100% cukru w cukrze, czyli o jednym z moich nałogów

(Zaraz na wstępie uczciwie uprzedzam, że klawiatura mi się odblokowała, poniższy wpis jest długi i może powodować torsje albo tycie. A już na pewno Was deczko zemdli)

Koza ma dziwny gust, zupełnie nie z mojej bajki. Według literatury fachowej preferencje smakowe kozy przedstawiają się w następującej kolejności:

cierpki
gorzki
od biedy słodki, ale w sumie po co, jak się już nażarło cierpkiego i gorzkiego
słony
kwaśny

Kto więc ze smakiem zjadł czerwoną cykorię, która pięknie wyrosła i wedle zapewnień producenta nasion miała być lekko pikantna, a wyszła gorzka jak wspomnienie po lokacie w Amber Gold? Oczywiście koza :) Z fascynacją entomologa, wciąż czując na ściankach gardła ten piekielnie gorzki smak, obserwowałam jak koza pochłania liść za liściem, co jakiś czas spoglądając na mnie tym swoim kosmicznym wzrokiem (poziome źrenice, jak rany łosia!), jakby mówiła: no, TO rozumiem, nie mogłabyś częściej serwować takich RARYTASÓW?

Że tak jeszcze dodam w ramach luźnych pretensji: cykoria była nie tylko gorzka, ale też zamiast wyniośle podłużna – okrągła jak sałata masłowa, a ten kolor buraczkowy to sobie producent nasion na opakowaniu w fotoszopie chyba dorobił. Moja była generalnie zielona z buraczkowymi smugami, jak wybroczyny na tułowiu po kontakcie z policyjną pałką. To coś jak z tym basenem nadmuchiwanym dla dzieci – facet kupił, bo na opakowaniu widniał basen wielkości fosy zamku krzyżackiego, a w nim radośnie pluskała się cała zerówka (grupa dzieci w wieku przedszkolnym). Uśmiechnięte, dziecięce twarzyczki, piłka w powietrzu, rozpryskujące się krople wody, słońce, radość i ogólna euforia. A po zakupie, nadmuchaniu i napełnieniu wodą, tatuś mógł sobie w nim co najwyżej gary pozmywać. Zamieścił w necie zdjęcie kilkuletniej córki siedzącej w tym baseniku z BARDZO słabą miną, a nogi trzymała na trawniku, bo się nie zmieściły. No, to tak też wyszło z moją cykorią. Gdybym miała córkę zamiast kozy, to już nikt by z tego nie miał uciechy.

No ale do rymu i taktu, czyli o słodkim nałogu.

Mój mąż mawia, że poziom stężenia cukru w moim organizmie jest na tyle wysoki, iż ryzykownym byłoby wystawienie mnie z domu na deszcz. Mogłabym się bowiem zdezintegrować, niczym wielkanocny baranek cukrowy porzucony w wilgotnej piwnicy.

Słodzę kawę (2 łyżeczki, 2 kawy dziennie), herbatę (4 łyżeczki, ale na DUŻY KUBEK, bywa że 5 kubków dziennie), słodyczy już nie kupuję, ale robię kulki czekoladowe z płatkami owsianymi (kostka masła i szklanka cukru, no i kakao i płatki, do tego obtaczane w cukrowej panierce) i te kulki są ZAWSZE w lodówce, bo codziennie zjadam od kilku do kilkunastu sztuk. Jeśli gdzieś częstują, to pożeram serniki, śliwki w czekoladzie, wiśnie w czekoladzie, orzechy w czekoladzie… Oprócz śledzi i wątróbki w czekoladzie pasuje mi chyba wszystko. Wielbię konfiturę wiśniową własnej roboty (pół kilograma cukru na kilogram wiśni), a w szczególności na racuszkach z twarogu:

placki

Robię też wiśniowe, porzeczkowe i cytrynowe nalewki (pewnie niedługo coś o tym napiszę) z cukrem i miodem, ba, nawet do zalewy grzybków w occie dodaję miodu, a do kurek dorzucam parę goździków… A z leśnych jeżyn robię aromatyczny sok do herbaty, konserwowany wysoką temperaturą i oczywiście cukrem.

Jak widzę w sklepie cukier poniżej dwóch złotych, to biorę 10 kg, bo przecież zaraz będzie droższy. No i za jakieś trzy miesiące zastanawiam się, kto i dokąd mi ten cukier wynosi. Bo przecież NIEMOŻLIWE, żebym sama go zeżarła. Ale mój mąż, dla zachowania równowagi w naturze, jest bezcukrowy. No to nie wiem, mrówki jakieś?

Tylko wino czerwone, o dziwo, lubię wytrawne. Słodkiego nie tknę. Taka anomalia.

Moja waga od jakichś dwudziestu lat utrzymuje się na stałym poziomie. Jestem szczupła, normalnej budowy, nic mi nie wisi, się za mną nie ciągnie, niczego nie muszę upychać pod wymyślnie skrojonym ubraniem, a wagi łazienkowej używam głównie do ważenia psów, kotów i kozy (tzn. najpierw ważę siebie, a potem siebie z bydlęciem w objęciach i robię odejmowanie). Gdyby nie zwierzaki zapomniałabym chyba, ile w ogóle ważę. Albo więc mam dwie trzustki i jelito cienkie długości wykałaczki, albo nie wiem, gdzie idzie cały ten cukier i tłuszcze, które z wielkim upodobaniem spożywam.

Podobno wysiłek intelektualny potrafi być bardziej energożerny od fizycznego, ale nie oszukujmy się. Żeby mój bilans wychodził na zero, musiałabym wymyśleć penicylinę, dynamit i silnik Diesla. W ciągu jednego miesiąca. Trzy razy.

A podobno nic w naturze nie ginie. Pytam się więc gromkim głosem, gdzie są moje kalorie?!
Skoro nie mam ich NA SOBIE, na moim podwórku nie parkuje lśniąca limuzyna napędzana wodą i sterowana myślą mojego projektu, a na ścianie nie wisi Dyplom Uznania za opracowanie metody bezkosztowej zimnej fuzji, to wniosek nasuwa się jeden i to straszliwy: ktoś, albo coś, mi te kalorie kradnie. Ale tasiemiec? Od dwudziestu lat? Czy człowiek może tyle żyć z tasiemcem? Cholera, i znowu będę grzebać w internetach…

Wracając do cukru.
Chciałam zastąpić go ksylitolem, który ponoć choć słodki jak diabli, nie jest cukrem w ogóle, więc nie wymusza na trzustce gejzerów insuliny, ale… kochani Amerykanie MUSIELI zacząć kombinować, i zamiast ten ksylitol z poczciwej brzozy, jak wszyscy dotąd wysysać, jęli go ze swoich nieprzebranych zapasów kukurydzy gmo wyciskać. Przy skromnym udziale całej tablicy Mendelejewa i laboratorium NASA. Bo oni mają kukurydzów jak rydzów i teraz będą mieli powód, żeby uprawiać tego “nowego złota” jeszcze więcej.

Och tak, wiem, że stary dobry cukier też jest przecież rafinowany. Że nie wsypuje się go do papierowych torebek wprost z rozciętego na pół buraka. I że to Samo Zło. Ale jest to przynajmniej Zło dobrze znane i testowane na ludzkości od dawna, w przeciwieństwie do zalatującego pochodnymi ropy (a może zwykłą świnią) specyfiku z amerykańskiego mutanta, pomiotu Monsanto.

No to co? No to na pocieszenie budyń czekoladowy, z dodatkiem dwóch łyżek masła, trzech łyżeczek kakao (producenci budyniu strasznie skąpią!), garści rodzynek i orzechów laskowych. Na wierzch, po ostygnięciu, obowiązkowo czubata łyżka kwaśnej śmietany 18%.

P.S. Może w poprzednim życiu byłam KONIEM? I jako ten koń byłam całkiem do bani, kiepsko skakałam przez przeszkody, i nie dawali mi kostek cukru, więc teraz to sobie rekompensuję? Ihaa!

13 thoughts on “100% cukru w cukrze, czyli o jednym z moich nałogów

  1. Teresa Stachurska 29/07/2014 at 20:55

    Żeby tyć sam cukier może nie wystarczyć – http://www.stachurska.eu/?p=10999 . Można się doliczyć: dla diety wysoko0węglowodanowej – http://www.stachurska.eu/?p=9928 , dla wysokotłuszczowej – http://www.stachurska.eu/?p=3383 .

    • Ogon Wiewióry 31/07/2014 at 01:21

      Widzę, że Pani Stachurska zajmuje się głownie umieszczaniem linków. Chyba moderator powienien wlanąć bana. A swoją drogą Twoje artykuły, droga Tereso, są delikatnie mówiąc tendencyjne. Przeczytałam ich kilka i sugeruję nie siać takiej propagandy, bo mamy różne geny, różny metabolizm i możesz na kogoś sprowadzić nieszczęście. Co dobre dla Ciebie, nie musi być takie same dla innych.

  2. Teresa Stachurska 29/07/2014 at 20:57

    Przy okazji, przetwory owocowe z piekarnika – http://www.stachurska.eu/?p=14156 .

  3. kanionek 30/07/2014 at 14:46

    No tak, wspomniałam tylko o cukrze, ponieważ zaliczam go do grona nałogów i o tym był mój wpis. Ale nie tyję również od: smalcu, masła, śmietany 18% (a czasem 30%), grzybów w śmietanie, tłustej zupy na mięsie, majonezu w każdej ilości i prawie do wszystkiego, pizzy (teraz to już rzadko i od święta, ale pracując w korporacjach żyłam na fastfudzie) i wielu, wielu innych bomb kalorycznych. Taki organizm, taka nerwica, taka przemiana materii, taki urok. I żeby nie było, że jem 3 dkg śniadania i pół obiadu nigeryjskiej modelki. Jem dużo, często, lubię jeść i się tego nie wstydzę. Pozdrawiam, Anka.

  4. Teresa Stachurska 30/07/2014 at 15:41

    Od tłuszczu to się akurat przytyć nie da :) , fizjologia nie pozwala – http://www.stachurska.eu/?p=728 . Nadmiar tłuszczu organizm wydala tam gdzie król piechotą chodzi – tzw. biegunka tłuszczowa.

  5. ja 30/07/2014 at 18:11

    jest jakieś streszczenie? bo czytać mi się nie chce

    • calezyciezdebilami 31/07/2014 at 12:21

      Tak, jest streszczenie: cukier, cukier, lubie cukier.
      Jak ci sie nie chce czytac, ogladaj obrazki. To forma przekazu najbardziej przystepna dla ograniczonych umyslow.

      Do autorki bloga – ja co prawda nie lubie slodkiego, ale doceniam lekkie pioro ze szczypta autoironii. Tylko pamietaj, jak wymyslisz juz ten samochod napedzany trawa, czy czym tam, to nie idz z tym do mediow, bo moze Cie odwiedzic seryjny samobojca ;)Na ekologie maja monopol lobbysci z UE, a dopoki jest na swiecie ropa… Sama rozumiesz ;)

      • kanionek 01/08/2014 at 00:17

        Dzięki za streszczenie :D Ja się zawsze tak rozwlekam, jak jelita ofiary wypadku po asfalcie, a tu proszę, krótko i wszystko jasne. Jeśli wymyślę samochód napędzany trawą to nazwę go Koza2014. Tylko co on będzie z tyłu wyrzucał zamiast spalin, to lepiej nie roztrząsać…

        • Bo 20/10/2016 at 12:34

          Właśnie roztrząsać – na grządkach z zieleniną 😊

  6. Teresa Stachurska 30/07/2014 at 18:46

    Co tam streszczenie, billboard ponoć najlepszy. Poczekajmy…

  7. kanionek 30/07/2014 at 23:10

    Chyba mi jednak cukier zaszkodził, bo o co chodzi z tym billboardem? Tłuszczowa biegunka będzie się reklamować?? Koniec świata :-/

  8. Lena 19/08/2014 at 20:30

    Te Twoje kalorie to się do mnie teleportują! Ja ograniczam jedzenie, piję jakieś nasionka babki srapki, jem owoce, wieprzowiny wcale, dużo ryb, warzywa a t tak d..a się mi zrobiła gruba od 3 lat, a przedtem było ok. Się dużo ruszasz – to jest clou. Na powietrzu i na farmie za przeproszeniem, jest ciągły zasuw, tak myślę.

    • kanionek 19/08/2014 at 20:50

      Ha! To teraz pozostaje mi policzyć Tobie stawkę za moich kalorii zużycie! E tam. Są dni zasuwane, a są i ociągane. Zimą np. czasem trzeba odśnieżyć, albo węgla natachać, ale poza tym? Ja jednak obstawiam tasiemca.
      Wiesz co, uważaj z tym dietowaniem, bo się możesz rozregulować jak zegarek pradziadka, serio. Ja tu nie palnę wykładu z dietetyki, ale kiedyś się tym bliżej interesowałam, i jest taka teoria mówiąca, że trzeba jeść „normalnie”. Nie katować mózgu dietą i ograniczeniami, bo się zestresuje. Pewnie, jeśli ktoś waży 150 kg i ma problem zawiązać sznurowadła, to coś trzeba z tym zrobić, ale parę kilo w tą, czy tamtą? Samo przyszło, może samo przejdzie? C’est la vie!

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa