O, tempora! O, koper!, czyli o nowych obyczajach

Z cyklu “Opowieści dziwnej treści” (które kiedyś, zimą, znajdą swe miejsce w osobnej części tego bloga) Cyrk Leśny Pod Straszną Lipą i Krzywym Kołem od Roweru przedstawia sztukę wiejską lotów niewysokich, pod tytułem “A pod lasem wy*ebałem”.

Pojechaliśmy wczoraj z pustymi butelkami po wodę do wsi, do takiej egzotycznej pary-nie-pary. On pijak, ona z łepetyną nieco na bakier. Wygadują na siebie nawzajem okropne historie, ona mu obiecuje, że go otruje, a on jej, że różne rzeczy jej z innych powyrywa, ale ogólnie są w porządku. Zajeżdżamy więc na podwórko, ja wysiadam i już z daleka widzę, że zniknęły im dwa rzędy pięknego, wysokiego kopru, z obfitymi baldachami ogromnych nasion. Podziwiałam je w poniedziałek, gdy przywieźliśmy tym państwu zakupy z miasta. I powiedziałam wtedy z uznaniem, że mają dużo nasion kopru na przyszły rok. A pani J. na to, że ona tych nasion nie zbiera, bo same się rozsiewają. OK, pomyślałam, nie wtrącam się, choć te rzędy stojące na baczność w wojskowym szyku wyglądały tak, jakby je specjalnie tam posiano.

Tymczasem koper zniknął i podczas gdy małżonek nalewał do butelek wodę z podwórkowego kranika, ja zagaiłam towarzysko, żeby tak głupio nie milczeć: “Widzę, że jednak pani koper zebrała?”. Pani J. spojrzała na mnie nieostro, przyswajając skomplikowaną informację i intonację, ale nie zdążyła nic powiedzieć, gdyż oto ON, pan J., w gębie mocny, w rozumie nietęgi, a w łapach wyrywny, bijąc się po piersiach wielkimi jak szpadel grabarza dłońmi zakrzyknął dumnie: “Co zebrała?! Kto zebrała?! JA zebrałem, tymi CHORYMI rękami!”.

“A!” mówię, “i sam pan te nasionka skubał?” (że podziw uprzejmie chciałam wyrazić). Na te słowa pan J. parsknął jak koń, splunął na wygoloną podkaszarką spalinową ziemię, i powiada: “CO skubałem? Ja to tam o, pod tym laskiem wy*ebałem!”, i splunął zamiast kropki. Tę z kolei informację to ja dość długo przyswajałam. Bo wciąż mam w pamięci, jak zamawiałam dla nich przez internet nasiona tej wiosny i na liście zakupów widniały jak byk “dwie paczki nasion koperku”.

Tymczasem do pani J. dotarło moje pytanie i generalnie to, co się wydarzyło, obróciła się, za siebie spojrzała i powiada: “O widzi pani, pani Aniu? Ja to nawet nie zauważyłam, że on ten koper wyrwał”. No doprawdy, oni są siebie warci. On wy*ebał, ona nie zauważyła (półtorametrowy koper dwa kroki od drzwi wyjściowych, no ja Was proszę!), a jutro kupią nasiona. Ale pan J. jeszcze czegoś pękał z dumy i nie omieszkał się pochwalić. “Ona głupia te maliny tak pocięła, tak o!” tu pokazuje rękoszpadlem wysokość gdzieś przy podwiniętej nogawce, “a ja jej mówiłem tyle razy, że tak się malin nie tnie. Tylko te białe”. Wolałam nie pytać, co to “te białe”, może kwiaty? “I zostawiła te badyle odcięte o, na ziemi zostawiła. I kto to posprzątał? No JA posprzątałem! Też pod las wy*ebałem!”.

“A po co pan sprzątał?” mówię jak do dziecka, “trzeba było na ziemi zostawić, przegniłyby sobie, nawóz naturalny by był…”. “Co? Nawóz?! Nawóz to ja będę miał, Walenciak mi przywiezie dwukółką, ja to widłami rozrzucę, to będę miał nawóz.”

Patrzę na tę żółtą pustynię wokół krzaków malin i zastanawiam się, kiedy ostatni raz Walenciak tu był, ze swoją dwukółką pełną nawozu. Wygląda, że jakieś dziesięć lat temu, nie tu, tylko tam obok, i nie z nawozem, tylko zalanym w trupa panem J. na platformie.

Małżonek napełnił butelki i daje mi tajne znaki, że lepiej nie ciągnąć tematu. “No, to dziękujemy i będziemy lecieć”, mówię ja. I na odchodne dostałam kilogram malin, z zaznaczeniem, że trochę kwaśne. Ale co mi tam kwaśne, jak ja mam jeszcze 6 kg cukru w domu :)

No i tak. JEJ się nie czepiam, bo ona naprawdę jest lekko kuku, ma na to oficjalne papiery i z tego tytułu co miesiąc bierze wiadro leków i rentę. Ale ON, on jest typowo wiejską moczymordą, powsinogą i hulajduszą, co to drewno zimą spod śniegu targa i z drugim mądrym na wózku złomiarza do domu ciągnie, żeby zamarznięte piłą ciąć, bo w chacie 8 stopni. Bo on, najmądry z mądrych, przez 20 lat nie opanował kalendarza i zagadnienia zmiany pór roku i nie potrafi przewidzieć ilości potrzebnego im na zimę opału. Hodują kury i kupują co tydzień dwa kilogramy kurzych udek (tzn. my kupujemy, na ich życzenie). Historia z koprem to pikuś, takich mam na pęczki. Pytałam ich kiedyś o te kurczaki. Dlaczego nie kupią choćby brojlerów po 1 zł za sztukę i nie ubiją po trzech miesiącach na mięso? Bo co zrobić z taką ilością. No to im mówię, co zrobić. Zamiast nowego telewizora wielkości tapczanu (na raty, rzecz jasna), należało kupić telewizor wielkości telewizora, a za resztę pieniędzy dużą, skrzyniową zamrażarkę, bo są tańsze od szufladowych. Wzruszyli ramionami. I dlatego małżonek na ten przykład zaczął wobec nich wyznawać filozofię Adasia Miauczyńskiego: “Nie wdawać się w żadne rozmowy. W ogóle w nic się nie wdawać”. A ja czasem nie mogę patrzeć na tę ich gospodarkę i jeszcze się wdaję. Pewnie też mi kiedyś przejdzie.

I jeszcze na zakończenie taka obserwacja. Ciekawy obrót spraw jeśli chodzi o życie na wsi. Ludzie, którzy się na wsi wychowali, dążą do nowoczesności, kupują ogromne telewizory, samochody Audi i Volkswagen (choćby te miały na sobie więcej szpachli niż oryginalnej karoserii), po szopach trzymają worki ze sztucznymi nawozami, kury karmią gotowym granulatem i cieszą się, że mają czas piwko wypić i pokiwać głowami do programu pani Jaworowicz (i wiadomo – im większy telewizor, tym nogi Jaworowicz dłuższe), lub śledzić zawiłe losy bohaterów trzynastu telenowel. Zaś ludzie, którzy uciekają z miasta, pragną robić wszystko tak, jak ich pradziadowie. Chcą prostoty i pozbywają się hałaśliwych gadżetów. Jeżdżą byle gratem, z poświęceniem spłacając słony kredyt za ziemię i dom, ale cieszy ich zapach mokrych liści w lesie. Ludzkość to przedziwny zwierz. Zatacza kółka w swej śmiesznej historii i za każdym razem, gdy osiągnie punkt wyjścia uznaje, że TERAZ nareszcie już wie, o co chodzi w życiu ;)

PS. Nie w temacie, ale ku rozrywce: znajdź kury na tym obrazku:

kury na żywopłocie

PPS. W odpowiedzi na filmik o leniwcu – oto, jak jedzą INNE zwierzęta. Muszę im żarcie podawać każdemu z osobna, bo inaczej idą w ruch łby, rogi, racice. I przerabiam ten cyrk dwa razy dziennie – rano z michą “mokrego” (gotowane ziemniaki, kasza i makaron, surowa marchew, cukinia, pomidory), a wieczorem z owsem. Na drugim filmiku łaciata Irenka w towarzystwie Pecika, który mi się chytrze wymknął i machnęłam na niego ręką. Nie martwcie się, dostał swoją porcję, z wapnem i witaminkami.

Ciotka rogata (jeszcze bez imienia) przy korycie:

Ciotka Irena znana też jako Bezwzględna Zołza:

 

35 thoughts on “O, tempora! O, koper!, czyli o nowych obyczajach

  1. Lidka 25/09/2014 at 23:44

    Droga Aniu- Wspolczuje sasiadow. Wspolczuje szczerze, gdyz kiedys mialam dokladnie podobnych;ona -nie majaca kompletnie nic do powiedzenia, on – tak zwany „wielepek”, gosc, ktory wyssal cala madrosc swiata wraz mlekiem matki. Dodam moze, ze lzy same mi kiedys pociekly, gdy gosciu scial 80letni dab, tylko dlatego, ze rzekomo blokowal mu zasieg komorki.
    Moze nie do konca zgodze sie z twierdzeniem, ze ludzie, ktorzy sie na wsi wychowali daza za wszelka cene do nowoczesnosci. Wydaje mi sie, ze to jest potrzeba zapchania tej dziury egzystencjalnej, pod tytulem:”Kupuje to, czego nie mialem kiedys, czy nie mialem jako maly berbec, a teraz chce i mnie stac”. Sama jestem dzieckiem wiejskim, a ze wsi i z kraju nie „ucieklam” dobrowolnie, ale wypedzila mnie potrzeba, glod i macocha.
    W moim miejskim mieszkaniu, robie ogorki malosolne i kwasze barszcz, i robie salatke z cukini, a na spacerze z psami (sztuk dwie posiadam), zachwycam sie swiezo skoszona laka w parku i wlasnie dzis zaczerwienionym lisciem na drzewie. Telewizor posiadamy, jest on wlaczany glownie przez malzonka Rafala, na jego gry; a nie jako zapychacz towarzyski. Telenowel nie ogladamy, a polskie -i nie tylko-kanaly telewizyjne i informacje w nich zawarte- troche nas dziwia i irytuja. Moj maz pokochal wies widziana moimi oczami,moje wspomnienia zniw czy sianokosow sa teraz jego, z czego jestem niezmiernie dumna. Ciesze sie, ze wybralas zycie blizej natury i mialas w sobie tyle odwagi, zeby zaczac od poczatku. Czapka z glow. Wszystkie Wasze stworzenia cudne i madre. Pozdrawiamy goraco i zyczymy zdrowia i radosci. Lidka
    Ps. Pecik aka Andrzej; podobny do naszgo kolegi, nomen omen tez Andrzej. Az mnie ciarki przeszly…

    • kanionek 26/09/2014 at 00:38

      Pecik ma sobowtóra w Ameryce??! Jutro mu powiem, bo teraz śpi :D
      Lidko, ja na szczęście nie mam sąsiadów. Najbliższy dom jest kilometr ode mnie, a ja z każdego okna widzę tylko las. Żadnych dróg, mostów, szopek czy innych uprzykrzaczy widoków ;) Ta para mieszka właśnie kilometr ode mnie, u progu niewielkiej wsi. I wierz mi, ja rozumiem potrzebę zadośćuczynienia brakom z gorszych czasów. Ileż to razy, będąc dzieckiem, obiecywałam sobie kupić 10 tabliczek czekolady, gdy już dorosnę. Wtedy jeszcze czekolada była na kartki… Ale ci ludzie, o których w podsumowaniu piszę, kupują nie dlatego, że teraz ich stać. Kupują na kredyt na złodziejskich warunkach, spłacają głupi telewizor przez 5 lat, ale MUSZĄ mieć odbiornik na pół ściany :) Co gorsza – spłacając ten kredyt będą jedli parówki z jednoprocentowym udziałem mięsa i najtańszą margarynę, ale jak sąsiad wpadnie do nich na telewizję, to będą pękać z dumy. I tylko o takich „zastaw się, a postaw się” piszę.

      Ogórki małosolne, pycha :) A ja nie umiem kwasić barszczu i nawet nie wiem, jak taki smakuje. Podpowiesz coś, w wolnej chwili? I ciekawa jestem, jakie polskie stacje TV odbieracie? Wiem, że TV Polonia jest już poniżej poziomu dna i nawet w nie nie puka od spodu, bo nie ma siły.

      Wszystkiego dobrego :)

      • Lidka 28/09/2014 at 16:02

        Droga Aniu- Podaje przepis na zakwas z burakow. Przepis jest tak zwany fulpruf, czyli tysiac razy sprawdzony i zawsze sie udaje, nawet takiej niemocie kulinarnej jak ja. Potrzebny jest tylko garnek gliniany, tak na okolo dziesiec litrow. Nie bede dodawac, jak dlugo szukalam w Chicago i okolicach glinianego garnka na robienie zakwasu z burakow; kiedy w koncu znalazlam, az sie ze szczescia poplakalam. Otoz 1 kilogram burakow, umytych i pokrojonych w plasterki ukladamy w garnku, do tego mozna dodac ze trzy marchewki i pare malych kawalkow korzenia selera, i calosc zalac trzema litrami letniej przegotowanej wody. A na wierzchu nalezy polozyc dwie kromki razowego chleba. Mozna tez dodac do tego pare lekko zmiazdzonych zabkow czosnku, ale ja wole dodawac juz do gotowego produktu, to znaczy do zupy. Calosc odstawic na 4 czy 5 dni w cieple i ciemne raczej miejsce. Pozniej zlac do sloikow i sloiki schowac w ciemnym i chlodnym miejscu. Twoja piwnica bylaby tu idealnym rozwiazaniem. Te buraki i warzywka, ktore zostana, mozna zalac woda jeszcze raz, gdyz w dalszym ciagu jest w nich sok. Tym razem tylko litrem wody. Jezeli chce sie miec zakwas bardziej esensjonalny ( takie slowo chyba istnieje…?), mozna zalac buraczki mniejsza iloscia wody i voila. Nie bede sie rozpisywac nad wartosciami odzywczymi takiego barszczu, bo kazdy je zna, a morfologia po wypiciu-ach, wrecz ksiazkowa.

        Programy polskiej telewizji jakie posiadamy w Ameryce to: Polsat 2, iTVN, TVN24, kino europa (ktorego NIKT nie oglada), religiaTV i euro news. Ubogo, ale zawsze cos. O i jeszcze, przed swietami z reguly, odblokuja nam taki kanal Kino Polska, na ktorym leci „Potop”, „Sami Swoi”, czy inne klasyki. Poza tym- dziurawa detka. TV Polonia jest na innej platformie, nie mamy wiec przyjemnosci czy tez nie, ogladania.
        Przypomnialo mi sie, kiedy czytalam Twoje czerwcowe wpisy, o problemach z robakami i innym badziewiem w ogrodzie, ale kompletnie zapomnialam wtedy napisac, ze mozna sie ich pozbyc pryskajac takim smiesznym preparatem, ktory robil moj Tata: gotowal „kompot” z pieciu, czy szesciu paierosow i tym pryskal rosliny. Sprawdzony sposob rowniez na stonke ziemniaczana. Polecam.

        • kanionek 28/09/2014 at 18:56

          Dziękuję za przepis na barszcz, faktycznie wydaje się prosty w wykonaniu. Czy dobrze rozumiem, że produkt można pić „prosto z garnka”, a nie tylko w postaci gotowanej zupy? A oprysk wyciągiem z tytoniu zastosowałam na ogórki, bo mi już ręce opadały… Trzydzieści sadzonek poszło się czesać, aż żal było patrzeć. I oprysk pomógł, ale za miesiąc była kolejna inwazja :D A jeśli znajdziesz jeszcze chwilę, pamiętasz może na jaką ilość wody było te kilka papierosów? Bo w necie znalazłam przepisy w stylu „kilogram tytoniu zalać litrem wody”. Kilogram tytoniu to dla mnie majątek i coś mi się wydaje, że to jednak za dużo. Takim stężeniem nikotyny możnaby pewnie zabić nie tylko szkodniki w ogrodzie ;)
          Pozdrawiam :)

          • Lidka 28/09/2014 at 20:21

            Zakwas mozna absolutnie pic z garnka, nie polecam tylko pic toto w pierwszej fazie, na przyklad po dniu czy dwoch, bo mozna niechcacy wymazac dzien z zyciorysu, spedzajac go siedzac na „tronie”. Wiem, co mowie, bo tak raz sie nieswiadomie zalatwilam…

            Co do tytoniowego srodka przeciwko szkodnikom, przypominam sobie, ze moj szanowny Rodzic gotowal te piec „popularniakow” w jakims trzylitrowym garnku, a potem rozcienczal, pol na pol z woda. Pamietam tez, ze „oprysk” byl stosowany niemalze co tydzien, przez cale lato. Nie wiem, czy to Cie pocieszylo, czy tez raczej zdolowalo…

          • kanionek 28/09/2014 at 20:58

            Pocieszyło. Parę fajek na tydzień to pikuś :) Z samym spryskiwaniem jest gorzej, żeby tak każdy liść od góry i dołu. Ale ważne, że działa.
            Wielkie dzięki!

  2. Ola 26/09/2014 at 00:38

    Pecik potulnie odszedł, lecz w ustach zmełł był coś niecenzuralnego, widziałam! :)
    Kanionku, jesteś wielka!

    • kanionek 26/09/2014 at 02:21

      Nie no, zaraz, chwila na relaks :) Złapmy dystans. Są ludzie, którzy ratują innych z pożarów, zakładają rozmaite fundacje, pomagają biednym, chorym, sierotom, itp. Ja wzięłam trzy kozy, a czwartą rozpuściłam jak niegrzeczne dziecko ;)

      A Pecik jeszcze im wszystkim pokaże. On pracowicie przeżuwa ten owies, co mu z ręki podaję. Grzecznie usuwa się w kąt, nie przestając żuć. Żuje całymi dniami i wieczorem jest szerszy, niż dłuższy. Bo wie, że to pewnego dnia da spodziewane efekty i zmieni hierarchię w tym stadzie :)
      No i w końcu dzisiaj, po raz pierwszy, wyprodukował normalne, kozie bobki! Bo do tej pory robił psie batoniki i już się trochę martwiłam. Układ pokarmowy mu się ustabilizował i teraz Pecik będzie rósł w siłę.

  3. mitenki 26/09/2014 at 10:34

    Widzę trzy Rosoły, i jeśli to jest prawidłowa odpowiedź to w nagrodę chciałabym obejrzeć filmy. A nie mogę – nie otwierają się. Dlaczemu?

    Siedzę grzecznie w kąciku i czytam po cichutku i siedziałabym tak do końca świata, ale poczułam się dyskryminowana :D

    • kanionek 26/09/2014 at 10:55

      Prawidłowa odpowiedź brzmi – trzy, albo cztery. Sama nie wiem :D
      Ale brońcie bogowie, tu się nikogo nie dyskryminuje, po prostu świat się niepotrzebnie skomplikował. Ja np. z poziomu przeglądarki Firefox nie zaloguję się do swojego konta bankowego, a już taki Maxthon nie ma z tym żadnych problemów. Formaty, kodeki, systemy operacyjne, przeglądarki…
      Postaram się wrzucić linki z możliwością ściągnięcia pliku na dysk (łącznie mają 160 MB, może być?), a jeśli i to się nie uda (bo może nowa wtyczka do publikacji video nie pozwoli), zapytam eksperta, czyli małżonka ;) Na youtube nie lubię wrzucać, bo tam już chcą od człowieka więcej danych, niż Urząd Stanu Cywilnego. Pozdrawiam :)

      • kanionek 26/09/2014 at 11:38

        Załadowałam te same filmy w innym formacie, może teraz? Swoją drogą przypomniało mi się, jak w moim ostatnim zakładzie pracy, na polecenie wiceprezesa informatycy zablokowali nam możliwość przeglądania niektórych stron. Potem do biura z wizytacją przyjechał sam Prezes i chciał komuś pokazać filmik ze swoim jachtem, czy innym kucykiem, w roli głównej. I nie mógł. Wkurzył się i kazał wszystko odblokować :D

        Daj znać, czy pomogło, ewentualnie zdradź może, za pomocą jakiego urządzenia przeglądasz internet – spróbujemy iść tropem kompatybilności ;)

        • mitenki 26/09/2014 at 23:39

          Kanionku drogi! Nie dość, że jesteś WIELKA (nie wiem jak wzrostem, ale sercem i duchem na pewno) to jeszcze przekochana. Że Ci się chciało dla marudnej czytelniczki męczyć :*
          Niestetyż, drugiej wersji też u mnie nie widać. Chyba po prostu mam starożytny komputer i system.
          Jak już zobaczyłam, że w lisku nowej wersji też nie widzę, przypomniałam sobie że przeca mam drugą przeglądarkę, chrome! Lepiej późno niż wcale :D Pobiegłam i… nowe wersje się nie otwierają, ale poprzednie i owszem :D
          Przepraszam Cię za kłopot, teraz już będę pamiętać, że jak firefox czegoś nie otwiera to trza w chrome próbować.

          Obejrzałam filmiki i serce mi krwawi. Ta kozia maupa obżerała się sama i pozwoliła jeść koziemu dziecku??? Do tej pory myślałam, że tylko wśród ludzi trafiają się wilcy, widzę że w koziej społeczności też.
          Biedny Pecik, wygłaszcz go ode mnie i wydrap za uszkami proszę :)

          • kanionek 27/09/2014 at 02:08

            No właśnie te dwie maupy takie są. Ale liczę na to, że kiedyś nauczą się, że jedzenia nie brakuje i nie trzeba stosować przemocy przy misce. Pecik jest głaskany, drapany, szczotkowany (oj, będzie problem z tą jego sierścią) i chodzi za nami jak piesek :) Tradycja zresztą też, choć jeszcze ostatecznie nie zdecydowała, czy nadal jest psem, czy już człowiekiem. Bo kozą być nie chce ;)

            A z tymi filmami żaden kłopot, naprawdę. Grunt, że problem z głowy i może dzięki Twoim perypetiom ktoś inny skorzysta z uzyskanej wiedzy o kapryśnych przeglądarkach. To ja teraz zdejmę te pliki mpg z serwera, bo duże są :)

  4. Kachna 26/09/2014 at 22:38

    Znowu Kanionku , posłużyłam się Twoim blogiem w celach pedagogicznych.
    Tym razem strzałem w młodszego.
    -O widzisz – popatrz i posłuchaj – nakazałam odpalając filmik nr 1 – tak właśnie jadasz! I jak podoba Ci się????
    -Mama – ale extra!!!
    Kurtyna

    (Filmy oglądane były 1256489 razy).
    -Kupmy kozę – mama – kupmy kozę!
    -Nie musimy – wystarczy Was sfilmować;)

    ……………..
    U mojej rodziny na wsi „nie opłaci się”. Warzywa w ogrodzie, jajka, owoce. Tłuką się po głowach jak robię makaron (czasami robię….).
    Tak to już jest.
    Ale rzeczywiście życie na wsi nie rozpieszcza. Życie z gospodarstwa też. Mam rodzinę na podlaskiej wsi. Od wielu pokoleń.
    Ja bym te wielgachne telewizory „wybaczyła”. Ale pojenia dzieci oranżadą zamiast kompotem – latem – nie! Tym bardziej że jest dużo droższa – a się nie opłaci!
    Widać, że świadomość i gospodarność jest deficytowym towarem:)

    • kanionek 27/09/2014 at 01:57

      Cieszę się, że filmy się podobały. Pierwotnie chciałam zadedykować je rodzicom dzieci-niejadków. W charakterze instruktażowym. A tu proszę, posłużyły jako lekcja pt. „jak NIE należy jeść” :)

      Życie z gospodarki faktycznie nie tylko nie jest łatwe, ale przy dzisiejszej polityce rolnej często wręcz niemożliwe. Jeśli ktoś chce działać zgodnie z prawem, to nawet świnki na własny użytek nie opłaca się mieć. To bardzo obszerny temat (bo zawiłe i rozbudowane prawo!), a ja zdaję sobie sprawę z tego, że przeciętny mieszczanin nie ma pojęcia o tym, jak bardzo. Kiedyś, dawno temu, było rzeczą normalną, że tzw. rolnik miał przy domu świnkę, krówkę, drób. Na mięso, mleko, jaja. Dziś żeby ubić własną świnkę musi wezwać odpowiednie służby, albo zawieźć własnym transportem świnkę do ubicia i za tę usługę zapłacić. Dostaje potem mięso z tej świnki, tzn. podobno z tej świnki i podobno całe mięso. I wykarmienie świnki plus opłata za usługi (ubicie, kontrola weterynaryjna itp.) może kosztować więcej, niż wyniesie wartość rynkowa mięsa. To tylko czubek góry problemów małego rolnika. Wielkoobszarowi doją unię z pieniędzy, dopłaty są przecież nawet za łąkę, tylko trzeba ją czasem skosić. Mały rolnik ma wszystkiego za mało, a do tego musi płacić za czynności, które jego dziad wykonywał sam.

      Ale wciąż nie rozumiem, jak może się „nie opłacać” warzywnik. Nie trzeba kupować żadnych nawozów. Kompost robi się sam, o ile resztek organicznych nie „wy*ebuje” się pod lasem ;) Większość roślin daje nam na koniec swej egzystencji nasiona na następny rok. Przy ogrodzie ściółkowanym nawet narzędzi wiele nie trzeba. U mnie w użytku są już tylko grabie i widły :) Nie przekopuję ziemi. Nie odchwaszczam. Jak to mawia mój mąż – samo jedzie ;) Najwięcej pracy jest przy tworzeniu rozsady i później przy zbiorach, ale przynajmniej wiemy, co jemy. Pewnie, że stać mnie (jeszcze) na ziemniaki i marchew, a nawet cebulę. Ale moje serce cieszy się za każdym razem, gdy idę do wielkiego kosza w spiżarce i sięgam po cebulę, która wyrosła na mojej ziemi. I znowu muszę powtórzyć, że nie chcę ludziom odbierać prawa do wielkich telewizorów. Nie rozumiem tylko taktyki polegającej na zakupie takiego telewizora przy dochodach 1000 zł na DWIE osoby miesięcznie :-/

      A tak w ogóle, to Twoje dzieciaki wiedzą, co dobre – KOZA DLA WSZYSTKICH! Każdy obywatel powinien mieć prawo i możliwość posiadania kozy :D
      Wyobraźcie sobie te wszystkie kozice, wyprowadzane na smyczy pod blokiem. I wspólne, kolektywnie budowane koziarnie :) I kozie mleko w szkołach. Kozia supremacja na całym świecie za 5 lat! Jupiii!

      • Kachna 27/09/2014 at 10:31

        Hm…
        Będę bronić telewizorów jak niepodległości!(Jezu co ja gadam!!!!!)
        To często jedyna dostępna po harówce przyjemność.
        Bo to jest tak, jak mi kiedyś dziadek (niewykształcony, niezwykle światły człowiek, zawsze miał konia, ułan Andersa – tak – on miał kozy – to może tłumaczyć jego światłość:) ) tłumaczył, że jak ktoś urodził się, żyje i będzie żył na wsi, to już nie bardzo widzi jaka jest piękna. Bardzo trudno było mi nastolatce to zrozumieć, ze moje cioteczne rodzeństwo wszystko by oddało żeby żyć tam gdzie ja – w małym mieście chociaż.
        W telewizji (!) widzą, jak się żyje w miejskich rodzinach i jakie się ma problemy – nieproblemy. Spójrzmy na seriale : Rodzinka pl, M- jak Miłość itp.
        Trudny temat bardzo.

        ………………
        Koza dla wszystkich – AAAAAAAA! Kozie bobki wszędzie!
        Koza krzepi!
        Koza broni, koza radzi, koza nigdy cię nie zdradzi!
        Owsianym skrytożercom mówimy – Nie!
        Koza 3xTAK!

        Bardzo mi się ta idea podoba.
        Serio.
        Chociaż owieczki są takie milusie. Może jednak owce???
        Pozdrawiam sobotnio:)

        • kanionek 27/09/2014 at 11:19

          Ale wiesz, te kozie bobki są całkiem nieuciążliwe. Jeśli są „zdrowe”, to stosunkowo suche, wpadają w trawę i już ich nawet nie widzisz ;) Chciałam z nich kiedyś zrobić szybki nawóz pod rośliny, czyli przefermentować w wodzie. Słabo wyszło, bo nie chciały się w ogóle rozpadać, i to przez tydzień namaczania.
          Owce też są OK, ale pomyśl, jak z kozami by było zabawnie. Owca jest nie bez powodu podawana za przykład potulności, a koza to jednak wyższa szkoła psoty :)

          Ale co tam kozy, wróćmy do telewizora. Chyba zabrakło mi umiejętności przekazu w tym przypadku, więc staram się wyprostować: NAPRAWDĘ nie jestem przeciwna telewizorom, czy telewizji jako takim, nawet jeśli sama nie oglądam. Rozumiem potrzebę odprężenia i rozrywki i wiem, że dla każdego coś innego. NIE ROZUMIEM natomiast telewizora wielkości budki z lodami, gdy się do tego siedzi dwa metry od ekranu i wnętrze czyichś nozdrzy wygląda jak obca galaktyka. A po obejrzeniu serialu idzie się zjeść parówkę z margaryną za 1,20 zł i narzeka, jakie to życie drogie.
          Twój ruch, Kachna :D

          A dziadek Twój miał rację. Z perspektywy mieszczanina na wakacjach trawa jest piękna, zwierzęta słodkie i do głaskania i podziwiania, las uroczo szumi, a rzeka to jedna wielka metafora. Tymczasem dla mieszkańca wsi jest tak: trawa to konieczność koszenia kilka razy do roku (chyba, że ma się kozy), zwierzęta to obrządek i często zmartwienie, gdy np. chorują lub w szkodę wejdą, gdy las szumi to może oznaczać, że zaraz wiatr nam dach znad głów zerwie, a rzeka to zagrożenie powodziowe ;) Tak z grubsza ujmując.
          Ja tu z małżonkiem mieszkam zaledwie cztery lata i wciąż jeszcze czasem musimy się „uszczypnąć”, żeby uwierzyć, że ten widok dokoła to nie sen, ale kto wie, może za 20 lat już tego widzieć nie będziemy i to nie z powodu zaćmy, na której leczeniu rząd chce zaoszczędzić ;)

          • Kachna 27/09/2014 at 12:02

            No coś TY!
            Ja już się nie „ruszam” :)
            Mówiłam temat trudny.
            I powiedzmy, żeby go zamknąć – że generalnie się zgadzam z Tobą:)

            Życzę żebyście zawsze mieli tę perspektywę, która pozwala patrzeć i widzieć.
            Najgorzej jak się ją traci. Tak w stosunku do miejsca jak i ludzi….

            A jakby tak i owce i kozy?
            Bobki takież same, odkurzacze przemysłowe by to-to odkurzały z chodników. Jedne meeee drugie beeee! Szał oraz czad! Punkty dojenia.
            Kozie jogurty, owcze sery.
            I gryzące skarpety z runa:)
            Czego wszystkim życzę i idę nauczać synów gotowania – jak co sobotę:)
            (a jakiej przy tym muzyki muszę słuchać- taki był ich warunek – to o mój Boże!).

  5. bila 27/09/2014 at 09:00

    Filmiki z kozami czaderskie(czy tak się jeszcze mówi? ja mówię). Pecik na pewno jeszcze się odkuje i przejmie władzę. Ja też zauważyłam, że bieda jest kwestią wyboru-co uważam za ważne. Za to czasami spotykam osoby ubogie, ale zadowolone z życia i umiejące wykorzystać to, co im ziemia i życie dają.,,-Pani, ja to mam wszystko- warzywa przy domu rosną, króliki hodujemy, a w tym roku opieka zafundowała dzieciom buty na zimę! Niczego nam nie brakuje”. Czasem jednak widuję osobniki, których dzieci jedzą na obiad chińskie zupki, popijają colą, gryzą chipsy, a wartościowy obiad-,,za drogi”.
    Ale, jak powiada jeden Krasnolud z ,,Wiedźmina” całego świata nie uszczęśliwisz, trzeba uszczęśliwić małą jego część- rodzinę. Czy jakoś tak.
    Pozdrawiam Kanionku- uszczęsliwiaj dalej swoją czeladkę ;-)

    • kanionek 27/09/2014 at 11:37

      Tak, pamiętam tę krasnoludzką mądrość. I nie tylko tę.
      Widzę po sobie i małżonku, jak się zmieniamy. Ludzi można dzielić wedle tysiąca kategorii, również na tych, co chcą „być” i tych, co chcą tylko „mieć”. Nie ruszę boso przez świat twierdząc, że NICZEGO nie potrzebuję, ale od kilku lat bardziej świadomie doświadczam „bycia” niż „mienia”. I coraz bardziej to doceniam. Robię rzeczy małe, o wielkim dla mnie znaczeniu. Martwi mnie tylko to, że gdy w końcu będę NAPRAWDĘ coś rozumiała i osiągnę duchowe equilibrium, to już będzie czas na ostatni ukłon od ZUS, czyli przelew o tytule „zasiłek pogrzebowy” ;)
      Człowiek nie Krasnolud, ma mało czasu, by zmądrzeć.

      • Ola 27/09/2014 at 18:16

        …po czym rozpadniem się na cząsteczki, wrócimy do obiegu materii i gdzieś tam jakoś zaczniemy ten mozół od początku… Budujące :D

        • kanionek 28/09/2014 at 00:20

          To budujące zostać budulcem, a hamujące zostać hamulcem :D Czekaj, zaczynam rozumieć proces reinkarnacji! Ty masz na mnie dobry wpływ :)

  6. zeroerhaplus 28/09/2014 at 14:22

    Okeeej, zacznę od grubego końca rury, czym być może rozgrzeję Cię do białości, ale dzięki temu zachowasz dobrą temperaturę na zbliżającą się zimę…
    Tja.
    Więc popatrz, ONI MAJĄ wodę.
    (…)

    A teraz już spokojniej.
    Dopóki państwo J. nikomu słabemu krzywdy nie czynią (dzieci, zwierzęta?), póki nikogo o pomoc nie proszą (bezpośrednio; sytuacja, gdy im pomagasz w czymś, bo Ci ich albo żal, albo „trzeba, bo sąsiad”, albo z podobnego powodu – nie liczy się), póki więc nic się dzieje, co by innym zło czyniło, że się tak prymitywnie wyrażę, dopóty MAJĄ PRAWO robić to, co im się podoba, bądź sprawia im radość.
    Mają prawo do swojego bzdurnego telewizora, mają prawo do kurzych ud naszprycowanych diabli wiedzą, jaką chemią, mają prawo wy*ebać nawet całą mandalę z nasion kopru pod lasem.
    J. ma prawo ciągnąć z flaszy o każdej porze dnia i nocy, ma prawo wykopywać drewno spod śniegu. Póki nie kradnie komu innemu drewna uczciwie przed jesienią nazbieranego, bądź nie napali swoją żoną w piecu (na przykład).

    A Ty Kanionku masz prawo się temu dziwić i nie rozumieć, ale to wszystko. Nie masz prawa narzucać im racjonalnego sposobu myślenia.
    Poki pan J. nie zapyta „O, jakie ma pani dorodne maliny, jak to pani robi?”, nie oczekuje od Ciebie odpowiedzi.

    Tak mi się wydaje.

    Pytanie za sto punktów: czy miałam prawo to wszystko Ci tu napisać?

    :O

    PS. Kto to, do jasnej anielki, jest Jaworowicz?! Lecę sprawdzić ;)

    • kanionek 28/09/2014 at 15:02

      Nieee, żeby mnie rozgrzać, trzeba grubszej rury. Odpowiadam krótko, gdyż zaraz wracam rwać seler. ONI mają wodę Z WODOCIĄGU. Do mnie wodociąg nie dociera.

      Co do reszty. Naprawdę pomyślałaś, że ja tu występuję w postaci napompowanego balona wszelkiej słuszności? Pomagam z litości? Owszem, często proszą o pomoc. ON pożyczył ode mnie pieniądze trzy lata temu i nie oddał. Ale nie o to chodzi. Pomagam, bo tak mam. Nie rozumiem ICH POZIOMU niegospodarności, a rzucam pomocne (moim zdaniem) uwagi, ponieważ (UWAGA, TO WAŻNE): napisałam trzy razy, że pani J. ma papiery na lekką niedyspozycję intelektualną, tak? Wychodzę więc z założenia, że być może czegoś nie wie. Założenie moim zdaniem słuszne, ponieważ nie wiedziała na przykład, że można kisić kapustę w domu. Kiedy pani J. dała się naciągnąć telefonicznie na TABLET z internetem plus telefon z łącznym abonamentem na prawie 100 zł miesięcznie (jedna dziesiąta jej renty), to my odkręcaliśmy całą sprawę, woziliśmy paczkę ze zwrotem do miasta itd, itp. I owszem, ona nas o to prosiła.

      I do licha ciężkiego WIEM, że to generalnie nie moja sprawa. Ale w ten sposób można dojść do wniosku, że nie wolno mi mówić, ani pisać, o niczym, co nie jest moją sprawą. I zapewniam Cię, że ja tym ludziom nie NARZUCAM, jak mają żyć. Jeśli na blogu podam przepis na kotleta z uwagą, iż jest pyszny i lepszy, niż kotlety ze sklepu, to będzie oznaczało, że NARZUCAM Wam mój styl gotowania lub nakazuję zaprzestać kupowania żarcia w sklepie?

      Powtarzam raz jeszcze – dziwię się. Nie rozumiem. NIE NARZUCAM. A dziwię się tym bardziej, że zawsze słyszę z ich strony narzekania na brak pieniędzy.

      I tak, miałaś prawo mi to wszystko napisać i w sumie nawet fajnie. Tylko dlaczego potraktowałaś mnie jak dwunastoletnie dziecko, tłumacząc mi rzeczy oczywiste, to już nie wiem :)

      • kanionek 28/09/2014 at 16:14

        A co tam. Rozwinę wątek z tabletem. Było to tak, że pani J. zadzwoniła do mnie z informacją, iż oto DOSTAŁA w prezencie tablet i do tego telefon za złotówkę. I żebym przyjechała, ja albo mąż, bo oni nie potrafią uruchomić tabletu, a pan J. rozbił telefon próbując dostać się do slotu na kartę sim. Tzn. tyle to ustaliliśmy już po przyjeździe, żeby było jasne. I uwierzcie, dobrzy ludzie, zastanawialiśmy się, czy w ogóle się w to wdawać. Wiedzieliśmy, że nie ma czegoś takiego, jak tablet i telefon „za darmo”, „w prezencie”. I wiedzieliśmy, że narobimy sobie tylko kłopotu i pochłonie to nasz czas. Ale po krótkiej debacie i rachunku sumienia uznaliśmy, że nie pozwolimy telewyrobnikom na usługach koncernów robić w balona pani J. Wytłumaczyliśmy, po przejrzeniu papierów, ile będzie panią J. kosztować tableciarski luksus na miesiąc i to przez dwa lata obowiązywania umowy. Pani J. się przeraziła i wciąż powtarzał, że „to miało być za darmo”.

        I jak myślicie – było się wtrącać, czy nie wtrącać? Czas na odstąpienie od takiej umowy to bodajże 14 dni. W dodatku pan J. zepsuł nowy telefon i nie można go było ot tak, po prostu zwrócić. Wydałam swoje pieniądze na rozliczne rozmowy tel. z obsługą biura, które dokonało sprzedaży i ustaliłam sposób załatwienia sprawy tak, by był jak najmniej kosztowny dla pani J. Firma zgodziła się wziąć pieniądze tylko za naprawę panelu przedniego (rozbitego w drobny mak), a nie za cały telefon. Cały telefon kosztował osiem dziesiątych renty pani J.
        Gdybyśmy pozwolili im samym dojść do rozumu, czyli po pierwszym otrzymanym rachunku, na odstąpienie od umowy byłoby za późno.

        Wtrącać się, czy nie wtrącać, oto jest pytanie.

      • zeroerhaplus 28/09/2014 at 20:59

        Zacznę od końca, czyli dlaczego potraktowałam Cię jako dwunastoletnie dziecko.
        Na bogów germańskich i całą mitologię japońską – nie wiem!
        A potraktowałam? Tego akurat nie miałam na celu!
        Podejrzewam, że jest to spowodowane nikłą ilością kontaktów społecznych, jakie ostatnio zdarza mi się, a raczej nie zdarza uskuteczniać. Po prostu nie wiem, co komu mówić, a czego nie. Zdarza się ;)
        Poza tym może być to związane z wtórnym uproszczeniem życia i myślenia, co czasem przejawia się u mnie stosunkowo daleko posuniętym zidoceniem, tja.

        Ale teraz do rzeczy.
        Jeśli u Ciebie na blogu czytam o przepisie na kotlet, znaczy to, że robię to z własnej woli. Nikt mi nic nie narzuca.. (niech tylko spróbuje! ;) Sprawa jest prosta.
        Poza tym oczywiście wolno Ci, a nawet trzeba pisać o tym, co Cię nie dotyczy (na tym polega między innymi Twój nieodparty urok), i dobrze o tym wiesz.
        To nie o to chodzi.
        To chyba ten cholerny telewizor mnie tak zburzył. Jeżeli dla nich jest to pełnia szczęścia, to niechże sobie go mają! I niechże będzie wielki jak stodoła! I niech w nim oglądają nawet Warsaw Shore!
        To miało być główne przesłanie tego, co powyżej wypociłam.

        Swoja drogą, zastanowiła mnie po raz tysiąc trzydziesty ósmy w tym roku sprawa wzajemnego niezrozumienia. Każdy jednak widzi w tekście to, czego szuka. I ja i Ty.
        Ale o tym cicho sza, bo tu już schodzę na poziom dziesięciolatka ;)

        Myślę, że z tabletem to już jest inna sprawa.
        To wykracza poza to, co wcześniej pisałam.

        PS. Z tą wodą głupio jednak wyszło. Przepraszam, za dużo sobie dopisałam w głowie.
        A wodąciąg też bym sama chciała, żeby do mnie doszedł, psia jego rura.

        PPS. Jesteś pewna, że państwo J. nas nie czytają? :)

        • kanionek 28/09/2014 at 23:00

          E tam, takie nieporozumienie. Zgadnij, co znaczy „czekam pod hurhem”. Takiego dawno temu dostałam smsa od byłego chłopaka i wynikły z tego komplikacje. Nie powiem, spróbuj zgadnąć :)

          Tera o nas. Znaczy o niezrozumieniu się. Gdybyśmy miały możliwość usiąść przy stole i pogadać, wszystko by się wyjaśniło w trzy minuty. I to PRZED degustacją malinowej nalewki. Tekst jest pozbawiony wyrazu twarzy, mimiki, gestów, temperatury, intonacji. A ja nie jestem mistrzem słowa, jak jakiś Reymont, a do tego mam „te dni”. Może i zobaczyłam coś, czego nie ma (i JA nie mam na to papierów, a może powinnam), może to, może inno. Grunt, że obie wiemy, że tak naprawdę nie mamy tych dwunastu lat i nie ma o co telewizorów rozbijać. Ja tam w każdym razie nie zabieram łopatki i wiaderka do domu i w każdej chwili pożyczę Ci swoje grabki :D

          Telewizor. Dobra. Telewizja to dzieło Szatana i dlatego tak skłóca dobrych ludzi. A teraz paczajcie: ulegnę presji większości i niech Wam wszystkim będzie: TELEWIZOR WIELKOŚCI BILLBOARDU DLA KAŻDEGO! Zgadzam się na wszystko, można mnie już rozwiązać. Weź pan się ode mnie z tą strzykawką.

          Państwo J. nas nie czytają. Samą prawdę powiadam Ci, gdy mówię, że tabletu od tabletki nie odróżniają, a pan J. wie tylko tyle, że w internecie są filmy z gatunku na literę „p”. Może czyta nas ktoś ze wsi obok, niech mu bogowie w czym chce wynagrodzą, ale ja zmieniłam wszystkim imiona, nazwiska, inicjały i w razie czego wszystkiego się wyprę, pod osłoną nocy spakuję kozy i dam nogę.

          „Pawlak, a co wy tam wieziecie?”
          „JA? TELEWIZOR!”
          „Telewizor…”

          • zeroerhaplus 29/09/2014 at 16:05

            Wypunktuję, bo mam mętlik dziś w głowie, a to uprości przekaz, ok?

            1. Eee, proste, że pod kościołem czeka, goglować nawet nie musiałam.. Podejrzewam że komplikacje wyszły z tego potężne, biorąc pod uwagę Twoje wykształcenie ;)

            2. Układ w piaskownicy stoi. Sztama :) Z tym, ze moje wiaderka są zawsze dziurawe, ostrzegam!

            3. Z telewizora zrezygnowałam tak dawno temu, że ostatnie, co pamiętam, to oałoszenie stanu wojennego.. heh, no nie, trochę przesadziłam. Pamiętam, jak się wszyscy jarali świeżym serialem o dziwnym tytule „Klan”.. a potem dziura. Potem krótki romans z okazji zmiany klimatu, ale ileż można oglądać TV Trwam…

            3a. … więc tak naprawdę też nie widzę potrzeby i sensu w tym pudle, Co się wiąże bezpośrednio z punktem poniżej.

            3b. Ja nie chcę telewizora wielkości billboardu!! :)
            Po pierwsze, nie mam takiej ściany, więc musiałabym go powiesić na chałupie, gdzie zawilgnie i go myszy zjedzą, a po drugie, jak ja go do domu przywiozę? Furmanką??

            I bądź tu mądry człowieku. Najpierw chce, potem nie.
            Z babami tak jest :))

            4. Koniec. Pozdrawiam :)

          • kanionek 29/09/2014 at 16:42

            O. Kurde. Nie. Tera nie ma, że nie chce. Tera będzie mieć jak każdy. Niech no ja tylko tą ministrą zostanę. A swoją drogą – ciekawe, czy KRRiT już zalegalizowała swój pomysł na to, by od wszystkich przedsiębiorców pobierać abonament RTV, bez względu na to, czy na zakładzie dudni radio, czy nie. Nie chce mi się sprawdzać. Zapewniam jednak, że jeśli wprowadzą abonament w postaci jakiegoś podatku, to ja się oflaguję, poleję kozim moczem i… nie podpalę. Ofiar całopalnych już było w naturze zbyt wiele. To co ja zrobię? Bo też nie mam telewizora, nawet malutkiego.

            Tak, pod kościołem czekał. A ja sobie łeb połamałam, kombinując – pod hurtem jakimś? Kurhanem? Bo on tak zwaną dysleksję miał i ogólną niedbałość pisemną i to mogło być wszystko! Ale że po angielsku napisze też z błędami, to nie wpadłam. Chylę czoła przed bystrością Twego umysłu :)

            Wiaderka dziurawe, mówisz. Spoko, moje grabki są bez zębów.

          • zeroerhaplus 29/09/2014 at 16:07

            Aa, zapomniałam o najważniejszym.
            Całe szczęście nie jesteś Reymontem.
            Reymonta nie przeczytałam ani linijki, a poza tym miał brodę.
            Wolę czytać Kanionka.

          • kanionek 29/09/2014 at 16:54

            Dziś jest lans na brodę, więc jeszcze się zastanawiam. A „Chłopów” przeczytałam i – o zgrozo – PODOBAŁO mi się :) Klimacik był kwaśny jak czerstwa grahamka i ostry niczym zapach kociego moczu. Taka telenowela na zatęchłym sianie, bardzo wciągająca. Tylko opisy przyrody, nie wiedzieć czemu, powodowały u mnie wstrząsy epileptyczne, toteż pomijałam.
            Hej, też czytam Kanionka! A nie, zaraz…
            To ja idę robić seler w słoikach.

          • zeroerhaplus 29/09/2014 at 19:14

            Ja tylko jeszcze króciutko w kwestii formalnej. To nie bystrość, to coś odwrotnego.
            Jestem jedną z większych jełop w dziedzinach filologicznych (jakby kto jeszcze nie zauważył), więc i tego pana rozumiem ;)

          • kanionek 30/09/2014 at 00:21

            No, aż mi się puszczyk za oknem zaśmiał. Bujać to my, ale nie nas!

  7. FOCH-NA-WSZYSTKO 28/09/2014 at 16:28

    Nie, no pewnie, trzeba było włączyć im tenh tablet i wracać do domu. I niech idioci potem z głodu zdyachją, w ramach poprawności obyczajowej.

    Ludzie, co wam się we łabach porobiło?? Wolność wszystkim i we wszystkim, zamknąć oczy i nie widzieć? Jak ja widzę, że idiota lezie sobie w szkodę, to mu o tym mówię. I wtedy to jest jego sprawa, czy skorzysta z rady, czy nie. Mi też obcy ludzie mówili, jak jakaś maniane odpi*dalałem i jestem im wdzieczny, bo się przydawało.

    • kanionek 28/09/2014 at 20:14

      Tak po prawdzie, to my też niedawno odstawiliśmy „manianę” z balotem siana, choć niby obydwoje wiedzieliśmy, że waży ponad 200 kg.
      Postawiliśmy go mianowicie na podstawie (a on walec jest), co było stosunkowo proste, ale nie pomyśleliśmy, że z tej pozycji to już go wołem tylko można będzie ruszyć :) To było parę dni temu, a mój kręgosłup wciąż pamięta.

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa