Dyrygent strzela z batuty, czyli ruskie porno i film przyrodniczy

“(…)
Byłem Faustem… i byłem Prometeuszem…
Porównywałem pyłek wiedzy
Z wszechświatową górą tajemnicy.
I wydzierałem ogień niebu,
aby go nieść swoim braciom…
I ten ogień okazał się robaczkiem świętojańskim,
który świeci – nie oświecając
i pali się – nie rozpalając…
(…)”

KAT, “Delirium tremens”, z albumu “Ballady”, 1994

“Welcome to Costco, I love you”
Gość witający klientów hipermarketu, “Idiocracy”, 2006

 

Sama już nie wiem, może jednak umieszczenie zdjęcia cycków Tradycji było błędem, bo od kilku dni jedną ze stron odsyłających na mojego bloga jest rosyjska witryna porno. Czo te ludzie…?

Wiecie, że kozy są dziwne? I zupełnie nieprzewidywalne? I każda jest inna. I szału można dostać. Tematem wstępu do niniejszego odcinka koziej sagi będzie woda. Z lektury wynurzeń amerykańskich posiadaczy kóz dowiedziałam się, że koza wypija średnio PRZYNAJMNIEJ jeden galon wody dziennie. Zwłaszcza zimą, gdy do koziej mordy trafia głównie suche żarcie (siano, zboże, słoma itp.), bo latem potrafią oblecieć na zielonym. Po tym jak ustaliłam, że amerykański galon nie jest równy angielskiemu galonowi, a w dodatku galon amerykański dzieli się na galon do płynów i galon do ciał sypkich (i różnią się w objętości o jakieś 0,7 litra), dotarła do mnie straszliwa prawda. Moje kozy są wielbłądami, gdyż galon, wszystko jedno jaki, owszem wypijają, ale w tydzień, i nie na głowę, a na cztery.

W okresie letnim, gdy kozy miały stały dostęp do stawu i zbiornika na deszczówkę, nie przejmowałam się faktem, że codziennie rano tylko wylewam pełną michę wody wymieniając ją na świeżą. Ot, myślałam sobie, kozy są jak psy – z kałuży woda smakuje lepiej. Gdy powierzchnia stawu zamarzła, sprawdzałam stan wody w misce w koziarni dwa razy dziennie, na wypadek, gdyby trzeba było dolać. Okazało się jednak, że wielbłądy wolą pić wprost z przerębli wyrąbanej w lodzie na powierzchni zbiornika z deszczówką. Codziennie więc rozbijałam lód, a gdy już za głęboko było im się schylać, przelałam resztę deszczówki do butelek plastikowych i tę właśnie wodę od jakichś dwóch tygodni im serwuję. W misce zawieszonej w koziarni. I dupa. Ubywa niezauważalnie, może z pół litra dziennie, a reszta wody traktowana jest jak materiał na zupę z gówna i słomy.

Zmieniam wodę rano i wieczorem, za każdym razem spodziewając się, że kozy przybiegną do tej czystej, świeżutkiej wody Z WDZIĘCZNOŚCIĄ. Nie przybiegają. Myślałam, że może nie łapią triku z wymianą, i na wszelki wypadek to JA biegałam za nimi z michą, podtykając im wodę pod nos, ale patrzyły na mnie jak na wariatkę, którą być może jestem. No to czepiłam się myśli, że widać wody zawartej w codziennej porcji warzyw im wystarczy, ale szybko sobie obliczyłam, że wypadają dwie marchewki, pół dużego jabłka, jedna czwarta buraczka i ze 30 dkg kapusty na głowę. No nie wycisnę z tego 3,75 litra wody, które normalnie wypija porządna, amerykańska koza. Polskie kozy zresztą wcale nie gorsze – jedna pani serwuje dwa wiadra dziennie dla trzech kóz, inna nie liczyła, bo tylko do dużej wanny im dolewa, ale na oko widać, że sporo schodzi. Mnie schodzi jedynie czas na bezskutecznym rozmyślaniu – ki diabeł?

I teraz pewnie spodziewacie się, że nastąpi wyjaśnienie zagadki, odkryte zostanie jakieś tajemnicze źródło wody, w którym moje kozy uzupełniają życiodajny płyn i tak dalej. Nie nastąpi. I od razu mówię, że śniegu nie żrą, bo śniegu też nie ma. Moje kozy po prostu wody nie piją i już! Nie potrzebują. Wyrwały się z jarzma hydroniewoli, przeszły kosmiczną transformację, czerpią manę ze słońca, a Tradycja w wymieniu przechowuje zapewne benzynę, bo do produkcji mleka potrzebowałaby jednak tej głupiej wody. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie próbowała ich uszczęśliwić wodą na siłę lub podstępem, prawda. Wyczytałam więc, że niektóre gospodynie, by poprawić i uatrakcyjnić zwierzętom smak wody np. wodociągowej, dodają do niej jeden chlust octu jabłkowego, a że mam jeszcze kilka chlustów takiego słabego octu własnej produkcji, to postanowiłam spróbować.

Obawiając się jednakowoż, iż znikoma ilość rzeczonego octu nie wpłynie znacząco na walory smakowe wody dla kóz wybrednych, poszłam o krok dalej i zaserwowałam królewnom gar wody pozostałej po gotowaniu ziemniaków dla kur, ze wspomnianym wcześniej chlustem. I co powiecie? Pierwsza do gara podeszła Bożena, zaciągnęła zapach w nozdrza i nagle buch! – prawie cały łeb w wodę włożyła, ciągnąc tę wodę pyskiem, nosem i wchłaniając śluzówką oka. Pociągnęła prawie dwa litry bez wynurzenia! Irena, tak na oko, zassała około pół litra, Tradycja już skromniej – może chińską filiżankę, a Andrzej umoczył brodę, pociągnął łyczek, parsknął i tyle. No cóż, każdemu według potrzeb, grunt że pierwszy raz od bardzo dawna widziałam na własne oczy, jak moje kozy piją. I już knuję szalone plany na przyszłość – może kompocik z suszu? Napar z nagietka? Herbatka ziołowa?

Pogoda ostatnio słoneczna i czysta niczym kolekcja kryształów na regale teściowej, ale co z tego, skoro w nocy minus osiem, a w dzień zimny wiatr rzuca się do twarzy i odgryza palce. Z kuchennego okna mam widok na wiecznie zieloną, iglastą część lasu, więc gdy tak sobie słońce świeci, mienią się tęczowo wesolutkie Rosoły gmerające ochoczo w bladozielonej trawie podwórka, to się człowiekowi pory roku mogą pomylić i do kuriera, co przywiózł czarny słonecznik dla kóz, człowiek może wylecieć w klapkach, dżinsach i koszulce. I potem musi udawać, że tak właśnie miało być i w ogóle – JAKI MRÓZ, proszę pana?

No ale słonecznik! Słonecznik czarny niełuskany, proszę Państwa, to jest hit i strzał w strzałkę. Nie dość, że wszystkim smakuje, to Andrzej po słoneczniku skacze jak pchła z ADHD i to nie że tak o, w powietrze skacze jak piłka bez sensu. On skacze na WSZYSTKIE kozy po kolei, zapędzając je w kozi róg i na pochyłe drzewa. No bo one jednak, niestety, nadal nie podzielają jego erotycznego entuzjazmu, NAWET po słoneczniku. Bożenę wymęczył do tego stopnia, że stała się rzecz niesłychana – zamiast zwyczajowo przyłożyć Andrzejowi z bańki, Bożena z żałosnym bekiem przyleciała się za mną schować. A może po kilku ostatnich potyczkach dotarło do niej, że Andrzej ma już rogi grubsze, niż jej tylne nogi.

To może jeszcze dodam, że choć nadal nie wiemy na pewno, czy Andrzej umie strzelać, a jeśli umie, to czy przypadkiem nie strzela ślepakami, jedno wiemy już na sto procent. Ma Z CZEGO strzelać. Skąd wiemy? Bo się pochwalił… Nie będzie rysunków, ani tym bardziej zdjęć (bo wiadomo, gdzie jest aparat fotograficzny gdy go najbardziej potrzeba), ale powiem Państwu, że gdy pewnego wieczora, podczas jednej z moich codziennych sesji nasiadowych z kozami, Andrzej stojący na ławeczce znienacka dobył miecza, świsnął batutą, okazał dowód tożsamości, to mało z wiadra nie spadłam. Nie powiem Wam, co zrobił później, bo to jednak może się okazać niesmaczne. No w każdym razie park maszynowy ma wyposażony, utrzymany w dobrej kondycji i osobiście przeprowadza eee… przeglądy techniczne.
I oczywiście małżonkowi zaraz opowiedziałam, co to ja nie widziałam, a on mi na to spokojnie, że przecież od początku mówił, że z Andrzeja będzie DEMON, bo dobrze mu z oczu patrzyło.

A jeśli macie już dość rzeczy obrzydliwych na jeden raz, to nie oglądajcie poniższego zdjęcia, bowiem prezentuję na nim obiecaną w komentarzach “krew na krawędzi”. Prosz:

krew w koziarni

Co więcej – wiem już, czyj jest glut, bo dziś Irena miała zaschnięty ślad na – powiedzmy – tyłku. Dobrzy ludzie na kozim forum powiadają, że takie krwawe gluty mogą się zdarzyć po przebytej rui, więc odetchnęłam z ulgą, że nie Ziokołek i nie poronienie. A w Ziokołku znów wymacałam obracające się sanki, no ale wiadomo – takie rzeczy się długo trawi ;)

I ponieważ co jakiś czas prezentuję fotki z koziarni, takie jak na przykład ta:

świnki trzy

Czy ta:

i wilk zły

A jestem osobą zakompleksioną i lubiącą się tłumaczyć, to MUSZĘ Wam powiedzieć, że ja również ubolewam nad faktem, JAK TE ŚCIANY WYGLĄDAJĄ. I gwoli przypomnienia, w maju koziarnia wyglądała tak:

koziarnia1

Więc chyba widać wyraźnie, że to nie moja wina, że te niedobre kozy zdemolowały sobie chatę? Tu sobie kopytkiem pogmerają, tam rogiem stukną, wzdłuż ściany bokiem przejadą, albo zwyczajnie krawędzie murków obgryzą, choć przecież dostają wapno do żarcia. A z renowacją trzeba czekać, aż nadejdą dni suche i gorące, żeby stajenny mógł się zerwać skoro świt, kozy na wypas wypędzić, drzwi od strony wybiegu zamknąć, ściółkę i ruchome elementy wyposażenia wynieść, obskoczyć z pędzlem i wiadrem wapna wszystkie ściany, poczekać aż dobrze wyschną, świeżą ściółkę załadować i jeszcze przed zachodem słońca kozy wpuścić. Nie wiem, nie wiem jak ja tego dokonam, bo przed przyjazdem Tradycji mogłam się bawić i upiększać wszystko przez tydzień.

PS. Taki mały apdejt. Delikatny, choć aromatyczny napar z majeranku, wzmocniony nutą bazylii i łyżeczką miodu na 5 litrów wody to NIE JEST to, co kozy lubią najbardziej. Następna w kolejce mięta i rumianek.

PPS. I już myśleliście, że filmu nie będzie, a tu proszę:

Irena Koza i Pani Bożena z Gazowni przedstawiają film dokumentalny o Gupiej Królewnie i Irytującym Rycerzu. A tak naprawdę, to film o niczym, bo nic się na nim nie dzieje – po prostu sześć minut z leniwego życia kóz Wam nagrałam. Jakość filmu taka, jak zawsze – nic nie widać, za to słychać całkiem nieźle, więc jeśli jesteście w pracy to nie zapomnijcie o wyłączeniu dźwięku ;)

A i jeszcze jedno. Kotek chciał Wam powiedzieć, że weźcie nie ściemniajcie, żadnych bocianów jeszcze nie widać. A Gonzales leży jak dętka na tym filmie, bo nocą ukradł i zeżarł cały kawał słoniny, który Kanionek wywiesił dla sikorek. Kotek nie jest podłym donosicielem, ale Gonzales nie zna się na savoir vivre i w ogóle jak to tak – żeby się z kumplem nie podzielić?

gdzie te bociany

1 79 80 81 82 83 164