zaglądam codziennie, nawet jak się nie odzywam to wiedz, że moje stalkerskie oko pacza :)
          Znaczy się znów przeze mnie masz robotę ;)
          jak ja lubię camemberta <3
          u nas pogoda dziś też była fajowa

          • Cma

            Moje też pacza. Codziennie.

          • kanionek

            A to dobrze, bo znów się zastanawiałam, nie dalej jak dwa dni temu, czy wszystko u Ciebie w porządku i jesteś tu jeszcze :)

          • kanionek

            To może się jeszcze załapiesz :)

          • Cma

            Kanionku, a co tam u Ciocisamozlo? Kachny? Zeroerhaplus? Modrej? Bez wyrazu? Lidki? I innych z tamtej brygady oborowej? Odzywają się do Ciebie? W porządku u nich?

          • kanionek

            Ciocia się odezwała pod poprzednim wpisem – krótko tylko napisała, że wychodzi z depry :-/
            Kachna dała znak życia, jak widzisz, a mailujemy od czasu do czasu i wiem, że żyje i to jeszcze jak! (Nie będę zdradzać wszystkich celebryckich sekretów, ale Kachna ma znajomości w kurii!)
            Zeroerha już kilka lat temu napisała, że robi sobie przerwę od internetów i telewizjów, bo ma przesyt i potrzebę zajęcia się prawdziwym życiem, czy jakoś tak, i chyba jej się spodobało, i oby :)
            Lidka faktycznie przepadła!
            Modra! Pisała tu dwa lub trzy wpisy temu, i maila do mnie wysłała, i miałam jej prawie zaraz odpisać, i chyba w końcu do niej zadzwonię, bo tak będzie najszybciej.
            Jest jeszcze sporo osób, które “przepadły”, ale ja rozumiem, że takie życie, a poza tym nie każdy musi ciągle chcieć pisać.

          • kanionek

            I JESZCZE BECIA! Nasza oborowa kadrowa i protokolantka, która zawsze wiedziała, kto z kim, w którym roku, i jakiego był koloru.

          • Kachna

            CMA – ja paczam również!
            Żyję!Ściskam wszystkie Kozy i inne stworzenia!
            Że pamiętasz… Buziaki!

          • mitenki

            Z tamtej brygady oborowej jeszcze Paryja zaginęła całkowicie…

          • kanionek

            Tak, Paryja zniknęła na amen i Leśna Zmora też – to z kóz, które miały kozy.

        • mitenki

          Ujawnia się kolejna stalkerka – i ja też paczam codziennie, choć rzadko się odzywam.
          Dawkuję sobie Kanionka jako środek antydepresyjny :)

          • kanionek

            Ja sobie czasem dawkuję stare komcie, sprzed kilku lat – co tam się wtedy działo, to głowa za mała, by to objąć rozumem :D

          • mitenki

            Ha! Komcie też paczam – obowiązkowo!
            A kiedyś, gdy długo nie pisałaś, zaczęłam czytać bloga od początku. I tym sposobem sporo notek jeszcze raz przeczytałam, aż się wzięłaś i poprawiłaś :D

            Kachna – ja też pamiętam :)

          • Kachna

            Mitenki – :))

          • Cma

            Kachna , no jak nie pamiętać. Z tym, że z pamięcią u mnie ostatnio nie szczególnie, covid mi zezarl najwyraźniej jakieś kluczowe partycje dysku, bo choć do niedawna miał pamięć jak zaleta, to teraz zdarzają mi się takie akcje sklerotyczne, że sama w to nie wierzę:(
            Właśnie się zaczęłam zastanawiać, pod jakim nickiem ja tu wcześniej pisałam…

          • Cma

            Jak żyleta.

          • kanionek

            Ćmo kochana, gdybyś kiedyś znowu zapomniała, to pisz na mojego maila, bo ja JESZCZE pamiętam. A później, no cóż – będziemy sobie wszystko zapisywać na żółtych karteczkach :)

    • kanionek

      Ewulek, nic się nie marnuje, bo przecież WY mnie czytacie :)
      Już odpisałam na Twojego maila! To znaczy musisz wiedzieć, że “już” oznacza tego samego dnia, bo czasem zdarza mi się trzydniowy poślizg, albo i dłuższy.
      I dziękuję. Piszę tego bloga dla Was, bo niby dla kogo? A gdy nie piszę, to nie przez Was, tylko tzw. okoliczności życiowe ;) Oby już zawsze były sprzyjające.

  • ewulek

    Kanionku, sery dotarły w doskonale skonstruowanej paczce :).Dzięki serdeczne.Cheddar w połowie zjedzony .Jest bardzo smaczny.Za chwilę zabieramy się za fromage, ale już go próbowałam i jest ” przepychota” !Mamy teraz spory zapasik i dużą różnorodność Twoich serów : ). Twój serowarski talent został kolejny raz, tym razem przez nas potwierdzony.Otwierając następne opakowania, będe dzielić się naszymi smakowymi
    oznaniami.Daj znać, jak długo tak pakowane sery mogą leżeć na w lodówce? Gdybyś czasami znalazła wolną chwilkę ;), wygłaszcz kozy w podzięce.Jak znajdziesz dwie chwilki, nie zapomnij o reszcie zwierzyńca i o Małymżonku, rzecz jasna :)

    • kanionek

      Ooo, dziękuję :) Ten cheddar, który załapał się na wycieczkę do Was, faktycznie należy do moich najbardziej udanych (w tym roku kilka razy modyfikowałam przepis, żeby osiągnąć cheddar doskonały, zobaczymy jakie będą kolejne krążki), a jeśli chodzi o przechowywanie, to tak:
      1. Miękkie, świeże sery “twarogowe”, jak fromage, twarożek, szewrolada – najlepiej spożyć w ciągu 7-10 dni (ale zaraz przyjdzie Willow i Wam powie, że po miesiącu też są dobre :D)
      2. Sery w krążkach z dodatkami lub bez – najtrwalszy jest wędzony, wciąż pyszny po miesiącu w lodówce, niektórzy trzymają nawet dłużej, a pozostałe to powiem tak: w oryginalnym opakowaniu one się nie zepsują, ale ich smak będzie się zmieniał z każdym tygodniem, więc rzekłabym, że pierwsze dwa tygodnie to ser, jaki był na początku, a np. po dwóch miesiącach to ser wciąż jadalny, ale już ostrzejszy w smaku
      3. Sery dojrzewające, czyli te w kawałkach i o dziwnych nazwach: w oryginalnym, nieotwieranym opakowaniu mogą leżeć w lodówce co najmniej pół roku, a im twardszy gatunek, tym dłużej (romano, canestrato, twardy cheddar – będą doskonałe nawet po roku!)

      Zasada jest taka, że im twardszy i bardziej dojrzały ser, tym dłuższa data przydatności do spożycia (to kwestia stabilności biochem.), oraz taka, że opakowane próżniowo zawsze trwają dłużej, niż te, które już dostały kontakt z powietrzem.
      I jest trzecia zasada: wszystkie sery można mrozić :)

      • Willow

        No pewnie, że przyjdzie i powie:)
        dziś właśnie otworzyłam leżącą od 21 dni w lodówce szewroladę paprykową (swoją drogą sztos <3)- i co? Rewelacja :) ale oczywiście leżała w opakowaniu oryginalnym.
        I jak już wcześniej mówiłam fromażyk po miesiącu też był super. A otwarty fromażyk pociągnął dwa tygodnie bez szkody na zdrowiu, smaku i urodzie.
        Co nie znaczy że zawsze tak długo leżą- po prostu doświadczenie robiłam :)
        Co do trzeciej zasady- mrozić, mrozić, bo jak kozy będą miały wolne to nici z serów :) I dla młodszych Kóz info- podpuszczkowe mrożę pokrojone w plastry na raz ( po rozmrożeniu bez zmian), szewroladę mrożę już w formie do smażenia ( utaplaną w jajku i bułce) i smażę bez rozmrażania- kupa radości w paskudne dni <3 I dzięki komu to mam ? Dzięki Kanionkowi, niech złe dni omijają ją szerokim łukiem. Lowjusołmacz

        I znowu czytam od początku :)

      • kapelusznik68

        Zasada jest taka, że jak po pół roku odkryjesz w lodówce opakowanie twarożku, to sernik będzie na kolację. Zapakowany próżniowo przez Ciebie kiedyś dał radę bez jednej zmarszczki na czole.

        • kanionek

          Żartujesz… Półroczny twarożek?! I po tym serniczku nie wyrosła nikomu trzecia ręka? (Choć to akurat mogłoby przemawiać ZA konsumpcją półrocznego twarożku. Sama bym żarła, jak Reksio polędwicę. Przydałaby się trzecia, a nawet i czwarta ręka).

          • kapelusznik68

            No rąk nam nie przybyło, a serniczek był ekstra. Z pół kilo twarożku to zniknął szybko. Polecam się :)

  • Dytek

    I za Willow też przytaknę – da się!!!!
    Kilka podwędzynych przeszło nawet interesującą, smakową metamorfozę.
    A tu jeszcze pomysła na nadmiar pora i buraków:
    https://www.wegannerd.com/2021/10/buraczana-focaccia-z-porem-i-szawia.html
    Czasem czytanie od początku to najlepsza terapia.

    • kanionek

      Wy dwie to jesteście agentki… Boję się zapytać, co to była za metamorfoza :D

      • Dytek

        Bardzo pyszna, ser lekko podsechł w kierunku parmezanu i nabrał szlachetnych aromatów oraz smaków. Mniam

        • kanionek

          Aaa! Czyli w otwartym opakowaniu leżał? No to też trochę inaczej, ale mimo wszystko – ja sama nie wiem, czy bym się odważyła, nawet dla dobra nauki :D

          • Dytek

            To było w zakątku dolnej szuflady o temperaturze bliskiej zera. Kupuje taki 0,5 kg ser owczy i trzymam go lekko rozchylonego z folii w lodówce na środkowej półce pod ścianą 6-9 miesięcy. Pyszna!

  • Leśna Zmora

    Kanionku! Ja żyję i czytam każdy wpis i aż mi się ciepło zrobiło w środku, że o mnie pamiętasz <3 . Teraz oprócz hodowli kóz doszła mi do gospodarstwa hodowla małych ludzi, no i przez to trochę gorzej ogarniam świat dookoła siebie, się pozachwycam w domowym zaciszu, jakie piękne kózki, drób, psy, koty, warzywnik, sery i co tam jeszcze (no wszystko masz piękne w Kanionkowie!) ale żeby to napisać w komentarzu, to wyleci z głowy :( .

    Brukselki są śliczne, małe i kochane! Ucałuj je ode mnie :) . Lepiej trafić nie mogły!

    • kanionek

      Gratulajce! Nie jest łatwo hodować małych ludzi, gdy się do tego jeszcze ma kozy! Uściski dla wszystkich :)
      A pamięć to ja mam jak pies Pawłowa: ilekroć widzę te piękne, kolorowe wiaderka od Ciebie, a widzę je codziennie, bo są wszędzie – u dziewczyn, u chłopów, na podwórku dla psów – to za każdym razem myślę: “Leśna Zmora, Leśna Zmora!” :D
      (I nie martw się, jeszcze góra 20 lat z okładem, i znów będziesz miała więcej czasu dla siebie. Zleci jak z bicza trzasł!).

      • Leśna Zmora

        No są minusy, ale z drugiej strony – nie będzie ciągania mnie do mini zoo, żeby za kupę kasy móc nakarmić 3 kózki i kurczaka ;) .

        Ale fajnie, że wiaderka się przydają :) . Ja mam takie 2 sztuki i od ładnych paru lat ich jeszcze nikt nie zepsuł (a teraz są u koziołków, także wiadomo jakie użytkowanie…)

        • kanionek

          No wiadomo, że wiadomo – najfajniej się wskakuje do wiaderka, nakurwia rogami w wiaderko, wsadza łeb pod wiaderko, żeby je wyciągnąć z mocowania… Zabawy kupa!
          A my tymczasem mamy nowe zwierzątko… I jednocześnie nie mamy już kurczaków. To znaczy dwie przytomne kury wyprowadziły się do koziarni, a jedna do kaczek, co wcale nie wzbudziło moich podejrzeń, bo kury lubią dziwne zwroty akcji, tyle że teraz się okazało, iż akurat miały ważny powód. Do kurnika wprowadziła się kuna.
          To znaczy nie wprowadziła, bo już bym ją dawno zauważyła, tylko w nocy sobie wpadała, polować na kury. Ja w nocy do kur nie zaglądam, bo i po co, a za dnia kury łażą gdzie chcą, więc jak idę zobaczyć, czy są jakieś jajka w kurniku, to tam albo nikogo nie ma, albo jedna kura siedzi w gnieździe. Tego wieczora psy darły mordę, co jest najzupełniej normalne. Ale że nie chciały wrócić do domu, pomimo że na zewnątrz piździawa, to już nie jest normalne. Już chciałam wzruszyć ramionami, że jak nie, to nie, ale usłyszałam pisk przypominający nieco okrzyk puszczyka. Ale to jednak dziwne, żeby puszczyk siedział gdzieś blisko domu, a poza tym psy by się tak nie emocjonowały… Nie dało mi to spokoju, bo a nuż ten puszczyk jest ranny i siedzi w krzakach, a psy tylko patrzą, jak go z krzaków wyciągnąć? Więc wzięłam latarkę, nałożyłam buciory, i idę zobaczyć, co tam w nocnej telewizji. A wszystkie psy węszą pod kurnikiem! Więc myślę – czy to możliwe, że puszczyk wlazł do kurnika i tam sobie polowanie urządza?
          (Myśl niedorzeczna, no ale raz na tysiąc lat coś dziwnego może się zdarzyć).
          A w kurniku na drabince stoi sobie kuna i patrzy mi prosto w twarz. Ja do niej: PSIK!, a ona nic. Podchodzę bliżej, a ta NIC! Psikam, macham latarką, kuna ma wywalone. Dopiero gdy stuknęłam ją latarką w dupę, to się ruszyła i zbiegła, uciekając na dach, a gdy ja wyszłam z kurnika, to ona już się zaczęła pakować z powrotem!
          I co ja mam teraz zrobić? W kurniku siedzą dwa koguty. W koziarni dwie kury. Nie wiem, gdzie jest ta, co się szlajała z kaczkami. Tyle nam chyba zostało :( Jutro postaram się pożyczyć klatkę żywołapkę i jeśli ta kuna się złapie, to się ją gdzieś wywiezie, ale czy one wracają? Pierwszy raz widziałam kunę z odległości pół metra. Pierwszy raz w życiu zdzieliłam kunę po tyłku latarką! Biedne kurczaki. Człowiek w lesie spać spokojnie nie może, bo zawsze coś. Jeszcze tylko niedźwiedzi nie było, jak pragnę zdrowia. Idę się denerwować.

          • grazalpl

            Przytulam, no nie wiem co powiedziec.
            Kolo nas mozna kojota zobaczy ,po zmroku.Male miasteczko kolo Chicago.
            W pracy na parkingu widywalam szopy pracze i skunksa .
            Pcha sie ta zwierzyna, idzie odebrac co swoje.
            Nie daj sie Kanionek! Bron kurczakow.

          • kanionek

            Dziękuję, Graża. Policzyłam dziś kurczaki, które się pokitrały w koziarni – łącznie sześć kur i dwa koguty. Dwie kury na minusie, a kogutów było siedem… Może jakieś jeszcze się kiszą po krzakach – kiedyś po ataku jastrzębia też długo nie wychodziły z kryjówek. A kojota podobno pani Żozefin widziała pod lasem…
            Klatka żywołowna będzie dopiero w piątek, a tymczasem drzwi w kurniku otwarte dla psów – niech tam nasikają, a nawet co gorszego. Podobno wyraźne psie zapachy zniechęcają kuny, ale czy to prawda, to się okaże.

          • Leśna Zmora

            Oj biedny Kanionek i biedne kury :( .
            W znajomym stadzie drobiu była dwa razy akcja kuna, po złapaniu do żywołapki, wywiezieniu na drugą stronę rzeki i dla pewności jeszcze 10 km cholerstwo nie wróciło na szczęście.

          • kanionek

            No, wkurzona wczoraj byłam i znów się nie wyspałam, bo choć wiecie, że często miałam na pieńku z kurczakami, to jednak mi ich żal. Zwłaszcza że one po ciemku nic nie widzą i nie mają szans. Oby się udało złapać tę cwaniarę (a ładne toto, nie powiem, z pyjka nawet milusie), to jej zafunduję wycieczkę.

  • Dytek

    Kanionku – jak złapiesz chwilkę – czy zdradziła nam w paru słowach jak przebiegrają Kampanie Antykunowa i Porowa? Boć ciekawość czy kuna nie śpi już całkiem oswojona i zintegrowana ze Sforą w królewskim łożu kanionkowym.

    • kanionek

      Kuna nie taka głupia. Na razie wiem tyle, że klatka działa, bo już sobie w nią złapałam Szybkotka (a lament był na całe podwórko!), a kuna spryciara cuduje i kmini, jak tu się dobrać do przynęty tak, żeby nie wchodzić do pułapki. Ładny podkop zrobiła pod klatką, nie powiem. Teraz klatka stoi na desce, obłożona deskami. Ale to z kolei budzi zainteresowanie kurczaków i tak ze dwa razy dziennie ktoś majstruje przy mojej misternej konstrukcji i jebs! klatka się zamyka, pusta, jeśli nie liczyć przynęty. To się wszystko skończy tak, że jeszcze złapię w tę klatkę ze trzy koty, kurczaka, dzięcioła, dwie szczypawki, i może Pasztedzika, po czym będę musiała oddać pułapkę, a gdy już oddam, to przyjdzie kuna i dokończy swe dzieło.

      Pory czekają na swoją porę. Udało mi się kilka przemycić do ryżu po chińsku (ciekawe, czy Małyżonek to czyta; podobno nie cierpi pora, a w chińskim żarciu nawet nie poczuł, że chciałam go otruć ;-P), zrobiłam zakwas z buraków, przerobiłam skrzynkę buraków na słoiki, i tak ciągle jakoś czasu brak na porowanie ;)

      • Dytek

        Kuna to nie spryciarza tylko wręcz przeciwnie. U Kanionka miałaby jak w puchu. Przyjdzie pora i na pora. Ostatnio chętnie zastępuję nim cebulę. Szczekranie pyszne w kotleta jajecznica albo i innych. A u Małżonka to może bardziej kwestia poglądów niż nielubienia.

        • kanionek

          Dytek, przysięgam, że jeśli napiszę kiedyś książkę, to dam jej tytuł: “Szczekranie pyszne w kotleta”. Twoja autokorekta jest dla mnie źródłem inspiracji, fascynacji i nieustającego zachwytu :D

  • Ange76

    Przyszłam tu trochę polamentować, bo coś się zepsuło w powiadomieniach (albo w moim gmailu) i raz dostaję powiadomienie o nowym wpisie do odebranych a raz gdzieś do poczty i nie wiem, gdzie. Tym sposobem przegapiłam ten post o miesiąc! Brukselki pewnie już dwa razy większe a ja dopiero teraz się o nich dowiaduję!!! Chyba pora wrócić do zwykłego wchodzenia na bloga co jakiś czas a nie zdawać się na maszyny z przypomnieniami.

    Masz wielkie serce Kanionku, doprawdy, Brukselki trafiły w najlepsze dla takich małych kapustek miejsce.

    Dziękuję za przepis na chleb czosnkowy. Pewnie też zrobię jak małżonka nie będzie w domu, bo on nie może ani glutenu, ani sera, ani czosnku, a w przeciwieństwie do Twojego Małegożonka zjadłby cały taki i poprosił o więcej.

    Co do porów, to ja robię zupę porowo-ziemniaczaną, bo jest prosta i szybka. Ze dwa pory pokrojone w półtalarki podsmażam na maśle w docelowym garnku, potem dolewam z litr wody, wrzucam 4 pokrojone ziemniaki, marchewkę w kawałkach, korzeń pietruszki i kawałek korzenia selera też w kawałkach. Doprawiam solą i pieprzem a jak mam gotowy bulion w słoiczku to i jego dodam. Gotuje do miękkości warzyw (ok. 30 minut), blenduję, doprawiam gałką muszkatołową i sosem sojowym (ale sama sól, albo maggi też może być) i gotowe. Gęstość zupy reguluję wrzątkiem już przy blendowaniu.

    • Ange76

      Widzę teraz, że zupa już się przewaliła w komentarzach ileś razy, więc trochę wtórna jestem z tym przepisem ;)

      Ale co ja to chciałam… kozy, kozy przepiękne po prostu. Ta biała to czystsza niż moja kotka, która też jest biała, ale w porze smogu raczej szarawa. I sierść te kozuchy mają taką błyszczącą, cudowne po prostu.

      • kanionek

        Przepis na zupę zawsze na propsie, zwłaszcza że Twoja jest jednak trochę inna, bo blendowana, a jesli chodzi o białą kozę, to pewnie masz na myśli zdjęcie Ziokołka, i tu muszę powiedzieć, że ona dopiero od niedawna tak ładnie wygląda, bo latem to była na granicy życia i śmierci (cholerne zapalenie cycka, które nie poddawało się leczeniu ŻADNYM antybiotykiem), nie chciała jeść, a futro z niej odpadało niemalże od podmuchów wiatru. Co się o nią namartwiłam, to moje, ale gdy już szło ku lepszemu, to mówię uczciwie – upasła się nie na mojej krzywdzie, tylko takiej jednej dobrej duszy, która Ziokołka wzięła w wirtualną adopcję, dzięki czemu mogłam głupiej kozie kupić paszę super-hiper-duper-mega odżywczą po milion złotych za kilogram, której to paszy samotrzeć opędzlowała kilogramów czterdzieści i nareszcie zaczęła na ludzi wychodzić. Cycek się obkurczył, wszystko uspokoiło, ja też, ale już nigdy Ziokołka nie zakocimy, więc oficjalnie nasza koza protoplastka i przyczynek do tego bloga przechodzi w tym roku na długą, mam nadzieję, i szczęśliwą emeryturę :)

        A Brukselki to się obecnie nazywają “Niaczki”, i masz rację, że są już dwa razy większe, choć głównie na długość :D
        Biedny Twójmąż – bez sera, czosnku i glutenu to ja bym sczezła, uschła i się rozpadła w miesiąc :(

        • Ange76

          Oj, biedny Ziokołek – kiedyś miałam zapalenie cycka, nic przyjemnego, a już ciągnące się dłuższy czas to musi być jakiś koszmar. Dobrze, że z tego wyszła i oczywiście, że to będzie najlepsza kozia emerytura ever, bo u Ciebie. Coś tak jakbyśmy my dostały emeryturę z Niemiec ;)

          Niaczki będą więc pieskami niskopodwoziowymi :D

        • Cma

          Ziokołek czyli Tradycja. Biedna, ale dobrze, ze już wykurowana – wygląda jak okaz zdrowia! Mam tylko pytanie, czy jak będzie wiadomy sezon, nie bedzie jej smutno?

          • kanionek

            Ziokołek, czyli Tradycja, nie jest – choć przykro mi to mówić – najlepszą matką na świecie :D Dzieciaki szybko jej się nudzą i zaczynają wkurzać, pałętając się pod nogami, a tak to można sobie poleżeć, żuć sianko, patrzeć w niebo, bez trosk i obowiązków. I tak zakacaliśmy ją co drugi rok (niechcący, bo ona po prostu kryła się ze swoimi dniami płodnymi, nie afiszowała, jak inne kozy, i tak jej się czasem udało prześliznąć obok trybików machiny rozpłodowej), i nie zauważyłam u niej syndromu kobiety bezdzietnej – nie zaglądała innym matkom do wózka, wzdychając przy tym cichutko ;) Zresztą – w tym roku w ogóle robimy eksperyment, o którym myśleliśmy już dawno, i Zmora też o tym wspominała – mamy listę 10 kóz do zakocenia, a resztę spróbujemy rozdoić. W tym roku w ten sposób doimy Mleczko, Larwę, Gwiazdę (Gwiazda też nie nadaje się do zakocenia nigdy, bo ma problem z wypadającą pochwą – przepraszam, że takie ginekologiczne szczegóły opisuję, no ale zwierzaki często mają podobne do ludzkich przypadłości), Mikrusa. Będzie więc mniej dziaciaków na wiosnę, ale i tak wystarczająco dużo, żeby wszystkie kozy miały ich powyżej dziurek w nosie ;)

          • Cma

            Cóż, chodziło mi również o szlaban na amory;) Chyba, że libido ma na podobnym poziomie jak instynkt macierzyński, więc nie będzie jej krzywdy :)

          • kanionek

            Zmylił mnie czas przyszły (“jak będzie wiadomy sezon”), bo “wiadomy sezon” trwa od października :) Niee, a nawet gdyby, to góra jeden dzień tego smutku i zaraz hormony odpuszczą i będzie miała spokój.

          • Cma

            No, tak. Trochę nieprzytomna jestem i kalendarza nie ogarniam czasem :)

    • dolmik

      Z tym dżimajlem to prawda. Ja też przeoczyłam TAKI wpis!!! Skandal. Dzisiaj zajrzałam, bo przeorałam pocztę żeby ją odgruzować….
      A tu takie nowiny…!!! A jeszcze nie czytałam najświeższego posta.
      Pewnie dzieciaki już duże na zdjęciach są.
      Potrzebuję trochę dobrych wieści i humoru bo dół zimowy straszny mnie pochłania.
      I nowe pomysły jedzeniowe mi tutaj wpadły 🤤 kocham pora.
      Lecę dalej czytać.

  • wy/raz

    U nas dziś biało. Jak bąbelki reagują na pierwszy? śnieg?

    • kanionek

      U nas spadło tyle tylko, żeby mi pranie pomoczyć (“Za oknem rejn, a w sercu pejn, i pranie nie schnie egejn“), a Niaczki wypuszczałam dopiero o ósmej, gdy już tylko zimna woda wszędzie zalegała. Ale wiem, że w końcu spadnie prawdziwy śnieg i wiem, że dla psiaków to jest zawsze frajda (ten pierwszy raz każdej zimy, bo potem to już wkurwia, jak wszystkich).
      I WIEM, że już czas na nowy wpis, że już mi lecą karne odsetki, ale ja tu mam właśnie walkę z czasem i zachodzącym słońcem. A dokładniej to chodzi o to, że dzień krótki jak Kaczor, a ja mam wciąż sporo zaległej roboty na zewnątrz (widły, taczka, ogólne prace porządkowo-naprawcze). Kozy dają coraz mniej mleka, więc Małyżonek coraz wcześniej wraca z kanką, a w tym okienku udojowym zawsze najwięcej roboty pogonię, bo potem to już jakieś obiady i inne głupoty, a przede wszystkim sery, bo mleko stoi i czeka.

      Mam jakieś fotki, w liczbie niewielkiej, nie wiem o czym pisać, Niaczki rosną (już prawie po 9 kg mają!), zimowy “w sercu pejn” się zbliża i puka do mych drzwi, więc wiem, że muszę się zmusić, bo w styczniu to już łooo, panie, wszystko na ryj poleci – morale, motywacja, siły, chęci i inne cnoty niewieście.
      Trzymajcie się i wytrzymajcie jeszcze chwilę.

      • wy/raz

        9 kg? Toż to prawie 4-Niaczki od 2 Bąbelków! Czy są bardziej jak pory czy jak balocik?

        I tak myślę, że przynajmniej cnoty niewieście możesz zrzucić.

        Nie wiem jak u Was, ale na listopad nie mogę narzekać, choć dziś z 10 cm śniegu. Pocieszam się, że do marca zleci ciemne, zimne i złe. A czas tak szybko płynie, że zaraz będziesz wtykać nasionka. Za niecały miesiąc przybędzie dnia. Choć, gdybym miała możliwość zapadałabym w zimowy sen.

        Trzymaj się!

        • Cma

          Dla mnie ten listopad jakiś wyjątkowo dolujacy. Nie chodzę, a człapię, albo szuram nogami. Mysli też szorują gdzieś po ciemnym dnie. Soma zas gorliwie dostosowala sie do psyche. Nie wiem, ale dni są nienormalnie, nawet jak na te pore roku, krotkie. Wydaje mi sie?
          Trzym się, Kanionku i wszystkie Kozy też.

          • kanionek

            Ja wiem, że to MUSI być złudzenie, ale też mam wrażenie, że dni są krótsze, niż być powinny. Okradli nas z paru godzin słońca! (Nie wiem kto, jacyś oni). A łeb w listopadzie boli mnie prawie non stop.
            Trzymaj się, Ćma, najlepiej jakiejś lampki, byle żarówka była ledowa, bo taka nie parzy ;)

        • kanionek

          Ani z nich pory, ani balociki. Takie bardziej… Podłużne krokieciki? Długawe wałeczki na krótkich, grubych łapkach. Ale już widać, że Łazik będzie większy, masywniejszy od Sondy.
          U nas prawie ciągle pada, jak nie deszcz, to mżawka, albo inna popierdółka, i mam wrażenie, że od miesiąca nie użyłam rzeczownika “suchy”, bo wszystko jest mokre. Musieliśmy kozom przetargać ten ogromny, ciężki paśnik zewnętrzny w inne miejsce, bo już w bagnie chodziły, a teraz w tym nowym miejscu, niby na lekkim wzniesieniu, też mają wydeptany, błotnisty placyk dokoła. Taki urok jesieni.

          Wy/raz – z godzinnym opóźnieniem zobaczyłam Twój sms, złożyłam ofertę oddzwonienia, a teraz chyba Ty już śpisz :)

          • wy/raz

            Łazik i Sonda? A jutro Jurij i Gagarin vel … Cudnie.

            @ Ćmo, trzymaj się. Za 26 dni zacznie przybywać.

          • Cma

            Dzięki, wy/raz.
            Co do brukselkę, to raczej Jurij i Walentyna :)

          • kanionek

            :D
            Trzeba jednak być na czasie, a Łazik i Sonda jako pierwsi dostaną obywatelstwo na Marsie (już gadałam z Elonem, mnie też zabierze, i obiecał, że nie będzie tam żadnych kóz!).

          • mitenki

            I co Ty tam będziesz robić Kanionku, na tymże Marsie?
            Dziś i do mnie przyszła zima – dachy i trawniki jak posypane cukrem pudrem.
            Jestem ciekawa, ilu pokoleń potomków doczekała się Szanowna Protoplastka koziego rodu? Może trzeba by sporządzić jej drzewo genealogiczne?

          • kanionek

            Cukier puder… U mnie jest obecnie -12 stopni!!!111!!!jedenjeden!
            I śnieg też jest.
            Ja wiem, że zima zwykle zaskakuje drogowców, ale mnie jeszcze nigdy tak nie zaskoczyła, jak dzisiaj rano (minus 10,5). Myślałam, że do tego okresu, gdy dzień w dzień trzeba kursować z ciepłą wodą i rozkuwać lód siekierą to mam jeszcze z półtora miesiąca, a tu taki psikutas.
            Żeby oszczędzić ręce i zdrowie psychiczne Małegożonka, powiedziałam mu, że dzisiaj nie idzie z dojarką (duuużo mycia cycków, gołe i mokre łapy marzną, a kubki udojowe ze stali są zimne jak sam lód), tylko pójdziemy razem – on będzie robił za wykidajłę, ja będę doić ręcznie (mniej mycia, można same strzyki zdezynfekować, a ręce suche i cycki ciepłe). No i powiem Wam, że po dwóch godzinach w minus dziesięciu stopniach, to żyć się odechciewa, choćby nie wiem jak ciepło się człowiek ubrał.

            Nie polecę na Marsa, dopóki nie zrobią tam porządnej atmosfery i co najmniej tropików!

            (A od Ziokołka to mamy Kachnę, od Kachny Małąkaśkę, i to chyba tyle, bo inne potomkinie i potomkowie poszli w świat).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.