Niewolnica Kozaura, czyli jak dać kozie wszystko, a jednocześnie wszystkiego nie stracić

Co je koza? Czy to prawda, że koza zje wszystko? Ano, niestety, prawda. Tyle tylko, że nie wszystko co koza zje, kozę wyżywi. Z produktów o znikomej wartości odżywczej, acz jadanych przez kozy, mogę wymienić np.: strzępek firanki, niebieską farbkę, pół świerkowej szyszki, pajęczynę, kolorowe piórko kurze… W swych dietetycznych eksperymentach moja koza posunęła się nawet do próby ustnego (pyszcznego?) wydepilowania łydki mojego męża. Próba zakończyła się niepowodzeniem, gdyż mój mąż nie jest wielkim fanem depilacji u mężczyzn. Poza tym, jak stwierdził, jego potrzeby w zakresie odczuwania bezsensownego bólu w zupełności zaspokaja kot, któremu zdarzają się nieudane skoki “na kolanka”, wspomagane głębokim zatopieniem pazurów w udo właściciela kolanek.

Koza moja nie jest więc wybredna co do dostępnych jej składników pokarmowych, za to ma jedną przywarę: nie lubi jadać w samotności. Nie dla niej kontemplacyjne przeżuwanie trawy w filozoficznym odosobnieniu. Moja koza raczy jadać tylko w towarzystwie, najchętniej ludzkim. Od biedy mogą być jeszcze psy, ale to nie to samo. Przy człowiekach wszystko smakuje lepiej, choćby zwykła trawa, nawet dwa dni wcześniej skoszona, pożółkła i przywiędła. Gdy zaś przyjdzie jej pasać się w samotności, to choćby rosły wokół marcheweczki w różanym sosie, koza za nic je ma i nimi gardzi. Podepcze prędzej, lub kozim nawozem splugawi, a do wydętych w grymasie buntu usteczek nie weźmie – taka właśnie z niej bestia towarzyska.

<koza z Atosem

Mamy więc wszystkożerną kozę. Kozę wymagającą nadzoru lub uwięzi. Tego drugiego koza nie cierpi. Zamknięta na prawie stumetrowym wybiegu beczy smętnie i przeciągle, w nieutulonym żalu skubiąc od czasu do czasu, tak tylko na pocieszenie, listki z jabłoniowych lub śliwowych wilków (które jej tam specjalnie przynoszę i które w towarzystwie – rzecz jasna – uwielbia, ale w samotności uwielbia znacznie mniej), a już uwiązu zwyczajnie nie toleruje i przypięta do palika kładzie się demonstracyjnie w soczystej trawie, oczyma pełnymi koziej melancholii wodząc za jaskółkami na niebie. Z głodu bynajmniej jednak nie padnie, ponieważ wieczorem nadrabia braki żywieniowe wyjadając owies serwowany w koziarni. Nie o to jednak przecież chodzi, żeby w pełni sezonu na zielsko koza opychała się skąpym w witaminy i inne dobroczynne związki owsem, prawda? Z troski więc o zdrowie i kondycję Jej Waszmości Tradycji, łącząc przyjemne z pożytecznym, zabieramy kozę i resztę ferajny na dwukilometrowe spacerki w lesie. Leśnym duktem, ubitym przez zwożące drewno pojazdy mechaniczne, leci w iście cyrkowych podskokach koza, przed nią forpoczta psów uzbrojonych w kagańce, potem my, dostojnym krokiem ludzi w średnim wieku, a na samym końcu kot Gonzales, który idzie z nami ZAWSZE, choć nikt mu nie każe. Kot Gonzales trzyma się zazwyczaj jakieś 20 metrów za nami, miaucząc smętnie, jakby narzekał na swój pielgrzymi los, ale idzie. Codziennie. Bez względu na ilość przebytych kilometrów idzie i wraca razem z nami. Gonzales, co warte zaznaczenia, nie miauczy jak inne koty. Wersja stacjonarna jego miauczenia brzmi jak dwukrotnie powtórzona samogłoska “e” w wysokiej tonacji, a wersja pielgrzymowa – już bardziej zbliżona do naturalnych kocich odgłosów – to “miou”. Miou, miou… Miou ci ja spokój w domu, ale musiou iść na ten spacer, a łapki takie krótkie, miou, miou…

koza na spacerze

Koza w lesie ma wszystko, czego kozia dusza pożąda: ziółka wszelakie, pędy malin i jeżyn, choineczki skrzypu polnego, pyszne kwiatostany łubinu (nie próbowaliśmy, wierzymy kozie na słowo):

koza łubin

koza na spacerze 2

koza na spacerze 3

no i jeszcze… pomarańczową glinę. Nie wiem, co jest w tej piaszczysto-gliniastej rudawej mieszance podłoża organicznego, ale koza lubi sobie skubnąć kapkę, albo dwie :) Są dwa, albo trzy miejsca obfitujące w ten specjał na trasie naszych wędrówek i koza dokładnie pamięta, gdzie one się znajdują. Oprócz tych gastronomicznych różności jest jeszcze jedna frajda, której koza sobie nie odmawia, mianowicie skakanie po piramidach dłużycowych pni, złożonych tu i ówdzie przy leśnym gościńcu. Jej wyczyny mogą przyprawić o zawał, choć – jak słusznie zauważył Małżonek – koza ma przecież w genetycznej pamięci otrzymanej od przodków dużo wyższe i bardziej strome konstrukcje, jakie ci przodkowie pokonywali, więc moje zawały są całkowicie nieuzasadnione i mogę przestać tak się trząść o tę kozę.

Muszę też przyznać, że im więcej koza się wyskacze po lesie, tym mniej potem skacze po moim samochodzie… Korzyści są więc obopólne.

koza na drewnie

Tylko co będzie zimą? Czy koza zwana Tradycją nie popadnie nam w jaką depresję? Powoli zaczynają nam się lęgnąć takie małe pomysły… na towarzystwo dla naszej kozy. Ale o tym na razie cicho sza!

Koza zwana Tradycją, czyli dlaczego nasze kury mają zielone nóżki

Zacznijmy od tego, że pijam kawę z mlekiem. Żółty ser był co prawda kanapkowym przekleństwem w czasach mojego dzieciństwa, jako nieśmiertelny, siermiężny i nawet w dziury ubogi, bardzo daleki brat cioteczny wiecznie nieobecnej szynki, ale też w niczym nie przypominał dzisiejszych serów w dziesiątkach wymyślnych smaków i gatunków – dziś smaczny żółty ser jest kosztownym rarytasem. Ser biały, czyli twaróg, lubię najbardziej pod postacią racuszków serowych z dżemem porzeczkowym na śniadanie. Nie gardzę sernikami, szczególnie z dodatkiem własnych truskawek lub borówek. Moim gustom i podniebiennym zachciankom przeciwstawmy teraz smutną prawdę o dzisiejszym mleku i jego przetworach (potworach?) dostępnych w sklepach. Co nam wychodzi? Potrzeba posiadania własnej krowy! Wielkiej, zapewne potwornie niebezpiecznej (tak, pochodzę z dużego miasta), a w dodatku dającej codziennie o jakieś 3 hektolitry mleka za dużo krowy. Bez sensu. Ale mleko… Ale sery i twarogi… Własne, zdrowe, ekologiczne, bo przecież mamy i łąkę w dzierżawie i całkiem bezrobotną oborę z chlewnią i kurnikiem… Mój Boże, toż przecie i jajka własne, zdrowe, ekologiczne można mieć! I tak właśnie, mili Państwo, ze zwykłej pazerności na dobre jedzenie, ludzie dorabiają się kur i kozy ;) A miłość, jak w przypadku małżeństwa z rozsądku, często przychodzi później :D

Koza przybyła do nas pierwsza. Jako niespełna półtoramiesięczny berbeć z żałośnie ufajdanymi portkami (słowa sprzedawcy: no miały kilka dni biegunkę, ale teraz już jest OK), potulnie przebyła na moich kolanach kilkukilometrową podróż samochodem. Przez kilka chwil nieśmiało rozglądała się po swoim ogromnym apartamencie (35 m2), którego uprzątnięcie i wybielenie wapnem zajęło mi prawie tydzień, po czym radośnie wskoczyła na ekstrawagancką półko-ławkę, którą z kolei wykonał Małżonek. I pomyśleć, że mieliśmy wątpliwości, czy ona będzie wiedziała, co z tym zrobić :) Na zdjęciu apartament jeszcze bez słomy i siana:

koziarnia1

Ufajdane portki zostały umyte i osuszone, reszta koziej odzieży wyczesana, i z brzydkiego kaczątka wyszedł całkiem ładny zwierzątek ;)

koza3

Dni i tygodnie mijały, kózka przybierała na wadze, tylko czegoś jej wciąż brakowało. Imienia.

Wołaliśmy na nią “koziołek”, “kozik”, w chwilach rozpaczy i desperacji (np. gdy obżarła młode pędy czarnej porzeczki) “kozucha niedobra”, a nawet “kozioł wredny” i tym podobnie, ale to wciąż były imiona zastępcze, naszej wspaniałej kozy niegodne. Dopiero kiedy przywieźliśmy stadko dwunastu zielononóżek, doznałam nagłego olśnienia, i tu nareszcie przechodzę gładko i sprytnie do tematu niniejszego posta. Szukając przez kilka zimowych miesięcy informacji o kozach, ich żywieniu, potrzebach lokalowych, wydajności mlecznej itd, a później wyszukując tych samych informacji o kurach nieśnych, zauważyłam pewną prawidłowość. Mianowicie większość ludzi, którzy uciekli z miasta na wieś, i chcą żywić się zdrowo, produktami z własnego podwórka, kupuje kozę i kury. Jakie kury? Oczywiście zielononóżki – dobrą, staropolską rasę kur, dających jaja może nie w zatrważającej ilości, ale za to o najniższej zawartości cholesterolu, a do tego rasę sprytną, wytrwale na własną kurzą stopę zdobywającą pożywienie w naturze, odporną na niełaskawy klimat chlustającej chłodem w pysk północy… My zaś zrobiliśmy dokładnie to samo. Właściwie od razu było jasne, że jeśli koza, to z tej, a nie egzotycznej jakiejś ziemi, a jeśli kury, to tylko tacy mistrzowie survivalu, jak my (o naszym bohaterskim survivalu będzie jeszcze nie raz), czyli drużyna Zielonych Stóp. I kiedy tak sobie patrzyłam na nasze nowiuśkie kurczaki i tę niepokorną, choć bezrogą, podjadającą mi krzak białego bzu kozuchę, pomyślałam sobie, że – cytując naszego filmowego klasyka – to widać taka nasza polska “nowa, świecka tradycja”, żeby mieć mleczną kozę i zielononóżki… Dlatego nasza koza ma na imię Tradycja :)

kurczaki 1

kurczaki2