Knocik, Pecik i jedenastu Kurokezów, czyli unosząc zad z okazji urodzin

Wieczór dziewiętnastego lutego, malinowy zachód słońca, pierwszy komar w szklarni i przebiśniegi za płotem. Czyżby to już, już niedługo? Zdyszana po kilkunastu kursach ze słomą, tacham pięciolitrowy garnek z jeszcze ciepłą herbatką miętową do koziarni.

–  Daj sobie spokój – mówi Bożena.

–  Co? – odstawiam ciężki garnek na kozią ławkę, jednocześnie strofując się w myślach, że przecież nie “co?”, tylko “słucham?”, no ale one mnie zawsze tak zaskoczą z tym swoim gadaniem, że zapominam o dobrym wychowaniu.

–  Pstro! – chichocze Irena, zadowolona, że udało jej się zemścić za moją niegdysiejszą odzywkę.

–  Daj sobie spokój z tymi naparami – Bożena, oaza spokoju.

–  No ale że co – że niedobre? Przecież wam smakowały. Niektóre. – poprawiam opadającą na oczy czapkę.

–  No smakowały, – Bożena podchodzi do garnka – ale naprawdę, nie trzeba. Co to dzisiaj – mięta? Ale jakaś importowana chyba, nie nasza?

–  No nie nasza, – skąd Bożena zna takie słowa jak “import” to już przechodzi moje pojęcie – bo nasząście przecież już zjadły.

–  “Nasząście…” – nabożnym szeptem powtarza Andrzej, który wciąż jeszcze patrzy we mnie jak w obrazek i wierzy, że jeśli coś mówię, to to jest ważne i trzeba zapamiętać.

–  A niech nosi! Jak lubi! – wydziera się Irena z poprzeczki nad żłobem. – Póty. Dzban. Wodę. Nosi… – wystukuje kropki kopytkami i zawiesza się na chwilę, bo nie ma bladego pojęcia ani jak kończy się to przysłowie, ani co ono oznacza.

–  Zamknij się, Irena. – Bożena rzuca jej jedno z tych spojrzeń, od których cycki się marszczą, a kopyta dostają ciężkiego ochwatu.

–  Póty. Dzban. Wodę. Nosi. – szeptem stuka zafrasowana Irena, zawróciwszy już na poprzeczce.

“Póki mu koza ucha nie odgryzie” – kończę w myślach przypominając sobie, jak to ostatnio Bożena zapomniała się w swych pieszczotach i omal nie urwała mi prawej podpórki pod okulary. – To dlaczego nie chcecie? Nagietka wam mogę zaparzyć, z kropelką soku z cytryny i…

–  Serio, nie trzeba – kręci rogami Bożena. – My to pijemy, żeby ci nie było przykro, ale tak naprawdę nie potrzebujemy.

–  Aha… – przysiadam nieco oklapła na koziej ławce, wpatrując się w importowanej mięty toń.

–  No już, już, – Bożena ociera pysk o moje kolana – nie smuć się. Bardzo doceniamy, naprawdę – dodaje i łypie na mnie tym wielkim okiem.

–  A powiedz mi, Bożena, macie wy może jakichś kanaryjskich przodków? – pytam z nieskrywaną nadzieją, drapiąc paznokciem w uchwyt garnka.

–  Może mamy, może nie… Kiedyś zaśpiewam ci pieśń mojego ludu – Bożena mruga do mnie szelmowsko, na co nie sposób się nie uśmiechnąć.

–  Póty. Dzban. Wodę. Nosi. – Irena ma już uszy czerwone z intelektualnego wysiłku.

–  Wystaw rogi na pierogi!!! – wrzeszczy znienacka Andrzejek, któremu najwyraźniej słonecznik przedostał się wreszcie do systemu, i zaczyna biegać w kółko, zarzucając zadem jak byk na corridzie.

–  Nie wiem o co wam chodzi, bardzo smaczna miętka – mruczy sobie Tradycja, a krople zielonkawego naparu kapią z jej brody wprost na moją wietnamską kurtkę. Mój cyrk dnia codziennego.

mięta i konstrukcja

Spostrzegawczy zapewne zauważyli, że w koziarni pojawiły się nowe elementy zakrawające na konstrukcję. Tak, spędziliśmy dziś trzy godziny na montażu tych pionowych słupków, a jutro domontujemy do nich poziome żerdzie, i tym sposobem koziarnia zostanie podzielona na dwie części – salon i porodówkę. Albo karcer, to zależy od okoliczności.

kącik przemyśleń

Ta część koziarni, zazwyczaj niewidoczna na zdjęciach, to dawny chlewik o rozmiarach 3,5 na 2,5 metra. Oryginalne drzwiczki od chlewika też udało nam się odnaleźć, obecnie dosychają sobie na słońcu, i po wymianie jednej czy dwóch spróchniałych desek drzwiczki zawisną na zardzewiałych (zapewne z tęsknoty) acz solidnych zawiasach. Nie, nie udało mi się przekonać małżonka, że Tradycja jest w ciąży. Po prostu uznał, całkiem rozsądnie, że dopóki nie zrobimy tej porodówki, to będę mu truć i jęczeć. Zachodziło też ryzyko histerii, więc sami rozumiecie.

No i zaczęliśmy od tego, że z drewutni trzeba było wytargać długi na prawie cztery metry pień świerkowy i podrzucić go koziołkom do okorowania:

już prawie okorowany

Później pomierzyć, pociąć i zamontować. Proste. Podział obowiązków przy tego typu pracach też mamy prosty – małżonek robi, a ja staram się zawsze:

  • stanąć ze złej strony (i jeśli się da – zasłonić całe światło)

  • podłączyć wyrzynarkę zamiast wiertarki

  • nie zmienić wiertła

  • nie wyłączyć udaru

  • upuścić nasadkę od śrubokrętu wprost w odmęty ściółki

  • nadepnąć na święty kabel

  • puścić coś, co miałam trzymać

  • gapić się jak sroka w gnat i nie przewidzieć kolejnej czynności

Ale dzisiaj trochę się postarałam i wkręciłam dwanaście wkrętów, z czego trzy krzywo i w dodatku złą końcówką (zaraz skasujesz gniazdo, Kanionek), oraz obrzępoliłam wyrzynarką kilka przeszkadzających gałązek (nie mogę na to patrzeć, Kanionek) i wywierciłam jedną dziurę pod jebitny gwóźdź (zapchasz sobie to wiertło, Kanionek). Ostatecznie wszystko się udało i nic nie zginęło, a jutro ciąg dalszy budowy.

Tymczasem mam jeszcze kilka sielskich fotek tego, co zawsze, więc zamieszczam.

wyścig do ostatniego zielonego liścia

koza bez głowy

dwa Rosoły

luty na wypasie

o czym szumią okorowane wierzby

w mięsnym

Wpuściłam kurczaki do ogrodu, żeby sobie wyskubały resztki jarmużu, ale jak tylko odkryły że pod grubą warstwą śmiecia i ściółki są ŻYWE dżdżownice, to zaraz zrobiły mi z ogródka wykopaliska i teraz mam kilkanaście lejów po bombie do zagrabienia na równo. Rozochocone smakiem wiosennego mięsa polazły też do koziarni i w poszukiwaniu robaków (żywiących się betonem) przewróciły ściółkę do góry nogami, a proszę pamiętać, że ściółka w koziarni na tym etapie zimy ma trzy warstwy: czarną na samym dole, brązową w środku i tę suchą, jasnożółtą na wierzchu. Warstwy niczym nie niepokojone mają się świetnie i dopóki równowaga w ich ekosystemie nie zostanie zakłócona, nie emitują przykrego zapachu do atmosfery. Co innego, gdy banda półdzikich wojowników w czerwonych pióropuszach zrobi ściółce przeszukanie komornicze – wtedy ściółka zaczyna intensywnie oddychać i zdecydowanie emitować, a stajenny ze łzami w oczach to wszystko później musi zagrabić, uklepać, i na wierzch bogato pościelić suchą słomą, co go kosztuje kilkanaście kursów z koziarni do garażu i z powrotem.

A na koniec nie będzie żadnych więcej narzekań, tylko dobre wieści i baloniki. Otóż po pierwsze – Antoni próbuje wstawać. Próbuje. Wstawać! Że tak posłużę się stylem ekspresji Irenki. Wygląda to tak, że gdy pełznie, albo klęczy przy misce z wodą, próbuje unieść zad do góry i proszę Państwa – zad unosi się coraz wyżej. Dziś na podwórku, uzbrojony w podwójne skarpetki, wylegiwał się Antoni na słoneczku. I w pewnej chwili tak się zdenerwował na nadjeżdżający samochód leśniczego, że wstał prawie całkiem! Co prawda tylko na chwilę, a tylne łapy były w pozycji na “X” i palce skierowane do tyłu, ale liczy się fakt. I w takich chwilach utwierdzamy się w przekonaniu, że nie czas na wózek inwalidzki – Antoni ma ambicję i motywację, a wózek mógłby mu je odebrać. I oczywiście proszę jeszcze nie spadać z krzeseł i nie szastać sztuczną szczęką – proces powstawania Atosa z popiołów niewątpliwie jeszcze trochę potrwa. Zezwalam natomiast na popiskiwanie z radości i zaciskanie kciuków na granicy odcięcia sobie krążenia ;)

A teraz baloniki i trąbka i serpentyny i ciężarówka brokatu wysadzona dynamitem – Szanowni Państwo, już niedługo, bo 23 lutego, Piękna Łabędzica obchodzić będzie swe pierwsze urodziny! Kilo marchwi, paczkę suszonych śliwek, suchy chlebek z kaloryfera i inne takie jadalne majtki, można przesyłać na adres:

Tradycja Ziokołek-Pecik

Kanionkowo 1

00-666 Koniec Świata

(Idź pan z tym akordeonem! Rany boskie, mówiłam “bez świeczek”. Tradycja, proszę natychmiast wypluć knocik! I przeprosić.)

PS. Byłabym zapomniała. Dla tych, co lubią widoki z góry – niespodzianka z gatunku “wytęż wzrok i znajdź dom z oborą i kałużą stawu”:

nasz dom

1 78 79 80 81 82 164