Put on your green shoes and dance the blues, czyli o szczęściu, kiełbasie i niechcący

(…)

If you say run, I’ll run with you
If you say hide, we’ll hide
Because my love for you
would break my heart in two

(…)

Let’s dance

For fear your grace should fall
Let’s dance
For fear tonight is all
(…)”

Fragment utworu “Let’s Dance” z albumu “Let’s Dance”, David Bowie, 1983.

Baju baju, i po maju. Tak się jakoś ostatnio zastanawiałam – czy ja jestem szczęśliwa? Oczywiście, że NIE. Kto jest? Kto z Was budzi się co rano myśląc: “Omójboże, jak zajebiście”? I mam tu na myśli KAŻDEGO RANKA, a nie w sytuacji, że szef dał trzy dni urlopu, bo pogrzeb teściowej, albo że w końcu przestał nas boleć ten ząb, z którym od kilku miesięcy wybieramy się do dentysty. Mówię o szczęściu trwałym, jak leczenie kanałowe. Albo jak znicz olimpijski, co to nie zgaśnie nawet gdy z nim iść pod wiatr, albo na niego nasikać (chociaż nie jestem pewna, czy testowali ten znicz pod kątem sikania).

No więc ja to sobie wszystko gruntownie przemyślałam i zaprawdę powiadam Wam – kto jest szczęśliwy, niech pierwszy rzuci kamień. Owinięty w papierek z czytelnie wypisaną receptą na szczęście (przy czym od razu zaznaczam, że nie interesuje mnie szczęście wiekuiste, szczęście które sprzyja lodożercom, ani szczęście z gatunku: “stary, takeś w to drzewo wyjebał, że masz szczęście, że żyjesz”). Ludzie lubią sobie powtarzać różne złote myśli i inne gładko przez gardło przechodzące banały. Na przykład: żeby być szczęśliwym, trzeba robić to, co się lubi. Ja już pomijam oczywistą prawdę, że gdyby każdy mógł robić to, co lubi, większość mieszkańców planety nie robiłaby nic. No i jeszcze jakieś 5% zbierałoby znaczki. Ale żeby ktoś mógł zbierać znaczki, ktoś inny musi je robić, co nie? A weźcie mi pokażcie człowieka, który lubi robić znaczki. Całe życie. Siedzi i robi te znaczki, i myśli sobie: “o kurwa, jak zajebiście, dziś robię znaczki z kaczką krzyżówką, Anas platyrhynchos, jebnę pińcet, będzie bosko”. No BARDZO Was proszę.

No więc ja niby robię to, co lubię, a jednak jakby nie. Bo tak: to jest oczywiste, że kocham moje kozy, z których każda jest najpiękniejsza. I każda ma najśliczniusie uszka, i najkochaną mordkę, i najkosmiczne oczy z poziomą źrenicą, i najzgrabniejsze kopytko, i każda merda do mnie ogonkiem, i W OGÓLE. Kocham je tak bardzo, że patrzę w ich oczy i słyszę ich myśli. I nawet to przeklęte ręczne dojenie w sumie lubię, bo to jest dobra okazja, żeby z każdą kozą pogadać, skomplementować rzeczone kopytko, poklepać po pustym łbie (to dotyczy tylko kozłów; kozłów nie doję, ale raz na jakiś czas wepchną mi się do warsztatu), wetknąć w pyszczek kawałek suchego chlebka i posłuchać, jak chrupie w kozich zębach. Lubię też, kiedy jest ciepło i zielono, dzień ma więcej niż kilka godzin, a wszystkie zwierzęta korzystają swobodnie z dostępu do słońca, ziemi, wody i różnorodności żarcia, ciesząc moje oko.

Czego NIE LUBIĘ, a mogłabym długo wymieniać, więc podam tylko kilka przykładów: nie lubię zmywać, gotować, sprzątać, szarpać się z napalonymi kozłami, kosić trawy w upał, rąbać drewna, nosić węgla, nosić wody w wiadrach, sprzątać, sprzątać, sprzątać po wszystkich, i zmywać i gotować i znowu zmywać, nie lubię gdy Mając karczuje mi krzaki, a koty dewastują uprawę majeranku (zamorduję, przysięgam, że zamorduję), Laser kradnie jajka, Pimpacy włazi do kurnika i robi tam jajecznicę na piórach, nie lubię pisać do urzędników i wyjaśniać, co bym im zrobiła, gdyby to nie było karalne, nie lubię gdy jest minus dwadzieścia i woda wszystkim zamarza, nie lubię, gdy raz na miesiąc siadam na kamieniu filozoficznym nad stawem, żeby choć trzy myśli złapać na smycz świętego spokoju, a z całej okolicy ściągają kozy i koty, żeby mi: obsikać poduszkę, albo nogi, wbić pazury w bark, wspiąć na moje plecy i dać kopytkiem w lampę, BO TAK, wyciągnąć z kieszeni rękawiczkę, pół wkręta, zapalarkę do gazu lub rękawiczkę, obgryźć włosy na Iggy Pop rocznik 1982, nadepnąć kopytkiem na mały palec, duży palec, albo któryś z trzech pomiędzy, a poza tym: sprzątać, gotować, zmywać i wywozić taczką gnój. No ale nie ma róży bez gnoju, i jeszcze się taka koza nie urodziła, która by srała sadzonkami fijołków, więc – skracając tę długą historię – rozumiecie chyba, że po prostu nie mogę być szczęśliwa. I w ogóle, moim skromnym zdaniem, szczęśliwym to się trzeba urodzić. To musi być jakiś gen, kawałek makaronu DNA, spuścizna przodków, przeznaczenie (jak alergia na gluten), czy coś. Nie można się tego nauczyć, jak funkcji trygonometrycznych, albo dzielenia pod kreską. Zresztą, gdyby szczęście miało cokolwiek wspólnego z matematyką, to byłabym nieszczęśliwa Z WYBORU.

A teraz dość tych filozoficznych bzdur, czas odkopać kozę Roman. Roman się jeszcze nie okociła, nic jej w brzuchu nie skacze, ani nie wali kopytkiem w szybkę piekarnika (a piekarnik zdaje się rosnąć), więc chyba czas uznać, że Roman nie jest kozą ciężarną, tylko zwyczajnie tłustą larwą, choć nie tak ją matka Irena wychowała. Matka Irena to szkielet w łaciatej kurtce, i choć kurtkę ma piękną, błyszczącą, oko bystre, śluzówki różowe, a mleka daje ponad dwa litry, to przytyć nie zamierza ani grama, i tak jest od dwóch prawie lat, więc to raczej tak, jak ze szczęściem – kwestia genów. Krówko, córka Ireny i siostra Roman, szkieletem może nie jest, ale do tłustej larwy też jej daleko (jest przepiękna, kształtna, łaciata, błyszcząca i ma najzgrabniejsze kopytka). No więc Roman urwała się Rubensowi z obrazka i ja już na małe Romaniątka nie czekam. Chyba. No bo jednak trochę jeszcze czekam.

(Więzadła czy sprawdzam? Roman jest tak tłustą larwą, że nawet więzadeł nie jestem w stanie u niej wymacać!).

Matka Irena:

matka Irena z baniakami

Larwa:

larwa Roman larwa Roman 2

Kozy Zawszone to już nie te same kozy, co kiedyś. Kurtka Kawki zaczyna połyskiwać w słońcu jak tłuste ziarno dobrze upalonej kawy, a Herbatka zarasta nową sierścią. O, to co miała łyse na szyi już wygląda pięknie:

zarosnieta szyja

Obie się ładnie zaokrągliły i – najważniejsze – już można do nich podejść bez ryzyka, że wyskoczą oknem, albo do sąsiedniej wsi po relanium. Herbatka ma dzwonki – takie dzyndzały pod szyją, i nawet nie wiedziałam, że one też mogą przytyć! Gdy Kozy Zawszone do nas przyjechały, dzwoneczki Herbaty były jak dwa zabiedzone, suszone liście herbaty, a teraz są puszyste i tłuściutkie, jak dwie larwy chrabąszcza majowego.

herbaciane dyndaly

To znaczy larwa nie jest puszysta, wiem, ale chrabąszcz już tak (a przynajmniej nogi ma owłosione; dopiszcie chrabąszcze majowe na listę rzeczy, których nie lubię. Nie, wpiszcie je w rubrykę: NIENAWIDZĘ). A Małe Zło (córka Kawki), świetnie sobie radzi, takie chude, na długich nogach, rogate i rozczochrane, i uczy się od Małejbożenki fryzjerskiego fachu. Serio, jak mnie w ubiegły poniedziałek dopadły na kamieniu nad stawem, to mi chyba pół szczypioru z cebulkami wyrwały z głowy.

Male Zlo Male Zlo 4 Male Zlo 3 Male Zlo 2 Male Zlo 5

I jeszcze matka Kawka:

Kawka

Najgrzeczniejszy z młodzieży jest Sylwuniu, synek Kachny. Mały, kochaniutki, kojarzy mnie z butelką mleka i zawsze do mnie przychodzi, i nie mam problemu ze złapaniem go na wieczór, gdy wszystkie dzieci idą do ciupy, żebym rano miała mleko na sery. Za to Trzej Muszkieterowie Ireny… Ubzdurali sobie, że jestem złą wiedźmą, która chce im żywcem obgryźć żeberka (jestem pewna, że to Bożena ich wkręciła – stara, złośliwa zołza), i każdego wieczora ganiam za nimi po całej koziarni, choć już mi nogi z rzyci wyłażą, odstawiając jakieś wygibasy (“wejdę do żłobu, to mnie wiedźma nie dopadnie”), skoki przez owce (“schowam się za tym dużym, wełnianym, to mnie wiedźma nie zobaczy”), loty półślizgiem po świeżym gównie… A Bożena, podła jej baryła mać, leży rozwalona pod żłobem i rechocze jak stara ropucha, wodząc za mną spojrzeniem wyłupiastego oka i na uszko tłumacząc Małejbożence, że szczęście polega na tym, żeby umieć się pośmiać z nieszczęścia innych.

Tymczasem małżonek zrobił w koziarni takie o, okienko uchylne:

okienko uchylne

A Kanionek w warsztacie, nad dojalnicą, taki wydajnik do ręczników papierowych:

wydajnik recznikow wydajnik recznikow 2

Cóż. Jaki inżynier, taka technologia, więc mój dyspenser jest oczywiście z kartonu, sklejony taśmą i zawieszony na sznurkach. Po prostu taki ze mnie majster niebrutalny, że nie stosuję twardych połączeń wymagających użycia siły, i żeby nie było – wydajnik papieru działa już od miesiąca z hakiem i jestem z niego bardzo zadowolona. A małżonkowi udało mi się zaimponować w innej dziedzinie.

Doję sobie kozy w ubiegłą niedzielę, wyrzucam z warsztatu Ziokołka i wychodzę na zewnątrz, żeby wziąć Pippi na dojalnicę. Na zewnątrz, na tyłach koziarni, sterczy sobie małżonek, montując wspomniane wcześniej okienko. Wszystkie kozy poszły fpizdu, więc wołam w nieokreśloną przestrzeń: “Piiiippi! Chodź się wydoić!”

Małżonek patrzy na mnie jak na ofiarę fluoryzacji wody pitnej (bo wiecie, nadmiar fluoru otępia i teraz się uważa, że pasta do zębów bez jest lepsza), i mówi krótkie, a wymowne: “TAJASNE”.

“No co?” – odpowiadam i znów wołam: “Pippi! Pippi chodź tu, bo nie mam czasu na ciebie czekać!”.

Słyszę, jak Pippi beczy rozdzierająco gdzieś ze środka łąki północnej, i wiem już, że do mnie biegnie, choć oczywiście jej nie widzę. “No chodź, chodź, do ciebie mówię!” – znów krzyczę w przestrzeń, a małżonek, dla którego każde kozie beczenie brzmi tak samo, aż rzucił swoją robotę i powiada: “Jeśli tu przyjdzie Pippi, i żadna inna koza, to mi trzecia noga wyrośnie”.

I co Państwo powiecie? I CO? I za chwilę zza rogu obory wybiega Pippi i leci do mnie truchcikiem, a reszta stada została tam, gdzie była. Małżonek robi minę pod tytułem: “Apage, demonie”, a ja wciąż czekam, aż mu ta trzecia noga wyrośnie. Tyle razy mu mówiłam, że moje kozy dobrze wiedzą, jak się która nazywa (no okej, każdej nowej kozie zajmuje chwilę, żeby się nauczyć co ma w dowodzie osobistym, ale po kilku miesiącach już wiedzą), a to, że czasem nie chcą przyjść na zawołanie, wynika tylko i wyłącznie z koziej niezależności (albo złośliwości, jeśli mówimy o Bożenie), ale WIEDZĄ DOSKONALE, kogo wołam. O, a z rzeczy niekozich, to ostatnio zaimponował mi jeden facet:

http://www.tvp.info/25461363/wlamal-sie-do-domu-i-ugotowal-rosol-policja-zatrzymala-przestepce-zarloka

I taką postawę rozumiem i szanuję. Pokłócił się z żoną, i WIEDZĄC, że nie ma racji, postanowił w ramach pokuty jechać dwa dni na rowerze, zamiast siedzieć żonie na widoku, drapiąc się w stopę i denerwując ją samym swoim istnieniem. Co więcej – wyżywił się sam, poza domem, oszczędzając żonie wysiłku gotowania i zmywania, więc za to dodatkowe punkty. Policja powinna dać mu medal, a potem może tydzień aresztu, bo to zawsze kilka dni więcej wyżywienia poza domem i świętego spokoju dla małżonki.

(jakiś czas temu:
–  O, Kanionek, a co to się stało, żeś się tak wystroił?
–  A tak jakoś, z okazji że do miasta jedziemy. Bo widzisz, wewnątrz każdego Kanionka kryje się dziewczyna w sukience, tylko ona musi mieć czas i sposobność, żeby z Kanionka wyjść na świat.
– Aha. Ale siniaki na nogach to ta dziewczyna ma całkiem jak Kanionek (Małabożenka, kurde!). O, a tu sobie łydki nie dogoliłaś…

No i chyba też muszę się nauczyć w lampę dawać, a jeśli kiedyś zobaczycie czterdziestoletniego deathmetalowca popylającego przez Polskę na starym, bordowym rowerze, to niech Was ręka boska broni dawać mu jakiś rosół!) (a sukienkę założyłam, bo ciepło jak diabli, a w Gwiazdolocie nie da się wyłączyć ogrzewania, a poza tym raz na rok każdy ma ochotę założyć sukienkę i pomalować paznokcie, co mógłby potwierdzić David Bowie, gdyby akurat ostatnio nie umarł)

No i tak to. Jest ciepło, pomidory rosną, w ogródku szaleją ślimaki (już Wam pisałam, że biegusy trzeba było ewakuować z powodu powrotu Rudego Ryja, i ktoś pisał w komentarzach, że może fosa i chiński mur, i powiem Wam tyle: ładnie by to nie wyglądało, ale w końcu byłby spokój i legendarna sielanka. Tylko skąd tyle wody na fosę i kamieni na mur to już nie wiem), a u pani Żozefin to, co zwykle:

–  Dzień dobry, pani Żozefin, dziękuję za sadzonki pomidorów, choć swoich mam chyba ze trzysta i nie wiem, gdzie je wszystkie pomieszczę. A te od pani, to co to za odmiana?
–  Pani Aniu! Ta odmiana to są pomidory angielskie!
–  Yyy… Znaczy, że córka pani nasionka z Anglii przysłała, tak? I nie wie pani, jaka to odmiana? – próbuję, jak zwykle naiwna, dowiedzieć się co wyrośnie z tych kilkucentymetrowych roślinek.
–  ANGIELSKIE, pani Aniu, i one wcale nie mają wody! Ani trochę!

Bogom niech będą dzięki. Nareszcie ktoś wpadł na wyhodowanie odmiany, która rodzi od razu suszone pomidory, bo to mi odejmie całą masę roboty jesienią.

Aha, i tu miał być koniec wpisu, ale małżonek przyszedł i mówi: “Zrobiłem zdjęcie Stefanowi, będziesz miała na bloga”. Kim, u diabła, jest Stefan, zapytacie, jako i ja zapytałam. Ano o:

Stefan Stefan 2 Stefan 3 Stefan 4

Ale tak serio – kim u diabła jest Stefan? Może ktoś z Was kocha robaki i będzie wiedział.

PS. I jakoś tak niechcący kupiliśmy dziesięć kurczaków. Bo małżonek wysłał mi esemesa, że widział Rudego Ryja pod furtką, a ja mu odpisałam: “no to praktycznie po kurczakach”, a on to zrozumiał tak, że właśnie odnalazłam dziewięć martwych, kurzych tuszek, i postanowił nie zasypiać kurczaków w popiele, tylko działać szybko i zdecydowanie. No i się umówił na odbiór dziesięciu zielononóżek gdzieś pod Pieniężnem jeszcze tego samego dnia. Wszystko się wyjaśniło na kilka godzin przed umówionym odbiorem, ale doszliśmy do wniosku, że nie będziemy tego odkręcać, bo jeśli nie weźmiemy tych kurczaków, to nasze łyse szczęście już się dobrze postara, żeby “no to mamy po kurczakach” się rychło ziściło. Pojechaliśmy zatem, błądząc po polskich bezdrożach, a gdy dotarliśmy do popegeerowskiego osiedla małżonek wyraził rosnące zwątpienie słowami: “co ten facet, na balkonie te kury trzyma?”. No i wiele się nie pomylił, bo choć nie na balkonie, to w garażu facet te kury trzymał. W dużym, betonowym garażu, w ustawionych jedna na drugiej, aż pod sufit, plastikowych skrzynkach, z których wystawały tu i ówdzie kurze głowy różnych ras. Się bowiem okazało, że facet hoduje te kury gdzieś na Mazowszu (“panie, ja tego w tysiącach sprzedaję”), i z powodów, w które nie chcieliśmy wnikać, przywozi je tutaj w skrzynkach i sprzedaje z garażu. Nie chcieliśmy wnikać, bo okolica nieciekawa, na każdym rogu bujał się lokalny Seba w sportowym rynsztunku, a i sam sprzedawca jakiś taki z mordy niewyględny i pomagier jego takoż, więc choć na końcu języka miałam pytanie, jak on te kury w skrzynkach karmi i poi, to się w język ugryzłam, spakowaliśmy dziesięć bladych, kurzych twarzy do samochodu i w nogi.

Kurczaki, jak kurczaki:

nowe kurczaki 2 nowe kurczaki

Najgorsze, że one chyba nigdy po trawie nie chodziły, ani słońca nie widziały, bo od dwóch dni kitrają się gdzieś po krzakach małego wybiegu, albo pod ścianą obory, najczęściej wszystkie w jednej kupce, a jak raz czwórka z nich wyszła poza wybieg, to trzymała się siatki ogrodzenia i nie odeszła od niej dalej, niż na metr. Ale one się jeszcze wyrobią. Już wiedzą, że pszenicę można zjeść. Piasku nażarły się jak struś, nauczyły się pić wodę z miski, to i robaka w końcu odkryją, a za kilka tygodni będą biegać po lesie, na swoją zgubę i moich nerwów zszarpanie. Ach, no i jeszcze Meliny wysiadują solidarnie kilka kurzych jaj:

dwie Meliny siedzace

(aktualizacja na dzień opublikowania wpisu: Meliny wysiadują już tylko dwa jajka, bo resztę zgniotły, ale siedzą ofiarnie i nawet na cotygodniową kąpiel w stawie nie bardzo chciały się wybrać)

A dzień po przybyciu nowych kurczaków na jajkach zasiadła również jedna z naszych “starych” kur, więc kto wie? To jeszcze może być Rok Kurczaka.

PPS. Z dziesięciu nasion kiełbasy wyrosły tylko cztery sadzonki:

dla psa kielbasa

Dwie z nich już siedzą w szklarni, a dwie pozostałe chyba wetknę gdzieś w ogrodzie. No bo niby lubią ciepło (w szklarni na dodatek nie ma ślimaków, chyba że smażone), ale też podobno rosną wysokie jak koza, i w szklarni sufit może się dla nich okazać zbyt niski.

No i kwitnie bez:

kwitnie bez 2 kwitnie bez

I rodo-srodo:

kwitnie rododendron rodo

I tak na dobrą sprawę wszystko, ale wszystkiego mi się nie chciało fotografować.

PGR. No i nie napisałam nigdzie, że jestem nieszczęśliwa, tak? Jestem umiarkowanie zadowolona, jak na przeciętnego człowieka przystało. Umiarkowane zadowolenie jest gdzieś pomiędzy “omójboże, jak zajebiście”, a “ojapierdolę, jaki kanał, dno i skamieniałe szczeżuje”. A tytuł wpisu może być trochę mylący, bo w zielone buty moje stopy już nie wchodzą. Minimalistyczne biegówki też coś od tygodnia przyciasne. No cóż – weterani berfutingu ostrzegali, że stopa ma mięśnie, i one są zaprojektowane do pracy. Buty tę pracę z nich zdejmują, a że wszyscy od urodzenia nosimy obuwie, to nasze stopy po kilkudziesięciu latach są atroficzne i zwiędłe, ale wciąż pamiętają te setki tysięcy lat ewolucji, podczas których nasi przodkowie używali stóp do chodzenia, no i moje też sobie przypomniały, i gdy tylko wypuściłam je na wolność, zaczęły przybierać ciała i już nie przypominają zasuszonych kikutów mumii egipskiej. Kolejny feler chodzenia boso jest taki, że buty zaczynają wkurwiać. Konieczność ich założenia (np. do koziarni, bo jednak gdyby żelazko Ziokołka nadepnęło na moją stopę, to pal diabli stopę, ale oczy na pewno wyskoczyłyby mi z głowy), a później zdjęcia, no i temperatura wewnątrz buta. Dopiero teraz do mnie dotarło, jak idiotycznie niewygodnie, mokro i gorąco jest w butach podczas upału, a do sandałów pałam genetycznie uwarunkowaną odrazą i nic na to nie poradzę. No więc. Odwiozłam wczoraj Mamę na dworzec, i gdy tylko wróciłam do samochodu musiałam zdjąć te superwygodne buty do biegania, bo już mnie zaczynały wkurwiać. A ponieważ w drodze na dworzec zagotował mi się silnik i trzeba było czekać, aż trochę ostygnie, żeby dolać płynu do chłodnicy, to chodziłam sobie po dworcowym parkingu, testując moje nowe, neandertalskie stopy na polbruku, i to był mój miastowy coming out. Bardzo przyjemne uczucie – nawierzchnia parkingu nowiutka, równa, nagrzana majowym słońcem, nie to co żwir na podjeździe mojego własnego podwórka, że nie wspomnę o ostach i pokrzywach. No i wróciłam prowadząc Gwiazdolota też boso, i – alleluja – żadnych przykrych niespodzianek. Operowanie pedałami sprzęgła i gazu jest dalece bardziej precyzyjne, gdy robi się to kawałkiem ciała, który posiada zakończenia nerwowe, no a hamulec i tak musimy wciskać ostrożnie, bo prawa tylna tarcza hamulcowa jest krzywa i strasznie “bije” podczas ostrego hamowania. Tak więc hejże glujże, boso i do przodu! (nie, w sklepie jeszcze boso nie byłam. Trochę się boję, gdyż jestem psychicznie wrażliwa na wyprowadzanie przez ochronę, z rękami wykręconymi do tyłu, ale kto wie, może się przyzwyczaję)

klekot klekot 2 best friends forever kozy w kwiatkach kozy w kwiatkach 2 kotki trzy

161 thoughts on “Put on your green shoes and dance the blues, czyli o szczęściu, kiełbasie i niechcący

  1. Bogutek 31/05/2016 at 00:37

    A ja sie właśnie poczułam szczesliwa Kanionku, tak to wszystko pięknie opisalas!:)

  2. Bogutek 31/05/2016 at 00:37

    Dziękuję 😊

    • kanionek 31/05/2016 at 10:08

      A prosię, prosię. Może receptą na szczęście jest uszczęśliwianie innych…? A nie, to chyba była recepta na pójście do nieba ;)

  3. Barbarella 31/05/2016 at 08:12

    O jak rany, pierwszy raz widzę, żeby koza miała takie farfocelki na szyi! Do czego jej to? Ale nie wszystkie mają, chyba?…

    • diabel-w-buraczkach 31/05/2016 at 08:52

      No wlasnie ja tez sie zapytuje i dziwuje.

      • kanionek 31/05/2016 at 10:14

        No niektóre tylko mają i to chyba też kwestia szczęścia/genów. U nas tylko Herbata i Irena. Co, nie zauważyłyście, że Irena też?
        http://kanionek.pl/wp-content/uploads/2015/04/czujna-mamu%C5%9Bka.jpg
        Słabo widać, bo owłosienie zimowe, ale są.
        Jedne mają brodę, inne rogi, jeszcze inne dzwonki. Bożena ma rogi ORAZ brodę, a taka Roman nie ma całkiem nic, bidulka.

  4. RozWieLidka 31/05/2016 at 08:47

     „Hejże glujże, boso i do przodu”- hasło na koszulki, jak obszył :)

    A jeszcze z najnowszych wieści ze świata security podwórkowej. Ponoć bardzo dobrymi stróżami są perliczki. Jak tylko coś podejrzanego – typu obcy zwierz, ludź, itp. zauważają, od razu podnoszą alarm. Jedna tylko wada tego systemu- ten alarm bywa strasznie upierdliwy ;)

    • kanionek 31/05/2016 at 10:19

      Taaa, ja już słyszałam o tych opierliczkach, nawet widziałam je na własne oczy (śmieszne takie, w pepitkę, czy jak się ten wzorek nazywa), ale o to właśnie chodzi, że one będą drzeć dzioby na WSZYSTKO. Bocian – alarm, listonosz – alarm, kot sąsiadów – alarm. Takich mądrych od alarmowania z powodu beleczego to my już mamy, nazywają się: Laser, Atos, Mając i Pimpacy :D
      No a w nocy pewnie śpią w kurniku? Ale nie powiem, ładne są, i nawet mnie trochę korci… Tylko że małżonek już mnie pyta trzy razy dziennie „na wuj nam te gęsi”, bo Meliny też się drą z byle powodu, odkąd zaczęły się bawić w mamusię i mamusię ;)

  5. mgosia 31/05/2016 at 08:54

    Kanionek, a ja się chciałam nieśmiało zapytać czy serki jeszce są? A jakby co zamówienie przez maila?

    • kanionek 31/05/2016 at 10:22

      Mgosia, serów „w zapasie” chyba jeszcze nigdy nie miałam, a zamówienia obecnie sięgają gdzieś połowy czerwca, albo i dalej. Jeśli nie masz nic przeciwko czekaniu, to oczywiście – wyślij maila, a ja po sprawdzeniu zeszytu zamówień (ta, zeszyt… milion karteluszek z bazgrołami) dam Ci znać na kiedy fabryka się wyrobi :)

  6. diabel-w-buraczkach 31/05/2016 at 08:58

    Wyklad o byciu szczesliwym jest piekny. Szczególnie ten fragment o znaczkach :)

    A na boso to ja bylam w lodziarni w zeszla niedziele, bo sie okazalo, ze sandaly, które mialy na podeszwie od srodka taka mila, mieciutka, jakby zamszowa powierzchnie, po kilku dniach chodzenia zamienily sie w tarke z kamienia. Ten „zamsz” sie tak zbrylil i stwardnial dokumentnie, akurat jak bylam milion kilometrów od domu oczywiscie. I dostalam mega-babli na podeszwach stóp.
    No to sciagnelam i szlam boso, przez miasto, przez port, do lodziarni, potem znów przez miasto, i juz. Polskie sandaly Lasocki, wystrzegajcie sie tych z „zamszykiem” w srodku.

    • kanionek 31/05/2016 at 10:36

      Coś słyszałam, że Lasocki się popsuł – podobno markę kupiło CCC, czy jakoś tak, i teraz Lasockiego buty robią małe, chińskie rączki za legendarną miskę ryżu, więc rozumiesz, że czasem im tego suchego ryżu wpadnie pod zamszową wkładkę.

      Czy mogę już się do Ciebie zwracać per „siostro”? Siostro w berfutingu – brzmi dobrze.
      (a mnie dwa dni temu tak pogryzły komary i muchy jakieś, że kostki i łydki mam obolałe, jakby je ktoś kijem obił; nienawidzę robactwa)

      • diabel-w-buraczkach 31/05/2016 at 12:46

        No wlasnie w CCC kupilam, droga siostro.
        (zabrzmialo to jak w Seksmisji ;)))

        A pierwszy dzien w roku, kiedy na plazy albo na trawie jakiejs mozna sciagnac buty jest zawsze taki piekny! Od razu czuc, ze to zdrowo tak.

  7. Kaszmirowa 31/05/2016 at 09:05

    Podobno poczucie szczęśliwości jest genetycznie zaprojektowane. Tom cała zagadka. A boso też dużo chodzę, bo mnie buty wkurzają.
    I bdb., że Kanionek napisała już, bo w internatach nie było co czytać.

    • kanionek 31/05/2016 at 10:41

      Genetycznie, jak nic. Szczęście jest chemiczne (dlatego da się je wyprodukować w tabletkach), a do wytwarzania tej chemii potrzebny jest odpowiedni gen-laborant.
      Ja myślę, że mam takiego, tylko on się opierdala. Może brakuje mi genu kierownika laboratorium?

      • Kaszmirowa 02/06/2016 at 00:12

        O Kanionek jest Pogodny Duchem a to więcej niż szczęśliwy

  8. Brytusia 31/05/2016 at 09:31

    Ja cie nie chce martwic ale Stefan to wyglada jak turkuc podjadek, wiec sugeruje eksmisje lub egzekucje ….
    Ale moge sue mylic ☺

    • paryja 31/05/2016 at 09:50

      Nie, turkuć to na pewno nie jest .
      Zobacz w necie rębacza dębowca, podobny nieco.

      Po wiekuiste szczęście idzie się do psychiatry i on podobno daje zajebiste różowe (a może żółte) tableteczki ale może to też plotka.

      • paryja 31/05/2016 at 09:58

        A ! rębacz jest z rodziny kózkowatych ;)

      • ciociasamozło 31/05/2016 at 10:01

        A ja myślałam, że do wiekuistego to trzeba trochę cyjanku, albo kilka opakowań relanium ;)
        Te tableteczki od psychiatry dają raczej odroczenie nieszczęśliwości (no chyba, że się przedawkuje) ;)

        • paryja 31/05/2016 at 10:06

          Czyli jednak plotka ? ;)

    • ciociasamozło 31/05/2016 at 09:50

      Zdecydowanie nie turkuć! :)
      Raczej mu bliżej do tego: http://www.krzysztofsztaba.pl/owady-1/slides/Rhagium-sycophanta-3.html

      • kanionek 31/05/2016 at 10:45

        Steeeefaaan!
        To on.
        Czyli wszystko jasne – kozy sprowadzają rodzinę i znajomych…

        A turkucia to ja znam, bo złapałam jednego do słoika, jakieś pięć lat temu, właśnie tutaj, tuż pod drzwiami. To były nasze pierwsze miesiące w lesie, turkuć zamierzał chyba wystartować w przestrzeń powietrzną i robił mnóstwo burczącego hałasu, ja się wystraszyłam, ale też chciałam wiedzieć „co to”, no i mam gdzieś nawet zdjęcia tego potwora. Bo to potwór jest, serio. Skrzyżowanie łosia z pasikonikiem, wielkie i odrażające. Wypuściłam go wtedy na wolność i już nigdy więcej żeśmy się nie zobaczyli, odpukać w spróchniałe drewno.

        • Brytusia 31/05/2016 at 11:37

          Nam ustalenie ze turkuc to turkuc troche zajelo. Ale macie racje, stefan to.inna gadzina

          • diabel-w-buraczkach 31/05/2016 at 12:57

            turkuc jest ohydny! A Stefan taki sympatyczny…

      • ng 01/06/2016 at 12:03

        uważaj na niego, bo w nazwie ma, że socjopata! (tak za pierwszym machnięciem oka przeczytałam :))

  9. baba aga 31/05/2016 at 09:34

    A ja to jestem zadowolona, żeby nie zapeszać słowem na sz, też nienawidzę sprzątać w każdej postaci, ale to drobne niedogodności, a technologia pomaga w okiełznaniu ich, ale ja to pikuś. Twierdzisz Kanionku, że ktoś może nie lubić robienia znaczków, a co powiesz na Pana od szamba??? U nas przyjeżdża do szamba szczęśliwy Pan, zawsze uśmiechnięty, ubrany ładnie choć śmierdząco, wygląda jakby dokładne wyczyszczenie szamba, łącznie z odpływem sprawiało mu satysfakcję, więc ja go zawsze chwalę, bo uśmiech ma ładny i mi też jakoś po jego wizycie zawsze lepiej. Kanionku można lubić swoją pracę i być szczęśliwym!!!! No i można się tego nauczyć.

    • kanionek 31/05/2016 at 10:56

      No więc pan od szamba jest najlepszym dowodem na to, że szczęście jest genetycznie uwarunkowane. No bo weź – cieszyć się na spotkanie z gównem? Facet sobie nawet nie zdaje sprawy, że jest STEROWANY chemią sowjego mózgu :D
      Swoją drogą – u nas taki właśnie jest Pan Śmieciarz. Ten sam, co uwalniał młodziutką Pippi z siatki ogrodzeniowej. Zawsze zadowolony, wyprany i pachnący (jakiś klasyczny „Brutal”, ale zawsze), wesolutki, jakby nie śmieci, a puszyste króliczki woził w tej ciężarówce.
      Ja się zgodzę, że można lubić swoją pracę i być szczęśliwym, ale z tym nauczeniem się… How, how!?

      • wersja 31/05/2016 at 14:35

        może oni mają dla równowagi jakieś megaupadlające hobby, których strasznie nienawidzą? nie wiem… kleszcze zbierają, chociaż ich to brzydzi, ale jakoś nie mogą przestać?

        • Kachna 31/05/2016 at 20:01

          Jeny wersja….błagam….nie przy jedzeniu!!! Kleszcze zbierać???
          Szybko – dawać mi majeranek!! W dużej ilości.!
          Kocham majeranek.
          Jestem kurą?

          • wersja 01/06/2016 at 08:38

            sory Kachna, ale lubienie pracy szambiarza przy jedzeniu też jest słabe, sama powiedz :) (jeśli lubisz też dżdżownice, to wszystko możliwe ;))

          • Kachna 01/06/2016 at 09:35

            Dżdżownice może nie – ale lubię grzebać……:)

          • ciociasamozło 01/06/2016 at 10:08

            Wersja, myślę, że szambiarza można lubić nawet przy jedzeniu, choć niekoniecznie go wtedy wąchać ;)
            Naprawdę uważacie zbieranie kleszczy za taką obrzydliwość? Jestem w stanie wyobrazić sobie namiętnego zbieracza kleszczy, który choć buziaczków im nie rozdaje to z zapałem kolekcjonuje osobniki wszelkich kształtów i rozmiarów. I przypina do tablicy jak motylki ;)

          • Kachna 01/06/2016 at 12:44

            Nie, nie nie.
            Nie lubię. Za dużo musiałam wydłubywać z moich współmieszkańców.

            Czy kura zjada kleszcze???
            (brrrr)

          • wersja 01/06/2016 at 13:22

            Ciocia – szambiarza i owszem, ale jego pracę? chociaż kleszcze są jeszcze gorsze.

            Kachna – nie wiem, jak kury, ale psy mojej siostry niestety tak :(

          • zeroerhaplus 02/06/2016 at 11:51

            No nie wiem, co wy z tymi kleszczami (bo macie na myśli pajęczaki, a nie kombinerki, prawda? Chociaż kolekcja kleszczy-kombinerek byłaby jednak piękną kolekcją… ach, rozmarzyłam się ;), czy one są naprawdę takie odrażające? To chyba trochę sprawka antyreklamy, jaką im zrobiono, nie? Te wielkie ryje na plakatach… Jestem prawie przekonana, że gdyby w takim powiększeniu pokazać taką na przykład Angelinę Jolie (twarz mam na myśli), to też byłaby całkiem paskudna ;)
            @Ciociasamozło: Jak nabić pełnego kleszcza na szpilę (w celach kolekcjonerskich) wystarczająco zgrabnie, coby z niego nie spuścić zawartości? Bo w ten twardy kadłubek się nie da ;)

          • ciociasamozło 02/06/2016 at 12:47

            0Rh+, próbowałaś przebijać kleszcza szpileczką?
            No dobra, chyba masz rację, może być problem. A może kleszcze się przykleja do tablicy na „kropelkę” a nie przypina?

            W znajomym gabinecie weterynaryjnym panie lekarki takiego opitego kleszcza trzymały w probówce i sprawdzały jak długo przeżyje (nie pamietam dokładnie, ale chyba kilka miesięcy). Nawet mu imię nadały…

          • zeroerhaplus 02/06/2016 at 15:19

            Tja.
            Poprawka: w ten kadłubek RACZEJ się nie da, powinnam była napisać. Bo się jednak da. Właśnie sprawdziłam.

          • Kachna 02/06/2016 at 15:22

            Jesteście nienormalne…………………

          • Kachna 02/06/2016 at 15:26

            0RH+
            Nie, nie, nie.
            Kanionek!!!!!!!! Ratunku!!!!!!!!!!
            Weźże coś z nimi zrób a szczególnie z ta jedną!!!!

          • RozWieLidka 02/06/2016 at 17:52

            Zeroerha, i co zawartość nie uzewnętrzniła się. A jaką szpilką i do czego przyszpilałaś? 😈😆

          • zeroerhaplus 02/06/2016 at 18:03

            Widać, Kachno, sama mi musisz udzielić reprymendy, bo Kanionek nie ma czasu ;)

          • zeroerhaplus 02/06/2016 at 18:10

            RozWieLidko, bo w kadłubek trzeba, to się nie uzewnętrzni ;)
            Szpilką entomologiczną numer 3 do kuferka podróżnego na biżuterię ;P

            I teraz Kachna mnie zabije…

          • ciociasamozło 02/06/2016 at 21:03

            Zeroerha! Kocham Cię :)))) Jeśli Kachna nie zabije również i mnie to mogę przygarnąć Twoje prochy.
            Ale kleszcz był chyba z tych większych? Taka niewyrośnięta nimfa (kadłubek zwłaszcza) to chyba niewiele większa od szpilki? (średnicę mam na myśli)

          • Kachna 02/06/2016 at 22:13

            Oczywiście, że ja Was nie zabiję, bo się…Was boję…aaaaa…..
            Jakie ja dziś mogę mieć sny po tych kadłubkach…..
            ……………
            Wiedźmy jesteście .

            Wiem – będę spać z siekierą pod poduszką.
            Nr.3. Etymologiczną.

          • kanionek 02/06/2016 at 23:51

            Ech… Was to na chwilę spuścić z entomologicznej szpilki!
            Ja w kwestii kleszczy przeszłam pewną metamorfozę. Mój pierwszy w życiu kleszcz to była zgroza, odkażanie, pęsety, lektury wywodów na temat „w którą stronę kręcić, żeby wykręcić” i dwa tygodnie nieprzespanych nocy (borelioza? zapalenie mózgu?). Z psów też zawsze pęsetą te kleszcze wyciągaliśmy, z namaszczeniem (nie mylić z natłuszczaniem; o natłuszczaniu już wiedzieliśmy, że nie wolno), obrzydzeniem i tak dalej. Dziś jestem w stanie oczyścić psa z dwudziestu kleszczy w ciągu kilku minut (np. zawsze zaskoczy nas luty, gdy wydaje nam się, że to wciąż jeszcze głęboka zima, a kleszcze już czują wiosnę, no i nie mamy w zapasie cudownych kropelek anty), gołymi ręcyma, a na dobrą sprawę jedną. I nie, nie urywam im dupy. Trzeba złapać naprawdę blisko skóry i wychodzi z parszywym łbem. I nie kręcić, bo to nie korba, tylko wyciągnąć jednym, zdecydowanym ruchem.
            Nadal skurwysynów nienawidzę i napawają mnie obrzydzeniem (bo one nad wyraz brzydkie są), ale to już nie ten sam dreszczyk emocji, co kiedyś ;)

            Aha, raz też dla eksperymentu wrzuciłam takiego opitego sukinsyna do słoika (kleszcz wielkości niemalże mirabelki), i serdecznie odradzam – po jakimś czasie (nie pamiętam, może dwa tygodnie?) w słoiku miałam zwłoki mirabelki i jakieś 150 malusich, uroczych kleszczyków. Się okociło. Gdyby słoik nie był szczelny, rozlazłoby mi się po chacie i miałoby używanie. Tak więc BRR! i nie róbcie tego w domu ;)

            (Kachna – sorry… ale jestem ZA nabijaniem na szpilę. Osobiście stosuję całopalenie, bo po prostu nie zarobiłabym na taką ilość szpilek, ale jeśli ktoś może, niech nabija. Nienawidzę tego tałatajstwa. I wiem, że wiosenne palenie łąk i trawników jest nieekologiczne i w sumie nieuzasadnione, i dla wszystkich mieszkańców łąki szkodliwe, ale na samą myśl o tym, ile kleszczy zginęło w tym obecnie zakazanym procederze doznaję przyjemnego uczucia satysfakcji).

          • Iza 03/06/2016 at 01:27

            Hm… Borelioza to choroba zawodowa wszystkich kręcących się po polach i lasach – moje dziecko dwa razy złapało, dwa razy się przeleczyło, i żyje. Ja złapałam raz, przeleczyłam i żyję. :) Leczenie o tyle nieprzyjemne, że tetracykliny nie lubią się z nabiałem, więc na czas antybiotykoterapii kawa bez mleka i żegnaj, twarożku…

          • kanionek 03/06/2016 at 10:39

            Ale wiesz, ja się wtedy naczytałam, że lekarze rzadko diagnozują boreliozę, bo ona przypomina wiele innych chorób, no a nieleczona od razu daje przykre konsekwencje po latach – np. zapalenia stawów. Mrożącą krew w żyłach historię opowiedział mi zresztą jeden weterynarz, którego znajomi (małżeństwo z dziećmi) od lat leczą właśnie takie późne komplikacje. A z drugiej strony – po każdym bliskim spotkaniu z kleszczem brać antybiotyki przez trzy tygodnie? Sama nie wiem.

          • Kachna 03/06/2016 at 08:17

            Ale Kanionek – ja jestem ZA – za każdym unicestwianiem tychże paskudztw!! Na pohybel im!!

          • zeroerhaplus 03/06/2016 at 10:10

            Kanionku, pozamiatałaś tym słoikiem :)

          • kanionek 03/06/2016 at 10:43

            No bo mówiłam, że u mnie się wszystko mnoży, czy ja tego chcę, czy nie ;)

          • zeroerhaplus 03/06/2016 at 10:31

            Ciocia :D :D :D
            Pamiętaj jeno, że chciałabym zostać skompostowana ;)

            To była nienażarta samiczka, ściągnięta z kota (w sensie, że łaziła po futerku i dopiero szukała guza). Nimfy, mam takie niejasne wrażenie, atakują głównie mnie – takie małe skurwesynki, które byłyby niewidzialne na skórze, gdyby nie swędziało…
            Choć i na kotach pewnie bywają, tylko znajdź je w tym futrze.

          • wersja 03/06/2016 at 10:53

            weźcie przestańcie z tymi szpilkami. kleszcza się wyrywa stanowczym ruchem, sprawdza, czy wyszedł cały i rozgniata na najbliższym kamieniu twardą podeszwą (buta, nie wiem, co poradzić fanką berfutingu). to jest romans, którego nie ma sensu przeciągać ;)

          • ciociasamozło 03/06/2016 at 11:40

            Zeroerha, nie ma sprawy, mam śliczny kompost na działce! Niedawno przerzucany, dosmaczony skoszoną trawką, czasem rosną na nim wielkie cukinie, cud malyna ;)

            Wczoraj wyciągałam z psa jednego połowicznie nażartego, ale nie miałam szpilki entomologicznej (ani nawet siekiery etymologicznej) więc wrzuciłam do umywalki i zalałam … vanishem (samo spłukanie wodą nie utłucze – sprawdziłam!). Najpierw zapienił się przy pysku (cały czas mowa o kleszczu, nie o psie), potem jakby troszkę spuchł i się wybielił. Łapami przestał machać po kilkunastu minutach.
            Trochę mam wyrzuty sumienia, że tak niehumanitarnie go potraktowałam. Ale to nie moja wina, że to takie cholerstwo żywotne, otwartego ognia pod ręką nie było a zgniatanie brzydzi mnie bardzobardzo.

          • kanionek 05/06/2016 at 00:06

            Ja też nie zgniatam, bo to okropne okropieństwo i paskudne paskudztwo. Ale z tym Vanishem mnie natchnęłaś – mam takiego chloroskurwysynatora z taniego dyskontu, do czyszczenia muszli klozetowych, i teraz po prostu muszę to wypróbować.

          • zeroerhaplus 03/06/2016 at 12:47

            Przepraszam bardzo, ze szpilką to był czysty eksperyment (jednorazowy), poza tym osobnik został po chwili dobity. Proszę mi tu tego nie mylić z jakimś polewaniem vanishem ;))
            Poza tym normalne postępowanie wygląda u mnie następująco: wyciągnąć (ale obracam delikatnie) szyczypcami takimi do kleszczy, położyć na twardym, docisnąć (aż usłyszę, że wraz z „cyknięciem” kleszczowa duszyczka poszła do kleszczowego raju) i koniec.
            Ani słowa więcej nie powiem na ten temat – no chyba że zostanę mniej lub bardziej perfidnie sprowokowana ;)

          • Iza 03/06/2016 at 15:17

            Kanionku, ale lekarze też te artykuły czytali, jak każdy konsument mediów, więc już bardziej uważają. :))) Poza tym, kiedyś kleszczy było znacznie mniej, a pojawiały się głównie przy wschodniej granicy, w głębokich lasach a nie w parkach czy na łąkach, więc kontakt z nimi mogli mieć głównie leśnicy i grzybiarze, wchodzący do lasu raczej w kaloszach i kufajkach, a nie sandałkach i sukienkach. :) Poza tym, odsetek kleszczy przenoszących boreliozę też był dużo mniejszy, więc trzeba było mieć wyraźnego pecha, żeby 1. złapać kleszcza oraz 2. dostać od niego krętka boreliozy. Prawdopodobieństwo było niewiele większe niż złapania malarii od polskiego komara, więc lekarze nie brali tego pod uwagę przesadnie. Teraz już jest inaczej, niestety – przesuwanie się populacji kleszcza na zachód zaczęło się z 15-18 lat temu, przy jednoczesnym wzroście odsetka osobników przenoszących boreliozę. Leśnicy i Sanepid mają mapy zasięgu w kolejnych latach – strach się bać, jak się to-to rozprzestrzeniło.
            A poza wszystkim, to fakt, że rumień MOŻE się NIE pojawić oznacza tyle, że w większości się jednak pojawia :) i naprawdę trudno go pomylić z czymkolwiek. Jak mój rumień miał z 5 cm średnicy i nie był podobny do niczego, to lekarz owszem, na pierwszy rzut myślał, że jakaś alergia kontaktowa. Po kolejnym tygodniu czy półtora, jak rumień osiągnął „dorosłość”, czyli z 15 cm średnicy i typowy wygląd, to jeszcze dobrze nie weszłam do gabinetu, jak lekarz już pisał receptę na doxacyklinę. :) Więc nie jest tak źle…

  10. ciociasamozło 31/05/2016 at 09:42

    Zdecydowanie szczęśliwość jest uwarunkowana genetycznie. I mam wrażenie, że jest tu jakiś związek z „mariowością” i „martowością” (pamiętacie tę nowotestamentową przypowieść o Marii i Marcie?) – taka Maria to sobie usiądzie, posłucha Jezusa, świat wokół niej może umrzeć z głodu i zarosnąć brudem, ale ona jest szczęśliwa. A Martę szlag trafia, że goście głodni, stół nie nakryty, chałupa nie ogarnięta, a ona się ze wszystkim sama nie wyrobi. I bardzo chętnie usiądzie i ponapawa się Słowem, ale nie w syfie i o suchym pysku. I uszczęśliwić taką Martę bardzo trudno, bo nie chodzi o to, że jest upierdliwą pedanciarą, tylko, że ma cholerne poczucie obowiązku, które uniemożliwia jej osiągnięcie „zen” :( . Do tego, jak już nakarmi wszystkich dookoła i usiądzie posłuchać Jezusa, to pewnie zaraz ją krew zaleje, bo Kowalską znowu mąż skatował, u Nowaków dzieciaki głodne, u Wiśniewskich chore się urodziło, politycy kradną a głupota ludzka nie ma granic. I siedzi taki święty i gada, zamiast do roboty się zabrać!

    • ciociasamozło 31/05/2016 at 09:58

      A w ogóle Kanionku, to tym wykładem o szczęśliwości trafiłaś idealnie w moje ostatnie przemyślenia dlaczego nie mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa, choć obiektywnie niczego mi nie brakuje. I nawet jak mnie coś cieszy, to jest to jakaś radość powierzchowna, nie pozostawiająca śladu… Może taka umiarkowana anhedonia to jakiś objaw kryzysu wieku średniego? Chociaż nie, ja tak mam od lat. Musi będą geny, które dochodzą do głosu gdy skończy się dziecięca naiwność.

      • kanionek 31/05/2016 at 11:00

        Otóż to! Dlaczego jedna się może wyluzować i chłonąć światło, a druga martwi się o rachunek za prąd? Ja nawet jak się z czegoś cieszę, to zaraz się boję. Że i tak się spie*doli, że jak za dobrze idzie, to musi się potknąć i zęby sobie wybić, itd. Coś w stylu tego znanego powiedzonka, że jeśli myślisz, że wszystko idzie dobrze, to na pewno nie wiesz wszystkiego ;)

        • Ola 31/05/2016 at 14:20

          O to, to właśnie!!!

    • Kachna 31/05/2016 at 11:50

      A w dodatku to podobno z Marii brać przykład należy….no nie wiem.
      A że ona szczęśliwsza – to na pewno. Biedna Marta – się naobiła i jeszcze ochrzan dostała, że nie myśli o najważniejszym….
      Może to jest przepis na szczęście – olać wszystko i słuchać tego co Cię porusza????
      No nie wiem, nie wiem….

      • ciociasamozło 31/05/2016 at 12:27

        Zawsze uważałam, że Marta została potraktowana niesprawiedliwie ;)
        A sedno problemu chyba w tym, że niektórzy najwyraźniej nie mają genu, który pozwoliłby im na olanie wszystkiego, więc nawet jak wiedzą, że to by ich uszczęśliwiło, to nie oleją :(

        • diabel-w-buraczkach 31/05/2016 at 12:51

          U mnie sie ten gen uaktywnia po paru dniach slonecznych pod rzad. A na urlopach to wrecz szaleje i zaglusza wszystkie inne, nie daje im do glosu dojsc.
          Ale tylko wtedy niestety :)
          Taki gen-wahadlowiec…

    • wersja 01/06/2016 at 08:39

      ten Ciociny wywód jest bardzo mądry i trafny, ale na koszulce się raczej nie zmieści. rozważaliście obrusy? z takim nadrukiem o marii i marcie – brałabym.

      • ciociasamozło 02/06/2016 at 12:50

        Wersja, przy takim obrusie wszyscy goście czuliby się zobowiązani do wyręczania gospodarzy ;)
        A może makatki? Takie lniane, haftowane niebieską nitką ;)

        • kanionek 02/06/2016 at 23:29

          Prześcieradła. Żeby Marty mogły sobie każdego wieczora przed snem poczytać i przypomnieć, jakie z nich życiowe frajerki :)

          • wersja 03/06/2016 at 10:56

            Kanionek, marty przed snem są zbyt zmęczone na taką lekturę. litości :)

          • ciociasamozło 03/06/2016 at 12:03

            A Martom trzeba przypominać? Moim zdaniem, co jak co, ale poczucie frajerstwa to mają głęboko utrwalone.
            Co oczywiście nie wpływa na ich postępowaniem, bo są uwarunkowane genetycznie ;)

        • wersja 03/06/2016 at 10:55

          tylko trzeba znaleźć dużo mart do haftowania. i od razu mówię – na mnie nie liczcie :)

          ja myślę, że przy takim obrusie, to w ogóle nikt by nie oczekiwał żadnej obsługi i wszyscy byliby nastawieni wyłącznie na strawę duchową :D

  11. Ajka 31/05/2016 at 10:00

    wiecie… wyguglałam te kiełbasy…
    Kanionek, wysoką masz tą szklarnię? ;)

    dla leniwych przykładowy obrazek: https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/736x/1c/64/02/1c640268cff4b34a8cb60d54c5fa64c5.jpg

    • kanionek 31/05/2016 at 11:04

      Omatko, z brokułem i sałatką…
      Toż to mi szklarnię rozsadzi!
      Dobrze, że dwie sadzonki poszły do ogródka.
      A propos ogródka – wczoraj „na chwilę” zostawiłam otwartą do ogrodu furtkę… Kurokezi nie omieszkali skorzystać i znowu szlag trafił świeżo posiany majeranek! Ja nie wiem, majeranek w tym roku nie ma szczęścia, no. Aha, marchewkę też rozgrzebali dokumentnie. Został taki malusi pęczek.

      • ciociasamozło 31/05/2016 at 11:15

        A może łatwiej będzie majeranek w klatce trzymać niż bandę Kurokezów? ;)

        • diabel-w-buraczkach 31/05/2016 at 12:48

          majerankek? tacy zielarze z tych kurokezów?

          • kaczka 31/05/2016 at 14:24

            Widocznie fajne wizje od majeranku!

        • mp 31/05/2016 at 14:34

          Ciocia, pomysł genialny w swojej prostocie ! Były kiedyś takie metalowe skrzynki z prętów , albo stare kosze do balonów z winem- nie zakopali ich gdzieś Cebulaccy ?

          • kanionek 02/06/2016 at 23:27

            Ale to co – tylko majeranek pod kloszem? A cząber? A tymianek? A pierdyliard innych sadzonek?
            Ogród jest już całkiem dobrze zabezpieczony przed Kurokezami, tylko gupi Kanionek zostawił furtkę otwartą. A koty niestety wszędzie wlezą i po prostu majeranek miał pecha dwa razy z rzędu. Wysiałam kolejną partię, może jeszcze coś z tego będzie :)

  12. dag 31/05/2016 at 10:15

    A koty, koty przecudne:) Ten pręgusek już całkowicie się zadomowił?

    • kanionek 31/05/2016 at 11:20

      Puma? Puma była „zadomowiona” od pierwszej minuty. Wszystkim dała w lampę, aż się Jałowiec zdziwiła, bo do tej pory to ona w lampę dawała. Tylko chuda jest nadal okropnie, a jako jedyna nie dała sobie wcisnąć, ani przemycić podstępem w żarciu, tabletki p-ko robakom. Może w następnej turze się uda.

    • ng 01/06/2016 at 12:14

      ja w ogóle uważam, że koty są najcudowniejsze. Wszystkie!

  13. wersja 31/05/2016 at 11:19

    ja chciałam nieśmiało poprosić, żebyś może Kanionek pisała częściej, a krótszymi odcinkami, bo normalnie człowiek chciałby wnieść jakiś wkład w dyskusję, ale z nadmiaru wątków głupieje i o. ucałuj ode mnie Harbatkę, cudna jest :) (dobra, wszystko oprócz robaka ucałuj).

    • kanionek 31/05/2016 at 11:23

      Wersjo, ja też jestem „za”. I planuję wdrożyć ten system od… lutego? :D
      Postaram się, ale nie mogę obiecać. A teraz już kończę, bo net mi się rwie jak stare rajstopy i mam wrażenie, że rzeźbię w kamieniu. Paznokciem.

      • wersja 01/06/2016 at 08:41

        no to ten, nie pozwól, aby coś Cię powstrzymywało (we wdrażaniu, nie w rzeźbieniu)

        • ciociasamozło 01/06/2016 at 10:09

          pińcet serów Kanionka powstrzymuje ;P

  14. sunsette 31/05/2016 at 11:21

    Kanionek, perliczki nienienienienieeee! To jest masakra trajkoczaca na wysokich obrotach. Szczesliwym ponoc sie bywa, choc jogini znaja sposoby na stan permanentny. Najgorzej to bac sie myslec, ze moge byc szczesliwa – nerwica podbudowana zyciem;)

    • kanionek 02/06/2016 at 23:14

      Sunsette, właśnie podsunęłaś mi rozwiązanie problemu na linii kurczaki – Pimpacy.
      Kupię kilka perliczek i one będą Pimpusi tak działać na nerwy, że kurczaki wydadzą mu się wcielonym i pożądanym dobrem. Tylko nie wiem, jak skończą perliczki…

      • Iza 03/06/2016 at 01:30

        Jeśli skończą szybko, to problem powróci… :P

  15. Ynk 31/05/2016 at 11:49

    Ale powiedz: wolisz niebyć szczęśliwą pod lasem, czy w mieście? ;-)
    Jestem przekonana, że kozy wiedzą, którą z nich wołasz, rozpoznają swoje imiona, ale reagują tylko wtedy kiedy im pasuje. (jak z tym chłopcem, który nie mówił do 5 roku życia, i kompotem)
    Stefan jest.. postacią ze „Sceny z życia smoków”. Ma twarz. A nawet profil.
    Kawka czy Herbatka? Obie karmią oko. A z Małego Zła prawdziwa nastoletnia chuliganka wyziera.
    Tytułowe Zielone buty zrozumiałam nie w sensie dosłownego koloru, a w sensie, że już chodzisz tak bardziej jak Sam Gamgee ;-)

    • diabel-w-buraczkach 31/05/2016 at 12:54

      o tak tak, Ynk ma racje z tym lasem! Lepiej, zeby Ci pod oknem bujala i buchala zielenina (nawet wyjedzona przez kozy, barany i Kurokezów) niz smierdzaca, glosna cywilizacja.

      • wersja 31/05/2016 at 14:37

        a poza tym MY byśmy miały fatalne zdjęcia do oglądania, bo śmierdząca cywilizacja nie ma startu do kóz, kotków i robaków, c’nie?

        • mitenki 31/05/2016 at 15:15

          No i gdzie by kozy Kanionek trzymała, na balkonie??

          • zeroerhaplus 02/06/2016 at 12:00

            No i bloga by nie było, tak jak go wcześniej nie było. Bu!

    • kanionek 02/06/2016 at 23:10

      A nieee, to myśmy już sobie dawno temu z małżonkiem doszli do wniosku, że wolimy „nie być szczęśliwi” tutaj, niż w mieście. I całe szczęście, że bieda spadała na nas po trochu, jak kapiący z nieba deszcz, a nie zmiotła nagle jak fala tsunami. Bo gdy straciliśmy pracę na etacie, to mieliśmy oszczędności (przeznaczone na całkowitą wymianę próchniejącego stropu i całej konstrukcji dachowej wraz z poszyciem). No ale nieważne, bo nie zdążę wszystkiego napisać nim zasnę ;)
      Teraz jesteśmy już na tyle zaprawieni w bojach, zaciskaniu pasa i wymyślaniu, czego jeszcze nam NIE TRZEBA, że ostatecznie zgodzimy się pewnie nawet spać w koziarni, jeśli dach się zawali, byle w końcu spłacić resztę kredytu i wiedzieć, że co nasze, to nasze.
      Ynk – dobre skojarzenie z tymi zielonymi butami :)
      A dzisiaj przesadziłam z berfutingiem. Poszliśmy na spacer z pieskami, tą gruntową, leśną drogą, niedaleko, bo może w sumie kilometr, ale jednego nie przewidziałam zostawiając buty w domu: wczoraj była burza i spadł deszcz z rodzaju tych, co walą w ziemię jak grad, no i wypłukał z drogi część piasku, zostawiając głównie żwirek i większe kamienie. A dzisiaj było gorąco, wszystko ładnie wyschło na beton, i szło się po tej drodze jak po torze żużlowym :-/
      Nie pękam jednak (nawet moje pięty nie pękły, tylko trochę poobijane są), bo to wciąż okres przystosowawczy, który ma trwać podobno nawet pół roku, a jak się mało chodzi po urozmaiconych nawierzchniach, to nawet dłużej.

  16. dacapoalfine 31/05/2016 at 16:24

    Dawno się tak nie uśmiałam a byłam na dnie rowu mariańskiego…
    Z całego serca dziękuję !
    I bardzo proszę częściej, w większych dawkach , bez limitu NFZ , póki się nie obetną , żeś Kanionek skutecznym panaceum na …życie

    • ciociasamozło 01/06/2016 at 10:11

      Ja to nawet antydepresanty odstawiłam jak Kanionka odkryłam :)
      (dzięki Barbarella za link do Tradycji!)

      • zeroerhaplus 02/06/2016 at 12:01

        To jest najlepsza reklama blogu, jaką w życiu widziałam :))

  17. baba aga 31/05/2016 at 17:11

    Co do uczenia się tego bycia szczęśliwym to ja uważam, ze pomógł mi Buddyzm a moja mama, że lenistwo. Z Buddyzmu wzięłam sobie, że oczekiwanie rodzi cierpienie, liczy się tu i teraz, jak daje dobro to ono wraca, no i że trzeba dbać o to ciało co je mam teraz, no i takie mam priorytety, ja i pies jesteśmy najważniejsze, musimy być najedzone, wyspane i ja naczytana a ona naspacerowana, sprzątać nie lubię to ograniczam do minimum, nie martwię się na zapas, bo po co, coś to zmieni? Staram się nie oczekiwać , że ktoś coś zrobi, domyśli się, zachowa przyzwoicie itp. To naprawde wiele ułatwia. No i na pewno nie mam genu Marty, ani ciut ciut, ale za to moje przyjaciółki to prawie same Marty, podziwiam je i sobie myślę, że to cudownie, że jestem leniwa :-D . Mniej oczekiwań, więcej lenistwa :-D a herbatka jest przepiękna.

    • Buba 01/06/2016 at 16:37

      W pełni popieram. Najważniejsze to: duża porcja zdrowego egoizmu i świadomość, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. No i jeszcze żeby umieć się cieszyć z tego co się ma zamiast martwić tym czego się nie ma. Nie koniecznie w sferze materialnej.

      • baba aga 01/06/2016 at 17:16

        Dokladnie Buba, nie umiałam tego tak ładnie ubrać w słowa, cieszyć się z tego co mam. Matka poczta (18lat pracy) nauczyła mnie kiedyś fajnej rzeczy, na jakimś szkoleniu miły Pan na nasze narzekania na firmę, poprosił żebyśmy zrobili listę rzeczy które chcemy żeby dawała nam praca, od najważniejszej która miała najwięcej punktów itd, oraz listę w drugą stronę, co nas wkurza, a potem żeby zaznaczyć co daje nam matka poczta. Okazało się, że na tamten czas to była moja wymarzona praca ( samotna matka dwójki dzieci ze śmiesznymi alimentami), od tamtej pory jak problem to robię taką listę, do wszystkiego. I cieszę się z tego co mam :-D

        • Iza 02/06/2016 at 10:40

          Fajne, kupuję. :)
          Natomiast mój osobisty małżonek przez pół roku pracy w Hiszpanii przejął od Hiszpanów podejście „nie martw się, wszystko się ułoży, będzie dobrze, tylko trzeba trochę poczekać”. I kurczę, to działa! :))) „O, rękę złamałeś? Muy bien, muy bien, no se preocupe, zrośnie się…” No i fakt, się zrosła. :)

  18. Barbarella 31/05/2016 at 21:11

    Nie żadne perliczki, tylko to się skończy strusiem. Strusie się nie drą, tylko przywalają w łeb komu trzeba. Dodatkowa korzyść ze strusia jest taka, że można go osiodłać i Kanionek mógłby na strusiu objeżdżać włości, w przypadku gdyby się znudził berfuting.

    • sunsette 01/06/2016 at 07:41

      Tez mi sie zdaje, ze strus jest nieunikniony i Kanionkowi pisany. Wizja Kanionka w siodle na strusiu zrobila mi cudne poranne przebudzenie w drodze do pracy😊

      • wersja 01/06/2016 at 08:43

        a czy taki struś ma szanse w konfrontacji z watahą wilków?

        • agiag 01/06/2016 at 11:15

          Stado kazuarów by pewnie miało…
          Tylko one i dla ludzi są niebezpieczne…

          • diabel-w-buraczkach 01/06/2016 at 14:40

            oho! juz kiedys bylo o tym strusiu do objezdzania wlosci. Oraz o lamie jako alternatywie.
            No nic, Kanionek, bedzie strus, los tak chce!

        • RozWieLidka 01/06/2016 at 16:52

          To już lepiej lama. Nie tylko pojeździsz, ale jeszcze wełnę na ciepły sweterek będziesz miała, Kanionku 😊

          • paryja 01/06/2016 at 18:59

            Osioł!
            Amerykanie trzymają osły dla ochrony stad przed kojotami i inną dziką żywiną. Kiedy się dzieje coś niepokojącego to wierzcie mi (bo wiem co mówię ;) ) osioł wydaje z siebie tak potężny ryk że liście opadają z drzew. Na szczęście czyni to rzadko :) A przy tym zwierzątko miłe, kontaktowe i tak cudnie szlocha na powitanie :D
            Osioł może ciągnąć wózek z sianem i jeździć wierzchem można i wyjada po kozach i ma nochal do całowania …

            Tyle że osioł wełny nie daje …ani jajek… ale gdyby to była oślica …;)

          • wersja 01/06/2016 at 22:56

            Paryja, czyli postanowione – Kanionek musi zanabyć oślicę! (ciekawe, gdzie mi wrzuci ten komentarz?)

          • Iza 02/06/2016 at 10:21

            Paryja, mówisz, że oślice znoszą jajka? :)))

          • paryja 02/06/2016 at 10:39

            ;) A kto je tam wie … u kóz w kąciku kiedyś jajko znalazłam :)

          • zeroerhaplus 02/06/2016 at 12:03

            A ja wam mówię, że tylko tygrys szablozębny się sprawdzi ;P

        • Iza 02/06/2016 at 10:19

          Struś potrafi celnym kopem złamać człowiekowi nogę (nacisk 30 kg/cm2, jak wyczytałam), więc z wilkiem czy dwoma też by pewnie sobie poradził. Tylko wolałabym, żeby nie trenował najpierw na nogach Kanionka czy Małegożonka albo na psach…

          • kanionek 02/06/2016 at 22:51

            Strusia mi obiecała Zeroerha, a potem się wykręciła sianem (a raczej brakiem siana :D) i nasionkami kiełbasy. No i może to i lepiej, bo ja się ze strusiem kopać nie chcę! A i Laser mógłby już tego nerwowo nie wytrzymać. Tyle razy dostał w lampę od Bożeny, że teraz nie zbliża się do kóz nawet na 20 metrów! Jak wracamy ze spaceru, to nie przejdzie z nami przez furtkę północną (koziarnia tuż za rogiem), tylko leci do głównej bramy i tam pokornie czeka, aż ktoś mu otworzy. No więc gdyby jeszcze oberwał od strusia, jego psycha załamałaby się i on by zwyczajnie zdechł, mówię Wam.

            A jajka w koziarni znajduję regularnie! O dziwo – kozy mają dla jajek szacun i się na nich nie kładą.

          • zeroerhaplus 03/06/2016 at 12:56

            Jak tak czytam te komentarze, to może i faktycznie lepiej? Tak sobie to tłumaczę ;)

  19. Bisia 31/05/2016 at 22:56

    Kanionek, a troche zapachu bzu – bzowego bys nie wyslala? A moze jeszcze dodasz, ze i akacje kwitna u Ciebie? To ja juz napewno szczesliwa …. nie bede! Z zazdrosci oczywiscie. Takie to juz wstretne stworzenie jestem

    • mitenki 31/05/2016 at 23:50

      Bisia, u mnie kwitną akacje :) I jaśmin się przymierza…

      • Bisia 01/06/2016 at 21:47

        Wspomnienia..

        • kanionek 02/06/2016 at 22:46

          Bisia, jeśli masz na myśli robinię akacjową, to mamy taką jedną wielką za domem, i jak ona kwitnie, to ściąga tysiące pszczół i buczy. Za pierwszym razem nie wiedziałam co to! Taka ilość pszczół uwijających się przy niezliczonych kwiatach generuje jednostajne, donośne buczenie, od rana do wieczora. Ale w tym roku jeszcze nie zakwitła, za to jaśminowiec w końcu otwiera pąki. Ten pod domem jest okazały i za kilka dni będzie pachniał do omdlenia wąchającego, a ten przy koziarni… No cóż. Ziokołek opędzlowała go do wysokości 2 metrów nad ziemią, ale on się jeszcze dzielnie trzyma i jakąś tam czuprynę ma, i kwiatków ze dwie garście.

          • ciociasamozło 02/06/2016 at 22:49

            Ziokołek pachnąca jaśminem :)

          • kanionek 02/06/2016 at 23:56

            No właśnie – pysk pełen jaśminowych kwiatków (uwielbiają! bez zresztą też i wiele innych innych kwiatków – właśnie zakwita łubin na łąkach, będzie wyżerka), cycki namaszczane codziennie olejem kokosowym, a mleko wciąż takie zwyczajne, mleczne ;)

          • Bisia 03/06/2016 at 14:00

            az sobie sprawdzilam w necie co to ta „robina akacjowa”;-) No i okazalo sie, ze co co ja bym nazwala „akacja pospolita” ma takie piekne imie.
            Tak mi sie jeszcze przypomnialo z praktycznych rzeczy, ze wlasnie ta „akacja” jest bardzo dobra na opal (przynajmniej w zwyklych piecach kaflowych i „pod kuchnia”). Daje naprawde bardzo duzo ciepla (porownujac z taka na przyklad olcha)

          • kanionek 05/06/2016 at 00:03

            Niee no, jeśli porównywać z olchą, to paragon z kasy fiskalnej daje więcej ciepła :D
            Olcha to drewno świetne na rozpałkę, czy np. do wędzenia, ale jako podstawa opału na zimę – nie. Szybko się pali i już jej nie ma. A drewno „akacjowe” chyba miałam okazję łupać siekierą. To znaczy wydawało mi się, że takie lekkie i fajnie się będzie rozłupywać, a tu niespodzianka – drewno zwarte i jakby gumowe – ciężko w nie w ogóle wbić siekierę, a jak już się wbije, to ona grzęźnie w połowie pieńka i dupa. Jak małżonek przywali z młotosiekiery to jakoś idzie, ale ja ze swoją ciupagą nie mam nawet po co zaczynać.

          • paryja 03/06/2016 at 16:24

            I z akacjowych kwiatków wychodzi niezłe wino :)

          • kanionek 05/06/2016 at 00:08

            Jak to dobrze, że ta moja „akacja” taka wysoka i najniższe kwiatki na wysokości kilku metrów nad ziemią. Jedno wino mniej do zrobienia w tym roku :D

          • Ola 04/06/2016 at 09:20

            Kanionek, ty się nie czepiaj :P Akacja i już. A u nas już przekwitłyyyyyyy…

          • kanionek 04/06/2016 at 23:58

            A moja dopiero zaczyna :)
            W pobliskim miasteczku widziałam już okryty kwieciem czarny bez, więc poleciałam do lasu sprawdzić, czy „nasze” bzy już też, no i oczywiście, że nie. Jakieś tam kilka nieśmiałych zalążków kwiatostanów. Za tydzień lub dwa dopiero będę miała co zbierać na syrop.

          • ciociasamozło 04/06/2016 at 12:01

            Początek czerwca, akacje przekwitły a ja dzisiaj widziałam (i czułam!) pachnące lipy. Jak dla mnie to świat na głowie stanął! Akacje (robinie) zawsze pachniały niedługo przed rozdaniem świadectw, a lipy już w wakacje. Dobrze, że chociaż kasztany i bzy trzymały się kalendarza.

          • Ola 04/06/2016 at 14:27

            Lipyyyyyyyyy! Tutaj jeszcze nie kwitną. Ale się szykują. Już od paru lat nie czekają do lipca. A niech tam. Czekam na lipyyyyy! :)

  20. ng 01/06/2016 at 12:32

    W zasadzie masz rację, to musi być genetycznie zaprogramowane i albo się jest z życia zadowolonym albo nie niezależnie od tego jak się życie toczy. Bedąc usosobieniem tej tezy, ja zawsze widzę sprawy pozytywnie, nawet jak coś kuleje, to sobie i innym też tłumaczę, że przecież za to tyle innych rzeczy jest super. No i taka byłam, tak sobie wszystko ładnie umiałam wytłumaczyć, i tyle lat to dobrze działało, aż … się teraz cały mechanizm mojej szczęśliwości spierdzielił. I widzę ciemność i żadnego ratunku. I w zasadzie, gdyby niezbywalne obowiązki (dziecko, koty, robota, etc. ), to bym chyba cały dzień leżała i patrzyła w sufit. I zupełnie nie wiem, jak przez tyle lat ja sobie mogłam tak mydlić oczy i na co mi to było. Więc fenk god, że chociaż Ty (no i ewidentnie Stefan też) daliście mi dzisiaj trochę uśmiechu i przyjemności.

    • Kaszmirowa 02/06/2016 at 00:19

      Może tableteczki jakieś pomogą? Mnie pomagają( chyba)

      • ng 02/06/2016 at 11:23

        powiedz jakie, bo na farmacji zupełnie się nie znam

  21. zeroerhaplus 02/06/2016 at 12:22

    Kanionku, gdybyś słyszała, że ktoś kogoś szuka do robienia znaczków, to powiedz mi koniecznie ;) Pod warunkiem, że jest to praca chałupnicza, ale to tylko taki mały waruneczek, prawda? Skoro jest aż tak mało ludzi, którzy chcą to robić…

    Tera o kozach:
    – Roman tłusta? Czy tylko ja tego nie widzę?! Może nie wiem, gdzie patrzeć, ale dla mnie to ona jest normalna. I nóżki ma takie zgrabne :)
    – Irena ma takie cycki, że ach mi dech zaparło. Normalnie za wielkimi cyckami nie przepadam (dziwnie brzmi? wiem :) ), ale te Irenowe mają coś w sobie. Pewnie mleko ;)
    – białe kozy są śliczne. Wszystkie! Jestem już pewna, że to wszystko jest winą Koziołka Matołka oglądanego w dzieciństwie (i nie tylko). Dla mnie idealna koza ma być biała i koniec. Nie dam rady tego zmienić ;)
    – Stefan (kózka, więc też się mieści w podpunktach kozowych) jest super. Taki trochę zabijaka, ale mordę ma nawet sympatyczną, nie?

    No powiedzże, Kanionku, o co chodzi z tymi angielskimi pomidorami?! Co jej tym razem do łba strzeliło? Bo chyba się w zwojach Żozefinowych pogubiłam na zakrętach…

    PS. Dziękuję za mimowolne wskazanie mi drogi. Już teraz wiem, że fryzura na „Iggy Pop rocznik 1982” jest tym, do czego od lat podświadomie dążę. Teraz mogę to robić świadomie :))

    • kanionek 02/06/2016 at 22:38

      Roman tłusta przez porównanie (do matki Ireny choćby), bo tak bez porównania to fakt – normalna, zdrowa koza :)
      Tak, cycki Ireny robią wrażenie, też przez porównanie. Taka mała, chuda koza, a takie cysterny! Ziokołek jest o dobre 15 kg cięższa, a mleka daje tyle samo, co Irena.
      No i w ten sposób przechodzimy do białych kóz. Ja też je kocham :) Może dlatego, że Ziokołek była moją kozą pierworodną? Małżonek za to wręcz przeciwnie, mówi o białych, że są nienormalne, niedorozwinięte, niedorobione, niewłaściwe i złe ;)
      Stefan jest bombowy, a jak sobie sprawdziłam robaki z rodziny „kózkowate” to się okazało, że większość przedstawicieli tej rodziny siedzi u mnie. Wszędzie ich pełno – w paski, ciapki, bez wzorków, o różnych kolorach dupy…

      Z pomidorami angielskimi jest tak, jak myślałam. Córka jej przywiozła nasionka, odmiany niewiadomej (opakowanie pewnie wylądowało w piecu), bo po co komu odmiana, skoro to są pomidory z Anglii, czyli najlepsze ;)

      A po co masz „dążyć”, gdy ja Ci mogę podesłać Małąbożenkę i Małe Zło, i one Cię na Iggiego opierniczą w 10 minut? Usługa gratis, nawet za przesyłkę zapłacę :D

      • ciociasamozło 03/06/2016 at 10:04

        Ty ich nie wysyłaj tylko zakład fryzjerski otwieraj! Reklamuj, że kozie pyski najlepsze na rozdwojone końcówki, maseczka z koziego mleka albo „rytuał lanolinowy” (znaczy maźnięcie ręcami po głaskaniu owiec) w cenie, masaż kozim kopytkiem gratis.

        • kanionek 03/06/2016 at 10:42

          Plus tarzanie w guanie. Owczym, bo Diabeł coś na Dzień Dziecka pisała, że owcze doskonale dezynfekuje i w ogóle ;)

      • zeroerhaplus 03/06/2016 at 10:40

        Yhm, zwłaszcza ten niejednokrotnie już reklamowany masaż kozim kopytkiem mnie przekonał. Znaczy, że jednak podziękuję. Czyli dziękuję, ale nie skorzystam :)
        Utwierdza mnie w tej decyzji wizja bezpłatnych usług dodatkowych, jak np. zdrowotne chlapnięcie jęzorem, czyniący cuda okład z capiej szczyny, memłanie uszu kozią paszczą, takie tam ;)

        Że niby białe kozy nienormalne, niedorozwinięte, niedorobione, niewłaściwe i złe?!? FOCH!!!!!!!!!!!!!

  22. ciociasamozło 02/06/2016 at 12:57

    Tak mi się przypomniało – czy ja dobrze widzę, że w pudełku Panter z Gamoniem? Miłość taka, że mogą leżeć w jednym pudełku?
    Czy Panter nadal leje w domu?

    • kanionek 02/06/2016 at 22:27

      A tam miłość zaraz. Po prostu Gamoń po kastracji zrobił się jeszcze bardziej… nijaki :D
      I już mu wszystko jedno z kim śpi (bo o tym, że mu wszystko jedno GDZIE śpi to już wiecie – nadal najczęściej sypia na kurzym kompostowniku), byle mógł spać 20 godzin na dobę. Za to między Pumą a Jałowcem coraz więcej spięć. Laski się tak naparzają po głowach, że tylko czekać, aż jedna drugą zeżre.

      • ciociasamozło 02/06/2016 at 22:45

        No wiesz, dla kota spanie obok innego osobnika swojego gatunku to wyższy stopień zażyłości. Wyżej to już tylko wzajemne mycie ;)
        Dziewczyny niech się leją, byle nie lały w domu ;) . Może im przejdzie jak już ustalą swoje ścieżki?

        • kanionek 03/06/2016 at 00:04

          Gamoń nie jestem osobnikiem swojego gatunku. On jest jedynym przedstawicielem samego siebie ;)
          A dziewczyny zachowują się tak, jakby właśnie specjalnie po to sobie w drogę właziły, żeby mogły się wziąć za kłaki. Ale masz rację, minie pewnie jeszcze parę tygodni/miesięcy, i się dotrą. Aha, zapomniałam napisać poprzednim razem – nie wiem, czy Panter już umie sikać do kuwety, bo nie daję mu się wykazać. Odkąd zrobiło się ciepło jak na Jamajce wszystkie koty mieszkają na zewnątrz. Rano cała piątka siedzi na kuchennym parapecie, ja spokojnie przygotowuję pięć miseczek z żarciem, następuje zwolnienie blokady, każdy kot zajmuje swoje miejsce przy misce, szamają kulki na czas, potem daję im godzinę sjesty (np. w kartonie) i… wyrzucam przez okno :)
          (o, a Gamoń specjalnie dla mnie poluje na myszy i potem mi je pokazuje i robi zachęcające „iii-iii-iii”. Ja mu grzecznie odmawiam, ale on się nie zniechęca. Serio, przy tej kastracji chyba sięgnęli skalpelem za daleko i drasnęli mu mózg, bo jakiś dzwiny się zrobił :))

          • mitenki 03/06/2016 at 01:06

            No nie bądź taka, weź od kotka myszkę – niech się zwierz cieszy!

          • kanionek 03/06/2016 at 10:35

            No chyba faktycznie będę musiała, ze względu na okoliczności przyrody, które są takie, że myszka wystawiona na działanie upału szybko staje się źródłem uciechy piesków, które stoją w kolejce do zażycia kąpieli w cudownej perfumie.

          • ciociasamozło 03/06/2016 at 09:58

            Gamoń, dziwny? Sama twierdzisz, że on nie podlega żadnym normom narzuconym z zewnątrz. Testosteron wycięli to mu się instynkt macierzyński rozwinął ;)
            Dziwna to jest moja kota, która potrafi zrobić dziką awanturę jak nie może dosięgnąć muchy/pająka/ciemnej plamki na ścianie. Drze mordę, żeby ją podsadzić (tak, sama jestem sobie winna bo raz jej pomogłam).

            Dziewczynom czasu potrzeba, ale kochać to się pewnie nigdy nie pokochają :( Dobrze, że u Ciebie mają trochę terenu do podziału.

          • kanionek 03/06/2016 at 10:40

            Taa, terenu nie brakuje, ale już np. karmnik dla ptaszków uroczo usytuowany w koronie lipy jest tylko jeden :) I każda chce w nim siedzieć :)

          • zeroerhaplus 03/06/2016 at 10:43

            Musi trza drugi karmnik powiesić równie malowniczo ;)

          • kanionek 05/06/2016 at 00:11

            Ta, drugi karmnik. Teraz to im można dziesięć zawiesić, a i tak będą się bić właśnie o ten jeden.

          • wersja 03/06/2016 at 11:03

            oj, ja nie wiem, czy się Puma z Jałowcem pogodzą. moje kocice żyły razem dwa lata (aż do tragicznego wypadku młodszej) i ilekroć ich drogi się skrzyżowały, było syczenie i lanie po łbach, chociaż młodsza chciała nawiązać przyjaźń. starsza po prostu nie toleruje innych zwierząt, oprócz homo sapiens.

  23. kanionek 05/06/2016 at 00:17

    No to tak jeszcze od czapy sobie dodam, że pół godziny temu skończyłam parzyć szynkę, którą wcześniej przez 4 godziny wędziłam, a jeszcze wcześniej przez 10 dni peklowałam.
    Wygląda i pachnie świetnie, ale uroczyste rozprucie i nabożna degustacja dopiero jutro, bo teraz szynka się studzi.
    Znowu się dziś nałaziłam, nastałam i nabiegałam, ale za to jutro nie robię ani jednego sera, niczego nie wędzę, tylko parę ostatnich sadzonek wetknę do ogrodu, może wywiozę ostatnie kilka taczek obornika i sobie normalnie posiedzę, a może nawet poleżę ;)

    • ciociasamozło 05/06/2016 at 20:03

      I co? poleżałaś, czy jak zawsze?

      • kanionek 05/06/2016 at 22:16

        Teraz sobie leżę, już od dwudziestu minut :D
        Ale i tak dzień zaliczam do raczej „wypoczętych”. Taka prawie prawdziwa niedziela.

        • ciociasamozło 06/06/2016 at 10:05

          To ja bardzo Ci życzę, żebyś sobie mogła przynajmniej raz w tygodniu zafundować prawdziwą niedzielę :)

          • kanionek 06/06/2016 at 16:45

            Dziękuję, Ciociu :)
            Na razie spróbuję z jedną niedzielą miesięcznie, żeby nie doznać szoku od luksusu, a później się zobaczy. W styczniu niedziel na pewno będzie więcej ;)

            Wiecie co? Jałowiec znowu kicha i łzawi! Ja już nie wiem co jest z tym kotem. Mamy ją ponad pół roku, nażarta do wypęku, odrobaczona, ogólnie zadbana, ptasiego mleczka jej tylko brakuje, niedawno przeszła kurację antybiotykową (dzięki cioci Mitenki) i wydawało się, że jest czysta jak łza, a tu znów dupa, z wyciekiem i kichaniem. Skąd ona bierze te wirusy i dlaczego pozostałe koty nie chorują? Taka uroda?

          • Iza 06/06/2016 at 19:16

            Czy kot może mieć uczulenie na pyłki? Albo na cokolwiek?
            (matka alergiczek się we mnie odezwała…)

          • kanionek 06/06/2016 at 20:15

            Ale ona ma typowy „koci katar” – po etapie „woda z nosa i oczu” następuje etap „smarkam gęstym glutem na odległość”, ewentualnie „duszę się, bo mnie glut zatkał”. Alergiczny jest chyba wodnisty przez cały czas, a do tego jakiś obrzęk, przekrwienie spojówek, czy coś.

          • Iza 06/06/2016 at 22:01

            Wodnisty jest cały czas, jeśli cały czas jest alergen (np. roztocza). Jak stężenie alergenu się zmniejsza, bo np. coś przestaje pylić, to etap gluta jak najbardziej… A spojówki mogą, ale nie muszą… Alergia jest ogólnie nieprzewidywalna, szlag by ją. :(
            Przy czym oczywiście alergia osłabia odporność śluzówki, więc nadkażenie każdym wirusem / bakterią w okolicy jest bardzo prawdopodobne.

          • kanionek 06/06/2016 at 22:30

            Współczuję Twoim dzieciakom. Miałam sąsiada z alergią na wszelkie pyłki – zawsze zakatarzony, z czerwonym nosem i okiem, i tylko wakacje wysoko w górach dawały mu wytchnienie od tej udręki. Teraz niby są nowoczesne leki antyhistaminowe, ale też ile można żreć tabletek?
            Moja siostra zaś nabawiła się alergii w późnym wieku, bo jakoś po trzydziestce. Najpierw na pyłki, potem na gruszki, potem na kolejne owoce… Masz rację, że to nieprzewidywalne dziadostwo.

          • ciociasamozło 06/06/2016 at 22:40

            Koci katar może wracać. Stresa ma z powodu prania przez Pumę to i odporność jej siadła.
            Antybiotyk wytłucze tylko bakterie, które pojawiają się jako powikłanie (chyba, że to chlamydioza, wtedy może pomóc doxycyklina). Jeśli samopoczucie jej nie siada, a z oczu i nosa raczej woda niż ropa, to nie ma co kota szprycować. Najwyżej krople do oczu.
            Jak nic nowy karmnik jest konieczny ;) (albo obróżka z feromonami, tylko na obróżce to Jałowiec może na gałązce zawisnąć w drodze do tego karmnika)

          • kanionek 07/06/2016 at 00:21

            No właśnie dzisiaj weszła w fazę gęstego smarka. Ja wiem, że nadkażenie bakteryjne to już powikłanie, a na wirusy nie ma po co antybiotyków ładować. WIdać taka Jałowca uroda, bo Puma profilaktycznie wszystkim dała w łeb już na „dzień dobry”, ale tylko Jałowiec to odchorowała. Pewnie w końcu z tego wyrośnie, ale znowu mamy drogę przez mękę, bo i ja się męczę słuchając tego jej charczenia przez nos :-/

          • ciociasamozło 07/06/2016 at 09:56

            Puma dała wszystkim, ale wcześniej to Jałowiec dawała, więc reszcie było wszystko jedno od kogo obrywają, a dla młodej to szok był ;)
            Lepszy katar niż grzybica.
            Dziel się z Jałowcem solą fizjologiczną. Do nosa nic jej nie wlejesz, ale do oczu też pomoże. Chcesz dla niej jakiś np. Immunodol?

          • kanionek 07/06/2016 at 13:28

            To pewnie kosztowny specyfik jest, więc może jeszcze trochę poczekam? Aż Jałowiec z tego wyrośnie?
            Ona bardzo nie lubi tego moczenia oka w soli, i nie powiem, kto z takiej operacji wychodzi bardziej poszkodowany na ciele :D

  24. Teatralna 13/06/2016 at 09:29

    na boso ale w ostrogach )))) a co.
    ja lubię bardzo i całe lato ganiam boso i prawo jazdy boso robiłam, aż mnie pan upomniał żeby buty ubierać, bo jak zimą bez butów…no i mi wykrakał )))

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa