Szczęśliwego nowego roku, czyli na odwal łosiem

W miliardy snów zatapiam ciało
Przeklęty chór upiorów budzi lęk
Od roku nawiedza dom
Od roku nawiedza dom
Miliardy kłów masz, wściekła
Zębami chcesz wyciąć naraz
Stalowe mury i moc
Bo przeznaczenia to noc”

Fragment utworu “Masz mnie, wampirze” grupy Kat, 1986.

 

Budka telefoniczna zbliżała się…

Tak, to już czas. Czas dać się połknąć tej budce, by w klaustrofobicznym zaciszu szklanych ścian podsłuchiwać rozmowy GŁOSÓW. Rozmowy niekontrolowane, rozmowy niekontrolowane, rozmowy niekon-tro-lo-lo-lo… Mamy cię!

Nie chciałam Wam popsuć świąt, ani przedświąt, ale co do poświąt to nie mogę niestety obiecać. Nadszedł czas zimna i ciemna (zimno – zimna, ciemno – ciemna), czas zielonego gila i uwierającego w majtkach siana (jak wejdzie pod rajstopy, to już koniec i bomba i powietrzna trąba – trzeba się natychmiast do naga rozebrać, imitując taniec świętego Wita, po czym zadrapać z wściekłości na śmierć). Czas “nie chce mi się” i “a na co to komu”. Czas wideł, wiader i węgla. CZAS BUTÓW.

Ale żeby nie było, że tak całkiem bez historyjki i choć nędznego obrazka, to mam dla Was to:

Wyszedł małżonkowi z lasu na drogę tuż przed nosem, a małżonek popędził po mnie do domu i gorąco zachęcał, żebym poszła z nim na pewną śmierć, czyli obejrzeć łosia z bliska, bo co się będzie małżonek samotnie uśmiercał, jak jakiś asocjalny nieużytek. Ja też jestem zdania, że jeśli samobójstwo, to tylko zbiorowe i rytualne, od biedy galowe i odświętne, a łoś to przecież trochę taki jakby renifer, konwencja jak najbardziej pierniczkowo-świąteczna, więc poszłam.

Łoś stał tam, gdzie go małżonek zostawił, i niespiesznie obgryzał sosnowe igiełki ze świeżo ściętego przez pilarzy drzewa. Jakieś 80 metrów od naszego domu. A my jakieś 20 metrów od naszego łosia obgryzaliśmy paznokcie nad tym widoczkiem niespodziankowym i próbowaliśmy ten dopust szczęścia przetrawić.

Staliśmy jak urzeczeni. Łoś to jest jednak KTOŚ. Co kilka minut odwracał ten wielki, pluszowy łeb w naszym kierunku i długo nam się przyglądał, tak jakby od niechcenia kontemplował sens porzucenia soczystej sosenki na rzecz wdeptania nas w leśną kałużę. Migawka aparatu nigdy nie robiła więcej hałasu niż wtedy. Trzask-trzask-trzask, jak suche strzały z wiatrówki w kamieniołomie (mówię ci, misiu, że łoś się zaraz wkurwi).

“Możemy chyba podejść bliżej. Zanim po ciebie poszedłem, to byłem ZNACZNIE bliżej niego” – zaoferował zuchwale małżonek. Trzask-trzask-trzask – migawka zaszczękała zębami ze strachu, a łoś znów spojrzał w naszą stronę, uniósł lekko chrapy i zaczął węszyć, wysuwając nieznacznie pysk ku naszym pobladłym pyskom. “A może lepiej nie”, uznaliśmy zgodnie. No bo to jednak samobójstwo to trzeba przecież jakoś przygotować, listy do rodziny napisać, zwierzęta rozdać w dobre ręce, w domu posprzątać, żeby obciachu przed policją nie było, a nie że tak znienacka, łosiem w samo południe, i to akurat w niedzielę, gdy ludzie by sobie chcieli odpocząć i obejrzeć coś ładnego w telewizji. No to wycofaliśmy się grzecznie i cichutko, i tyle najnowszych wiadomości.

No dobra, na uwagę zasługuje jeszcze fakt, że od kilku tygodni Żozefin kupuje ode mnie chleb. I jajka. Chleb i jajka. Żozefin. KUPUJE, i – jakby tego było mało – mówi, że jej bardzo smakuje. Wszystko. Więc jeśli to nie wróży rychłego końca świata, ale to takiego prawdziwego końca końców, na amen i na zabój, to ja Wam wszystkim życzę szczęśliwego nowego roku, wiela pieniędzy, zdrowia i miłości, amnestii, ulgi podatkowej, zniżki na wszelkie bilety i żeby sąsiadowi było gorzej. A jeśli wróży, to niby też życzę, no ale wiadomo, że się nie spełni.

PS. Zanim zatrzasną się do budki drzwi, chciałam Wam bardzo, BARDZO podziękować za entuzjastyczny odzew na nalewkowo-konfiturową odezwę żebraczą. Kilka tygodni to zajęło, wiele ochujów i kurwamaciów z ciepłym prądem powietrza kominem uleciało, ale dziś w końcu Wiedźmin dosiadł swej Płotki, a z konfiturowo-nalewkowej bonanzy zostały mi nawet jeszcze jakieś środki (głównie do życia; na “byle do wiosny” wystarczy, o ile wiosna przyjdzie szybko). No i bardzo przewiewna mi się zrobiła piwnica, ale to też dobrze, bo wszystkie kozy zasuszone, tylko szajbnięta Krycha nadal produkuje dwa litry mleka dziennie, więc jutro robię ser dojrzewający z pieprzem w kulkach, a za tydzień pewnie kolejny, i tak chyba do wiosny lub dłużej, bo Krycha nie wygląda na taką, co miałaby sobie żartować. Spotykamy się codziennie przy dojalnicy, gdzie ja, ubrana w dziesięć swetrów i trzy pary dresowych spodni, z marsową miną sypię ziarka do miski i zwyczajowo pytam: “Krycha, no ale dlaczego? Przecież dzieci odchowane, zima już jest, zaraz nowy rok, więc dlaczego?”, a Krycha patrzy na mnie spode łba, zanurza pysk w misce, i cedzi przez te swoje osiem przednich zębów: “Bo cię nie lubię”. A, no to chyba, że no tak.

1 2 3 4 5 166