Ja cie kręce gdzie moje ręce, czyli o zaskrońcach w kompoście

Zaskrońce w kompoście – brzmi jak przepis kulinarny od Beara Gryllsa.

Dziś jest podobno ostatni dzień przed falą upałów 50 stopni Celsjusza (czyli całe dwa dni, każdy po 25 stopni), chciałam więc go wykorzystać na prace ciężkie. Bo w upał wymiękam, jak paczka fajek w kieszeni robotnika. Na pierwszy rzut miało iść przerzucanie zawartości kompostownika. Taka ogrodowa dyscyplina sportowa, bo ogrodnicy najwyraźniej się nudzą i oprócz standardowej roboty, musieli sobie jeszcze sport wymyślić. Podobno nieprzerzucany regularnie kompost się rozleniwia i nie chce się szybko rozkładać. Dziwne, bo jak ja się porządnie rozleniwię, to proces rozkładu idzie ino świst. Ja się rozkładam (gdzie popadnie), robota leży, mąż rozkłada ręce, rozkłady jazdy… A nie, u mnie nie ma. Do lasu nic nie dojeżdża, nawet do kupy złożone, a co dopiero rozłożone. No ale do rzeczy.

Idę więc do miejsca składowania odpadów organicznych, wbijam widły w kupę (przepraszam, ale na miano choćby pagórka, to trzeba sobie zasłużyć, a kompost to zwyczajnie kupa różnych takich, co się mają rozkładać), a tu z wcześniej niezinwentaryzowanej dziury obok kawałka cebuli – wypełza zaskroniec. Najpierw kawałek wypełzł, więc czekałam na resztę, żeby się upewnić, że go widłem nie dziabnęłam w wątrobę. On za to chyba czekał, aż wsadzę se te widły w oko i po prostu pójdę, ale się nie doczekał i przeszedł do ofensywy. Jak wylazł cały! Jak zaczął syczeć! A ogonem wywijać i bić o tę cebulę! Czyli dał wcale popisowy szoł pod tytułem “jestem żmija, dam ci w ryja”, no ale że rąk nie miał, to nie dał. Żmiją też nie był i oboje o tym wiedzieliśmy. Ja gady uwielbiam, wszystkie (tak, tak, męża też), i tak, wiem że “uwielbiam” to infantylne określenie, ale co mam napisać – od dzieciństwa pałam gorejącą sympatią i nieustającym szacunkiem obdarzam? “Uwielbiam” jest prostolinijne i jak w pysk dał odzwierciedla moje względem gadów uczucia. Jak widzę gada, to dzióbek mi się sam robi. Ale do post scriptum.
Jak już mu się dobrze przyjrzałam, w kartę pacjenta wpisałam “brak obrażeń zewnętrznych, ale cały pacjent obrażony”, odstąpiłam się nieco od kupy i pozwoliłam mu się oddalić z poczuciem wyższości wygranego.

No i ten zaskroniec uratował moje wątłe bary i nadgarstki przed przeciążeniem, bo raz: jeśli w kupie siedział, znaczy w kupie ciepło, a tak ma być w prawidłowo pracującym kompoście. A jak coś prawidłowo funkcjonuje, to chyba trzeba politykiem być, żeby się pchać i zepsuć. Więc się nie pcham psuć, widły w kąt. Po drugie, jeśli jeden siedział, to w środku może być ich więcej. Mogą być złożone jaja, a tymi widłami to bym im zrobiła jajecznicę. Nakryłam kupę od wierzchu, czarną, przewiewną płachtą agroszmaty i kompost ma spokój do listopada.

A że zawsze są jakieś obrazki, oraz że widłami jeszcze nikt porządnego zdjęcia nie zrobił, to pod spodem kilka fotek z moich starszych zasobów. Te tłuste, zadowolone z siebie osobniki, to wszystko wakacyjni lokatorzy naszej drewutni:

zaskroniec w drewutni2

zaskroniec w drewutni1

zaskroniec mały3

zaskroniec

I skoro w ogóle na węże spełzło, to na koniec poprzynudzam mentorsko i w obronie środowiska naturalnego. Ludzie, nie zabijajcie węży, bo są pożyteczne, bo nic Wam nie zrobią, bo nawet bociany je lubią (co prawda jeść, ale zawsze), bo najczęściej jak ktoś wrzeszczy “żmija!”, to widzi “gupiego” zaskrońca, albo jeszcze lepiej – padalca, który w dodatku nie jest wężem, tylko jedyną w Polsce beznogą jaszczurką. No i pomyślcie, jaki pech. Bez nóżek, bez rączek, a człowiek go jeszcze kijem po głowie… No miejcie litość :)
Dziekuję.

Maleńki padalec (pełno ich było na podwórku, ale odkąd mam kury, to jakby, ekhem, populacja się zmniejszyła):

padalec

A to jest żmija nad naszym stawem. Odmiana melanistyczna, czyli czarna bez zygzaka.
Zrobiłam kopę zdjęć i wyszłam z tego zębem jadowym nienadszarpnięta, aczkolwiek osobom nieznającym się na żmijowych strategiach obrony sesje takie stanowczo ODRADZAM. Żeby nie było, że taka jedna w internetach wszystkim polecała, a trup ścielił się grubym kobiercem.

żmija nad stawem2

żmija nad stawem

“Black Adder, Black Adder!

He rides a pitch black steed.

Black Adder, Black Adder!

He’s very bad indeed.”

(wierszyk powyżej, w oryginale będący piosenką, to własność intelektualna twórców serialu Czarna Żmija; ja tylko cytuję, proszę mnie nie brać do więzienia, bo wszystkich zanudzę swoim ględzeniem)

7 thoughts on “Ja cie kręce gdzie moje ręce, czyli o zaskrońcach w kompoście

  1. Fredzia 17/08/2014 at 23:38

    Witam
    ja w sprawie gadziej porady. Jak szybko i bezbolesnie odroznic zmije od zaskronca? I to bez koniecznosci nawiazywania bliskiego kontaktu. Tak z wysokosci 170 cm i przy krotkowzrocznosci.
    Pozdrawiam
    Fredzia

    • kanionek 18/08/2014 at 00:26

      Zaskroniec ma żółte plamy po bokach głowy, “za skroniami”, stąd nazwa. Widać je na moich zdjęciach. Jeśli wąż, na którego patrzysz, nie ma żółtych plam, to wciąż i tak może być czymś innym, niż żmija (węże Eskulapa juz chyba w Polsce wyginęły, ale zdarzają się jeszcze np. gniewosze plamiste). “Wężem” często okazuje się padalec, który jest jaszczurką… W sumie jest prosta zasada, jeśli nie znamy się zbyt dobrze na wężach – nie ruszać :) One najczęściej nie chcą mieć z nami nic do czynienia i jeśli damy im taką możliwość, oddalą się czym prędzej. Zaskrońce są piękne i oczywiście niejadowite, ale mają inne narzędzie obrony, gdy próba ucieczki zawiedzie. Złapane w rękę, oprócz tego że syczą i próbują nas dziabnąć, wyrzucają z kloaki tak potwornie cuchnącą ciecz, że nikomu nie życzę testować :))) Ja oczywiście przetestowałam w celach naukowych. Rynsztok w średniowiecznym Paryżu nawet nie ma co startować do tego ODORU. Gnijące zwłoki już prędzej :)

  2. Fredzia 18/08/2014 at 09:57

    Dziekuje :-)
    Niestety gadziny nie lubie. Pajaki toleruje, gryzonie nie robia na mnie wrazenia, ale weze budza strach. I nie zamierzam ich zabijac, chodzilo mi o wiedze przed czym trzeba szybciej uciekac ;-)
    Czy to prawda, ze zmija potrafi wystawic leb jak kobra?
    Pozdrawiam
    AS

    • kanionek 18/08/2014 at 11:25

      Potrafi w konfrontacji z przeciwnikiem unieść spory kawałek tułowia pionowo w górę i przybrać pozycję “na kobrę”. I z tej pozycji zaatakować. Piękny widok. W porównaniu z kobrą żmija jest mała. UCIEKAĆ NIE TRZEBA, naprawdę. Jeśli niechcący wejdziemy niezidentyfikowanemu wężowi w drogę, wystarczy się lekko cofnąć, by nie czuł się zagrożony. Wtedy sam weźmie nogi za pas, a my sobie popodziwiamy z daleka :) Wiem, że nie chcesz ich zabijać, a niechęć doskonale rozumiem. Mam tak względem robaków z nogami. Dżdżownica jest OK, buczący zielony chrabąszcz to ZGROZA. Uciekam na oślep, niestety wrzeszcząc jak opętana, ku uciesze gawiedzi :-/

      Pozdrawiam,

      AM

  3. Lena 19/08/2014 at 21:20

    A ja chrabki w dzieciństwie zbierałam w maju do butelek, pająki powodowały we mnie histerię, a wszelkie gady zamieniają mnie w żonę Lota, która jednakowoż się przemieszcza tyłem jakimś moonwalkiem /któtko, potem się odwracam i spadam bardzo szybko/.A kiedyś pracując w firmie mieszającej lakiery samochodowe zrobiłam sobie lakier na malucha z 12 składników koloru żuków w lesie /nie gnojarka/. Piękny był jak te żuki…

  4. KaLorka 29/10/2014 at 03:25

    Na wężach nie znam się zupełnie, jedyny znany i bliski mi wąż – wąż w kieszeni mojego męża , który czasami się budzi z letargu. Natomiast na poparcie Twojego toku myślenia o kupie kompostu przytoczę tu powiedzonko mojego mechanika samochodowego, który twierdzi , że ” nie rusza się gówna póki nie śmierdzi i nie naprawia się samochodu, póki się wyraźnie nie psuje”.Pozdrawiam

    • kanionek 31/10/2014 at 00:12

      Coś w tym jest. Istnieje jeszcze takie prawo, które mówi, że prowizorki żyją najdłużej i faktycznie, często mi się to sprawdza :D
      Mój ojciec miał takiego węża w kieszeni, że aż musiał kieszenie powiększać. Mój mąż też nie należy do rozrzutnych, chyba dlatego, że niewiele mu do szczęścia potrzeba (w końcu ma mnie, buhaha!), a w związku z tym, że obecnie klepiemy taką małą biedę z kosą, to i ja musiałam sobie tyciego zaskrońca w kieszeni wyhodować ;) Mnie zawsze intrygowali ludzie, którzy gromadzą miliony dolców tylko po to, by te wszystkie zera codziennie liczyć. Być może to też jakaś forma nerwicy…

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa