Bagietka z karmelem i płaskostopiem, czyli o meblach

Ludzie, no co jest? Naprawdę skończyły Wam się koty? I muszę coś PISAĆ, zamiast sobie wrzucać zdjęcia w trybie “leniwa buła”? Kotek się nade mną zlitował i – próbując ratować sytuację – podsunął “takie tam, po koncercie”:

Kotek w trasie

Ale tą jedną fotką chyba nie oblecę. To może dzieło autorki znanej pod pseudonimem Sasskhaya, które znalazłam w internetach (i długo się naszukałam legalnego źródła), doskonale obrazujące stany mojego istnienia:

dwa stany buły

Też mało? To mam jeszcze parafrazę tekstu pięknej skądinąd piosenki, oryginalnie wykonywanej przez Beatę Kozidrak:

(…) leniwa buła porwała mnie
i spójrz
nic do roboty mnie już nie zmusi,
więc z zimy złej,
sam się teraz śmiej!

 

Mój okres leniwej buły rozciągnął się już do rozmiarów bagietki. Tej odnotowanej 22 sierpnia 2009 roku w księdze rekordów Guinnessa (nie szukajcie, sto jedenaście metrów miała). Ale obiecałam. Słowo się rzekło, kredens u płota. Więc zamieszałam zaczyn, zagniotłam ciasto i wypiekłam dla Was ten czerstwy wpis o meblach. I trochę o pamiętnym styczniu sprzed czterech lat, gdy to zamieniliśmy za drobną dopłatą (kredytowaną przez bank i litościwie rozpisaną na lat dziesięć) naszą betonową dziuplę w mieście na poniemiecki bunkier w lesie. Pamiętacie historię faceta, który nie mógł spać, bo trzymał kredens? No to ja mogę spać spokojnie, bo nie mam nie tylko kredensu, ale właściwie prawie żadnych mebli.

Poprzedni właściciele domu nas tak urządzili, choć oficjalnie to się nazywa “nieporozumienie”. Nie wiem jak Wy, ale my jesteśmy szczerzy i prostolinijni jak taryfikator wykroczeń drogowych. I jeśli ktoś mówi: “my wam te meble tutaj zostawimy”, to my to rozumiemy wprost i dokładnie tak, jak słychać. Nie przyszło nam do głowy, że w trzaskającym po pysku środku zimy wprowadzimy się do ogołoconego mieszkania z jedną żarówką, bo “my wam zostawimy” miało niedopowiedziany ciąg dalszy, który brzmiał: “za dodatkowe 3 500 zł”.

I nikt nie mówi, że to wygórowana kwota za meble w kuchni i szafę w przedpokoju, ale rzecz się rozbija o to, że nie taka była umowa. Ja bym się nawet złamała, bo jestem cienka bagietka, a meble w kuchni choć nie całkiem nowe, to były na wymiar i wszystko działało, ale małżonek jest bardziej honorowy niż patronat prezydencki nad obchodami setnej rocznicy zburzenia Kalisza, i rzekł bohatersko, że woli z podłogi jeść i na worku z sianem spać, niż dać się naciągnąć w taki sposób. Mi ten worek z sianem nie leżał, bo kręgosłup i bez tego mam sfatygowany, więc ostatnim transportem przeprowadzkowym przytargaliśmy jeszcze Stary Tapczan. Ciężki jak niemiecki pancernik, trzeba go było odchudzić o taką trumnę z dębowych desek, co były nabite dookoła, a i tak tragarze niosący go schodami przez cztery piętra klęli, na czym sejm i senat stoi.

Wyrwaliśmy jeszcze na szybko ze ściany jedną szafkę kuchenną i szafę ubraniową z lustrem. I chwyciliśmy pod pachę tylko dwa krzesła, bo nie pomyśleliśmy, że może czasem ktoś do nas przyjdzie i też chciałby usiąść. Z kupcem mieszkania byliśmy umówieni tak, że on naszych mebli nie chciał, ale zgodził się je sam zutylizować. My też ich nie chcieliśmy, bo te meble pamiętały jeszcze odbicie młodego Jaruzelskiego z telewizora, ale nie mieliśmy wyjścia. I tak na przykład szafa z lustrem pozbawiona drzwi robi teraz na etacie w kuchni, od czterech lat specjalizując się w zawodzie “regał na garnki”. Do tej pory nie opanowała umiejętności jednoczesnego utrzymania garnków i pokrywek, bo jak już to sobie wszystko ładnie poukłada, to wtedy nie mieści jej się patelnia. I grom wie, co się stało z lustrem.

Stół do kuchni znaleźliśmy po kilku dniach jedzenia z kolan, w drugiej części domu (to odrębna historia), i na trzaskającym mrozie ponieśliśmy ten czołg z litego drewna do naszej kuchni. Po odkurzeniu i bliższych oględzinach okazało się, że stół ma problem z nogami, no ale kto w dzisiejszych czasach nie ma. Stoi ten stół w kuchni do dziś, trwając niezłomnie jak stuletni emeryt na złość ZUSowi, a jak mu się nóżka lekko podwinie w złą stronę, to wystarczy ją zachęcająco kopnąć z drugiej.

Halo? Czy to się nagrywa? Bo ja się znowu rozłażę jak stara rama od kiepskiej reprodukcji, i Państwo zapewne nie widzą obrazu sytuacji. Więc wyglądało to tak. Chata stała pusta na mrozie przez tydzień, bo nam się harmonogramy z Cebulackimi rozjechały. Drzwi z zimna stękające przed zziajanymi tragarzami rozwarłszy, ujrzeli my taki widok: gołe żarówki u sufitu, wielowarstwowa mozaika tapet na ścianach (wiecie, jak to wygląda, gdy się nowe tapety kładzie na stare, z pominięciem tych miejsc na ścianie, które są zasłonięte szafą lub lustrem, a nawet obrazkiem), w miejsce dawnego, kuchennego zlewu “fitted-alu-kurde-balans” – stara umywala z zaplecza rzeźni, wsparta na paździerzowej szafce z urwanym drzwiczkiem, i wszędzie powitalne bukiety kwiatów. Szronem na szybach malowane.

Gdy już panowie pownosili nasze kartony, torby i zawiniątka, dwa krzesła i tapczan, pralkę, terraria, wzmacniacze, gitary i teleskop, zapragnęliśmy rozgrzać naszą miłość do nowego domu szklanką gorącej herbaty. Wtedy też odkryliśmy, iż woda z kranu nie nadaje się do picia. Mimo wszystko wypiliśmy, bo roztapianie śniegu w garnku było już ponad nasze siły, a dopiero latem okazało się, że żółta woda to nie problem. Bo latem jest pomarańczowa.

I tak sobie leżeliśmy, w tę pierwszą cudną noc, obok siebie na sztywny z zimna wznak, niczym Boski Marian i jego mrożona gęś. I patrząc niemo w sufit, od którego na naszych oczach odrywał się tłusty połeć tynku, myśleliśmy sobie: no, to tym razem udało nam się GRUBO przesadzić. A był to ostatni tydzień stycznia roku 2011, na zewnątrz -28 stopni, my w tym obrzezanym łóżku w czapkach, szalach, rękawicach i wszystkich swetrach, jakie udało nam się wyszarpać z kartonów, a piec kaflowy, który miał według poprzednich gospodarzy “dawać ciepło na cały dom, że trzeba aż okna otwierać”, dawał głównie w komin, bo one się długo nagrzewają.

Ale co ja Wam o zimie, jak miało być o meblach. Może jeszcze tylko dodam (bo nie wytrzymam), że przez dwa tygodnie oglądaliśmy szron na ścianach w kuchni, zanim pękła nam sztywna struna bohaterozy i kupiliśmy grzejniczek na prąd. Z wyliczeń wynikało, że godzina grzania będzie nas kosztować złotówkę, więc grzejniczek był używany z zegarkiem w ręku: rano w łazience, gdzie było plus cztery stopnie, przez 15 minut ZANIM ktoś się odważył wejść i ściągnąć kożuch i onuce, a po wejściu kolejne 15 minut na czas zabiegów higienicznych, oraz po powrocie z pracy – w kuchni, gdzie było plus dwa stopnie, żeby oderwać od stołu przymarzniętą doń szklankę i zrobić np. herbatę.

W kuchni co prawda była (i nadal jest) kuchnia kaflowa z taką fajną dziurą nad paleniskiem, zakrytą żeliwnymi kręgami, ale kuchnia ta ma jedną wadę. Można na niej gotować, gdy się w niej rozpali, ale ta kaflowa obudowa utraciła zdolność kumulowania ciepła. Nie jesteśmy pewni, czy tylko w wyniku zatkania przewodów, czy może jednak nie do końca przemyślanej wymiany cegieł szamotowych na zwykłe, przez niewiadomokogo w odległej przeszłości. Ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero wtedy, gdy po przepaleniu w kuchni połowy Stumilowego Lasu nie osiągnęliśmy efektu promieniującego dobrem ciepełka. A że na drewnie też zostaliśmy oszukani… przepraszam, NIEDOPOROZUMIENI, to mieliśmy do wyboru: palić w kaflaku łączącym dwa pokoje i spać w przyzwoitej temperaturze 16 stopni, po powrocie z pracy zastając wciąż przyzwoite 10 do 12, albo przepuścić skromne zapasy drewna przez nienażartego potwora w kuchni i mieć ciepło tylko tam i tylko przez godzinę po wygaszeniu paleniska.

Małżonek, który w naszym stadle jest jedynym nosicielem myśli technicznej i tak zwanego Ogólnego Pojęcia, już w kilka dni po przeprowadzce orzekł, iż całe ciepło ucieka nam oknami – takimi starymi, podwójnymi oknami z czasów naszych babć, z których wybrane egzemplarze po nierozważnym otwarciu nie chciały się już zamknąć. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo nawet przez zamknięte emanowało samo zło, a Kraina Lodu wyciągała po nas zgłodniałe dłonie. No więc ja, nieznana jeszcze wtedy nikomu szmaciarka, zajęłam się uszczelnianiem tychże okien. Nie szpar w oknach, tylko CAŁYCH okien, bo ich współczynnik wymiany ciepła był mniej więcej taki, jak kurtyny z koralików na żyłce. Całą powierzchnię okien sumiennie zaciepałam rozłożonymi na płask kartonami, letnimi ciuchami, folią bąbelkową, foliowymi siatkami, buraczkową zasłonką i jednym kocem. Z zewnątrz nasz dom wyglądał jak nielegalna melina uchodźców z Kambodży, a w środku o tym, że jest dzień, informował nas tylko budzik.

Czy ja tamte dni wspominam z rozrzewnieniem? Cóż. Pamiętam tyle, że każdego poranka mój mózg częściowo odzyskiwał władzę w synapsach w drodze do pracy, gdy już zaczynało działać ogrzewanie w samochodzie. Potem następował CUDOWNY dzień w biurze (te osiem godzin mijało tak szybko!), znów ogrzewany samochód, a potem… mam jakieś dziury w pamięci ;)

WRACAJĄC ZAŚ DO MEBLI. Mówią, że potrzeba jest matką wynalazku, a że dzisiaj właściwie wszystko już mamy z grubsza wynalezione, to nawet specjalnie się wysilać nie trzeba, żeby sobie życie ułatwić. I tak na przykład odkryłam, że jeśli w duży, sztywny karton napchać ciasno ustawionych butelek po wodzie (zakręconych, żeby powietrze w środku trzymały), to on nabiera wytrzymałości na obciążanie, ściskanie i inne takie próby siłowe. Jeśli do tego nakryć go obrusem, lub np. starą zasłonką, to już wygląda całkiem jak stolik, albo jaka szafka. Kartony, zajmując drugie miejsce zaraz po taśmie klejącej, nadają się właściwie do wszystkiego. Koty mają nawet takie powiedzonko: gość w karton, Bóg w karton. Albo: czym karton bogaty, tym rad.

I ja też rada jestem, że kartony cierpliwie przechowują moje książki, ubrania, szpargały, duperele i w ogóle. I kilka tygodni temu zrobiłam sobie taki dekadencki mebel do kuchni, z kolorowych:

badziewnik

We wnęce na dole widać plastikowe wiaderko, do którego trafiają odpadki organiczne na kompost. Filary konstrukcji stanowią grube, sztywne kartony po piwnych wielopakach, a ten – jakże zmyślny – schowek na reklamówki po lewej, powstał dzięki połączeniu taśmą klejącą dwóch kartoników poczymśtam z Lidla. Również po lewej, i też powstały z połączenia dwóch kolorowych, to pojemnik na odpady papierowe, służące później za podpałkę. Gdyby kompleks ten umieścić w katalogu dla ekoekstremistów, możnaby go nazwać “ekofrendli badziewnik różnopojemnościowy z przeznaczeniem na materiały wielokrotnego użytku”. Czego to się nie robi, żeby zbawić ten ponury świat.

Na koniec taka refleksja. Po czterech latach nasz dom nadal wygląda jak nielegalna melina uchodźców z Kambodży, choć okna wymieniliśmy na nowe. W kilka tygodni po przeprowadzce dokupiłam sobie porządne, ogromne łóżko z wielostrefowym materacem, które nadal stanowi najdroższy i najbardziej elegancki element wyposażenia bunkra. Z garażu przytargałam, doczyściłam i odrobaczyłam jedyny regał z paździerza, który nie rozpadał się w rękach. Tapety Cebulackich zostały, zwieszając się smętnie w tych narożnikach, które doznały nadmiaru wilgoci, bo dach przeciekał. Zostały i dumnie zmierzają z nami do grobu stare wykładziny, których i tak wątpliwą świetność nadszarpnęły niekontrolowane wycieki z Atosa. Została żółta woda, niedomykające się drzwi, dziurawe to i urwane tamto. Ale to jest nasz dom. I choć czasem strzępi nerwy, pozbawia sił i chęci do życia, nie rokuje dobrze na przyszłość, a bank w każdej chwili może nas wezwać na wywiadówkę – kochamy go jak własne dziecko. Usmarkane, kostropate, z wodogłowiem i skoliozą, ale przecież nasze.

I przy tej okazji mam do Was, artystek meblarskiej odnowy, takie pytanie. Bo większość drzwi, progów i ościeżnic, że już nie wspomnę o części ścian, mam pomalowane farbą olejną na taki modny niegdyś kolor. W moich stronach mówiło się o nim “sraczkowaty”, ale niech będzie, że to karmel. To są takie drzwi, z takimi klamkami, jakich już chyba nawet w toaletach Miejskich Ośrodków Pomocy Społecznej nie ma. Czy da się coś z tym zrobić?

drzwi carmel love

klamka w stylu MOPS

PS. Wiadomość z ostatniej chwili. JEST KOT! A raczej kotka, o przyjemnie brzmiącym, stwarzającym pozory normalności imieniu: Józia. A tak swoją drogą, Jadowita – to Ty nie wiesz, że nie kupuje się kota w worku?

Józia od Jadowitej

 

Edycja 15 stycznia 2015

No i proszę, koty i nie tylko znów spadają z nieba obfitym deszczem :)

To co, zaczniemy od kotów, jako grupy trzymającej władzę. Oto Rufus, dzielący metry kwadratowe swego świata z Kanią:

LULUS

Przy okazji – Wy też, gdy słyszycie „Rufus”, to od razu przypominacie sobie książeczki z przygodami Mikołajka? Jak ja kochałam Mikołajka!

A tu już Pan Kotek, jeden z kociej trójki Modrej. Pan Kotek jest szalonym altruistą, z czego skwapliwie korzysta Banda Trojga:Pan Kotek od Modrej

A skoro jesteśmy przy Modrej, to jeszcze takie ciekawe ujęcie jednej z członkiń Bandy Trojga, suczki imieniem Duszan:

suczka Duszan z Bandy Trojga od Modrej

I… więcej kotków :) Kocice Hanki, Murzynek i Mały, które ponoć nie pałają do siebie sympatią, ale na zdjęciach są jak aniołki:

Mały od Hanki

Murzynek od Hanki

I na koniec przychówek Kasi, której chyba jeszcze nie znamy z komentarzy, ale mamy okazję poznać Jej braci mniejszych:

Najpierw kury, które wyglądają znajomo ;) Bardzo zdyscyplinowana rasa – każdy egzemplarz jak z fabrycznej foremki:

kurka k_kasia96

kurka zn od k_kasia96

Oczywiście nie może zabraknąć i kotów. Przed Wami Mysza i Bieda (też jak z jednej foremki!):

Mysza i Bieda od k_kasia96

Oraz – tadam! – dwie identyczne psie paróweczki!

Toffi i Drops od k_kasia96

I już, już myślałam, że Kasia ma jakąś geminimanię, ale uff – jest przecież Lucky, nie mający w naturze swojego lustrzanego odbicia, chyba że liczyć to z basenu:

Lucky od k_kasia96

 

No i na razie tyle. I tradycyjnie – jeśli czyjegoś pupilka niechcący pominęłam, to walcie w pysk śmiało!

 

170 thoughts on “Bagietka z karmelem i płaskostopiem, czyli o meblach

  1. pandeMonia 13/01/2015 at 21:00

    Wiem, że nie powinnam, ale napiszę coś więcej, jak się przestanę kulać ze śmiechu.

    • kanionek 13/01/2015 at 21:39

      Jaaasne. Wysiłek, jaki włożyłam w produkcję tego czerstwego wpisu jest porównywalny z wyciskaniem oliwy z piasku, i to widać. Ale dziękuję, dobry człowieku :)

      • ciociasamozło 13/01/2015 at 21:59

        Moja Droga! mądrzy ludzie mówią, że piszący powinien tak się zmęczyć, żeby czytający już nie musiał. Znaczy dobrze się zmęczyłaś bo lekko się czyta :)

        Mój Małż nie musiał spryskiwacza przy prasowaniu używać jak mu czytałam, bo ciągle parskał. Chyba się biedak odwodnił.

        • kanionek 14/01/2015 at 20:02

          Najpierw Kachna czytała niczemu niewinnym dzieciom, a teraz okazuje się, że Wy i swoich małżonków nie oszczędzicie ;)

  2. pluskat 13/01/2015 at 21:14

    Prawdziwi z Was pionierzy. Pociesz się, ze jak wiele lat temu mąż urządził u nas prowizoryczną kuchnię z desek z odzysku, tak to ustrojstwo służy do dziś. A co byśmy zrobili bez kartonów? Nawet kozy można nakarmić.

    • kanionek 13/01/2015 at 21:35

      No właśnie, prowizorki i inne tymczasówki trzymają się najdłużej. Dlatego ciągałam małżonka po wystawach mebli już w pierwszym tygodniu po przeprowadzce, bo WIEDZIAŁAM, że jeśli pomieszkamy tak przez rok, to już niewiele się zmieni ;) Ale podoba mi się to, jak ludzki mózg z czasem nie tylko akceptuje okoliczności, w jakich przyszło mu funkcjonować, lecz wręcz wzbrania się przed wnoszącymi nieład i zamieszanie zmianami. Przynajmniej mój mózg tak ma i teraz mówi mi: a po co malować ściany? NABRUDZI SIĘ. A po co szukać używanych mebli? TRZEBA BĘDZIE DZIURY W ŚCIANACH ROBIĆ. I tym podobne :)

      Ostatnio powiedział mi nawet, że jeśli kiedyś dach wpadnie nam razem ze stropem do środka, to od biedy są przecież namioty i specjalne śpiwory dla alpinistów… Bo z kozami już jednak nie chce spać – zbyt duże ryzyko doznania wstrząśnienia mózgu i innych obrażeń. Ale namiot na podwórku? Zupa z ogniska? Błenefik.

  3. ciociasamozło 13/01/2015 at 21:15

    To ja się w sprawie drzwi wypowiem. Prawdopodobnie jest to typowy model – „odrzwia PRL-u”: płyta pilśniowa na drewnianej ramie (popukaj czy inaczej słychać na środku i inaczej na brzegach). Trzyma się to najbardziej na tej sraczce olejnej. W takim wypadku jakiekolwiek skrobanie mija się z czymkolwiek. Można przetrzeć papierem ściernym i machnąć kolejną warstwę olejnej (na olejnej chyba nic innego się nie utrzyma) w bardziej akceptowalnym kolorku. Dla dodania imidżu, dizajnu czy wizażu można by wymienić to cóś utrzymujące szybkę (amelinium czy PCV?) na drewniane ćwierćwałki. Jeśli dobrze widzę klamusia to plastik-fantastik, ale tzw. szyld (czyli to okrągłe maskujące dziurę w drzwiach przez którą przechodzi „oś” klamki) to coś bardziej szlachetnego (no chyba, że amelinium maźnięte inną olejną). Może dałoby się wymienić klamkę na jakąś z demobilu? (targ staroci?).
    Jeżeli drzwi są jednak więcej porządne niż się wydaje (w sensie przewaga drewna nad paździerzem) to warto zeskrobać do żywego. Tyle, że to robota straszna i bez opalarki nie polecam. A opalarką to tylko na świeżym powietrzu. Za to jak masz żywe drewno to ho, ho! cuda wianki możesz pokombinować :)
    To mówiłam ja, Ciociasamozło, co przez 3 miesiące skrobała odwieczne warstwy olejnej (już po opaleniu!) z 8 drzwi (w tym 2x podwójne, 1x poczwórne, 1x balkonowe-skrzynkowe, 2x łazienkowe), szlifowała, szpachlowała, szlifowała, wycinała szprosiki z ćwierćwałków, szlifowała i malowała.
    A! i jak się zedrze olejną to trzeba szybko malować znowu bo się łatwo paczą (nie jak koty, tylko jak drewno).

    • ciociasamozło 13/01/2015 at 21:22

      I jeszcze.
      Na mniejszych powierzchniach (progi, framugi) można spróbować takiego zajzajeru chemicznego rozpuszczającego olejną. Tyle, że też raczej na wiosnę jak okna szeroko otworzysz.

      A w ogóle to Ty twardy Kanionek jesteś, i Małżonek też nie miętki, skoro wytrzymaliście taki hardkor!

    • kanionek 13/01/2015 at 21:27

      Rany paździerza, Ciocia… Od samego czytania zmiękłam jak bułka w śniegu. TYLE roboty? Ze drzwiami? Może przeczytam Twój komentarz latem, gdy znów (o, nadziejo!) wstąpią we mnie siły i zamiary. Bo na razie stać mnie tylko na obicie drzwi kartonem (a różne mają w Lidlach, bardzo ładne, z rogalikiem albo salami…).
      A może jakieś zdjątko tych swoich odnowionych pokażesz? Na zachętę? ;)

      PS. Tak, to są typowe „odrzwia PRL-u”, a szyld jest z amelinium, maźnięty olejną na – eee – czekoladowo.

      • ciociasamozło 13/01/2015 at 21:38

        No to faktycznie szkoda roboty na paździerze. Lepiej kartonem okleić, albo folią samoprzylepną, albo kalkomanię walnij? będzie w klimacie ;)
        A może decoupage po całości? przyklejasz obrazki na białko kurze a potem lakier bezbarwny.
        Ale ościeżnice i progi warto porządnie, jeśli drewniane i mogą ewentualnie posłużyć do nowych drzwi.
        Moje drzwi już nie bardzo nadają się do chwalenia bo piesek z kotkiem zdążyły nadać im niezbyt szlachetną „patynę” :(

        • kanionek 13/01/2015 at 22:30

          Albo… Wziąć puszkę olejnej w kolorze krwi i oblać drzwi od góry. Będą się tematycznie komponować z umywalą z rzeźni :D

          • ciociasamozło 13/01/2015 at 22:36

            Dobre! do tego tasaki i noże na ścianie (też chlapnięte na czerwono). I koniecznie haki pod sufitem!

          • kanionek 13/01/2015 at 22:46

            O, i teraz nareszcie jakiś konkretny styl nam się kreuje :)

          • zeroerhaplus 14/01/2015 at 06:50

            .. a potem już tylko zaprosić Jacka Nicholsona na ferie zimowe :)

          • kanionek 14/01/2015 at 20:05

            @zeroerhaplus

            :D Udało mi się załapać, do jakiego filmu nawiązujesz, i aż LŚNIĘ z dumy. Bo ja normalnie jestem beton kinematograficzny i nic nie kojarzę :)

      • ciociasamozło 13/01/2015 at 21:54

        I jeszcze przyszło mi do głowy, że można tapetą okleić.
        Albo kawał szmaty jakiejś kolorowej pineskami przypiąć. Jakby pod nią gąbkę, albo grubszą fizelinę, to nawet pikowane by były :)

        Albo zamienić na zasłonkę z koralików ;)

        • kanionek 13/01/2015 at 23:52

          Na pikowanie się nie odważę, ale mam jeszcze rolkę albo dwie starych tapet, we wzór „ceglany mur”. Mieszkanie w mieście sobie tym okleiliśmy i trochę zostało. Ciekawe, czy zszywacz tapicerski da radę, bo kleić do farby olejnej to nie wiem czym. Drzwi z cegieł… Czemu nie?!

          • kanionek 14/01/2015 at 01:04

            A z tym, że my niby tacy twardzi, to wiesz. Nie było wyjścia – kobyłka zapadła, klamka u płota. Mój dawny trener mawiał coś w tym stylu: macie dawać do przodu, choćby gównami padało.
            I u mnie te cztery lata temu powstała jakaś nowa komórka w mózgu, odpowiedzialna za zawziętość. I na przekór Cebulackim, mrozowi i nieodpalającym samochodom mówiła mi: dasz radę, to nie koniec świata, ludzie gorsze rzeczy i tak dalej. I to w sumie prawda. Ludzie gorsze rzeczy przeżywali, a my zaledwie liznęliśmy trochę harcerskiego survivalu ;)

    • Modra 13/01/2015 at 21:45

      No żesz, co za opowieść! Nie-sa-mo-wi-ta! A Ty Kanionku mówisz, że taka słaba, bo buła Ciebie ogarnęła. A tak swoją drogą, to cyt.’chłop to u nas ciemny jest’, wyrwie nawet umarłemu spod głowy, jak nie przymierzając Bubulinie Zorby.
      A co do drzwi – jak patrze na Twoje drzwi, to bym je zaraz chciała zdemontować :-) I pomyślałabym, jak je wykorzystać do np. zrobienia boków głębokiej szafy kuchennej. Coprawda one puste są w środku, więc jako zwykła deska się nie sprawdzą. Może bym przycięła, albo nie… Trzeba pokombinować. Jak masz takich niewyględnych drzwi chociaż dwie sztuki, to juz miałabym boki. Tył trzeba dorobić, a po lekkim starciu farby tam gdzie odpryska i pomalowaniu na biało celowałabym w fest szafkę (bez frontu więc we francuskim stylu) na gary. No bo te drzwi to rzeczywiście takie, że lepiej by mi było bez nich. A czy tam skąd bierzesz kartony, nie mają czasem takich skrzynek drewnianych np. po pomarańczach, albo jabłkach? Bo to super fajny materiał na szafki – piętrowe nawet. I jeszcze jak brakuje kotów, to ja zaraz coś podeślę. I super parówę – latającego psa :-)

      • Modra 13/01/2015 at 22:04

        I bardzo bym chciała przeczytać jakiś równie bułowaty wpis jak potoczyły sie losy terrariów i kto u diaska napiera na te wiesła? I jak to się stało, że tacy Wy z tymi gitarami, motorem i terrariami zapuścili korzenie właśnie tam, gdzie kończą się kable energetyczne i drogi? I komu teraz wybrzmiewają te gitarowe brzmienia, czy jest godne audytorium?

        • ciociasamozło 13/01/2015 at 22:08

          Dobrze Modra gada! Ja też chce.

          • kanionek 13/01/2015 at 22:44

            A to już Wam mówię, na razie krótko: terraria mają się dobrze, a zamieszkują je wąż i jaszczurki (OK, napomknę i zafotuję w którymś wpisie), a na wiesła niezmiennie od lat szczenięcych napiera małżonek. I tu już pewnie nic nie zaprezentuję, gdyż jako się wielokrotnie rzekło, małżonek stroni od wszelkich form rozgłosu ;)
            A jak to się stało, że my tu? No mówiłam przecież – aspołeczni jesteśmy, wycofani i nerwicowi ;)

          • Ania W. 14/01/2015 at 20:41

            I ja! I ja!

            Kurde, a ja myślałam, że miałam przerąbane, bo dojeżdżałam do ogólniaka 40 km w jedną stronę!!! A tu proszę – prawdziwi survivalowcy. Kanionek, Was to już nic nie zmoże!

          • kanionek 15/01/2015 at 00:19

            @Ania W.

            Dojeżdżanie do ogólniaka cztery dychy w jedną stronę, pięć dni w tygodniu, przez cztery lata – to JEST hardcore!
            I nie ma się co łudzić, nas może zmóc bele co. Jakieś trzy lata temu miałam taką fajną przygodę z lewym barkiem, o której wolałabym zapomnieć na wieki, ale ta przygoda nie ma zakończenia. Calcarea tendinosis to się nazywa, w Polsce nie istnieje chyba jeszcze jako usankcjonowana enefzetowskim katalogiem jednostka chorobowa, ale na anglo- i niemieckojęzycznych stronach można poczytać. Powiem tylko tyle, że przez dwa tygodnie małżonek wychodził z siebie patrząc na moją agonię, przez trzy tygodnie musiał mnie myć, czesać i wiązać mi buty, a samochód mogłam już koślawo prowadzić dopiero po sześciu miesiącach. Ale że wtedy byłam jeszcze korporacyjną kretynką, to po sześciu tygodniach wróciłam do pracy. W delegacji, 350 km od domu. Prysznic i poranne ubieranie zajmowały mi ponad godzinę, a w pracy musiałam ostrzegać wszystkich, żeby BROŃ BOŻE nie dotykali mojej lewej ręki, bo ból natychmiast przeorywał mi mózg jak tępy harpun. 90% sprawności lewej ręki osiągnęłam gdzieś po upływie roku, a ruchomość stawu zwiększałam milimetr po milimetrze, w codziennym bólu i łzach bezsilnej złości.
            A najlepsze było to, że gówno spadło na mnie znienacka, jak jaszczomp na kurczaka, bez żadnych wcześniejszych objawów. Zaprawdę powiadam Wam – nikt nie jest niezniszczalny :)

          • nikt wazny 15/01/2015 at 03:13

            Kanionku, a Ty pewna jestes ze to byla ta jakas calcera cos tam? Bo ja jakies 2 lata temu mialam cos co zwa zamrozonym barkiem. Bark mnie zaczal bolec i stopniowo nieruchomial, bo kazdy ruch, nawet niewielki, powodowal taki bol, ze potrafilo mnie zamroczyc. Spac tez bylo trudno, bo ani na boku z bolacym barkiem (u mnie prawy), ani na drugim boku, bo ten chory wowczas jakos sie naciagal i bolal jak diabli. Na wznak tez bylo zle. Myslalam, ze sie nadwyrezylam, albo co, ale przypadkowo siostra zgadala sie z kolezanka, ktora calkiem niedawno miala identyczne objawy i ortopeda zdiagnozowal wlasnie zespol zamrozonego barku. Dostawala jakies silne NLPZ, chyba nawet poczatkowo w zastrzykach, reka na temblaku, a potem jak sie podleczyla, rehabilitacja. Ja leczylam sie sama, ibupromem;) W koncu tez NLPZ. Zreszta, doktor google rzekl mi, ze przypadlosc ta czesto przechodzi sama, po 12-18 miesiacach. Uczepilam sie tej mysli i na szczescie sprawdzilo sie. Wprawdzie bark czasem sie odzywa, nie jest tak sprawny jak dawniej, ale jest o niebo lepiej niz przez ten rok kiedy przechodzil wszystkie fazy (chyba 4) tego zespolu. Najgorsze sa wlasnie pierwsze 3 miesiace (faza bolu). I co ciekawe, przyczyna tej przypadlosci nie jest jasna, ale najczesciej przytrafia sie kobietom po 45 roku zycia (ekhem).
            Przepraszam za ten nagly slowotok, w dodatku o zdrowotnych przypadlosciach.

          • kanionek 15/01/2015 at 03:32

            Przede wszystkim – współczuję, bo ja też nie mogłam spać, jeść, oddychać, a z bólu skomlałam jak pies. Najgorsze było pierwsze 10 dni, faza ostra. Widzisz, nomenklatura medyczna niby rozgranicza te dwie przypadłości – frozen shoulder (zamrożony bark) i calcific tendon/shoulder. Pytanie – czy miałaś zdjęcie RTG albo jakieś dokładniejsze badanie obrazowe, czy diagnozowano Cię na podstawie samych objawów? Bo u mnie jest wyraźne zwapnienie w ścięgnie stożka rotatorów, a do tego parę drobnych zwapnień tu i ówdzie. I na calcarea tendinitis (albo tendinosis, różnie piszą) też cierpią częściej kobiety, i w przedziale wiekowym 30-50 lat. Choć na forach zagranicznych „poznałam” dziewczyny ledwie po dwudziestce, a jedna z nich miała to dziadostwo w obu barkach i biodrze. My, baby, to mamy fajnie :)
            A, jeszcze jedno. Żadne przeciwbólowe mi NIC nie dawały, a podany w szpitalu dożylnie ketonal tylko przyćmił ból, ale dzięki niemu przespałam twardo cztery godziny i to było CUDOWNE uczucie :)

          • kanionek 15/01/2015 at 03:37

            A diagnoz to miałam postawionych tyle, ilu ortopedów mnie badało :) Włącznie ze… złamaniem główki kości ramiennej, niby z odpryskiem. Złamała się podczas snu, bo taki miała kaprys ;) Podejrzewano też dnę moczanową, ale ta hipoteza szybko upadła. A jeden z cudownych pajaców z wąsem powiedział mi, że to nie jest żadna choroba, tylko taka uroda i mam się przyzwyczaić, a nie drążyć temat.

          • nikt wazny 15/01/2015 at 03:52

            OMG, Kanionku… To mialas znacznie gorzej. Ja jak wspomnialam leczylam sie SAMA, no, przy uprzejmej wspolpracy dr googla;)
            Nie mialam zadnych fotek, a diagnoza postawiona wspomnianej kolezance siostry bardzo mi przypasowala;) I jak potem czytalam o tym zespole, to chyba to rzeczywiscie bylo to.
            A wiesz, jest taki zabieg bardzo pomocny na wszelkie zwapnienia stawow i bole z tym zwiazane – fale uderzeniowe. Moja Mama miala po zlamaniu reki w lokciu problem z barkiem (na skutek unieruchomienia reki) i ortopeda zaproponowal jej te zabiegi (w soim prywatnym gabinecie, ofkors) – 6 razy po 15 minut – 400 pln:) Bylam bardzo sceptyczna, sadzilam, ze to kolejna watpliwa nowinka za ciezka kase. Ale zmienilam zdanie. Mamie to bardzo pomoglo. Tzn, po tej serii zabiegow, byla seria masazy (bark, lopatka), zeby te rozbite falami ultradzwiekowymi (chyba) zwapnienia zlikwidowac.

          • kanionek 15/01/2015 at 04:04

            Oczywiście, znam tę metodę, się naczytałam, analizowałam potencjalną skuteczność i poddanie się jej rozważałam :) Jedne zwapnienia rozdrabniają się chętniej, inne są bardziej oporne, ale mnie właśnie koszt i konieczność dalekich dojazdów zniechęciły, bo najbliższy gabinet znalazłam bodajże w Gdyni. Na razie – odpukać – od dłuższego czasu jest dobrze, miewam sporadyczne i krótkotrwałe przypominajki bólowe, bez znaczenia dla komfortu życia. JEśli jednak taka akcja jak tamta się powtórzy, to chyba nawet na piechotę pójdę na te fale uderzeniowe ;)

  4. Anika 13/01/2015 at 21:52

    To Was urządzili (poprzedni właściciele)! Jestem pełna podziwu dla Waszej determinacji i odwagi (w sensie mieszczuchy na wieś się wyniosły). Dodatkowe wyrazy podziwu dla regaliku z kartonów do segregacji. Swoją drogą kartony są nadzwyczaj inspirujące i potrafią być nad wyraz długowieczne. Ja mam lekkiego fioła na punkcie obszywania kartonów materiałem. Oczywiście, to nie miałoby sensu w wyżej opisanym przypadku, ale do przechowywania bielizny, drobiazgów, rzeczy do prasowania – jak najbardziej :-). Pozdrawiam

    • kanionek 13/01/2015 at 23:49

      No właśnie – kartony są fajne :) Małżonek zawsze śmiał się ze mnie, że kocham pudełka. I wszystko musi być w jakimś pudełku..
      A inspiracja do zrobienia „mebla” przyszła do mnie z interentów, a jakże, a dokładniej z tych cudów, które ludzie robią dla swoich kotów. Prawdziwe, kartonikowe fortece, z okienkami, basztami, korytarzami łączącymi poszczególne segmenty. Widziałam nawet czołg dla kota, zrobiony z kartonów, z lufą i włazem u góry.

      A materiałem obszywasz ręcznie, igłą i nitką, czy jakimś zszywaczem…? Pytam, bo kto wie, może zbuduję sobie coś ładniejszego niż ten kuchenny badziewnik?

      • Anika 14/01/2015 at 10:45

        Mam maszynę do szycia. Pokrowiec robię tak: mierzę (ciasno) obwód kartonu oraz jego wysokość dodając 1 cm na dół oraz ok. 4-5 cm na górę (tam robię tunel i na koniec wciągam gumkę, mocno naciągniętą). Przygotowany kawałek materiału (czasem zszywam z części) najpierw zszywam (bok), potem robię tunel, a na końcu doszywam dno (odrysowane z kartonu plus 1 cm na każdym boku).
        Jeśli karton docelowo ma stać na podłodze, to nie fatyguję się z doszywaniem dna, tylko zwyczajnie podwijam dół materiału dając nieco większy zakład.
        Pokazywałam różne pokrowce na kartony, a nawet materiałowe osłonki na doniczki (super się sprawdzają!) na blogu Inspirująca Codzienność (etykieta – Moje inspiracje)- pod nicka załączam link do posta „Kartonmania”. Opisałam tam także inny sposób zdobienia kartonów materiałem – przy pomocy… kleju do tapet papierowych :-)

        • Kania 14/01/2015 at 18:02

          Anika – pięknie Ci to wyszło, dzięki za link. Pomysł z naklejaniem materiału bardzo mi się podoba.

          • Anika 14/01/2015 at 18:52

            Dziękuję, cieszę się. Dodam jeszcze, że wszystkie moje kartony mają się nadal doskonale i dobrze służą. Co do oklejania materiałem z użyciem kleju do tapet – materiał musi być przycięty z naddatkiem żeby go trochę podwinąć na drugą stronę lub żeby zachodził na drugi bok. Jeśli tkanina będzie równo z kantem, to po pewnym czasie, siłą rzeczy, zacznie się nieco odklejać. Okleiłam trzy pudełka, w których trzymam nici – po trzech latach nadal wszystko OK, ale w tym pierwszym (debiutanckim), gdzie przykroiłam materiał na miarę i zamiast zamoczyć go w kleju bawiłam się ze smarowaniem i kartonu, i materiału – brzegi trochę odłażą. Pozostałe dwa są w stanie idealnym :-).
            Kanionku, a może przyda Ci się sposób na zatrzymanie ciepełka (podłączam link). Ja mam okna plastikowe, niby szczelne, a jednak… ciągnie chłód przez parapety z konglomeratu, więc nadal zakładam te wałki na zimę.

          • kanionek 14/01/2015 at 19:27

            @Anika
            Piękne te wałki, i kwiatki na parapetach, z czego wywodzę prosty wniosek, iż nie masz w domu kotów, albo trzymasz je przykute łańcuchem do kaloryfera :D
            Do notki o kartonach w panierce dopiero zajrzę, a jeśli chodzi o spowalnianie ucieczki ciepła przez okna, to czytałam niedawno artykuł o prostym, choć nieestetycznym sposobie, który pozwala zatrzymać nawet do 30% ciepła, któe normalnie ucieka przez szyby. Chodzi oczywiście o folię bąbelkową, której płachty docięte na rozmiar szyby ludzie „przyklejają” do szyb prostą metodą – natryskują na szybę zwykłą wodę, przy pomocy spryskiwacza do kwiatów, przykładają płachtę folii bąbelkami do szyby, i podobno to się tak trzyma długie miesiące. Wiosną łatwo zdjąć i nie ma problemu z usunięciem ewentualnych śladów po zabiegu. Ale nie jest to rozwiązanie dla tych, co cenią sobie rzucanie nostalgicznych spojrzeń na trzepak pod blokiem przy porannej kawie ;)

            Nasze okna wybierał małżonek i naprawdę się postarał (drążył temat przez wiele tygodni, czytał opracowania i opinie, przeczesywał wątki na forach itd.). Mamy więc te okna z trzema szybami, a do tego w tych pomieszczeniach, gdzie jest więcej niż jedno okno, tylko jedno jest otwieralne, a reszta to tzw. witryny. I taka ciekawostka jeśli chodzi o mieszkania w blokach – na moim „rodzinnym” osiedlu w Gdańsku ileś tam lat temu masowo docieplano bloki styropianem. Moja Mama mieszka na czwartym piętrze, okna ma plastikowe, takie przeciętne (okna kuchni i małego pokoju wychodzą na północ, balkon i okna dużego pokoju na południe), a po tej akcji z docieplaniem przestała w ogóle używać kaloryferów zimą, a gdy do niej przyjeżdżam to mi jest za gorąco. Oczywiście cudów nie ma, i ktoś musi grzać, by nie grzać mógł ktoś, więc pewnie ci lokatorzy, co lubią mieć w mieszkaniu 26 stopni dogrzewają i moją Mamę ;) No i są też rury z ciepłą wodą. Mimo wszystko jednak ten styropian dużo daje, bo pamiętam jesienie i zimy mojego dzieciństwa, gdy z utęsknieniem wyczekiwało się „kiedy zaczną grzać”.

          • Ania W. 14/01/2015 at 20:44

            @Anika – no proszę, to ja już od jakiegoś czasu Inspirującą Codzienność podczytuję i się zastanawiam dlaczego się nie pojawiają nowe wpisy :)

    • Ola 14/01/2015 at 00:36

      O! Fajny pomysł z tym materiałem. Kiedyś mniejsze pudełka obklejałam papierem ozdobnym a la William Morris… A co do kartonów, fajne są – racja! A na półki najlepiej nadają się kartony po komputerach stacjonarnych, ha :)

  5. shal 13/01/2015 at 21:56

    Moje pierwsze szafki w kuchni, to były skrzynki drewniane z zasłonką perkalową.Pragnę wierzyć,że złe uczynki wracają (zwielokrotnione) do sprawcy.Cebulaccy ! cieszcie się,że nie param się czarną magią(chwilowo).

    • kanionek 14/01/2015 at 00:21

      O, też dobry pomysł. Ja miałam taką wizję, żeby kupić w tartaku jakieś odpady (deski w dziwnych rozmiarach, albo tzw. okory) i zrobić z nich półki podwieszane na łańcuszkach. Koncepcja się nawet w miarę wyklarowała (uzgadniana z małżonkiem pod kątem wykonalności), ale zawsze są jakieś „ważniejsze sprawy”. Jak np. prokrastynacja, cyklofrenia, lub irracjonalny lęk przed spartoleniem ;)

      • zeroerhaplus 14/01/2015 at 06:55

        Można sobie też deski poustawiać na cegłach. Dwie cegły po bokach – decha – dwie cegły – decha, i tak dalej, póki się nie „chybota”.
        Też to kiedyś przerabiałam…
        Cegły im wyższe, tym lepiej, bo się więcej na „półkę” zmieści.
        Taka półka ma ten plus, że zawsze ją można rozłożyć, przestawić, przeorganizować, nawet spalić w piecu :)

        • kanionek 14/01/2015 at 20:16

          Ale tu znowu przychodzi mi na myśl jedno pytanie: czy to jest kotoodporne?
          Bo te dziady jak tylko coś nowego zobaczą, to przecież zaraz muszą sprawdzić, czy da się to rozbroić ;)

          A macie jakiś pomysł na pokrywki od garów? Wieszak, stojak, nie wiem? Bo pokrywki doprowadzają mnie do szału!

          • Abnieszka 15/01/2015 at 21:02

            Tam, gdzie jest miejsce na witrynę dałam link do obrazka na którym masz pomysł jak zrobić ustrojstwo do pokrywek. Możesz też poszaleć i wpisać w google „wieszak na pokrywki”. Moja babcia takie miała i sprawdzało się nieżle.

          • kanionek 15/01/2015 at 22:36

            O proszę, jakie eleganckie :) A ja dzisiaj już sobie wymyśliłam półkę-drabinkę na te pokrywki i powoli klaruje mi się wizja jej skonstruowania. Jak zrobię (choćby jakiś pokraczny prototyp), to pokażę. Ta nasza wspólna burza mózgów musiała uruchomić u mnie połączenie nerwowe na trasie Potrzeba – Wynalazek ;)

      • sieka 14/01/2015 at 11:44

        musiałam na wiki sprawdzić co to ta prokrastynacja – DŻIZAS TO O MNIE!! Co ty mi zrobiłaś – myślałam, że jestem w miarę normalna. Ech Ty…

        • kanionek 14/01/2015 at 20:22

          Zanim nastała era Internetu wszyscy chyba myśleliśmy, że jesteśmy w miarę normalni. Za wyjątkiem tych, co czuli, że normalni nie są, ale myśleli, że tylko oni „tak mają”. Teraz przynajmniej wiadomo, że „wszyscy mamy źle w głowach”, a w kupie podobno raźniej :D

          • ciociasamozło 15/01/2015 at 09:41

            A na pewno cieplej ;p

  6. Kania 13/01/2015 at 23:27

    Coś mi się zdaje, że Kanionek tak naprawdę nie istnieje, a blog i komentarze piszą specjaliści z jakiegoś domu mediowego. Pewnikiem zaraz powstanie jeszcze książka i film reklamujący sieć ośrodków spa z kozim mlekiem. No bo jak inaczej wytłumaczyć te wszystkie wciągające wpisy(i ich tytuły)i jeszcze komentarze, które czyta się z równą przyjemnością jak bloga. Statystycznie powinno być mniej niż 10% błyskotliwych komentarzy, tyle samo beznadziejnych i reszta przeciętnych. A w Oborze Kanionka w każdym jednym komentarzu intelekt, indywidualność i inwencja. I w dodatku wszystko wiedzą – jak się nazywa dziura od klamki i jak się robi wózek inwalidzki dla psa. To se ne egzistuje, jak mawiają nasi sąsiedzi. A że też chcę być sławna to zaraz wysyłam zdjęcie mojego kota:)

    • nikt wazny 14/01/2015 at 02:59

      O, Kaniu, bardzo pasuje mi Twoja teoria!
      Bo ja stopniowo milklam, oniesmielona blyskotliwoscia kolejnych komentarzy oraz rozlicznymi talentami bywalczyn Obory Kanionka.
      Bo ja nie posiadam zadnego hobby (no, moze poza spaniem), nie mam szczegolnej wiedzy na zaden temat, a co najgorsze, nie mam na stanie ZADNEGO ZWIERZA, bo prywatny fiol do fauny chyba sie nie zalicza?

      • ciociasamozło 14/01/2015 at 12:03

        Oj, tam, zaraz żadnego zwierza! Nie namawiam Cię do chwalenia się roztoczami, ale prywatnego fioła można chyba zaliczyć do kotów na punkcie ;)

        A pamiętasz sny? To jest fajna umiejętność :)

        • nikt wazny 15/01/2015 at 04:14

          Oj, ciociu, roztocza u mnie tworza juz zaawansowana cywilizacje, nie wiem wiec, czy wypada je zaliczac jeszcze do fauny, w potocznym znaczeniu;)
          A sny pamietam glownie te meczace. Dzis np snilo mi sie, ze jestem komus winna 5 tys. pln i nie mam jak oddac. Obudzilam sie, po czym znow zasnelam, a sen byl kontynuowany: okazalo sie, ze aby oddac te 5 tys, pozyczylam od kogos innego kolejne 5 tys. i tym sposobem mialam juz 10 tys. dlugu. Nie pytaj, tez nie rozumiem tej arytmetyki sennej;)

          • ciociasamozło 15/01/2015 at 09:48

            Mnie też, jesli już coś pamiętam, to dłużej trzymają się te męczące (egzaminy, nieodrobione lekcje, brak wpisu w indeksie po 20 latach, uciekający pociąg, choroba…). Ale, żeby długów sobie przez sen narobić, to już szacun. No widzisz jaki talent masz!
            Zapisuj, zapisuj to jeszcze zbierzesz to wszystko w jedną psychodeliczną powieść i będziesz musiała zmienisz nik na „Ktoś Ważny” :)

          • kanionek 15/01/2015 at 22:46

            @nikt wazny

            Ja to mam najczęściej takie sny, że mnie okradają, oszukują, albo mordują :) Albo że coś się stało i to moja wina.
            Małżonkowi zaś, jak już się śni coś złego, to od razu porządny rozpiździaj – trzęsienia ziemi, wojny, atak Obcych, tornada szalejące po całej kuli ziemskiej. Takie tam, apokaliptyczne :)

      • kanionek 14/01/2015 at 20:48

        @nikt wazny

        To ja powiem tak. Średnio raz na miesiąc nachodzi mnie ponura ochota, by „kanionka” wystrzelić w Kosmos, zakopać, zabić dechami i zapomnieć, bo JEST TYLE FAJNIEJSZYCH BLOGÓW.

        I ja też nie mam szczególnej wiedzy na żaden temat, za to mam ogólną na każdy. Czyli, mówiąc wprost, gówno wiem i głupia umrę. No i trudno.

        Hobby. Mi się często jakieś przyplątuje, jak katar albo kolka w wątrobie, miota mną po ścianach, wysysa krew i sprawia wrażenie, jakby nic innego się już w życiu nie liczyło, a później przechodzi. I znów wszystko wydaje mi się nudne i zwyczajne. Mój mąż ma jedno albo dwa i się ich konsekwentnie trzyma, a ja? Wiecznie posiniaczona emocjonalnie i we mdłościach od tej hobbystycznej huśtawki. Do dupy z takim czymś.
        A spać też lubię. Oj, jak lubię. I zgadzam się z autorem książki „How to be idle”, że ten masochistyczny kult wstawania skoro świt i ROBIENIA RZECZY jest niezgodny z naturą i został wymyślony na zgubę ludzkości. Nie będę rozwijać tej myśli, bo wspomniany autor już to zrobił i – oczywiście – jest w tym lepszy ode mnie.

        A gdybyś mogła, to jakiego zwierza chciałabyś mieć?

        • nikt wazny 15/01/2015 at 03:30

          Psa! I kota. A wlasciwie liczba mnoga bylaby tu odpowiedniejsza.
          Konie.
          I budki legowe dla ptakow wokol domu (niestety mieszkam w bloku), zeby chcialo sie im mieszkac blisko mnie.
          Z kozami nigdy sie nie spoufalalam, ale mysle, ze polubilabym:) Jedna kiedys poznalam, ale zazylosci miedzy nami nie bylo (z braku czasu na jej pielegnowanie).

          • kanionek 15/01/2015 at 03:56

            No fakt, w bloku możliwości są ograniczone. Mieszkałam w blokach przez 36 lat i choć zawsze miałam jakiegoś psa czy dwa, to jednak w razie konieczności nawet krótkiego wyjazdu pojawia się kłopot pod tytułem – komu zostawić pod opieką? Ale z kotem jest łatwiej – kuweta, zapasik suchej karmy i wody… Może się kiedyś zdecydujesz?

            Kozy byś polubiła bez dwóch zdań :)

          • nikt wazny 15/01/2015 at 04:00

            Kanionku, ograniczenia blokowe nie byly Ci straszne:) Wciaz jestem pod wrazeniem twoich pietrusow dla gryzonii:)
            U mnie to splot roznych okolicznosci utrudnia decyzje o przygarnieciu zwierzaka.
            Ale moze kiedys…

          • kanionek 15/01/2015 at 04:07

            No to życzę Tobie, żeby „kiedyś” nadeszło :) A to, co ja miałam w bloku, to było czyste szaleństwo i powinni mnie zamknąć i leczyć ;)

          • nikt wazny 15/01/2015 at 04:03

            Mialo byc: „Twoich pietrusow” oraz „gryzoni”.

            ps. a Ty dlaczego nie spisz? Ostatnio chyba przesypaialas noce w miare normalnie, sadzac po aktywnosci blogowej:)

          • kanionek 15/01/2015 at 04:10

            Ano właśnie, się tak jakoś nakręciłam tymi kartonami, półkami, dizajnem i stajlem, naczytałam i naoglądałam, a tu czwarta rano i koguty pieją. No to idę już spać :)

  7. kanionek 14/01/2015 at 00:08

    :D
    Jeśli chodzi o realność bytu Kanionka to powiem Wam tyle – gdyby za wyznacznik pewności istnienia wziąć słynne „myślę, więc jestem”, to Kanionek… pojawia się i znika ;)

    I też lubię czytać komentarze na Kanionku, bo można się z nich dowiedzieć więcej pożytecznych rzeczy, niż od samego Kanionka.

    Dawaj kota :) I tak przy okazji – WIEDZIAŁAM, że jeszcze nie wszystkie koty wyszły z szafy!

  8. Ola 14/01/2015 at 00:28

    Zakładam, że frontman Kotek rzucał włosami i skakał w publiczność, nie wspominając o chrypiącym wokalu. Wygląda, że mocny koncert był.
    Cebulackich zostawiam bez komentarza, bo brzydkie wyrazy się cisną, w każdym razie heca z brakiem tapety za zabranymi meblami i zlew na podpórce z desek jest mi niezmiernie dobrze znana, pfff… O rektyfikacji wieżowca, w którym owy zlew jest osadzony, a o której konieczności nie byłam uprzedzona – nie wspomnę, bo i co to takiego.
    Ej Kotek, jakieś bilety dla Vipów na następny koncert, co?

    • kanionek 14/01/2015 at 20:57

      :D
      Najlepszy koncert Kotek dał gdy przynieśliśmy do domu Gonzalesa. To był taki punk-death-gothic-metal from hell.
      A o biletach Kotek pomyśli, tylko jeszcze nie wie, ile kilogramów mięsa brać za jednego VIPa ;)

  9. Ola 14/01/2015 at 00:44

    Aha! Ale tego stołu ciekawa jestem, mam sentyment do starych drewnianych stołów. On naprawdę z litego drewna jest? Ma jakąś szufladę? Myślę, że piękną rzecz można by z takiego zabytka zrobić.

    • kanionek 14/01/2015 at 21:03

      Szuflady nie ma, za to kiedyś można go było rozsuwać i robił się większy. Dziś lepiej go nie ruszać i cieszyć się, że stoi :)
      Ale tak serio, to trzeba się będzie za niego wziąć, bo ma jeszcze szansę na drugie życie. Blat na pewno można przeszlifować i polakierować, nogi również.

  10. zeroerhaplus 14/01/2015 at 07:00

    Tak na margisesie – czapka z głowy mojej, Kanionku i małżonku, że się zdecydowaliście na tę chałupę.
    Niektórzy to nazywają głupotą, niektórzy odwagą, ja do dziś nie wiem, co to jest, ale wiem jedno – takiego kroku się nigdy nie żałuje :))

    • kanionek 14/01/2015 at 21:17

      No tak, Ty sobie możesz czapkę zdejmować, bo u Was podobno UPAŁY :D

      W zakupie domu partycypowała również nasza naiwność i serdeczna niechęć do miasta. Oraz fakt, że nie stać nas było na nic innego. I co również istotne i muszę podać na naszą obronę: kiedy pierwszy raz oglądaliśmy ten dom, był piękny sierpień. Zajechaliśmy (po trzech godzinach błądzenia) na podwórko zalane promieniami zachodzącego słońca, łąki leniwie falowały, las miękkim, opiekuńczym gestem otulał całe gospodarstwo, wszystko było wysycone żywą zielenią i wyglądało jak spełnienie naszych snów. Byliśmy tam i we wrześniu, nazbieraliśmy grzybów, posiedzieliśmy przy herbacie. Byliśmy i w grudniu, gdy śnieżna oprawa nadała Naszej Bajce nowego, i zaskakująco – równie pięknego co latem wymiaru. ALE wtedy w domu były meble i ciepło :) I nie wiedzieliśmy WIEEELU rzeczy, a przecież (i tu worek pokutny zakłada naiwność) nie wypadało obwąchiwać każdego kąta, ani tym bardziej ryć w ziemi.

      Jedno, co się nie zmieniło, i z każdym wyjściem z domu zachwyca nas tak samo, to widoki dokoła. Taka bezludna wyspa i do tego prawie zawsze zielona, bo udział drzew iglastych w lesie jest spory.

      Ale ja tu znowu się rozpisuję, a Was potem palec boli od scrollowania przez komentarze ;)

      • zeroerhaplus 16/01/2015 at 08:42

        Tja, upały, wczoraj przymrozek był, no! :P
        Ale, ale. Nie tłumacz okolicznościami przyrody, nie trzeba :) aczkolwiek przyznać muszę, że jeszcze tylko romantycznego stada sarenek brakuje na tym obrazku ;)
        A o Bajkach Innych, to ja mogę bez końca czytać. I to nie jest żart, o nie…

        • kanionek 16/01/2015 at 21:52

          Sarenek Ci u mnie o – potąd :) Wczoraj spacerowaliśmy po lesie i dwie wystrzeliły nam prawie spod nóg, tak długo zwlekały z decyzją.

  11. Kania 14/01/2015 at 08:33

    Ja jeszcze w sprawie komentarzy – to, że można odpowiadać od razu pod czyimś wpisem, zamiast wpisywać się na końcu sprawia, że wszystko jest czytelne i logiczne. Ale jakie to uciążliwe przy średnio 200 komentarzach!Wchodząc kilka razy na bloga trzeba czytać wszystkie od początku, żeby czyjegoś wpisu nie przeoczyć. Nie wiem czy jasno się wyraziłam i czy też tak macie, że wracacie do jednego posta, tylko po to, żeby doczytać nowe komentarze?

    • Ania W. 14/01/2015 at 20:46

      Popieram przedmówczynię!

      • kanionek 14/01/2015 at 21:25

        Ja naprawdę chciałabym wszystkim zrobić dobrze… Tylko to jest tak: do tego szablonu WordPressa przypisany jest taki układ komentarzy. Małżonek już nawet dla mnie szukał jakiejś alternatywy, ale okazuje się, że te alternatywy są albo gorsze, albo odpłatne, albo wyglądają tak, że sekcja komentarzy jest utrzymywana w tzw. chmurze i nie należy do właściciela bloga. Trochę, moim zdaniem, ryzykowne.
        Nie mówię, że nic się nie zmieni, ale dajcie mi trochę czasu :)

        • Ania W. 15/01/2015 at 20:39

          Wiem, Kanionku. No i to nie tak, że siedzę i oczekuję :), ale w tym temacie nie pomogę, bo się nie znam. Pomoc mogę zaoferować w temacie wiedzy odnośnie wystąpień publicznych, praw człowieka oraz strzeżonych ośrodków dla cudzoziemców…

          • pandeMonia 18/01/2015 at 18:29

            To chodź na Blogspota :)

  12. sieka 14/01/2015 at 10:26

    Witam Panie z OK i Autorkę. Siedzę w robicie i zamiast pracować, czytam. Przekleństwo, że nie zajrzałam wczora z wieczora. Co do drzwi: Kanionku mam podobne wspomnienia z usuwania olejnej co Ciociasamozło, ch..j nie robota i trzeba to na zewnątrz robić (sory za język, ale to najlepiej czasem oddaje charakter czynności). I ma racje Ciocia, obklej, pomaluj olejną, albo złap taperem tapetę. Z takimi rupciami jest tak,że można sobie eksperymentować bez wyrzutów sumienia – i to jest piękne. jeśli chodzi o Twoje wspomnienia z wprowadzki, to….och. Ja też wprowadzałam się do nowego domu 4,5 roku temu. Co prawda do nowo wybudowanego, przez nas, tzw. sposobem gospodarczym, ale za to własnego. Tylko na parter i tylko z jedną kanapą o biurkiem, do tego z 18-sto miesięcznym dziecięciem, ech łezka się w oku kręci. Motywacją dla nas było mieszkanie z Teściową więc tego można sobie wyobrazić,że równie dobrze zamieszkalibyśmy w kurnej chacie. I od tego czasu mój dom jest moja twierdzą, co pewnie też czujesz. Zazdroszczę Ci umiejętności i serca do tego, że Ci tak wszystko rośnie (w sensie warzyw i żywioły) ja do tego nie mam ręki. Do pasji doprowadza mnie to, że w twz. przyrodzie w kółko trzeba robić te same rzeczy. Z mebelkiem jest tak, że zrobisz i masz ;). Ciepło mentalnie wysyłam na północny wschód.

    • kanionek 14/01/2015 at 21:39

      Sieka, to wcale nie jest tak, że ja mam jakąś rękę do czegokolwiek. Samo rośnie (czasem trochę trzeba pomóc, ale nic na siłę), a jak nie rośnie, to trudno. Fakt, o ogrodnictwie wiele się naczytałam, w tym wiele sprzecznych teorii, przeżywałam burze i gorączki mózgu, a na koniec okazało się, że i tak wszystko sprowadza się do „woli nieba”. Pogoda, warunki glebowe i okresowa liczebność szkodników – to są rzeczy mające realny wpływ na uprawy, zwłaszcza gdy nie stosuje się chemicznych środków ochrony roślin, czy nawozów ze sklepu. Ale to tak w skrócie, a mam nadzieję kiedyś napisać coś więcej na temat mojego ogrodnictwa z bożej łaski. A, i mnie też czasem męczy to „robienie w kółko” ;) I to, że jak się z posianiem czy posadzeniem niektórych roślin spóźnisz o dwa tygodnie, to już lipa i klęska głodu ;) Chociaż w ubiegłym sezonie posadziłam pomidory do szklarni dobry miesiąc po świętym terminie, bo pierwsze sadzonki uroczyście zamroziłam, zapomniawszy zabrać na noc do domu, a i tak miałam ich nadmiar. Kapustę też wysiałam za późno, a jakoś nadrobiła zaległości. Może to szczęście idioty, a może niektórzy ortoogrodnicy traktują sprawy zbyt poważnie ;)

      A zwierzaki? Nie wiem, może akurat mam takie, które ciężko zepsuć? Same mieszańce i twardziele, a kurczaki to typowo survivalowa rasa ;)

      Dzięki za ciepło, oby i Wam nie zabrakło :)

  13. diabel-w-buraczkach 14/01/2015 at 11:23

    No, moja droga. Ze na poczatku bylo wam w tym domu bardzo ciezko, to juz napomykalas tu i ówdzie, ale powyzszy tekst przerósl moje oczekiwania… spadlam ze stolka i przymarzlam do podlogi.
    Ze wy DWA TYGODNIE wytrzymaliscie, przy -30 stopniach na zewnatrz!!! I to nawet bez cieplej wody! I ty mówisz, ze „my zaledwie liznęliśmy trochę harcerskiego survivalu” !!!
    Powiem ci szczerze, ja bym nie dala rady. (Ja sie przy +5 stopniach ubieram jak na Alaske.)
    SZACUN!!! Twarde sztuki jestescie!

    Drzwi tez opalalismy, 5 wartsw olejnej pieknie schodzilo, i nie trzeba bylo nic potem juz skrobac, ale fakt – smierdzi, trza okno otworzyc.

    • kanionek 14/01/2015 at 21:47

      E tam, minęło jak zły sen ;) Ale faktycznie mieliśmy pecha, że wprowadzaliśmy się akurat w tak srogą zimę. Bo gdyby wypadło nam np. w tym roku, to już luz blues. Od tygodnia palimy tylko w kaflaku, przez te wichury, i idzie przeżyć. I ani razu jeszcze tej zimy nie odśnieżaliśmy! A tego jeszcze nie grali w naszym kinie. No ale z drugiej strony – mam foty z pierwszego kwietnia ub. roku, na których śniegu po pas, więc wszystko jeszcze przed nami.

      Tak, po lekturze Waszych komentarzy chyba jednak zrezygnuję z opalania czegokolwiek i spróbuję najpierw na jednych drzwiach z tapetą :)

  14. jadowita 14/01/2015 at 14:02

    przyznaję ze wstydem, że nie potraktowałam z należytą powagą Waszych przeżyć i popłakałam się ze śmiechu. Pozostaję w szacunku, w pas zgięta z podziwu; ja bym nie wytrzymała.
    ps – Józia pochodzi z grilla – przyniosło ją moje „ugrilowane” starsze dziecię, rano nie za bardzo pamiętając, co uczyniło. Nadmieniam, że została potem legalnie adoptowana :)
    ps2 – Kanionek, czy mnie oko myli, czy posiadasz WĘŻA? czy nie jest aby JADOWITY?

    • kanionek 14/01/2015 at 21:56

      Z ogromną przykrością muszę Cię rozczarować – wąż nie jest jadowity :D Oficjalnie bowiem w Polsce jadowitych sprzedawać nie wolno, choć wiele lat temu miałam okazję opiekować się garstką takich pięknych, zielonych żmij (Trimeresurus stejnegeri), na czas wakacji właściciela.
      Ten mój wężyk zaś to taki zwykły cienias z rodziny połozowatych, czyli coś jak nasz rodzimy zaskroniec.

      Za to Twoja Józia wygląda na całkiem jadowitą, przynajmniej na fotce, którą podesłałaś. No ale pewnie nie bez powodu mówią „jaki pan, taki kram” ;)

  15. mp 14/01/2015 at 15:21

    Drzwi zrobiłabym „po taniości”- farba albo oklejanie, parę pomysłów możesz tu podejrzeć :
    http://bloggin.pl/external/?pid=53706#.VLZ0tsntBEs
    http://czasnawnetrze.pl/polscy-projektanci/recykl-felietony/12657-recycling-drzwi-i-okien
    A może taki bieda- decoupage i okleić gazetami (czarno- białe, widziałam gdzieś stołki tak pooklejane i fajnie wyglądały). Tylko wtedy ściany też przydałoby się machnąć na jakiś jeden kolor, biały, szary, lawendowy itp. Do takiej bazy wtedy wszystko pasuje, nawet ekstrawaganckie meble z kartonów czy drewnianych skrzynek i palet, z którymi też można cuda wyczyniać- malować, obszywać, ubierać w sweterki. U mnie w budowanej i już zamieszkanej przeze mnie chałupie bardzo sprawdziły się plastikowe skrzynki po oranżadzie z czasów komuny- robiły za regały (na nich kładłam dechy), podstawę blatu, na którym była zainstalowana umywalka (do tego zasłonka i za jednym zamachem miałam niby-szafkę , schody ogrodowe itp. Chyba jestem całkiem zbzikowana, bo zazdroszczę Ci tej nieurządzonej chałupy- jakie tam masz pole do działania ! :) Rozejrzałabym się po okolicy- może ktoś chce się pozbyć starego kredensu z głębokiego PRL (tzw. śląski)- nie skupowali ich handlarze, więc często się walają w obejściach, fajnie je można odnowić, a miejsca w nich od groma.

    • kanionek 14/01/2015 at 22:11

      A wiesz, że nawet widzę ten pomysł z gazetami, przy jednokolorowych ścianach? No i jak się gazety ufaflunią, to można szybko na nowe wymienić. Tylko znowu mam problem ze ścianami – one są z cegły i to fajnie. Choć nie wszędzie tak samo fajnie, bo niektóre cegły są z czasów króla Jagiełły chyba. Ale nie o cegły się rozbiega, tylko to, czym są otynkowane. Mianowicie GROM wie czym. Sypie się to niemiłosiernie przy najlżejszym dotyku, ukazując pod sobą kolejną warstwę grom wie czego, tyle że w innym kolorze :D
      Ale plan jest taki, że KIEDYŚ to wszystko zeskrobiemy i na cegły rzucimy wapno, jak w koziarni. Z niewielką domieszką cementu, żeby się tak nie ścierało. I wtedy do tego wapna będzie można dodać jakiś delikatny barwnik… I wtedy te gazetowe drzwi miałyby sens.

      Och, ja też na początku byłam nakręcona tym „polem do działania”. I wtedy odkryłam, że nie mam wyobraźni :) Tzn. lubię ładne wnętrza i gdy takie widzę, to rozumiem, dlaczego są ładne. Ale jakimś złośliwym zrządzeniem losu nie umiem sama sobie niczego ładnego zaprojektować. To raz. A dwa – obecnie liczymy grosze w skarpetce, a do tego przed całkowitym rozpasaniem dekoracyjnym powstrzymuje mnie myśl o mającej kiedyś nastąpić wymianie stropu (czy ja już mówiłam, że ten dom ma 136 lat?) i jaki wtedy będzie potworny bałagan, i wszystko i tak się upieprzy. I tak się kręcę w kółko, grając w berka z niezdecydowaniem ;)

      I nie chcę znów zabrzmieć jak zawodowy defetysta, ale uwierzcie, w tych okolicach nie ma czegoś takiego, jak „walający się kredens do oddania tanio lub za darmo”. Cokolwiek, co było z drewna i nikomu niepotrzebne, już dawno poszło z dymem, albo zgniło w kurniku…

  16. kanionek 15/01/2015 at 02:47

    Uff. Dobra. Miało być szybciej, ale dostałam od Was tyle linków do ciekawych rozwiązań wnętrzarskich, i tutaj i mailem, że się zaczytałam i zapatrzyłam. Ale już są – Wasze futrzaki :) Pod wpisem pojawiły się: kot Rufus od Kani, Pan Kotek i suczka Duszan od Modrej, dwie kocice Hanki: Mały i Murzynek, i cała mieszana ferajna z podwórka Kasi. Enjoy!

  17. kanionek 15/01/2015 at 02:52

    Lidka, odkopali Was spod tego śniegu? Kachna, daj chociaż znak życia, no!

    • Lidka 15/01/2015 at 05:19

      Ojejciu, odkopali, odkopali! Dzieki za pamiec. Sniegu lezy do wysokosci kolan i codziennie swiezego dosypuje. Psy maja frajde, my- niespecjalnie…W nocy mroz do -35 mawet. I tak pewnie do Wielkanocy. Dodam, ze na Alasce tylko -10, malo sniegu, w zwiazku z tym przelozone zostaly wyscigi psich zaprzegow na luty. A u Was tez tak cieplo, jak na Alasce?

      • kanionek 16/01/2015 at 21:55

        Nie, u nas – o dziwo – cieplej niż na Alasce! Dzisiaj było tak słonecznie i ciepło (plus sześć), że aż się wzięliśmy za naprawę poszycia dachu komórki z sianem. Taki styczeń to ja proszę bardzo, zapraszam, kawusi zrobię :)

  18. Lidka 15/01/2015 at 04:26

    No i sama zrobilam ten blad, przed ktorym inne Kozy przestrzegalam: wylazlam na chwile z Obory i potem godzine nadrabialam czytanie komentarzy.
    Poryczalam sie i posmialam z Waszych przeprowadzkowych przygod i czapke z glow ABSOLUTNIE przed Wami nalezy zdjac.
    My tez wprowadzilismy sie, ze tak powiem skromnie, na „nowe”, bo ze stara skrzynia uzyta w collegu, ktora stanowila stol, kanape i w koncu podstawke do telewizorka, ktory raczej byl radiem, i z kociakiem pod pacha. W nasza dziuple wpakowalismy wszystkie pieniadze, posiadane i pozyczone, i te ktore mielismy miec w najblizszej pieciolatce. Dusza diablu zaprzedana (sorry, Diable w buraczkach, Ciebie akurat kocham!). Poprzedni wlasciciele zostawili zarzygana wykladzine( przepraszam za obrazowe przedstawienie faktu:)), wybryzgane czyms sciany- nie dociekalam, czym- i rowniez gole zarowki. Taka mordega pare lat trwala, ale goli i wesoli, no bo swoj kacik, syfny bo syfny, ale swoj. Meble tez zbierane, z tzw wystawek; jezdzilismy w okreslone dni w bogate okolice i zbieralismy skarby z chodnika. Skarby, wyskrobane, odnowione sluza do dzisiaj. A potem zaznajomilam sie z czyms, co sie nazywa estate sale…Ale to juz zupelnie inne szalenstwo. I jeszcze w czasie odnawiania, po uzyciu jakiegos srodka uzytego do zeskrobywania starej, badziewiastej farby prawie, ze wylysialam.
    I potwierdzam, zeby wszelakie odnawianie robic na swiezym powietrzu, bo nie dosc, ze wylysiec to sie i zadusic mozna, jop twaju mac.
    Aha, do magazynowania rzeczy sluza mi drewniane skrzynki po winach. Sklepy monopolowe tutaj wyrzucaja toto na smieci, mysle, ze w kraju tez sie tak z nimi dzieje…? Warto, mysle sprawdzic. Skrzynki sa trwale, czyste i maja fajowe napisy. Czesto po francusku, ulala. Pozdrawiam goraco.

    • kanionek 16/01/2015 at 21:58

      Widziałam takie piękne skrzynki w Lidlu, po winach właśnie, i od razu oko mi błysło, ale bałam się zapytać. Już im pół tony kartonów wyniosłam przecież…
      Kurczę, Lidka, współczuję Wam tego mrozu! Oby jednak przeminął szybciej, niż przewidujesz :-/

      • Lidka 17/01/2015 at 02:14

        Ja bym tam zapytala, a nawet noge wsadzila w jedna skrzynke i powiedziala, ze juz moja. A i z utylizacja kartonow ci z Lidla maja swiety spokoj. Skrzynki zdaly- w naszym przypadku przynajmniej- egzamin i funkcja ich byla przerozna, od stolka poczawszy, a jedna nawet, po wyscieleniu folia – sluzyla Boo za kuwetke.

        • kanionek 18/01/2015 at 00:04

          Czyli tak… niby się potknąć, wpaść do skrzynki i przypadkiem ją obślinić, a wiadomo przecież, że jak się napluło, to już nasze? :)

          • pandeMonia 18/01/2015 at 18:39

            NO włąśnie na skrzynki z Lidla grzałam się od dawien dawna. Wyobraźcie sobie, ze te skrzynki sa pilnowane przez panów ochroniarzy. No, nie stoją przy skrzynkach, ale przy kasie. I dwa razy wyciągnęli mi skrzyneczkę z koszyczka. W skrzynce miałam juz wiktuały, ale pan pogroził paluszkiem. Ale za trzecim razem się udało :)
            Pytałam, po co im te skrzynki? I oni niby muszą nimi obracać, bo są na wymianę. Hmmmm. Zwrotne skrzynki?
            A ja myślę, że pracownicy Lidla obczaili je szybciej.

          • Lidka 18/01/2015 at 19:39

            O, kurcze, nie wiedzialam, ze glupie skrzynki po winach to taki chodliwy i unikalny towar!

  19. Lidka 15/01/2015 at 05:43

    Patrze na Lucky’ego i pekam z zazdrosci: co ja bym dala, zeby moje piesy tak chcialy sie zanurzyc w wodzie!!! A one tylko do wysokosci jajec i zaraz jeden z drugim wychodzi obrazony, jakby nastapilo molestowanie i z mina „mamusiu, nie bede sie moczyl, ta woda jest brudna i zimna i kaczki i gesi w niej plywaja, i sraja, i sama sie zanurz, i o.”

    • ciociasamozło 15/01/2015 at 10:01

      No popatrz, a ja bym się bardzo cieszyła gdyby Buła mniej wchodziła do wody. Bo na razie to niezależnie od temperatury, stanu zasyfienia, wielkości i stopnia zamieszkania akwenu, Buła musi. No dobra, wyższy stopień zamieszkania (kaczki, łabędzie) zwiększa u niej chęć skoku na bombę. A woda ciurkająca, tryskająca czy chociaż kapiąca wywołują u niej absolutny obłęd.

  20. zeroerhaplus 15/01/2015 at 06:45

    To zdjęcie kury (koguta?) pod tytułem „przysuń ten obiektyw bliżej, może da się puknąć” jest w pytę :)

    Kanionku drogi, pytanie a propos stojaka/wieszaka na pokrywki garnczane: jakim sprzętem do cięcia i obróbki drewna dysponujecie? Kiedyś na zdjęciu widziałam piłę motorową, ale to mało subtelny sprzęcik i ciężko nim wzorki w sklejkach (dajmy na to) wycinać.
    Tak pytam, bo skład Waszego „parku maszynowego” może zasadniczo zmienić ton porad majsterklepkowiczowskich w komentarzach :)

    • kanionek 15/01/2015 at 22:42

      Do obróbki to prawie żadnych… Wiesz, mamy podstawowe narzędzia chirurga ortopedy – piła, wyrzynarka, wiertary ze trzy i wkrętarka akumulatorowa. I jakieś strugi za dychę, do dupy prawie całkiem. Żeby więc coś finezyjnego zrobić, to nie. Łeb sobie obciąć albo nogę skrócić – jak najbardziej :)

      • zeroerhaplus 16/01/2015 at 08:47

        Nie jest źle :) Do zrobienia prostego regałka starczy.
        Ale faktycznie, za szlifowanie drzwi, to bym się bez czegoś do ułatwienia tej roboty nie brała. Ale moze to oznaka rozpieszczenia starczego ;)
        Poza tym i tak czytam, że się zdecydowałaś na obklejanie. Czekamy na foto rezultatu!

        • kanionek 16/01/2015 at 21:49

          Do zrobienia PROSTEGO to trzeba, prócz narzędzi, mieć jeszcze jakieś pojęcie ;) Ja mogę zrobić krzywy :)
          Nie wiem, czy to „starcze rozpieszczenie”, czy rozsądek, bo powiem Ci, że ja np. mocno odczuwam nierówną walkę z materią w moich stawach. I narzędzia pomagają, choć czasem są same w sobie tak ciężkie, że moje stawy zaraz jęczą. Nie wiem, co się porobiło, ale najpierw posypały mi się barki, później łokcie, a teraz i nadgarstek zapiszczy, nawet przy próbie odkręcenia nakrętki ze słoika. Czasem mnie to naprawdę zniechęca, choć miewam takie dni, zwłaszcza latem, że napieram pomimo bólu, bo latem nie mogę nic nie robić.
          Fotorezultaty… No tak. Będą. Na pewno. Tylko jeszcze ostatecznie się nie zdecydowałam na te tapety. Może ja juz pójdę.

          • nikt wazny 17/01/2015 at 02:23

            Obawiam sie Kanionku, ze Twoje stawy nie byly nawykle do fizycznej pracy, w kazdym razie tak regularnej. No i teraz odczuwasz to.
            Moze jakas gimnastyka?
            No dobra, dobra, cofam;)

          • kanionek 18/01/2015 at 00:11

            Myślę, że masz rację. Po latach spędzonych za biurkiem porwałam się nagle z motyką na słońce. Pamiętam pierwsze lato, zanim wyjechałam – kilka godzin z rzędu z kosą (wtedy jeszcze spalinową), dzień w dzień, bo wydawało mi się, że dam radę nie tylko podwórko i teren wokół stawu, ale i łąkę ogolić ;) I zimą drewna rąbanie, bo przecież TAKA jestem silna. I z wiadrami dyganie i rozrabianie zaprawy murarskiej łopatą w taczce (wymurowałam wtedy swój pierwszy w życiu, skromny murek) i wiele innych. No i fakt, siły w mięśniach mi nie brakowało, ale widocznie stawy nie do takiej roboty miałam zaprojektowane, i się posypały. Pewnie powstały te magiczne, ulubione przez ortopedów „mikrourazy”, których nie widać, a są i dają się ostro we znaki.
            O tej gimnastyce to udaję, że nie czytałam ;)

  21. Kania 15/01/2015 at 09:50

    Jeszcze słowo w sprawie pieca kuchennego. U mojej babci stał chyba podobny – miał palenisko i taką komorę obok paleniska.Wszystko to było ono obłożone dookoła cegłami szamotowymi, ale te cegły nie były wmurowane, tylko włożone luzem i piec trzymał ciepło jak należy.

    • mp 15/01/2015 at 12:52

      Też bym namawiała do ożywienia pieca kuchennego- wg mnie nie ma nic przyjemniejszego, niż posiedzenia przy takim piecu, płyty nagrzewają się szybko i fajnie promieniują, a ogrzewanie kosztuje tyle, co nic- wystarczy gałęziówka albo ścinki z tartaku. Tylko piec musi działać… Może jest w okolicy jakiś zdun – cudotwórca , uprawiający działalność charytatywną ? :) Co do remontu domu- czytałaś kiedyś bloga Amelii ? http://amelia10-amelia10.blogspot.com/
      Tam to dopiero był surwiwalowy początek ! Nie, żebym nie doceniała przetrwania przez Was zimy w nieogrzewanej praktycznie chałupie :)
      Pomysł na ściany ceglane fajny, bardzo takie mi się podobają , im więcej na nich śladów czasu, tym lepiej . Kiedyś widziałam w necie takie ceglano- gazeciane, jak znajdę, to Ci podeślę .

      • kanionek 15/01/2015 at 19:41

        ZGADZAM SIĘ z Tobą co do piecokuchni! I chcę ją utrzymać przy życiu wbrew małżonkowi. Druga taka piecokuchnia, też brzydka jak noc w sraczkę, stała w drugiej części domu, i została zburzona po to, by na jej fundamentach mógł stanąć piec centralnego ogrzewania. Serce mie pękało, jak te rozbijane kafle, no ale trudno, myślałam, mam jeszcze jedną przecież. Brzydka, spękana, w środku cegły się kruszą, a „duchówka” nie nadaje się już do pieczenia, ale dziecko z gorączką na pięć zdrowasiek możnaby wsadzić bez szkody dla zdrowia. Najgorsze jest to, że zamurowane przejście między dwiema połówkami domu gryzie się z tą właśnie kuchnią. Tzn. gdyby je wyburzyć (a kiedyś w końcu chcemy połączyć ten dom w jedno), to trzebaby skakać nad kuchnią, albo przechodzić obok niej bokiem. Niby żadne z nas nie jest brzuchate, ale takie drzwi szerokości pół metra trochę śmieszne… Ale da się.
        O ścianach przed chwilą gadałam z małżonkiem i on mnie trochę ostudził z tymi cegłami na wierzchu. Raz, mówi, że tynk na dwa centymetry jednak trochę dociepla, a dwa – on jest niestety wapienny i skuć kilka ton tego dziadostwa to jak pierdolnąć granat w młyn pełen mąki ;)
        I my tak zawsze… A może bokiem… A może przodem… A może jutro? ;)

        A! Dzieki za link. Czytam Amelię od początku – cóż za zaraźliwy optymizm i powalający entuzjazm! Aż zaczęłam głębiej oddychać i myślę, że skoro Amelia dała radę, to byłby wstyd, gdybyśmy my nie dali. Nie wiem, kiedy wrócę, bo czytam i ładuję baterie cudzą energią :)

        • Kania 16/01/2015 at 17:17

          Też zaczęłam czytać Amelię. I choć taki remont byłby ponad moje siły, najbardziej załamujące wydały mi się zachowania ludzi. Nie sądziłam, że może być aż tak źle. A co do kuchennego pieca, to może pomyślisz Kanionku o zrobieniu przejścia do drugiej połowy domu w innym miejscu? Bo to pewnie da się zrobić, a pieca wymurować gdzie indziej nie bardzo, ze względu na komin.

          • kanionek 16/01/2015 at 21:24

            Ja już przeczytałam i co do ludzkich zachowań muszę niestety potwierdzić – tak właśnie jest w małych, biednych wioskach, przynajmniej tu, na północy. I ja rzadko o takich sprawach napomykam (choć pani i pan J. na przykład są materiałem na książkę), bo jakoś nie mogę. Gdy pewne rzeczy widzę i słyszę, a potem w domu sto razy we łbie mielę i rozpamiętuję, to czasem chcę napisać. I naprawdę nie mogę, bo obrzydliwość ludzkiej natury odbiera mi siły i zaraz boli mnie łeb. Ból, gniew, strach, obrzydzenie, żal – to są uczucia, od jakich chciałam uciec (z miasta) i uciekłam, ale nawet mieszkając w lesie nie sposób uniknąć ludzi. Takich ludzi, których nawet gdyby na kompost przerobić, to nic nie chciałoby na nich rosnąć. Kończę, bo się nakręcam i pompa z toksynami mi się uruchamia.

          • kanionek 16/01/2015 at 21:30

            A przejście! Tak, niby można zrobić ciut bardziej z boku i gdybym była sama, to pewnie wiele się nie namyślając wzięłabym pięciokilowy młot i łupnęła dziurę, aż miło ;) ALE. Rozsądny małżonek zauważył, iż dom to jest kurde KONSTRUKCJA, i że w tym oryginalnym, obecnie zamurowanym otworze drzwiowym, jest taki łuk ze specjalnie ułożonych odpowiednio cegieł, żeby reszta konstrukcji na łeb przechodzącemu nie spadła. Ale fakt, to było omawiane trzy lata temu, a od tego czasu wiemy i umiemy ciut więcej, toteż latem zmierzymy się z zagadnieniem i może konstrukcja wytrzyma…

  22. mp 15/01/2015 at 14:20

    A tu prosty w wykonaniu pomysł na przechowywanie pokrywek- może masz tyle miejsca w kuchni, żeby takie sprzęcicho sobie zmajstrować .W sumie można nawet na takich drzwiach, jak zaprezentowałaś- tyle że potem ciężko będzie je otworzyć :)
    http://www.diycraftsdecoration.com/10-things-you-certainly-need-in-your-new-kitchen/

    • Modra 15/01/2015 at 15:06

      O tak, ja na tyłach drzwi miałam zawiązane na gwoździach poprzeczne podwójne sznurki, takie grube jak do bielizny. I na tych sznurach, a raczej pomiędzy nimi miałam pozawieszane pokrywki. A żeby nie dzwoniły i nie szorowały wydając piekielne odgłosy, to najpierw na drzwiach materiał żem sobie przybiła również gwoździkami małymi :-)

    • kanionek 15/01/2015 at 19:27

      Ta strona akurat jest w maintenance mode, ale będę sprawdzać, czy się już ogarnęła. Na drzwiach, które zaprezentowałam, miałam już przymocowany taki zbiorczy wielowieszak na wszystko – sitka, patelenki, to narzędzie do miażdżenia ziemniaków, wyciskarkę do czosnku itp., i faktycznie, przy każdym ruszeniu drzwi brzęczało toto potępieńczo i czasem coś spadało na podłogę. Wieszak został więc ostatecznie przykręcony do ścianki szafy. Ale – o dziwo! – właśnie sobie wymyśliłam sposób na pokrywki, może być w formie półki lub stojaka, tylko chyba nie dam rady tego słowami opisać. Jak to złożyć do kupy też jeszcze nie wiem, na razie jeno obraz mglisty stoi przed oczyma duszy mojej ;)

      • mp 15/01/2015 at 21:04

        Spróbuję jutro wysłać Ci zdjęcia tego ustrojstwa na pokrywki. A tynki wapienne są super, co ja się namordowałam, żeby w swoim budowanym domu mieć nierówne tynki ! 10 lat temu fachowcy patrzyli na nie jak na wariata, a w sklepach budowlanych nie wiedzieli, o co mi chodzi, przecież wszyscy kładą gładź :) W końcu udało mi się zdobyć taki tynk, że wygląda jak zrobiony z grubszego piasku, tyle że moja – pożal się Boże- siła robocza nie umiała go porządnie położyć i wyszły łaty, no ale gładko z pewnością nie jest :)

        • kanionek 15/01/2015 at 22:28

          A nie, na gładko to ja też nie chcę. Nie po to jestem w lesie, żeby sobie zrobić mieszkanie jak w bloku ;) Ale te nasze tynki albo jakieś oszukane na materiałach, albo zwietrzałe, czy co, bo sypią się jak piach w klepsydrze. Małżonek zawsze wyklina i kaszle jak smok po siarce gdy musi dziurę w ścianie wywiercić, a potem w dziurze kołek rozporowy zamontować – dziura czasem przeistacza się w rozległy krater.

          Ja się gładzi szpachlowych nakłądłam, gdy na czarno za robola dorabiałam, i szlifowanie tego na gładziutko, żeby żadnej ryski nie było, tak mi zbrzydło, że gdy sobie już tutaj okno w pokoju i kuchni obrabiałam (w sensie że wnęke okienną po wstawieniu nowych okien), to specjalnie porobiłam nierówne zaciery, zostawiłam grudkę tu i tam, i po pociągnięciu farbą je widać, i tak właśnie ma być (musiałam tłumaczyć małżonkowi, dlaczego tak się męczę, żeby zrobić „byle jak”).

          A co do sklepów budowlanych to też to przerabiałam, gdy szukaliśmy wapna do bielenia koziarni. I wszyscy nam mówili, że „teraz to już wapnem nikt nie bieli” i wciskali jakieś farby i dziwne masy. Ale kupiliśmy wapno hydratyzowane i koziarnia wyszła przepięknie (tymi ręcami!), choć oczywiście jaskółki latem naniosły swoje wzorki, a kozy teraz dokonują dzieła totalnego zniszczenia – ogryzają kanty, odłupują warstwy kopytkami, ocierają się o ściany… I latem znów trzeba będzie bielić, ale co tam :)

      • kanionek 15/01/2015 at 22:56

        Strona już żyje. Kurczę, jakie piękne realizacje. Ścianka z korków po winie! Szufladka na kocie miski – szczyt wygody i żadnego wyżerania karmy przez psy, jeśli koty coś zostawią „na później”.
        A ta ścianka z poprzeczkami na pokrywki – super. Tylko wymaga chyba więcej umiejętności, niż posiadam :D

        • ciociasamozło 16/01/2015 at 11:34

          A w łazienkach jest propozycja półek na linie. Widziałaś?

        • mp 16/01/2015 at 13:39

          No właśnie, a ja w szale porządków przedświątecznych (skończył się po pierwszej szafce :) wyrzuciłam cały karton korków od wina… Taki skarb !

          • Lidka 16/01/2015 at 17:17

            @mp
            W jakims magazynie dizajnerskim widzialam cala sciane wylozona korkami od wina. Wygladalo to bardzo ciekawie i ladnie.

          • kanionek 16/01/2015 at 21:13

            Czyli sprawa jasna, morał oczywisty, a nowa mądrość ludowa brzmi – jak morze wina wypijesz, to dopiero za remont się bierz. No to mam jeszcze dużo czasu :D

          • kanionek 16/01/2015 at 21:34

            Omatko z korkiem, no patrz! A ja bym teraz od Ciebie ten karton odkupiła! Albo wymieniła na koszyk jajek, czy coś. Ale to normalne. Ja zawsze jak coś trzymam latami, a w końcu wyrzucam, to najpóźniej za kilka tygodni okazuje się, że właśnie TERAZ by się przydało ;)

  23. Kasia_96 15/01/2015 at 19:14

    Ja mogę doradzić tylko w sprawie zamiany prowizorek na coś stałego (sama mieszkam na prowizorkach odkąd się przeprowadziliśmy, czyli 11 lat, jednak powoli coś zmieniamy). Zmienia się u nas co nieco tylko za sprawą pewnej Złotej Rączki, dlatego mogę powiedzieć, że liczy się wasza inwencja twórcza, a elektronarzędzia kupuję w Biedronce :D (czyt. frezarka) coby nie przepłacać (jedyna inwestycja to była wkrętarka- taka podstawa). Drzwi najlepiej spalić i znaleźć z demobilu lite, drewniane- wtedy jest mowa o zeszlifowaniu farby i położenia innej, a tak- możesz zasmarować następną warstwą olejnej :)

    PS: dziekuję za uznanie zdjęć Luckiego i kur. Szkoda tylko że on adoptuje basen szybciej niż ja co roku :)

  24. Ania W. 15/01/2015 at 20:48

    No to ja w kwestii prowizorki – obok domu śp. Dziadków (ale jeszcze za życia, rzecz jasna)już przy końcu wojny postrzelono partyzanta (albo innego wojennego, a przekaz przez wieki się zniekształcił), więc jego koledzy przyszli i zabrali skrzydło z drzwi na ganek, żeby tego partyzanta na nich dotransportować do lekarza. Dziadek zbił z desek drzwi prowizoryczne, ze szparami, które jeszcze zipią, chociaż posesja się prawie rozpadła…

  25. baba Aga 15/01/2015 at 21:02

    Co do prowizorki. Ja mieszkam w domu mojego taty, mój tata jest budowlancem od 16 roku życia, jak budował dom to akurat był kierownikiem budowy szpitala w Czechach, a dom budował sie na telefonie i na zaufaniu, efekt jest taki jak w przysłowiu „szewc bez butów chodzi”. Nie ma prostej ściany, nikt nie wie jak jest zrobiona elektryka z czego jedno jest pewne, cała góra (czyli moje mieszkanko 150metr kwadrat) jest na jednym bezpieczniku tzn wszystkie gniazdka na jednym, bo światło jest połączone z dołem. Ściany są obleczone czymś w co nie da się wbić gwoździa, nawet stalowego. Wprowadziliśmy się lat temu 20, na hasło zaprzyjaźnionego fachowca „YOOO wszystko gotowe, przyjeżdżajcie” jechaliśmy z dwójką małych dzieci z Czech, ciężarówką i pociągiem, bo dobytku się troche uzbierało, oczywiście przy Was to był mały pikuś, u nas przede wszystkim było lato, ale nie było podłóg i wody. Fachowiec przeżył, ale tylko dlatego,że mój tatuś jest ekstremalnym pacyfistą i udało mu się obronić go przed nami kobietami. Pamiętam jak kpiłam z sąsiadki, pani doktór, która to goniła męża do roboty, twierdząc że się nie wprowadzi dopóki wszystko nie będzie gotowe, bo jak nie zrobi teraz to tak już zostanie, co za głupota, myślałam, przecież pomalutku wszystko sie zrobi. To prawda, ze mam piękną kuchnie i niewiele więcej, zawdzięczam ją mojej mamie, która dała na to kasę i wymagała efektów (oczywiście byłam zła, że ma takie wymagania phi) poza tym, wciąż dziwi mnie pytanie nowych gości ” a to Wy tu od niedawna mieszkacie” na widok pianki montażowej wychodzącej z framug i mebli składajacych się w większosci z regałów piwnicznych z IKEI oraz ostatniego odkrycia regału Albert w ilości sztuk 7 :). Moja pierwsza kuchnia to cegły, sama robiłam zaprawę ,blat ze starego stołu , zasłonki i skrzynki na owoce w charakterze szuflad. Polecam, tanie i praktyczne no i będzie pasować do tapet z surowej cegły :)

    • mp 15/01/2015 at 21:10

      No i stylowe ! :) Kurdesz, prowizorki chyba nigdy się nie kończą, jeśli nie dysponuje się nieograniczonym budżetem. Epopeję o nich można by napisać- ale, mimo uciążliwości , mają czasem swój urok na przykład zmuszają do kreatywności i ćwiczą szare komórki lepiej, niż sudoku . A jaka satysfakcja, jak uda się załatać i związać jedno z drugim – i działa ! :)

    • kanionek 15/01/2015 at 22:39

      Dzięki, Baba Aga :) U mnie też wciąż pianka straszy w okiennych wnękach i jestem wściekła na siebie, że zrobiłam tylko dwa okna, „na próbę”, a po udanej próbie zaniechałam dalszych działań. Ale się wezmę, wezmę się :)

  26. kanionek 15/01/2015 at 22:16

    Wiecie… Nie, NIE WIECIE. Nie wiecie, jaka jestem Wam wdzięczna i jak się cieszę, że tu jesteście, wszystkie (wszyscy?), i że mi piszecie, że u Was też tak było/jest, że podsuwacie pomysły i W OGÓLE.

    Ja mam do siebie mnóstwo pretensji. Że mogłam coś już zrobić, wymyśleć, poprawić itd. Przez pierwsze dwa lata prawie mnie tu nie było (parszywa delegacja, ale i zarobki przynajmniej sensowne, zjazdy do domu co któryś tam weekend, małżonek na duchu samotnie podupadający…), potem złapałam taką deprechę, że szkoda gadać, a dopiero w ubiegłym roku zaczęłam czuć, że żyję. Że tutaj. Że ogród wreszcie ma sens, że koza w przestworzach, a potem więcej kóz, że kurczaki nie zdechły dzień po przyjeździe…

    Na remont generalny nieprędko będzie nas stać, w leciwym gospodarstwie co rusz nowe niespodzianki (się urwało, odpadło, przecieka, co teraz), my – razem i z osobna – trochę trudni i czasem mądrzy inaczej, ale dzięki Wam wiem, że z czasem da się wszystko, a jak się nie da, to też się przeżyje ;)

    Jak zwykle nie udało mi się zapewne zawrzeć sedna w kilku zdaniach, więc może krótko – DZIĘKI :)

    • Kachna 16/01/2015 at 19:43

      Ajlowju!

      …………………………..
      …………………………..

      • kanionek 16/01/2015 at 21:12

        Lowjutu!
        I ten, pozdro od Bożeny. Andrzej mruga zalotnie spod grzywki. Tradycja pyta „ale o co chodzi…?”, a Irena jej tłumaczy ;)
        Dzięki za znak życia, a za język nie ciągnę :)

      • Lidka 17/01/2015 at 02:48

        Mi tu! Mi tu! Ajlawju!

        • kanionek 18/01/2015 at 03:34

          Lidko, nie wiem czy to do mnie, czy do Kachny, ale jakby co – lowjutu! :)

          A teraz odpowiedź na pytanie „dlaczego jeszcze nie śpię”. Bo przypomniałam sobie, że przecież mam drugie konto mailowe (to na Onecie), otwieram, a tam TYLE maili od Was! Gupi Kanionek!

          • Lidka 18/01/2015 at 05:45

            I do Ciebie to Ajlawju bylo, i do Kachny, i do wszystkich Koz.

  27. Iwona 15/01/2015 at 22:45

    Ja to chciałam powiedzieć, jestem, czytam, podziwiam i Ciebie i Kozy, dużo się można od Was nauczyć. Ja tam też prowizorki uprawiam i kombinacje przeróżne:-)

    • kanionek 15/01/2015 at 23:03

      Iwona :) Już prawie całą książkę od Ciebie przeczytałam. Prawie całą, bo oczywiście nie czytałam od początku do końca, tylko najpierw zeżarłam rozdział o rozmnażaniu, ciążach i porodach – wiadomo ;) No i rozdziału z genetyką i krzyżowaniem wg wzorów matematycznych nie tknęłam, bo co ja mam tu krzyżować. No i tego o obróbce skórek kozich, bo ten… Jeszcze TAK mi za skórę te moje nie zalazły. A jak powiedziałam małżonkowi, że „książka powiada”, że kozła czasem też można doić, bo są osobniki posiadające szczątkowe wymię, to popatrzył na mnie tak jakoś dziwnie :D

      • Ola 16/01/2015 at 09:49

        Pecik! Ratuj się kto może!!!

        • kanionek 16/01/2015 at 21:42

          Ha ha! Ale oczywiście, że po tym co przeczytałam poleciałam do koziarni sprawdzić i Pecik może spać spokojnie. Ma tylko wielkie dwie odznaki i malutkiego szeryfa… Żadnych cycków do miętoszenia. I w ten sposób ostatnia nadzieja na mleko zgasła, jak tani znicz z markjetu, a Bożena tylko się śmiała… i śmiała… i śmiała. Niedobre kozy!

          • Lidka 17/01/2015 at 02:00

            Peklam oficjalnie ze smiechu!

          • Iwona 18/01/2015 at 00:35

            Biedny Pecik, zdziwił się, że tak go oglądasz, i pewnie oddetchnął z ulgą, że jednak kozioł z niego prawdziwy i nikt miętolić go nie będzie, i jeszcze doić, ło matko z córkom:-D

          • kanionek 18/01/2015 at 03:42

            Wiesz, gdybym go tylko oglądała, to pewnie by się zdziwił. ALe że go pomacałam tu i ówdzie, to nawet całkiem zadowolony był ;) I w ogóle to wszystko w celach naukowych!

          • Iwona 18/01/2015 at 09:52

            To tylko teoria teoretyków, buhaje też mogą mieć szczątkowe wymię, a krowy często mają dodatkowe szczątkowe strzyki, i teoretycznie też można je doić, ale nikt tego nie robi.

          • ciociasamozło 18/01/2015 at 13:34

            Bo jak wiadomo, teoretycznie to i kalesony przez głowę można założyć ;)

  28. pluskat 16/01/2015 at 23:53

    Bozena zawsze wydawala mi sie podejrzana…

    • kanionek 18/01/2015 at 00:01

      I dopiero teraz mi to mówisz?! :D

  29. Iwona 18/01/2015 at 00:43

    Ja jeszcze o tej piecokuchni chciałam, nie wiem, jak wygląda Twoja, Kanionku, ale kafle, które idą od podłogi do płyty, czyli fajerek, nie nagrzewają się. Nagrzewa się ścianka, a większość fajerek ma dwa szybry, zimowy i letni, i na tym letnim ścianka też nie grzeje. A i taką kuchnię można przebudować na piec CO.

    • kanionek 18/01/2015 at 03:39

      Hm. Mogę odgruzować swoją (teraz stoją na niej różne rzeczy) i zrobić fotkę, jeśli nie zapomnę. Czyli wszystko to, co od dołu do płyty, to ma być zimne, tak? A ścianka powyżej płyty jest narożna, bo kuchnia w rogu. Co zapewne nie ma znaczenia. Ale jak – dwa szybry i na jednym nie grzeje, to znaczy, że skąd kuchnia ma wiedzieć, czy jest lato, czy zima? Może głupie pytanie, no ale w końcu to ja pytam, więc wiadomo :D

      • Iwona 18/01/2015 at 08:56

        Zrób zdjęcie, obaczym:-) . Ja swojej zrobię i prześlę. Moja narazie tylko do gotowania i grzania wody, ale chcę przebudować ją w przyszłości na piec co, bo teraz mam piec w piwnicy i nie uśmiecha mi się łażenie po schodach na stare lata, tylko męża muszę przekonać, bo on ma zdanie odrębne.

  30. kanionek 18/01/2015 at 22:56

    Ja z takim komunikacikiem. Otóż mam prawie gotowy nowy wpis, bo zaczęłam pisać, fotki porobiłam, i miałam dziś wieczorem dokończyć i wrzucić, ale sprawa się rypła, bo jest taka sprawa, że nie mogę nawet o niej napisać, bo mnie szlag trafia i mam ciemną ścianę przed oczami. Żaden dramat rangi wysokiej, ale wkurłam się straszliwie i nie mogę dokończyć wpisu, bo mi nastrój poszedł w krzaki. I internet mam znów łyżką wydzielany, więc do środy zaciskam pasa.
    No i o. Koniec komunikaciku.
    (Jutro będzie nowy dzień, a w środę będzie nowy wpis. Tymczasem trzymajcie się ciepłego kaloryfera i gorącej kawy. Zezwala się również spożywać pączki lub inne poprawiacze nastroju :-*)

    • Ola 19/01/2015 at 13:17

      to ja tego, rogalik z czekoladą właśnie pochłonęłam… Tobie lepiej?

  31. bila 19/01/2015 at 14:56

    Kanionku, pozdrawiam cieplutko. Ja również albowiem wszelako uważam, że jak się człowiek w domu zakocha, to MUSI go miec , i już. Swój pokochałam 6 lat temu i przypuszczam, że jakbym wiedziała o wszystkich jego wadach i brakach, to i tak bym go kupiła (no, może bym się bardziej targowała).Nie ma znaczenia, ze jest stary i wymaga wieeelu remontów. Po troszku przecież można.Takie kuchnie pod wymiar są przereklamowane. Phi, domykajace się szuflady? Ja mam kredens starutki i tzw.pomocnika kuchennego. No i, ma się rozumieć kuchenny piec kaflowy. I nie dam go zburzyć mężowi!
    Zjadłam Prince Polo, meeeee…

    • Lidka 19/01/2015 at 15:07

      Stare domy maja dusze i osobowosc. A ja wypilam kawke i zjadlam sliwke w czekoladzie. Pozdrawiam goraco OK.

  32. baba Aga 19/01/2015 at 16:03

    Czyżby Blue Monday?

    • Lidka 19/01/2015 at 16:59

      Caly dzien do d.py. A jak zaczne od poniedzialku, to i caly tydzien przekichany. I zaloze sie, ze nie ja jedyna tak mam.

      • Ynk 19/01/2015 at 17:15

        Dark blue.
        Porzeczkowa galaretka w czekoladzie. Na zmianę z pestkami dyni.
        Bo do d..yni ten poniedziałek.. kkk..
        Ale plus dostrzegam – nie wieje, nie rozwiewa człowieka na świata cztery strony. Przynajmniej tu.

  33. Iwona 19/01/2015 at 17:07

    No weź Lidka, nie strasz, nie dość, że ostatnie dwie noce to ze trzy godziny spałam, na oparach jadę już, to jeszcze z poniedziałku wszystko się pierdoli, płakać się chce normalnie, jak to się przeciągnie na tydzień, to ja własnoręcznie się zakopię.

    • pandeMonia 19/01/2015 at 18:57

      Nie, dzisiaj to zrozumiałe, ponoć dziś najgorszy dzień w roku. Naukowo dowiedziono w Hameryce! W Teleekspresie mówili :)

  34. shal 19/01/2015 at 18:59

    To mnie wcale nie pociesza,że nie tylko dla mnie poniedziałek fatalny.Akurat na mojej karcie bankomat się zawiesił(zbiesił?).Pani w banku(na szczęście bank był czynny)stwierdziła,że oddadzą kartę za pare dni.I wcale mnie nie pocieszyły dwa kawałeczki tortu.Pewnie gdybym je zjadła w koziarni ……to kto wie.

    • pandeMonia 19/01/2015 at 20:29

      Zjadłaś d w a kawałki tortu i mówisz o nieudanym dniu?! Shal, zapałaj wstydliwym rumieńcem, ale już!

      • shal 19/01/2015 at 21:07

        Pałam,pałam,że już prawie dzięcielina ze mnie.

  35. ewa102dk 19/01/2015 at 19:46

    nie na temat, ale prosze. To jest filmik dla milosnokow/czek koz
    https://www.facebook.com/groups/bbarco2015/permalink/344145909105442/#!/video.php?v=715706088452453

    Dzieki za super blogaska

    • Lidka 20/01/2015 at 04:24

      O kurcze! Ktos wie, co to za trampolina dla koziolkow?! Sama bym na to wskoczyla! ;-))

  36. hanka 19/01/2015 at 20:15

    Ja też dzisiaj miałam dzień-koszmarek, wszystko co miałam w planach do zrobienia poszło nie tak, a co tylko mogło się sknocić to się sknociło. Też chcę do koziarni.

    • Lidka 19/01/2015 at 21:10

      Amerykanie mowia na to Murphy’s Law: cokolwiek, co MOZE sie sknocic – NA PEWNO sie sknoci. Czekam, az ten dzien dobiegnie konca. Przyjade do domu, przytule meza, moje koty i psy i bede miala ten dzien w d.pie. A w koziarni dzis tlok, bo ja tez tam z Wami siedze.

  37. pluskat 19/01/2015 at 21:56

    No to mnie pocieszylyscie, ze cos musi byc w powietrzu, bo mnie tez sie dzis oberwalo za niewinnosc.
    Kanionku, mam nadzieje, ze jutro rano to bedzie wygladalo mniej tragicznie.

  38. kanionek 19/01/2015 at 22:08

    Czyżbym niechcący zapoczątkowała jakieś CPN (Całotygodniowe Pasmo Nieszczęść)?

    Tak, dziękuję Olu, mi już lepiej. Dałam się komuś zrobić w balona, trochę zapiekło, ale nic to. Grunt, że nogi nie urwało.

    Kozy Moje, wszystkie razem i każda z osobna – poniedziałek dobiega końca i jeśli Teleekspres nie okłamał PandeMoni, to jutro będzie lepiej :)

    • mp 19/01/2015 at 22:38

      A wypluj to słowo i odpukaj w niemalowane- jaki CPN ?! Mój dzisiejszy dzień był nie najgorszy- udało się nie spóźnić do pracy, choć mało brakowało, zapiernicz miałam taki, że nie udało się nawet na sekundę zajrzeć do netu, ale za to taczki trochę podepchane do góry :) A ponieważ dopiero wieczorem dowiedziałam się , że dziś był blue monday, to nawet nie zdążyłam się zdołować. Więc uszy do góry, dziewczyny, wiosna za rogiem, a i środa blisko, będzie nowa notka Kanionka , hip hip hurrra ! :)

    • Ola 20/01/2015 at 00:13

      no to meeee Kanionku, jako rzekła Bila. Jutro ma być lepiej :) Meeee Dziewczyny :)

      • ciociasamozło 20/01/2015 at 11:43

        Mee!
        Dzisiaj Wam lepiej?
        Bo ja wczorajsze weście do pracy rozpoczęłam wylaniem wody z konewki na wykładzinę, ale dalej jakoś bez dramatu. Może dlatego, że bardzo starałam się zmniejszyć siłę rażenia swojego pecha przez ograniczenie aktywności do niezbędnego minimum ;)

        • Ola 20/01/2015 at 13:15

          wczoraj to ja zepsułam mięso mielone z Biedronki dla Kuby, które to pazernie nabyłam w promoncji sztuk dwie. Mięso zrobiło się dziwnie szare nie wiedzieć czemu i dziwnie pachniało. Dziś jest ok, tylko Kuba będzie mieć obiad wege. Ale chyba mnie nie zje?

          • Lidka 20/01/2015 at 13:38

            Apropos miesa mielonego: nigdy nie kupuje. W sklepie lub u rzeznika pokazuje palcem kawalek, ktory chce miec zmielony, dostaje do powachania wpierw i mam zmielone na MOICH OCZACH. Jezeli kupuje juz zmielone to nie wiem wlasciwie, co tam zostalo zmielone, a tym sposobem wiem przynajmniej, ze swieze i na moje wlasne zyczenie. Polecam te metode.

          • Ola 20/01/2015 at 21:31

            dla piesa kupuję, tylko zwracam uwagę żeby nie było garmażeryjne, bo wtedy wiadomo, że tam mięsa w mięsie niewiele i nawet soja się znajdzie :(

        • Modra 20/01/2015 at 13:18

          Nie wiem czy Blue to taki zły kolor, azalisz blue to jednak kolor nieba.
          Dla mnie po ubiegłotygodniowym Black Thursday nic już nie będzie takie samo. Nic.

          • Ola 20/01/2015 at 21:33

            też jesteś frankowa?

          • Modra 21/01/2015 at 12:37

            Olu, jestem ujełabym to dosadniej zes..frankow..ana

          • Ola 21/01/2015 at 13:28

            współczująco podaję łapę/kopytko…

    • baba Aga 20/01/2015 at 15:16

      A propos, że nogi nie urwało, zawsze w takich sytuacjach przypomina mi sie impreza po której w trakcie rozwożenia gości pod wpływem, zaprzyjaźniony Kapitan żeglugi małej miał fantazję pożegnać sie z przyjaciółmi siedząc już w aucie (nowym aucie swojego syna ) i otworzył drzwi akurat na wysokości bramy- drzwi do wymiany, brama do naprawy. Następnego dnia już na trzeźwo, pytam go jak to zniósł syn, na co Kapitan powiedział rzecz która mi służy do dzisiaj „Straty muszą być, dobrze, że nie w ludziach” :D trzymaj się Kanionku!

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa