Żal dupę zębem w dąbrowie, czyli trociny

Najpierw pytanie do znawców tematu (ale honorowane będą również odpowiedzi z gatunku “będąc u rzeźnika słyszałam”): czy SOWA też może zakraść się do kurnika? Jak jastrząb, tyle że w nocy? Bo mi się coś drze drapieżnie za oknem, po nocach właśnie, tak głośno, że słychać przez mury grubości metra i szczelnie zamknięte okna z trzema szybami. Obstawiam puszczyka, który oprócz smutnego śmiechu ma w swoim repertuarze również takie kwikowrzaski. Psy szaleją, ja co chwilę z latarką wylatam, skanując korony okolicznych drzew, ale nie dane mi było jeszcze zobaczyć co to. Psy jednak nie podnoszą alarmu bez potrzeby. Wczoraj z obawy o Rosoły zamknęłam drzwiczki do kurnika na noc, choć one lubią wstać skoro świt (kury, nie drzwiczki) i tropić ogon dżdżownicy we mgle.

Jadąc na drugim opakowaniu pantoprazolu zbieram się do kupy. Boli mnie głowa, żołądek, prawe ucho i łokcie. Stara ofiara, ischias i niezjedzona kolacja – taka sytuacja. Ludzie piszą o jesiennej nostalgii, fotografują jakieś czerwone liście, na zdjęcia nakładając filtr “krople wody”, coś tam coś tam złote żurawie, bla bla bla przemijanie, a ja przeżuwam poduszkę, boję się strachu i mam irracjonalne odczucie odpadających z zimna palców. Odczuciu zimna zaprzecza termometr w kuchni, mówiąc twarde “19 stopni”, a z pieca w pokoju bucha żar inferno. Nawet myszy się spociły i szperają w łazience w poszukiwaniu golarki (a koty są akurat na drugiej zmianie, w drugiej, nieogrzewanej części domu, gdzie trzymamy ziarno. Myszy nigdy nie zadowolą się przedziurawieniem jednego, czterdziestokilogramowego worka z ziarnem. Muszą rozpruć wszystkie i pluskać się lubieżnie w kaskadach tryskającego setkami dziur owsa. Tak właśnie to widzę). Żyły na dłoniach skurczyły mi się do żyłek wędkarskich, więc wiem, że ciśnienie padło i dłubie w szparach pomiędzy deskami podłogi. Nic mi się nie chce, nawet jeść, bo zaraz mi niedobrze, zamarzam jak sanki Eskimosa, w oku mam pogrzebacz a w głowie egzystencjalne trociny. BOŻE, JAKA JA JESTEM BIEDNA!

Ale ponieważ dziś jestem ciut mniej biedna niż wczoraj, zostałam wyciągnięta na spacer W SŁOŃCU. Słońce, jak być może wiecie, niewiele może, gdy na zewnątrz plus dwa stopnie i wiatr miotający sztyletami. Poza tym, ja i mój małżonek mamy bardzo różne definicje spaceru (jak i grzybobrania). Ja lubię się szwendać jak lump po dworcu, a mój małżonek zaiwaniać jak petent po urzędzie. Ja chcę zajrzeć tu, powąchać tam, przystanąć, pokazać palcem, zawiązać sznurowadła, wysmarkać wiaderko lodu z nosa itp., a on przelecieć trasę, dotknąć bazy i do domu. Bez sensu taki spacer, prawda?

W dodatku ja upieram się, żeby zabrać WSZYSTKICH, a on się denerwuje, że nie może IŚĆ NORMALNIE, bo mu kozy pod nogi włażą. No jak się zapiernicza jak z numerkiem do okienka, to faktycznie, można się o coś potknąć. I nasze spacery wyglądają z grubsza tak: na przedzie sunie wkurzony Przewodnik Stada, za nim lecą łapiące w truchcie liście jeżyn kozy, potem nadający żałosnym Morsem Gonzales (a-a-i-i, za-cze-kaj-cie), a na końcu obsmarkany lump, czyli ja. Czy tylko mi obowiązkowo cieknie z nosa, gdy temperatura powietrza wynosi poniżej 20 stopni? Pieski mają w tylnym futrze cały ten ordnung i zataczają wokół nas kółka o coraz dłuższym promieniu, by pod koniec spaceru wypaść nam na spotkanie z przeciwnego kierunku, już pod domem.

Na zdjęciach, jednakowoż, tego nie widać. Wszystko jest cudne jak w magicznej szafie Barbie:

spacer5

spacer4

spacer6

spacer2

spacer3

spacer

Korzystając ze spacerowego rozpędu dorzuciłam jeszcze słomy do kurnika i koziarni, nacięłam kozom wierzby z tego gatunku, który jeszcze nie pogubił liści, wymieniłam wodę we wszystkich wodopojach i padłam. Bo kręci mi się trochę w głowie, bo boli mnie łeb i łokcie, i ucho, bo nawet jeść mi się nie chce… Boże, jaka ja jestem żałosna.

Małżonek za to pracuje od pół godziny nad projektem z cyklu “nowoczesność w domu i zagrodzie”. Wymyślił mianowicie grzałkę do wodopojów kurzych i kozich, żeby w razie co, wodę miały zawsze niezamarzniętą, a wręcz przyjemnie ciepłą. Grzałka będzie niskokosztowa, żebyśmy nie poszli z torbami, oraz niskonapięciowa, żeby w razie awarii pijący z michy kurczak znienacka nie usmażył się, miotając z tyłka błyskawice. Ja się na prądach nie znam i wszystko, co z nimi związane, czczę czcią nabożną. Kiedy więc małżonek przynosi mi to:

element grzałki

i mówi, że to będzie działać tak i tak (nie proście, żebym powtórzyła, już prędzej wyrecytuję całego Homera), to ja TO biorę delikatnie w palce, kiwam mądrze głową i mówię, jak przystało na osobę inteligentną i wyedukowaną: “jaaa cieee…”.

Podobno w całym tym przedsięwzięciu udział weźmie również stara ładowarka od telefonu. Co ja mogę powiedzieć. JAAA CIEEE!

I też bym się chciała czymś pochwalić, że umiem, robię, pracuję nad. A tu dupa w jałowcach. Nic nie robię od kilku dni, oprócz wypełniania podstawowych obowiązków stajennego. Kapusta kiszona mie się jeno udała. Idę possać kciuk.

53 thoughts on “Żal dupę zębem w dąbrowie, czyli trociny

  1. Anika 25/10/2014 at 22:35

    Bidulko, odpocznij trochę, poleż i wygrzej się. Nie możesz zajmować się wszystkim non stop. A jeśli jednak uważasz, że musisz, to odpoczynek włącz do harmonogramu zadań.
    Fajnie to musi wyglądać jak całą czeredą idziecie na spacer :-)
    O puszczykach i sowach nic nie wiem, to nie zawracam głowy. Ja tylko wiem, że różne sowy i puszczyki mają inne wypluwki – jak zje mysz na przykład, to ją strawi, a gnatki oddaje naturze z powrotem (przodem, nie tyłem). Kury by chyba nie dała rady pochłonąć, a potem wypluć, ale kto wie jakiego kalibru sowa zagląda do twego kurnika. Pozdrawiam :-)

    • kanionek 26/10/2014 at 02:30

      Hej Anika :) Nie no, „non stop” się już skończyło, ogród zamarzł, pracy mniej, ale… Po prostu kilka czynników o ładunku ujemnym zachwiało moją magnetyczną równowagą, czakry mi się pozatykały, no i jakoś tak. A leżeć też nie można za długo, bo się człowiek całkiem płaski robi, na ciele i duchu ;)

      Tak, dzisiaj jakaś pani z wiadrem czerwonym uparcie przeczesywała teren wzdłuż leśnej drogi (musi biedaczka nie wiedziała, że tu jest Zagłębie Zła i w nocy było minus sześć, więc grzyby spotkał los Walta Disneya), i trzy razy odwracała głowę obczajając nasz egzotyczny orszak :)

      No i patrz, jak to natura mądrze tym sowom zorganizowała; miast sobie tyły haratać czyimiś żebrami, mogą przodem oddać :D
      No, to teraz będę tropić wypluwki.

  2. marynka 25/10/2014 at 22:41

    Biedny miś! Kanionku, bęęęędzie dooooobrze, trochę później, ale będzie…

    • Ola 26/10/2014 at 00:07

      Jeśli chodzi o sowy i puszczyki, to kiedyś dawno, kiedy jeszcze miałam telewizor, widziałam film dokumentalny o jakowychś ptaszyskach takich, co zamieszkały w starej dzwonnicy. Skoro mieszkały, to pewnie mogą włazić? :O
      Co do spaceru, zgadzam się, że to żadna przyjemność nie móc się zatrzymać i popatrzeć na wierzchołek sosny albo na żuka pod nogami…
      A Pecik to przystojniaczek jest!!!
      I w ogóle trzymam kciuki i takie tam :) wygrzebuj się z trocin…

      • Ola 26/10/2014 at 00:09

        PS. Właśnie żem się dowiedziała, że pantoprazol wybiórczo hamuje pompę protonową. Ja cieeee!

        • kanionek 26/10/2014 at 02:14

          Fajnie brzmi, co? Pompa protonowa. Jak element napędu statku kosmicznego. Ja to sobie z perwersją lękowego nerwicowca lubię poczytać w ulotkach o skutkach ubocznych. Najlepiej tych bardzo rzadkich. Taka na przykład „martwica toksyczna rozpływna naskórka” – można się rozpłynąć z zachwytu :D

          Wiesz, mój mąż uważa, że skoro mamy las pod nogami i wierzchołek żuka na co dzień, to NIE MUSIMY koniecznie rozdziawiać gęby z zachwytu co każdy spacer. Ale co ja poradzę, że zawsze coś nowego zobaczę?

          Dzięki za kciuki, pompa kosmiczna mi się już trochę uspokoiła i statek mój powoli wypływa na „suchy przestwór oceanu”. Wóz nurza się w zieloność i… za chwilę przestanę bredzić ;) A Pecik jest jak pies. Naprawdę. On mi głowę kładzie na kolanach i w oczy paczy :)

    • kanionek 26/10/2014 at 13:14

      @MARYNKA (trzy razy próbowałam wcisnąć ten komentarz tam, gdzie powinien być)

      Ja to zawsze ludziom w pracy mówiłam, gdy zaczynali nadmiernie kwękać (ze mną na czele): będzie dobrze. Co prawda nie dziś i nie nam, ale będzie :D
      Dziękuję, przytulnie mi się zrobiło po tym misiu :)

  3. Fredzia 26/10/2014 at 12:22

    Dziewczyno, podajmy sobie zgrabiałe dłonie. Ciśnienie mam bliskie zera absolutnego, odkąd temperatura spadła poniżej 10 st. jest mi zimno we wszystkim i wszędzie, a z nadejściem burej i mglistej jesieni moja depresja nokautuje Morze Martwe w pierwszej rundzie. Już nawet śmiech na granicy histerii ani ptasie mleczko nie pomagają.
    Powinnam mieszkać na greckiej wyspie – to jedyne miejsce, w którym temperatura, ciśnienie i wilgotność spełniają unijne normy warunków do szczęśliwego życia.
    Rozumiem niedźwiedzie, które zasypiają na zimę, chociaż żal mi każdej godziny bezpowrotnie utraconej na sen.
    I nie ma się co oszukiwać, że wystarczy przeczekać, będzie lepiej, jakoś się ułoży, przyjdzie wiosna, ble ble ble. Prawda jest taka, że trzeba samemu spiąć wrotki i postawić się do pionu za warkoczyk, a nie zawsze ma się tyle siły, motywacji i chęci. Nie ma złotego środka, cudownej recepty i jednej dobrej rady dla wszystkich. Ze swoimi demonami musimy walczyć samotnie, bo tylko my je znamy. Ale jak już się uda, smak zwycięstwa jest zajebisty! :D

    • kanionek 26/10/2014 at 13:00

      Całuję Twą zgrabiałą dłoń, Madam, i siną swą podaję. Po ile są greckie wyspy? Może gdyby zrobić zrzutę wśród – zapewne wielu chętnych – czytaczy niniejszego bloga…? Może wystarczy choć na grecki taboret, na najskrajszym skraju greckiej plaży?
      Co ja pier… Rybę po grecku mogę sobie zrobić.
      Tak, ja od dwudziestu lat czekam, aż mi przejdzie. Porzucić czas złudną nadzieję, prędzej przejdą mi nerki (do historii), niż osobowość.
      Ale już drugi raz odpuściłam sobie „walkę z demonami” na rzecz całkowitego poddania. Let it flow, let it blow. Łba nie urwało, nie zdechłam, świat się nie skończył, ergo: skoro nie widać różnicy, po co przepłacać? Po co sobie tłumaczyć, się przekonywać, racjonalizować, pokonywać i za warkocz ciągnąć. Po prostu czekałam, mówiąc demonom: taa, taaa, wiem, znam, co ty nie powiesz?
      No i tak: psyche zebrała się w sobie, założyła czyste gacie, już nawet planuje sadzenie czosnku, a ciało – wiadomo – zawsze trochę z tyłu, bo ono dźwiga bagaż konsekwencji. Więc jeszcze mi trochę niedobrze, i coś tam jeszcze boli, ale idzie ku dobremu. Czego i Tobie z całego, arytmicznego serca życzę. Na zimno i to obezwładniająco niskie ciśnienie to już nie mam rady. Lekarz nieodpłatnego kontaktu poradził mi jeść bardzo słone śledzie (tzn. na podwyższenie ciśnienia), dużo się ruszać i wodę pić. Ale ja nie mam w sobie genu norweskiego rybaka i jakoś mnie ta dieta nie przekonuje ;)

      • Anika 26/10/2014 at 19:22

        Wiecie co? Niedawno przeczytałam post o jesieni(na jednym z blogów mych obserwatorów) – uwaga, cytuję:
        Idzie jesień.A tuż przy niej wiadomo, drepcze mała, szara, wredna pizda, o imieniu Deprecha.

        Teraz odkąd słyszę stwierdzenie „idzie jesień” z automatu przypominam sobie drugie, jakże celne zdanie i jestem bliska rechotu :-)

        • kanionek 26/10/2014 at 21:20

          :D
          Nie wiem, do kogo „idzie”, ale do mnie już przyszła i wartko zamiata drogę na rychłe przyjęcie zimy. W zbiorniku z deszczówką miałam wczoraj elegancki blok lodu z zatopionym, jak mucha w bursztynie, żółtym liściem akacji.

  4. Ania W. 26/10/2014 at 15:28

    Kanionek is back!

    Co do greckiej wyspy – jestem za! Po ile ta zrzuta? Chyba nawet Hellada chciała się pozbyć kawałka terytorium ostatnio…?

    • kanionek 26/10/2014 at 17:00

      Wciąż nas trochę mało – na ser feta, oliwki i udawanie Greka nas stać, nie na wyspę :D
      A znasz tę historię?
      http://www.youtube.com/watch?v=GnLhWpy_nqI

      Brytyjski ekscentryk o dość polskim nazwisku (Richart Sowa), zbudował sobie wyspę z butelek u wybrzeży Meksyku. Nie jest nikomu podległy i nie płaci podatków. Tego filmu, który linkuję, przyznaję nie oglądałam, ale historię pamiętam jeszcze z czasów posiadania telewizji. Na wyspie gość ma domek, roślinność, zwierzątka, taki mały raj :) I tak sobie pomyślałam, że może zamiast zbiórki kasy czas zacząć zbierać butelki ;)

      • Eli 27/10/2014 at 00:08

        Do zrzuty też chętna jestem, bo jeszcze zmiana czasu na zimowy dobiła mnie ostatecznie :-(

      • ciociasamozło 27/10/2014 at 16:04

        To może Albania?
        klimat jak w Grecji, a podobno taniej ;)
        Chociaż w Chorwacji łatwiej się dogadać.
        Ze wględu na kozy stały ląd lepszy. Jestem za. Wszystkimi przemarzłymi kończynami.
        Suwak mi się rozpadł w kurtce, pies zachowuje się jakby miał permanentny PMS, pryszcz gigant zaanektował pół twarzy, nie mam czasu, żeby poszukać ciepłych rękawiczek, mysli samobójcze machają łapkami z brudnych kątów mieszkania, dziecię zapomniało, że na piątek ma oddać pracę z przyrody (zadaną we wrześniu), a ja muszę napisać coś zawodowo na już, a zamiast tego czytam Kanionka…
        Kiedy wyjeżdżamy?
        Czy mogę zabrać tego psa z PMS-em?

  5. Ania W. 26/10/2014 at 18:28

    Historia jest szeroko znana, ma chłop chyba ze trzy plaże na tej wyspie… Anyway jakoś mnie przeraża życie na plastiku :)

    • kanionek 26/10/2014 at 20:59

      A ja tam mogę i na plastiku, bo mnie od plastiku bardziej przeraża widmo wojny i komornika. Zresztą, jakiegokolwiek urzędnika zaglądającego mi w życie ;)

      Tak, historia stara, ale wciąż jara. Mi ten chłop normalnie imponął jak nie wiem żesz co.
      Tylko kozy by się tam nie sprawdziły – w mig zeżarłyby wszystko zielone i zostałaby sama plaża…

  6. Lena 26/10/2014 at 19:53

    Mam trochę butelek, dołączę się, może być koło Grecji albo Chorwacji albo Sycylii, będzie bliżej. Koło Egiptu i Tunezji i Maroka /tam mieszka moja Boguśka z grupy na uczelni wściekłej SGH, Bogusława Boulghassoul /da jeść jakby co bo ona wyszła za ichniego berberyjskiego księcia i tylko trochu ją lał, bo co miał nie lać…/ też może być bliżej tylko dalej trochę od nich, bo oni przez tę islamską rewolucję się troszku powściekali. Ale do równika bliżej , to cieplej będzie. Cóś mi tu za dużo bliży i dali wyszło, ale wiesz o co chodzi, żeby było CIEPŁO , kurwa!Pozdrófka wszystkim zmarźniętym! Saluti, andiamo avanti ku słońcu i miłości.

    • kanionek 26/10/2014 at 21:13

      Tak jak mówisz – miłość, ciepłość, banany i wolność ultymatywna. Też mam Boguśkę w rodzinie, ale po Polibudzie. Statki w Norwegii z doskoku buduje i tam to dopiero jest lipa. Zimne fiordy, poziome deszcze i baranina saute.

      A przed nami jeszcze tylko pół roku zimy i znów przez dwa miesiące da się żyć. Ja pierdolę… (tak, powiedziałam to)

  7. Ania W. 26/10/2014 at 21:26

    Każdy jak widać ma swoją Boguśkę, moja jest w wersji „teściowa” i prędzej bym umarła, niż ją nazwała „Boguśką” wprost. Mówi się do rzeczonej per „Boba” i jest to nazwanie superpasujące…

    Wiecie, w tej zbliżającej się zimie dobre jest to, że następna będzie dopiero za rok. No wiem, takie próby racjonalizowania bywają żałosne, ale ja mieszkam na Podlasiu, gdzie zima jest DŁUGA JAK CHOLERA i muszę sobie jakoś to osłodzić…

  8. kanionek 26/10/2014 at 21:45

    Już widzę, jak do mojej ciotuni mówię „Boba”! I jak dostaję kotwicą w żagiel i tonę krzywo jak ten włoski pasażerski :D

    Ty na Podlasiu, ja na Podkurwiu Syberyjskim. Jeśli chodzi o długość trwania zimy, to możemy sobie chyba podać szuflę. Tę do odśnieżania :)

  9. bila 27/10/2014 at 07:47

    Ano, jesień przynosi w darze jarzębinki,gruszki, śliwki i depresję. Trzeba by sobie taką lampę z fullświatłem sprawić.
    A póki co, Kanionku, polecam małą wizualizację- wyobraź sobie, że Ci z tyłu, nad głową, świeci takie słoneczko. Caaały czas. Mnie pomaga, takie prywatne słońce. Pozdrawiam cieplutko!

  10. Kachna 27/10/2014 at 08:00

    Tak…no nie wiem jak zacząć…
    Więc zacznę od – WIĘC ja nie kocham lata.
    Lubię wiosnę , jesień a …nawet zimę.
    Lato jest ZA GORĄCE.
    Do zrzuty się mogę dołożyć, oczywiście, ale ja bym tam mogła być dyżurem zimą.
    Zawsze byłam ciut dziwna. Idealna temperatura? 10-15 stopni celzja a zimą -to wiecie tak -20 do ja wiem -10 inaczej się nie liczy.
    Lubię chłodne prysznice. Zawsze mam gorące ręce (stosowano mnie jako ogrzewacz rękawiczek…).
    Ale z jednym się zgadzam – deprecha się wzmacnia jesienią. Ale u mnie jest trochę do dupy (sorrry) już od stycznia także tego – nie czuję zmiany.I nie zależy ona w moim wypadku od pogody – niestety.
    Ogłoszenie: oddam 3 wagony liści klon, dąb, lipa, brzoza, leszczyna, buk w dobre ręce.
    Fajnie jest mieć las liściasty wokół domu. Latem.
    Pozdrawiam chłodno – co nie znaczy że jakoś niemiło;)

    • Ola 27/10/2014 at 09:30

      Jejuny! Kachna! Dzięki! Bo już bałam się odezwać i tylko cicho popiskiwałam w kącie… Ja też nie lubię lata. To znaczy lato jest ok, ale nie radzę sobie z upałami. A zimą nie noszę rękawiczek. I golfów nie cierpię. Depresja i jakieś doły, które mi się znienacka pojawiają nie mają nic wspólnego z pogodą…
      I najgorsze – dziewczyny proszę mnie nie wyklinać! – LUBIĘ DESZCZ.
      Oczywiście nie żadne tam ekstremalne dujawice. Deszcz, takie kap kap kap, zapach mokrej ziemi, liści, mgłę…

      Tak, że butelki dokładam, ale na wyspę przyjadę w porze deszczowej pilnować Wam dobytku.

      • Kachna 27/10/2014 at 10:13

        Kocham Cię!!! Za ten deszcz!!
        Burza z błyskawicami najlepiej!!!!
        Uffff!!!
        Co zerknę na bloga wszyscy z zimnymi łapkami;)
        Wokół – zimne łapki.
        A ja jak ten ciepły pączek (no fakt – podobnam…) albo inn bułeczka.
        Ola – sztama!
        :)))

        • Ola 27/10/2014 at 13:09

          Sztama!
          podpisano – bułeczka nr 2 :D

          • Kachna 27/10/2014 at 14:01

            Ola – twórzmy frakcję „Ciepłe bułeczki” – jakkolwiek by to nie brzmiało ;)

        • Lidka 30/10/2014 at 20:59

          Ja tez nie znosze lata, bo placze zewnymi lzami kiedy mi sie leje pot po plecach i nizej tez. Jak ktos kocha prawdziwa zime to zapraszam do Chicago: -40 corocznie gwarantowane i sniegu po dupe od grudnia do maja!

          • kanionek 30/10/2014 at 22:28

            Ja muszę jednak wtrącić swoje trzy grosze w kwestii lata. Bo sobie nie myślcie, że lubię się piec na rożnie jak jakaś gęś. Tegorocznego lipca mi też było za gorąco. Ale to wciąż niesprawiedliwe, że lato trwa dwa miesiące, a zima osiem. Pozostałe dwa miechy to jakieś nieistotne stany przejściowe.
            Gdyby lato mogło trwać co najmniej pół roku, to może by sobie to ciepło jakoś lepiej rozłożyło na poszczególne miesiące, a tak to musi grzać ile wlezie, żeby się w parę tygodni z normą wyrobić. A zima to przecież nie tylko zimno. To również zanik ptaszków, kwiatków i motylków, to szarość, ciemność i zawierucha, to problemy komunikacyjne, błoto pośniegowe, i pół godziny w plecy przed każdym wyjściem z domu (bo trzeba tyle rzeczy na siebie nałożyć). To tak w skrócie.

            Lidka, a w Chicago wywożą Wam ładnie śnieg ciężarówkami? Bo moja ciotka była raz w delegacji w Kanadzie i doznała szoku. Bo fakt, mówi, minus sześćset i w ogóle, śniegu po oczodoły, ale każdego ranka ten śnieg był z ulic i chodników ładnie zabierany i wywożony ciężarówkami poza miasto. Może do jakiejś wytwórni bałwanów na eksport (może do Polski…). A u nas jak człowiek wieczorem widzi, że śnieg pada wściekle, to już wie, że rano może z parkingu nie odjechać, jak mu pług nagarnie zaspę pod tylny zderzak do wysokości wysuniętej na maksa antenki.

  11. Ynk 27/10/2014 at 16:43

    Widać, widać to na zdjęciach. Że to korowód marszem odmierzany. Wodzirej narzuca tempo, za nim Kopytne dyrdają, a na końcu Maruder strzela foty. Nie, wróć, nie strzela. Smakuje :-)
    Ależ ten Pecik bije potencjałem po oczach. Michał Wołodyjowski wśród koziełłów, nie przymierzając ;-)
    Z popiołów to każdy gupi feniks potrafi, a z egzystencjalnych trocin odbudować Drzewo Życia tylko Kanionek!
    Pręgowane paróweczki wywołują u mnie szczeny opad, nawet „jaaa cieee” jest dla mnie zbyt zaawansowane.
    Ale tak, tak, skrapla mi się w nosie i obowiązkowo cieknie. Tyle że od 13 stopni. Wzruszenie. Termiczne. Druga połowa kwietnia i pierwsza września jest dla mnie. W zimie imbir stosuję, w lecie miętę ;-)

  12. kanionek 27/10/2014 at 17:43

    Tylko człowiek na chwilę do sklepu wyskoczy, a tu się już frakcje tworzą, piekarnie jakieś z bułeczkami… Zaraz będą parady, komitety, protesty i transparenty!

    Trochę nam się dzisiaj zakupy opóźniły, gdyż w końcu i nareszcie przyjechały deski z tartaku. I jak przez cały październik padało tylko raz, bo mżawki nie liczę, to teraz pewnie będzie lało. I mam dylemat – chcieć, żeby lało (bo studnia!!!), czy nie chcieć (bo wiatrownice).

    Muszę lecieć do kóz z owsem, a potem w piecu napalić, no i fasolową zrobić na jutro. I wtedy Wam poodpisuję :)

    • nana 27/10/2014 at 21:39

      Dobrze, że zajrzałam, bo może akurat tak jest, jak mi sąsiadka powiedziała – baba z dziada pradziada. A mianowicie: NIGDY ŻADNEJ CIEPŁEJ WODY DROBIOWI CZY INNEMU BYDLĄTKU. TYLKO ŚWIEŻA I ZAWSZE ZIMNA, ZIMĄ TEŻŻŻŻŻŻŻŻŻŻ!!!!
      Ona, ta dobra i mądra sąsiadka, powiedziała, że od ciepłej wody to kury mogą pozdychać, a bydlątka się pochorują. Ona naprawdę wie, co mówi.
      Więc mimo, że te oporniczki takie gustowne, to jednak niech zostaną ozdobą – tak radzę i kto wie, czy nie dobrze?

      Co do zimnych rąk, to zawsze takie miałam. Aż bałam się podać komuś rękę – zima, lato tak samo, bo dłonie miałam lodowate.
      Ale się zawzięłam na stare lata i już mam ciepłe ręce. Jak? a tak! – używam do gotowania, czyli smażenia smalcu wieprzowego. Placki kartoflane jeść znowu zaczęłam, bo tych na oleju to nigdy strawić nie mogłam, a tych smażonych na smalcu wrąbię jak nic z piętnaście suto smarując je śmietaną. I nawet zapomniałam, że mam wątrobę. Od czasu, gdy zaczęłam używać smalcu, mogę zasnąć bez skarpetek i butelki z ciepłą wodą w nogach (Stary grzał umiarkowanie, poza tym też chciał spać a nie stale grzać)i stopy rozgrzewają mi się szybko.
      A chandra? na chandrę to szkoda czasu. Bo czy się martwisz, czy nie to życie jednak ucieka. No to ja wolę się nie martwić. Niech mi raczej ucieka na wesoło, bo z żadnego dnia powtórki już nie będzie. A taka młoda jak dziś nie będę już nigdy w swoim życiu. Więc postanowiłam, że to ja decyduję, ile i kiedy będę się chandryczyć i czy w ogóle. I okazuje się, że wcale nie muszę. Chandrę traktuję z zimną obojętnością i ona odpowiada mi tym samym.
      Trzymaj się, Kamionku! Cokolwiek byś nie zdecydowała, to miej na względzie, że jest to Twoja decyzja i dotyczy głównie Twojego życia. Ja swoje chcę przeżyć po swojemu. I jeżeli decyduje, że mi na chandrę szkoda czasu, zajmuję się zwyczajnie czymś innym i o chandrze zapominam.
      A zimą to nieraz przez godzin kilka chodzę po podwórzu wzdłuż i wszerz przepychając tony śniegu. Fenomenalne! Zawsze badam, kiedy mi się już nie zechce i czy zostawię tak na pól rozgrzebane, ale przeważnie idę do domu, gdy przepchane wszystko a mnie duma rozpiera i z czystym sumieniem mogę zjeść całą czekoladę albo napić się baaardzo ciemnego kakao z duuuużą ilością miodu. Na zadowolenie trzeba sobie zapracować. Ja robię to chętnie. A co mi tam!
      Pozdrawiam kobitki!

      • zeroerhaplus 28/10/2014 at 07:49

        O, no proszę.
        A moja sąsiadka daje ciepłą wodę do picia przez całą zimę, owcom co prawda, ale takim kozopodobnym (kameruńską się chyba ta rasa nazywa), i żyją. I mam wrażenie, że lubią tę trochę ciepła zimą..
        Pewnie co gospodarz, to obyczaj.
        A może to kwestia przyzwyczjenia? Nie wiem, czyjego, czy owiec, czy gospodyni, nie pytaj ;))

      • kanionek 28/10/2014 at 10:50

        Ja tylko chciałam sprostować – woda nie będzie ciepła jak w SPA, żeby się w niej kąpać :) Grzałka ma zasadniczo zapobiegać zamarznięciu, w razie gdyby np. w nocy jednak temperatura w pomieszczeniach gosp. spadła poniżej zera. Być może to przesada, ale to nasza pierwsza zima ze zwierzakami (psom zawsze trzeba było wymieniać bryłę lodu na wodę w płynie, wiadomo), a skoro możemy coś takiego zrobić, to dlaczego nie. Jeśli okaże się niepotrzebne, to ja sobie chętnie te grzałki zatrudnię jako ogrzewacze dłoni – będę spać ściskając w dłoniach dwie tubki zalane betonem, podłączone do gniazdka ;)

        Jak szybko nastąpiła u Ciebie poprawa po zamianie oleju na smalec? Bo ja z oleju zrezygnowałam już chyba rok temu i na smalcu smażę wszystko. Tylko grzyby na maśle. No i odnóża jak zimne były, tak są :-/ A z oleju zrezygnowałam po lekturze dot. procesu produkcji olejów rafinowanych.

        Odśnieżanie jest z jednej strony fajne, bo to jedna z tych robót, które dają natychmiastowe efekty wizualne o zastosowaniu praktycznym, a z drugiej strony uciążliwe, gdy robi się to przy wtórze skrzypiących zwapnieniami barków i przeszywającego bólu łokcia ;) Ja lubię odśnieżać w rozgwieżdżoną noc, gdy na zewnątrz minus dziesięć, a śnieg jest lekki, puszysty i skrzy się jak diamentowy pył. I lepiej, gdy jest go dużo, bo grube czapy i pierzyny zmieniają krajobraz w bajkę. Gdy jest ledwie minus trzy i jedna szufla śniegu waży pół tony, a buty grzęzną w rozmarzającej warstwie błota przy gruncie, to cóż, wtedy jest to tylko przykry obowiązek.

        Chandra. Powiem tak: na realne zmartwienia nie reaguję aż tak dramatycznie. Wiem, że zawsze „jakoś to będzie”. Gorzej z irracjonalnymi lękami, nieuzasadnionym napięciem, które powoduje szybkie wyczerpywanie się baterii, a co za tym idzie nawarstwianie się pracy do wykonania i wyrzutów sumienia. To, że dosłownie nie ma takich trzech dni pod rząd, żeby mnie nie kąsał jakiś ból, nawet jeśli drobnego kalibru, też potrafi podkopać racjonalne fundamenty, na których próbuję opierać zdrowie mojej psychiki. Czasem zwyczajnie muszę sobie odpuścić napieranie pod wiatr, polec i popatrzeć smętnie w sufit. Uwierz mi na słowo – znam już chyba wszystkie komunały, banały, frazesy, złote myśli i przypowieści. Wiem, że życie jest jedno i krótkie, że kowalem, sterem, żaglem i okrętem. I niezmiennie zadziwia mnie fakt, że można „wiedzieć wszystko”, a wciąż głupim być.
        Drażni mnie fakt, że nie umiem siłą umysłu pokonać bezpodstawnego i nienazwanego lęku. Że to nie działa. Że najwyraźniej nie jestem jednością w sobie, skoro muszę prowadzić wewnętrzną polemikę. I że moje „ja” najczęściej przegrywa. Robię jednak małe postępy i może mając lat osiemdziesiąt powiem sobie: no, to teraz umiem i mogę normalnie żyć ;)

        Nana, co ja chciałam przede wszystkim powiedzieć – masz mnóstwo cennych doświadczeń i dziękuję, że się nimi ze mną dzielisz. My mieszkamy w lesie dopiero cztery lata, a przez pierwsze dwa spędzaliśmy po 10-12 godzin dziennie poza domem (praca na etacie), więc wciąż odkrywamy Amerykę na nowo ;) I każda podpowiedź od kogoś, kto już to wszystko przerobił, może nam się przydać :)

  13. nana 27/10/2014 at 21:50

    nie Kamionku tylko Kanionku – przepraszam!

  14. zeroerhaplus 28/10/2014 at 07:59

    I znów w punkty pójść pora:
    1. Kto zbiera na tę Grecję? Dokładam się, bo zimno mnie też wpienia.
    2. Małżonek jest genialny. Co prawda nic nie rozumiem z tego, co polutował i dołączam się do zajawionego „JA CIEEE”, bo toż to robi wrażenie. I TO będzie wodę grzało!?! JACIEEEEE :))
    3. Biedny, biedny Kanionek :K – jak zwykle spóźniam się z żałością, ale już pewnie nie ma co żałować i kogo – biedny Kanionek już zaczyna zapewne hasać jak Tradycja za młodu, zwłaszcza, że deski przywieźli ;))

    • pandeMonia 28/10/2014 at 09:25

      Podłączam się!
      Bieeeeedny Kanionek, bieeeeeedny! Oj jaki bieeeeedny! Bęęęęędzie leeeeepiej. NIedłuuuuuuugo.
      A to, co zrobił Małżonek wygląda bardzo smacznie!

      • zeroerhaplus 28/10/2014 at 10:56

        Ja jak te psy, które słyszą w oddali wycie karetki – długo namawiać nie trzeba:

        Bieeeeeeeeednyyyy Kanioooooonek, bieeeeeeeedny!!!
        Ojakibieeeeeednyyyyyy!

        (zaraz się tu pojawi taka jedna i powie, że znów się frakcje tworzą i komitety, więc lepiej spadam, podwijając kitę)

        • kanionek 28/10/2014 at 17:38

          :D :D :D
          Dzięki :) Moja babcia mawiała: czemuś biedny? Boś głupi. Czemuś głupi? Boś biedny.
          Biedny, głupi Kaniooooneeeeek. Amen :)

          Przy okazji – Zeroerha, jak i inni dobrzy ludzie. Uwaga, komunikat. TO JEST SEKCJA KOMENTARZY. Tutaj WY rządzicie. Piszcie, oceniajcie, krytykujcie, dyskutujcie, łączcie się w sekcje, pary lub trójkąty. Wiem, że wtyczka rzuca nami gdzie bądź, a czasem nawet o ścianę. Na stworzenie forum na razie nie mam siły psychicznej, a w sumie to nawet nie wiem, czy byście chcieli (bo może nie ma o czym gadać? bo mało nas?), więc pozostają komentarze. Pozwalam wnosić żarcie, napoje, przyprowadzać zwierzęta. Można śmiecić. Poza inwektywami prosto w osobistą twarz innego rozmówcy, wszystko jest dozwolone. W moją twarz można rzucić czym się chce, najwyżej oddam. Fajny regulamin?

          • zeroerhaplus 28/10/2014 at 19:42

            Wpyciarski :)))

          • Ola 28/10/2014 at 22:01

            No ba!!!
            /%#%???? :D

  15. nana 28/10/2014 at 13:59

    Kanionku, nie wiem, kiedy smalec zadziałał, jakoś tego momentu nie zakodowałam dokładniej. Ja piszę dlatego, że nasza wyprowadzka na wieś dała mi solidnie w kość i jeżeli mogę, to chętnie chciałabym komuś innemu nieco tych bolesnych atrakcji zaoszczędzić. Poza tym to w ogóle mnie nie interesuje, kto i dlaczego co lubi robić. Bardzo dobrze rozumiem, co mi przekazujesz i naprawdę nie przestanę pisać obrażona. Mnie nauczono problem zdiagnozować i go rozwiązać, czy też sukcesywnie rozwiązywać. I stąd moje bezpośrednie podejście do tematu. Życzę Ci wszelkiej pomyślności i zdrowia na wszystkie lata przyszłe, które chcesz przeżyć i zdrowo i pomyślnie.
    Trzymajcie się, kobitki!

    • kanionek 28/10/2014 at 17:23

      Nana :) Ja naprawdę zrozumiałam Twoje intencje i naprawdę dziękuję za porady. Bezpośrednie podejście do tematu jest najlepsze, a i ja nie z tych obrażalskich. Mój małżonek np. nadal ma obawy, czy nasze cegły z gliny by nie popękały, a ja po przeczytaniu Twojej relacji z budowy pieca jestem chętna spróbować. Teraz więc jest to problem między mną a małżonkiem. Mój argument jest taki, że „zobacz, ktoś zrobił i się udało”, a jego argumenty są takie, że on o tym dużo czytał i to nie takie proste. I my tak prawie zawsze… I teraz oczywiście wszystko w naszych rękach, choć mam nadzieję, że Twój instruktaż nie pójdzie na marne.

      Jak widzisz też piszę rozwlekle, często tłumacząc coś (albo się) na różne sposoby, bo przy przekazie pisanym łatwo o nieporozumienie. A ja nie lubię bezsensownych nieporozumień. Wiem, że często przesadzam i piszę za dużo i niepotrzebnie, i pewnie niektórym działam na nerwy ;) Tak więc szafa gra, czytam co piszesz i wierz mi, doceniam doświadczenia innych. Bo my też tu dostaliśmy w kość i jeszcze nie raz dostaniemy, i gdyby ktoś chciał MNIE o coś zapytać, to pomogłabym w każdej kwestii, którą już sama przerobiłam.
      Chyba zresztą nigdy nie da się, mieszkając na wsi, powiedzieć, że oto wszystko już mamy zrobione, wszystko działa i będzie wieczne, i teraz można tylko siedzieć i się napawać.
      Pozdrawiam, odwzajemniając Twoje życzenia :)

  16. Ania W. 28/10/2014 at 21:24

    Też tu wchodzicie dla przyjemności i cieszy Was rosnąca liczba komentarzy?

    Dżizas, będę musiała tego smalcu popróbować.,, Jak na razie miał tylko wstęp do mojej kuchni, kiedy chciałam schabowe z kostką. Bo trochę mię ten zapach rozgrzanego nie pasie.

    I co do chmurek i humorków, to powiem Wam tak jak Lec – wszystko mija, nawet najdłuższa żmija…

    • Ola 28/10/2014 at 21:58

      No więc… To chyba pierwsze miejsce w necie, gdzie poczułam się swojsko i bezpiecznie :) Kanionek, masz dar i tyle.
      Temat forum już kiedyś tu mignął i myślę, że to mogłaby być fajna rzecz. Ale nic na siłę, powolutku. Kanionek, Ty tu urządzisz :P
      Ja w każdym razie bardzo się cieszę, że tu trafiłam jakimś ślepym trafem…

  17. Kachna 29/10/2014 at 10:07

    O widzisz Ola – ja mam tak samo.
    Ładnych parę lat potczytuję kilka blogów, ale tu jakoś tak z miejsca się umościłam.
    Gospodyni miła – choć kosą i kozą:)
    To myślę, zostanę – pozwala posiedzieć i ochłodzić się na stawikiem – pardą – jeziorem:)
    Kot Gonzales – o dwoistej naturze – ulubieńcem moim jest.
    A tak serio, serio – zdecydowanie identyfikuję się ze sposobem traktowania zwierząt jaki praktykujesz Kanionku.
    To naprawdę wiele mówi o człowieku.
    Howk!

  18. kanionek 29/10/2014 at 17:29

    Jestem!
    Z rosnącą ilością komentarzy, na które się nie odpowiedziało, jest trochę jak z lawiną długów. W pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć: nie oszukuj się, Kanionek, z tego już nie wybrniesz :D

    Moi mili wierzyciele, mam nadzieję, że ten dług mi odpuścicie, a ja kiedyś zwrócę Waszą dobroć z nawiązką. Na razie zaś jest, jak jest. Dziś znowu więcej spałam, niż żyłam. Mając lat czterysta nie wypada prosić Mamę o pisemne usprawiedliwienie, więc sama coś tam skrobnę w ramach kolejnego wpisu (z gatunku „płyty wiórowe, paździerz, odpad tartaczny”).

    Czy interesuje Was film niskobudżetowy, o bardzo niksim nakładzie oświetlenia, ze mną i kozami w rolach głównych? Bo się nagrałam kilka dni temu. Nic nie widać, ledwo słychać, dziesięć minut szarego śniegu i bliskie ujęcie rogów Bożeny. Takie tam, o zmroku w koziarni. Ju łont?

  19. zeroerhaplus 29/10/2014 at 18:33

    Jes, jes, jesssss!!

  20. kanionek 29/10/2014 at 20:14

    To zaraz będzie. Próbuję zmniejszyć rozmiar pliku tak, by jednocześnie nie spowodować całkowitego zaniku już i tam nikłego obrazu ;)

  21. Ania W. 29/10/2014 at 20:19

    Łi łont wery macz, macz, macz!

  22. kanionek 29/10/2014 at 21:30

    No nic. Nie będzie kabaretu, będzie chór. A raczej kino nocne. Winda mi się zawiesiła, potem wszystko padło, następnie musiałam odzyskać nadszarpnięte pliki, a teraz z mozołem ładuję szuflą ten film na serwer. Wiecie, internet leci do mnie przez las. Obija się o mnóstwo drzew. To znacznie spowalnia tempo dobiegu. Ale nie denerwujmy się. Ssssspokojnie…

  23. Lidka 31/10/2014 at 04:35

    Oj, naczytalam sie o smalcu Nany i butelkowych plywajacych wyspach i teraz juz mi naprawde lepiej.
    Co do pytania, czy wywoza snieg w Chicago i robia to rzeczywiscie noca, to odpowiem twierdzaco. W ogole zaczne od tego, ze snieg w Ameryce to czysty biznes. Firmy zajmujace sie sprzataniem sniegu z ulic czy tylko odgarnianiem- tlumem stawiaja sie na przetargi organizowane corocznie przez miasto. Miastu bardziej widac oplaca sie zatrudnienie niezaleznych kontraktorow niz zakupienie wiekszej ilosci plugo-solarko-piaskarek, czy jak sie tez ten zwierz fachowo nazywa. I nie slyszalam jeszcze tutaj stwierdzenia, ze „zima znowu zaskoczyla drogowcow.” W kazdym badz razie: im wiecej sniegu spadnie, tym wiecej miasto wyda na odsniezanie.
    Przy tak obfitym opadzie sniegu, jaki doswiadczyl nas zeszlej zimy, niemozliwe jest zmieszczenie go na chodnikach, bo ludzie tez musza ktoredys czlapac. Pakuje sie wiec to biale, juz nie tak czyste „zloto” na ciezarowki i wywozi za miasto, i wywala na specjanie wybudowane w tym celu miejsca. Duze sklepy z duzymi parkingami poprostu zostawiaja taka gore lodowa (juz) i wtedy topnieje toto az do czerwca. W latach osiemdziesiatych wywalano ten brudny snieg do jeziora, ale enwajronmentalisci zrobili bulgot i kwas, ze niszczy sie ekosystem jeziora, co bylo sluszne i zgodne z prawda.
    Jak na razie to raz tylko bylam swiadkiem burzy snieznej, ktora pokonala drogowcow; bylo to w lutym 2011 roku. W ciagu nocy spadl ponad metr sniegu i drogowka sie wtedy poddala. Nie spalam cala noc i z geba otwarta, patrzylam na calkowite biale szlenstwo odbywajace sie za oknem. Rano nie moglismy otworzyc drzwi frontowych, ani od strony ogrodka, bo wiatr zrobil zaspe pod sam sufit. Strasznie klaustrofobiczne. Psy sikaly na balkonie. Nic nie jezdzilo, ani nie latalo. Ostatnia taka burza sniezna byla podobno w 1967 roku. Na ulicy biegnacej wzdluz jeziora zostaly samochody, ktore ludzie porzucili i przedzierali sie pieszo w strone miasta. Wygladalo to tak jak krajobraz po jakims kataklizmie.
    Wlasnie wczoraj burmistrz Chicago oglosil radosnie, ze miasto jest przygotowane na przyjscie zimy. No coz, amerykanska kielbasa wyborcza, bo we wtorek akurat mamy wybory.
    Lubie snieg. Przewalilam juz pare ton moja sliczna czerwona szufla i gotowa jestem na nastepne pare ton. A w nagrode, wzorem Nany, robie sobie nie kakao, ale herbate z „pradem”.

    • kanionek 31/10/2014 at 18:07

      Oooo… Ja też lubię śnieg, taki grubości od pół metra wzwyż, a raczej baśniowe efekty, jakie tworzy w lesie. W mieście to faktycznie nie ma zbyt wiele sensu.
      Kiedy napada nam naprawdę dużo, a gmina zaśpi z odśnieżaniem (bo nas nie widać, bo droga to w sumie nie droga, tylko leśny trakt, bo oj tam oj tam), to jesteśmy co prawda odcięci od świata, ale widoki zapierają dech w piersiach. Szczególnie sama „droga”, która do naszego domu prowadzi. Na drodze biała pierzynka, nad drogą zwisają ubrane w ruskie czapy gałęzie świerków… A w śniegu zygzaki dziurek po sarnich kopytkach i lisich łapkach.
      Jeśli tej zimy będzie w ogóle padał śnieg (bo skoro nie ma deszczu, to może na śnieg też nie zasłużyliśmy), to chyba będziemy go do dziury po stawie szuflą odprowadzać. I do studni się nasypie :D

      Tak, po odśnieżaniu warto się nagrodzić. Polecam wiśniówkę :) W ogóle dopiero tutaj odkryłam, że po uczciwej, ciężkiej pracy fizycznej, wszystko smakuje lepiej, a na deser często wystarcza sama satysfakcja z efektów pracy. Wiem, że przynudzam. Doskwiera mi niedobór kulek czekoladowo-owsianych w organizmie.

      „Bulgot i kwas” spodobało mi się. Będę używać. Następnym razem, gdy przyjdzie mi znów coś prostować w urzędzie, już na samym wstępie uczciwie zaznaczę: „Dzień dobry. Przyszłam tu zrobić bulgot i kwas”. Kulka z wiatrówką, jak to brzmi!

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa