Nowy ślad czarnych stóp, czyli rozkminy o szczęściu ciąg dalszy

No to teraz się przyznawać – która w ubiegłą środę nasłała na mnie Świadka Jehowy na rowerze? Co to chciał ze mną porozmawiać o SZCZĘŚCIU W RODZINIE? Serca nie macie. W taki upał, taki kawał drogi, a do mnie kawałek pod górkę, a w lesie tną muchy i komary! Ledwie biedulek do bramy dojechał, to go Laser z Mającem obszczekali, a lecieli tak szybko, że się Świadkowi i żwirem z podjazdu dostało, gdy przed bramą hamowali.

Bo jeśli nie Wy, to kto? Może Jezus daje mi jakiś znak, a ponieważ dobrze wie, że na frakcję “kato” jestem mocno uczulona (oczy mi się obracają źrenicami do wewnątrz głowy, a z pyska jad tryska), to mi wysłał takie niebożątko w koszulinie w paski (ja lubię w paski, Jezus wie), lat niespełna trzydzieści (niebożątko, nie koszulina), całkiem słusznie mniemając, iż czegoś takiego nie miałabym serca zabić.

No i nie zabiłam; rzekłam jeno, że akurat dzisiaj nie mam czasu na szczęście, a akurat naprawdę nie miałam – rano małżonka odwiozłam do roboty, zrobiłam szybkie zakupy, pogniłam pół godziny w powiatowym biurze Agencji Rozboju i Marnotrawstwa w Rolnictwie (ponieważ z powodu kaprysu naczelnika urzędu pocztowego muszę teraz załatwiać sprawy urzędowe osobiście), potem szybko do domu, wydoić kozy (zapobiegliwie wydojone również wieczorem dnia poprzedniego), przefiltrować mleko, ogarnąć drób, psy i koty, i już myślałam, że będę miała godzinkę na poodpowiadanie Wam na komentarze, gdy zadzwoniła Żozefin i oznajmiła pełnym dramatyzmu głosem, że pani Aniu, ona musi dzisiaj jechać do Młynar, bo jej recepty na szczęście przepadną (na tabletki, znaczy się. Żozefin bierze taki zestaw małego chemika trzy razy dziennie), a widziała, że mam samochód. No to cóż było robić – wsiadłam w grata, licząc sobie szybko w myślach, że chyba zdążymy obrócić, bo jeszcze przecież małżonka trzeba z B. odebrać o siedemnastej, a to w zupełnie przeciwnym kierunku, no i pojechałyśmy. W Młynarach się okazało, że nie tylko po recepty, ale i po kawę i wodę do Lewiatana KONIECZNIE MUSIMY.

No to zaparkowałam rozgrzanego Gwiazdolota na parkingu w pełnym słońcu, odkleiłam się od fotela i ofiarnie poczłapałam (tak, boso) za panią Żozefin, bo przecież nie będzie sama targać tej wody, prawda. Piętnaście butelek oranżady (dziesięć cytrynowej i pięć jakiejś czerwonej), kilogram kawy, dziesięć plasterków sera, trzy kilo jabłek i dwa pomidorów później byłyśmy już u kasy (albo nikt nie zauważył, że dwie wariatki, w tym jedna boso, albo czytali Chmielewską i wiedzą, że szaleństwo może być zaraźliwe, więc nikt nas nawet palcem nie wytknął). Zatachałam zakupy do bagażnika, sprawdziłam czas i prawie odetchnęłam z ulgą, że zdążę, choć jeśli kurier przyjedzie po sery właśnie w tej chwili, to dupa. No ale jednak zawsze najpierw dzwoni, więc chyba wszystko gra. W drodze powrotnej się oczywiście okazało, że recepty i zakupy to mało, bo jeszcze musimy zaopatrzyć pana Dżerego w fajki, oczywiście takie spod lady. “Tam koło sklepu po drodze będzie taka dróżka, dróżką pójdziemy pod górkę, a tam na górce będzie taki biały domek, i to właśnie tam” – oznajmiła bardzo z siebie zadowolona Żozefin, niepomna faktu, że mi zegarek nóż trzyma na gardle, a przecież z piętnaście razy jej mówiłam, że mam grafik napięty jak baranie jelita. “No ale to przecież po drodze…”.

No i OCZYWIŚCIE, że żaden biały domek, żadna kurde górka, i w ogóle musiałyśmy pytać okolicznych amatorów tanich win o drogę do tego bunkra z kontrabandą, a w bunkrze stuletnia babcia-dealerka (czułam, jak mi włosy rosną na stopach, gdy ona tak szła, i szła, a potem zniknęła za tajną kotarą i długo nie wracała – założę się, że za kotarą było zejście do tajnego tunelu osiem metrów pod ziemią, a tunel prowadził do samego Kaliningradu, i ta babcia zwyczajnie kupiła te fajki na ruskim rynku, podczas gdy ja stałam i hodowałam trzydniowy zarost) i ośmioro wnucząt, które z rozdziawionymi pyszczkami nie mogły oderwać wzroku od moich bosych stóp, choć same wyglądały jak ósme dzieci dziesiątej wody po kisielu stróża w fabryce skrobi ziemniaczanej, ale co ja będę dzieciom sensacji żałować. A może chodziło o to, że paznokcie miałam pomalowane na czarno? No w każdym razie babcia w końcu wróciła, wzięła szklankę wody, podlała sobie kwiatek na ganku, wręczyła Żozefin żółte paczuszki, pobrała walutę krajową i już mogłyśmy wracać.

Potem jeszcze tylko wypakować piętnaście butelek oranżady i resztę dóbr, po które na szczęście wyszedł pan Dżery, noga na gaz i do domu. Zostało mi pięć minut na zastanowienie się, gdzie u diabła jest kurier, który zawsze odbierał paczki z serami przed szesnastą, a tu już zaraz wpół do piątej i ja muszę po małżonka, więc co teraz? No to wyciągnęłam wielką pakę z zimnej piwnicy, załadowałam do bagażnika, zawiozłam do Żozefin z informacją, że “jakby co”, to kurier ją tylko odbierze i nic nie trzeba więcej przy tym robić, no i w drogę. Wróciliśmy o siedemnastej trzydzieści, do Żozefin po paczkę, bo kuriera wciąż jeszcze nie było, i do domu, obiad robić. W trakcie rozbijania drugiego schabowego kurier zabrał paczkę, o wpół do siódmej byliśmy po obiedzie, przejrzeliśmy papiery z ARiMR, chwila sjesty i codziennych zwierzeń, a potem poszłam nadrabiać zaległości w ogródku (przysięgam – w przyszłym roku tylko ziemniaki), a gdy komary wydziarały mi na plecach całą Bitwę pod Grunwaldem, poszłam dościelić kozom słomy i dorzucić siana. Zanieśliśmy jeszcze świeżej wody wszystkim kritersom, i na dobrą sprawę dzień się skończył, i już nawet palić w kotle mi się nie chciało, bo skoro od czterech dni myjemy się w zimnej wodzie, to i piąty jakoś obleci. Widzicie więc, że naprawdę nie miałam czasu na szczęście, ale Świadek na rowerze obiecał, że wpadnie innym razem.

Tyle, że przez niego znowu zaczęłam myśleć, a myślenie szkodzi zdrowiu (przy okazji – kilka słów o percepcji tego samego zjawiska przez osoby z różnym nastawieniem: podjeżdża do bramy Świadek Jehowy i widząc Atosa “biegnącego” do bramy powiada: “o, po piesku widać, że tu dobrzy ludzie mieszkają”. Podjeżdża kurier i na ten sam widok mówi: “szkoda psa, żeby się tak męczył”).

Atos Majac z Atosem

Weźcie mu (Atosowi) powiedzcie, że lepiej go uśpić, bo się męczy. I nas też przy okazji można uśpić, bo się męczymy (nie chodzi o to, że Atos robi pod siebie, a wysikać go trzeba trzy razy dziennie, codziennie, i buty założyć i zdjąć, i pomóc po schodkach zejść i wejść, i poprzyklejać stare dywaniki do linoleum, żeby pazury przednich łap miały się o co zaczepić, ani inne tego typu drobiazgi, tylko o to, że męczymy się tak ogólnie, życiem i zdrowiem, a najczęściej tego ostatniego brakiem). Owszem, czasem nas nachodzi myśl, że może Atosowi wózek…? Ale zaraz sobie przypominamy, że on ten wózek rozwali w jeden dzień. Ten pies nie przyjmuje do wiadomości, że coś z nim nie dzień dobry, i np. wzięty na ręcznik (w charakterze zapomogi dla tylnego zawieszenia) zapimpala przed siebie, mało operator ręcznika nóg nie pogubi. Na bank władowałby się z wózkiem w jakieś tarapaty, a na smyczy nie umie chodzić, bo nigdy w życiu tego nie robił. Wzięty na smycz kładzie się wystraszony i mówi: “zabij mnie, ale ja z tym czymś u szyi nie idę”. No więc co do wózka mamy wątpliwości, ale pamiętamy na przykład o tym, żeby Atosa regularnie drapać w uchu, bo psy uwielbiają sobie grzebać tylną łapą w uszach, i w ogóle drapać wszędzie tam, gdzie on sam nie może.

No a wracając do szczęścia, to tak sobie w ten dzień odwiedzin Świadka Na Rowerze kiwałam głową nad sprawą ogródka. No bo co z tego, że tam gąszcz sałaty, szczypiorów rozmaitych, młodego jarmużu, rzodkiewek i pietruszki, a w kurniku świeże, jeszcze ciepłe jajka prosto spod kury, skoro dzień w dzień żałuję sobie tych trzydziestu minut na śniadanie? I koniec końców wszystko zżerają kozy i drób? No to się wzięłam zaparłam, i w piątek zjadłam śniadanie, i mam na to dowody:

sniadanie ludzi szczesliwych inaczej

Jeden dobry uczynek dla siebie odwalony. Się też wzięłam i wymyśliłam w końcu gniazdo dla biegusów, bo rzucały jajkami gdzie popadło:

budka biegusow budka biegusow 2

To jest taki długi kawał plastikowej rury (ona jakaś specjalna jest, wielowarstwowa, twarda i wytrzymała na działanie wszelkich temperatur i promieniowania UV), który stał wbity w ziemię za domem odkąd się tu wprowadziliśmy. Być może Cebulacka używała jej w charakterze donicy, bo rura ma sporą średnicę, ale nie wiem, bo zabrała część roślin ze sobą (Cebulacka, nie rura). No w każdym razie rura tkwiła pionowo w ziemi, dorabiając za podręczny śmietnik, i trochę wysiłku mnie kosztowało, żeby ją wyrwać z objęć trawnika, ale się opłaciło. Od tyłu zasłoniłam wylot kawałkiem płyty pilśniowej, po obu bokach oraz od frontu wbiłam w ziemię przy rurze pręty zbrojeniowe (akurat cztery kawałki się bez sensu walały po warsztacie, a dwa z nich były zagięte, więc te poszły na front, żeby się kaczki o pręty nie potykały), a to w celu żeby rura się nie kiwała, do środka nasypałam tyle ziemi z krecich kopców, żeby zrobić “podłogę” (no bo co się mają kaczkom nogi ślizgać i rozjeżdżać), sypnęłam zachęcającą garść słomy i sianka, i włala! Na drugi dzień w rurze pojawiło się pierwsze jajko. A później drugie, trzecie i czwarte, i tu niestety doszło do wyzerowania licznika, bo nie doceniłam Lasera, który wczołgał się do rury i zeżarł wszystkie cztery jajka. Swoją drogą – to był niezapomniany wieczór z gęstą, że tak powiem, atmosferą, albowiem kacze jajka są bardzo treściwe, mają więcej tłuszczu niż kurze, i układ trawienny Lasera długo jeszcze te jajka wspominał, wydając z siebie przeciągłe, śmierdzące westchnienia. No ale nie ma tego złego, teraz po prostu zamykam mały wybieg gdy wypuszczam Lasera, i dziś jajek jest już dziesięć i tylko czekam, aż któraś panna na nich zasiądzie.

jajka w rurze

Meliny nadal wysiadują solidarnie swoje jedno jajko. To znaczy nie swoje, tylko kurze, ale adoptowane, więc już ich. Jajek było dziesięć, ale większość Meliny zgniotły (nauczka dla mnie na przyszłość), i mam obawy, że to jedno jedyne, co się im ostało, może być niezalężone, bo coś długo już trwa to wysiadywanie. Normalnie serce mi pęka, gdy na te dwie gęsi patrzę, i jeśli nic się Melinom z jajka nie wykluje, to się chyba popłaczę. One tak bronią tego jajka! Drą ryje niemiłosiernie, że do koziarni spokojnie wejść nie można, piórka ciągle pod jajko podkładają, gniazdo dziobami głaszczą i poprawiają, nawet za nogawkę nie zawahają się szarpnąć, gdy się człowiek zanadto zbliży, i co – to wszystko ma pójść na marne? Naprawdę się nie spodziewałam, że takie z nich będą pilne mamusie, bo ludzie we wsi powiadają, że te gęsi z wielkich hodowli nie mają instynktu macierzyńskiego i w ogóle nie w głowie im garowanie na jajkach przez miesiąc, a te dwie bidule siedzą i ani drgną. Aż nam trawnik po stronie północnej zaczął od ziemi odrastać, bo wcześniej Meliny kosiły i nie miał szans. Teraz już za późno, żeby kupić gęsie jaja i im podrzucić, bo kolejny miesiąc siedzenia nie wyszedłby gęsiom na zdrowie, ale w przyszłym roku załatwię im albo gęsiego męża, albo chociaż zalężone jajka do wysiadywania. Tym razem dałam ciała i mam o to do siebie pretensje.

To może dla odmiany o czymś, co mi nawet całkiem nieźle wyszło, choć szału nie było. Wędzę ostatnio dużo serów (upierdliwe zajęcie, bo wędzarnia dzika i niezautomatyzowana, i trzeba ciągle temperatury i gęstości dymu pilnować, ale mnie wciągnęło i się doskonalę w tej nowej sztuce utrwalania żywności), więc pomyślałam, że co się będzie tyle dobrego dymu marnować i do serów dorzuciłam szynkę. Szynka typu “kulka”, niewiele ponad kilogram, peklowana z przyprawami (jałowiec, pieprz, majeranek, czosnek, liść laurowy i ziele angielskie), obsuszana przez dobę i wędzona cztery godziny, a później parzona w temp. 80 stopni:

swinka 3 swinka 2 swinka

No i tak. Wyszła smaczna, ładna, soczysta, i tyle. Małżonek mówi, że BARDZO smaczna, ale ja Wam powiem szczerze: ta szynka smakuje dokładnie tak samo, jak szynka ze sklepu, i na jej korzyść przemawia jedynie to, iż wyszła o połowę tańsza. Mówimy oczywiście o SZYNCE, a nie tych mięsnych galaretach zawierających 50% wody. No i nie ma w niej izolatu białka sojowego, ani kilkunastu krewnych Mendelejewa, ale tak poza tym to sorry – nie nazwę jej Podniebienną Ucztą, ani Wieprzowym Uniesieniem. No więc świńskiego orgazmu nie było, i teraz muszę sobie podnieść poprzeczkę, mniej więcej do wysokości szynki wędzonej zimnym dymem przez czternaście dni. Skoro Meliny mogą siedzieć przez miesiąc na jednym jajku, to co – JA nie wytrzymam dwóch tygodni przy beczce?

A tak poza tym, to nic ciekawego – nadal zbieram i suszę pokrzywę. Kilkanaście już suchych pęczków powiesiłam dzisiaj na strychu, a w komórce na siano wieszam co jakiś czas kolejne, świeże zbiory:

swiezy peczek

Spieszę też donieść, iż w rzeczonej komórce zalęgły mi się kąkole:

kakole kakole 2

I Gamoń, którego uwadze nie umknęło, że teraz komórka non stop otwarta, żeby się zielsko ładnie wietrzyło. Śpi tam całymi dniami:

Gamon w komorce

Nacięłam też rumianku bezpromieniowego, który suszę w nieużywanym Gwiazdolocie małżonka (ma przyciemniane szyby i nie osiąga wewnątrz temperatury jądra Słońca):

rumianek bezpromieniowy rumianek rumianek 2

Zakwitły jaśminowce, a i robinia akacjowa zaczyna wypuszczać pierwsze wabiki na pszczoły:

kwiatki jasminowca robinia akacjowa kwiatki robinii

Mając całymi dniami “pasie” kozy:

Majac pasie kozy

I wcale jej nie przeszkadza, że ich nie widzi. Pilnowała też małżonka, gdy ten pracował przy nowej, koziej ławce:

Majac pilnuje robota przy lawce nowa lawka

Może nie wygląda tak swojsko jak poprzednia, ale powinna lepiej znieść próbę czasu, rogów i kopyt. Jedyna noga ławki została wykonana z kawałka takiej samej rury, co gniazdo biegusów, tylko o mniejszej średnicy, a w rurę małżonek nawtykał jeszcze pół wiadra cementu, żeby się lepiej zżyła z betonową posadzką. Przeciwległy kraniec platformy podtrzymywany jest przez gruby łańcuch przykręcony do muru długą na 10 cm kotwą, a krawędź murka została zabezpieczona kawałkiem gumowego węża.

wezyk

Drugi bok ławki wspiera się o podstawę żłobu, ale na wszelki wypadek został jeszcze do niej przymocowany wkrętami. Teraz mogę sobie na tej ławce słonia postawić, i nic jej się nie stanie, a czy wytrzyma starcie z kozami to się jeszcze zobaczy.

PS. Mówicie, że lepszy struś od osiołka? Sprawdziłam, faktycznie da się na strusiu jeździć, ale chyba nie każdemu ze strusiem do twarzy:

na strusiu

PPS. Pilarze doszli już do połowy lasu olszynowego na zachodzie, a my uzgodniliśmy, że jednak siatka, nie prąd. Małżonek miał tu decydujące zdanie, bo ja się na prądzie nie znam.

EKG. Kilka dni temu wróciła moja stara, dobra arytmia komorowa, i tak mną szarpie, że mam ochotę wyrwać sobie serce i ubić je tłuczkiem, żeby się kurwa uspokoiło. Zawsze mi siada morale, gdy ta franca mnie odwiedza, a tym razem nawet suplementacja magnezu z potasem zażywana garściami nie pomaga. I co ja Wam jeszcze mogę powiedzieć… Wychodzę z siebie i idę spać.

nowy slad starych stop

106 thoughts on “Nowy ślad czarnych stóp, czyli rozkminy o szczęściu ciąg dalszy

  1. mitenki 07/06/2016 at 01:32

    Właśnie przeczytałam, że Jałowiec poszła na szynkę. Niedobry Kanionek, niedobry :>

    • kanionek 07/06/2016 at 14:12

      No bo wiesz, co się miał biedny kot tak ciągle męczyć? :D

  2. zeroerhaplus 07/06/2016 at 07:01

    Takie śniadanko ze swojskich produktów wszamałabym, podejrzewam, razem z talerzykiem. Co prawda to duralex, ale jak mawiają francuzi „dura lex, sed lex”, czyli „twardy talerzyk, ale być może pożywny”, więc się nie martwię na zapas, bo kto jak kto, ale Francuzi na kuchni się znają ; )
    Szyneczka aż dziwne, że nie była świńskim orgazmem, bo wygląda strasznie smakowicie, no ale na zdjęciu to i hamburger z mcdonalda potrafi, więc faktycznie czsem trzeba uważać… ale widzę potencjał.

    A wiesz, Kanionku, że kwiatostany robinii w cieście naleśnikowym są jadalne? Swego czasu było to bardzo popularne żarcie w akademikowych kuchniach ;) Pamiętam ten słodkawy smak do dziś… A teraz nie za bardzo mam skąd natrzaskać kwiatków, bo jedyne robinie we wsi rosną wzdłuż drogi a taki przesąd mam jeszcze z dzieciństwa, coby przy drodze nie zbierać ;)

    Masz bardzo zgrabną ramkę do suszenia ziół :)

    No i odcisk stopy – jak dla mnie symbol tego lata u Kanionka :)))

    PS. Czy umówiłaś się z tym niebożęciem Jehowy na przyszłosć? Proponuję nieśmiało niedzielę, kiedy i małżonek będzie w domu ;)

    • kanionek 07/06/2016 at 14:11

      Zeroerha – szynka jest naprawdę smaczna, tylko rozumiesz, że ja się spodziewałam wręcz duchowego uniesienia, nowych doznań, bla bla. Bo wszyscy pieją po tych wędzarniczych forach, że własna szynka to o trzy nieba lepsza, wyższa i szybsza, niż te sklepowe. No a moja taka ot, po prostu szynka. Może to kwestia mięsa? Ale nie, nie zaczynajmy nawet tego tematu, bo wiadomo, że świnkę mogę mieć, ale nie na szynkę.

      Jak to dobrze, że ta moja robinia taka wysoka! Kolejna rzecz z cyklu „koniecznie muszę spróbować” z głowy :D
      Ramka do suszenia została naprędce zmajstrowana w ub. roku, gdy dnia pewnego nazbierało nam się tyle grzybów, że już nie było ich na czym rozkładać. To są jakieś rurki pcv, które zmontował małżonek, a ja tylko naszyłam kawałek firanki.

      No właśnie się nie umówiłam, tylko on tak rzucił, że wpadnie kiedy indziej. Może i w niedzielę :) I nie wiem, skąd w Was tyle ZŁA, że chcecie napuścić małżonka na Biedaczka w Paski – przecież napisałam, że miły był i taki pełen poświęcenia.

      • wersja 07/06/2016 at 14:24

        zaraz tam ZŁA. zaraz tam napuścić. tylko sprawdzić relacje, reakcje, interakcje. empirycznie ;) (mam dziś w pracy dużo takich słów, przepraszam. rzuciły mi się na rozum)

      • zeroerhaplus 07/06/2016 at 14:30

        Zła?!???!??? Nie rozumiem ;)
        Popatrz niżej, inne zołzy mu każą gnojem rzucać w różne strony, a ja rosołkiem w niedzielę uraczyć, w towarzystwie rodziny.
        No wiesz co ; )))

      • hanka 07/06/2016 at 16:54

        Tak samo dobre a nawet lepsze od akacjowych są kwiaty bzu czarnego w cieście. I niżej rosną:-)

        • kanionek 08/06/2016 at 23:19

          A weźcie z tym ciastem, no! Nie mam mleka na naleśniki, bo ciągle ser robię!
          A po kwiaty lada dzień się wybieram, syrop będę robić, i może w tym roku trochę ususzę. Tylko że u mnie nisko te kwiaty nie rosną, bo bez w lesie i konkuruje o światło z wielkimi drzewiszczami, więc muszę się nagimnastykować (podskoki, naginanie gałęzi i inne cuda).

    • Buba 07/06/2016 at 20:20

      Kwiaty robinii są jadalne i nawet bardzo smaczne także bez ciasta. To jedno z moich przyjemniejszych wspomnień z dzieciństwa, słodki, delikatny smak tych kwiatów.

  3. diabel-w-buraczkach 07/06/2016 at 08:27

    wow, sniadanie jest piekne…. takiej rzodkieweczki z ogródka to juz nie jadlam bardzo dlugo.
    Ale ten Swiadek na rowerze mi spokoju nie daje – JAK on do was trafil? Jechal na oslep, czy najpierw wnikliwie studiowal mape okolicy i szukal ostatnich potencjalnych wysp poganstwa, ukrytych w lesie i krzaczorach? ;)

    • zeroerhaplus 07/06/2016 at 09:09

      Podejrzewam, Diable, że się biedaczyna zgubił. Dlatego dotarł do Kanionkowa w środę – wszak wiadomo, że Świadkowie chodzą tylko w łykendy :)
      A Kanionek zamiast mu dać rosołu, popędził go dalej na krucjatę ;)

      • ciociasamozło 07/06/2016 at 09:41

        A tam, rosołu! Trzeba było mu dać obornik do przerzucenia, grządki do wypielenia albo Atosa do wyciśnięcia ;)
        „Bo wie pan, bardzo jestem zajęta, ale jak pan mi ten oborniczek przewiezie taczuszką na tamtą kupeczkę, to ja będę miała kilka minutek, żeby o szczęściu porozmawiać”.

        • diabel-w-buraczkach 07/06/2016 at 11:01

          „Kanionka o szczesciu rozmowy w gnoju” – mozna by taka serie z tego zrobic potem!

        • wersja 07/06/2016 at 11:11

          Ciocia – dokładnie, też mnie zawsze dziwi, że oni tak tylko słowami chcą tę swoją dobrą nowinę szerzyć, a już czynem to nie łaska?

          • ciociasamozło 07/06/2016 at 11:15

            Hi, hi, „martowatość” górą ;))
            W sumie, to nie wiemy, czy czynem to już nie łaska, bo Kanionek tej taczusi oborniczku w końcu nie zaproponował ;)

          • wersja 07/06/2016 at 15:16

            a świadek sam się nie zaoferował, a to co nieco implikuje, prawdaż?

          • ciociasamozło 07/06/2016 at 15:28

            Może wstydliwy? Ze słowem umie się narzucić a z robotą to już mu tak niezręcznie ;)

        • kanionek 07/06/2016 at 13:31

          Mam lepszy pomysł, szkoda że po fakcie. Otóż mogłam go poprosić, żeby zawiózł Żozefin do Młynar. Pewnie miał na tym rowerze jakiś minibagażnik z tyłu, a koszyczek na piętnaście butelek oranżady by się zmontowało u mnie na miejscu. Po takiej przygodzie miałabym go z głowy na zawsze :)

          • ciociasamozło 07/06/2016 at 13:40

            Co się odwlecze…
            Pewnie Cię jeszcze raz odwiedzi to mu zaproponujesz, żeby pomógł sąsiadce-staruszce. Jak mu Żozefin zapoda pomidory angielskie w kąkolach i wizytę po szlugi przy wylocie tunelu przemytowego, to biedaczysko może doznać kryzysu wiary ;)

          • kanionek 07/06/2016 at 14:14

            Eee, to Ty nie wiesz, że za zadania z gwiazdką są w niebie punkty dodatkowe? Ja zaczynam wręćz myśleć, że wyświadczę świadkowi przysługę, gdy go zetknę z Żozefin. On wyrobi życiową normę duszpasterską w tydzień, a cierpliwości to się będzie Budda od niego jeszcze uczył :D

          • wersja 07/06/2016 at 14:25

            no to jak Ty mu załatwiasz zbawienie spod laty, to tym bardziej powinien z taczką odrobić.

          • wersja 07/06/2016 at 14:27

            spod lady miało być ;)

        • hanka 07/06/2016 at 16:56

          O to to. Tez miałam tak poradzić Kanionkowi. I przy robocie niechby o tym szczęściu w rodzinie opowiedział pan Pasiasty.

      • kanionek 07/06/2016 at 13:35

        Ja się domyślam, kto go mógł przysłać. W ubiegłym roku dostałam kaczki od znajomej znajomej, pamiętacie? No i znajomy tej znajomej mojej znajomej je przywiózł, i on się właśnie okazał Świadkiem Jehowy. Ale że sam ma krowy, to teraz nie ma czasu, więc przysłał jakiegoś miastowego braciszka.
        Mnie bardziej zastanawia nie to, że on w środę, tylko że sam! Bo oni zawsze parami. Nie wiem, czy dla własnego bezpieczeństwa, czy żeby było raźniej, ale aż do ubiegłej środy nie widziałam pojedynczego Świadka Jehowy.

        • ciociasamozło 07/06/2016 at 13:41

          Drugiemu rower się zepsuł.

          • diabel-w-buraczkach 07/06/2016 at 14:23

            no to fakt, zawsze wystepuja parami. Tylko jak u nas na dworcach z gazetkami stoja, to so pojedynczo. Za to gazetek Maja w tylu jezykach, ze sie czlowiekowi az w mózgu maci.
            WLASNIE!!!, nie dal Ci gazetek?

          • kanionek 07/06/2016 at 15:27

            No właśnie! Nie dostałam gazetki!
            Myślisz, że to może wcale nie ŚJ, a jakaś FAŁSZYWKA?
            Oni zawsze, ale to zawsze mają folder reklamowy, a w nim kolorowe zdjęcia ze SPA u Jezusa…

          • zeroerhaplus 07/06/2016 at 14:32

            Albo umarł z głodu po drodze i go potem wilcy zjedli. Gazetki też zjedli, i rower, i tego drugiego pewnie też, w drodze powrotnej. Tak się kończy niesienie dobrego słowa pod strzechy w warmińsko-mazurskim ;)

          • kanionek 08/06/2016 at 23:22

            Zeroerha :D

          • paryja 09/06/2016 at 07:17

            Drugiego Chłop chyba widział u nas.
            Wyszedł z lasu biedaczyna i miał teczuszkę, musi z prasą ichnią,
            w drugiej ręce miał grzybka, roweru nie miał.

          • kanionek 09/06/2016 at 23:03

            Łooo, to nieźle dzieciaka rzuciło!
            Grzybek pewnie halucynogenny. Znalazł bidulek, zjadł kawałek, bo głodny był po tylu dniach błądzenia po lesie, i zdało mu się, że rower jest różowym jednorożcem, więc puścił go wolno, bo jednorożce są na wyginięciu i nie wolno ich trzymać na uwięzi. Daliście mu chociaż rosołu?

          • zeroerhaplus 10/06/2016 at 00:24

            Właśnie sobie zdałam sprawę, gdzie Kanionek, a gdzie Paryja :D
            A sezon grzybowy jeszcze nawet nie rozpoczęty ; )

          • kanionek 11/06/2016 at 20:39

            Zeroerha – jak nierozpoczęty, jak już nam Żozefin donosi, że „pani Aniu, podobno prawdziwki się pojawiły”.
            Mieliśmy dzisiaj iść sprawdzić, ale małżonek się szarpał z Gwiazdolotem kilka godzin, a wiatr łeb urywał, a w mojej przerwie serowarskiej uznaliśmy, że wuj z prawdziwkami, weźmiemy psy na łąkę.
            Jutro zaś czeka nas kolejne sprzątanie koziarni (strasznie dużo kóz mie sie narobiło, no) i… najgorsze z najgorszych zadań – kolczykowanie :-/
            Już mnie dzisiaj łeb zaczął boleć, tak na wszelki wypadek.

          • zeroerhaplus 12/06/2016 at 19:49

            Ja nie wiem, gdzie oni te wszystkie prawdziwki widzą… ja zaczynam je widzieć dopiero na jesień ;)
            Skoro dziś miało być kolczykowanie, to już chyba po bólu? Jak poszło tym razem?

          • kanionek 12/06/2016 at 23:36

            A ić…
            My się do tego nie nadajemy. Mnie wczoraj wieczorem rozbolał żołądek, a dziś tuż przed kolczykowaniem znowu. Na pierwszy strzał wzięliśmy Irenę, żeby największą panikarę mieć z głowy, i po Irenie małżonkowi ręce TAK latały, że mógłby robić za wiatrak energetyczny. I zapytał, czy możemy następne kozy zakolczykować za tydzień, bo on ma dość. Ja byłam twarda, jak mi się wydawało, po czym omal nie zeszłam do parteru, gdy po kilku krokach w stronę drzwi się okazało, że mi się w oczach ściany i sufit rozjeżdżają. Daliśmy radę „zrobić” sześć kóz, Pacanka i Andrzeja zostawiając sobie na przyszły weekend (oni są silni, a Andrzej ma wielki żyrandol).
            Cośmy znów kurwami porzucali na ludzką rasę, to nasze, i tym razem nie obyło się, niestety, bez jednego paciaka. Jako ostatnia szła pod igłę Małe Zło. Nie wiem, czy to nasze rozedrganie emocjonalne, czy może w ostatniej chwili ucho jej drgnęło, w każdym razie trafiliśmy w naczynie krwionośne i… Godzinę później sytuacja była już opanowana, Małe Zło wygląda jakby wpadła w przemysłowy wentylator, ale humor jej dopisuje (aż za bardzo jej dopisuje, bo gdyby sobie leżała lub stała spokojnie, to naczynko nie otwierałoby się wciąż i wciąż od nowa).

            A ja pół godziny temu skończyłam pakowanie dwudziestu siedmiu serów (to niewątpliwie rekord, jeśli chodzi o ilość wysyłaną w jeden dzień) i mam D.O.Ś.Ć.
            A jakże, koziarnię też wysprzątaliśmy, jeszcze przed kolczykowaniem, więc cóż – niedziela była znów pracująca. Idę obejrzeć trzy głupie obrazki w internetach i odpływam, moje drogie Kozy :-*

          • zeroerhaplus 13/06/2016 at 13:28

            Aaaha, czyli wyniku pogratuluję za tydzień :)
            Uszy takie są. Niby nic się nie dzieje, zadraśnięcie czasem, a krew sika jak z aorty.

          • ciociasamozło 13/06/2016 at 14:19

            Obrazek z lecznicy. Nietrzeźwy pan z nadaktywną suczką, suczka ma szarpnięte ucho. Nie dość, że z ucha sika to psica trzepie co chwila łbem zdobiąc okolicę (i wszystkich w poczekalni) czerwonym rzucikiem. Pan chwali się jaki to piesek mądry i potrafi robić „hopa, hopa!”. Pan nietrzeźwy więc nie można od niego wziąć zgody na narkozę (do zszycia). Wetki tamują krwawienie opatrunkiem przykazując, żeby psa na krótką smycz i bez hasania, bo bandaż na głowie to się słabo trzyma. Pan wylewnie dziękuje i każe pieskowi zrobić „hopa!”. Opatrunek spada, krew zalewa wszystkich. Kurtyna.

  4. Barbarella 07/06/2016 at 11:21

    Było go wpuścić, wręczyć miotłę czy tam widły i zachęcić do nawracania poprzez dawanie świadectwa w robocie podwórzowej. Jak już przyjechał, to niechby się przydał!
    A zamiast ziemniaków w przyszłym roku – topinambur. Struś będzie zachwycony!

    • kanionek 07/06/2016 at 13:21

      ALe weź mu tłumacz co, gdzie i jak.
      Zresztą on wyglądał, jakby już ze trzy razy po drodze zemdlał, a na co mi podejrzany trup niewiadomego pochodzenia na podwórku? Struś by go może w dziurze zakopał, ale strusia wciąż nie ma.
      Topinambur to ja już od trzech lat sadzę… Najpierw miałam dostać kilka bulw od matki znajomego, potem miałam kupić na Allegro, no i tak jakoś nic z tego nie wyszło. On się podobno szybko i sprawnie rozprzestrzenia, i nie tylko struś byłby zachwycony, bo kozy też. Może faktycznie w przyszłym roku.

      • ciociasamozło 07/06/2016 at 13:50

        Przeczytałam, że topinambur ” sadzony na poletkach zaporowych na skraju lasów ogranicza szkody w uprawach rolnych” – może by zadziałał i w drugą stronę? w sensie jadalna zapora z topinamburu, żeby kozy do lasu nie lazły? ;)

        • kanionek 08/06/2016 at 23:15

          Tajasne :) Zeżrą topinambur i wtedy spokojnie pójdą do lasu :D

          • zeroerhaplus 09/06/2016 at 04:20

            A propos „tajasne” – cały czas czekamy na zdjęcie trzeciej nogi MałegoŻonka :) W sensie nie, żebyś mu ją zdjęła, tylko na fotę czekamy. Znaczy nie wiem, jak inni, ale ja czekam z niecierpliwością ;)

          • kanionek 09/06/2016 at 22:58

            Ja też czekam, Zeroerha. Jak tylko noga zacznie choćby kiełkować, zaraz wrzucę Wam fotę :)

      • mp 07/06/2016 at 14:57

        To czemuś wcześniej nie odezwała się o tym topinamburze ??? Posiadałam i walczyłam z zarazą od paru lat, ale w końcu latoś- o wstydzie- utłukłam gada herbicydem(a przynajmniej mam taką nadzieję, że dał się utłuc). Ale zastanów się nad nim jeszcze, bo topinamburem zachwycają się również dziki , a nie jestem pewna, czy marzysz o kolejnej pladze…

        • kanionek 08/06/2016 at 23:15

          Łiii (kłiii!), dziki tu są bez względu na wszystko. Ale ziemniaków mi jakoś nie ruszyły, choć poletko za płotem było.
          Widzisz, ja chciałam ten topinambur właśnie tam posadzić, gdzie niegdyś były ziemniaki, bo czytałam o szalonej ekspansji tej rośliny i do ogrodu bym sobie nie wzięła. No ale odkąd kozy łażą wszędzie i na wiosnę wyżerają wszystko, co tylko z ziemi łeb wystawi, to uznałam, że pewnie się ten topinambur nie sprawdzi.

          • paryja 09/06/2016 at 07:10

            Kilka kęp topinamburu mam posadzonych na łące, miałam go wiosną przesadzić ale zapomniałam a na jesień już chyba go nie będzie. Kozy nawet jeśli tylko przebiegają przez to miejsce, zawsze znajdą sekundę żeby chwycić jedną roślinkę, przy samej ziemi, potem biegną dalej wciągając badylek jak spaghetti. Dzielny jest topinambur i odrasta ale tylko trochę, bo znów biegną kozy…

          • kanionek 09/06/2016 at 22:56

            Paryja – no ja to właśnie dokładnie tak widziałam, z tymi kozami i topinamburem :D
            Ale może da radę. Ja wieszczyłam całkowity przepadek łubinu (zwanego przez nas badziewnikiem), gdyż albowiem kozy kochają i liście, i kwiatki, ale łubin w tym roku znów jest i pięknie kwitnie na łące i przy leśnej drodze.

  5. zeroerhaplus 07/06/2016 at 11:52

    A propos szczęścia i miłości do bliźniego, co powiecie na taką tabliczkę?
    https://www.facebook.com/172288729567705/photos/a.172292799567298.38426.172288729567705/829188677211037/?type=3&theater

    ;)

    • kanionek 07/06/2016 at 13:18

      :D :D :D
      „To jest lokalny sklep, nie chcemy tu żadnych kłopotów” – Hotel Zacisze, albo inny tego typu brytyjski serial.
      Zaraz robię tabliczkę: „Tu jest Kanionkowo, a tam są widły. Robić, i nie zawracać dupy”.

    • baba aga 07/06/2016 at 14:51

      Ja ich rozumiem, mieszkam 3 km od morza, dom ogrodzony, na furtce tabliczka o zlym psie, psy dwa, koty cztery, dzieci nieletnie ,8 rano ja w negliżu a w kuchni stoi facet i pyta o pokoje do wynajęcia i awanturuje się że pies na niego warczy. Wszedł przez taras bo otwarte było, a tamte drzwi to zamknięte. Przez nich mamy bramę na pilota. Wrrrrr

      • kanionek 08/06/2016 at 23:11

        …co mi przypomina historię z inkasentem w naszym przedpokoju, jakiś tam czas temu. Też wszedł, bo było otwarte :)

  6. A 07/06/2016 at 16:38

    Kanionku, ty to masz serce pojemne jak od Tater do Baltyku!!! A chodzi mi o te lwy ze swinskim ryjem przy bramie (bo domyslam sie, ze sa dwa: po obu stronach wjazdu), ktores przygarnela po Cebulackich! I podziwiam Twoje Zwierzeta, ze tak owe lwio-swinie toleruja ;-)

    • kanionek 08/06/2016 at 23:08

      Ale co Ty – jakie „tolerują”? Ty wiesz, jak się te lwy przydają? Koty lubią na nich siadać (ja czasem też), Laser lubi sobie na nie nasikać (wtedy ja już nie siadam) i w ogóle :D
      A prawda jest taka, że choć lwy są wielkości sznaucera miniaturowego, to weź je zlikwiduj. Toż to trzeba młotkiem napieprzać ino zdrowo, a potem ten gruz zebrać i wynieść… Komu by się miało chcieć ;) Niech se leżo na zdrowie.

  7. Bisia 07/06/2016 at 18:19

    Kanionek Ty litosci nie masz! Taka piekna akcje pokazywac, lezka sie w oku kreci – a z drugiej strony ile ja sie tym chol…m podrapalam to tez moje.
    A to swoje bieganie na bosaka po rumianku uprawiasz? To dopiero przyjemnosc!

    • kanionek 08/06/2016 at 23:01

      Sama jestem ciekawa, ile to drzewo może mieć lat. One są bardzo nienażarte, te akacje – w promieniu kilku (nastu) metrów od głównego pnia co roku wyłażą z ziemi nowe, małe, nienażarte akacyjki.

      Tak, po rumianku fajnie się chodzi, ale jeszcze lepiej, NAJLEPIEJ, po dywanach z młodego, puszystego krwawnika :) I w ogóle mogę polecić chodzenie boso choćby ze względu na mnogość nowych doznań – tyle przegapiamy, chodząc w butach – struktury, różne temperatury i wilgotność podłoża… Nie polecam za to łażenia po żwirach, gruzie i przekruszu asfaltowym ;) Po gorącym asfalcie też fajnie się idzie tylko przez jakiś czas ;)
      (uwaga od małżonka: najfajniej się chodzi po wodzie, ale to wymaga treningu i głębokiej wiary)

      • ciociasamozło 09/06/2016 at 09:36

        Pasiasty mógłby pomóc w treningu ;)

        • zeroerhaplus 09/06/2016 at 10:26

          Gdyby Pasiasty miał wiarę głęboką jak woda, po której zamierza chodzić, to nie traciłby czasu na chodzenie gdzie indziej np. po chałupkach, bo wierzyłby głęboko, że niezależnie od tego i tak zostanie zbawion razem z innymi ; )

          A tak na serio, to rzedko do której religii mam tak szacun, jak do nich. Bo jako jedyni odmawiają udziału brania w największej durnocie ludzkości, czyli wojnie…
          Fakt, że szacun ten jest łamany kołem innych zasad, które uważam w ich religii za bzdurne, ale cóż. Nobody is perfect, czyż nie?

          • kanionek 09/06/2016 at 22:38

            Zeroerha – ja też mam do ŚJ szacun, za co innego jeszcze. Wzięli sobie do serca przykazanie: „idźcie i nauczajcie”, a nie, jak co niektórzy: „siedźcie w pałacu i czekajcie, aż do was przyjdą, i kasę z nich zedrzyjcie ku chwale Pana” ;)

  8. Ania M. 08/06/2016 at 00:14

    Co to są kąkole? te od gniazda?

    • melanina 08/06/2016 at 11:40

      no właśnie, ja też ciekawa jestem!

  9. paryja 08/06/2016 at 12:55

    http://kanionek.pl/2015/10/page/2/
    Ten wpis trzeba przeczytać i wszystko się wyjaśni :D

    • kanionek 08/06/2016 at 22:56

      Ja nie wiem – jak można nie wiedzieć, co to są kąkole i gdzie się lęgną? Wy chyba jakieś miastowe jesteście :D

      • Ania M. 10/06/2016 at 00:56

        Ano. Ale zawzięta jestem i się dowiem! Czytam bloga od początku. Dozuję sobie i rozkoszuję się. Kiedyś na pewno dojdę do kąkoli :)))

        • kanionek 11/06/2016 at 20:36

          Ania M. – spokojna głowa, każdy dochodzi w swoim tempie, i nie będziemy Ci robić spojlerów ;)

      • melanina 10/06/2016 at 11:33

        nie miastowe, tylko zesklerociałe ;-) (to o sobie mówię, żeby nie było, że innych oceniam :P)

        • kanionek 11/06/2016 at 20:27

          To całkiem jak ja :D
          Serio, muszę sobie zapisywać, że np. „włosy umyć”, żeby nie zapomnieć, i – dajmy na to – nie straszyć w jakimś urzędzie słomą i kurzym piórem wystającym z ucha.

          • melanina 12/06/2016 at 21:12

            a może właśnie z punktu widzenia efektywności w załatwianiu spraw lepiej podrasować wizerunek piórkiem, słomą lub przytłustym włosiem, żeby panie w urzędzie załatwiły sprawę raz a dobrze (nie narażając się na ponowne odwiedziny tak dziwnej petentki)?

          • kanionek 12/06/2016 at 23:24

            W sumie dobrze kombinujesz. Powinnam jeszcze pójść boso i u pasa mieć pęczek cebuli, a na szyi korale z czosnku :D
            Wtedy na pewno nie chcieliby mnie drugi raz oglądać :)

          • zeroerhaplus 13/06/2016 at 00:26

            Będąc tam urzędniczką zrobiłabym WSZYSTKO, żeby takie cudo zobaczyć choć jeszcze raz ;)

          • kanionek 13/06/2016 at 10:27

            Czyli przesadzać też nie można – dobrze wiedzieć!

          • ciociasamozło 13/06/2016 at 11:03

            Chyba najlepiej śmierdzieć. Gdybyś np. odwiedziła urząd w obuwiu obsikanym przez któregoś jajecznego koziołka to by Cię obsłużyli błyskawicznie i tak, żebyś więcej nie przychodziła ;)
            Można jeszcze się sypać (w ostateczności łupież, ale słoma/siano też powinny wystarczyć).

          • melanina 13/06/2016 at 11:31

            ciociu – pomysł ze śmierdzeniem uważam za wspaniały i jaki naturalny, zwłaszcza dla mnie, która nie przepadam za myciem w ogóle i robię to tylko w wyniku przymusu społecznego!
            a dla odstresowania, czy też z badawczej ciekawości, można testować urzędników na różne takie… zapaszki i ozdoby. i w ogóle… od kiedy zobaczyłam ten skecz, chciałam zostać wsiowym głupkiem ;-)
            https://www.youtube.com/watch?v=9gzeNOr0b2w

          • kanionek 13/06/2016 at 12:38

            Muszę sobie sprawić taki kapelusz.
            A o tych zarobkach to tak, sama prawda :D

  10. buskowianka 08/06/2016 at 13:46

    O mamo, ja tu głodna przy pracy siedzę, a tu takie śniadanka, takie szyneczki …… Ślinotok

    A że wobec dedlajnów zawsze nastaje rozkoszna głupawka, oczywiście, że musiałam trafić w sieci na COŚ :)
    Czy Baśki tak potrafią?
    Jak nie, to może im pokaż, to wygląda jak dobra zabawa ;)
    http://imgur.com/gallery/2GxY5r8

    • kanionek 08/06/2016 at 22:50

      Potrafią! Zdarzyło im się kilka razy :)
      Że kozy tak robią to widziałam ze sto razy, ale gdy Baśce raz odbiło, to padłam ze śmiechu – ona wtedy była jeszcze przed strzyżeniem i wyglądała jak podrygujący tapczan :)

  11. dolmik 09/06/2016 at 09:37

    Zieńbobry…. Ja ze zapytaniem: czy jak ususzę miętę na świeżym powietrzu, dzie słońce i wiater i inne… to una bedzie gorsza od suszonej na bezsłońcu i bezwiateru? A bo tak se powiesiłam kępę na działce, żeby się nie zmarnowała na kompoście i somsiad mnie od razu pouczył, że be, że źle i że nie tak. Are czo? Smak straci? Bo na bóle żołądkowe tego nie chcę podawać….
    Gniazdo dla biegusów w pyteczkę! Ciekawe czy panie biegusowe usiądą tak zgodnie jak Meliny dwie…? A Meliny obie na jednym jajcu? System zmianowy opracowały? :) Szkoda, że już tak długo siedzą, bo może biegusowe jajca twardsze niż kurze…
    Ławeczka też zacna. Małyżonek kawał dobrej roboty wykonał. Kozy doceniają?
    Gonzalesowi kąkole nie przeszkadzają, więc jakieś pokojowo nastawione są musi…. Będziecie je eksmitować?
    Akacje już u mnie przekwitły… A jakoś dużo niżej od Ciebie, Kanionku nie mieszkam. Nawet nie zdążyłam zauważyć kiedy kwitły… tylko, o tak, że już po ptokach…. Chmmm…. Za to jaśminy jeszcze pachną…. ależ zapach….
    Szyneczki nie skomentuję, bo ślinotoku dostaję na wspomnienie obrazka, i głodna się robię na mięcho. A zaraz lecę po truskawki do miasta, bo sezon na makaron z truskawkami w pełni a ja mam zaległości :D
    Czy muszę wspominać, że kudłacze należy ode mnie wyczochrać co najmniej raz dziennie? Mam nadzieję, że nie.

    • zeroerhaplus 09/06/2016 at 10:35

      Z tego, co pamiętam chodzi o to, że na słońcu zioło może stracić drogocenne właściwości, pewnie część olejków eterycznych pójdzie w eter, takie tam. I skład się może przez to trochę zmienić, ale nie z kolei nie aż tak, żeby się od razu mięta w tytoń zamieniła ;)
      Z jednej strony sąsiad miał rację, bo chyba chciał dobrze. Z drugiej – możesz sobie suszyć co chcesz i gdzie chcesz, a czy będzie mniej czy bardziej intensywne, to już Twoja broszka :)

      • kanionek 09/06/2016 at 22:36

        Dolmik – ja coś piąte przez zielone tylko pamiętam, że niektórych ziół na słońcu nie, bo coś tam się wtedy utlenia/ulatnia. Wiesz, ostatecznie wszystko jest chemią i podlega ciągłym reakcjom. Człowiek suszony na słońcu też pewnie inaczej wygląda, niż powieszony w przyczepie…

    • zeroerhaplus 09/06/2016 at 10:36

      Wybacz, we własnym słowotoku straciłam z oczu Twoje pytanie ;)
      Czy będzie gorsza, to sprawa sporna. Na pewno mniej intensywna :)

      • dolmik 09/06/2016 at 11:56

        Somsiad na pewno chciał dobrze, bo to dobry człowiek jest, ino z letka marudny. Ja na działce, wśród sąsiadów, za mega ignorantkę robię, bo dopiero trzeci rok jestem „działkowcem” 😆 Strasznie dużo dobrych rad sypią mi na głowę. Na razie, jeszcze, mnie to bawi. Zobaczę jak długo. Czyli jednak przewiesić zielsko do przyczepy? Zamiast altany mamy przyczepę kempingową. Z szyberdachem. I pod tymże okienkiem uwiesić zioło? 😎 Mięty na eksperymenty nie brakuje, za chwasta mi robi. Lubię takie chwasty.

        • ciociasamozło 09/06/2016 at 12:14

          Na mojej działce w tym roku szczaw rozpanoszył (jego nie lubię) i oregano (fajnie bo motyle przyciąga) ;)
          Mnie sąsiedzi raczej zaczepiają, że trawnik nie skoszony i chwasty się rozsiewają. Albo ostentacyjnie montują „podmurówki” z plastiku czy czegośtam pod siatką, żeby moje konwalie/perz/rudbekia/zdziczały szczypiorek nie przełaziły na wypieszczone grządki.

          • dolmik 09/06/2016 at 12:55

            No to moi mają ze mną dobrze, bo ci dwaj z wypieszczonymi działkami oddzieleni są ode mnie rowem melioracyjnym i strumieniem. A dwie pozostałe sąsiadki nie trzęsą się za bardzo nad swoimi działkami, i poza tym od jednej przelazły do mnie właśnie konwalie i jeszcze maliny jesienne, a od drugiej maliny letnie :) A ja na to jak na lato :D Jakby dało się maliny zanęcać, to siedziałabym tan długo i namiętnie wołała: TAŚ TAŚ MALINKI. :D Od kogoś wysiały mi się firletki :D Piękne. Poziomki też snują się między mną a sąsiadką :D A na przyszłość mam obiecane szczepienie papierówki. :D Ja nie umiem, ale sąsiadka B. obiecała mi to zrobić, a podkładka już rośnie po poprzednikach :D
            A w pierwszym roku, jak zaczęłam pielić mój ugór pod płotem, to sąsiadka ostrzegała, żebym za dokładnie nie pieliła (pełła?), bo całą miętę wykończę :D Nie wykończyłam. Mam ją wszędzie. I ona też :D A miesiąc temu dosadziłam jeszcze kilka odmian. Głupio, bo na grządce, ale jesienią przesadzę w jagodnik.

    • kanionek 09/06/2016 at 22:49

      Jeszcze do Dolmik: Meliny dwie na jednym jajcu, i to wcale nie zmianowo, tylko obie naraz i cały czas. Oczywiście domyślam się, że nie siedzą każda na połówce jajca, ale każdej się pewnie wydaje, że to właśnie ona wysiaduje :)
      Biegusowe już im podrzucałam i było jeszcze gorzej, bo jak tylko Meliny na chwilę zlazły z gniazda (żeby wody lub ziarek łyknąć), to kurczaki im zaraz szły te kacze jajca rozbić i zeżreć. Ja nie wiem, co za naród…

      Kozy ławkę doceniają! Kachna już pod nią śpi (pod poprzednią już ledwie dawała radę się wczołgać), a skaczą po łąwce wszystkie :)
      A kąkole wcale nie są pokojowo nastawione, tylko po prostu nie wiedzą, że w komórce jest jakiś kot. Ewentualnie myślą, że martwy, a martwy kot nikomu w sumie nie przeszkadza. Za to jak ja raz strąciłam takiego kąkola (bo myślałam, że on opuszczony i pusty), to wyleciała z niego tak wściekła osa, że mi się od razu odechciało „likwidacji” :D Niech sobie wiszą.

      Wszyscy są czochrani regularnie, z dedykacją od wszystkich Kóz Dwunożnych, a jeśli chodzi o akację i inne atrakcje, to powiadam Ci samą prawdę – u mnie wszystko ma dwutygodniowe opóźnienie, nawet względem położonego 15 km stąd miasteczka. No takie miejsce po prostu.

      • ng 10/06/2016 at 00:45

        te kąkole to chyba osy saksońskie i one nie są agresywne

        • ciociasamozło 10/06/2016 at 09:45

          Saksońskie znaczy germańskie? I one nie agresywne? No, no to się na tym świecie porobiło. Człowiek się pół życia o agresji z zachodu uczył (drugie pół o agresji ze wschodu) a tu niespodzianka ;)))
          A luźnym ciągiem skojarzeń: http://nissantech.pl/uploads/1213270697/gallery_186_41_34038.gif

          • kanionek 11/06/2016 at 20:28

            Jeśli one nie są agresywne, to w takim razie świetnie udają – tamta jedna wyleciała z takim warczeniem, że Wąski by się schował.

  12. mgosia 09/06/2016 at 19:23

    A ja pozwolę sobie Proszę Państwa na mały off topic. Otóż sery od Kanionka to są sery!!To są sery , którym wszystkie inne sery mogłyby buty czyścić!!
    Pozwoliłam sobie tu na te peany serowe , bo mnie juz nikt z otoczenia nie chce słuchać jak opowiadam o serach. Może ciut za nachalny ten marketing. No , ale Proszę Państwa takie sery!!!

  13. mgosia 09/06/2016 at 19:24

    Ten marketing to oczywiscie w moim wydaniu:))))

    • kanionek 09/06/2016 at 22:32

      Dzięki, Mgosia :D
      Gdyby ktoś się chciał złapać na lep Twojego marketingu to od razu mówię, że do 27 czerwca wszystko zaklepane!
      Ani kropli mleka więcej nie wycisnę ponad to, co już Wam obiecałam.

  14. teatralna 10/06/2016 at 09:36

    jak tak, to miesiąc nie piszesz a tu nie ma mnie tydzień …no dwa, a Ty dwa posty pierdzielnęłaś… no brawo ))) Atos wzbudza we mnie takie uczucia, że nie pytaj i nie patrz w moją stronę, jak go pierwszy raz zobaczyłam na filmie ryczałam jak bóbr…ze wzruszenia, w obliczu świadomości, że są tacy ludzie jak Wy, którzy potrafią kochać i współodczuwać,
    a listonosz to chyba z gatunku tych, co własną matkę pogrzebią żywcem, żeby się
    NIE MĘCZYĆ?

    cdn gdy uzupełnię lekturę oraz w sobotę złożę wreszcie serowe zamówienie))))

    • teatralna 10/06/2016 at 09:41

      listonosz znaczy kurier, a świadek jechowy porządny człowiek widać od razu
      i po prawdzie, to chyba porządni ludzie są, że tak nawiązując do tradycji analogowo działaja, ja lubię tak…tylko nie lubię tych naiwnych rysunków i popiardywań..

    • kanionek 11/06/2016 at 20:33

      Teatralna – po prostu jesteśmy cieniasy i nie umiemy nikogo ukatrupić, własnoręcznie, czy na zlecenie ;)
      Nas wszystkie te futrzaki rozczulają, choć potrafią też zaleźć za skórę i nerwów naszarpać (kradną, napadają, mordują, psują i w perzynę obracają co popadnie). No ale wieczorem wszyscy leżymy na moim łóżku, każdy ma psa/kota na głowie, brzuchu, pod pachą lub w nogach, i jakoś się wszystko wszystkim wybacza i zapomina :)

      Zamówienie na lipiec masz na myśli? :D

      • teatralna 12/06/2016 at 00:30

        no trudno może byc na lipiec ale ….chyba mi język w doopkę ucieknie do tego czasu

  15. wersja 10/06/2016 at 11:00

    Dziewczyny, pomocy. Kaczka do nas przyszła. Taka mała, z gatunku dzika. Mieliśmy nadzieję, że się pani matka znajdzie, bo głośno pisklak nawoływał, ale zamiast tego w końcu zaczęły się nim interesować okoliczne koty, więc żeśmy zgarnęli pod swój dach. I teraz tak – pisklak jest żywotny i hałaśliwy, trochę łyknął wody, ale nie chce jeść. Od wczorajszego wieczora. Proponujemy mu wszystko, co wyszukałam na forach: posiekaną zieleninkę, ugotowane rozgniecione jajko, namoczoną w mleku bułkę, rozmoczone płatki owsiane itp. Zero zainteresowania, jakby nie wiedziało, do czego ma dziób. Macie jakieś doświadczenie/praktykę/dobrą radę?
    Żeby było śmiesznie, najbliższą wodę mamy ponad pół kilometra od domu, a droga do nas prowadzi przez las, pole i jezdnię i sporo pod górkę. Nie wiem, jak to kaczątko doszło, ale jeśli przyszło stamtąd, to spory kawałek pokonało.

    • Iza 10/06/2016 at 14:32

      Zobacz tu – wynika, że bardzo małe pisklę trzeba karmić:
      http://forum.bocian.org.pl/printview.php?t=3871&start=0&sid=fb23e748d982bd1f640e38089b36663d

        • wersja 10/06/2016 at 17:11

          Dzięki, Iza. Metodą błędów i błędów znalazłam sposób, który działa: wrzuciłam bardzo drobniusieńko posiekane zioła+trawkę do ceramicznej miseczki z wodą. Kaczka wskoczyła i pływając, równocześnie podjada. Wygląda przy tym na zadowoloną. Żeby się nie czuła samotna, na próbę włożyłam ją do klatki królika (też jeszcze młodziutkiego) i chyba im się podoba. Będę jej dalej podtykać w różnych formach to, co wyczytuję tu i ówdzie, ale przynajmniej już mam nadzieję, że się uda. Szukaliśmy też znowu jakiejś kaczej rodziny, ale bez skutku. No chyba ją ufo podrzuciło :(

          • kanionek 11/06/2016 at 20:23

            Wersja – i jak tam się miewa Brzydkie Kaczątko? Dogrzewasz je jakoś? A może śpi pod królikiem, to w sumie ciepło ma :)

          • wersja 13/06/2016 at 08:06

            niestety, tak nam się wydawało, że im razem dobrze – spały sobie stworki przytulone… normalnie naszynal dżeografik w najlepszym wydaniu (dostały osobny pokój, żeby miały cicho i ciepło). tylko królik dużo większy i musiał ją w którymś momencie przydepnąć, bo po drugiej wspólnej nocy kaczątko nagle pokazało niesprawną łapkę. a wieczorem – mimo że miało apetyt i wydawało nam się, że idzie ku lepszemu – padło. mąż mnie pociesza, że gdybyś my ją zostawili, to koty by ją rozpracowały cztery dni wczesniej, ale i tak mi ciężko :(

          • kanionek 13/06/2016 at 10:26

            Wersjo, wiem co czujesz, ale Twój mąż ma rację – jeśli to kaczątko było samopas, to i bez kota nie przeżyłoby pewnie nocy (nie wiem jak u Was, ale u mnie wczoraj w nocy było blisko zera – ogórki muszę siać od nowa i pewnie nic z tego nie będzie), a odchować dzikie pisklę to nie taka prosta rzecz. One potrzebują dogrzewania, nawet do 37 stopni Celsjusza przez pierwsze dni, potem stopniowo temperaturę się zmniejsza przez dwa, trzy tygodnie (ale to było w wątku na „bocianie”). Matka Kaczka wodzi pisklęta, ale co jakiś czas bierze je pod skrzydło i dogrzewa, tak jak kura. Do tego karmienie, stopniowe wprowadzanie coraz bardziej zróżnicowanego pokarmu, basenik z wodą (muszą sobie przepłukiwać dziób z nozdrzami) – zajęcie na pełen etat. Do tego, jak piszą znawcy tematu, śmiertelność wśród piskląt dzikich kaczek dochodzi do 80%, więc pewnie akurat to Twoje było w złej puli. Trzymaj się dzielnie!

          • wersja 13/06/2016 at 11:16

            Dziękuję za otuchę, Kanionek. Ciepło miała na pewno – 27 stopni bez królika, a przy króliku wiadomo. Pracuję w domu, więc doglądałam non stop i dbałam o czystą wodę, różnorodność pokarmu itp., ale to wszystko tylko na bazie tego, co w internecie i doświadczeń hodowców udomowionego drobiu. Na pewno przy mamie by większe szanse na przeżycie, ale przy populacji kotów na naszej ulicy nie miała szans jej odnaleźć – tu ludzie koty lubią i niektórzy mają po 5 albo i 7.

  16. Monika 11/06/2016 at 10:37

    Kanionku, Felicja wysiedziała 5 (pięć) kaczątek!!!

    • kanionek 11/06/2016 at 20:21

      Oooo! Gratulajce!
      A ja właśnie miałam Tobie donieść, że kaczuszka od Ciebie siadła dzisiaj na jedenastu jajkach :)
      Oby była tak dzielna i zdeterminowana jak Meliny, to na pewno coś wysiedzi :)

      • kanionek 11/06/2016 at 20:41

        A może chcesz fotki podesłać? Albo na forum wrzucić?

  17. Monika 11/06/2016 at 21:33

    Wysłałam krótki filmik, ale kaczusie są tak malutkie, że ledwo je widać.

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa